Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

2 stycznia 1970

[KP] Purifier

"Take away a man's light, his clothes, his food, his friends, his air, and you leave him with nothing but himself. And for most, that is not pleasant company."
Ranse Truman, The Suffering

"Purifier"
"Pacjent" w Ainsworth Asylum | Kolejna ofiara eksperymentów


Nie znalazł się w tym miejscu przypadkiem, choć wolałby żeby jego stopa nigdy tu nie stanęła. Miejsce to obdarło go ze wszelkich ludzkich instynktów zamieniając w skorupę pełną lęków, ukrytej furii i niestabilnych emocji. 
Zapomniał, że tam na zewnątrz jest jakiś świat.

Psycholodzy, którzy przychodzili do niego na konsultacje i badania ciągle zadawali pytania oraz przypominali o dawnym życiu. Mówili jak i dlaczego się tu znalazł. Podkreślali też, że już nikt na zewnątrz nie będzie o nim pamiętał dla własnego dobra, ale w oczach zgromadzonych tu naukowców stanie się bardzo ważnym elementem, trybikiem napędzającym rozwój medycyny.
Zmienili go i pozostawili na żer dla własnych obsesji oraz chaotycznych myśli.
Na widok innych podobnych mu pacjentów Ainsworth Asylum - ośrodka dla zwichrowanych kryminalistów.

Osób które napełniały go obrzydzeniem i zmuszały do odruchów wymiotnych.
Wszyscy byli tacy... Brudni.
Niedoskonali.

Czemu może zrobić tak niewiele by to zmienić?
Co jeśli ktoś pomógłby "im" w ucieczce?



Muzyka zalinkowana pod "Purifier". 
Cosplay: NagoyaKID (Deviantart)

3 komentarze:

