Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

2 stycznia 1970

[KP] Lord Archibald Blackwood

Dishonored


Lord Archibald Blackwood

33 lata | Naukowiec | Baron Clandeboye i Dufferin

Jak dużo jesteś w stanie poświęcić dla szalonej nauki? Czy w ramach wielkiego eksperymentu zagarniesz życie setki ludzi, by tylko zemścić się na systemie, który od dawna tłamsi cię i zniewala?

Który posunął się do tego, ze zmieszał twoją pasję z błotem.

Archibald Blackwood znany jest jako najmłodszy naukowiec przyjęty do Akademii Filozofii Naturalnej. Niezwykle inteligentny, oczytany, błyskotliwy i obyty mógłby piąć się po szczeblach kariery naukowej, gdyby nie zatarg z rektorem sławetnej akademii. Archibald, przyszły baron Dufferin i Claneboye, oskarżył rektora markiza Duncombe o kradzież pomysłu na niezwykłe pylony zdolne zasilić więcej niż połowę miasta za bardzo małą cenę. Nie wiedział, że tak sprawiedliwa obrona własnego dzieła będzie pierwszym krokiem do zgubnej przyszłości.

Młody lord Blackwood przegrał w starciu z rektorem, jak i jego arystokratycznymi przyjaciółmi z Akademii oraz Parlamentu - wydalono go z Akademii, odebrano zdobyty niedawno tytuł naukowy, jak i możliwość wykonywania zawodu. Władza przestała finansować eksperymenty Archibalda, spychając jego karierę naukowca na sam margines.

Wszystko z powodu czegoś tak niegodnego wynalazcy jak chorobliwa zazdrość.

Archibald nie należał jednak do ludzi, którzy szybko się poddają. Zaczął działać w ukryciu i na własną rękę, topiąc majątek w plany, szkice i wynalazki - chroniąc tajemnice niczym Cerber, gdyż nie mógł "na piśmie" dostać prawa patentowego. Oficjalnie był baronem Blackwood, ale nazwisko rodowe i eleganckie przyjęcia nie radowały go tak bardzo, jak chwile spędzone w laboratorium pachnącym metalem i siarką. Tajemnica narastała wokół mężczyzny niczym mur, frapując przyjaciół i rodzinę.

Po latach frustracji, zmęczenia przez chronienie eksperymentów i gorzko przełykanej dumy powiedział dość - był geniuszem, a płaszczył się niczym zwykły sługus! Ile to wynalazków mogło usprawnić Londyn, gdyby tylko dopuszczono go do słowa! Coś w nim pękło i zażądało zemsty na ludziach, którzy pozbawili go prawdziwej kariery.

Na ludziach takich jak markiz Duncombe i jego nobliwi przyjaciele.


Muzyka zalinkowana pod cytatem. 
wątek z Władca Nocy, Złodziej Snów. 
Art: lorandesore (DeviantArt)

98 komentarzy:

  1. Długo obracał kawałek papieru w palcach, zastanawiając się nad jego znaczeniem. Wiadomość odczytał bez większych problemów, ale teraz kiedy siedział w półmroku swojej kryjówki i starał się przebić spojrzeniem ciemność, unoszącą się nad niektórymi dzielnicami miasta, zastanawiał się czego się może spodziewać. Dawno nie miał większego zlecenia. Kilka błyskotek, podkładanie zdechłych elementów lub całych zwierząt w różne miejsca, ale to zawsze dostawał od pośrednika. Teraz było inaczej. Klient sam zechciał się z nim skontaktować. Większość ludzi nie byłoby tak naiwnych by pokazywać mu sie osobiście. W końcu działał najzupełniej nielegalnie, choć wiele osób korzystało z jego usług, mimo że większość napadów dokonywał na własną rękę, jednak zrabowane dobra trudno było sprzedać, a magazynowanie ich i czekanie aż właściciele o nich zapomną, było ryzykowne i nieopłacalne.
    Zmiął karteczkę i spalił ją przy pomocy najnowszego nabytku. Piękna gazowa zapalniczka. Przebrał się i wyszedł na spotkanie.
    W umówionym miejscu był już długo wcześniej. Znalazł dobry punkt obserwacyjny i sprawdzał czy klient nie rozstawia czujek i czy przyjdzie sam. W końcu się pojawił. Rin zmrużył oczy. Nie wydawał się groźny ale to chyba właśnie tacy byli najbardziej niebezpieczni. Zsunął się na ziemię i przemknął do altany. Poprawił pas z nożem i pistoletem, kolejnym nabytkiem niezwykłej urody oraz pas, przepasujący jego pierś z rewolwerem. Ukrył to wszystko zgrabnie pod długim płaszczem.
    - Wiele trudu sobie pan zadał szukając mojej nic nie znaczącej osoby. - odezwał się, wychodząc z cienia gdzieś z boku. Wiedział już że są sami. Dotknął palcami mechanizmu, który w każdej chwili wysuwał ostrze z rękawa, z ogromną prędkością. Zbliżył się na określoną odległość i spojrzał na nieco jakby zaskoczonego mężczyznę swoimi jasno zielonymi, jakby podświetlonymi od środka, oczami.
    - Czego pan potrzebuje?

    OdpowiedzUsuń
  2. Mężczyzna przyglądał się swojemu rozmówcy, starając się jak najwięcej dostrzec. Arystokrata, dystyngowany, całkiem przystojny, zadbany ale nie do końcu rozważny. Może zbyt pewny siebie albo może po prostu coś ukrywa. Mógł pracować dla agencji i szukać kontaktu by o zwerbować, jednak po co mieliby go werbować? To bez sensu. Nie dowiedział się o nim więcej niż wymagała okazja.
    Propozycja też była dziwna. Jakiś kawal żelastwa? Kolekcjoner? Z resztą to nie była jego sprawa. Był klient, było zlecenie i powinna być zapłata. Pokiwał ledwie dostrzegalnie głową.
    - Stawka i termin.
    Na takie zadanie potrzebował kilka dni, czasem nawet tygodnia. A za rzecz, której nie mógł wsadzić sobie do kieszeni, tak jak ta szabla, brał więcej. Duże i ciężkie przedmioty utrudniały poruszanie a o ile kojarzył miejsce, bo coś mu się kołatało wewnątrz czaszki, to zadanie nie należało do najprostszych.
    - Biorę pół stawki przed robotą, resztę po dostarczeniu fantu w terminie i miejscu wyznaczonym przeze mnie.
    Coś poruszyło się w krzakach, gdzieś niedaleko. Zerknął w tamtym kierunku i przeszedł o dwa kroki bliżej swojego rozmówcy. Takie stanie jak kołek było dość podejrzane, a jak się trochę porusza to najwyżej pomyślą że schadzka, o ile w tych krzakach ktoś w ogóle był. Może był przewrażliwiony, ale to nie raz ratowało mu życie.

    [Grałaś? Właśnie się zastanawiam czy kupić. Fajne? ]

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Ja się zbieram do zaczęcia czegoś nowego, ale nie mogę się zdecydować xD Coś jeszcze polecasz? ]

    Nie było widać jego twarzy pod kapturem, ale oczy któe odbijały światło nocnego oświetlenia, nieco się zmieniły. Uśmiechnął się, bo raczej spodziewałby się tchórzliwego paniczyka, który na najcichszy szept i szelest, uciekałby byle dalej. Ten wydawał się bardziej inteligentny i tą inteligencje trafił wykorzystywać. A to nie było często spotykane. Umiejętność podejmowania szybkich decyzji była kluczem aby przeżyć.
    - Cóż, powinienem się domyślić, że trzeba z panem rozmawiać inaczej. Termin jaki jest ważny dla pana aby dana rzecz zniknęła albo została podmieniona, a termin dla mnie to miejsce i czas w którym tę rzecz panu przekazuje. Każdy szanujący się spec w swoim fachu ma dwa terminy. Jeden wyznaczony przez klienta a drugi przez siebie. Czasem kiedy nie wszystko wychodzi jak powinno, albo dawny właściciel bardzo szybko zauważy brak, często trzeba odczekać kilka dni. O terminie przekazania, informuje klienta sam. Poza tym może pan uczciwie wierzyć w moją chciwość i złodziejski honor.
    Słysząc ofertę cenową wstrzymał na chwilę oddech. Przecież to majątek! Jego zarodek przez dobre dwa czy trzy lata, z czego musiał opłacić swoich informatorów, łączników, techników, lekarzy i innych, którzy okazali sie niezbędni by mógł w miarę spokojnie spać. Przeszli kawałek, znów kryjąc się w ciemni między drzewami. Złodziej milczał chwilę, zastanawiając się juz nad planem wejścia do środka a przede wszystkim wyjścia z budynku. Miał wrażenie, ze któryś z funkcojnariuszy, patrolujących skwer ich zauważył, ale nawet się nie zbliżył. Zauważył odzienie i profil dzentelmena. Od dawna w tym miejscu spotykali się panowie z innymi panami na schadzki, więc jeśli nie byli to obdartusy, nie zwracali na nich uwagi.
    - Na pewno pan zdaje sobie sprawę z tego gdzie zamierza mnie wysłać. Nie wydaje się pan być imbecylem, jak większość moich zleceniodawców. Cenię sobie swoje palce i nie chce ich stracić, a w tym domu jest to najzupełniej możliwe. Zawsze biorę połowę z góry, bez względu na stawkę i miejsce, jest to opłata za samo moje zainteresowanie sprawą, na wydatki związane z przygotowaniem i samym zadaniem, no i w razie czego na pokrycie strat. Reszta jest za samo dostarczenie towaru. Mój termin jest też zabezpieczeniem dla mnie. Takie niby przypadkowe złapanie z kradzionym towarem jest stryczkiem albo pozbawieniem kończyny. Pan najwyżej dostanie karę finansową albo zostanie wykluczony z towarzystwa. Tak na prawdę, to pan niczym nie ryzykuje.
    Oparł się plecami o pień drzewa, niemal się z nim zlewając.
    - A jakiego pan zabezpieczenia niby chce? Umowy? Gwarancji? Chyba nie traktuje mnie pan poważnie, za to ja pana całkowicie poważnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. [ nie przepadam za strzelankami. Wydają mi się jakiś nudnawe. Preferuje klimaty przygodówek takich jak na przykład Wiedźmin ]

    Akkarin przyglądał się rozmówcy. Widział już wyraźnie, że przestał się bać,a przynajmniej chęć rozmowy i nakręcanie się, odwracało jego uwagę od obaw. Kolejna informacja, dopisana do na razie wątłej notatki, dotyczącej tego właśnie klienta.
    - Interes to interes. Rzadko rozróżniam te bardziej opłacalne od tych mniej, ale to i tak zależy od mojego humoru. Cała zabawa polega głównie na tym, że mimo wszystko to ja ryzykuje życiem. Dla kogoś takiego jak ja utrata nawet palców, już nie mówiąc o całej ręce czy nodze, jest wyrokiem śmierci, jak z resztą dla każdego kto nie mieszka w rezydencjach, jak pan. W mieście jest wielu takich co podejmie się zadania za kilka groszy, ale albo wymordują połow mieszkańców albo przypadkiem poderżną sobie gardło kawałkiem szkła, z okna które własnie wybili. Może pan poszukać kogoś innego, ale szczerze mówiąc nie polecam...
    Stał zupełnie nieruchomo, przesuwając tylko spojrzeniem po zaroślach i szukając wszelkich istrzących punktów, kóre mogłoby odbijać światło. To była ogromna wada mosiężnych blaszek, umieszczanych na policyjnych czapkach. Każdy policjant czyścił tą swoją blaszkę by nie wyjść na brudasa, a potem tacy jak Akkarin korzystali z tego, kiedy zagubione światło osdbijało się od blaszki, zdradzając pozycje przeciwnika.
    - Nie rozumie pan róznicy jaka jest między nami. Pan chce mi zapłacić za jakiś cenny kawał żelastwa, którym ja obierałbym sobie jabłko, bo nie przedstawia dla mnie wartości. Sprzedać od razy bym jej nie mógł, a takie zamrożenie kapitału, teraz kiedy zbliża się zima, jest bez sensu.
    Znów dotknał palcami mechanizmu w rękawie. Policja była jednak dość blisko.
    - Wypisanie papierka czy przekazanie zastawu, jest idiotycznym pomysłem, bo mnie nie obowiązuje prawo sądowe ani policja. Sam dyktuje sobie pewne warunku, któreych się trzymam i zasady które przestrzegam. Jedyne co mogę panu zaproponować to pokazanie twarzy, by w razie czego wiedział pan kogo ścigać, bo teraz nawet pan nie wie jak się nazywam, a co dopiero jak wyglądam. Śmiesznie duża suma, któą pan zaproponował, wcale mi się nie podoba i wczuwam haczyk. Nie wiele jest rzeczy w tym mieście, czego nie możnaby było kupić za taką kwotę. Nawet gdyby szala była zrobiona ze szczerego złota czy wypełniona narkotykami. To ja powinienem wziąć od pana gwarację że pan mi zapłaci za robotę. To duża suma, nawet jak na ten pokręcony dom. Rozumie pan... to umowa wiązana. Pan daje słow dzentelmenta że zapłaci a ja słowo złodzieja że ukradnę i przyniosę. Od razu powiem, że jeśli zechce mnie pan oszukać, może już się pożegnać ze wszystkim cennymi rzeczami w domu, obojętnie gdzie je pan ukryje. Może od razu powie mi pan jaki jest haczyk w tej całej sprawie, bo jak na razie robi pan wszystko od końca, więc doświadczenia z tymi poza prawem, pan nie ma żadnego. Mogł mnie pan wynająć przez pośrednika, ale wolał pan osobiści. I to zupełnie osobiście panie Blackwood, w miejscu schadzek dzentelmenów z męskimi dziwkami, choć nie tylko. Choć tego mógł pan nie wiedzieć. Żaden z nas nie jest głupcem. A pan bardzo chce dowiedziec się ode mnie więcej niż ja chce panu powiedzieć. Ale żeby nie utrudniać... niech pan poda swoje warunki. Ja podam swoje i zobaczymy cosię da z tego upleść.

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Część znam, więc widzę że podobne klimaty :D Dzięki :) ]

    Akkarin milczał. Przez chwilę mogło się wydawać że go tu nie ma. Jego rozmówca był ciekawym człowiekiem. Przede wszystkim nie głupim i nieostrożnym. Podobał mu się. Wiedział, że arystokraci bywają bezwzględni. Właściwie większość z nich sprzedałaby własną matkę za możliwość zrobieni dobrego interesu. Ten miał jakby opory. Ale samo to że wynajmował złodzieja było czymś coś śwaidczyło o jego charakterze.
    - Policja nie złapała mnie też dlatego, ze nie wiedzą jak wyglądam. Myśli pan, ze sobie siedze w ciemności, w jakiejś piwnicy całe dnie i noce i żywie się szczurami i wodą opadową? Mam pamięć do twarzy a pana pamiętam. Całkiem niedawno pana widziałem, ale nie powiem gdzie i kiedy, tak na wypadek, gdyby pan miał również dobrą pamięć.
    Jego głos z chłodnego i nieco zachrypniętego, stał się jakby nieco cieplejszy, rozbawiony.
    - Romantyczna schadzka w parku... Wy, arystokraci jesteście tak próżni i wstydliwi, że nie potraficie się sami przed sobą przyznać że wolicie jebać... czy jak to tam nazywacie na salonach, kochać się z facetami, i wymyślacie sobie parki, ławki, krzaki i inne. Bez sensu, nie uważa pan? Większy wstyd jak policjant przyłapie takiego barona z gaciami na kostkach, posuwającego jakiegoś szczyla, niż sobie pofolgować w domu, we własnym łóżku? Dlatego, nawiązując do naszego romansu... Ja przyjdę do pana. Wyślę panu wiadomość o której i w jakiej części domu, tak by pan sobie nie myślał, że jestem jakimś partaczem. Jeśli chodzi o jutrzejsze spotkanie, nie mam nic przeciwko. Więc do jutra.

    OdpowiedzUsuń
  6. - Mam mnóstwo brzydkich skłonności. W końcu jestem złodziejem. - wzruszył lekko ramionami. Ta rozmowa zaczynała go bawić. Dawno nie spotkał kogoś takiego jak ten mężczyzna. Udawał że się nie boi albo nie bał się wcale, ale gdyby nie odczuwał nawet cienia strachu, byłby po prostu głupi, czyli nieciekawy.
    - Nie wiem czy pana uświadamiać czy sobie odpuścić. Właściwie to jest pan dorosły, więc nie musze mówić nic.
    Odczekał aż Blackwood zniknie między drzewami i sam ruszył w drogę powrotną. Unikał kłopotów, zwłaszcza dziś, kiedy tak wiele mogło się zmienić.
    Dopiero kiedy wrócił do domu, do swojej kryjówki i zasiadł w wysłużonym fotelu, dotarło do niego ile tak na prawdę zdoła zarobić. Pociągnął łyk wstrętnego, kwaśnego wina prosto z butelki. Za takie pieniądze mógł spokojnie żyć do końca życia, a przynajmniej przez dobrych kilka lat.
    Pojawił się na miejscu wcześniej, jak to miał w zwyczaju. Przez jakiś czas obserwował kilka ciot, odzianych z drogie i niezwykle urodziwe stroje, zakupione przez sponsorów. Gdyby mieli na sobie szmaty, nikt sie by nimi nie zainteresował. To była dobrz inwestycja. Dopiero kiedy wszyscy się rozeszli na tyle, by nie musiał się przejmować że ktoś zwróci na niego uwagę, udał się do swojego lorda. Stanął za ławką na której siedział. Stał tak chwil, ale tylko upewnił się że mężczyzna go nie widzi, przeszedł kawałek w bok i stanął sobie w osłoniętym przez wielki dąb miejscu. Nawet się zdziwił, że tak wielki edrzewo mogło tu rosnąć, bo mimo wszystko drewno i węgiel było niezbdne do przemysłu i ogołocono wszelkie możliwe tereny z drzew.
    - Przyszedł pan wcześniej. - powiedział, Wciąż mówił nieco zachrypniętym głosem, który wydawał się zimny i nieprzyjemny. Uśmiechnął się lekko kiedy w kocu przykuł jego uwagę.
    - Obawiam się, że nasi przyjaciele w niebieskich mundurach, dziś nie będą się tu kręcić. Cóż... sprawy na mieście.
    Zbliżył się kilka kroków, pokazując mu się wyraźniej w nikłym świetle. Odziany był cały na czarno. Długi płaszcz, dość stary i zniszczony był trochę za duży, ale to skutecznie ukrywało broń i jego figurę. Na głowę naciągnięty miał kaptur na na twarzy dodatkowo czarny materiał chusty, która odsłaniała tylko błyszczące oczy. Akkarin naciągnął mocniej rękawiczkę na prawej dłoni. Przyjrzał się swojemu zleceniodawcy, głównie interesując się teczką.

    OdpowiedzUsuń
  7. Udało mu się wcześniej zasięgnąć pewnych informacji i plotek, dotyczących posiadłości. U większości osób, z którymi rozmawiał pojawiło się zdziwienie. Powszechnie uważano, ze w domu nie ma nic aż tak cennego, aby narażać się na te wszystkie zainstalowane w domu zabezpieczenia. Akkarmin nikomu nie zdradził, że chce tam wejść, że chce cokolwiek ukraść i że w ogóle ktoś go najął. Jak każdy w jego fachu, utrzymywał że nigdy nie ma na nic pieniędzy i że jest coraz ciężej bo policja robi coraz zmyślniejsze zasadzki. Wydawał coraz więcej na ciekawe urządzenia, które znacznie ułatwiały mu pracę.
    Przyjął pieniądze. Nie liczył ich tylko przesunął palcem po papierkach, upewniając się czy to nie jest przypadkiem pocięta gazeta. Skupił się na słowach zleceniodawcy. Wydawało mu się, że mężczyzna zna się na rzeczy. Podawał przydatne informacje. Nie był jednak pewien czy może mu w tej sferze zaufać. Chociaż narażałby i siebie i swoją cenną zdobycz, gdyby na prawdę chciał go wywieść w pole. Kiwał lekko głową, starając się jak najwięcej zapamiętać.
    - Zgłoszę się do pana za cztery dni, jak było umówione. Do zobaczenia.

    Nie lubił tracić czasu. Zwłaszcza jeśli chodziło o taką fortunę. Zastanawiał się jakiś czas, czy nie zabrać tego co już mu dał i nie uciec. Pięć tysięcy to ogromna suma. Mógłby wyjechać i zacząć gdzieś indziej od nowa. Ale perspektywa zdobycie kolejnych pięciu tysięcy, a może nawet więcej jeśli mężczyzna zechce go znów zatrudnić albo komuś polecić, była zbyt kusząca. Postanowił być cierpliwym, poza tym musiał się przekonać co na prawdę jest w tym domu. Ciekawość go wręcz zjadała od środka.
    Całe dwa dni poświęcił na szukanie informacji, planów budynku, łapówkach i innych czynności, które zbliżyłyby go chociaż trochę do tajemnic tego domu. Udało mu się nawet dotrzeć do starego lokaja, który już dawno na emeryturze, za kilka funtów opowiedział mu kilka ciekawych faktów. Akkarin kreślił rysikiem po planie piętra. Lokaj już od dość dawna nie pracwał, więc najnowszych urządzeń nie mógł znać. Przejrzał papiery od zleceniodawcy, szukając czegoś przydatnego. Dorysował jeszcze kilka elementów. Widział kilka możliwych rozwiązań, ale każde miało swoje wady. W końcu zdecydował się na jedno z najbardziej prawdopodobnych ale dość trudnych w wykonaniu.

    Urządzenie go zawiodło już dwa razy, ale po najnowszych poprawkach powinno być niezawodne. Przynajmniej tak twierdził technik, któremu słono zapłacił za naprawę. Teraz siedział sobie na drzewie tuż za oknami willi i czekał na odpowiednią chwilę. To bardzo krótki moment między zachodem słońca a nadejściem ciemności, kiedy panuje półmrok. To magiczny moment, kiedy ludzie zaczynają odczuwać niepokój i lęk, który jest zupełnie irracjonalny. Owinął się szczelniej płaszczem. Wiatr się wzmógł a on i tak bęzie musiał zostawić tu ciepłe ubranie. Za bardzo ograniczało ruchy. Mijał czas, aż w końcu na zegarze na wieży wskazówki pokazały godzinę drugą nad ranem. Widział lekkie błyski światła wewnątrz. Zabezpieczenia działały. Zdjął płaszcz i szal, zostawiając je ukryte dobrze w dziupli drzewa. Poprawił przyssawki umieszczone na nadgrstkach i włączniki tuż przy dłoniach. Zrezygnował z większości broni, by być jak najlżejszym. Poruszanie się w taki sposób nie było proste i wymagało dużo siły. Zaczął wchodzić po ścianie. Mechanizm przyssawek, stworzony przez grupę techników z kontynentu, z założenia miał działac tylko na gładkich powierzchniach i zwykle niestety tak było.

    OdpowiedzUsuń
  8. Próba ununięcia tej wady spowodowała, że przyssawki przyklejały się i odklejały dużo wolniej niż na gładkich powierzchniach przez co cała wędrówka trwała bardzo długo.
    Wszedł przez wcześniej upatrzone okno, które zostawiła otwarte jedna z pokojówek. Wyglądało na to, że w pkojach służby, mieszczących się w prawym skrzydle zabazpieczenia były nikłe. Nabrał z woreczka na piersi trochę białego porszku i dmuchnął w dłoń, by drobinki rozwiały się po pokoju. Dziewczyna wciągnęła głęboko proszek i zasnęła głębiej niż zwykle. Sprawił na jej ścianach i suficie działanie przyssawek. Na razie było nieźle. Otworzył drzwi wytrychem a potem je zamknął, ale nie na klucz. W końcu będzie musiał też jakoś wyjść. Zacisnał pięści i rozluźniał palce, rytmicznie do przesunięć dłoni. Do przyssawek na nogach używał ruchów stóp by móc je odczepiać od ściany. Przywołał w pamięci mapę, którą sobie poprzedniej nocy wyrysował i wkuwał na pamięć. Pod sobą widział uśpione na razie androidy, mechanicznych lokajów i coś co wyglądało jak mechaniczne kraby. Wszystko uśpione i ciche. W całym domu panował spokój. Minął kolejny salonik. Przeklął w myślach, docierając do korytarza, prowadzącego do części prywatnych pokoi mylady. Czujki umieszczono na suficie. Co kilka chwil wydobywała się z nich cienka nić wyładowania, które przechwytywane było przez czujkę w podłodze. Rin, zatrzymał się i obejrzał pokój. Nie mógł przejść między czujkami, bo były zbyt blisko siebie, a skakanie między przesyłem impulsów, było bez sensu. Kolejne czujki spokojnie przejełby sygnał. Zaczynały drętwieć mu ręce, bo krew cała spłynęła mu do głowy. Ale musiał wytrzymać. Puszczenie przyssawek oznaczało nie tyle złapanie, co pewnie śmierć, z takiej wysokości. Postanowił zaryzykować i przejść po ścianie, płasko do niej przylegając. Przesuwał się po ścianie tuż nad dużą komodom, modląc się w duchu by czujki go nie wyczuły. Odetchnął z ulgą, docierając w końcu do kolejnych drzwi. Większość zabezpieczeń znajdowało się w podłodze. Reagowały na nacisk, temperaturę albo ruch, ale tylko do wysokości dwóch metrów. W suficie i ścianach nie było ich wiele, a jak na razie udawało mu się wszystkie ominąć. W końcu trafił na gorszą przeszkodę. Zamknięte drzwi. Do góry nogami nie mógłby otworzyć zamka, więc musiał zejść. Spojrzał na ośpionego mechanicznego kraba w kącie. Nie miał pojęcia jak działa. Zszedł po ścianie i stanął na podłodze , unikając dotknięcia dywanów czy mebli. Kucnął przed drzwiami i wsunął do zamkna dwa cienkie druciki. Zamarł na kilka sekund. Nic się nie działo. Zaczął poruszać wytrychami, szukając zapadek. Coś trzasnęło i zamek puścił, ale dźwięk uruchomił robota. Akkarin zamarł, starał się nawet nie oddychać. Ciche uderzenia odnóży o dywan, zbliżały się. Zdziwił się, że nie rozległ się alarm, nie pojawiły się inni mechaniczni strażnicy. Możliwe że krab był zaprogramowany tylko w taki sposób by sprawdzić zagrożenie. Możliwe że reagował tylko na dźwięk a nie na ruch i ciepło. Mężczyzna wstrzymał oddech kiedy krab znalazł się tuż za nim. Nadal nic się nie działo, a on już tylko czekał aż za oknami pojawią się światła policyjnych wozów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale krab tylko zaczął krążyć po pokoju. Zrobił kilka kółek i wrócił na swoje miejsce. Znów się wyłączył, zastygając nieruchomo. Złodziej odetchnął, ale nie za głośno. Pchnął drzwi o na szczęście naoliwionych zawiasach i od razu czepił się ściany, chcąc uniknąć włączenia kolejnego strażnika, który teraz wydawał się bardziej dopracowany i nowoczesny. Lśnił w nikłym blasku świateł z zewnątrz. Był zupełnie nowy. Akkarin powstrzymał się przed zbyt szybkim wdrapywaniem po ścianie na sufit. Gdyby to zrobił zbyt szybko, któraś z przyssawek mogła puścić a wtedy mógłby spaść prosto na blaszaka. Przeklinał w myślach chwilę kiedy chciwość wygrała ze zdrowym rozsądkiem. Powinien już być daleko stąd z kieszeniami pełnymi pieniędzy. Teraz miał dwie drogi do wyboru. Jedną krótszą, ale prowadzącą przez pokój o którym nic wie wiedział, albo dłuższą i w miarę znaną. Wybrał krótszą. Miał już dość tego łażenia. W głowie mu się kręciło. Wszedł do pokoju i usiadł na komodzie, tuż przy drzwiach. Pokój urządzony był zgodnie z najnowszą modą a ta wyrażnie mówiła, zę komoda ma się znaleźć przy drzwiach. Jemu to wiele ułatwiało. Wyciągnął pudełeczko i z westchnieniem otworzył je. Ponad godzinę uganiał się za największymi i najtłustszymi muchami, śmigającymi jak jaskółki nad świeżo gnijącymi zwłokami. Obserwował owady, latające po pokoju. Jedna z nich niemal od razu dostała wyładowaniem z czujki na suficie. Kilka kolejnych trafiło na jakąś niewidoczną osłonę, która jak się domyślił była złożona z sieci cienkich stalowych nici. Nie był pewien jak długo siedział i myślał, obserwując latające jeszcze muchy. W końcu poddał się i ruszył dłuższą drogą. Spocił się i zmęczył jak nigdy. Zawsze uważał się za człowieka silnego, wysportowanego, a teraz okazało się, że przejście takiej drogi i to w jedną stroną było ogromnym wysiłkiem. Starał się nie sapać zbyt głośno. Stanął w końcu przed sejfem. Odczekał trochę aż krew spłynie mu do kończyn. Wiedział, że pośpiech teraz może go tylko zgubić. Teraz była najlepsza okazja na popełnienie błędu. Rozejrzał się, uważnie sprawdzając wszystko dookoła. Dochodziła trzecia. Dom spał. Poprawił rękawiczki na dłoniach. No i kolejne zabezpieczenia… Ta babka jest rzeczywiście szalona. Takiego urządzenia jeszcze nie widział i nie znał. Nie miał pojęcia co z tym zrobić i jak to w ogóle działa. Wypuścił z pudełka kolejną, tłustą muchę, ale widząc to co się z nią stało, tylko się skrzywił. Więc to tak działa… Pokręcił lekko głową. Nie mógł się poddać przed samą metą. Zaczął oglądać urządzenie, szukając miejsca w którym jest podłączone zasilanie. A czas mijał. Wiedział, że musi się stąd wydostać przed piątą, bo o tej porze wstawała służba. Głęboki oddech i znów do pracy. W końcu zlokalizował coś, co mogło być źródłem zasilania. Zmarszczył brwi. Zabezpieczenia ze słoja były zdjęte.

      Usuń
    2. Wątpił by ktoś chcał ułatwić mu pracę. Widocznie urządzenie było nowe i jeszcze nie podłączone w pełni. Coś przekręcił, coś odłączył, coś przeciął. Kolejna mucha straciła życie, więc w ogóle zdjął zbiornik, odkładając go na podłogę. Nie miał pojecią jak go podłączyć, więc najwyżej ktoś bardzo szybko się zorientuje, że coś jest nie tak. Owad uratowany, choć nie była to mucha a osa, tak czy inaczej ocaliła życie i radośnie wyleciała z pokoju. Potem pewnie wpadnie w inne zabezpieczenia. Więc teraz sejf. Stary model, ale jakby unowocześniony. Wpatrywał się chwilę w zamek. Wyjął urządzenie które przyłożył do drzwi i zaczął powoli przekręcać pokrętło. Dzięki temu że w domu panowała zupełna cisza słyszał bardzo dobrze ruch zębatek, zapadek i klik wpadającej w odpowienie miejsce iglicy. W końcu się udało. Odetchnął z ulgą. Zegar wskazywał w pół go czwartej. Nie miał już czasu. Zaczynał się stresować. Powoli uchylił drzwi, sprawdzając co jest w środku. Nie dostrzegał czujników, ani mechanizmów. Coś jakby lśniło w dalszej części, ale uznał że skoro jeszcze nie wybuchło to znaczy że to nic waznego. Otworzył drzwi na tyle ile potrzebował, wsunął rękę do środka i złapał szable. Przypiął ją do pleców, owijając szmatą by nic się od niej przypadkiem nie odbiło i ruszył w drogę powrotną. Miał szczęście, bo na dworzu rozpadało się. Szum deszczu i huk wiatru, zagłuszał jego pospieszne kroki na przyssawkach. Kilka mechanicznych strażników ożyło, obracając się w każdą stronę, szukając intruza. Na szczęście żaden nie spojrzał w górę. Miał problem z przechodzeniem między pomieszczeniami. Kiedy znajdował się na wysokości górnej framugi, roboty mogły go wyczuć. Uznał że albo je lekko uszkodzi, albo przyłapie go zaraz służba, która zalarmowana uruchomieniem mechanizmów, wstała dużo wcześniej.
      Zrobił się zamieszanie. Duże zaieszanie. Dwaj strażnicy zderzyli się ze sobą i upadli na krabowatego, który miał lekkie spięcie i przypadkiem podpalił dywan. Wszystko by się zgadzało gdyby nie to, że sam złodziej dywan podpalił. Wszczęto alarm, a on mógł skorzystać z wyłączonych już zabezpieczeń i biegł w górę do pokoju służącej. Mijali go w pół ubrani służący, pędzący oby ugasić pożar. Wyłączono zbezpieczenia aby można było spokojnie ugasić pożar. Akkarin potrzebował wyłączenia tylko tych, które dzieliły go od wyjścia przez okno. Miał wrażenie, ze ktoś zwrócił na niego uwagę, ale nikt się nie zatrzymał nawet. Wpadł do pokoju wciąż śpiącej służącej i zamknął drzwi na klucz, tak jak powinno być. Wyszedł przez okno i skoczył na drzewo, które sobie upatrzył. Odział się w płaszcz i znów skrył się w cieniu liści. Był przemoczony. Pociągnął nosem. Szabla ciążyła mu na plecach, ciągnąc w tył. W końcu przeskoczył na nasępne drzwo, potem na następne, aż w końcu kiedy znalazł się wystarczająco daleko od domu i oczu służby, puścił się biegiem w kierunku muru. Przeszedł między prętami, pomiędzy którymi wcześniej wyciął dwa, by móc się przecisnąć i wskoczył do czekającej dorożki. Rzucił adres i spokojnie oddalał się od miejsca, chyba najtrudniejszej swojej kradzieży. Korzystając z deszczu, wyskoczył z dorożki niezauważony przez woźnicę, w połowie rogi. Mega koń, który został stworzony przez genetyków jakiś czas temu, parskał wesoło. Megakonie były dużo bardziej wytrzymałe i silniejsze od zwyczajnych. Jednak żyły dużo krócej.
      Dopiero u siebie pozbył się mokrych ubrań i usiadł przez rozpalonym w piecu ogniem. Trząsł się cały, nie tylko z zimna ale też ze zmęczenia. Mięśnie drgały przy każdej próbie napięcia ich. Ciało odmówiło posłuszeństwa. Następnego dnia wysłał małego posłańca do Blackwooda. Chłopiec był przerażony, wręczając służącemu karteczkę, ale spisał się nieźle. Akkarin umówił się na przekazanie szabli na następny dzień, o 21 w stajni przy posiadłości Blackwooda.

      Usuń
  9. [Wybacz że aż cztery kawałki XD To chyba mój rekordowy odpis... ]

    OdpowiedzUsuń
  10. Dopiero kidy zostali sami, mógł spokojnie kichnąć. I zrobił to. Siorbnął nosem i zwiesił się z belki tuż nad boksem. Wylądował zwinnie na ziemi, pokrytej trocinami i sianem.
    - Mam nadzieję, że się panu podobało, panie Blackwood. Przez pana się przeziębiłem a to nie należy do moich ulubionych rozrywek.
    Spod płaszcza wydobył swój fant i pokazał go mężczyźnie, oczekując w zamian pokazania chociaż pieniędzy.
    - Policja już od dawna mnie tropi. Nic to nowego. Zwykle unikam takich bezsensownych sztuczek ale czasem są przydatne. Ale przynajmniej czujki przeciwpożarowe się sprawdziły w stu procentach.
    Uśmiechnął się lekko, a oczy pojaśniały pod kapturem. Czekając na spotkane miał czas bejrzeć sobie posiadłość i stajnie. Widać było że lord nie do końca dba o swoją rezydencje. Z zewnątrz nadszarpną ją już ząb czasu. Ale konie miał piękne, zwłaszcza siwek mu się podobał. Z tego co podłuchał z rozmowy dwóch stajennych, ogier miał niecałe trzy lata i jeszcze nie był jeżdżony. Teraz pomieszczenie wypełniał odgłos nerwowego stąpania koni i wycie wiatru na zewnątrz. Akkarin powstrzymał się przed drżeniem, ale choroba robiła swoje. Szybko przejdzie. Jak zwykle. Miał silny organizm, który nie poddał sie nawet zarazie która szalała po mieście i pozbawiła setki ludzi życia, już prawie piętnaście lat temu. Znów kichnął, przeklinając się w duchu za zniszczenie podniosłej atmosfery. Ciało odzyskało już siły. Mięśnie przestały drgać i drętwieć przy każdym wysiłku. Nie mógł przyznać owarcie, ze to zadanie było strasznie trudne i wymagające zadanie. Że kilka razy chciał zawrócić, bo wchodzenie do kolejnych znów pomieszczeń było męczące i trudne, bo nie wiedział nawet czego się spodziewać. Tak na prawdę szedł w ciemno. To o czym wiedział mógł ominąć, a reszta? Chyba w całym mieście nie było nikogo kto znałby wszystkie te zabezpieczenia. Pokręcił lekko głową.
    - Mam nadzieję, że nie przypomni pan sobie zaraz że chciał coś jeszcze z tego domu.

    [Tym razem krócej XD ]

    OdpowiedzUsuń
  11. Brew złodzieja podjechała wysoko, choć z zewnątrz nie było tego widać. Miał ochotę parsknąć, ale powstrzymał się.
    - Nie płaci mi pan za testowanie pańskich służących, czujek, dla moich pokazów akrobatycznych ani pochlebstw. Wolę jednak dostać swoją zapłatę, mimo tego że w jakiś swój pokrętny sposób chciał mnie pan sprawdzić.
    Poczuł się oszukany i to wstrętnie oszukany. Ten człowiek to wszystko zaplanował. Chciał przetestować "swoje" urządzenia? Jego umiejętności? Czy po prostu nudziło mu się tak bardzo, ze nie wiedział co zrobić z pieniędzmi i jak dokuczyć tej kobiecinie. Dla Akkarina zadanie było trudne ale nie niewykonalne. Było jak najbardziej do zrobienia, choć samo przygotowanie do niego pochłonęło prawię połowę zaliczki. Ale warto było, bo jak się okazało niemal wszystkie informcje się przydały i sprawdziły. Przeszedł po suficie, ścianach, unikał tych wstrętnych pułapek i automatów, prawie się wysadził tym słojem, gdyby go upuścił, choc gdyby wiedział co to pewnie nawet by go nie dotknął, a ten jeszcze śmie twierdzić że to po co szedł i się męczył to nic nie warty bibelot i że brakowało mu precyzji? Miał ogromną ochotę wybić mu ze dwa zęby albo chociaż złamać ze dwa place. Wziął głeboki oddech co od razu wywołało kaszel. Siorbnął znów nosem. Jeszcze dzisiaj miał do odebrania zioła na przeziębienie i syrop z głogu i dzkiej róży u zielarki. Im wcześniej wyzdrowieje tym szybciej będzie mógł znów biegać po dachach miasta, co teraz stanowiło pewne hobby i sposób na ćwiczenia by nie stracić fizycznych umiejętności.
    Zdał jego test. Gdyby wiedział ze to test to od razu by mu powiedział ze go zda. Miał w sobie tyle egoizmu i pychy by uważać się za najlepszego, przynajmniej od czasu kiedy Ethan siedział w więzieniu a jego przybrane rodzeństwo zostało stracone.
    - Powiem tak... Chce resztę mojej zapłaty, bez względu na to czy pan się ze mną chciał zabawić czy nie. A co do dalszych zadań... pracuje dla pieniędzy. Jak mi pan zapłaci to się podejmę. Ale jeśli raz jeszcze wymyśli pan coś tak kretyńskiego jak to zadanie to zacznę się na prawdę szczerze zastanawiać nad pańskim zdrowiem psychicznym. Nie życzę sobie też być dalej oszukiwanym. Wolę by mówiono do mnie w prost. Umiem czytać, pisać i liczyć, nie jestem imbecylem.
    Właściwie takie zdolności były rzadkością wśród mieszkańców slamsów i tej najgorszej biedoty, mieszkającej często w kanałach pod największymi posiadłościami. Chociaż policja starała się ich stamtąd pozbyć już nie raz. Wyciągnął szablę w jego kierunku.
    - Może to pan sobie zabrać. Przeszkadza mi tylko w chodzeniu, a do krojenia chleba się nie nadaje. Więc poproszę moje pięć tysięcy i możemy rozmawiać dalej.

    OdpowiedzUsuń
  12. Westchnął. Widocznie będzie wypominał mu to podpalenie przez cały czas. Zaczął się wahać, czy na pewno dobrze zrozumiał cały ten plan. Odwiesił szable na kołek niedaleko i skrzyżował ramiona na piersi. Widać było, że z Blackwoodem nie można było dyskutować o takich rzeczach, bo mężczyzna nie zwykł mówić rzeczy wprost. Pokręcił lekko głową. Znał rozkład posiadłości. Przygotował się na wszelki wypadek, gdyby mężczyzna jednak nie zechciał mu załacić i był zmuszony okraść i zdemolować mu dom. Zdziwiło go wykorzystanie niektórych pomieszczeń. Dom był specyficznie przerobiony w środku. Ale wiedział gdzie jest gabinet Balckwooda. Zaznaczył sobie to miejsce specjalnym kolorem na planie. Znalazł trzy drogi wejścia do pomieszczenia, ale każda nie była prosta ani przyjemna, zwłaszcza że jak się okazało, urządzenia i strażnicy mechaniczni byli tworami Blackwooda. Mógł się spodziewać że wszystko jest zabezpieczone dużo lepiej, odkąd mężczyzna zdecydował się na wynajęcie go, zwłaszcza że Akkarin ostrzegł, ze w razie próby oszukania go, będzie działał na własną rękę. Sprawdził czy ma swoje ubezpieczenie. Wszystko było na miejscu. Kiwnął lekko głową.
    - Łażąc po tym nawiedzonym domu nie raz i nie dwa zastanawiałem się co ja tam właściwie robię. Ale widzi pan… posiadam pewne cechy charakteru, które nie pozwalają mi robić pewnych rzeczy, na które nie rzadko mam ochotę. Między innymi dlatego zajmuje się tylko kradzieżami. – podkreślił to „tylko”. Nie był zabójcą na zlecenie, ale za odpowiednią kwotę pewnie by się podjął działania, które w rezultacie miałoby się stać śmiercią w wypadku, incydentu czy innej przypadkowej sytuacji. Nie mógł też powiedzieć, ze ma zupełnie czyste sumienie w tej kwestii.
    - Skoro sam się pan wariatem nazywa, nie będę z uprzejmości zaprzeczać, bo w końcu i tak pana nie znam. A to co wiem, to wiedza od osób trzecich, więc często niewiele warta. Mógłbym pana zastrzelić, udusić, pobić na śmierć… i sprawić by wyglądało to na końskie kopnięcie albo stratowanie… problem tylko będzie wtedy taki, że nie dostane reszty swojej zapłaty i prawdopodobnie zapłaty, którą chce mi pan zaproponować za dalszą pracę. Jestem człowiekiem interesu, tak jak pan. Nie widzę sensu pozbywania się przyszłego zarobku. Moja raniona duma leczy się najlepiej w inny sposób, a lepiej poczuje się kiedy już mi pan da co jest mi winien i wyjaśni w końcu o co tak naprawdę chodzi. Prowadz pan... Krzywdę zawsze panu mogę zrobić później

    OdpowiedzUsuń
  13. Kiedy tylko przekroczył próg pożałował że nie wszedł oknem. Miał wrażenie, że zaraz to wszystko te urządzenia, twory, czujki, że to wszystko zaraz się na niego rzuci. Niemal na wstrzymanym oddechu i najciszej jak potrafił, przeszedł korytarzami za swoim zleceniodawcą. Ten męzczyza ciekawił go coraz bardziej. Ze zdziwniem odkrył, że chyba się go lęka. Dawno nie czuł czegoś takiego. Podświadomy lęk przed człowiekiem, którego nie znał i raczej nigdy bliżej nie pozna. Starał sie w nic nie wdepnąć, nie dać się słapać w jakieś wymyślne urządzenie, choć kądś wiedział, że nic mu nie grozi. Przynajmniej nie teraz. Postanowił dowiedzieć się więcej o tym człowieku. Może uda mu się dotrzeć do jego byłych kochanek a może i obecnych.
    Poczuł stróżkę potu spływającą wzdłuż kręgosłupa. Lepił się do ubrań. Dlonie niemal pływały w rękawiczkach, ale szedł za nim dalej. Kiedy w końcu dotarli do gabinetu, odetchnął niemal ulgą. Słysząc że ma nic nie dotykac, parsknął.
    - nie miałem zamiaru. Jeszcze urwie mi coś rekę zlbo coś bardziej przydatnego...
    Rozejrzał się niepewnie. Pomieszczenie wydawało mu się przytulne. Mógłby tu mieszkać, choć pozbyłby się kilku dziwnie wyglądających eksponatów. Ugryzł się w język nim skomentował że przydałaby mu się żona, która dbałaby o porządek. Sam nie sprzątał chętnie, więc on akurat powinien w tym temacie w ogóle sie nie odzywać. Teraz obserwował go uważnie. Od razu, korzystając z tego ze ię odwrócił na sekundę, zgarnął pieniądze z biurka. Przejrzał ilość i schował w bezpiecznym miejscu pod płaszczem. Słuchał go uważnie. Uśmiechnął się lekko, wciąż schowany pod kapturem.
    - Zaczynam się zastanawiać czy pamięta pan każde słowo z naszych rozmów. Można powiedzieć że posiadam coś takiego jak moralność, chociaż nie wiem czy tak samo rozumiemy to pojęcie. po prostu wybieram mniejsze zło. Dla mnie nie ma gorzkich prawd. Żyje już pewien czas na tym świecie i każdy ma swoją prawdę, która najczęściej jest gówno warta. Jakoś niekoniecznie obchodzą mnie te londyńskie istnienia które mi nie płacą, lub nie świadczą innych usług, które są mi przydatne. Już dawno przestałem się pochylać i cmokać nad podłością życia. O ile nie chce pan wysadzić mojej ulubionej cukierni w mieście, i oczywiście mi zapłaci, mogę się zgodzić niemal na wszystko.
    Może nie powinien tego mówić, choć była to prawda. Ten człowiek był inny niż wszyscy. Miał w sobie pewne szaleństwo. Ale był chciwy. Zawsze o tym wiedział

    OdpowiedzUsuń
  14. :)

    Dla Akkarina to miejsce przypominało wnętrze "Dziwacznego Muzeum Eden", które jakaś rezolutna panna otworzyła w mieście. Wszystko wyglądało dziwnie. Jakby się mu przyglądało, oceniało. Szybko chciał pozbyć się tego uczuia więc skupił się na słowach mężczyzny. Obcerwował go uważnie, wyłapując pewne słowa i gesty, które powoli coraz bardziej rozjaśniały mu obraz sytuacji. Wpakował się w niezłe bagno. Przynajmniej tak sądził na początku i utwierdził się w tym, kiedy dostrzegł to coś. Skrzywił się. Właściwie zawsze bał się takich automatów. Kiedy jako dziecko miał doczynienia z mechanicznym dzinem przez tydzień nie mogł spać. Ethan wtedy zabierał go do siebie i pozwalał mu spać ze sobą na jego posłaniu. Wciąż pamiętał wyłupiaste szklane oczy, drewniane dłonie, wstrętny wyraz twarzy i śmiech, kiedy przegrał w grze w kubki, czego nie dało się wygrać. Kuleczka zawsze wpadała w zapadnię, zaraz po nakryciu jej kubkiem a potem wyłaniała się w tym samym miejscu, już pod innym kubkiem. Ethan mu to wyjaśnił kiedy się w końcu zdenerwował, ukradł maszynę i razem ze swoim młodym uczniem rozkręcili i porąbali. Mechanizm tego dzina wyglądał podobnie do tego, ale był dużo niej skomplikowany.
    Zrozumiał o co chodzi. Miał doczynienia z kimś w rodzaju zamachowca. Zmrużył lekko oczy. Myslał intensywnie, analizował wszystkie za i przeciw, ale nie miał nic do stracenia. Mógł tylko zyskać i to wszystko to o czym marzył w ostatnim czasie.
    Słysząc o kilku osobach, które należy ukarać pokiwał lekko głową. Właściwie odpowiadało mu to. Kiedyś dużo czasu spędzał z kimś, kto wierzył w magię, przeznaczenie i zabobony. Chodził do wróżek, wróżył jemu i sobie z fusów i szczerze wierzył w to że nie ma przypadków, że jest tylko przeznaczenie, przed którym nie można uciec ani go zmienić. Bo wszystko jest już zapisane w gwiazdach. Dla Rina, było to trochę niepokojące. W gwaizdach nie dało się niczego zapisać. Były za wysoko. Nawet gdyby stanąć na najwyższej budowli w mieście i tak nie dostrzegłby nic poza jasnymi plamkami na ciemnym niebie, choć i tak zwykle nie było nic widać bo chmura zanieczyszczeń wciąż wisiała nad miastem.
    Ci jego służący napawali go pewnym obrzydzeniem. Kiedy ich mijali wiedział, że nie są i nie będą żywi. Nie byli ani ludzmi ani maszynami. Skrzyżował ramiona na piersi. chciał by to wyglądało na zwykły gest, ale zrobiło mu się strasznie zimno. Dreszcze powoli rozchodziły sie po ciele. Westchnął. Jednak będzie chory...
    - Podsumowując. - zaczął, kiedy Blackwood już skończył - Chce pan bym ukradł pewne elementy... by mógł pan ulepszyć te cudaki i zemścić się na pewnych osobach...
    Samo oglądanie tych cudków napawało strachem. Akkarin nie był pewien dlaczego, ale coraz bardziej zaczynało mu się to podobać.
    - Znam mity o Atlantydzie. Czasem ktoś mi opowiadał takie rzeczy... Jeśli chodzi o moja pracę dla pana... cóż, zgodzę się jeśli dopisze pan trzy nazwiska do swojej listy i oczywiście mi zapłaci. Chciałbym wiedzieć też czy chce pan uczestniczyć w planowaniu tych... skoków. Muzeum nie jest proste do obrobienia. Zależy też w którym miejscu trzymają te maski. Do części z antyczną biżuterią potrafię wejść bez problemu.Rozumie pan, informacje kosztują...
    Nigdy nie chwalil się nikomu, że włazi do muzeum regularnie i podmienia antyczną biżuterię na podróbki. Takie rzeczy zawsze były cenione wśród kolekcjonerów. Ale o tym Blackwood nie musiał wiedzieć. Widząc jego minę, westchnął cicho.
    - Mogę się zgodzić na mniejsze wynagrodzenie... Ale te osoby mają się na tej liście znaleźć. Odpowiada to panu?

    OdpowiedzUsuń
  15. - Pan wybaczy... znaczy, wybacz chłopie, ale chyba nie chce wiedzieć z czego to robisz. Wystaczy że dziwnie wygląda i jeszcze dziwniej pachnie.
    Właściwie taka forma zwracania się do niego bardziej mu odpowadała. Nie znosił mówić do innych "panie", choć zawsze to robił. Niektórzy byli bardzo wrażliwi na tym punkcie a on wolał nie robić sobie z tego żadnych problemów.
    - Zwykle sam ustalam pewne fakty... Ale to zawsze trochę trwa. Jesli zależy ci na czasie, współpraca w tej dziedzinie jest jak najbadziej wskazana.
    Podszedł do biurka. Ujął pióro i zanurzył stalówkę w kałamarzu. Właściwie to go zdziwiło. W tak nowoczesnym domu, zwykłe pióro i kałamarz. Napisał na skrawku papieru trzy nazwiska. Nie miał pięknego pisma, widać że nie często ćwiczył pisanie, ale było dość staranne i jak najbardziej czytelne. Wszyscy należeli do arystokracji, dwóch z nich było sędziami a jeden prokuratorem. Wszysyc znani z ciężkich wyroków, nie często wyroków śmierci. Przesunął karteczkę do Blackwooda.
    - To nie powinien być zbyt wielki problem.
    Teraz byli wspólnikami. Akkarin po raz pierwszy od tak długiego czasu miał na prawdę możliwość i ochotę na tę zemstę. Czuł dziwne podniecenie kiedy stawiał kolejne literki swojego prostego pisma. Widział też lekki błysk w oku rozmówcy, kiedy odczytał nazwiska. Od tej chwili byli wspólnikami.
    Parsknął słyszać o wyprawie na bal do domu jakiegoć arystokraty.
    - Mógłbyś być komikiem, na prawdę... Gdzie ja w wyższe progi? Myślisz ze ktoś uwierzy że taki prostak jak ja jest arystokratą? I to jeszcze z twojej rodziny?
    Nie widział siebie w aksamitnym wdzianku, trzymający w dłoni kryształowy kieliszek, który w każdej chwili mógłby się rozpaść. Poza tym, ile alkoholu w takie małe coś wejdzie? Kilka kropli? Pokręcił głową, nie dowierzając.
    - Posiadłość nie jest pewnie zbyt skomplikowana. może wystarczą plany, pogada się z kimś ze służby...
    Wiedział, że wejście tam jako ktoś neutralny, byłoby niezwykle opłacalne. Mógłby zobaczyć wszystko na własne oczy. Obliczyć ile metrów jest od okien, czujek i ocenić wyposażenie wnętrza. Może nawet pokazaliby im samą maskę, a to już w ogóle byłoby cudowne. Wiedziałby jak wygląda, jaki ma kształc, gdzie jest trzymana i w czym. Znów pokręcił głową. Wsunął palce pod kaptur i zacisnął je lekko na trzonie nosa zaciskając mocno powieki. Słysząc o zapłacie, poczuł przyjemne ciepło w środku. Jak dalej tak pójdzie, będzie miał się z czego utrzymać do końca zycia. Spojrzał na niego uważnie. Oczy błysnęły mu spod kaptura, niebezpiecznym blaskiem.
    - Nie wiem co zrobisz by ukryć moje pochodzenie przed znajomymi... ale to wcale nie będzie proste. Człowiek się rodzi arystokratą. Jak zaczną coś podejrzewać, nie będzie kolorowo...

    OdpowiedzUsuń
  16. Jego słowa wydawały się rozsądne i prawdziwe. Nikt właściwie nie zobaczyłby jego twarzy już nie mówiąc o tym że nie rozpoznałby z nim złodzieja, nawet kiedy spotkaliby się później twarzą w twarz. Mogli dużo zaoszczędzić i to bardzo dużo. nie byłoby potrzeby płacenia za szczegółowe plany, przekupstw, łapówek i innych wydaktów, które przy planowaniu takiego skoku było niezbędne. Przy kradzieży kieszonkowej czy prostym włamaniu się i obrobieniu sejfu, nie trzeba było wiedzieć wiele. Ludzie rzadko zabezpieczali pomieszczenia i drogę do nich, w których znajdowały się sejfy, czasem wielkie i stalowe. Uznawali że pancerne drzwi są wystarczającym zabezpieczeniem. Może było tak dla amatorów, ale nie dla kogoś takiego jak Akkarin i urządzeń, które skonstruował Ethan, zanim jeszcze stało się to co się stało.
    Złodziej poruszył palcami i zgiął wszystkie po kolei, aż strzeliły stawy.
    - W porządku. Przyjdę. Zostawisz mi otwarte okno a w nim zapaloną świecę. Będę wiedział w którym pokoju się stawić.
    Właśiwie nie podobało mu się to, że będzie musiał się odsłonić przec Blackwoodem. Ze ten zobaczy jego twarz i pewnie nie tylko, jeśli będzie obecny przy jego przymiarce. Ale jeśli coś miałoby się strać, miał przecież pieniądze. Wiedział, że udałoby mu się zniknąć w ciągu kilku godzin z miasta i jego okolic, a za rok czy dwa, jego twarz zamaże się w pamięci arystokraty. W końcu nie był szczególny.
    Skłonił się nim opuścił gabinet Balckwooda. Pamiętał drogę do wyjścia, ale nim tam dotarł skorzystał z okna.
    W swoim mieszkanku, przeliczył dokładnie otrzymane pieniądze.Zgadzało się wszystko. Patrzył na nie, nie mogąc uwierzyć jakie miał szczęście. Nie dość że trafił na bezwzględnego, choć nie było tego widaćna pierwszy rzut oka, zleceniodawce, który pozwalał mu na zemstę, to jeszcze płacił nisamowite pieniądze. Napar z ziół od miejscowej zielarki, pomagał i to bardzo. Człowiek się strasznie pocił po nim, ale to dużo szybciej stawiało na nogi niż te nowoczesne leki proszku, zamkniętym z małych kapsułkach z opłatka. Poza tym nie ufał genetykom, którzy specjalnie motuowali rośliny by uzyskać od nic jak najwięcej składników odżywczych i witamin. Przerażały go megakonie, gadające papugi, które czasem uciekały właścicielą i latały po mieście powtarzając wszystko co ich właściciel na nich nagrał. Zwykle używano ich jako posłańców, którzy przenosili wiadomości albo jako pewnego rodzaju dyktwfony, kiedy ktoś pisał książkę czy wspomnienia. Ale kiedy ptaszyska uciekały wrzeszczały wszystko to na całą okolicę. Może dlatego przestały być takie popularne.Wtedy nastał czas sukcesów techników i ich wynalazków. Rina trochę to przerażało. W mieście powietrze było coraz cięższe od oparów i dymów z fabytk i elektrowni, które były niezbędne aby te wszystkie wynalazki mogły działać. Mimo to miasto rozwijało się, pochłaniajć coraz to kolejne okoliczne wioski. Transport rozwinął się na tyle, by najnowszym krzykiem mocy stało się posiadanie domku na obrzeżach miasta.
    Dokładnie wyszorował się i nawet wdział czyste spodnie. Mimo wszystko chciał się dobrze zaprezentować. Miał już swoje lata, bo skończył 28 lat całkiem niedawno i nie przystawało mu bycie flejtuchem co zawsze uchodziło na sucho młodzieńcom, ze względu na wiek. Kiedy miał 12 lat, unikał mycia, bo uważał że to usuwa z jego ciała hodowany brud maskujący, który był dla niego niezbędny. Był już zdrowy, ale i tak na wszelki wypadek łyknął sporą porcję naparu z ziół. Tym razem wziął mniej broni. Nie spodziewał się ataku w posiadłości Balckwooda.
    Stojąc przy ulicy i obserwując budynek, bez problemu sotrzegł otwarte okno i świecę, choć wiedział że lord pewnie uważał to za coś niepotrzebnego, bo przecież mógł wejść drzwiami jak normalny człowiek. Ale Akkarin nie był normalnym człowiekiem, a przynajmniej nigdy się za takiego nie uważał.
    Wlazł o środka. Blackwood już czekał, siedząc na fotelu tuż przy oknie. Zodziej strzepał zpłaszcza kilka kropli wody i spojrzał na mężczyznę.
    - Zaczyna padać.

    OdpowiedzUsuń
  17. Zmarszczył brwi.
    - Pomogły. Nigdy nie choruje poważeni. Nie mam zamiaru wycofać się z planu z byle powodu
    Właściwie to miał nadzieję, ż dostanie jakieś szmatki, naciągnie je na siebie już będzie lordem. Stał chwilę nieruchomo. Nigdy nie bawił się w takie rzeczy. Nigdy nawet nie był u krawca. Wszystkie ubrania przerabiał albo sam albo ubierał takie jakie były.
    - Mam... podnieść ręce tak?
    Zastanowił się chwilę nad tym wszystkim. Właściwie niemożliwe było zdjęcie miary z kogoś opatulonego w płaszcz jak on. Nie spodziewał się, że zostanie anonimowy dłużej. Pokręcił lekko głową. Rozpiął dwie klamry i zdjął płaszcz. Odwiesił go na oparcie krzesła. Zsunął z twarzy chustę, którą zwykł nosić i podwinął ją na szyi. Uznał że reszta jego wyposażenia nie powinna mu przeszkadzać. Teraz bez obszernego płaszcza, wyraźnie widać było jego sylwetkę. Był smukły, miał niezwykle długie nogi i szerokie barki, wyświczone przez konieczność wspinania się i noszenia ciężkich przedmiotów. Na lorda Blackwooda spojrzał swoimi ciemnozielonymi oczami, a właściwie okiem, bo przy lepszym przyjrzeniu się można było zauważyć że jedno oko jest ciemno niebieskie a drugie ciemnozielone. Heterochromia nie była często spotykanym zjawiskiem. Głównie dlatego zwykł chodzi w kapturze, osłaniając twarz. Na szczęście w półmroku i ciemności, różnica ta nie była bardzo widoczna. Sam Akkarin miał kwadratową szczękę, mocno osadzone oczy i ciekawie zarysowane kości policzkowe. Wszystko to sprawiało wrażenie iluzji atrakcyjności. Nosił krótko strzyżone czarne włosy, a to że się nie ogolił i nosił trzydniowy zarost, było niczym innym, jak świadectwem lenistwa.
    - Nie patrz tak na mnie. Mierzysz czy nie?

    OdpowiedzUsuń
  18. Nie czuł się komfortowo. Ta sytuacja wydawała mu się zbyt w pewnym sensie intymna. Ale nie powiedział nic na ten temat. Cierpliwie znosił Archibalda i jego miarkę. Uznał to za konieczne bo w końcu plan był planem. Każde odstępstwo mogło być niebezpieczne dla powodzenia misji. Zerkał co chwilę na stawiane na karteczce cyferki.
    - Mogę ubrać właściwie cokolwiek. - wzruszył ramionami. Wszystkie kolory w jakiś sposób akceptował, więc było mu to obojętne. Nie włożył płaszcza, choć go korciło. Atmosfera tego domu była dziwna, tajemnicza i nie do końca przyjemna. Wychował się na ulicy, posiadał pewien wrodzony instynkt, który teraz wył wewnątrz czaszki. Ignorował to. Musiał to zignorować.
    - Nie jestem przyzwyczajony do takiego macania bez grywstępnej. - wzruszył ramionami. Nachylił się nad biurkiem i rozłożył papiery. Nie widział równicy w tym czy zapozna się z nimi tutaj czy u siebie. Oglądał szkice, plan, czytał opisy. /bez pozwolenia wziął lupę i oglądał coś z zaciekawieniem na jednym ze szkiców. Słysząc pytanie, podniósł na chwilę spojrzenie znad kartki.
    - Z różnych. Zależy od zadania. Opowiedz mi coś więcej o tym człowieku. Zaprasza do domu prostytutki czy kogoś podobnego do rana?
    Właściwie nie powinien się wzbraniać przed wspólnikiem, ale tak na prawdę nie lubił opowiadać o urządzeniach Ethana.
    Przyjrzał się jednej z maszyn.
    - Wydają się niestabilne

    OdpowiedzUsuń
  19. - Domyślam się... Nie należę do ludzi którzy lubią się stroić, więc to w pewnym sensie będzie dla mnie coś nadzwyczajnego. Ale jakoś to przeżyje. Nie mam zamiaru dać się komuś podejść. Trzeba wymyślić jakąś historyjkę z przeszłości i musisz mi coś o sobie powiedzieć, tak na wszelki wypadek.
    Pomasował opuszkami palców kąciki oczu.
    - Masz to coś do picia? Gorzej mi się myśli na trzeźwo.
    Przysunął sobie krzesło. Usiadł na nik okrakiem i oparł brodę o oparcie.
    - Szkoda, że facet nie jest homo. Byłoby łatwiej. Za babę się nie będę przebierał. Z podmianą zawsze jest taki problem, ze trzeba mieć dokładne rysunki by odtworzyć oryginał. Na same zrobienie kopii będę potrzebował conajmniej trzech dni, w zależności od tego z czego jest zrobiona i jak wiele ma szczegółów. To bardziej skomplikowana sprawa niż zwykła kradzież.
    Wyciągnął jednen z czystych arkuszy papieru, chwycił ołówek i zaczął kreślić rysunek bransolety antycznej, którą można było obejrzeć w Muzeum. Kilka razy się zawahał i przerwał rysowanie. Wtedy siedział, wpatrując się w obrazek, nie mrugając wcale. Pokręcił głową, nie do końca zadowolony ze swojeo dzieła. Podał szkic mężczyźnie.
    - Potrzebuje co najmniej 5 minut by zapamiętać to co najważniejsze. Mam dobrą pamięć, ale i tak nie pamiętam czy na tym piepronym kawałku złota był lew czy tygrys, choć niedawno ją robiłem i podmieniałem. Zdjęcia prawdopodobnie nie uda się zrobić, więc musisz dać mi chociaż te pięć minut. Chyba że znasz sposób jak przenieść obraz rzeczywisty na papier w kilka sekund. Samo wejście może nie być najtrudniejsze. Pewnie wystarczy jak przejdę górą, jak w domu twojej przyjaciółki. Chociaż uszkodziłem jeden przewód, więc będziesz musiał go wymienić. Ja się nigdy tym nie zajmowałem. Jeśli ta rzecz jak tak ważna, najtrudniej będzie zdjąć zabezpieczenie z samego pudła w którym będzie. Ludzie ufają sejfom, więc mam nadzieję, że na noc wsadza ją do sejfu.
    Zamilkł na chwilę, zastanawiając się nad czymś jeszcze. Gdyby był z nim Ethan, pewnie coś by wymyślił. On zawsze był mózgiem i konstruktorem. Akkarin i jego bracia przyrodni, wykonywali misje, dopracowane zwykle do każdego szczegółu.
    - Jak rozejrzymy się na tym przyjęciu, to pewnie jakiś pomysł wpadnie. To zwykle jest prostsze niż się wydaje na początku. Ludzie popełniają głupie błędy... Jakbyś był babą, to może byś go uwiódł czy coś. - zaśmiał się.

    OdpowiedzUsuń
  20. [ Nie ma sprawy :) Ja pewnie przed sesją też nie będę miał możliwości częstych odpisów :) Dobrze przynajmniej że nie zrezygnowałaś całkowicie z bloga XD ]

    Nie był pewien dlaczego, ale chciał z nim pracować. Nawet jeżeli miałaby to być jego ostatnia misja, jak bohatera jego ulubionej książki, jednej z kilku, jakie w swoim życiu przeczytał. Oczywiście jk to w książce, bohater otrzymał odpowiednie wynagrodzenie w postaci skarbu i dziewczyny, ale jemu pewnie wystarczył by tylko skarb, czyli najsłodsza na świecie zemsta. Za to mógł się poświęcić.
    Potarł palcami prawe, zielone oko. Było bardziej wrażliwe na światło i to był głowny powód dla którego chodził w kapturze. Nic go wtedy nie raziło. Pokiwał głową.
    - Przyjdę. Tylko się nie rozpisuj a bardzo, bo i tak tego nie przeczytam. Coś najważniejszego. Nie wiem o czym wy rozmawiacie przy alkoholu. – parsknął. – I nie wnikaj. Nie twoja rzecz…
    Nie raz wykorzystywał przyjęcia jako osłonę do swoich przestępstw. Wtedy ludzie są skupieni głwnie na gościach i nikt nie kreci się po części prywatnej właściciela albo w dalszych częściach budynku na przykład muzeum. Doskonale pamiętał jedno z nieudanych włamań, kiedy to pewna para zechciała kopulować na łóżku, pod którym akurat się ukrywał. Chociaż musiał przyznać że odgłosy były całkiem ciekawe.
    - Poruszania się? To wy się poruszacie inaczej na przyjęciach a inaczej w domu? Bez sensu… No ale mogłem się domyślić. Pewnie tego co pijecie na przyjęciach z trudem można przełknąć.
    Nalał sobie tego czegoś. Wyglądało jak whisky, chociaż dziwnie pachniało. Po pierwszym łyku poczuł rzyjene ciepło rozlewające się w przełyku by potem przejść do krwi. Dolał sobie jeszcze trochę.
    - Nie wiem czy mamy tyle czasu by bawić się w twoje mechanizmy. Nie ufam im za bardzo. Problem polega na tym, że wszystko musi wyglądać na nienaruszone. Zanim zaczniesz grzebać w czyimś biurku, obejrzyj jak leżą ułożone na nim przedmioty, byś później mógł ułożyć je tak samo. Otworzenie i zamknięcie sejfu nigdy nie jest niezauważone. Właściciel zwykle widzi różnicę od razu. Jeśli będzie podobna do tych w muzeum, zawsze będę mógł iść tam, obejrzeć te pozostałe. Przenieść i podmienić maskę będzie dużo prościej niż wynieść tę twoją szable. Przedmioty tego typu rzadko są kradzione, bo rzucają się w oczy nawet kiedy już się opuści lokal. Policja i tak się gapi. Udają lepszych niż są.
    Znów wlał trochę do szklanki i opróżnił ją jednym haustem. Słuchał go uważnie. Kiwnął kilka razy głową, na znak że się zgadza i rozumie.
    - Nie miej mi tego za złe, ale… dopóki nikt nie da mi zlecenia na te twoje wynalazki, to tak jakby one mnie nie za bardzo obchodzą. Znaczy, gmeraj tam sobie co chcesz i baw się dobrze, bo jak widać nieźle ci to idzie… ale to trochę nie moja bajka. Nie znam się nawet na tym. Ojciec się znał – wzruszył ramionami. Nie chciał Niszczyc jego marzeń o wspólniku żywo interesującym się jego pracą, ale nie zniósłby naukowego bełkotu. Lubił jak się coś ruszało, było metalowe i przydatne, ale nie odkrył w sobie do tej pory, pragnienia robienia ego typu rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  21. To wszystko go trochę zaczęło przerażać. Gdyby nie nagroda, jaką miał otrzymać, zapewne nie zdecydowałby się na coś takiego. Jego zleceniodawca, należał do niebezpiecznych ludzi, którzy z zewnątrz wydawali się uprzejmi i zwyczajni. Tacy byli najbardziej przerażający. Trudno było przewidzieć ich ruchy. Laboratorium, czy pracowania była kwintesencją tego ukrytego szaleństwa. Ale może właśnie to coś, to szaleństwo i chaos, przekonały Akkarina do przystąpienia do tego planu. To że baron był atrakcyjnym mężczyzną, należącym do grona zborsuczałych mężczyzn, było inną sprawą.
    Ledwie zeszli na dół, Robin juz miał ochotę wyjść. Wszystko buczało, świeciła, parskało, zupełnie jakby każdy z tych metalowych elementów ożył i zechciał założyć rodzinę i mieć małe śrubki. Miał tylko nadzieję, że nie z nim. Trzymał zdecydowanie ręce przy sobie. W ogóle zastanowił się, czy może podłoga nie jest pod napięciem i może nie powinien deptać linii?
    Ale szedł dalej, rozglądając się uważnie. W niebieskim oku odbijało sie światło wyładować elektrycznych, sprawaijąc że tęczówka przbierała ciekawą błękitną barwę. Zielone za to pozostawało ciemne, jakby niewrażliwe na światło.
    - Właściwie to... zastanawiam się nad czymś innym. Ten Bram, lubi cie? W sensie... pozwoliłby ci skorzystać z pokoju, gościnnego powiedzmy, przez jakiś czas? No wiesz... pewnych spraw nie wypada robić w krzakach w parku. - uśmiechnął się kokieteryjnie. - Udałoby mi się otworzyć sejf tak by nie pozostał ślad, jesli udałoby mi się poćwiczyć. Znaczy, muszę wiedzieć jaki model i zamek posiada Bram. Zwykle zostają ślady przy zamku, lekkie otarcia. Zamakownie ich zajmie mi kolejne kilka minut. Nie wiem jak działają te twoje kamerki, na czym ogląda się obraz... Można jeszcze wykorzystać coś innego. Podstęp... Jeśli trzyma ten fant z innymi cennymi rzeczami, mogę włamać się po chamsku, ukraść mu fant i kilka drobiazgów, a na miejscu zostawić kawałki czegoś, co można by uznać za część tego fanta. Policja jest tu wyjątkowo mało ruchawa, więc pewnie uznają, że złodziej nie znając wartości maski, po prostu ją zniszczył przypadkiem lub celowo. Wtedy nikt nie będzie szukał... Nawet jak Bram nie uwierzy, bo policja nie kiwnie palcem by mu pomóc w poszukiwaniach. A ty, jako dobry kolega, mogłbyś zaproponować mu pomoc w szukaniu. Mielibyśmy dostęp do informacji o postępach.
    Rozglądał się z ciekawością. Wszędzia panował chaos, ale coś się z tego chaosu wyłaniało. Nie chciał przyglądaćsię rysunkom, szkicom ani wyliczeniom. Nie chciał ich pamiętać by się nie zastanawiać do czego mu są. Jego uwgę przykuło za to dziwne walcowate urządzenie, podłączone do przewodu, zapewne elektrycznego.
    - Ostatnio... słyszałem o nowej metodzie leczenia nerwic u kobiet. Zastanawiało mnie czy na facetów to też działa.
    Przeniósł spojrzenie znów na towarzysza i uśmiechnął się, tym razem nieco przyjemniej dla oka.
    - Nie jestem specem od pracy z urządzeniami. Korzystam z tych, które wiem jak działają i do czego mi się mogą przydać. Nie wymagaj więc ode mnie, że jak dasz mi coś co się rusza i bzycz, to będę wiedział co z tym zrobić.

    OdpowiedzUsuń
  22. - Nie ma rzeczy prostych i trudnych. Są tylko takie które przychodzą szybciej. Takie włamanie wcale nie jest prostsze. Ale ma swoje duże plusy. Domyślam się, ze dla ciebie coś tak... wydające ci się proste jest zbyt malo wyrafinwane i jakby to powiedzieć... głupie. - wzruszył ramionami. - Ale chodzi o ingerencje w środowisko. Każdy człowiek ma swoje naturalne środowisko. Twoim jest... to miejsce. Gdyby coś dotknął, przestawił albo dodał, zauważył być, choć może nie od razu świadomie. Pracuje w tym fachu od dziecka i co jak co, ale doświadczenie mam. Wystarczy, że powstanie podejrzenie u ofiary, a umysł będzie tak długo drążył aż dojedzie do tego co jest nie tak.
    Przypomniał sobie, jak kiedyś Eliot kazał im zostawiać na miejcu kradzieży małą karteczkę z odciskiem kociej łapki. Na początku było to zabawne, ale potem okazało się, że właśnie ten mały szczegół ich zdradził. Potem, unikał mieniania elementów, które zastał. Ćwiczył mózg tak długo, aż udawało mu się zapamiętać w stresie wiele rzeczy.
    Parsknął i zachichotał
    - Nie, nie chodzi mi o elektrowstrząsy. Widać, zbyt dużo czasu tu spędzasz. Nawet ja znam historię tego no... jak oni to nazwali? A, no tak. Wibrator. Choć jak dla mnie zamiast wsadzać sobie matalowe cudo, lepiej mieć po prostu odpowiedniego faceta. Ale to podobno pomaga. Może sam spróbujesz? U faceta gorzej, bo trudniej wchodzi, ale przynajmniej nie byłbyś taki sztywny jakbyś był karmiony kijami od szczotek.
    Zamyślił się chwilę, ale wolał nie drązyć tego tematu, choć akutar tan lubił. Miał już swoje lata, choć nie żył jeszcze trzydziestu lat, to odczuwał powoli wpływ grawitacji coraz bardziej.
    - Jutro przyniosę ci kilka rzeczy. Będziesz miał rozrywkę. W dzień zwykle sypiam, więc wybierz sobie taką godzinę, bym mógł trochę pospać.
    Z podziękowaniem przyjął butelkę. Powąchał niepewnie zawartość iaż go odrzuciło. Ale co tam...
    Pierwszy łyk palił gardło, mimo że mocne trunki zdarzało mu się pić nie raz. Dwa kolejne były już lepiej przyjęta. Poczuł przyjemne ciepło w ciele i lekki czum w głowie. Rzeczywiście było mocne. Oddał butelkę i przeciągnął się. Zaczesał palcami włosy do tyłu.
    - Pociągnę parę osób za język w sprawie tego twojego Fredzia, czy jak mu tam. Dowiem się jaki ma sejf i chociaż czy znam kogoś ze służby. Fajnie jest znać kogoś ze służby. Są tacy uczynni... Zostawiają na przyklad otwarte okno by się dłużej wietrzyło.

    OdpowiedzUsuń
  23. - Brak ci poczucia humoru i takiego... pociągu do rozrywek. Nie zdziwiłbym się jakbyś się bandzlował gapiąc się na te swoje błyszczące cudeńka. Dlatego właśnie wolę niczego na razie nie dotykać. Nie wiem co z tym robisz, i chyba nie chce wiedzieć.
    Pociągnął znów łyk z butelki. Wiedział, że nie powinien się tak rozluźniać w jego towarzystwie. Nie ufał mu, a picie w jego dziwnym laboratorium mogło się okazać niemądrym pomysłem, którego pewnie pożałuje.
    Oddał mu znów butelkę, by nie pić z niej ani łyka więcej. Alkohol był mocny a do tego, całkiem smaczny, mimo że palił gardło. Miał przyjemny posmak.
    Zaśmiał się widząc to dziwne łóżko. Tego to się nie spodziewał. W ogóle nie spodzieał się zobaczyć tu czegoś w miarę normalnego. Obejrzał wynalazek, z bezpiecznej odległości.
    - Jesteś bardzo wspaniałomyślny. Ale tak się składa, że pieprzenie na dziwnych skręconych przed ciebie łóżkach, jakoś mnie nie jara. Wolę takie zwykłe łóżka. Ale podrywaj mnie dalej, może kiedyś ci się uda.
    Podszedł i wysunął mu butelkę z ręki, korzystając z chwili jego konsternacji.
    - Więc do później.
    Wyszczerzył się i ruszył z powrotem. Stwierdził, że sam sobie znajdzie drogę powrotną, co może nie było najbystrzejszym pomysłem. Minął dziwne sprzęty, błyskające cylindry i tykające mechanizmy. Przyzwyczajony był kiedyś do takich rzeczy, ale odkąd został sam w cechu, nie widywał tylu urządzeń w jednym miejscu, przez co nie czuł się pewnie.
    Zabrał swój płaszcz z gabinetu Blackwooda i wsunął butelkę do jednej z licznych kieszeni. Przyda się na później.

    Po południu, jak często to czynił, czytał listy gończe i ogłoszenia policji, wieszane zawsze na kilku tablicach w mieście. Odziany w coś, zwyczajnego, nie zwracał na siebie większej uwagi. Starał się iść z opuszczoną głową, by nikt nie zwrócił uwagi na odmienny kolor jego oczu. Uśmiechnął się, garatulując sam sobie, widząc, że nagroda za niego trochę wzrosła. To ogłoszenie wisiało już długo. Policja niewiedziała, że jedna osoba, kryła się za trzema pseudonimami, więc list gończy za każdym z jego trzech wcieleń wisiały na swoich zwykłych miejscach. Dwa razy już zdarzyło mu się, wrobić kogoś innego w swoje przestępstwa, przez co musiał zmieniać rewir i nieco styl działania. Mimo to, najbardiej lubił być Robinem, który jak na razie, był niedościgniony.

    Cała ta sprawa poprawiła mu humor. Najadł się porządnie, kupił trochę nowego przyodzienia i wykupił w końcu z lombardu sygnet, który tak zastawił. O umówionej porze, pojawił się w domu Blackwooda. Nie mógł sie już doczekać tej kradzieży i tego co ze sobą przyniesie. W końcu będzie mógł spać spokojnie.

    OdpowiedzUsuń
  24. Pojawił się w gabinecie Blackwooda, jak było umówione. Zaczynał lubić ten dom i jego dziwnego mieszkańca. Resztę służby wolał unikać. Dlatego też wchodził oknem, a nie drzwiai jak normalni ludzie.
    - Lawrence Greywolf? Nie mogłeś wymyślić czegoś bardziej... normalnego?
    Położył na jego biurku niedużą walizkę, z podniszczonej skóry.
    - Masz, możesz pogmerać. Tylko się nie przyzwyczajaj. Nie będziesz miał codzienie takich prezentów.
    Zdjął płaszcz. Obejrzał nowe wdzianko. Nazywał to małpim strojem. Ni to wygodne ni to praktyczne, ale niby, z zasady, miało być ładne i modne. Płytkie kieszenie, z których zawsze można było coś wyciągnąć. Tak, znał takie ubrania aż za dobrze, choć nigdy ich na sobie nie miał.
    Zaczął powoli zdejmować kolejne części odzieży.
    - Czuje, jak się gapisz. - mruknął, nie odwracając się nawet, zastygając w pół ruchu. - Zajmij się, zawartością walizeczki, a nie gapieniem na moje dupsko.
    Odwiesił na krzesło swoją koszulę, podkoszulkę, pas z przyborami a potem spodnie, skopując ze stóp buty. Ubrał się w swój nowy małpi strój, sprawdzając czy w ogóle w tam da się chodzić. Parsknął śmiechem.
    - Wyglądam idiotycznie. - mruknął, dopinając kamizelkę. Nowe ubranie, w odróżnieniu od tego w czym chodził zwykle, podkreślało pięknie jego mmo wszystko wysportowaną sylwetkę, szerokie bary i wąskie biodra. Okazało się, ze nogawki były nieco przykrótkie, ale z tym też dało się coż robić. Założy po prostu oficerki, nie będzie widać.
    Zaczesał włosy do tyłu, odsłaniając swoje niezwykłe dwukolorowe oczy. Uśmiechnął się całkiem ładnie do Blackwooda.
    - I jak? - zrobił przysiad, sprawdzając czy da się w tym poruszać. Poczylił się dotykając dłońmi podłogi przed stopami, przeniósł cięzar ciała i stanął na rękach.
    Kiedy stanął znów na nogach, obrócił jeszcze kilka razy tłowiem na boki.
    - W porządku, nie jest źle. Chociaż czuje się, conajmniej dziwnie. Tu nawet nie ma gdzie schować broni. Może jakiś nóż przemycę, ale niewiele ponad to. Aż dziwne że ty w takich łaszkach nosicie takie ładne i drogie zegarki, portfele czy inne duperele, których mam już ze dwie pełne skrzynie.
    Zajął miejsce na krześle. Chciał założyć nogę na nogę, jak to czynią zwykle arystokraci, ale nie za bardzo mógł.
    - Mam za duży sprzęt by siadać jak fircyk. - oparł łydkę jednej nogi o kolano drugiej, robiąc sobie więcej miejsca w kroczu.
    - Więc tak, mam być nudnym arystokratą, który sobie przyjechał do kuzyna bo... się stęsknił za rodziną. A ty, jak wspaniałomyslny krewniak, chcesz mnie przedstawić w swoich kręgach, których tak na prawdę nie masz, bo właściwie to za tobą nie przepadają. Proste i logiczne. Jakby się czepiali że źle stoje, chodzę, pije, siadam czy oddycham, to im powiem, że spadłem z konia i mnie dupsko boli. Ale zaraz... jak wy mówicie na dupsko? Rzyć? Rumpel? Zad? Czy nie okreslacie tej częsci ciała, uważając ją za niegodną nazwy?

    OdpowiedzUsuń
  25. - Ty to w ogóle strasznie zabawny jesteś... Dopiero teraz zauważyłeś, że mam oczy różnego koloru? Cierpisz na jakieś zaburzenia psychiczne, czy po prostu uważasz, że jestem aż tak odpychający... chociaż to właściwie jedno i to samo. - przewrócił oczami. Wiedział, że ta jego szczególna cecha może go zdradzić. Dlatego ciągle nosił kaptur, zakrywający oczy, stawał w cieniu albo pod światło by nikt nie mógł dokładnie się przyjrzeć jego tęczówką.
    - Mam to od urodzenia. - nie musiał kłamać, bo niby po co? Takie oczy miał od zawsze i tylko dzięki nim jeszcze żył. Są w mieście ludzie, których interesuje taka wyjątkowość.
    - Nie będę maronował wzroku i czasu i czytał jakiegoś gówna. To co wiem, mi najzupełniej wystarczy. Wyobraź sobie, że nie zawsze wchodzę do domów przez okno. Poza tym umiem obserwować. Poza tym, nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać, bo po co? Będę tylko twoim nudnym kuzynem. Po tobie będą taktownie jechać, a ja będę stał obok i starał się nie smiać. Na tych waszych spotkaniach towarzyskich, trudniej przeżyć niż w barze z zapijaczonymi chłystkami.
    Wiedział, ze on się bardziej interesuje tym co mu przyniósł w skrznce, niż jego osobą. Trochę goto zastanawiało. To czego się dowiedział o Blackwoodzie potwierdzało się w najdrobniejszych szczegółach.
    - Nie zachwycaj się tak tym. - wskazał na zawartość skrzynki. - i nie próbuj używać. Jeszcze sobie kark skręcisz albo urwiesz kończynę. Jak chcesz wiedzeć jak działa to ci zademonstruje. Przyniosłem to tylko dlatego że się kilka linek poluzowało, a ja nie mam do tego klucza.
    Obserwował go spod półprzymkniętych powiek. Człowiek taki jak on, z taką pasją i zainteresowaniami, powiniensiedzieć w laboratorium cały czas, poza krótkim moemntem kiedy wyjdzie, znajdzie żone i zrobi dziecko. Dziecko było konieczne, by miał komu przekazać swoje wynalazki i kogo uczyć. Zastanawiał się nawet czy mężczyzna sidzcy przed nim, jest prawiczkiem. Najbardziej prawdopodobne było to, że jego pierwszy raz był z jakimś parowym silnikiem niż z kobietą, ale o to nie będzie pytał.
    - Nie panikuj. Jak będziesz się denerwował, to od razu wyczują że coś jest nie tak. Ścierwojady wyczuwają strach. - parsknął śmiechem. Wyciągnął ze swoich ubrań papierośnicę. Była ładna. Dostał ją od Ethana, a on dostał ją od ojca. Podobno była zabytkowa. Zapalił papierosa.
    - Bezpiecznym tematem jest ropa, energia, kapusta i alkohol. No, jeszcze prefumy i moda. O alkoholu mogę gadać godzinami.
    Zaciągnąl się dymem, przytrzymał go chwilę w płucach i wypuścił.
    - Nie muślałeś by się ustatkować z kimś równie kopniętym co ty? Na pewno jest wiele takich osób.

    OdpowiedzUsuń
  26. - Mój opiekun pochodził z arystokracji. - uśmiechnął się lekko, zaciągając dymem. nie musiał i nie chciał opowiadać mu zbyt wielu szczegółów o sobie ani o Ethanie, czy innych braciach. Domyślał się, że Blackwood dowiedział się już sporo sam.
    Nic nie było takie proste jakie wydaje się na początku. Sam nigdy ne pytał o prawdziwe powody, dla których Ethan opuścił dom i został, tym kim został. Jego zdaniem był geniuszem. Człowiekiem który z niczego potrafił tworzyć niezwykłe rzeczy. Nie był nawet piewien jego nazwiska. Wiedział tylko na pewno że był synem lorda i dziedzicem tytułu. Tyle, że Ethan nigdy nie chciał być taki jak inni arystokraci. Bardzo przypominał mu Archibalda. Właściwie miła bardzo podobny charakter i sposób bycia. Mógł się do tego szybko przyzwyczaić.
    - Uczył nas wielu rzeczy, dotyczących etykiety i innych pierdół. Przydawało się czasem.
    Przyglądał się mu jakiś czas. Niemal widział jak poruszają się zębatki w jego głowie, napędzane przez nalutką myszkę, biegnącą na kołowrotku. Wiedział, że Archibald nie myśli raczej o nim, bo niby dlaczego? Mężczyzna był juz zaslubiony ze swoją machaniczną kochanką, wypluwającą wszędzie snopy iskier.
    Parsknął śmiechem.
    - Ja, w odróżnieniu od ciebie, jestem kryminalistą w pełnym tego słowa znaczeniu. Kobiety lecą na takich jak ja, tu nie zaprzeczę, bo lubią czuć dreszcz emocji. Ale ja, akurat chyba nie chciałby się wiązać z kobietą. Nie do końca mi to odpowiada. - waruszył ramionami. - Ty jesteś lordem, Archi. Jesteśmy na zupełnie innych końcach łańcucha pokarmowego i społecznego. Tobie po prostu potrzeba kogoś kto cie wygrzmoci porządnie raz na jakiś czas. To bardzo pobudzające i twórcze jest.
    Zgasił niedopałek w popielniczce, a przynajmniej naczynie ją przypominało. Blackwood nie wydawał się niezadowolony z tego co zrobił.
    Podniósł się i odebrał mu skrzynkę.
    - Swoje plany odnośnie tego, że badając te cudeńka, podkręcisz swoje systemy antywłamaniowe, możesz sobie od razu darować, by nie marnować ani myśli ani atramentu. To ma więcej zastosowań niż się wydaje a ja pokażę ci tylko te najfajniejsze.
    Przypiął uprząż do pasa i ramiona. Nie była zbyt wygodna, głównie dlatego że przybrał na masie i koniecznie trzeba bylo rozciągnąć skórzane pasy, ale nie miał na to czasu.
    Umieścił pierścienie na nadgarstkach i zademonstrował Archibaldowi niezwykłe zastosowanie tej technologii. Bez problemu wdrapał się po jego ścianie a potem zawisł na jednej ręce z sufitu.
    - Tak to z grubsza działa.
    Nie używał do tego tyle siły, ile potrzebaby było gdyby wspinał się bez tego. Urządzenie było proste w konstrukcji ale niezwykłe.
    Wyprostował palce, niwelując przywarcei i zgrabnie opadł na biurko, tuż przed nim.
    - Zanim sam zaczniesz próbować łazić po ścianach, to możesz przepisz mi w testamencie wszystko co masz, co? Tak umowa...
    Zdjął z siebie urządzenie i wziął następne. To było coś, czego używał dość często. Sprężyny i metalowe stawy, które pozwalały skakać na duże odległości i wysokości. Bez problemów wskaczył na regał i przysiadł na jego krawędzi.
    - Prawa spręzyna się nieco rozciągnęła. Może wystarczy ją tylko skręcić mocniej.
    Kolejny sus i znalazl się znow przy jego biurku. Ostatnią rzeczą, nie było urządzenie tylko materiał. Niezwykły materiał, pochłaniający światło. Osoba ubrana w ten płaszcz, wyglądała jak zwykły cień. Ubranie pokryte było specjalną mieszakną grafitu i kilu innych pierwiastków. Jej największą wadą była łatwopalność. Wystarczyła iskra by płaszcz zajął się w sekundę.
    Pomachał mu płaszczem przed oczami, nie będąc pewnym czy on w ogóle go sługa i rejestruje to, ze wciąż jest w pokoju.
    - Sprawdzisz z czego to jest. Wszystko zarekwirowała policja a ja potrzebuje więcej takich ubrań.

    OdpowiedzUsuń
  27. - Co ty wiesze? W nogach śpisz... Brzydki to ty nie jesteś... Kto wie, może jakbyś się porządnie domył to i bym cie wziął. Od razu znudziłyby ci się te twoje mechaniczne, wibrujące zabawki.
    Zaśmiał się, słysząc jego dalsze słowa. Nie spodziewał się, ze konwersacja z takim lordem, może być tak ciekawa. Archibald wydawał mu się czymś w rodzaju egzotycznego stworzonka, zmuszonego żyć w innym niż jego naturalne, środowisku. Miał swoje tajne rytuały, swoje sekrety i pokręcone potrzeby, któr sam ze sobą zaspokajał.
    - Uwierz mi, mnie nic nie zdziwi. Lubie sex i robiłem... oj, wiele różnych rzeczy.
    Przyglądał się jego pracy. Zastanawiał się, czy reszta domu też jest tak zaniedbana jak pokoje, które widział do tej pory.
    - Możesz próbować... ale ja i mnie podobni, znajdziemy znów nowe sposóby by włazić do waszch domów i onanizować się na waszych czystych, jedwabnych pościelach.
    Wiedział, że za dużo gada, ale właściwie dlaczego miał się powstrzymywać? Blackwood był dziwny, pasowali do siebie. Mogli nawzajem się dobijać, mówiąc każdy o czymś innym a jednocześnie tak podobnym.
    - Był geniuszem. Prawdziwym. Nigdy się nie dowiedziałem kim był na prawdę i nawet mnie to nie ruszało.
    Przysunął się do stołu i zaczął z bliska przyglądać się temu co robi mężczyzna, opierając głowę na ramionach.
    - Skoczki są niedopracowane do końca. Ślizgają się na mokrych dachówkach, ale nie można dodać gum bo opóźniają odskok. Nie czepiaj się. Ostatnio wpadło mi się do beczki na deszczówkę...
    Nie dodał, że schował się w niej przez policją i przez to prawie się utopił. Podczas ucieczki trzeba pamiętać przede wszystkim o spokoju, cierpliwości i ocenie sytuacji. Bez tego można polegać tylko na szczęściu. Robin nie wierzył w przypadki ani zbiegi okoliczności.
    - Pomagasz przestępcy. Wiesz, że to może ci przyspożyć kłopotów, nie? Chociaż... przydałby mi się ktoś taki jak ty. Może takim geniuszem jak Ethan nie jesteś, ale może sobie ciebie wezmę, będę trzymał w laboratorium i karmił pieczarkami i rzepą... Ciekawa perspektywa - zasmiał się.
    Po kilku minutach uznał, że Archibald całkowicie odpłynął, i nie zwraca na niego najmniejszej uwagi. Nie lubił być ignorowany. Wywrócił oczami. Podniósł się z krzesła bardzo powoli. Owinał się płaszczem i zarzucił na głowę kaptur. Wyszedł z pokoju i na chybił trafił wybrał jeden z korytarzy. Pozwiedza. Tak dla zabicia czasu.

    OdpowiedzUsuń
  28. Dom miał w sobie coś przerażającego. Nie było w nim zycia, tej atmosfery zadomowienia i pracy. Wszystko wydawało się aż kleić od niewidoczej pajęczynki wlanych w mury niegatywnych i smutnych emocji.
    Nie pozwolił się zobaczyć. Minął kilku służących, poruszających się tu niemal półbiegiem. Widział, że nie czuli się swobodnie w tej części domu. Ciekawiło go to coraz bardziej. Co kilka kroków przystawał, nasłuchując, czy przypadkiem Archibald nie zauważył już jego nieobecności. Domyślał się, że szybko pracuje, więc nie ma więcej niż kilka minut na swoją eskapadę w nieznane czeluści domiszcza.
    Pamiętał taką atmosferę z czasów, kiedy Ethan zamykał się w pracowni i nie wchodził przez kilka dni. Budował prawdziwe dzieła sztuki inzynierskiej, ale kiedy pracowa roztaczał w okół siebie taką aurę smutku i braku życia. Zupełnie jak tu.
    W końcu zrobiło sie zupełnie cicho. Półmork mu nie przeszkadzał. Przymknął jedno oko, bo opaskę zostawił w swoich zwyczajnych ubraniach. Miał wrażenie, że wkroczył do zupełnie innej, mrocznej krainy, więc spodziewał się niespodziewanego. Na to też trafił.
    Istota, któa stała zaledwie kilka kroków od niego, nie była na pewno ludzka, mimo że człekokształtne. Zaczęła udzielać mu się atmosfera. Czuł niepokój. Jego instynkty zaczęły szaleć, ostrzegając przed niebezpieczeństwem, mimo że tu przecież niczego nie było. Nie widział, żadnych zabezpieczeń, żadnych alarmów ani czujek. Blackwood, gdyby chciał coś zabezpieczyć, na pewno umieściłby czujki. Wymacał przytroczony do paska nóż. Na wszelki wypadek, gdby musiał otworzyć jakieś drzwi, zabrał go ze sobą.
    Zsunął kaptur z głowy. W półmroku nie widział wyraźnie szczegółów, dopiero kidy się zbliżył, jego oczy dostrzegły wiele szczegółów w wyglądzie tej istoty.
    - Nie mam dużo czasu. Pewnie szanowny Archi zaraz się ogarnie...
    Nasłuchiwał chwilę. Nie słyszał kroków, głosów ani innych dźwięków, świadczących o tym, ze ktoś może się zbliżać.
    - Opowiedz mi... Kim jesteś? Z czego jesteś?
    To go niezmiernie ciekawiło. Dowiedział się wielu rzeczy o swoim towarzyszu. Nie był normalny. Ale czuł do niego sympatię, bo był tak bardzo podobny do Ethana, nie tylko pod względem naukowym. Ale też dlatego, że obaj, mimo że pochodzili z wyższych sfer, nie zachowywali się tak jak inni arystokraci.

    OdpowiedzUsuń
  29. Nie podszedłby bliżej i nie dotknął by jej chyba, że na prawdę by musiał. Nauczył się już, że lepiej nie dotykać cudzych automatów, zwłaszcza kiedy są tak dziwaczne i pokręcone. Miał wrażenie, że to nie jest do końca automat, że to hybryda człowiaka i mechanizmu. Przyglądał się istocie z uwagą. To jak bardzo chciała pozbyć się maski z głowy, ciekawiło go najbardziej. Już miał wyjąć z keszeni nóż by podważyć metal, kiedy usłyszał pospieszne kroki, wytłumione na starym zjedzonym przez mole, dywanie. Okrył się szczelniej płaszczem i wniknął w półmroku. Zdziwiło go to, że nie może pozbyć się obrazu oczu tej służki. Zwykle nie przejmował się innymi. Traktował ich jak coś koniecznego, choć zwykle bezuzytecznego, ale coś w tej kobiecie wydawało mu się znajome.
    Powoli cofnął się. Na początku planował się ulotnić, jednak przeszkadzała mu w tym lampa przy drzwiach i to, ze Archibald stał na tyle daleko od niej, by mie mógł umknąć przez jego wzrokiem. Wykorzystał inną możliwość. Cień Blackwooda. Ludzie rzadko patrzą za siebie. Często zdarzało mu się chować w cieniu ludzi, stąpających przed nim. Zwłaszcza kiedy jakiś pan, zbudzony jakimś odgłosem wstł i z bronią w dłoni, chodził po domu. Wtedy chodził za nim, krok w krok i był pewien, że nie zostanie zauważony. Nabrał ostatni na kilka chwil oddech. Kiedy przesuwał się za kogoś, musiał to zrobić, by wypuszczone albo nabrane powietrze, nie zaalarmowało ofiary. Uśmiechnął się, bo na prawdę nie mógł się powstrzymać. Przysunął się bliżej, za blisko, i wyszeptał mu do ucha, niskim nieco zachrypłym szeptem.
    - Podobasz mi się taki władczy... - wymruczał, kładąc dłonie na jego bokach. Archibald, zapraszając go tutaj, powinien się spodziewać, że Robin należy do osób zupełnie niereformowalnych i nieprzewidywalnych. Jeśli na prawdę uważał, że nie będzie zwiedzał tego domiszcza, to musiał mieć nieco przyćmiony umysł. Poza tym, nie spodziewał się że Lord Blackwood potrafi się tak zmienić w kilka chwil. Chyba na prawdę był szalonym naukowcem. Ale czy oni wszyscy nie byli szaleni?
    - Gdyby maszyny nie podniecały cie bardziej niż ludzie, może nasza współpraca mogłaby być dużo przyjemniejsza...

    OdpowiedzUsuń
  30. Czuł, że jest spięty, że może nie powinien go prowokować. Ale chciał. Na prawdę chciał zobaczyć co się kryje pod tą wyuczoną powłoką. Teraz powoli zaczynał go odkrywać, kawałek po kawałku. Czuł pod dłońmi jak jego mięśnie napinają się i rozluźniają, jak próbuje nad sobą zapanować. Byli sobie potrzebni, przynajmniej przez jakiś czas i oboje o tym wiedzieli.
    - Byłeś tak zajęty że nawet nie zauwazyłeś kiedy wyszedłem. To niebezpieczne, wiesz?
    Zamrugał kilkukrotnie, by zmusić źrenice zielonego oka do zwężenia się. Nie wyglądała zbyt ciekawie, taka duża, zwłaszcza z bliska. Przy odpowiendnim kącie padania, światło odbijało się w niej jak w oczach kotów. To była jedna z przczyn dla których uznano go za małego potworka. Mimo rozwoju nauki, wiele osób wciąz wierzyło w szatańskie szuczki i palenie czarownic. Wytrzymał jego spojrzenie, choć zazynał odczuwać dziwny niepokój. Ten spokojny człowiek teraz wydawał się być kimś innym, zupełnie jakby miał dwie osobowości.
    - Rzadko kończę na grze wstępnej. To co tu sobie gmerasz jest twoją sprawą. - wzruszył lekko ramionami. - Chociaż temu domiszczu przydałoby się trochę... życia.
    Poprawił okrycie na ramionach. Teraz zdecydowanie częściej będzie go prowokował. Skoro mógł tyle zyskać, to właściwie dlaczego miałby nie próbować?
    - Och, Archi... ty mnie chyba nie doceniasz.
    Wyciągnął dłoń i klepnął go dwa razy w policzek.
    - No chodź. Bo jeszcze wrośniesz w podłogę albo przepalisz ją na kilka pięter.
    Nie zakładał już kaptura. Mógłby przemykać między cieniami, ale właściwie to nie był pewien drogi powrotnej do gabinetu. Po co miał kluczyć, skoro miał Archiego? Chciał zabrać rzeczy i iść spać, bo jutro czekała go ciężka praca. Zaczynał lubić towarzystwo Blackwooda. Mężczyzna był nietowarzyski, czasem nieuprzejmy, wiecznie zapracowany, krnąbrny, uparty i zbyt pewny siebie. Westchnął rozczulony wspomnieniem swojej rodzinki, którą tworzył niewielką ale niezwykle skuteczną szajkę przestępczą.
    Szedł obok niego korytarzem. Zerkał na niego co chiwla, sprawdzając czy się już uspokoił czy jeszcze dymi. Obejrzał naprawione urządzenia, spoczywające bezpiecznie na biurku Blackwooda. Przebrał się szybko i sprawdził czy działają. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Może będzie tego potrzebował na tym durnym przyjęciu.
    - Ładnie. Dzięki Archi. Nie wiem jak ty, ale ja idę spać. Bywam zrzędliwy kiedy się nie wyśpię.
    Uśmiechnął się do lorda. Najchętniej zasnąłby na tym dość zniszczonym fotelu, stojącym przy kominu, bo na prawdę nie chciało mu się wychodzić w takie zimno. Przeciągnął się, pozwalając by stawy strzeliły, uwalniając bąbelki powietrza między nimi uwięzione.
    - Theodor Heronalde... - mruknął, poklepując lekko urządzenie. Chyba jeszcze nikomu nie zdradził jak na prawdę nazywał sie Ethan, twórca tych małych dzieł sztuki. Skoro i tak nieżył, mógł to Archibaldowi powiedzieć. Niech sobie poszuka czegoś na jego temat. Chociaż może i się znali jeszcze z uniwersytetu.
    - Przyjdę jutro po obiedzie. Wyśpij się, Archi. Z chodzącymi zwłokami nie będę szedł na przyjęcie.

    OdpowiedzUsuń
  31. [ Podoba mi się ten wątek. A jak się podoba to się pisze lepiej :D ]

    Widział ten błysk w jego oczku, chociaż jego oczy cały czas płonęły kurwikami gniewu. Wieział że będzie zły, że miał swoje tajemnice, których niewnie nikt zywy nie mógł znać. Ale mimo to, chciał dowiedieć się o nim czegoś więcej. Chciał wejść do jego umysłu, umościć się tam i sobie bytować. Brakowało mu tego, odkąd stracił rodzinę.
    Położył się na swoim łóżku i myślał. Tak, Archibald przypominał mu jego rodzinkę. Dziwną, niebezpieczną i szaloną. Chyba tego mu właśnie brakowało. Poczucia, że to wszystko, ta cała rzeczywistość i życie, nie jest do końca czymś realnym. Że to skomplikowana gra, pełna trybików, sprężyn i oleju, w którą trzeba umieć zagrać. Archi miał w sobie właśnie coś takiego, co mówiło że nie żyje w realnym świecie, tylko w swoim włanym, w połowie mechanicznym.
    Zabrał wszystko to co uważał, że może mu się przydać. Ogolił się dokładnie, umył i nawet użył pachnidła, który kiedyś zabrał razem z łupem. Jakaś francuska woda, która jego zdaniem pachniała niesamowicie. Połączenie korzennych aromatów i kwiatów bzu.
    Wszedł do jego domu, przez okno, jak zwykle. Nie miał w zwyczaju wchodzić drzwiami. Do swojego lokum nawet nie miał drzwi. Tylko okna.
    - Oczywiście, że się starałem wyspać. Ale jest pełnia. Dobra noc na kradzież, bo dużo światła. Nie trzeba swojego mieć, ale zawsze mam w te dni problemy ze snem.
    Sprawnie przebrał się i upchnął wszystko to co potrzebował go kiszeni i pod podszewkę. Sprawdził, czy nic nie było widać. OStrzygł się, pozbywając się swoich przydługich już włosów, by wyglądać bardziej jak arystokrata.
    - Wszystko zależy od tego jak się rozwinie sytuacja. Jeśli uda mi się dojść tam gdzie chce, to zabiorę maskę dzisiaj. A jeśli nie... wrócę po nią nad ranem, kiedy wszyscy będą zmęczeni i nikt nie zwróci uwagi na niedomknięte okno. Zobaczymy... Ale, w razie gdyby coś poszło nie tak, wracaj do domu, udawaj głupiego... co nie powinno być trudne... i zostaw otwarte okno. Nie chce się włamywać, bo to za dużo czasu może zająć.
    Zrobił kilka przysiadów, sprawdzając czy spodnie nie uwierają go w strategiczne miejsca i spojrzał na Blackwooda z aroganckim uśmiechem.
    - Jesteś gotowy na zabawę?

    OdpowiedzUsuń
  32. Robin wręcz wzdychał, ze smutkiem. Tyle wygrać... a jednak nie móc nic ukraść. Rozglądał się, bo na prawdę nie mógł się powstrzymac, by nie podziwiać głupoty ludzkiej. Kobiety, w ogromnych sukniach, przyozdobione biżuterią kręciły się między krzakami z młodymi fircykami, którzy co i rusz, znikali pod ich rozłożystymi spódnicami. Wystarczyłoby tylko podejść i wyciągnąc rękę.
    Piękna srebrna brosza ze szmaragdami... Złoty naszyjnik, zrobony rubinami. Miał już wprawne oko, więc każdy odbłysk światła z diamentowych kolczyków dam, był dla niego jak wabik. Aż świeżbiły go palce. Całe szczęście, że ubrał białe rękawiczki, oczywiście z dwoma czarnymi rąbami na wierzchu. Był to niejako pewien symbol, mówiący o chęciach. Wiedział, że znajdzie się tu pare osób, któe zrozumieją. Może w ten sposób uda mu się dostać na górę, by chociaż rzucić okiem na rozkład pomieszczeń. Słyszał, że rozkład pomieszczeń w rezydencji, został zmieniony i plany są już bezużyteczne, ale musiał się o tym sam przekonać.
    - Tyle można tu wygrać... Nie lepiej się obłowić, rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady? - westchnął do Archiego. Dostrzegł leciutki blask w trawie. Dla jego oczu był to wyraźny sygnał. Schylił się i podniósł z trawy broszę, stylizowaną na pawie pióro. Wprawnym okiem rozpoznał szafiry, agaty, turkusy i fioletowe ametysty. Ładna rzecz, chociaż mniej wartościowa niż diamentowe kolie. Już miał wsazić ją do kieszeni, kiedy napotkał spojrzenie Archibalda, które zupełnie go speszyło. Mruknął przekleństwo i oddał broszę przechodzącemu służącemu, by oddał właścicielce.
    Był swobodny, zupełnie jakby wszedł do klatki z małpiatkami i rozawał banany. Byleby tylko nie palnąć jakiejś głupoty, zbyt oczywistej i nudnej.
    Podszedł gospodarz. Rozpoznał go ze zdjęcia. Ciekawy mężczyzna, chociaż z wyglądu zupełnie niegorźny. Skłonił się lekko, kiedy został przedstawiony. Dostrzegł lekką zmianę na twarzy gospodarza, kiedy ten dostrzegł rękawiczki i wzór na nich. Więc jednak plotki okazały się prawdą. Cudowny Lord Bram lubił ładne buźki, bez względu na to czy należała do mężczyzny czy kobiety. I jeśli to była prawda, to to że lubił ładne zapachy również. Dlatego włąśnie Robin wylał na siebie te perfumy.
    Złodziej udał zakłopotanie, przygryzając nieco dolną wargę. Wydawął sie teraz taki niewinny i chłopięcy.
    - Jest mi bardzo... miło, pana poznać... - zaczął złodzień. Kokietował go i miał szczerą nadzieję, że lord da się poderwać i na prawdę zechce zniknąć z nim na górze, w sypialni. - Archibald powiedział, że nie będzie miał pan nic przeciwko jeśli mnie ze sobą zabierze... - dopiero po tych słowach, spojrzał mężczyźnie w oczy. W półmorku nie widać było wyraźnie różnicy w kolorze jego oczu. Chyba dostrzegł zainteresowanie w jego oczach, ale nie był pewien, więc wolał nie naciskać. Kiedy odszedł, Robin sprawnie w kaszlnięciu zakamuflował słowo "pedał".
    Kiedy już został przedstawiony grupce nowch znajomych i zostali poczęstowani winem, Robin zgrabnie przerzucił rozmowę z tematu wina i jego rodzajów, na wina wytwarzane w starożytności. Niby mimowolnie wspomniał o tym, że ciekawią go dawne kultury, dokąd znalazł na wycieczce w Egipcie, zakopaną w piasku figurkę Horusa. Specjalnie nie pozwalał Arcibaldowi milczeć, zadając mu co jakiś czas pytanie, albo zmuszając go do wzięcia udziału w rozmowie. Chyba nikt nie zwrócił uwagi że pije cały czas z tego samego kieliszka, w którym wina nie ubywa. Co jakiś czas łapał spojrzenie lorda Brama. Pozwalał by przez sekundę czy dwie patrzyli sobie w oczy, by później odwrócić spojrzenie, udając zakłopotanie. Ale uśmiechał się za każdym razem, pokazując mu w ten sposób zainteresowanie i to, że odpowiadają mu jego spojrzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wściekał się w myślach, że to tak długo trwa, ale musiał byc cierpliwy. Poznał chyba większośc gości. Jednak ciągle nie opuszczał Archibalda, krążąc zawsze w jego pobliżu. Miał wrażenie, że drażni to gospodarza. Dopił w końcu swój kieliszek wina, który sączył już od dwóch godzin. Podszedł do Archiego i szepnął
      - Kuzynku, zniknę na jakiś czas. Staraj się udawać, że wciąż tu gdzieś jestem. Gdyby coś się miało dziać to... przekręć to i rzuć gdzieś na trawę. - podał mu niedużą nierówną kulkę, składającą się z dwóch połówek, jednej czarnej i drugiej niebieskiej.
      - Tam są takie dwie białe kreski. Zrównaj je i rzuć. Trochę się podymi i pójdzie pare iskier. Jak coś, powiesz że to twój nowy wynalazek. Dym będzie pachniał lawendą. No i uśmiechnij się. Ten grymas srającego kota, dodaje ci lat.
      Uśmiechnął się do niego i powoli ruszył w kierunku domu. Po drodze złowił jeszcze spojrzenie gospodarza. Planował odwiedzić toaletę, ale jeśli lord pójdzie za nim to może uda mu się go nakłonić by pokazał mu swoją kolekcję.

      [Teraz sama zdecyduj, czy szanowny pan gospodarz, pójdzie za nim i czy będzie chciał... pokazać mu swoją kolekcję i nie tylko XD ]

      Usuń
  33. Nawet nie miał zamiaru szukać toalety. Chciał rozejrzeć się i wybrać wlaściwy punkt, z którego mógł wyruszyć w dalszą drogę. Nie odwrócił się, by sprawdzić czy idzie za nim. Wystarczyło szybkie zernięcie w kryształowe lustro na ścianie, by wiedzieć że rybka połknęła haczyk razem z przynętą. Miał tylko nadzieje, że mężczyzna jest na tyle spragniony, naiwny i pyszny, by zrobić to co chciał. Mijał ludzi, wśród któych było już kilku znajomych. Witał się z nimi, skinieniem głowy, albo zamieniał kila słów i szedł dalej. Dom miał na prawdę dziwaczny rozkład. Wybrał jedno z pomieszczeń dalej od głównych sal. Wszedł do środka i rozejrzał się, udając zainteresowanie jakimiś skorupami. Nie zareagował na dźwięk zamykanych drzwi i przekręcanego klucza. Dość teatralnie wzdrygnął się dopiero, kiedy został objęty.
    - Przestraszyłeś mnie. - zamruczał. Wywracając oczami, czując że ma doczynenia z pieprzonym romantykiem.
    - Archi jest moim opiekunem... Może się martwić...
    Trochę niepokoju będzie w sam raz, zwłaszcza że położył dłonie na jego ramionach i pogładził je, zaprzeczając jakby swoim słowom. Nie wiedział dlaczego, ale ludzie bardzo lubili takie sprzeczne sygnały. Znów się wzdrygnął, kiedy z pokoju obok zaczęły dochodzić bardziej... intensywne dźwięki. Udawał niedoświadczonego paniczyka, przynajmniej na razie. Pozwalał by dłonie lorda zbadały jego sylwetkę. Chyba się zdziwił, że jest taki umięśniony.
    Oparł się o jego pierś i pozwolił się całować po szyi. Uniósł rękę i przesunął ją po jego włosach na kark, zachęcając go jeszcze bardziej. Ktoś szarpnął za klamkę, ale widząc że drzwi zamknięte, odpuścił.
    - Trochę tu tłoczno... Może pokażesz mi swoją kolekcje? - spytał. - Bardzo... podobają mi się antyki... Nastrajają mnie...
    Miał tylko nadzieje, że mężczyzna jest na tyle próżny by pokazać mu te najcenniejsze ze swoich zbiorów, a w tym tę przeklęta maskę. Jak dobrze pójdzie to już dziś ją stąd wyniesie.

    OdpowiedzUsuń
  34. [ Teraz tez odpisuje z telefonu i mam nadzieje, ze nie bedzie ci przeszkadzac brak polskich znakow ]

    Pozwalal mu sie dotykac, rozpinac guziki i badac jak chcial, przynajmniej narazie.
    - Imprezjonizm mnie nie podnieca. Sa ciekawsze okolicznosci... Uwielbiam ten zapach starozytnosci, ukryty w przedmiotach. Pokaz mi je... tylko pocichu. By nikt nie wiedzial co bedziemy robic przy gablotach - zachichotal. W myslach obrzucal go wszelkimi wyzwiskami. Pijany len nie chcial go zaprowadzic tam gdzie mial ochote. Wyplatal sie z jego ramion i cofnal kilka krokow, odwracajac przedem do niego. Przygryzl zalotnie dolna warge. Cofal sie dalej, zmiszajac by szedl za nim.
    - O polnocy zmieniam sie w dynie. Ale tak bardzo nie lubie sie spieszyc. Lubie grac... nie jestem jak Archi, ktory ma w tylku conajmniej jeden kij od miotly. Tutaj moze to zrobic kazdy. A ja chce... czegos innego. Wyjatkowe miejsce, z wyjatkowymi rzeczami. Robiles to kiedys w takich miejscach? Nadzwyczajnych... tajemniczych...
    Trafil w koncu plecami na sciane, ale czul ze juz go ma w zwoich sidlach. Rozpial ostatnie guziki swojej koszuli i przesunal palcami, wciaz w rekawiczkach, po swojej kladce piersiowej. Nie byl zbudowany jak wiekszosc arystokratow i mial wrazenie, ze lordowi sie to bardzo podoba.
    -No chybaze twoja kolekcja nie jest tak wspaniala, jak sie dzisiaj nasluchalem. Wszyscy mowia, ze jest piekna, niezwykla... ze jest... podniecajaca. Dolacz mnie do swojej kolekcjo...
    Jeknal, kiedy zostal docisniety do sciany. Polozyl mu palec na ustach,dengeki daisy zanim zostal pocalowany.
    - Pokaz mi swoje skarby, nie tylko te w spodniach...
    W myslach skrecal mu wlasnie kark. Najchetniej, poddusilby go i sila znusil do zaprowadzenia tam gdzie chcial. Jak dalej bedzie taki uparty to niestety bedzie musial sie go pozbyc i szukac na wlasna reke.

    OdpowiedzUsuń
  35. Westchal z ulga. Jednak sie udalo. Dal sie prowadzic, zmuszajac swoj umysl do wytezonej pracy. Zapamietal droge, to co mijali i gdzie byli straznicy. Mruknal z dezaprobata, kiedy zawiazal mu oczy. Facet nie byl taki glupi na jakiego wygladal. Nawet mu tym zaimponowal. Wyostrzyl sluch i mimo materialu, uchylil powieki. Dobrze, ze wszystko bylo dobrze oswietlone. Mniej wiecej widzial co i w ktorycb miejscach lord wylacza, co przestawia i co wpisuje. Na szczescie byl pijany i robil wszystko na tyle wolno by Robin mogl to zarejesfrowac i zapamietac. Pewnie i tak sie napracuje, ale juz wie czego sie spodziewac.
    - Daleko jeszcze? - Jeknal, nakby zniecierpliwiony. Wyciagnal reke i niby po omacku znalazl ramie lorda. Zacisnal na nim niezbyt mocno palce i przysunal sie. Byl to tylko srodek do celu, nie widzial co lord pisuje na klawiaturce alarmu. Znal ten system. Mial az osmio cyfrowy kod. On dostrzegl tylko piec ostatnich znakow. Trudno... jakos da rade.
    Zostal pociagniety dalej.
    - Az tak sie zabezpieczas? - spytal dosc dwuznacznie i zachichotal. Musial w koncu udawac wstawionego. Kiedy w koncu zdjal mu z oczy chustke, Robin westchnal z zachwytu. Kolekcja na prawde byla niezwykla. Ogladal eksponaty, w wiekszosci w szklanych gablotach. Na poczatku specjalnie zignorowal zbyt zwyczajana maske, ktora nie pasowala do reszty skarbow, a ktora byla jego prawdziwym celem. Chwile ganial sie z lordem miedzy regalami i gablotami. W koncu pozwolil sie capnac. Otarl sie posladkami o jego krocze.
    - Tu jest pieknie... - mruknal, patrzac na pieknie malowany sarkofag egipski. - Jest pan niezwykly, lordzie Bram.
    I naiwny... dodal w myslach. Odwrocil sie do niego przodem.
    - Moglbym to tu robic caly czas... nie czujesz tej atmosfery? - Zaczal rozpinac guziki jego kamizelki a potem koszuli. - Ale to... to tu jakos nie pasuje - wskazal na maske - Postaw to gdzes bardziej z boku. Psuje caly efekt. Zamjast niej... moglaby tu stac kanapa...
    Znow zachichotal jak pijany. Tym razem nie mogl uniknac pocalunku. Mial wprawe i mial raczej pewnosc, ze dobrze caluje. Zsunal z niego czesc gornego odzienia, zostawiajac mu jedynie koszule. Ugryzl go zaczelnie w dolna warge. Czul ze lord jest podniecony. Ale to nie wystarczalo. Wyjal z kieszonki piersiowke. Odkrecil ja i udal ze pije, po czym podal ja lordowi. Niemal wmusil w niego wiekszosc doprawionego wina. Zaraz powinno zaczac dzialac. Powinien stac sie podatny na sugestie, oddany, wrazliwszy na dotyk a potem, nastepnego dnia nie powinien wiekszosci pamietac, jak po upojeniu alkoholowym.
    Zabawial sie jego sutkami by podniecic go jeszcze bardziej. Co kilka chwil znow podstawial mu piersiowke do ust. Im dalej, tym chetniej pil.
    - Zaloz ja... -zamruczal mu do ucha - zaluz te maske i zostan moim dzikuskiem....

    OdpowiedzUsuń
  36. Zaswtanawiał się czy Archibald dobrze się bawi, bo on jak na razie świetnie. Może zostanie na stałe jego kuzynem. Przycisnął mocno jego głowę do swojej szyi by miał zajęcie, pomrukiwał przy okazji z zachwytu, jednocześnie rozglądając się w poszukiwaniu zabezpieczeń. Jednak najwdczniej wszystkie wyłączył poza tymi w gablocie. Maska jego zdniem była brzydka. Po co Archiemu coś tak wstrętnego? Gospodarz był bardzo spragniony. Czuł się miło połechtany tym, że tak bardzo mu się spodobał.
    - Szkoda, że Archi nie docenia mnie tak jak ty. - mruknął, rozpinając mu spodnie.
    - Weź mnie... Mocno. Pragne cie... - mruczał mu do ucha, zaogniając sytuacje jeszcze bardziej. Musiał go uśpić i spokojnie przeszukać mu kieszenie. Domyślał się że klucz do gablot nie wygląda jak klucz, a raczej jak na przykład bryloczek do łańcusza zegarka. Znów udał że bierze łyk z piersiówki i patrzył z uśmiechem jak lord dopija z niej wszystko. Westchnął głęboko. To mogło by być na prawdę niezwykłe doświadczenie. Ale miał swoej priorytety. Może jeszcze do tego wrócą... ale wątpił w to. Zsunął mu spodnie do kostek, łapiąc w dłoń sterczącego członka. Wciąż miał na dłoniach rękawiczki. Sam zdązył się podniecić nim nakotyk zaczął działaś i powaplił tego rosłego mężczynę. Ostrożnie odłożył go na podłogę. Klepnął swojego członka, mrucząc by się uspokoił bo jest robota. Sprawnie zaczął przeszukiwać kieszenie lorda. Przy zegarku nie było żadnej zawieszki. Znalazł natomiast przemyślnie ukryty mechanizm w sygnecie. Po przekęceniu i lekkim podważeniu, wysuwało się z niego lekko zakrzywione cudeńsko, z rowkami. Uśmiechnął się do siebie. Miał już pewne doświadczenie i wiedział gdzie może szukać. Ale wątpił szczerze, by ktoś inny domyślił się, że w sygnecie można ukryć klucz. Otworzył gablotę. Widać lord Bram uznał, że nie będzie szpecić dodatkowymi zabezpieczeniami pięknie wyciosanych z kryształowego szkła gablot. Ostrożnie wziął maskę i owinął ją kawałkiem materiału. Zamiast niej postawił eksponat z innej gabloy, by nie rzucało się od razu w oczy że czegoś brakuje. Zamknął gabloty, wsunął na palec lorda sygnet, w odpowiednią stronę, bo zauwazył że niebieski kamień nosił z lewej strony. Zapiął mu na razie spodnie, przerzucił sobie przez ramie i wyniósł. Zdążył wyjść, zanim wrócili strażnicy. Zamknął drzwi. Alarmy uruchomiły się od razu po zamknięciu drzwi. Robin uniósł brew. Całe szczęśćie, że teraz udało mu się zabać maskę. Gdyby wrócił tu później sam, zostałby zamknięty w środku bez możliwości samodzielnego wyjścia. Odetchnął z ogromną ulgą. Poprawił sobie lorda na barku i na chybił trafił, wybrał pokój bliżej głównej sali. Rzucił mężczyznę na łóżko. Zdjął poszewki z obu poduszek i wsunął do nich swój łup. To trik, na który większość złodziei nie zwraca uwagi. Gdyby zabrał jedną poszewkę, byłoby to podejrzane. Ale zabierając dwie, można po prostu było uznać ze poszewek nie było wcale albo że zdjęła je pokojówka. Rozebrał mężczynę i przyglądał mu się jakiś czas. Mogłoby być im dobrze. Pokręcił głową, lekko załamany.
    Ale czas przygotować scenerie.
    Zgrabnie rozrzucił ubrania lorda. Buty przy drzwiach, potem marynarka, kamizelka i koszula. Na końcu spodnie i skarpetki. Tak się zwykle rozbierają mężczyźni. Poświęcając się dla sprawy, zdjął z siebie majtki i zostawił je pod łóżkiem. Potem je sobie znajdzie na pamiętakę że ktoś z nim był. Obejrzał swoje dzieło. Poprawił jeszcze pościel by była bardziej zmierzwiona. Brakowało jeszcze dwóch rzeczy...
    Wina, zapachu i... śladów namiętności.
    Wino znalazł bez problemu i nawet dwa kieliszki. Rozlał trochę na podłogę i pościel a resztę przez okno. Zostawił pustą butelkę i dwa kieliszki, do których wcześniej wlał troche wina by została resztka na dnie. Wszedł na łóżko i zaczął się ocierać o pościel, by zostawić na niej swój zapach a potem to samo zrobił z ciałem lorda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I przyszedł czas na najtrudniejze. Rozpiął spodnie i po chwilinamysłu, przywołał najbardziej podniecające wydarzenie w swoim życiu.
      Nie każdy złodziej może się pochwalić, że brędzlował się nad ciałem nieprzytomnego bogacza, zaraz po kradzieży. Ale wszystko musiało wyglądać realistycznie.
      Zajęło mu to reochę czasu bo robienie tego samemu nie jest takie fajne. Rozsmarował własną spermę na pościeli, członku i podbrzuszu lorda.
      Poprawił ubranie, wsuwając łup pod koszulę. Pocalował go jeszcze mocno.
      - Cudownie smakujesz. Może się jeszcze spotkamy...
      Już wychodził kiedy uderzyła go myśl, ze czegoś brakuje. Odwrócił się i raz jeszcze przeanalizował wszystko. Pościel, ciało, ubrania, sperma, wino...
      Klepnął się w czoło. Oczywiście...
      Z kieszeni wyjął małe pudełeczko ze smarowidłem. Wziął je na wszelki wypadek. Pachniało lekko i kwiatowo. Zdjął rękawiczkę i wysmarował mazidłem genitalia lorda, szczegolną uwagę poświecając członkowi i niego brzuch. Cóż, zawsze się rozmazywało. Wysmarował też palce prawej dłoni, bo jak wcześniej zauważył, mężczyzna był praworęczny. Rozmazał jeszcze trochę na pościeli. Zostawił pudełko w fałdach kołdry. Wyszedł z pokoju, zadowolony z siebie i swojego dzieła. Po alkoholu, który wypił, nakrotyk powinien działać jeszcze przez kilka godzin.Dopiero kiedy dotarł do głównej sali, zauważył, że nie ma jednej rękawiczki. Zamyślił się. Na pewno nie zostawił jej w skarbcu, bo mial jeszcze obie kiedy robił scenerię dla lorda. Więc musiał zostawić ją w pokoju, kiedy rozsmarowywał na nim mazidło. Pokręcił głową. Trudno. Już nie będzie tam wracał. Lord Bram będzie miał po nim trzy pamiętki, jego bieliznę, rękawiczkę i zajebsty ból głowy.
      Teraz już, starając się niczego nie dotykać, wrócił na główną salę. Znów uśmiechał się do gości, gawędząc z nimi. Szukał wzrokiem sylwetki podpierającej ścianę, albo miejsca w które Archibald mógł uciec przez ludźmi. Jego nowy przyjaciel był jak dzikie zwierzątko, które uciekało przed innymi, bardziej oswojonymi gatunkami.
      W końcu jakaś dama, wskazała mu miejsce przebywania krewnego. Robin wyszedł na balkon i zastał Archibalda z miną, już nie stającego kota, a raczej gotowego do ataku mandryla.
      - Tu jesteś kuzynie. - przerwał konwersacje mężczyzn, podchodząc do nich. - Widzę, że nalazłeś sobie towarzystwo. Czuje się zazdrosny. - powiedział z uśmiechem. Musiał powiedzieć Archiemu że ma łup, ale że mogą powstać małe problemy. Bo jeśli lord przypomni sobie z kim był, to może go szukać. A jak mu powiedzą że wyjechał następnego dnia do Egiptu to będzie to zbyt podejrzane.

      Usuń
  37. Widział wściekłość w oczach Archiego. Zapamiętał twarz mężczyzny. Może później go sobie odwiedzi i może nawet skompromituje. W końcu nikt nie chciałby by w jego rzeczach znaleziono zdjęcia pornograficzne dzieci... i zwierząt. To był najlepszy i niezastąpiony sposób na pozbycie sie niewygodnuch ludzi bez konieczności zabijania. Jak to się mówiło... Nie ma człowieka, nie ma problemu.
    Szedł obok Archiego, starajc się nie krzywić. Bez bielizny było strasznie niewygodnie w tych spodniach. Kiesy zostali w końcu sami, odzieleni od reszty świata ścianą żywopłotu, bez skrępowania poprawił ułożenie swoich ganitaliów w spodniach.
    - Mam. Nie było to proste, bo twój kolega był strasznie napalony. Jesteś mi winny nieziemski sex, Archi. Taki pewnie by było, bo Bram ma na prawdę pokaźny sprzęt, ukryty w spodniach. Dałem mu conieco na sen... Przygotowałem też mała scenerię, więc będzie niemal pewien że pieprzył mnie przez pół nocy. Problem może powstać wtedy kiedy zechce spotkać się ze mną jeszcze raz albo kiedy sobie przypomni że zabrał mnie do tego swojego skarbca i skojarzy to ze zniknięciem tej wstrętnej maski. Oby przez kilka dni nie odwiedzał swojej kolekcji. Jest dość bystry, może dodać dwa do dwóch.
    Uśmiechnął się do Archibalda.
    - No co tak patrzysz? Możemy iść już teraz albo jeszcze się pokręcić. Ale że musiałem zostawić swoje gatki pod łóżkiem, czuje się nagi.
    Nie powiedział, że zgubił jedną rękawiczkę. To nie było ważne. Miał tylko nadzieję, że wszystko pójdzie tak jak powinno i że Lord Bram nie zechce przeżyć z nim kolejnej przygody, tym razem takiej, którą by pamiętał.

    OdpowiedzUsuń
  38. - właściwie to nie miałem większego wyboru. Gdy jednak pamiętal że to ja, czyli twój kuzyn, udawanie że nic się nie stało byłoby bez sensu. Wydaje mi się że najlepszym sposobem, będzie udawanie urażonej dumy. Pomieszkam trochę u ciebie grając dalej swoja role. A jak sie pojawi, powiem ze zachowal sie jak swinia i takie tam... i tak nie bedzie pamietal. Albo najpierw sie z nim przespie a potem uznam ze zachowal sie jak swinia... nie jeszcze nie wiem.
    Poprawil sobie pakunek pod ubraniem. Zachichotal nagle, slyszac slowa Archiego.
    - Bawiny sie dalej? Ja sie tu bawie. Ty dalej masz mine srajacego kota, na przemian z niehieska morda rozjuszonego mandryla. Jestes zabawny Archi. Bardzo przypominasz mi Ethana. Na pewno nie byloscie spokrewnieni?
    Wyciagnal papierosnice. Zaciagnal sie cudownym tytoniowym dymem. Te arystokratyczne przyjecia byly gorsze niz noc przecen w burdelu. Tam chociaz istnialg jakies zasady, ktorych pilnowali napakowani wynajeci marynarze i alfonsi.
    - Mialem sie rozejrzec. Bram przynajmniej docenia moje wdzieki, nie tak ty. - Parsknal, udajac urazonego - wdziecze sie przed toba, a ty nawet na mnie nie patrzysz. Czuje sie ignorowany... - westchnal i wrocil do tematu - Byla okazja. Chcialem by pokazal mi skarbiec, bym mogl obejrzec zabespieczenia. Polowy z nich nie znalem... ale na szczescie gabloty zabezpieczal zamkiem Fixera. Znam go dobrze bo Erthan go wymyslil. Sprzedal patent jednej z firm i dzieki temu jestem chyba jednym z nielicznych ludzi ktory wie jak to otworzyc. Moglbym wrocic pozniej ale ma samozamykajace sie wrota. Bez wspolnika, nie wyszedlbym pewnie sam. Tobie sie wydaje ze to wszystko takie proste jest. Nawet nie wiesz jak sie meczylem pozorujac te scenke w sypialni. Az mnie reka boli. Zwykle inni mnie wyreczana w tych sprawach
    Jakos nie przejmowal sie tym, czy Archi zrozumie o czym wlasciwie mowi. Wypalil spokojnie i wrocili do reszty gosci. Robin nie mogl uwierzyc w to ze jest jedynym w sto procentach trzezwym i mogl rejestrowac tance na stolach, stosunek trzech osob na raz, dwoch mezczyzn i kobiety, walke na szpady i inne zabawne rzeczy, wlacznie z ozygiwaniem mebli i obrazow. Stak tak, wyszczerzony jak glupi i chichotal, az do utraty tchu. Archibald w tym czasie spijal wino, ktorego nie brakowalo.
    Po godzinie zycie tu zaczynalo przymierac, bo goscie popici, ukladali sie do pijackiego snu. Archibald i Robin wspolnie uznaki ze czas sie zbierac. Zlodzien jeszcze by nie byc stratnym zabral jedno z 200 letnich win gospodarza.
    Robin rozlozyl sie w powozie, rozluzniony i zadowolony.
    - No zrob cos z ta twarza. Juz wyjechalismy. Wracasz do swojego mechanicznego swiata i znow bedziesz mogl byc sam. Nawet ja ci dam spokoj, chociaz wiem ze tak na prawde to uwielbiasz moje towarzystwo, ale wstydzisz sie przyznac.

    OdpowiedzUsuń
  39. Nie zwykł jeździć powozami. Drażniła go ta ciasna przestrzeń, tocząca się na wielkich kołach. Nie dość że było to niekomfortowe, bo trzęsło i trzeszczało, mimo zainstalowanych niezwykłych amortyzatorów, jak się domyślił, działa Archibalda, to jeszcze ciężko było przyjąć odpowiednio wygodną i bezpieczną pozycję. Żaden z nich nie protestował, że Robin zajął większą część dostępnej przestrzeni. Świeżbiły go mięśnie, rozleniwione i nieco zdrętwiałe. O tej porze byłby już w połowie swojego codzinnego treningu, następnie zjadłby coś niezdrowego i pysznego, by potem upić się i iść spać. Bardzo lubił swój dzienny harmonogram.
    - A co? Boisz się że woda wpłynie pod ubranko i uszkodzi twoje mechaniczne ciałko? - parsknął. - No tak, woda jest bardzo niebezpieczna... Jest mokra. Fuj. - zachichotał. Dużo bardziej lubił wodę niż ogień, na przykład. Gdyby miał wybierać, wolałby się utopić niż spłonąć żywcem. Już taz to prawie przerobił.
    - Jesteś jakoś tak... niezdrowo podniecony. Masz wypieki, młodzieńcze.
    Udał głos starej guwernantki- zakonnicy i znów parsknął śmiechem. Ależ on polubił te ich rozmowy, o ile można było nazwać chwile, kiedy on gadał a Blackwood siedział i udawał że wcale nie ma towarzystwa. W pewnym ensie czynioło to z niego zniezwykle dobrego kąpana podróży.
    Zmarszczył nieco brwi, słysząc słowa woźnicy. Nie podobało mu się to. Jakoś nie wierzył w przpadki. Zbystrzał i wyprostował się. Przysunął się nieco do okna i dyskretnie wyjrzał na zewnątrz. Nie widać było żadnego ruchu na ulicy. Wysilił się by przejrzeć ciemność. Tak, byli sami. Nie licząc woźnicy i koni. Gdzieś niedaleko przebiegł zmoknięty kot. Usiadł znów na miejscu i uśmiechnął się do "kuzyna".
    - Chces zobaczyć tę maskę? Było tam sporo rzeczy, mogłem się pomylić... - zmarszczył brwi, widząc, że Archi chce ją zobaczyć. Jego uśmiech poszerzył się. - Jak chcesz ją zobaczyć, to ją poszukaj. Podpowiem, że mam ją przy sobie.

    OdpowiedzUsuń
  40. - Żartuje przez większość życia. Po pozwala jakoś funkcjonować wśród tych społecznych trybików rzeczywistości. Jesteś taki paradny Archi. Pod tą skorupą zbudowaną z nudy, kurzu i smaru, znajduje się pulsujące źródełko zabawy, sympatii i może nawet dowcipu.
    Ciągle wsłuchiwał się w szum z zewnątrz, wyszukując choćby najcichszych dźwięków, które w jakiś sposób mogłby być niebezpieczne. Londyn nocą nigdy nie był uśpiony. Tuż pod powierzchnią tętniło życie, niczym olbrzymie serce i sieć żył. Czasem miał wrażenie, że dopiero nocą warto wyjść z ukrycia. Tak wiele się działo i tak niewielu miało do tego dostęp. W najgłębszych czeluściach miasta, można było spotkać każdego, od ubranego w łachmany lorda i przebraną za mężczyznę księżną, po najgorszych rozpustników i alkoholików nędzarzy.
    - Nagle ci przeszkadza jego zapach? Włąściwie, skąd wiesz jak on pachnie? Jak sam twierdzi... masz w tyłku kij od szczotki a nie jego. Chociaż ja obstawiałem dwa kije. - wyszczerzył się. - i To takie od miotły. Dłuższe, grubsze i sztywniejsze.
    Wiedział, że Archi trochę wypił.Na ewno więcej niż on. Ale to chyba było niewystarczająco, by go sprowokować na powaznie. A szkoda. Chciał się dowiedzieć, cóż takiego Archi ukrywa. Właściwie, nie zdziwiłby się gdyby lord po prostu preferował kobiety i dlatego był w stosunku do niego tak podle obojętny.
    - Jak się tak będziesz grzebać to nie zdążysz znaleźć nim dojedziemy do twojej chatki, Puchatku. Tam będę miał więcej miejsca by przed tobą uciekać... chociaż nie wylądasz mi na zwierza...

    OdpowiedzUsuń
  41. - Rzadko słucham tego co mnie nie interesuje. Wychowałem się z ludźmi o różnych zainteresowaniach i róznym poziomie intelifencji. Mam wybiórczy słuch.
    Wytrzymyał jego spojrzenie. Nie przeszkadzało mu tak bardzo jak się spodziewał. Choć przez chwilę miał wrażenie, że Archibald chce wedrzeć się do jego umysłu i przeczytać wszystkie jego myśli. Cóż, miałby bardzo cieką lekturę... Jego wargi wykrzywiły się jeszcze bardziej w usmiechu.
    - Zastanawiam sie czy masz ty jeszcze coś w spodniach czy dawno zastąpiłeś to jakimś generatorem energii zmiennej. - fuknął. Nie poruszył się, kiedy lord w końcu się ruszył i zaczął dośc nieudolnie wymacywać maskę.
    - A jaki ja mogę ieć w tym interes? Mmm... mój w tobie albo twój we mnie. Wielu opcji jednak nie ma. - wzruszył lekko ramionami. - Kusze cie dla zabawy. Chce wiedzieć czy mole zeżarły cie doszczętnie czy coś tam jeszcze się w tobie tli.
    Wiedział, że oddałby mu tę maskę zaraz po przekroczeniu progu. Albo nie... jeszcze podrażniłby się z nim, tak jak to robi teraz i dopiero wtedy bymu ją oddał. Przedmiot ten był dziwny. Nie czuł się dobrze, mając ją tak blisko siebie. Miał wrażenie, że jest bardzo chłodna i nie nagrzewa się od ciepłoty jego ciała. Kątem oka widział jak odpina guzki. Miał tylko nadzieję, że uszkodzienie koła okaże się na tyle poważne by im teraz nie przerwać. W końcu, po wielu godzinach kopania, dotarł do zaginionej, opuszczonej i ukrytej, głęboko w gęstej dżungli, świątyni. Chciał wiedzieć co jest w środku. Co takiego ukrywa się w tym człowieku, który teraz szuka maski.

    OdpowiedzUsuń
  42. - Zabawa z kimś kto to lubi i nie ma nic przeciwko, nie jest wcale taka interesująca. Ja lubie stawiać sobie wyzwania, dlatego staram się rozruszać ciebie. Ciekawisz mnie. Przypominasz mi Ethana. Przy tobie czuje się prawie jak w domu. - zachichotał. Trochę nieporadne i zbyt delikatne ruchy mężczyzny, straszliwie go bawiły. Nawet zaczął się zastanawiać, czy Archibald miał w ogóle jakieś doświadczenie z kobietami czy mężczyznami. Wyglądał trochę na znudzonego zyciem człowieka, który widział i robił już wszystko. Ale pewności nie miał.
    - No niech ci będzie. Wygrałeś zabawe w szukanie skarbów. Choć ja bym zaczął szukanie gdzieś indziej. - znów zachichotał. Momentalnie wyprostował się i zbustrzał jak pies gończy, kiedy coś upadło, bardzo blisko i powóz się poruszył. Można go było nazwać przewrażliwionym. Jednak znał pare faktów, które zmuszały go do czujności. W końcu szukała go policja i najprawdopodobniej, będzie szukał go też lord Bram.
    - A masz ty jakąś ksieszeń, żeby ją zmieścić?
    Kiedy znów ruszyli, poczuł ulgę. Po raz pierwszy czuł się tak niepewnie nocą na ulicy. Może dlatego że był przydziany w taki strój i siedział z lordem w jego powozie. Pokiwał głową, zgadzając się ze swoimi myślammi. Często to robił, głównie dlatego, że nie miał nikogo wystarczająco inteligentnego do rozmów. Więc rozmawiał sam ze sobą.
    Rozpiął koszulę. Zlokalizował zawiniątko i wcisnął je Archibaldowi w ręce.
    - Nie jest to zbyt... dobra rzecz. Znam się na tym. To jest dziwne. - wskazał na zawiniątko. Pozapinał guziki koszuli i zabrał się za otwieranie butelki zdobycznego wina.
    Pociągnął łyk z gwinta, nie dbając o konwenanse i podał butekę towarzyszowi.
    - Masz. Musisz się trochę odchamić.

    OdpowiedzUsuń
  43. Obserwował go z drwiącym uśmiechem.
    - Chciałbym by ktoś kiedyś patrzył na mnie jak ty na ten kawałek czegoś... Albo nie... chyba się rozpędziłem.- wzruszył ramionami. Nie wyobrażał sobie siebie w poważnym związku, takim na więcej niż kilka dni.
    - Myślałem, że ja jestem najpiękniejsza rzeczą jaką widziałeś... Okłamałeś mnie! - udał wysoki damski głos. - A ja ci oddałam najpiękniesze lata mojego życia!
    Wątpił by Archibald w ogóle go słuchał, ale jakoś się tym nie przejmował. Usłyszał te słowa przy okazji jednego ze swoich skoków. Coś poszło nie tak, o nagle pojawiła się nieoczekiwanie w środku nocy, żona jego ofiary i zrobiła awanture, budząc cały dom. A on, biedny, musiał spędzić prawie pół nocy i tyle też dnia, na siedzeniu pod łóżkiem i wysłuchiwaniu historii ich życia i małżeństwa.
    - Odchamić po takim towarzystwie? Ty jeszcze nie znasz znaczenia tego słowa, dzieciaku. - parsknął. Dźgnął go palcem w bok, ale nie było większej reakcji więc znów wzruszył ramionami. - To jest dziwne, powtórze jeszcze raz. Staraj się nas nie wysadzić. Na szczęśćie mieszkam dość daleko od ciebie, więc może moje lokum ocaleje.

    Weszli do jego gabinetu. Robin z lekkim zawodem odkrył, że nic się tu nie zmieniło.
    - Mam nie wychodzić? A na siusiu? Nie możesz mnie tu więzić bo wciąż mam swoje prawa... Chyba mi jeszcze ich do końca nie odebrali... Jesteś w takim stanie prawie przedorgazmicznym, ze chętnie popatrzę jak się bryndzlujesz nad tym kawałkiem dziwnego czegoś.
    Cóż, chyba po tej całej sprawie, będzie wpadał od czasu do czasu do Archiego by trochę się z nim podraznić. Mężczyzna w ogóle niereagował na jego zaczepki, a to determinowało go jeszcze bardziej. Usiadł na fotelu, obserwując krzątającego się lorda.
    - Jakbyś był dobrym gospodarzem to byś się mną zaopiekował najpierw, a potem dopiero bawił się nową zabawką. Jak tu się woła służbę? Potrzebuje poduszki... Dużej poduszki. I atropiny. Wiesz co to atropina? Zadowole się pilokarpiną jak nie masz atropiny... chociaż powinieneś mieć.

    OdpowiedzUsuń
  44. [ Jest śmiesznie XD ]

    - Wiem do czego służy. Nie musisz się tak mąrzyć, chłopcze. Wyobraź sobie, że takie oczy jakie mam ja, mają wiele zalet ale często nie przyćmiewają wad.
    Uniósł brew. Chciało mu się śmiać, szerze śmiać. Ale dopiero po tym wszystkim będzie mógł odpocząć porządnie i w reszcie czuć cudowną satysfakcje. W końcu Balckwood obiecał pozbyć się tych, którzy mu nabruździli w życiu. Zwykle podchodził do swojego istnienia z pewną rezerwą i jakby spokojem. Dzięki temu mógł lepiej panować nad tym na co miał wpływ.
    - A mógłbym sobie zażyczyć ciebie, nagiego i przywiązanego do łózka? To momogłaby być ciekawa perspektywa, nie sądzisz? Człowiek się tylko męczy i tyle...
    Nie czekając aż wyjdzie, wcisnął przycisk. Potem dla pewności wcisnął go jeszcze dwa razy. Rozpiał kilka guzików koszuli.
    Kiedy zamknął oczy, słyszał niemal każdy dźwięk dochodzący z czeluści domu. Jeden znich stawał się coraz głośniejszy, aż w końcu drzwi się otworzyły i do środka wszedł metalowy służący. Robin przedsunął spojrzeniem po sylwetce.
    - Roztwór atropiny, dużą poduszę, świeżowypraną bieliznę, byle nie krochmaloną i dzban pitnej wody. Powtórzyć wolniej?

    OdpowiedzUsuń
  45. - Czy to sugestia do tego bym cie rozebrał i związał? No na praedę, Archibaldzie... Prowokujesz. mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że jak już się dam sprowokować to nigdzie się przede mną nie ukryjesz, a jak cie już dopadnę to bez mojej pomocy się nie uwolnisz? Jesteś taki rozkoszny, kiedy dostajesz od losu nowe zabawki
    Dostał co zamówił, ale zanim użył czegokolwiek uważnie wszysto obejrzał. Obejrzał pod światło bieliznę.
    - Mam ci później oddać te gatki? Obstawiam, że są twoje. Poznaje po sposobie złożenia... - zachichotał. Ale zanim założy bieliznę pod spodnie, któe i tak już go zdrowo obstały tu i tam, wziął do ręki buteleczkę. Zwykle nie potrebował atropin. Potrafił całe noce wędrować z rozszerzonymi źrenicami, widząc dużo lepiej niż normalnie ludzie w ciemności. Jednak od czasu do czasu, musiał dać swoim gałką odpocząć.
    - Moja przypadłość bardziej się przydaje mnie niż tobie.
    Napełnił małą, szklaną pipetkę roztworem. Miał nadzieję, że to na prawdę dwuprocentowy roztwór, bo inaczej zrobi sobie problem na dwa trzy dni z widzeniem czegokolwik.
    - Czemu mi się przyglądasz? Nagle stałem się bardziej interesujący? - prychnął. Uniósł głowę do góry i wprawnie zakropił najpierw jedno a potem drugie oko. Po chwili, dodał jeszcze po kropli do każdego. Zamrugał kilka razy.

    OdpowiedzUsuń
  46. - Ty masz w ogóle jakąś prywatność? Człowieku, dałeś mi swoje majtki i pozwalasz spać tu albo w laboratirum.
    Właściwie na jego spanie w laboratorium się nie zgodził, ale Robin już wcześniej dostrzegł idealnie wręcz postawiony, dość szeroki regał, na którym mógłby urządzić swoją sypialnie. Archibald nie musiał wiedzieć, dlaczego lubi spać na pewnych wysokościach. Dawniej sypiał na hamaku i było mu tak bardzo dobrze. Dopóki nie zerwał matariału swoim ciężarem. Zmarszczył lekko brawi, przypominając sobie ten moment.
    - Moim zdaniem to ty nie jesteś normalny. I dlatego cie lubie. Normalni ludzie są nudni i tacy... przewidywalni.
    Zachichotał, ale po sekundzie spoważniał. Właściwie to sam nie był pewien, z jakim imieniem i nazwiskiem się urodził. To było tak dawno. Musiał doprze wykorzystywać pamięć, więc pozbywał się z pamięci, faktów nieistotnych.
    Wzruszył ramionami.
    - Robin. Akkarin... Sylas. Tyle powinno ci starczyć do życia i spokojnego snu.
    Obserwował jego marsz po pokoju ze spokojem. nie czuł zmęczenia. Był nabuzowany adrenaliną i jeszcze paroma innymi interesującymi rzeczami.
    - Oczywiście, że nalej. Cóż za niemądre pytanie...

    OdpowiedzUsuń
  47. - Rany, będziesz teraz rzucał filozoficznymi tekstami? Proszę cie...
    Napił się alkoholu. Przyjemnie drapał w gardle i rozgrzewał. Ta wersja była inna niż to co ostatnio podwędził. Ten płyn miał bardziej intensywny smak. Miał wrażenie, że wyczuwa w nim nutę imbiru.
    - Nie gadaj tylko bierz się do roboty. Ja się muszę wyspać by w razie czego kryć twój tyłek. I swój przede wszystkim. Ty możesz skończyć w różnych miejscach. W slamsach, w rynsztoku, w piwnicy jakiegoś domu publicznego... bo jakbyś się tak ostrzygł i wyszorował, to byłbyś całkiem ładniutki. Te lata zaniedbania może można jakoś cofnąć.
    Wziął kolejny łyk i odda mu szklankę.
    - A ja pewnie będę pił twoje zdrowie gdzieś w ładnym miejscu, z dala od świata.
    Wyciągnął przed siebie nogi, by było mu wygodniej. Zastanawiał się jak to rozegrać jeśli ktoś sobie przypomni o jego istnieniu i zechce tu wpaść. Zaczął zastanawiać się jak to wszystko rozegrać gdyby coś poszło nie tak. Chciał by się udało. Bardzo chciał tej zemsty.
    Westchnął głęboko.

    OdpowiedzUsuń
  48. [ Mnie też pożera żywcem. Ledwo wyrobiłem się z rozdziałem pracy a tu jeszcze i tak egzaminy przede mną ]

    - Może ty skończysz w grobie... bo wiesz, ja od lat jestem martwy i pochowany. - wyszczerzył się. Właściwie to chyba nawet nie był zgłoszony do żadnego spisu, nawet tych kościelnych. Bardzo go to nie obchodziło, zwłaszcza że większość ludzi, z którymi miał zwykle doczynienia, nie przejmowała się tym, czy on w ogóle jeszcze dycha.
    - Zawsze jesteś taki jak dostajesz nową zabawkę, czy coś cie jednak ruszyło i zaczynasz panikować? Nie wyglądasz tak jak zwykle.
    Musiał, po prostu musiał mu dokuczyć. Nie czuł się od niego lepszy i nie uważał, że Archi jest lepszy od niego, po prostu taki miał charakter. Uwielbiał dogryzać innych, poznawać sposób w jaki myślą, ich tajemnice i słabostki. Zwykle tego nie wykorzystywał, bo nie było takiej potrzeby. Robił to dla sportu, by pobudzić swoje szare komórki, których działanie było równie ważne, a nawet ważniejsze od działania mięśni.
    - Dalej będziesz to roztrząsał? Boli cie że nie zakradłem się pod osłoną cieni, nie użyłem twoich wyczesanych zabawek a na koniec nie zjechałem z księżycowych promieni, prosto w twoje objęcia? - parsknął śmiechem. Trunek rzeczywiście był mocny. - O nic mnie nie oskarży.Jest pompatycznym, leniwym i typowym przedstawicielem twojego gatunku. Ty jesteś wyjątkiem potwierdzającym regułę. Wyrodziłeś się i powinieneś należeć do mojego świata, jak Ethan. Bram zwątpi w siebie w to co pamięta, a nawet jeśli nie to nie będzie chciał robić skandali. Pewnie nie będzie chciał tu przyjść, bo wszyscy omijają szerokim łukiem to twoje domiszcze... nie wiem dlaczego, jest takie przytulne... - znów parsknął i podjął wątek. - Najwyżej wyśle liścik. A jeśli jenak, nie będzie obawiał się plotek, skandali, konwenansów i przyprowadzi tu tyłek, to będę improwizował. Najwyżej zaprosimy go do trójkąta i schlejemy tym twoim bimbrem. Założe się że będzie chciał wpadać codziennie.

    OdpowiedzUsuń
  49. Władca Nocy Złodziej Snów16 czerwca 2016 21:02

    - Jesteś strasznie... nie wiem za bardzo jak to nazwać, gdyż jak wiesz, mam pewne braki w wykształceniu... Nazwę cie pesymistą. Twój genialny plan wcale nie był taki genialny, bo jakby był to byś mnie nie potrzebował. Ciesz się, że się udało. Nie jestem cudotwórcą Archi, ale jak chcesz to znam świetnego iluzjonistę. Oceniłem sytuacje tak a nie inaczej. Rozpracowanie zabezpieczeń zajęłoby mi co najmniej tydzień. Ten sposób był najszybszy i najbezpieczniejszy. I jako zdrowy psychicznie i fizycznie mężczyzna oczywiście że jestem otwarty i chętny... - uniósł brew. Zdecydowanie pił do tego, że Archibald nie do końca jest zdrowy psychicznie, ale nie miał ochoty mówić tego na głos, właściwie już po raz kolejny. Nie mógł sie już doczekać , kiedy będzie mógł wygodnie zasiąść na jednym z dachów, z butelką odpowiedniego na tę okazje trunku, i z niekrywaną radością będzie oglądał widowisko. Chciał śmierci tych ludzi bardziej niż sądził. Starał się zabić w sobię tę nienawiść i chęć zemsty. To było jak trucizna. Potrafiło zatruć serce i duszę, pomieszać zmysły i zniszczyć wszelkie inne pragnienia. Starał się nie myśleć o tym zbyt wiele, a ostatnimi czasy, spędził na rozmyśleniu dużo więcej czasu niż przez ostatnie miesiące.
    - nie przesadzaj. Widzę że ci sie podobam. - parsknął, samolubnie - Brama wcale nie musisz dotykać. Coś ciekawego to on tylko w spodniach ma, ale jeszcze nikt nie wynalazł techniki aby rozszczepić ciało od członka. Mmm... To byłoby ciekawe. Mieć tylko fiuta, takiego zywego i reagującego bez reszty ciała... Możnaby je kolekcjonować i się zabawiać z wieloma na raz. Może tym byś sie zajął Archi, co?
    Przejął szklankę i pociągnął kilka łyków. Do coraz bardziej szumiących myśli, zaczęły wdzierać sie słowa i pytnia, nad którymi sie zwykle nie zastanawiał. Zerknął na Archiego, mrużąc oczy. Ciekawe jaki doktorek jest w łóżku? Uprawia styl kłody czy może modliszki? Parsknął. Pewnie on by go posuwał a Blacowood w tym czasie dokręcałby śrubki w łóżku..
    - Gdybyś był na miejscu Brama, nie miałbyś teraz siły by siedzieć - wyszczerzył się.

    OdpowiedzUsuń
  50. [ Miałem kiedyś taką dziewczynę, która w trakcie stwierdzała, że musi uprać firanki albo kazała mi zapamiętać, że potem mam powiesić obrazek na ścianie.
    Lubi tego twojego Archibalda XD Nie poddaje się XD
    Tworze o logistyce miejskiej, tak w skrócie ]

    Tak, chyba wiele osób oszalałoby, gdyby mogło odkryć co sie kryje w zakamarkach umysłu Robina. Uważał się za prostego człowiaka, ale tam wśrodku był skomplikowany i trudny do zrozumienia. Może dlatego tak bardzo dręczył naukowca. Chyba potrzebował wyzwania. Czegoś, a raczej kogoś, kto stanowiłby dla niego zagadkę i ciekawą tajemnicę do rozwikłania. Miał wrażenie, że złapał już końcówkę nici, w którą owinięty był Archibald. Ale to nie znaczyło, że nić się nie zerwie. nie mógłby być naukowcem. Nie miał cierpliwości. Z natury był szłaputny i narwany. chciał wszystkiego na raz, chociaż wiedział że nie zdołałby tego unieść.
    - To bardzo przydatny wynalazek. I to ja mam pokręconą jaźń? Litości... Nie ja mam ze sobą problemy. - wzruszył ramionami. - Uwielbiam siebie. Chociaż czasem siebie odrzucam by było ciekawiej i bym znów musiał się o siebie starać.
    Odstawił szklankę. Mógł się upijać albo sam albo z kimś. Upijanie się samemu w towarzystwie kogoś kto sie nie chce upić, nie wchodziło w grę.
    - Jak to nie miałbym rąk? Ty jeszcze nie wiesz co te ręce potrafią. Aaaaa... chciałbyś je sobie odciąć i trzymać przy życiu bo wolisz palcówki zamiast fiuta! To mój pomysł z trzymaniem przy życiu organów bez reszy ciała!
    Dopił resztkę. Uśmiechnął się do swojego towarzysza, wręcz ładnie. Niezbyt często mu się to udawało.
    - Powinieneś teraz się spić i iść spać. Ze mną właściwie. Dzisiaj i tak nic ci z tego już nie wyjdzie. Jeszcze po dwie i idziemy spać.

    OdpowiedzUsuń
  51. [ Ja jej nie słyszałem... albo raczej słyszałem ale nie do końca rejestrowałem co mówiła i potem dostawałem opieprz że jej nie słucham XD ]

    - Pije dużo i często. Musze czasem sobie nic nie robić by móc odpocząć, a alkohol w tym bardzo pomaga.
    Zaśmiał się i pokręcił głową.
    - Rany, Archi... doskonale wiesz co jest później. Jak już pozwolę się sobie poderwać to konsumuje ten ponowny związek.
    Lubił gadać. Zwykle nie miał do kogo, więc korzystał, zwłaszcza że Archi sprytnie udawał, że go nie słucha albo że go to nie interesuje. W sumie, jakby na prawdę go nie słuchał i się nie interesował tym co mówi, nie przyjąłby tego do wiadomości i gadałby dalej.
    Widział wyraźnie że naukowiec jest zmęczony. Miał bardziej przekrwione niż zwykle oczy i zdecydowanie bardziej bladą skórę. W ogóle Archibald wyglądał jak suchotnik w zaawansowanym stadium choroby, ale taka już jego uroda. Zmrużył oczy, zastanawiając się czy może nie doradzić mu jedzenia większej ilości orzechów. Chociaż były one uznawane za przysmak biedaków.
    - Jeszcze - wyszczerzył się, podsumowując jego słowa o tym, że jakoby jest pełni zmysłów. - Jak przejmujesz sie tym, ze jutro może tu wpaść Bram i popsuć ci zabawe to sie nie przejmuj. Zajme się twoim przyjacielem...
    Przez chwilę przyglądał się swoim dłoniom a potem bez skrępowania zaczął zaciągać palce, by poruszyć stawy, wypuszczając uwięziony między nimi bąbelek powietrza. Miał szczupłe długie palce, stworzone do gry na fortepianie. Ale ona znajdował dla nich inne zastosowanie.
    Przyjął kolejną porcję alkoholu, chociaż niepewnie przyjrzał się niecodziennej barwie.
    - Że niby mam wstać? Oszalałeś? - parsknął. Ograniczył się do wyciągnięcia ręki ze szklanicą do toastu. - Coś za żwawy się zrobiłeś. Poza tym... ja mam dużą poduszkę a ty nie masz nic. No i to ja nie mam majtek, więc to ja powinienem się obawiać.

    OdpowiedzUsuń
  52. - Taki odważny z ciebie naukowieć a jednak nie do końca jesteś takim odkrywcą, na jakiego pozujesz.
    Teraz już zaczynał się etep mówienie wszytkiego co się chciało, bez względu na to czy powinien to mówić czy nie. Napił się tego czegoś. Westchnął z zadowolenia, czując ostry posmak w gardle. Niezwykłe. Może Archi się marnuje, gmerając coś w mechanizmach? Gdyby zajął się pędzeniem bimbru, zarobiłby miliony... A może to sposóbna życie? Przyjrzał się swojemu towarzyszowi. Mógłby go porwać, wrzucić do jakiejś ciemni i zmusić do robienia alkoholu do końca życia. Plan niemal doskonały.
    Po kolejnych łykach, już zdecydowanie nie miał ochoty sie ruszać. Ale dla Archiego zrobiłby wyjątek i spodziewał się, że zrobi. Nie przepuści mu chyba dzisiaj. Tak mu podpowiadał jego pijacki instynkt niesamozachowawczy, kóry skłaniał go do różnych rzeczy, nie lubiąc przy tym sprzeciwów rozsądku i sumienia.
    - Wolisz brudne laboratorium od mojego ciepełka, tak? Nie zaprzeczaj! Tam jest brudno. Nie sprzątasz tam... Fuj.
    Wyprostował się bardziej w fotelu. Dopił resztę zawartości ze szklanki i odstawił ją gdzieś w zasięgu ręki.
    - W ogóle to powinieneś zaprosić mnie do łóżka. A ty dałeś mi poduszkę i każesz spać tu. Tu nawet nie ma ciekawych szafek do przejrzenia. Chociaż jeszcze w biurku nie grzebałem.
    Wstał. Z pewnym trudem, ale wstał.
    - Jedyne czego się obawiam w twoim towarzystwie to to, że zaraże się impotencją. Kto wie, czy to się nie przenosi przez ślinę. Nie wyglądasz na niebezpiecznego... Raczej jak ktoś komu uciekła ukochana żaba Stefan w pobliżu francuskiej restauracji. To takie romantyczne...

    OdpowiedzUsuń
  53. - Znam dużo ciekawsze miejsca do grzebania, no ale nie można mieć wszystkiego. - wzruszył ramionami, jakby go to nie obeszło. Ciekawiło go, dlaczego Archibald tak bardzo namiętnie mu odmawia. Nie przyjmował do wiadomości tego, że Archi mógł być po prostu heteroseksualny. Takie wyjaśnienie wydawało mu się dość głupie, ale zapewne było najprawdziwsze. Ale to nie miało znaczenia. Liczyło się to, że Archibald z premedytacją daje się prowokować i z lubością w oczach się z nim drażni.
    Bezkarnie mógł dopiekać komuś z wyższych sfer i czuł się z tym na prawdę dobrze. Całe życie odczuwał niesprawiedliwość społeczną, chociaż doskonale wiedział, że odróżnia ich od siebie tylko ilość posiadanych pieniędzy. Wszyscy są ludżmi, a jednak według prawa wciąż legalnie można było robić eksperymenty na ludziach z nizin społecznych. Wszelkie zmiany które miano wprowadzić, zostały zahamowane. To też było częścią jego vendetty.
    - Uważasz, że mój materiał genetyczny jest gorszy niż twój, bo jestem dziwny, tak? - parsknął, krzyżując ramina na piersi. - Otóż, uświadom sobie, że sam sobie tej dziwności nie wybrałem, to ty i tobie podobni, zrobiliście ze mnie takie dziwne coś.
    Machnął ręką, uznając że mówienie tego wszystkiego i tak nie ma znaczenia. W końcu zawsze wszystkim powtarzał, że już taki się urodził. Nie liczyło się to, że to były te drugie narodziny.
    - Uważaj bo się przestraszę. Połaskoczesz mnie swoim wibrującym czymś? - wywrócił oczami. Nie powinien go lekceważyć. Nigdy nie lekceważył ludzi, kórzy byli szaleni. Nie można było przewidzieć tego co zamierzali i co mogliby zrobć. Ale był już wstawiony i dopijajc resztę ze szklanki, dopił się już zupełnie.
    Przeczesał palcami włosy. Specjalnie na to wyjście, ściął się zgodnie z panującą modą ale nie do końca dobrze się z tym czuł. Nie miał zamiaru wracać do domu. Tu miał darmowy alkohol, jedzenie i towarzystwo.
    Rozglądał się po gabinecie szukając odpowiedniego miejsca do snu. Normalnie wybrałby szafę, bo lubił spać na wysokościach. Ale wolał nie ryzykować. Mebel wyglądał trochę tak jakby miał się zaaz rozpaść.
    - Przydałaby ci się powtórka z lekcji przyjmowania gości. Zaraz od ręki napiszę list do szkoły, która ci dała uprawnienia do życia i skrytykuje ich braki w planie nauczania.

    OdpowiedzUsuń
  54. - Jak zechce znajdę mniej prostackie, ale tak się składa, że nie muszę. Nikt ode mnie tego nie wymaga, w odróżnieniu od ciebie. Od takich jak ty, wręcz żądają utrudniania sobie i innym życia. Ja mogę pozostać szczęśliwym prostakiem, z prostym językiem, prostymi manierami i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że chce mi się sikać a nie, że muszę skorzystać z toalety, albo co jeszcze głupsze... że muszę przypudrować nos.
    Za dużo gadał. Wiedział doskonale. Ale co go ograniczało? Przecież Archibald nikomu tego nie powtórzy... Chyba że w sądzie. Parsknął, na samą myśl o tym.
    Wziął od niego kartkę. Skoro tak się bawią to niech będzie. Odepchnął go jednym celnym ciosem z biodra w bok i zajął jego fotel. Rozłożył i pięknie wyprostował kartkę, dbając o każdy rożek.
    - Żebyś się nie zdziwił jak dostaniesz odpowiedź albo wezwanie do szkoły. Ty... luju.
    Archibald nie musia znać znaczenia tego słowa. Było zwykle używane wśród ludzi z półświatka. Wziął do ręki pierwsze narzędzie do pisania, które było najbliżej. Przez alkohol jego zwykle idealnie wykaligrafowane pismo, było nieco koślawe, ale i tak całkiem ładne.
    - Podaj mi adres tego przybytku, człowieku.
    Napisał, a jakże! Dodając że nielegalnie pędzi w domu bibmer. Zawahał się przed podpisaniem. W końcu podpisał się tym wymyślonym przez Archibalda nazwiskiem. Przesunął wiadomość w stronę mężczyny.
    - Masz. Głupio ci teraz, co? Ale... mogę tego nie wysyłać. Powiedzmy... za jeszcze jedną flaszkę.

    OdpowiedzUsuń
  55. - Możesz liczyć na moją przekupność i nie do końca uczciwą uczciwość. - mruknął, kładąc bezczelnie nogi na blacie biurka. Uznał, że to całkiem wygodne miejsca do spania. Parsknął, sam się ze sobą zgadzając, że znalazł odpowiednie miejsce do snu, przynajmniej na dziś. Niestety, spodnie dalej go uciskały w strategicznych miejscach, co było niezwykle irytujące. No ale nie ma co sie oszukiwać... znikąd pomocy...
    Uznał, że zażąda butelki, bo na nic więcej raczej liczyć nie może, bo Achibald zbyt treźwy jeszcze był, i znając siebie, wiedział ile jeszcze może wypić. Spędzi tu kilka dni, więc alkohol zawsze będzie pod ręką.
    Zagwizdał, obserwując jego rumpel, prawie spadając z fotela, ale godność nakazała, utrzymać się na miejscu.
    - Chciłbym cie pomęczyć. To ty się jeszcze stawiasz. - parsknął, oglądając nieufnie zawartość butelki. Wlał trochę do szklanki. Po kilku łykach uznał, że może być i napełnił szklankę do połowy.
    - Ale pamiętaj... jeśli pewnego razu obudzisz się przywiązany do łóżka to pamiętaj, że mnie było dobrze. - wyszczerzył się. Nie miał w zwyczaju ani też nie planował wykorzysywać kogokolwiek. Jednak w mieście, zdarzało się to ciągle. Ktoś wymyślił substancję, która po połączeniu z alkoholem, sprawiała, że ofiara całkowicie traciła panowanie nad swoim ciałem i była jak szmaciana laleczka, chociaż wciąż świadoma i myśląca. Bardzo wiele młodych dziewcząt spotkał ten straszny los.

    OdpowiedzUsuń
  56. - Konsumowanie nowych znajomości jest jedną z największych przyjemności życia. Nie wiem czy chce wiedzieć co cie podnieca... Albo inaczej, nie wiem czy chce wiedzieć jakie masz życiowe doświadczenie, by wiedzieć co cie może podniecać a co nie.
    Wypił kilka łyków alkoholu. Miał ciekawy smak. Bardzo owocowy i orzeźwiający.
    - Dobra... nie będę kręcił. Chce wiedzieć. Jesteś wystarczająco dziwny by mnie interesować.
    Odstawił na chwilę szklankę i zabrał się za rozwiązywanie sznurówek jednego z butów. Po chwili but wylądował gdzieś na podłodze, w bliżej nieokreślonym miejscu.
    - Głośno, głośno. Nie dziw się. Mogą sobie bezkarnie pociupciać i to niemal każdego. Wybierają, częstują pieprzą i znikają. Policja ne szuka pedofilów Archi. Arystokraci nie płacą za gwałty. Powinieneś to wiedzieć.
    Pozbył się drugiego uta i wyciągnął znów nogi. Miał nieduże stopy, jak na tak rosłego mężczyznę. Nosił zwykle za duże obuwie, bo w swoim rozmiarze musiał szyć na zamówienie, a nie zawsze miał na to ochotę i możliwość.
    - Rusz tą masą pozwijanej galarety, która pływa w tej szanownej czaszce i zastanów się... dlaczego ja lubie łóżka, skoro preferuje sen na hamaku bądź wszelkiej maści wysokościach. Ledwo powstrzymuje się by nie umościć się do snu na twojej szafie ale źle wygląda. Mój wewnętrzny sadysta jest dużo bardziej seksi niż twój i dodatkowo dużo bardziej kreatywny. Przestań tak sterczeć... Robisz to niewłaściwią częścią ciała i do tego, zaczynasz sie chwiać.

    OdpowiedzUsuń
  57. - Właśnie w tym stanie jestem najbardziej kreatywny. Tyle że zwykle pije sam, by porozmawiać z kimś inteligentnym. A skoro mam ciebie to mogę sobie pogadać. Zwykle jestem bardziej powściągliwy. Ty uważasz, że musisz przekroczyć tę granicę, a mnie się po prostu wydaje, że nikt wczesniej ci nie pokazał jak się czuje. Nie dziwnie się z resztą... Nie wielu to potrafi...
    Siedział wygodnie, wyciągniętymi nogiami i popijał to coś. Miał wrażenie, że Archi powinien skupić się raczej na wyprodukowaniu większej ilości alkoholu jeśli rzeczywiście chce nawiązać z nim dłuższą współpracę.
    - Archi, jakiś ty... mechaniczny. Dla ciebie wszystko musi mieć swoje przyczyny, powody i skutki, tak? To takie nudne i pruderyjne... Człowiek się tylko męczy i tyle, a to nie na tym polega, nie? Poza tym, przypomne że to ja jestem rękami i nogami tego planu, więc każdą kzywdę robioną mnie robisz też sobie. Po co mi sława skoro mogę w tajemnicy poujeżdzać takiego byczka jak ty... No...może nie byczka a raczej coś bardziej al'a cielaczka. Ja po prostu taki jestem. Chce mieć pewne rzeczy i najczęściej je dostaje.

    OdpowiedzUsuń
  58. - Naukowcy działają mechanicznie. Zawsze. Uważacie, że wszystko jest takie logiczne, prawe i że możecie zapanować nad tym co się dzieje. To taka piękna ułuda.
    Zastanawiał się co będzie robił przez ten czas, kiedy będzie musiał tu siedzieć. Może poczyta? A może odda się swojej nowo odkrytej pasji... denerwowania Archibalda?
    - Całe szczęśćie, bo ja tak mogę całą noc, a ty wyglądasz tak jakbyś araz miał zemrzeć. Właśnie tym się różnymy, chuderlaczku. Ty możesz spać, a ja muszę przeżyć.
    Podniósł tyłek. Przeszedł w skarpetkach do fotela na którym spoczął Archibald. To ostatnie słowo, chyba na niego zadziałało. Dolał mu prawie pół szklanki.

    OdpowiedzUsuń
  59. - Co ty wiesz? W nogach śpisz! Ale, znając moją wrodzoną uprzejmość, pozwolę ci myśleć że masz racje. Tak jest ciekawiej.
    Wrócił na wcześniej zajmowane miejsce. Podłożył sobie poduchę pod tyłek. Znów ułożył się wygodnie. Byl przyzwyczajony do spania w różnych dziwnych, często niewygodnych miejscach, z kamieniem pod głową. Potrafił chyba zasnąć wszędzie.
    - Więc teraz jestem twoją królewną, tak? Mogę dostać to na piśmie? - zachichotał, dopijając zawartość swojej szklanki. - Teraz nagle zebrało ci się na uprzejmości? A daruj sobie. Prześpię się w twoim fotelu przy twoim biurku. Jutro sam sobie poszukam miejsca do snu, skoro mam tu zostać jakiś czas.
    Zastanawiał się, co to im z tego wyjdzie, ale tego będą mogli się dowiedzieć dopiero jutro. Jeśli nie wpadnie z rana policja i ich nie aresztuje, to powinno być dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  60. - Oj przestań. Nie musisz już tak starannie ukrywać tego, że jestem taki atrakcyjny i że ci się podobam. Jak to ktoś tam gdzieś tam napisał... Ta dama zbyt często zaprzecza. To było o tobie, byś nie miał wątpliwości.
    Zmarszczył brwi. Gdyby Archi przeniósł się do łóżka, poszedłby za nim i pewnie tam zechciałby się do niego dobierać tak długo, aż nie zachciałoby mu się spać. Czyli pewnie dość krótko... Ale mają jeszcze dość dużo czasu.
    - Nie przesadzaj. Nie będę za tobą przecież chodził do łazienki. - wyszczerzył się. - Właściwie to zauważyłem całkiem dobra dla mnie miejsce w twoim laboratorium. Tam stały obok siebie takie dwie duże szafy... Wyglądały stabilnie, więc oficjalnie zajmuje ich szczyty i część terenu obok nich, i nadaje im nazwę Robinlandia i tam się wprowadzam na czas twojej pracy w laboratorium. Poza nim, też znajdę sobie swój skrawek tego domu. No nie patrz tak na mnie... Masz taką wielką chatę a mnie skąpisz takiego kawałka? Bezczelność...
    Chichotał jeszcze chwilę jak opentany, a potem zwyczajnie usnął. Tak, tworzyli całkiem dobry duet. Uzupełniali się i co najważniejsze, jakimś cudem mogli ze sobą wytrzymać.

    Obudził go blask, raczej eektryczny niż słońca. Nie wyłączył lampy na biurku i teraz zwyczajnie energia rozsadziła żarówkę. Dziwne. Nie powinno tak się stać. Wyłączył lampkę by iskry dalej nie strzelały z żarnika. Wstał i przeciągnął się. Dopił to co zostało w butelce, na zasadzie porannego klina. Przyjrzał się śpiącemu w bardzo dziwnej pozycji Archibaldowi. Zastanawiał się czy on na pewno żyje, czy może coś go w nocy opentało i wykrzywiło w każdą stronę. Ale nie, oddychał. Podszedł, po drodze zbierając swoje buty. Nachylił się nad nim i szepnął.
    - Archi... jestem w ciąży...
    Nie miał pojęcia, dlaczego te trzy słowa zawsze działają na śpiącego faceta, jak zapach świeżej szynki na kota. Podobne działanie na mężczyzn miał też pieczony bekon, też z niewiadomych przyczyn.
    Kiedy już złowił spojrzenie młodego lorda, wyszczerzył się.
    - Wstawaj leniu. Do roboty. Co ty myślisz? Że samo się zrobi?

    OdpowiedzUsuń
  61. - Wyobraź sobie, że praca dla ciebie pochłania cały mój czas. Normalnie to siedziałbym już dawno gdzieś wysoko i oglądał swój nowy cel albo, co lepsze i dużo ciekawsze, spędzałbym cudowne chwile w lupanarze, bez konieczności oglądania twojej wiecznie niezadowolonej miny. Ale cóż... to ty mi płacisz.
    W bardzo dorosły i odpowiedzialny sposób pokazał mu język kiedy wyszedł. Kręcił się jeszcze chwilę po gabinecie, aż w końcu zadzwonił po służbę.
    Po minucie pojawił się kolejny dziwny służący. Nie był pewien dlaczego wywoła u niego dreszcz. Wyłuszczył to czego potrzebuje i że mają to przynieść tutaj do gabinetu. Potem kazał zaprowadzić się do łazienki, ale nie tej w której jest Archi. Oraz, co najważniejsze, kazał się ostrzec gdyby mieli jakiegoś gościa. Nie mógł ryzykować, że się nie przygotuje do tego spotkania jak należy.

    dopiero kiedy się umył dokładnie i przyodział w miare czyste ubrania, wrócił do gabinetu. Rzucił okiem na przyniesione śniadania, ale na razie nie zdecydował się na jedzenie. Wybrał za to szklaneczkę i resztkę tego co zostało z wczoraj. Zajął miejsce za biurkiem, popijając powoli alkohol. Musiał przyznać, że chyba brakowało mu kilku dni wolnego od wiecznej pracy i ostrożności.
    - Dasz mi coś ze swojej szafy, jakby przyszedł ktoś nieproszony a jednak? - odezwał się do Blackwooda, który się własnie wyłonił. Tak, Archibald nie przychodził, on się wyłaniał... Nie chodził, tylko sunął. Coś w tym było... coś na granicy poetyzmu i pozaświadomego postrzegania.
    Zjadł swoje śniadanie, które składało się z miski z jakąś papką, bliżej nieokreślonego koloru, świeżej bułki z dżemem i dużego kubka kawy. Jakże bardzo różniło się od śniadania Archibalda.

    OdpowiedzUsuń
  62. - Nie przesadzaj. To że masz niemodne ubrania nie znaczy że nie możesz użyczyć paru szmatek. Tylko sobie nie myśl, że niezwykłą przyjemność sprawia mi noszenie twoich rzeczy. Nawet te majtki mnie nieludzko piją w tyłek...
    Zwolnił mu miejsce przy biurku. Musiał się trochę poruszać. Niemal czuł jak mięśnie drętwieją i stają się ściągnięte. Gabinet był na tyle duży ze bez problemu mógł poruszać ramionami na całej długości.
    Nie interesowała go za bardzo maska. Dla niego był to tylko kolejny przedmiot i to do tego niezbyt urodziwy. Czasami trudno było mu się rozstać z przedmotami, które nabył nielegalną drogą. Część ze swoich łupów, chociaż wiedział, że to bardo zły pomysł, trzymał w skrytkach. W razie kotła, niestety bardzo go obciążą, ale co tam.
    - Strasznie się trzęsiesz nad tym kawałkiem czegoś. Spodziewałem się raczej, że dostaniesz to w łapki i nagle będziesz wszystko wiedział. Myślałem że jesteś bardziej magiczny.
    Nie przestał ćwiczyć, kiedy pojawiła się służka. Czeka go jeszcze seria ćwiczeń na nogi i brzuch. Znajdzie sobie jakieś spokojne miejsce. Albo może laboratorium? Nie było to spokojne miejsce, ale jakie fajne.
    Uniósł brew, przenosząc spjrzenie ze służki na lorda.
    - Może chce cie prosić o moją rękę. - parsknął. - No dobra.
    Poprawił ubranie i fryzurę. Chwilę układał w głowie całą scenę.
    - Zaprowadź mnie... do biblioteki. Przynieś tace z jedną filiżanką i dzbankiem z kawą, czy w czym wy tam kawe w większych ilościach nosicie. I gazete. A potem, zaprowadzicie tam jego...

    Usiadł w bibliotece, troche zakurzonej i zaniedbanej ale trudno. na stoliku przed nim stał imbryk z kawą, małe coś z mlekiem, cukiernica i jedna filiżanka. Idealnie. W końcu sie go nie spodziewał. Rozłoży gazetę i ukrył się za nią, nim służka wpuściła gościa. Niby od niechcenia, ze znudzeniem, opuścił gazetę, jakby się spodziewał, że przyszedl ktoś mało interesujący. Udał zaskoczenie a potem uśmiech.
    - Dzień dobry. - przywitał się, z rozbrajającym uśmiechem, wstając z miejsca - Kawy? Przynieś drugą filiżankę - zwrócił się do służki.

    OdpowiedzUsuń
  63. Na chwilę wstrzymał oddech, ale jednak udało się. Gość ni naskoczył na niego, nie oskarżył ani nie patrzył podejrzliwie. Udało się. Jak cudownie było czuć smak zwycięstwa, przynajmniej w tej bitwie. Znów przybrał rolę głupiutkowiego i do obrzydzenia słodkiego niewinnego kuzyna Szalonego Blackwooda, jak mówiono na Archibalda. Wyglądało na to, ze ziomki lorda bardziej polubili jego niż swojego. Pozwolił mu dotknąc swoich dłoni. Miał nadzieje, że nie zwróci uwagi na brak delikatności skóry. W końcu młodzi szlachcice nie takie dłoni powinni mieć.
    Nie zarumienił się, bo nie potrafił tego zrobić na zawołanie, ale udał lekkie zawstydzenie. Nie patrzył mu w oczy i unikał jego spojrzenia, żeby tylko meżczyzna nie zwrócił uwagi na odmienny kolor jego oczu. Wybrał specjalnie bibliotekę na to spotkanie. Dzięki dużym oknom było tu widno, a on stał pod światło. POtem w razie czego, przesiądzie się w ciemniejsze miejsce, osłonięte jakimś regałem i też nie będzie go wyraźnie widać.
    - Ja... ja również się cieszę. - uśmiechnął się przymilnie. - Jakież to nieszczęście mogło cie spotkać? Coś się stało na przyjęciu? Wybacz ze zostawiłem cie, ale chyba za bardzo cie wymęczyłem bo od razu zasnąłeś. Czyżbym... czyżbym ci coś zrobił? Większość nocy byleś ze mną, więc tylko ja mógłbym cie skrzywdzić...
    Świetne alibi. Musiał jeszcze dać alibi Archibaldowi. Nikt nie uwierzy, że lord spędził z kimś jakiekolwiek upojne chwile więc zostawała tylko możliwść choroby.
    - Archibald trochę za dużo wypił i... musiałem go zabrać do domu...
    No dobra, w to raczej uwierzy. Chociaż mógł to wcześniej ustalić z Archim, ale szczerze wątpił by ten mężczyzna dziś przyszedł. Raczej straszył tym Blackwooda, a tu taka niespodzianka.
    Kiedy pojawił się Archibald, Robin wykorzystał krótką chwilę ledwo sekundę by pokręcić lekko głową, dając mu znać że ich nie podejrzewa. Momentalnie, niby z zawstydzenie, zabrał swoje dłonie, zupełnie jakby bał się reakcji Archbalda. Był dobrym aktorem. Widział kiedyś taką scenę w teatrze.Oglądał przedstawienia zza kulis albo z najwyższego balkonu, na którym zwykle siadali pracownicy teatru, ale ostatnimi czasy nikt nie miał czasu na oglądanie przedstawień, więc on tam zasiadał.
    - Lepiej się czujesz, kuzynie? Myślałem, ze dziś nie wstaniesz po takiej ilości alkoholu. Napijesz się z nami kawy, czy wracasz do pracy?
    Mrugnął do niego, bo nie wiedział jak inaczej dać mu znać, ze panuje nad sytuacją i że może iść, jeśli chce. Wyciągnie od tego mężczyzny wszystko co się da i napoi go wszelkimi możliwymi kłamstwami, jakie jego zdeprawowany mózg mu podsunie. Musiał jednak działać bardzo ostrożnie, z ogromnym wyczuciem. Niestety nie miał przy sobie żadnych proszków. Wszystko zostało w jego płaszczu, nawet nie było co dosypać do kawy, ale trudno. Bęzie się musiał posłużyć tradycyjnymi metodami z dodatkiem wdzięku osobistego, którego jego zdaniem, mu nie brakowało.

    OdpowiedzUsuń
  64. Zaczął się obawiać, czy Archibald podoła temu zadaniu. Był naukowcem, nie aktorem i kuglarzem jak on. Robin całe życie wchodził w role, często takie których ni chciał grać. Potrafił z nędzarza stać się arystokratą, tylko dzięki wnikliwej obserwacji. To że natura pozwoliła mu zgrabnie oszukiwać innych uważał za wielki talent. Jednak poza tym nie otrzymał prawie nic. Tak, jego przybrany ojciec i Archibald mieli bardzo dużo wspólnego. Mogliby całe dnie i nice siedzieć i pracować, czekając aż cały świat zniknie. Jednak wiązało się to z tym, że zatracali zdolności komunikowania się z innymi i bycia w towarzystwie.
    Wziął głęboki oddech. Musiał bardzo uważać na to co mówi Archi i w razie potrzeby jakoś o wybronić. On sobie poradzi. W razie zagrożenia po prostu zniknie, jak zwykle, ale co z Blackwoodem? Przecież on w razie konieczności ucieczki, weźmie ze sobą więcej narzędzi i maszyn niż sam warzy, i stwierdzi że wszystko jest mu niezbędne.
    - Wale nie trzeba mnie pilnować... aż tak bardzo. - usprawiedliwił się, wręcz prychnięciem. Jeśli cudowny lord Bram znów da się skusić to wyciągnie z niego wszystko, nawet to gdzie schował jego bielizne.
    Zgodnie z etykietą, na której za cholerę się nie znał, ale tak mu się zdawało że trzeba postąpić, nalał wszystkim kawy do filiżanek, z tak delikatnej i przejrzystej porcelany, że bał się ich dotknąć.
    Odstawił imbryk, widać świeżo wytarty z kurzu. Chyba Archi nie miewał gości a jeśli to na pewno nie raczył ich z tego zestawu.
    Udał, że upuścił gazetę bo już nie mógł wytrzymać. Skorzystał z kilku chwil, przez które go nie widzieli i trząsł się w niemym chichocie. Podniósł się z gracją, oczywiście najpierw prostując nogi a potem resztę ciała. Zajął znów miejsce na fotelu, złożył sprawnym ruchem gazetę i odłożył ją na bok. Już widzieł o jakiej "drobnej sposobności" mówił lord. Właściwie to nie miałby nic przeciwko. To Archibald jest impotentem. Ale tego przecież nie powie na głos.
    Zerknął na kuzyna. Nie czuł się tu dobrze. Siedział sztywny jakby miał kij w tyłku.
    - Archibald zawsze lubił rywalizacje, ale znalazł sobie niewłaściwego przeciwnika, bo ja mam bardzo mocną głowę. W Afryce południowej piłem niezwykły alkohol. Przywiozłem flaszeczkę kuzynowi ale... chyba był dla niego zbyt udziwniony bo niezbyt się po nim dobrze czuł, a ze względu na mnie,nie chciał odmówić zaproszenia... Za co mu jestem bardzo wdzięczny.
    Dolał dobie śmietanki do kawy. Fuj... Krowia wydzielina w kawie.
    No dobrze, akcja się zagęszcza. Awantura domowa to emocje, zwłaszcza jeśli powodem awantury jest ktoś obecny przy niej.
    Odstawił filiżankę z niego zbyt głośnym stuknięciem na spodek.
    - Nie, chyba nic nadzwyczajnego się nie stało... znaczy...James... znaczy Lord Bram pokazał mi tylko pare obrazów i jakoś tak się... zgubiliśmy bo tam jest tyle pokoi. Prawie jak u ciebie... tylko tam jest czyściej. Ale tylko trochę!
    Przenosił zdenerwowane spojrzenie z Archibalda na Lorda Brama. Musiał się dowiedzieć czy mężczyzna pamięta jak zabierał go do tego jego skarbca. Jeśli nie pamięta mógłby mu wcisnąć jakąś historyję.Ale jak pamięta, może będzie chciał by policja zebrała jego zeznania.
    - Chodzi o tę lampe? - spytał Brama. Pamiętał że zwalił ją ze stolika nocnego w sypialni by wyglądało wszystko bardziej widowiskowo. Jeszcze rozsunął butem rozbite szkło z klosza by wyglądało bardziej przekonująco kiedy mężczyzna się obudzi.
    - Była jakaś wartościowa? To był wypadek bo niepotrzebnie tak się rzucałeś... znaczy...
    Odrzchąknął i znów chwycił filiżankę. Miał nadzieję, ze Bram nie lubi teatru bo to była kwestia i własciwie cała scena z jednego z przedstawień. Panna prawie przyłapana na swawolach, również się rozgadała, a potem by się zatkać i ukryć zdenerwowanie, popija herbatę. On zamiast herbaty miał kawę ale też było dobrze
    Podniósł na chwilę spojrzenie na jednego i drugiego mężczyznę. Bram wydawał się to łyknąć, a Archi...? No, trudno powiedzieć. Ale może sobie poradzi z rolą, w której się obsadził.

    OdpowiedzUsuń
  65. Obserwował uważnie Brama, szukając w jego ruchach czegoś co mogłoby zdradzić jego myśli. Zastanawiał się czy uda im się poprowadzić tę rozgrywkę w taki sposób, by nie musiał iść z Bramem do łóżka. Nie miał na to ochoty. Teraz wydawało mu się to czymś dziwnym, nie podobnym do niego, ale na prawdę wolałby teraz pobyć sam.
    - Eh... Archibaldzie, musisz... no dobrze, nie musisz. Ale mógłbyś spróbować mnie zrozumieć. Jestem dorosły. Potrafię rozpoznać czego mi trzeba.
    Z defensywy, przeszedł w ofensywę. Musiał naprowadzić rozmowę na odpowiedni kierunek. Chociaż Archibaldowi udało się już, dowiedzieć czegoś ważnego. Nie podejrzewał ich. Może przyszedł by poprosić Archiego o dodatkowe zabezpieczenie swojego skarbca.
    Zainteresował się tym co powiedział Bram, jakby zapominając o tym co mówili wcześniej. Przyjrzał się uważnie gościowi.
    - Kradzieży? Nie żartuj... Takie rzeczy nie zdarzają się na przyjęciach. Prawda? - spojrzał na Archiego a potem znów na Brama. - Chyba... wspominałeś coś o skarbciu. Chciałeś mi coś pokazać, jakiś skarb ale... nie dotarliśmy tam. Oglądaliśmy te pokoje i...
    Znów spojrzał na Archiego i odchrząknął. Wolał nie zmyślać żadnych szczegółów. Miał wrażenie, że Archibald zaczyna się dobrze bawić. Chyba się rozluźniał.
    - Niedługo wyjeźdzam. - przyznał, co po części było prawdą. Musiał zniknąć. - Nie będziesz musiał udawać że się mną interesujesz kuzynie.

    OdpowiedzUsuń
  66. Uniósł brew, nie mogąc opanować tego odruchu.Cóż, nie był idealny, czemu nie mógł zaprzeczyć. Mie mógł nad sobą panować zawsze, zwłaszcza będąc na lekkim, ale zawsze, kacu. Archibald nieźle to rozegrał. Obaj byli na wygranych pozycjach. Pytanie tylko, co dalej z tym zrobią. Mogą wypuścił Brama tak po prostu, albo mogą spróbować poznać pewne fakty, które na pewno lordowi zdradził detektyw, prowadzący sprawę o ile w ogóle sprawa była zgłoszona na policję.
    Robin znał chyba większość detektywów z miasta, chociaż nie osobiście. Każdy miał jakieś słabości, jakieś charakterysytczne cechy. Nazwisko policjanta, wiele mógłoby ułatwić, albo wręcz przeciwnie. Prosił tylko tego Boga, który akurat go słuchał, by to nie był detektyw Blown. Skurwysyn jest strasznie dokłady i uparty jak cholera. Dodatkowo, jego ojciec, wuj, kuzyni i bracia, też pracują w policji a nawet w prokuraturze i w sądzie. To jedna wielka klaka, chroniąca nawzajem swoje tyłki.
    Tak, od tej pory będzie się zwracał do Archibalda per mężczyzna. Wyglądało na to, że Bram uważa jego "kuzyna" nie za człowieka, a za jakieś monstrum, może pół automat, ale z fallusem i to w nim cenił najbardziej. Interesujące.
    - Czy moglibyście... przestać? Zaczynam się gubić. Nigdy w życiu niczego nie ukradłem. Nie tak wychowali mnie rodziciele. Jeśli mnie podejrzewacie, to na prawdę czuję się tym urażony... I za takie oskarżenia, zażądam satysfakcji. - brzmiało to jak tekst, żywcem wyciągnięty z kiepskiej książki, ale trudno. Ważne że podziałał. - Czyli po prostu, uważasz, uważa pan... - poprawił się by trochę lepiej zabrzmiało - ...że to, ta kradzież, to moja wina, bo zająłem twoją... pańską uwagę, tak? A skąd w ogóle pewność, ze to coś... cokolwiek to było, ukradzono właśnie wczoraj? Z resztą co ja miałbym zrobić z tym ukradzionym elementem? Przydatne to do czegoś? Jestem podróżnikiem, nie obarczam się zbędnym ekwipunkiem, zwłaszcza cennym.
    Znów napił się kawy. Święte oburzenie, chyba mu się udało. Bram wyglądał na poruszonego jego słowami. Na pojedynek mógłby wyzwać każdego. Pewnie i tak by wygrał.
    Insytnuacja Brama, wywołała u niego pewne zmieszanie, nie do końca planowane. Odstawił filiżankę na spodek a spodek na stolik.
    - Archibald jest moim kuzynem. I od lat traktuje mnie jak znajomego, którego lubi czasem spotkać, porozmawiać i ugościć. Wybacz proszę, ale pojawiłem się na twoim przyjęciu z zamiarem, wywołania u niego... pewnej zazdrości. Ale on jest z lodu takiego pokrywa wysokich gór w dalekich krajach.

    OdpowiedzUsuń
  67. Przed tym skokiem zebrał trochę informacji o Lordzie Jamesie Bramie i uznał szczerze, że mógłby go podziwiać, gdyby nie pare szczegółów. Mężczyzna ten dopuszczał się nawet tego, że łożył pewne sumy na sierocińce, pod wrunkiem, ze odwiedzoało go od czasu do czasu, paru ładnych chłopców. Nie mówiąc już o tym, że lubił patrzeć. Lubił siadać na fotelu i patrzeć jak dwóch mężczyzn pieprzy się w łóżku. Jeżeli to co robili, to na co patrzył, sprawiało że się spuszczał, płacił. Jeżeli nie, wychodził. Cikawe. Wyglądało na to, ze zwyczajnie miał ochotę popatrzeć na nich dwóch, co właściwie Robinowi nie bardzo by przeszkadzało.
    - Mam wrażenie, że mnie nie doceniasz kuzynie. Siedziusz tu sam, coś tam wymyślasz, ludzie mówią o tobie różne rzeczy... A ja? Je zwiedzam świat. Mieszkałem w Argentynie, niezwykłym kraju... - o których nic nie wiedział i miał nadzieję, ze nikt nie pociągnie tego tematu. - ... i na prawdę sądzisz, ze przybyłem do tego miasta, tylko po to znów móc zamienić z tobą pare słów i dalej być ignorowany?
    Obruszył się, odwracając spojrzenie od Archibalda. Na zewnątrz znów zaczęło padać. Pięknie... Dopiero była przyjemna pogoda, ze słońcem, w sam raz do poszukania pewnych informacji na mieście. Teraz, w deszcz, trudno było znaleźć kogoś wystarczająco poinformowanego. Najwyżej poczeka do jutra. Ale jutro może nigdy nie nadejść, więc po co zwlekać.
    - Ta rozmowa nie ma większego sensu. - przyznał po kilku chwilach ciszy. - Poza tym James nie przyszedł tu by słuchać takich rzeczy... - właściwie to przyszedł tu głównie po to, ale co tam i jak widać doskonale się bawił. - Wróćmy do tego co jest ważniejsze niż... brak lotności w umyśle Archibalda. - zwrócił się znów do Jamesa. Starał się uśmiechnąć, ale ten uśmiech był tak smutny i wymuszony że aż było mu siebie żal.
    - Czego ode mnie oczekujesz, mój drogi? Mam opowiedzieć policji co wczoraj zaszło? Właściwie to nie do końca pamiętam szczegółów. Było wyjątkowo.- jego uśmiech poszerzył się. - Wększość wieczora zmarnowałem z Archibaldem, dopiero później... mnie porwałeś w tę podróż... Bardzo niezwykła

    OdpowiedzUsuń
  68. [ Prawdę mówiąc, to nie byłem pewien czy zgodziłabyś się na coś takiego. Raczej nie ingeruje w niczyje postaci. Przyjmuje krytykę bez bicia, więc w razie czego się nie krępuj :) I fajnie że ci odpowiada ]

    - Doskonale wiesz, że przyjechałem dla ciebie i do ciebie. Zaprosiłeś mnie, już zapomniałeś?
    Jak on nie znosił wilgoci. Ten nieprzyjemny zapach nasiąkniętego wodą drewna i mokrej ziemi. Wszystko tak jakby lgnęło do ciała i nie dało się niczym usunąć poza większą ilością wody. Dokończy kreacje swojego lokum w suchym i ciepłym laboratorium. Albo może zdecyduje się jednak na zwyczajny pokój, suchy i ciepły w oknami wychodzącymi coanjmniej na dwie strony świata. W ostateczności, wprowadzi się do sypialni Archibalda. On i tak nie będzie z niej pewnie na razie korzystał a w niej na pewno będzie dużo ciekawych miejsc do przeszperania i może jakieś kompromitujące listy albo zdjęcia. Trochę niegodne jego osoby było być u kogoś i zwyczajnie wyjść, bez poszukania czegoś ciekawego. Oczywiście dowiedział się już paru rzeczy o Archibaldzie, co sprawiło że poczuł do niego prawdziwą sympatię, ale to nie znaczyło że zadowoli się takimi ochłapami.
    Wolał by Archibald nie wychodził, inaczej ten rubaszny człowiek zacznie te swoje zaloty a on będzie musiał im "ulegać". Ale właśnie Bram podsunął mu pewną myśl, pewien pomysł, który mógł być interesującym zakończeniem ich znajomości. Miał ochotę parsknąć. Co ten człowieczek wiedział o przesłuchaniach? Nic... Nie wsadzali mu nóg ramy z deski i nie wbijali klina między nie młotem, by rozsadzić mu kolana. No ale miał grać niewinnego głuptaska, i bardzo się starał nie wyjść z roli.
    Odwrócił spojrzenie od obu mężczyzn, wbijając je w widok za oknem.
    - Cóż to znaczy...że nie pamiętasz? - spytał, starając się ukryć oburzenie. Bram coś tam jęknął, a przynajmniej próbował coś powiedzieć, ale nie dał mu takiej możliwości. Wstał ze swojego miejsca. Zakładając dłonie za siebie, jak zwykł czynić to Archibald, przespacerował się do okna. Spiął pośladki i wykorzystał swój lekko kołyszący krok, by jeszcze bardziej zanęcić Brama. Musiał przyznać że pochlebiało mu jego zainteresowanie.
    - Z uprzejmości, mógłbyś chociaż skłamać że pamiętasz wszystko. Albo chociaż część... Ale jak widzę, nie jestem wystarczająco interesujący by mnie pamiętać. - prychnął i bardzo wyćwiczonym ruchem, machnął ręką, jakby opędzał się od natrętnej muchy. - Rozumiem, że ja też powinienem o tym zapomnieć, tak? O tym co robiliśmy i co mówiłeś... Trudno. Nie będę nikogo do niczego zmuszał. Wolał bym by ta wizyta zakończyła się, możliwie jak najszybciej...
    Miał wrażenie, że słyszy jak Archibald śmieje się, tam w środku. Oj, wypiją dziś znów za to.
    Odwrócił się znów do nich, ale nie spojrzał na żadnego z mężczyzn. Po części dlatego, by Bram nie mógł obejrzeć dokładnie jego oczu w dwóch kolorach.
    - Ja pamiętam wszystko doskonale, może dlatego że nie chciałem wdychać tego dziwnego proszku. Najlepiej pamiętam awanturującego się Archibalda. Pokrzepiło to moją duszą, bo okazało się że jeszcze coś tam się w nim tli... - specjalnie powiedział, że to pamięta najlepije, by jeszcze bardziej Bramowi dopiec.Może jeszcze wykorzysta to poczucie winy Brama. Może będzie to konieczne, jeśli jakimś cudem czego niedopilnował. Był tylko człwoiekiem, mógł się pomylić, ale wszystko tak przemyślał by niczego nie zapomnieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Mogę właściwie ze szczegółami opisać to co robiliśmy, ale nie wydaje mi się to konieczne, zwłaszcza że musiałbym użyć słów, niegodnych w towarzystwie.Pamiętam jeszcze pewnego człowieka. Wyglądał i poruszał się dość pokracznie jakby udawał wększego niż jest. Miałem wrażenie, że to przebrana za mężczyznę kobieta. Nie zdziwiłem się bardzo, bo widziałem co się działo w innych miejscach domostwa, więc wtedy się tym nie przejąłem. Ta osoba, podała nam kieliszki z szampanem, jakimś niezbyt kuszącym bo pachniał conajmniej dziwnie, więc ja swojego nie wypiłem tylk oodstawiłem na... tak... rzeźbioną mahoniową ławę, zdobioną w motywy zwierzęce. Bardzo mi się spodobała, nawet obiecałeś mi ją dać, ale skoro nie pamiętasz, to jeszcze uznasz ze łgam... - znów fuknął i zaczął chodzić po pokoju. Ta ława na prawdę mu się spodobała. Zresztą nie tylko ona. - Tego otomana, obitego jedwabiem też możesz zatrzymać. Nie będę się wykłócał o drobiazgi... - otomana też mu się spodobała. Lampe też by wziął, ale to byłaby już przesada. - Ale do brzegu... Wypiłeś tego szampana, jak wszystko inne co ci podstawiano. Ta osoba zabrała kieliszek, ale nie złapała za samą nóżkę tylko za podstawkę. Zdziwiło mnie to, bo to nienarutalne. Żaden szanujący się kelner nie zrobiłby czegoś takiego. Ale prawdę mówiąc, nie zaprzątało to mojej uwagi na dłużej. Miałem inne ciekawe rzeczy, które przejęły całą moją uwagę. To tyle... Ale może sobie coś jeszcze przypomne.

      Usuń
  69. [ Cieszę się, że ci się podoba. Powiem szczerze, że bardzo bawi mnie ten wątek. Przyjemnie się go pisze :) ]

    Miał chyba jeszcze nadzieję, że otrzyma ten otoman. Miał doskonałe wymiary by wpasować się w lukę w jego mieszkanku, między ścianą a beczką. A gdyby usunął beczkę, wejdzie tam ta ława... Chociaż mahoń jest trochę zbyt ciemny. Wolaby sośninę ale nie będzie wybrzydzał.
    Tak czy inaczej, rola urazonego kochanka wyszła mu całkiem nieźle. Przynajmniej to wywnioskował, widząc dziwny wyraz twarzy Brama. Niech sobie szuka tej babeczki, w przebraniu mężczyzny. Wymyślił to na poczekaniu, kiedy jego wzrok padł na straszny portret, jakiejś krewnej Archiego, wiszący na ścianie na przeciwko.
    Była to kobieta, patrząc po stroju i malowidłach na twarzy, ale potworkiem była wyjątkowo nieatrakcyjnym. Gdyby miał zgadywać, powiedziałby że to mężczyzna, udający własną babkę. Trzeba umieć improwizować. Ale teraz, czekając na trumfy, zaczął się zastanawiać czy nie lepiej byłoby ugłaskać jakoś Brama. Gdyby jednak pozostawił na nim dobre wrażenie, mężczyzna wróciłby jutro, a to nie o to chodzi. Lepiej, wyśle mu liścik tuż przed "wejściem na pokład statku, płynącego do Argentyny czy gdzie tam powinien się wybrać". Tego jeszcze z Blackwoodem nie ustalił, a podejrzewał że jedna wersja wydarzeń byłaby pożądana.
    - Byłem zbyt zaabsorbowany tobą Jamesie by zwracać uwagę na szczegóły. Chociaż gdybym wiedział co się stanie i jak... to się rozwinie, warowałbym przy Archibaldzie. Może wtedy nie musiałbym tego teraz znosić. Tak czy inaczej... Życzę ci miłego dnia, Jamesie. I mam nadzieje, że... ten skradziony przedmiot jakoś się znajdzie. Do widzenia.
    Ostatnie słowa były już kategorycznym pożegnaniem.
    Odwrócił się dopiero, gdy za Bramem zamknęły się drzwi. Złodziej spojrzał na wciaż obecnego w pokoju Archibalda z chytrym uśmiechem.
    - Mam nadzieję, drogi Archibaldzie że potrafisz pływać, by się nie utopić w całym mym majestacie i niesamowitości. - wyszczerzył się. - Nie martw się, za to przedstawienie policzę jak za zwykły bilet do teatru, ale przyjmę też zapłatę w alkoholu. Albo w otomanie... albo w naturze. Preferuje to ostatnie rozwiązanie.
    Przeszedł przez pokój przeciągając się. Odetchnął z ulgą. Udało się, na prawdę się udało. Pociągnął pare łyków kawy prosto z dzióbka imbryku. Zadzwonił po służbę.
    - Potrzebuje najlepszy papier jaki w tym domiszczu da się znaleźć, pióro ze ściętą stalówką i koniecznie czarny atrament. Aha, i kopertę, najlepiej z tego samego papieru a jak nie macie to klej, sam zrobię.
    Odwrócił się znów do Archibalda, rozkładając ramiona w geście triumfu.
    - No dalej, nie musisz tak szczędzić pochwał i wazeliniarstwa. Okaż swój zachwyt moją niezwykłą znajomością teatralnych sztuk.
    Skłonił się nisko, figlarnie zataczając dłonią koła. Wiedział, że to nie koniec. Lord Bram, będzie chciał go przeprosić, to prawie pewne, więc on pierwszy musiał sie z nim pogodzić, tuż przed wyjazdem. Napisze pare głupiutkich słówek i powinien dać im spokój.
    Dostał papier. Obejrzał go dokładnie, szukając niedoskonałości. Był w sam raz.
    - Skocze jeszcze po coś do sklepu i będzie przedstawienie zakończone. No co? Ogrzewanie się w blasku mojej cudowności nie jest za darmo... no ale tobie mogę na to pozwolić. Może nawet podotykać ci pozwole. - znów się wyszczerzył, choć raczej wątpił by Archibald przemógł się tylko dlatego, ze uznaje jego sztuki magiczne za niezwykłe, bo przecież musi tak uznawać.

    OdpowiedzUsuń
  70. - A po cóż mi trup? Po prostu wsypie ci do wina to co jemu i tyle. - wzruszył ramionami. Przez chwilę zatanaiwał się czy byłby do tego zdolny... Cóż, tak byłby. Nawet chętnie. Pogoda była na prawdę strasznie nieprzyjemna. Ale jak inaczej mógł zdobyć to konkretne pachnidło, którym chciał pachnieć? Chociaż może ta ilość, którą posiadał w płaszczu wystarczy. Przecież używał ich poprzedniego wieczora. Pokiwał głową, zgadzając się ze sobą. Nie umiał pozbyć się tego nawyku. Wiedział, ze wygląda dziwacznie. Jego bracia ciągle mu to mówili. Czasem siedzieli po pare godzin na dachu czy drzewie, a on kiwał głową odpowiadając sobie na swoje własne pytania.
    - Jak ty się o mnie troszczysz... Znaczy o siebie, bo pewnie nie chcesz bym cie zraził, ale to i tak miło. Jako pijak awanturnik potrafisz z siebie zdecydowanie więcej wykrzesać. Nie jestem damą, mój drogi. Jestem lekko przegiętym mężczyzną i w dodatku człowiekiem. A nie jak niektórzy... - parsknął śmiechem, przesuwając wymownie spojrzeniem po ciele naukowca. - Przegięci mężczyźni, dla was, chcą udawać damy, ale to nie prawda. Oni nie chcą udawać ani być damami. Chcą być przegiętymi mężczyznami i w tym im do twarzy. Ten potworek na portrecie... - wskazał na dzieło, które było dla niego tak inspirujące - Wygląda jak przegięty mężczyzna. Ale pod kiece nie zaglądałem to nie mam pewności.
    Przeszedł się po bibliotece, szukając konkretnego tomiku poezji. Czegoś... wystarczająco romantycznego ale nie na tyle, by mieć wątpliwości że przesyła to mężczyzna-człowiek. Wciąż nie mógł przestać cieszyć się z tego stwierdzenia.
    - Czyli wcześniej nie byłem godny spać w laboratorium? Jako mężczyzna-człowiek jestem na wyższym szczeblu drabiny ewolucji niż ty.
    Znalazł to czego szukał. Przeszli do gabinetu Blackwooda. Robin wyszukał w swoich ubraniach butelkę pachnidła i zasiadł za biurkiem naukowca.
    - Ja będę pisał teraz list do lorda Brama, by się upewnić się od ciebie odczepi. Cóż, miewam niezdrowe odruchy kiedy jestem zazdrosny. A potem umoszę się odpowiednio tam gdzie uznam za odpowiednie dla mnie miejsce. W ogóle to używasz tej wierzy po zachodniej stronie? Mógłbym sobie w niej zrobić moje drugie mieszkanko i co powinno cie ucieszyć, bylibyśmy sąsiadami. - wyszczerzył się do niego z uroczym uśmiechu, nim Archibald chyba lekko przestraszony bądź załamany taką perspektywą, zniknął w laboratorium.
    Rozłorzył wszystko przed sobą. Namaścił papier swoim pachnidłem. Uwielbiał ten zapach. I pamiętał ze Bramowi też sie podobał. Poczekał aż papier wyschnie i sprawdził, czy nie powstały nierówności.
    Wypróbował stalówkę i atrament na jakimś kawałku papieru, miał nadzieję, ze to niezbyt ważny dokument dla pana domu, po czym zaczął pisać.
    Stawial swoim równym, troche udziwnionym pismem litery Starał się dodawać parę cech, których zwykle nie stosował pisząc cokolwiek. Co jakiś czas zaglądał do tomiku, szukając właściwieych wyrazów, zdań , fraz i zwrotów. Wszystko musiało być idealne.
    Podpisał się. Miał nadzieję, ze nie zrobił błędu w imieniu. Byłoby śmiesznie, podpisać sie z literówką. Odłożył list do wyschnięcia i na kopercie wypisał adresata. Lord James Bram.
    Schował list, zakleił kopertę i wyciągnął się wygodniej w fotelu.
    Nagle coś mu przyszło do głowy. Podniósł się i udał do laboratorium. Ominął wszystkie te dziwności, które leżały wszędzie. Archibald chyba dobrze się bawił, bo maska leżała już w kilku kawałkach na stole. Stanął po drugiej stronie stołu, krzyżując ramiona na piersi.
    - Czy ty uważasz, że jestem niegodny by iść z tobą do łóżka?

    OdpowiedzUsuń
  71. - Właściwie nie do końca, ale już trudno. Przyzwyczaiłem się do tego, że od ciebie nie dostaje się prostych i bezpośrednich odpowiedzi.
    Pochylił się nad stołem i przyjrzał się krytycznie temu co na nim leżało.
    - To dla tego czegoś odwalałem tę farsę? Zabawne. Takie coś, prawie nic... no ale skoro to jest takie niezbędne, to niech ci będzie.
    Sięgnął po powiększające szkło na wysięgniku, przymocowany do stołu. Ustawił go odpowiednio i przyjrzał się kilku drobnym znaczkom, wygrawerowanym po wewnętrznej stronie zewnętrzej części maski. Był prawie pewien, że już to gdzieś widział. Nie przypomni sobie tego pewnie nigdy, ale nie było to raczej nikomu potrzebne.
    - Wychodzę. Połażę trochę po mieście. Dowiem się może czegoś. Zostawie sobie otwarte okno. No to baw się grzecznie. Tylko nic nie połknij. Eh... dzieci tak szybko dorastają. - mruknął na odchodne. Porwał swój płaszcz, włożył rękawice i zniknął w strugach deszczu za oknem.
    Jeden bar, potem gospoda, drugi bar a na końcu cukiernia. Nie dowiedział się niczego. Albo Bram nie chciał robić zamieszania, albo nie zgłosił tego nigdzie. Nikt nic nie wiedział, a on wolał się nikomu nie chwalić swoim skokiem. Zwłaszcza, że tyle się namachał by zdobyć jakiś kawałek metalu w kształcie twarzy. Zostałby wyśmiany.
    Po wrzuceniu w siebie trzeciego pączka, postanowił wracać. Dokupił jeszcze trzy wypieki w zapasie, oczywiście dwa dla siebie i jeden dla Balckwooda. POdejrzewał, że naukowiec będzie tak zajęty pracą, że nawet nie zauważy co je.
    Miał już wracać, kiedy jego uwagę przykuło ogłoszenie na tablicy przed jedną z gospód. Zwykła kartka z ofertą sprzedaży sprowadzonych z Rzymu lampionów. Skrzywił się nieco. To było bezpośrednie wezwanie go na spotkanie, do nikogo innego, tylko do króla tutejszego cechu złodzieńskiego. Człowiek ten był nieprzekupny, honorowy i niezwykle uczciwy jak na złodzieja. Wszyscy go szanowali. Nie mógł tak po prostu się nie zjawić i udawać, że nie widział ogłoszenia. Westchnął z utęsknieniem, żegnając się znów z suchym domem Blackwooda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Dachówki były bardzo śliskie. Naciągnięty na głowę kaptur i osłonięta szalem twarz, nie rzucała się w oczy. Kiedy czarne chmury przesłaniały niebo, w mieście było prawie tak ciemno jak nocą. Ostrożnie przechodził po dachach. Zsunął się po rusztowaniu, a potem po trejarzu, porośniętym pnączami. Musiał się upewnić kilkukrotnie, że nikt go nie śledzi i nie zwracana niego większej uwagi. Dwóch króla był owiany tajemnicą, jego istnienie było wiele razy negowane, zwłaszcza przez policje. Robin miał szczęście znać tego mężczyznę osobiście. Przyjaźnił się on z Ethanem więc jako jeden z nielicznych wiedział jak wejść do dworu.
      Kanał burzowy był szeroki, ale przez padający deszcz nurt wody był dość silny. Radził sobie z przejściem, dzięki wydłubanym w ściankach stopniom. Liczył zakręty, skrzyżowania, znaki na ścianach i ludzkie czaszki, które komuś niewprawnemu wydawałyby sie przypadkowym elementem. Nic bardziej mylnego.
      Minął drzwi, strażnicy wpuścili go po przekazaniu hasła, potem poddał się rozpoznaniu przez kogoś kto go znał i dopiero po tym został wpuszczony do króla.
      Mężczyzna był w pewnym wieku, jednak wciąż krzepkie i silne ciało i bystry umysł, sprawiało że pokonałby niejednego młodzieńca w walce i niejednego naukowca w mądrości.
      - Jesteś Robinie. Spodziewałem się ciebie raczej jutro. Wiem, że nie lubisz wilgoci. - odezwał się król, nie wstając z miejsca.
      - Nie przepadam. Ale wypieczono świeże pączki, więc trudno było się oprzeć. Chciałeś mnie widzieć z jakiegoś konkretnego powodu?
      Nigdy nie lubił tej sali. Był to niezbyt wysoki, szeroki przedsionek wybudowany z czerwonej cegły. Pod miastem wiły się mile korytarzy, które w większej części stanowiły królestwo cechu ludzi spoza prawa.
      - Powiem tak, nie obchodzi mnie to dla kogo pracujesz i co kradniesz o ile nie przeszkadza to w moich interesach. Wczoraj ktoś podpieprzył jakiś bibelot Bramowi. Znasz człowieka?
      - Coś obiło mi się o uszy. - przyznał wymijająco. Całe szczęśćie że był niezłym aktorem.
      - Właśnie. Lubie cie, chłopcze. Bardzo cie cenie, dlatego chciałem ci powiedzieć, że ten cały Bram to prawdziwy cwaniaczek. Szuka tego kto go obrobił. Z jakiegoś powodu szuka kobiety... Zwróciło to moją uwagę, bo nie zawiadomił policji. Szuka na własną rękę.
      - Głupiec. Przecież nic nie znajdzie. Nie wsypujemy swoich. - prychnął Robin.
      - Owszem. Ale chciałem tylko wiedzieć, czy nie widziałeś się ostatnio z Kimberly.
      Robin zmarszczył brwi. Więc o to chodzi. Król nie podejrzewa jego. Podejrzewa Kim. Właściwie ta cała farsa pasuje do jej sposobu działania. Jeśli będzie bardzo źle, to może będzie musiał poświęcić swoją koleżankę.
      - Trzy dni temu widziałem ją w Starym Młynie. Szykowała się do czegoś dużego.
      - Skąd wiesz? Rozmawialiście?
      - Nie rozmawialiśmy, ale wiem że kiedy się na coś szykuje, pije droższy alkohol.
      - Nie chcemy problemów. Bram jej nie znajdzie, jak nie znajdzie nikogo. Nasi ludzie w policji będą nas pstrzegać w razie jakichś postępów.
      - Pysznie.
      Robin skłonił się nisko, jak zwykle to czynił i udał się do wyjścia.
      W domu Blackwooda pojawił się po zmroku. W domu panowal spokój. Przebrł się w suche odzienie i powędrował do laboratorium. Jak się spodziewał, Archibald nie ruszył się za bardzo z miejsca. Otworzył pudełko i przesunął do niego jeden z pączków.
      - Jedz. Ten twój Bram jest albo bardzo głupi albo bardzo przebiegły.

      Usuń
  72. - Zjedz pączka. - wskazał na to cudo wytwórcze cukierników. Sam wyciągnął swojego i pochłonął w kilku kęsach. Musiał uzupełnić zapas kalorii, tak przynajmniej wszystkim powtarzał. Prawda była prostsza. Po prostu lubił jeść, a jeżeli dodatkowo było to coś słodkiego, to tym bardziej.
    - Na tyle na ile go poznałem, nie będę się kłócił z tym stwierdzeniem. Jednak jest inny problem. Na mieście ogólnie jest to sprawa nieznana. Nikt nie wie o kradzieży, nawet służba Brama. Albo dostali duże pieniądze za milczenie. Nie zawiadomił policji... szuka na własną rękę. I tu pojawia się dylemat... albo jest tak głupi, że szuka w półświatku, gdzie niczego się nie dowie albo ma kogoś, kto potrafi szukać. Do mnie raczej nie dotrze, bo ta cała kradzież to nie mój styl działania. Ale ta kradzież idealnie wręcz pasuje do sposobu i stylu racy Kim, mojej znajomej po fachu. Bez niuchacza jej nie znajdzie. Dlatego... trzeba się dowiedzieć, czy takiego niuchacza wynajął. Tak czy inaczej... jeśli do niej dotrze, to i tak będziemy kryci bo ona ma całą mordę wypchaną kapsułkami z cyjankiem. Król na włościach twierdzi, że to nie ważne. Z resztą się z nim zgadzam. Takiego brzydactwa i tak się nie upchnie w lombardzie. Ale powiem ci, że gdyby mi zapierniczyli takie paskudztwo to pierwsze co bym zrobił, to szukał u kolekcjonerów i ludzi którzy wyrazili zainteresowanie tym czymś. I teraz przypomnij sobie Archi, czy ty kiedykolwiek rozmawialeś z kimś o tym, szukałeś czegoś o tym wmiejscach publicznych, intresowałeś się tym?

    OdpowiedzUsuń
  73. - Akurat Kim to była wierna Ethanowi jak pies, więc nic nie powie. Król dba o swoich. Poza tym nikt jak na razie mnie nie podejrzewa. Tak się składa, że tacy jak ja, znaczy ludzie z półświatka są bardziej honorowy już tacy jak ty, kiedykolwiek mogliby marzyć. To właśnie sprawa, ze tak łatwo się was okrada i się wami manipuluje. Naiwni, tchórzliwi, słabi i bezgranicznie zadufani w sobie. Ethan od dziecka mnie tego uczył i im byłem starszy tym jego słowa bardziej się potwierdzały.
    Robin obejrzał raz jeszcze szafę, którą wybrał na swoje łóżko. Wsrapał się po pułkach na samą górę. Cóż, Archibald nie dba o porządek, więc nie spodziewał się że będzie czysta. Zrzucił na podłogę jakiś karton a papierami i jakieś zrolowane plany.
    Była wystarczająco szeroka i wyrzymała by go utrzymać. NAwet znalazło sie nieduże wgłębienie w ścianie, prawdopodobnie wybite jakimś urządzeniem, w którym mógł chować swoje... różne rzeczy. Wystarczy wymyć tę szafę i przytaszczyć tu te wielką poduszkę. Musiałby też przesunąć trochę te graty, sotjące przy szafie i w sam raz znajdzie się miejsce na stoliczek i dwa fotele. Archobald chyba nie wiedział na co się porywa, pozwalając mu tu spać. Cóż, mógłby jeszcze oddać mu tę wierze.
    Zeskoczył na podłogę, otrzepując ubranie z kurzu.
    - Na pewno trafi. Jeśli bardzo chcesz... można by spreparować trochę pare dowodzików. Tylko musiałbym odwiedzić Brama. Mogę mu opowiedzieć jakąś ckliwą historię że jest mi przykro i takie tam, że tęsknie za tym ogierem i może namówię go by mi pokazał miejsce zbrodni... Potem musiałbym się włamać do niego. Albo lepiej, ma on gabinet jakiś na Akademii? Tamtejsze systemy zabezpieczeń są tak mierne, że aż żal... Jakbym okradał dziecko.
    Przyciągnął sobie krzesło i usiadł na nim okrakiem, opierając brodę na oparciu. Zastanawiał się czy powinni się w to w ogóle mieszać, czy nie lepiej pozwolić temu się toczyć tak jak chce los.
    - Nie wiem Archi, czy się w to mieszać. Ale z drugiej strony, mogą stwierdzić że to nie on i dalej dążyć a tak... Jakoś przypadkiem twój kolega straci życie, pewnie w wypadku. Podrzuci się jakiś papierek, dokumentujący transakcje sprzedaży za granicę i może uznają że maska jest stracona. Dobre przedstawienie wymaga dobrego scenariusza i dobrych aktorów. No nie patrz tak na mnie. Jestem podły i przebiegły, myślałem że już to zauważyłeś. Można by spróbować skompromitować Brama. Zeznania tych chłopców co ich tak lubi, można zdobyć bez trudu, ale jaki policjant czy prokurator się zainteresuje tym, że wielki arystokrata jest pedofilem. Poza wrobieniem twojego kolegi albo pozwolenia by wydarzenia los układał sam, nie ma innego wyjścia. Na moje oko przynajniej.

    OdpowiedzUsuń
  74. - Wiem, doskonale to wiem. Czasem z tego korzystałem. Ktoś w końcu musiał otworzyć mi czasem okno, a służba nie zawsze dawała sie przekupić. Na razie pouszyliśmy w nim poczucie winy ale to nie znaczy, ze nie będzie szukał znów kontaktu, zwłaszcza z tobą. Wydaje mi się, że pojawi się u ciebie pod jakimś pretekstem i będzie chciał poprawić złe wrażenie.
    Wytarł dłonie w spodnie, nie przejmując się zbytnio tym, zę właściwie należą one do Archibalda. Uznał, że może sobie zabrać to co mu Blackwood dał. Zaczał przechadzać się po laboratorium, kiwając co chwilę głową, znów zgadzając się ze sobą.
    - Znasz preferencje tego twojego kolegi? Ogólnie to nie ma ludzi niewinnych. Na każdego coś się znajdzie. Jeżeli dowody będą jednoznaczne, nikt nie uwierzy w jego niewinność. Podstawiłbym mu jakś panienkę, tak dla zasady... Tylko trzeba wymyślić kto i jak ukradł maskę. Na razie mamy tę kobietęprzebraną za mężczyznę. uznajmy że tak będzie wyglądać nasz złodziej. Jeśli powiążemy złodziejkę z tym twoim kolegą i podrzucimy mu odpowiednie dowody, świadczące o tym, ze sprzedał towar za granicę, nie będzie miał jak się bronić. Mysimy zrobić mu alibi, w które on będzie wierzył. Policja oczywiście zweryfikuje je i uzna że wszystko sobie wymyślił. Zastanawiam się tylko czy sobie tym wszystkim nie nabrudzimy.
    Skończył dreptanie i bezwstydnie usiadł na jego biurku. Chwilę tak siedział, majtając nogami.
    - Nie żartuj, to fajna zabawa. Ja i tak jestem na czarnej liście tych do odstrzału. Dostali rozkaz, że jak mnie zobaczą to mają strzelać tak by zabić. Szkoda tylko że nikt z nich nie wie jak wyglądam. Ale do rzeczy... Jeśli jakimś sposobem trafiliby na nasz trop, mógłby być problem, bo nie łatwo będzie podrzucić drugi, bardziej obiecujący tak by nie zwęszyli fortelu. Chyba jednak, kuzynie, będę musiał jeszcze jakiś czas odgrywać swoją rolę...

    OdpowiedzUsuń
  75. - On przynajmniej ma gust. - fuknął Robin, uczapiając się mocno dłońmi blatu, w razie gdyby Archibald zechciał go jednak zepchnąć. Starał się dobrać najlepsze rozwiązanie. Miał wrażenie, ze jego proste rozwiązania, nie zadowolą Blackwooda. Mężczyzna potrzebował coś skomplikowanego, nad czym mógłby długo myśleć i rozpatrywać wszelkie możliwości.
    - Zrobimy tak... Zabierzesz mnie jutro na tą twoją Akademię czy coś tam... Pokażesz mi gabinet i sobie gdzieś tam pójdziesz. O ustalonej godzinie, zaczniesz mnie szukać i znajdziesz mnie w bibliotece. Resztą się zajmę. Tak czy inaczej, niczemu się nie dziw. Wymodeluję tę historię tak by nam pasowała. Muszę wysłać wiadomość...
    Wstał. Porwał niedojedzony pączek i pochłonął go dwoma gryzami. Oderwał kawałek czystej kartki, leżącej na biurku. Ołówkiem napisał na niej kilka drobnych znaków runicznych po czym zwinął ją i ukrył w dłoni.
    - Grzeb w tym dalej albo chodź się ze mną upić. Poszukam twojej sypialni, skoro i tak jej nie używasz...
    Pomagał mu i wyszedł. Znów wyskoczył przez okno w noc. Dostarczył wiadomość tam gdzie trzeba. Odpowiedzi się nie spodziewał. Wszystko będzie gotowe na jutro, i wtedy sobie wszystko odbierze. Nie był fałszerzem, ale znał ich kilku. Potrzebował idealnego, nieskazitelnego dokumentu, którego autentyczność powinna zostać w razie potrzeby, potwierdzona przez specjalistów. Zawsze dobrze płacił za takie rzeczy, więc był pewien że na jutro będzie gotowe. Wrócił do posiadłości. W końcu rozruszane mięśnie drżały lekko, wprowadzając go w coraz większy stan relaksu.

    OdpowiedzUsuń
  76. - Masz racje. Gdybyś nie był taki niechlujny, pewnie miałbyś powodzenie. Całe szczęście że ja nie mam tego problemu.

    Chwilę jeszcze krążył po posiadłości, nie mogąc się zdecydować gdzie ułożyć sie do spania. Musiał w miarę wcześnie wstać by odebrać papier i przygotować jakiś ciekawy fortel.
    W końcu zdecydował się na pierwszy z brzegu pokój. Nie podobał mu się. Jakiś ponury i niezbyt świeży. Ostatecznie wrócił do gabinetu. Może nie był najwygodniejszy ale był tu alkohol i w miarę wygodny fotel. Zajrzał do laboratorium. Archibald mruczał coś do siebie, grzebiąc w masce. Jakoś stracił ochotę na dokuczanie mu. Wypił samotnie dwie kolejki i zwinął się znów na fotelu.

    Obudził się o bliżej nieokreślonej godzinie, ale przynajmniej słońce było juz na niebie. Przeciągnął się mocno. Coś strzeliło mu w kręgosłupie. Dopiero wtedy wyszedł do miasta, po swój dokument. Przy okazji zjadł śniadanie i zabrał z domu parę przeczy które potrzebował do włamania się do gabietu w taki sposób by nie zostawić śladów.
    Wrócił do domu. Archibald był już w gabinecie.
    - Gotowe już prawie wszystko. Ubieraj się i możemy iść.
    Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza, nieco wymiętą kartkę i podał ją Archbaldowi.
    - Francuski papier, atrament, pieczęcie... Piękny dowód na to, że maska została sprzedana komuś z Francji. Na dalszy kraj nie było czasu, ale jak zaczną czegoś szukać to dorobi się jeszcze jakiś papierek. Niestety nie ma cudotwórców.
    Usiadł na biurku i zabrał się za jedzenie bardzo apetycznego jabłka, nalezacego chyba do śniadania Blackwooda.

    OdpowiedzUsuń
  77. Wywrócił oczami. Jak zwykle żadnej pochwały, komplementu ani wazeliniarstwa. Blackwood był taki wysuszony, ze zaczynał się obawiać czy nie złamie się przy większym powiewie.
    Przebrał się w coś skromnego, ale nieco obcisłego. Cóż, Ethan był od niego drobniejszy. Mimo to, mógł się w tym spokojnie poruszać. Poukychał w specjalnie wykonanych kieszonkach odpowiednie sprzęty i był gotowy do wyjścia. Na wszelki wypadek, użył swojego pachnidła i przybrał najbardziej elegancki a jednocześnie uroczy wyraz twarzy, na jaki było go stać.
    Nie nawykł do podróżowania powozami. Mała przestrzeń i do tego trzęsło. Chociaż z drugiej strony to trzęsienie i niedużą przestrzeń można było ciekawie wykorzystać... jednak kiedy spojrzał na minę Archibalda, uznał, że nie warto się dzielić swoimi spostrzeżeniami.
    - Wiem, że chronią. Zdarzało mi się bywać w tej twojej Akademii... Mniej więcej wiem czego się spodziewać. Ty rób swoje, ale potrzebuje conajmniej pół godziny. Musze wejść, zostawić co trzeba i wyjść, a potem przemieścić się do biblioteki tak, by nikt mnie nie widział. Gorzej będzie jak na kogoś wpadnę. Niestety skończyłoby się to trupem

    OdpowiedzUsuń
  78. Od jakiegoś czasu miał wrażenie, że on i Archibald bardzo dobrze się rozumieją, mimo odmiennych charakterów a nawet zainteresowań. Kto wie, może Archi zechce wykorzystać swoją wiedzę by wspomagać go w jego skokach? To mogłoby być ciekawe. A gdyby nie chciał wspołpracować, zawsze istnieją siłowe rozwiązania i przymus, kórym mało kto się oprze. Parsknął i zachichotał, rozbawiony własnymi myślami. Nie słyszał jeszcze by istniał potwierdzony przyapdek zgonu z przyczyn nadmiernej nudy, ale wszystko było jeszcze przed nim.
    - Powiedzieć, że ma nie być trupów jest szalenie proste Archi. Nawet takie mondrale jak ty muszą wiedzieć, że nie wszystko da się przewidzieć. A ja nie mam zamiaru trafić za kratki. Jestem na to zbyt delikatny... Ten mikroklimat panujący w celi może sprawić że zaczną mi się pojawiać zmarszczki.
    Wziął kilka głębokich wdechów. Zanim wysiał sprawdziłjeszcze czy wszystko jest na swoim miejscu. Nie lubił macać się po wszystkich kieszeniach szukając akurat tego a nie innego dłutka. Przybrał minę nieco zasmuconego, stroskanego i lękliwego młodzieńca. Kilka osób, które przechodziło w pobliżu zerknęło w ich kierunku, ale nikt nie był zbytnio zainteresowany ich pojawieniem się. Robin rozejrzał się, starając się zapamiętać jak najwięcej. Problem był taki że ten kompleks był ogromny. Zdecydowanie zbyt duży by mógł tak zwyczajnie kręcić się bez celu, bo zaraz jakiś gorliwiec go zaczepi.
    Słowa Archibald wytrąciły go trochę z roli. Nikt nigdy nie mówił mu takich rzeczy, nawet w żartach. Chociaż podejrzewał, ze Archibald mówił to dwo swojego kuzyna a nie do złodzieja, który własnie miał za zadanie wrobić jego wroga w kradzież.
    Stał jeszcze chwilę, odprowadzając go wzrokiem. Potem udał się w lewo, w stronę biblioteki. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Chyba wyglądał na zbyt mało inteligentnego by zamienić z nim słowo. Skręcił, wchodząc do składzika. Zamknął drzwi i zastawił je krzesłem, by nikt nie wszedł. Zdjął wierzchnie ubranie, przebierając się w swój czarny płaszcz. W cieniu nie będzie w ogóle widoczny. Uchylił okno. Nie był pewien czy nie utknie. Okienko było malusieńkie. Będzie dużo smiechu, jak ktoś w końcu zauważy wystające pół ciała. Archibald nigdy mu tego nie zapomnij i będzie to wypominał i się z tego naśmiewał do końca życia. Ale kto nie ryzykuje ten nie zyskuje.
    Gabinet, do któego zamierzał wejść, mieścił się na trzecim piętrze. Dlatego właśnie, okna zostały zabezpieczony w sposób bardzo mierny. Gdyby próbował wejść drzwiami, musiałby otwierać każdy z zamów oddzielnie, co zajęłoby wieczność. No a teraz, realizując sój genialny plan, przeciskał się przez nieziemsko wąskie okno. Będąc już w połowie, rozejrzał się czy nikt nie patrzy. Jak się spodziewał wysokie drzewo, dobrze go osłaniało gęstymi gałęziami korony i nikt jakoś nie raczył patrzeć w górę, jeśli mogli wlepiać wzrok w ksiązki.
    W końcu cierpiąc katusze, gdyż przypadkiem zbyt mocno przycisnął krocze do ramy, wszedł na wąski gzymsik i powoli przesuwał się wzdłuż ściany. Liczył okna. Nie miał pojęcia jak w środku wygląda ten właściwy gabinet. Równie dobrze, mógł wejść przypadkiem do innego.
    Otworzenie zamka zajęło mu pare chwil. Potem jeszcze dezaktywacja czujki i już mógł wejść głębiej. Nie miał wielkiego pola do popisu. Pole które obejmowały czujki, nakładało się na siebie w wielu miejscach, więc z miejsca w którym był mógł dezaktywować tylko jedną z nich. Wystarczyło to by mógł dobrać się do prawej strony biurka. Powinno wystarczyć.
    Wytrychem otworzył szufladę. Przejrzał pobieżnie jej zawartość. Rachunki za materiały. Nie były to dowody sprzedaży tylko kupna, ale i tak się nada. Wsunął przygotowany dokumment między najnowsze rachunki. Gdyby umieścił go głębiej, ktoś mógłby coś zwęszyć.
    Dorzucił jeszcze kilka rekwizytów, świadczących o tym, że bardzo się interesował pochodzeniem maski i handlarzami antyków. Uruchomił czuję ponownie, wyszedł na gzymsik i zamknął okno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wrócił do schowka, zirytowany tym wąskim oknem. Przebrał się i wyszedł. Znów wolnym, spokojnym krokiem udał się przed siebie. Czuł się tu w miarę swobodnie, bo nikt go nie znał i wątpił, by miał spotkać kogoś kogo poznał na przyjęciu Brama i kto by go pamiętał.
      Wszedł do biblioteki i zaczął zagadywać jednego z pracowników. Że jest kuzynem Archibalda i że kuzyn go zostawił na jakiś czas samego i czy mógłby sobie tu posiedzieć i poczytać.
      Mężczyzna patrzył na niego raczej podejrzliwie. Ale to biblioteka. Poza książkami nie ma tu czego kraść. Przechadzał się między regałami, czytając tytuły które akurat wpadły mu w oko.

      Usuń
  79. Idąc przez bibliotekę miał wrażenie, że słyszy jak trybiki w głowach tych mądrali się przesuwają. Widok zaczytanych ludzi by tak bardzo kontrastujący z tym co widział na co dzień w mieście, że aż nie mógł uwierzyć ze to co właśnie widzi nie jest jakimś przedstawieniem, odgrywanym codziennie przez tych samych aktorów. Właściwie nikt nie podniósł wzroku by na niego spojrzeć. Wszyscy zatopieni byli w swoje własne myśli, w swój mały świat, stworzony wewnątrz umysłu.
    Robinowi odpowiadało to, zwłaszcza że w tym jasnym świetle widać było dobrze różnice w kolorze jego tęczówek. Podejrzewał, że któryś z tych "twardogłowych" zaraz zainteresowałoby się tą mutacją. Zaczną sie pytania a ptem gdybania i rozmyślania. Jemu wystarczały wciąż widoczne na ciele okrągłe ślady głębokich oparzeń i inne nieodwracalne zmiany w ciele. Kiedy ktoś o nie pytał, mówił że to ślady po przypalanich cygarem. Dobre wyjasnienie, w które wszyscy wierzyli bo dlaczego mieliby wątpić i drążyć dalej?
    Miał zamiar skryć się za którymś z regałów i obserwować wejście, jednak okazało się to zbędne. Powietrze w pomieszczeniu było suche i przesiąknięte zapachem kurzu i starego papieru. Aż kręciło w nosie.
    Uśmiechnął się do kuzyna, podchodząc do niego szybko.
    - Owszem. To bardzo interesujące miejsce. Masz ochotę pokazać mi coś jeszcze czy wolisz... - przerwał na chwilę, kiedy jego wzrok powędrował nad ramię Blackwooda. Zmarszczył brwi i dodał - wrócić do domu?
    Spuścił głowę. Szarpnął Archibalda lekko za ubranie, dając znak by szedł za nim i ruszył w kierunku najbliższego regału.
    - Bram. - mruknął szeptem. Wyjrzał dyskretnie. Poczuł jak odpływa mu cała krew z twarzy i dłoni. Bramowi towarzyszył pewien starszy mężczyzna, z pomarszczoną gładko ogolona twarzą i zupełnie białymi włosami, a raczej kupkami resztek włosów, kłębiącymi się po bokach głowy. Okrągłe binokle w złotych oprawkach, nasunięte na nos, dodawały mu pewnej szlachetności. Podpierał się na mahoniowej lasce ze srebrną głowicą w kształcie głowy lwa.
    Przełknął głośno ślinę. Znał tego mężczyznę bardzo dobrze. Ileż to razy budził się z koszmarnego snu, widząc wciąż przed oczami tę laskę i ściskające je palce, ozdobione sygnetem ze znakiem lwa. Zmienił się i postarzał ale to był na pewno on. Odruchowo sięgnął do kieszeni, w której trzymał nóż. Jednak czyjaś dłoń mocno zacisnęła się na jego, przywracając go niejako do rzeczywistości. Czuł intensywne ciepło dłoni Archibalda. Lord ściskał mocno jego dłoń, jakby się domyślał o czym myślał jego kuzyn. Robin zmusił się do odwrócenia spojrzenie i wejścia nieco głębiej między regały.
    Stał chwilę w bezruchu, nie oddychając nawet. Nabrał gwałtownie powietrza. Zerknął w stronę przejścia w którym widział Brama i jego starszego towarzysza. Zamrugał szybko kilkukrotnie, skupiając rozbiegane myśli. Wsłuchał się w odgłosy, niesione przez echo. Nie słyszał odgłosu przyspieszonych kroków. Wyglądało na to, że Bram ich nie dostrzegł a przynajmniej nie miał zamiaru ich ścigać.
    Spojrzał na Archibalda i jego podejrzliwą minę.
    - Ten starszy, który szedł z Bramem to kto? - warknął niezbyt uprzejmym tonem.

    OdpowiedzUsuń
  80. [ Jak to nie wyszło? Właśnie wyszło :D Jest świetnie :D ]

    Stał zesztywniały, słuchając każdego słowa. Miał dziwne wrażenie, że gdyby zrobił najmniejszy krok w kierunku, z któego przyszli, rozpędziłby się i już nic nie powstrzymałoby go przez zbrodnią.
    Wywrócił oczami. Przez jeszcze kilka chwil, nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać z Archibaldem. Wiedział, ze wypadł ze swojej roli i ponowne wejście i wcielenie się w biednego i mało inteligentnego kuzyna Blackwooda. Starał się oczyścić umysł, jak zwykle to czynił. Jednak tym razem czarne myśli i złe wspomnienia kłębiły się jakczarna chmura, zasłaniając wszystko. Odsunął sobie krzesło z pobliskiego biurka i zasiadł na nim, opierając głową na splecionych dłoniach. Wiedział, że musi to przeczekać. Jeśli teraz się ruszy, zapewne wpadnie na na prawdę kiepski pomysł. Zabije go albo okaleczy i zniszczy tym cały plan. Zdążył opracować już kilka scenariuszy tego jak mógłby go teraz zabić, kiedy z zamyślenia wyrwał go głos Archibalda. Uświadomił sobie, że lubi jego głos. Może nie zawsze rozumie to co mówi, ale liczyło się samo to jak brzmiał.
    Wymierzył sobie silny cios w twarz. Policzek pulsował lekkim bólem, stając się przyjemnie ciepły. Tak, to zdecydowanie pomogło. Całe szczęście, że na dłoniach wciął miał rękawiczki, które stłumiły odgłos plaśnięcia.
    Zastanawiał się nad tym co powiedział Archi. Było ich kilku, dobrze pamiętał. Ale twarze się rozmazywały, były niewyraźne, zawsze w cieniu. Przez długi czas nie myślał o tym co się wtedy działo. Przeszłość pozostawił przeszłości. Gdyby się zatracił, pewnie straciłby wszystko. Teraz właśnie powstało to niebezpieczeństwo. Z rozkoszą usunąłby sobie pamięć. Wszelkie wspomnienia swojego dziecieństwa i tego co go ukształtowało na takiego człowieka jakim był obecnie.
    A może...? Włamać się do ojca Blackwooda. Złapać, związać i torturować. Zna zapewne nazwiska. Powie mu co zechce. Ludzie zawsze boją się bólu. Połączenie strachu i bólu jest najsilniejszą mocą i wielką siłą, którą można było przenosić góry, oczywiście, nie własnymi rękami...
    Ale po co szukać ojca Archibalda, skoro miał tu tego człowieka? Wystarczyłoby trochę wysiłku i już...
    Znów uderzył się w twarz, tym razem w drugi policzek. Wziął głęboki oddech i podniósł się z krzesła.
    - Chodźmy stąd. Zanim jednak zrobię coś czego obaj pożałujemy. - usmiechnął się tak niezwykle ludzko i smutnie, że trudno było uwierzyć że to na prawdę ten sam człowiek.
    - Musimy teraz poważnie porozmawiać. Bo może się okazać, że nasza misja będzie polegać już tylko na tym by ratować życie i ucekać najdalej jak to możliwe. Potrzebuje cukru...

    OdpowiedzUsuń
  81. [ W sumie, chyba pasuje do Archibalda xD I nieźle kombinujesz :D ]

    Bardzo starał się skupić. Było to dużo trudniejsze niż się spodziewał. Dawniej miał duży problem by skupić się na nauce. Wszystko go rozpraszało. Zajmował się wszystkim byle tylko nie wgapiać się znów w litery. Skupienie było najważniejsze. Każde rozproszenie w jego przypadku, mogło kończyć się conajmniej kalectwem. Zwłaszcza kiedy biegał po dachach albo wsrapywał się jak ściany.
    Rozejrzał się dyskretnie. Nikt im się nie przyglądał. Wyglądało na to, że ludzie przebywający w tym przybytku skupiali się tylko na sobie i nie zauważali niczego. Chociaż on sam, gdyby zauważył znikających między regałami, trzymających sie za ręce mężczyzn, byłby pierwszym, kóry by ich podglądał. Może i był perwersyjny i, delikatnie mówiąc, zboczony, ale to wszystko wynikało głównie ze znudzenia.
    Zagrożenia nigdzie nie było widać. Widocznie Bram i Fairfax udali się omawiać swoje spawy gdzieś w bardziej ustronne miejsce. Robin czuł jak myśli kłębią się w jego głowie. Jak niewidzialna bariera gdzieś w środku naciąga się, trzeszczy i piszczy, jak kopnięte gniazdo szczurów. Teraz wystarczyła tylko jedna myśl, która rozetnie nadszarpniętą barierą i wszystko to co za nią ukryte wyleje się do wnętrza. Uczucie obrzydliwe. Zatykające, dławiące i ściskające napięte do granic możliwości mięśnie.
    Oddał nóż. Właściwie bez słowa. Może było to spowodowane tym, ze miał przy sobie jeszcze jeden. Albo może przez to, że teraz zapewne zrobiłby wszystko co Archibald by mu kazał, byleby tylko nie wymagało to większego myślenia.
    Ocknął się dopiero w powozie, kiedy poczuł niepryjemny ból oczu i uświadomił sobie, że od dłuższej chwili nie mrugał. Wydobył z kieszeni kamizelki mały flakonik i wpuścił do oczu kilka kropelek atropiny. Ulga przyszła szybko. Równy rytm uderzania końskich kopyt, szum wiatru, owiewającego powóz i dziwne milczące towarzystwo Archibalda, sprawiło że poczuł się lepiej. Im bardziej oddalali się od uniwersytetu, napięcie i ucisk na tę wewnętrzną barierę był coraz mniejszy, aż w końcu zniknął prawie całkowicie. Zapach pieczywa i słodki zapach lukru był jak słoneczny dzień po zimnej i deszczowej nocy.
    Pączki znikały w jego ustach w zawrotnym tempie. Prawie ich nie gryzł, po prostu połykał. Dopiero kiedy pudełko zostało opróżnione, podniósł spojrzenie na lorda. Większosć osób, zapewne dostałoby mdłości po zjedzeniu na raz ośmiu pączków, ale dla Robina nie było to nic dziwnego ani nadzwyczajnego. Jego rekord wynosił obecnie pączków trzydzieści dwa i wciąż był gotów na pobicie tego rekordu. Standardowo zjadał dziesięć, jeden po drugim.
    - Nic co z nim jest związane nie jest proste. Nikt tak bardzo obsesyjnie nie pilnuje swoich tajemnic, jeśli chodzi tylko o seks i wszelkie jego odmiany. Prawdę mówiąc... nie mam ochoty o tym mówić. Ale podejrzewam... że wolałbyś wiedzieć za co i dlaczego, jestem gotów zabić twojego ojca i jego sprzymierzeńców. Zastanawia mnie tylko... - pochylił się do przodu, by lepiej widzieć kolor jego oczu. - Czy ty nie jesteś tym co ja. Bo właściwie... dlaczego miałby nie chcieć mieć idealnego syna?
    Oparł się znów wygodnie, przymykając powieki. Wiedział, ze takich jak on jest więcej. I wiedział też, że dwóch z nich, bliźniaki cholerne, pracują w wymiarze sprawiedliwości. Ale gdzie była reszta o ile jakaś reszta dożyła wieku męskiego, to już była tajemnica.

    OdpowiedzUsuń
  82. [ Chcesz, by Archi był taką chimerą jak Robin, czy ma pozostać tylko "zwyczajnym" człowiekiem? Jasne, wprowadzaj kogo chcesz ;)
    A w ogóle ustalamy wcześniej dalszy rozwój wypadków? Nie chce popsuć twojej koncepcji, o ile ją masz :) ]

    Robin słuchał go i coraz wyżej unosił brew. Ten ruch w połączeniu z sarkastycznym uśmieszkiem, dodawało mu pewnej arystokratycznej nonszalancji i grzeszności.
    Cukier zdecydowanie mu pomógł. Ciało jednocześnie zostało pobudzone i uspokojone. Zupełnie tak, jakby zażył narkotyk. Ostatnimi czasu, nie zażywał niczego, poza cukrem, alkoholem i srebrzystym proszkiem, który wyostrzał zmysły. Nie wiedział jak i kto produkuje proszek. Nabywały go najczęściej prostytutki, które chcieły utrzymać przy sobie bogatych klientów. Zwykle nie wiedzieli oni o tym, że są szprycowani i dlaczego z tą konkretną kobietą jest im tak dobrze.
    Czuł się zmęczony. Przez długi czas dążył do poznania tych tajemnic. Chciał wiedzieć kto i dlaczego go tak skrzywdził. Kto chciał i był na tyle odważny i bezwzględny, że tworzył ludzkie chimery, bo zwierzęta przestawały już wystarczać. Z resztą, nabycie na własność człowieka w tym mieście i w tym świecie, było dużo prostsze i tańsze niż poszukiwanie dzikich, egzotycznych i interesujących zwierząt. Potem przez pewien czas, przestał zaprzątać tym swój umysł. Miał wiele pracy i swoją rodzinę, o którą musiał dbać. Otrzymywał od nich tyle ile dawał od siebie.
    - Czasem mam wrażenie, że jestes bardzo naiwny Archi. Patrzysz bardzo... jednowymiarowo. Kiedy przejdziesz przez opieczętowane, zabezpieczone i zamknięte na wiele kłódek i rygli drzwi, i staniesz w pustym pomieszczeniu, uznasz, ze to dobre miejsce na laboratorium. Duże, puste i przestronne... Pewnie nawet nie zechcesz poszukać tego co drzwi chroniły.
    Pomasował palcami skronie. Czuł jak krew rytmicznie pulsuje w żyłach. Powinien znów wymusić na sobie spokój i to ignoranckie podejście do rzeczywistości. Przeczesał kilka razy palcami włosy, burząc zacnie ułożoną fryzurę.
    - Mógłbym być skłonny uwierzyć w to, że ten twój Duncombe nie pojawił się właśnie wtedy i w takiej formie, przypadkiem. Jeśli rzeczywiście jesteś taki jak ja to może się okazać, że niewiele przypadków było w twoim życiu. Świat nie kończy się na drzwiach twojego laboratorium Archi.
    Powóz zatrzymał się przy domostwie Blackwooda. Akkarin rozejrzał się dyskretnie nim wyszedł. Wyjątkowo wszedł razem z Archibaldem drzwiami, chociaż nie leżało to w jego zwyczaju.
    Znał już drogę do gabinetu lorda. Przemknął tam, mrucząc coś pod nosem. Pamiętał, że została tam do połowy opróżniona butelka. Dorwał ją i wlał alkohol do szklaneczki. Zdjął z siebie surdut. Rozpiął kamizelkę i umościł się na fotelu Archibalda. Polubił tę lokalizację.
    Dopiero kiedy opróżnił szklankę i gdy dołączył do niego Archi, odchrząknął i zaczął.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Daruję sobie opowieści o swoim dzieciństwie i wszyskim innym. Jeszcze mi się nie oświadczyłeś, nie wyznałeś miłości ani nawet nie oddałeś, bym miał się wywewnętrzniać. Jestem jedną z chimer, stworzonych przez Fairfaxa i jego znajomków. Składali takich jak ja z różnych kawałków ludzi a nawet zwierząt. Większość im się nie udawała. Byli agresywni, opóźnieni psychicznie albo w jakiś sposób niepełnosprawni. W życiu nie czułem takiego bólu jak wtedy i już pewnie nie poczuje. Może dlatego mój układ nerwowy działa inaczej niż większości ludzi.
      Dolał sobie alkoholu. Wlał też Archiemu. Pustą butelkę odstawił na bok.
      - To co z nami robili zależało od tego co chcieli osiągnąć. Niektórzy mieli byś wybitnie inteligentni. Jednak ze względu na to, byli też niepokorni, buntowali się i wyrażali swoje zdanie, ośmieszając oprawców. Takich jak ja, nie stworzyli dużo. Zwierzęcych oczu, o zbliżonych do ludzkich szczeniąt rozmiarze było niewiele i były drogie. Dlatego ja otrzymałem tylko jedno takie. Byłem trochę za młody by rozumieć o co tak na prawdę w tym wszystkim chodzi. Dlaczego jednemu chłopcu odrąbali rękę i przyszyli ją jakiejś dziewczynce.... Co prawda ja mam swoje kończyny, przynajmniej z zewnątrz. Część mięśni nie należała pierwotnie do mnie.
      Zamilkł na chwilę. Nie miał ochoty wracać do tego myślami na trzeźwo. Jednak gdyby Archi zadałby więcej szczegółowych pytań, zapewne odpowiedziałby.
      - Uciekłem ja, jakaś dziewczynka i inny chłopiec. Nie wiem co się później z nimi stało. Rozdzieliliśmy się. Ona była z tych inteligentnych. Zapamiętała plan miasta w kilka sekund. Potrafiła przewidzieć pewne wydarzenia, obserwując otoczenie. Dlatego uciekliśmy w tym konkretnym dniu i czasie. Ci co byli niezwyle silni ale bardzo mało inteligentni, zrobili rozróbę. Jeden taki miał siłę może nawet konia. Pozabijali siebie na wzajem, kilku opiekunów i inne chimery. Roznieśli całe laboratorium. Wybuchł pożar i wszystko poszło z dymem. - wzruszył ramionami. - Z tego co wiem, poza mną i t dwójką, przetrwała jeszcze trójka. Bliźniaki obecnie pracują dla wymiaru sprawiedliwości. Widziałem ich. Trzecia osoba, bo nie pamiętam czy to była dziewczyna czy chłopiec, zniknęła.

      Usuń
  83. Reakcja Archiego była bardziej niż zaskakująca. Spodziewał się raczej złości, zdziwienia, ciekawości ale nie chorego podniecenia. Możliwe że całe to zdziwienie było spowodowane tym, że Archibald, ten zimny i pozbawiony chociaż śladowych resztek empatii, człowiek nagle stanie się kimś tak rozedrganym emocjonalnie i podnieconym. Wcisnął się bardziej w fotel, gdy naukowiec stanął tuż przed nim. Chciał powstrzymać tę reakcję, ale jego niezawodny instynkt nakazał mu ulec i próbować zachować dystans. Niemal dostrzegł przez zwierciadło oczu Blackwooda drobne trybiki jego umysłu, które zaczęły pracować na najwyższych obrotach, ziejąc parą i chlapiąc na wszystkie strony rozgrzanym olejem i smarami. Tak, Archi potrzebował myśli, która stała by się dźwignią uruchamiającą ten cały proces myślowy. Może nie powinien mu o tym opowiadać. Teraz ten dziwak będzie się w niego wgapiał, szukając połączeń na jego skórze albo innych zmian w jego anatomii. Cóż, dopóki go nie rozbierze, nic nie zobaczy. A nawet jeśli tego dokona wbrew woli Robina, nie dostrzeże niczego, jeśli sam mu tego nie wskaże. A on był twardy. Tyle lat w fachu, wcześniej w więzieniu wieloletniego koszmaru, ukształtowało jego charakter. Ale skoro Archi się tym zainteresował, zapewne będzie chciał odwiedzić ojca… Może nawet tego całego Fairfaxa. Może dotrze do innych? A wtedy odwali calą najtrudniejszą robotą, a jemu, specowi od takich spraw, pozostanie tylko zniszczenie ich wszystkich i wszystkiego co jeszcze przetewało. Nie ważne, że Archi chciał to mieć. Nie ważne, ze prawdopodobnie jabłko upadło bardzo blisko jabłoni i ci jego powykręcani służący byli marną próbą tego czego dokonywał jego ojciec. Zniszczy wszystko. Zetrze z powierzchni ziemi i kart historii każde wspomnienie związane z tymi ludźmi i ich dokonaniem.
    - Przestań się tak podniecać, - fuknął. – no… chyba że masz zamiar zabrać mnie do swojej sypialni i pokazać jak bardzo zależy ci na tym co wiem. Zwykle nie robić nic za darmo. Jestem realistą.
    Właściwie to nie spodziewał się współczucia ani wsparcia. Zdecydowanie nie od Archiego. Poza tym, nie szukał czegoś takiego. Chciał tylko zrozumienia i akceptacji. Nie chciał być sam. Był stworzeniem stadnym, chociaż walczył z tą potrzebą w każdej chwili swojego zycia. Podejrzewał, ze był to jeden z efektów ubocznych tego co mu zrobili. Po każdej akcji miał ochotę wracać do domu, do rodziny, którą wtedy były inne dzieci z programu. Po ucieczce, rodziną stał się Ethan i jego przybrani bracia. Teraz był sam. Możliwe że to był powód dla którego wciąż przebywał z Archim. Zapewne właśnie dlatego umościł sobie posłanie w jego laboratorium, wiedząc że tam zwykle przebywa.
    Śledził spojrzeniem swojego partnera w zbrodni. Takim jeszcze go nie widział. Wydawał się… szczęśliwy? Czy kogoś takiego jak Archibald uszczęśliwia taka nowinka, nad którą będzie mógł rozmyślać, siedząc przy swoim biurku? Pokręcił głową… Archi nie mógł być normalny. Nie mógł być do końca ludzki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to właśnie jest sposób by go jakoby kontrolować? Rzucać strzępy informacji, patrzeć jak się miota, tworzy teorie a potem obalać je jednym zdaniem. Albo potwierdzać. Jednakże teraz powiedział mu zbyt dużo. Powinien skłamać, ze jest jedyny. Że stworzono tylko jego. Musiał chronić swoją siostrę i brata za wszelką cenę. A on zdradził ich jakiemuś obcemu. Bardzo chciał do nich wrócić. Do swojego stada. Do watahy, w której wszyscy byli tacy jak on. Jednak tego zrobić nie mógł. Rose już wtedy kazała mu przysiąc, że nie będzie ich szukał. Że będzie walczył ze swoim instynktem. Ona wiedziała, ze gdyby zechciał znalazłby ich. Jednak za przeciwników mieli te dwa przeklęte pulpety, które przecież pracowały do wymiaru sprawiedliwości. Nie miał pewności, że by go nie wyśledzili. Mogliby kogoś za nim puścić i w taki sposób złapać cała trójkę o ile Isaac w ogóle żyje.
      Zamknął oczy, pozwalając im odpocząć w ciemności. Sięgnął po krople z atropiną.
      - Zapytaj ojca czy jesteś chimerą. Byłbym ciekaw jego reakcji. Osobiście, gdybym miał obstawiać a param się hobbystycznie hazardem, powiedziałbym że jesteś. Stworzył sobie inteligentnego synka, ale mu nie wyszło… Zechciał trzymać cie na smyczy. Liczy na cudowne wynalazki. A tu się okazało, że jego nadmiernie inteligentne dziecko wykazuje te same cechy charakteru co inne inteligentne chimery. Wyższość, arogancja, mściwość, problem z okazywaniem a nawet odczuwaniem emocji. Skupienie… Brak fizycznych potrzeb. Może odczuwania potrzeby jedzenia? Pociągu seksualnego. Pożądania. W łóżku pewnie też jesteś kiepski. Problem z erekcją, namiętnością czy po prostu nie uważasz że jest ci to potrzebne? Nie możesz się skupić na przyjemności, bo twoje myśli odlatują gdzieś w innym kierunku? Chyba, że mas zinne sposoby na osiągnięcie spełnienia, coś od czego normalny człowiek by uciekał. Ból? Grzebanie w świeżym ciepłym jeszcze ścierwu? A może jeszcze… butność. Problemy ze snem. Zawiść. Poczucie niesprawiedliwości. Problem z nawiązywaniem znajomości. Poczucie… bycia jednostką wybitną, przy której inni są głupi?
      Zaśmiał się, kręcąc głową. Wszystko pasowało jak doskonałe puzzle. Archibald wydawał się być chimerą inteligentną ale nie trzeciego stopnia. Wtedy sam by się go bał i pewnie by go zabił. Mógł być jedynką. Był jeszcze w miarę ludzki.
      - Witaj w moim świecie. – rozłożył ręce i stał. – tu, nawet cienie są żywe.
      Uniósł do góry głowę i zakroplił sobie oczy. Zamrugał kilkukrotnie aż obraz stał się wyraźny. Schował buteleczkę do kieszeni. Musiał jej pilnować. Atropinę nie łatwo było zdobyć w mieście, chociaż czarny rynek kwitł. Można było dostać wszystko od mapy prowadzącej do zaginionego skarbu piratów aż po gacie króla i królowej. Ale atropina była rzadko spotykana.
      Wzruszył ramionami. Jeszcze tego brakowało, by Archi przedstawiał mu swoich pokręconych znajomych. Może on też zacznie mu przedstawiać swoich? Może Romcia? Tego żula, który każdego potrafił ograć w szachy. Każdego poza Robinem… w końcu był strategiem. Chociaż musiał przyznać, że zdarzyło mu się przegrać.
      Albo może Madam Lottę? Właścicielkę burdelu. Cudowna kobieta. Taka przedsiębiorcza, bystra i potrafiąca złożyć język w niezwykły sposób. Czysta magia.
      - Oczywiście. Marzę o tym by poznawać twoich farafelków. Znaczy tego jednego… Bo chyba więcej nie masz.
      Rozsunął nieco nogi i trzymając je wyprostowane , pochylił się powoli. Czuł jak kręgi powoli rozsuwają się, wydając przy ty, nieprzyjemny dźwięk. Wyprostował się.
      - Jasne że się napije. Ale więcej ci nic nie powiem. Po pierwsze, dlatego że nie chce… a po drugie… dlatego że nie chce. Zawsze mieć lepiej dwa argumenty zamiast jednego, prawda? Nie zasłużyłeś sobie bym ci miał opowiadać historię mojego życia.

      Usuń
  84. [Ogólnie święta obchodze tylko ze względu na matkę i babcie, które są wierzące ale i tak bardzo dziękuję :D Mam zaszczytną funkcję rodzinnego pożeracza wszystkiego, bo przecież jedzenia się nie wyrzuca a skoro już dochowali się syna to uważają że mogą we mnie wrzucić każdą ilość jedzenia XD
    Cóż… nie uciekałbym zbyt szybko xD Nie chciałbym by sobie nogi połamały biegnąc na tych szpilkach XD ]

    - Niewiele jest osób które posiadają te wszystkie cechy na raz, Archi. Nie mówie o dziwakach, którzy siedzą z nosem w książce zamiast wtykać go gdzieś indziej i pozwalać by kobitka pogniotła trochę głowę udami. Niektórzy po prostu chcą być wiecznymi dziewicami i im to całkowicie pasuje.
    Podrapał się po brzuchu. Przydałaby mu się kąpiel. Przez to dziwne pachnidło, którym się spryskał swędziała go szyja.Poza tym to dom Archibalda. On na pewno miał ciepłą wodę, więc nie będzie musiał się spieszyć z kąpielą.
    - Chętnie bym poszukał u ciebie znamion… ale ty nie chcesz dać się rozebrać i obmacać. Przecież nie będę cie gwałcić. Chociaż…? – zamyślił się na chwilę, naśladując charakterystyczne ruchy zaobserwowane u Archiego. Przespacerował się po pokoju. Zaczynał się robić głodny. Jego organizm potrzebował sporej ilości pokarmu by odpowiednio zasilić skomplikowany system mięśni i nerwów jego ciała. Wysłuchał z uwagą Blackwooda, milcząc. Chodził po pomieszczeniu, zastanawiając się gdzie powinien spedzić tę noc. Spanie tu, na fotelu przy biurku nie było wygodne. W laboratorium mogło być zbyt głośno, ale zapewne będzie tam spał Archi. Mimo wszystko był stworzeniem stadnym. Źle się czuł w odosobnieniu. Czasem zastanawiał się jak szybko by oszalał gdyby został zamknięty sam w ciemnym pomieszczeniu, w którym nie było czuć obecności innych ludzi. Był człowiekiem twardym, pewnym siebie i odpornym. Jednak jego największym sekretem, największym strachem było to, że może być sam. Potrzebował towarzystwa. Odkąd stracił swoją małą rodzinę, swoje stado trudno mu było funkcjonować. Ale teraz miał Archibalda. I zastanawiał się jak wiele mógłby poświęcić by wciąż móc przy tym człowieku być. Wrócił na fotel, sadowiąc się wygodnie. Obecnie zarekwirował ten fotel na własny użytek, chociaż Archi chyba jeszcze o tym nie wiedział.
    Odszukał go wzrokiem by spojrzeć na mężczyznę poważnym, chłodnym spojrzeniem. Zmarszczył brwi i pokręcił głową, przybierając bardzo dostojną pozę.
    - Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego… że masz do czynienia z prostym, choć nadzwyczajnym człowiekiem. Muszę przyznać… że z twojego wywodu nie zrozumiałem połowy. Mów do mnie jakimś prostszym językiem, jeśli w ogóle chcesz ze mną rozmawiać.
    Nie była to do końca prawda, ponieważ pomijając kilka trudnych słów, zrozumiał wszystko. Jednak z zasady, lepiej było udawać głupszego niż się w rzeczywistości było.
    - A tak naprawdę to nasza współpraca bardziej idzie na twoją korzyść. Więc nie widzę powodu bym nie miał z tego trochę skorzystać. Właściwie jestem pewien, ze prędzej czy później odwiedzisz swojego staruszka i zechcesz się czegoś więcej od niego dowiedzieć. Baaa, jestem nawet pewien że zasiałem w tobie ziarno zwątpienia, które zaczyna już kiełkować więc o swoje możliwe pochodzenie również będziesz chciał zapytać. Uwierz, nie będę stał tuż za tobą. Ale będę obserwował. Może dowiesz się tego co chcesz i przy okazji ja również. Wystarczy, że ty przekażesz to ziarno niepokoju ojcu. On już mi wskaże to czego chce. Prawdę mówiąc to ogromną rozkoszą dla mnie byłoby oglądanie strachu w oczętach twego ojca, tak bardzo do twoich podobnych. Ale niestety, polubiłem cie trochę. I podejrzewam że miałbyś mi za złe gdybym go jednak zabił. Więc może pozwolę mu żyć w wiecznym strachu przed cieniami we własnym domu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Udawał, że to co powiedział Archi wcale nie zrobiło na nim wrażenia. Był zaprogramowany w taki sposób. Miał cel, który musiał wypełnić i robił to. Potem szukał kolejnego. Właśnie dlatego był złodziejem, a nie nudnym robotnikiem.
      Obejrzał skrawek papieru, na którym naskrobał swego czasu nazwiska. Pokręcił lekko głową. Wcześniej nie zauważył, ze w jednym z imion zrobił błąd. Chwycił pióro i zamoczył stalówkę w kałamarzu, który przed chwilą otworzył. Potem dopisał drugie „f” w imieniu Jefferson.
      Wzdrygnął się, czując dłonie mężczyzny na głowie. To bynajmniej nie miał być czuły gest. Obmacał go jakby chciał sprawdzić czy jego czaszka jest podobna do czaszki każdego zwykłego obywatela.
      - Czuje się przyjemnie połechtany… - zaczął, uśmiechając się z satysfakcją. – Do mojego umysłu od dawna sączy się obłęd. Kropla po kropli… Jednak przeceniasz moje zdolności myślenia strategicznego. Osoby, które tu wypisałem istotnie uprzykrzyły mi życie. Zniszczyli moją małą rodzinkę i gdybym mógł, sam bym się ich pozbyć. Ale są chronieni. Dlatego zgodziłem się na tę współpracę. Przyniosłem ci coś, co ponoć było niemożliwe do skradzenia. Jakąś tam maskę, którą się tak bardzo zachwycałeś. Może wyda ci się to dziwne, ale nie mam pomięci tak dobrej i trwałej jak fotografia. Ja przypominam sobie wiele rzeczy przez skojarzenia. Poza tym, byłem przekonany że ten konkretny Blackwood zginął w pożarze. A ty jesteś zbyt młody by być w to zamieszany, więc zignorowałem ten fakt.
      Podniósł się z fotela i zbliżył do Archibalda, tym razem to on pochylił się nad Archibaldem, dotykając lekko nosem jego policzka.
      - Właściwie to obiecałem komuś, ze nie będę szukał zemsty… A ja dotrzymuje słowa. Tylko że… Taka okazja… Jak można przepuścić taką okazję? To byłoby nieludzkie… Niegodne i po prostu złe. Prawdę mówiąc pamiętam tylko cztery nazwiska. Innych pamiętam tylko z twarzy.
      Odsunął się nieco i stanął za nim, za oparciem fotela jak poprzednio Archi. Jednak zamiast macać jego czaszkę, objął jedną ręką jego głowę a drugą zaczął układać mu fryzurę w tylko sobie rozumiany ład. Potem cmoknął go w skroń.
      - Ładnie pachniesz, wiesz? Tak… metalicznie i oleiście zarazem.
      Oparł brodę na czubku jego głowy.
      - Co z naszym układem… właściwie niewiele nowinek zaistniało. Ja pomagam ci stworzyć tą twoją armie dziwadeł, a ty w zamian znosisz moje towarzystwo, pozwalasz mi obijać swoje zapasy alkoholu i zabijesz dla mnie trzech ludzi. To wiemy na pewno. Tak wygląda nasz obecny układ. A ja muszę się spokojnie zastanowić, czy skrobanie tego zaschniętego strupa ma jakiś sens. Nie lubię zabijać ludzi… To nigdy nie jest miłe. Nie do tego zostałem stworzony.
      Przesunął dłonie niżej na klatkę piersiową mężczyzny. Szczerze wątpił by mu to przeszkadzało albo się podobało. Podejrzewał, ze Archi poczuje się jedynie zdegustowany tym bezczelnym niegodnym dżentelmena obmacywaniem. Ale w końcu Robin nie był dżentelmenem.

      Usuń
    2. - Ty nie musisz mi w niczym pomagać. Jeszcze coś by ci się stało… A jesteś dla mnie zbyt cenny by cie narażać. Masz iść do laboratorium i coś tam sobie gmerać. – przesuwał palcami po materiale, który okrywał pierś mężczyzny. Mimo wszystko Archi był porządnie zbudowany. – Bo widzisz… aby rozegrać tę partię, będę potrzebował swoich figur na szachownicy. Każdy ruch będzie wiązał się z ruchem przeciwnika, a ja pewnie nie zawsze będę mógł przewidzieć to co się stanie. Bo widzisz, po drugiej stronie szachownicy mam dwóch spasłych bliźniaków. I to są bardzo trudni przeciwnicy. Bo jak wspomniałeś, nie jestem głupi.
      Znów cmoknął go w skroń. Odsunął się i przeciągnął mocno.
      - A ten twój farafelek dotrze tu za, przynajmniej, piętnaście minut. Więc ja zdążę wziąć kąpiel. Muszę też skończyć się mościć… Ah, tyle pracy, tyle obowiązków…
      Wcisnął ten magiczny guziczek, którym Archi przywoływał służbę. Fascynująca sprawa. Uśmiechnął się do służki, która pojawiła się w gabinecie.
      - Proszę przygotować gorącą kąpiel i przynieść mi świeżą koszulę lorda, byle nie krochmaloną.
      Potem odwrócił się do Archiego.
      - Zawsze możesz mi towarzyszyć. Nie musisz się wstydzić.
      Wyszedł za służką. Zaprowadziła go do pokoju kąpielowego, który był obowiązkowy teraz w bogatych domach. Już po minucie Robin siedział w gorącej wodzie, starając się zmyć z siebie ten dziwny zapach.

      [ I tobie też wszystkiego najlepszego zajączkowego :D
      A tak w zmienie tematu, ustalamy co będzie się działo dalej, czy idziemy jakoby na zywioł? ]

      Usuń
  85. Robin naprawdę starał się zrozumieć jak można tak żyć. Od zawsze był uczony, że żeby coś mieć trzeba na to zapracować. Podszeptywały tak nawet mętne i mgliste wspomnienia z dzieciństwa, do których nie chciał wracać z własnej woli. A ten leń, jeszcze do tego z tytułem szlacheckim nawet by sobie nie potrafił wiewiórki upolować, wypatroszyć i upiec. Dla Robina trwanie w aktywności było czymś zwyczajnym. Dlatego teraz, zastanawiał się czy nie nawiedzić spiżarni tego domiszcza i nie zaopatrzyć się w jakiś pokarm. Potrzebował dużo energii i jedzenia by utrzymać pracę swojego organizmu na takim poziomie jaki chciał.
    W tym domu panowała dziwna atmosfera. Wszystko wiało grozą, smutkiem, cierpieniem i szarością życia. Służba nawet nie dowcipkowała, nie robiła sobie głupawych dowcipów jak w innych domach. Podejrzewał, ze to wina Archiego i jego wiecznej miny jak u srającego kota. Tak właśnie go ochrzcił. Przecież każdy normalny człowiek chociaż kilka razy dziennie powinien się uśmiechnąć. A w przypadku Archiego mogłaby nastąpić obawa o pęknięcie twarzy.
    W drodze do gabinetu złapał sobie jedną ze służek, tych normalnych. Stanął przed nią i uśmiechnął się, tak jak tylko on potrafił. Poprawił koszulę, która nieprzyjemnie przykleiła się do jego wilgotnego ciała. Zaczesał włosy do tyłu, by jakieś zagubione krople przypadkiem nie zaczęły u spływać po twarzy.
    - To niesłychane, by taka urodziwa dama była taka posępna. Powinna się panienka częściej uśmiechać, bo wszystkie kwiaty na tej ziemi zaczną więdnąć.
    Uśmiechnęła się, lekko ale zawsze. Dostrzegł nawet rumieniec na jej twarzy. Matulo! Co ten dziwak zrobił z tymi biednymi ludźmi?!
    - Mogę w czymś panu służyć? – spytała, nie podnosząc na niego spojrzenia. Zupełnie jakby obawiała się, że mógłby ją oślepić.
    - Najpierw chciałbym by się panienka uśmiechnęła. Taki smutny grymas zupełnie nie pasuje do panienki ładnej buzi.
    Tym razem podziałało. Uśmiechnęła się szerzej. Nawet odrobinę podniosła spojrzenie.
    - Piękny uśmiech. – pochwalił ją. – Ale proszę nie myśleć, że jestem jakowyś mydłek czy chcę panienkę uwieść. Boże broń… Chociaż panienka jest bardzo urodziwa i zapewne warta bliższego poznania. Ale nie chcę panienki denerwować ani onieśmielać.
    Nie był pewny dlaczego, ale to zawsze działało. Mógł grać łotra, ale to działało tylko w barach. A tu był wstydliwym, dobrze wychowanym chłopaczyną, rozmawiający z niedoświadczoną młódką.
    - Tylko jeszcze o kolację poproszę i już zmykam.
    - Może ma pan ochotę na coś konkretnego? – spytała, bardziej ożywiona. Podniosła spojrzenie już niemal spoglądając w jego twarz. Wolał nie mówić na co ma tak naprawdę ochotę.
    - Właściwie… nie mam żadnych konkretnych upodobań. Zjadłbym cokolwiek. Nawet coś prostego. Nie chciałbym zbytnio panienki obciążać, ani nikogo kto tu pracuje…
    - Nie obciąża pan! To nasza praca. – uśmiechnęła się, rumieniąc jeszcze bardziej. Robin się uśmiechnął. I już cie mam…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Proszę wybaczyć… nie chciałem powiedzieć, ze są państwo leniwi tylko… No i się zaplątałem. To przez ten panienki piękny uśmiech. – westchnął. – Zdam się na panią.
      Skłonił się i udał w kierunku gabinetu Archiego. Nasłuchiwał jej kroków. Ruszyła się z miejsca dopiero po kilku chwilach.
      Wszedł do środka, nie tracąc sił na pukanie. Przystanął, widząc obcego mężczyznę, który wydawał się znajomy… Uśmiechnął się miło. Teraz już go poznał… To jemu podkradał atropinę czasami.
      - No witam. Archibaldzie nie mówiłeś, że twój… - tu zrobił stosowną pauzę. - …kolega jest medykiem. Ale właściwie… to może ja przyjdę później. Chyba panom przeszkadzam… I Archi, nie krzyw się tak bo to już nam wszystkim się znudziło.
      Poprawił koszulę, znów odklejając ją od ciała. Może powinien zachować konwenanse. Skłonić się nisko, wymienić uprzejmości…
      Ble ble ble, bla bla bla…
      Ładna pogoda…
      A czy to nowe buty?
      A ja jestem ten i ten, jestem tu bo coś tam coś tam. A Archibald to ten ten i takie tam…
      Nie…
      Robin tylko czekał na ten Sąd Ostateczny, kiedy to otworzy się klapa z niebie i wyjrzy z niej Bóg i powie coś w stylu „I co? Trzeba to było Robinie tyle pierdolić? Tyle śliny marnować na gadanie jak ona ma wiele innych, dużo ciekawszych zastosowań?”.
      Może mógłby jeszcze nabrać tego farafelka (pojawiło mi się w głowie to słowo więc je używam do określenia kumpli Archiego. Ale kiedy postanowiłem sprawdzić co to znaczy, to oplułem ze śmiechu monitor), że jest jakimś hrabią, kuzynusiem Blackwooda, takim biednym i niezbyt rozgarniętym, ale podejrzewał że nie uwierzyłby że postawny mężczyzna, który bez pukania wchodzi do gabinetu właściciela tego domiszcza, do tego w rozchełstanej koszuli jest biednym kuzynem z prowincji.
      Z resztą, ten konkretny doktorek akurat tępy nie był. Jako jedyny zauważył, ze znika atropina w dziwnych okolicznościach. Ale nie zgłosił tego nigdzie wyżej. Chyba nie chciał wyjść na durnia. Poza tym Robin podbierał tylko jeden flakonik na miesiąc. Więcej nie potrzebował.
      Czekał tylko aż nieco zirytowana twarz Blackwooda znów przybierze ten zwyczajowy wyraz „na srającego kota” po czym każe mu zostać albo sobie iść, jak swojemu psu, jak tej taniej kurwie. Z resztą zdążył wyczuć jego spięcie i irytacje, kiedy zaczął go dotykać. Więc samo to że ten medyk trzyma jego nadgarstek zapewne bardzo barona irytuje.
      - Jakbym wiedział, że będziemy mieli tak znamienitego gościa, wybrałbym się po pączki. Ja to przynajmniej umiem dbać o gości.
      [Ja zawsze lubię iść na żywioł XD Ale czasem przydałoby się coś ustalić. Możemy najpierw się zająć bliźniakami, które zaczną coś podejrzewać bo zbyt dobrze potrafią łączyć fakty. PO ich wyeliminowaniu, mogą się zająć ich prawdziwym planem. A Robin zacznie grzebać w swojej przeszłości, bo będzie musiał. Chciałem by znalazł Rose, tą inteligentną chimerę, która uciekła razem z nim. Zastanawiam się by ona albo była kimś znanym albo w ogóle przebierała się za mężczyznę i była znanym uczonym na znienawidzonej przez Archibalda Akademii. I teraz jeszcze tak… musisz zdecydować czy chcesz by Archi był jakąś chimerą oraz czy pozwolisz Robinowi sobie go dalej macać XD On to bardzo lubi, a to że się Archi tak wzbrania jeszcze bardziej go motywuje. ]

      Usuń
  86. [ Bliźniakakami zajmiemy się nawet zaraz XD Oni już będę wiedzieć, ze skoro Fairfax pojawił się w mieście to Robin zaraz zacznie na niego polować i będą chcieli zastawić pułapkę. A na Rose mam inny pomysł :D
    Będę cie normalnie bił… zobaczysz o.o]



    Oglądanie takiej miny Archiego było wręcz przyjemnością. Mieszanina irytacji, rozterki, lekkiej nuty podstępu i tego czegoś, co Archibald miał zawsze na twarzy.
    - Archi, ciebie nie da się pouczać. Wszystkie moje rady i tak ignorujesz… Ale to taki już typ…
    Poprawił znów koszulę. Spodobała mu się. Była wykonana z przyjemnie miękkiej bawełny wysokiej jakości. Zapewne, korzystając z najbliższej okazji, przejrzy garderobę barona, sprawdzając czy coś mu się spodoba. Archibald nie powinien mieć o to pretensji. A jeśli będzie miał, to przecież powie.
    - Śliczny kuzyn… - westchnął Robin. – Zanotowałeś Archi? Ludzie mnie doceniają. A tu się staram… Flaki sobie wypruwam by zwrócić na siebe uwagę wielkiego barona Blackwooda a ten tylko burczy i coś ta brzęczy pod nosem. – prychnął Robin, krzyżując ramiona na piersi. Nie był z tego powodu zły ani zniesmaczony. Po prostu zachciało mu się zagrać zranionego kochanka. – Nie trudno jest udawać arystokratę. To całkiem niezła zabawa. A potem z lubością ogląda się jak miotają się jak te rybki w sieci.
    Podszedł spokojnie do stołu. Wrzucił do swojej kawy cztery kostki cukru. Ale po namyśle dodał jeszcze dwie. Zaczynał być powoli głodny. Liczył na to, że młoda dama, którą przyhaczył na korytarzu, pojawi się z posiłkiem już niedługo. Obserwował chwilę jak bialutki cukier nasiąka kawą i zmienia kolor.
    - Doktor Montelier… Chociaż mogę ci mówić Gregor? Będzie łatwiej nam wszystkim. Do mnie możesz mówić Robin. – mógłby podać swój zawodowy pseudonim, jednak doktorem mógłby się nieco zlęknąć, gdyby wiedział z kim ma do czynienia. – A więc Gregor, nie należysz do osób brutalnie głupich, chociaż musisz z takimi pracować. Choćby ten doktor Blake… jak chcesz to ci powiem gdzie chowa podkradaną morfinę. – napił się kawy, słodkiej tak bardzo, ze normalny człowiek skrzywiłby się i nie był w stanie tego przełknąć. – Dziwie się, ze pozwalacie morfiniście pracować w szpitalu ale to już nie moja sprawa. Albo siostra Fontaine… Co za kobieta… – wzruszył ramionami. Usiadł na wolnym krześle. Wyciągnął przed siebie długie nogi, ignorując konwenanse, z którymi przecież nie musiał się liczyć.
    - Fairfax wie coś ważnego o moim rodzeństwie. – powiedział. Właściwie, w pewnej części, była to prawda. Wszystkie chimery uważał za swoje rodzeństwo. Wszyscy byli tam razem. Ale później, coś się stało i wiele się zmieniło.
    - Jestem człowiekiem prostym. Lubię korzystać ze starej dobrej przemocy, agresji i szantażu. Ale obecny tu Archibald uważa, że to już jest niemodne… I dlatego ty tu jesteś, mój drogi Gregorze. Potrzebujemy kilku informacji o Faifaxie. Rozmawiajcie sobie spokojnie. Ja posłucham… - znów napił się kawy. Dostrzegł już kilka rzeczy, które wywołały jego sympatię do Gregora.

    OdpowiedzUsuń