  1. Nie spodziewał się, że droga będzie tak długa i męcząca. Nie przepadał za długimi podróżami zwłaszcza marnymi środkami transportu, które poruszały po niepewnym gruncie. Nie mógł się jednak poddać od tak, tylko dlatego, że było mu niewygodnie. Objął sobie swój cel już dawno temu i musiał go zrealizować, gdyż przez to nie mógł już spać po nocach.
    Drogę znał już niemal na pamięć. Potrafił skojarzyć każde drzewko, krzaczek, kamyk i dziurę na drodze. Prawdopodobnie mógł opisać każde ździebełko trawy, rosnące na poboczu. Wszystko to wyglądało tak pięknie i spokojnie. W ogóle nie zapowiadało tego, co czaiło się w okolicy.
    Willson dawno wypatrzył ten temat. Ośrodek dla obłąkanych, bo tak nazywali tę placówkę niektórzy. Niemniej jednak o miejscu tym niewiele było wiadomo, jakby władze celowo chciały wyciszyć istnienie tego miejsca do całkowitego minimum. Nawet gdy chodził i pytał, to został zbywany i zagadywany na inne tematy. Nie podobało mu się to, ale dzięki temu zwęszył tę sprawę i na poważnie się zainteresował. Coś mu śmierdziało i to nie był dym papierosowy, który właśnie wydobywał się z jego ust. Miles nie palił często i robił to tylko wtedy gdy denerwował się czymś. Pozawalało mu się to na czymś skupić i uporządkować rozbiegane myśli.
    O mało papieros nie wypadł mu z ręki, gdy kierowca z dużą prędkością wjechał w dziurę na drodze. Rozgrzany paproch spadł mu na dłoń, parząc go. Wzdrygnął się i spojrzał oskarżycielsko na kierowcę. Powstrzymał się jednak przed powiedzeniem czegokolwiek, bo mężczyzna był jedyną osobą, która zgodziła się zawieźć go tak blisko tego potwornego budynku, chociaż Miles i tak kawałek musiał pokonać na własną rękę, gdyż droga do ośrodka stawała się nieprzejezdna. Właśnie z tego powodu dziennikarz wziął tylko najpotrzebniejsze rzecz, które zapakował w niewielki plecak. Miał nadzieję, że nie będzie to wszystko zbyt ciężkie i że nie zmęczy się mając to na plecach.
    Pojazd zatrzymał się. Wiedział, co to znaczy, więc od razu odpiął pasy bezpieczeństwa i sięgnął do kieszeni kurtki po portfel, z którego wyciągnął odpowiednią sumę. Wręczył to kierowcy i bez słowa wysiadł i przyjrzał się, jak taksówka odjeżdża zostawiając go w mroku. Nie wiedział, czemu postanowił wybrać się tutaj po ciemku, w tak mroczna noc. Był jednak pewny, że o innej porze mógłby zostać przyłapany i ponieść jakieś nieprzyjemne konsekwencje swojego czynu. Wolał tego uniknąć.
    Włączył latarkę na telefonie i powoli kierował się przed siebie, oświetlając drogę. Było pełno błota i Miles musiał uważać, gdzie stawia nogę, by się nie przewrócić. Musiał uważać też na wystające korzenie i kamienie, które wystawały z ziemi, jakby chciały owinąć się wokół stopy i powstrzymać intruzów przed wtargnięciem na teren szpitala. Jakby przyroda wiedziała, że dalej nie ma nic dobrego.
    On nie miał zamiaru się jednak poddawać i dzielnie szedł naprzód. Zaczęło mżyć, więc naciągnął na włosy kaptur, który jako tako chronił go przed deszczem. Miał nadzieję, że nie rozpada się jeszcze bardziej.
    Nie minęło więcej niż piętnaście minut, gdy budynek ośrodka zaczął wyróżniać się na tle otoczenia. Nie zachęcał. Miles w pewnym momencie zaczął mieć obawy, czy w ogóle chce tam iść. Wziął się jednak w garść i po kilkudziesięciu krokach stał już pod drzwiami, które o dziwo zabezpieczone były łańcuchem. Szarpnął za nie, ale nie otworzyły się one. Przecież i tak wiedział, że łatwo nie będzie. Znalazł drabinę. Wyglądało to tak, jakby ktoś specjalnie ją tam postawił i jakby tylko czekała na Willsona. Nie mógł jej zawieźć, więc wspiął się na dach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Strop był niepewny, dachówki poluzowane i śliskie od deszczu, więc musiał on uważać, by nie spaść. Pokręcił się nieco, szukając jakiejkolwiek drogi wejścia do środka, ale nic nie znalazł. Zaczęło bardziej padać, więc Miles zwiększył swoją ostrożność. Nic to jednak nie dało i dziennikarz poślizgnął się na dachówce i razem z nią zsunął się z dachu. Na szczęście nie spadł na sam dół, a jedynie na jakąś wystającą półkę. Miał wiele szczęścia, że jedyne co sobie zrobił, to obił tyłek. Roześmiał się, ale nie było to wynikiem radości, a jedynie nerwami, które krążyły teraz po jego ciele. Pozbierał się jakoś i starał się rozchodzić ból, który na szczęście szybko minął.
    Rozejrzał się dookoła i znalazł szczelinę w ścianie. Nie miał pojęcia, czemu ona tam była, ani jak powstała, ale było mu to na rękę. Przecisnął się i po chwili był już w środku. Od razu ogarnęło go okropne uczucie. Nie był to strach ani obrzydzenie warunkami, jakie tam panowały, ale dziwny niepokój wymieszany z ciekawością. Włączył latarkę, gdyż panował tam półmrok. On znajdował się na piętrze Nie wiedział, które to było, ale od ziemi dzieliło go kilkanaście metrów, więc na pewno nie był to parter. Śmierdziało i było niezwykle cicho. Przeszedł parę kroków i...
    W podłodze była dziura. Ech musiał się nauczyć patrzeć pod nogi, a nie tylko w górę. Upadł na nogi. Coś chrupnęło mu w kostce lewej nogi, ale nie było na tyle bolesne, by przeszkadzać mu w poruszaniu się. Westchnął głęboko i poszedł przed siebie, oświetlając sobie podłogę. I wtedy to usłyszał. Ciężkie kroki dobiegające zza niego. W pierwszej chwili pomyślał, że może to być strażnik, ale przecież ośrodek miał być opuszczony i zamknięty. Przystanął, a odgłosy nasiliły się i przyspieszyły. Ktoś zaczął sapać, a potem roześmiał się dzikim i gulgoczącym śmiechem, który sprawił, że ciarki przeszły dziennikarzowi po plecach. Odwrócił się i wtedy zobaczył dziwnie wykrzywioną sylwetkę barczystego mężczyzny. Patrzył na niego. Był nagi, a Milesowi w ogóle się to nie podobało. Dziwny mężczyzna zaczął biec w jego stronę. Willson spanikował i puścił się pędem przed siebie. Omijał wszelkie przeszkody, jakby jakaś nienazwana siła prowadziła go. Słyszał za sobą dziwne dźwięki i jęki mężczyzny. Słyszał jak jego bose nogi mlaskają o goły beton albo pluskają w kałużach wody czy innych płynów. Zgubił go jednak. On sam również się zgubił.
    Tego było już zdecydowanie za dużo. Miał dość, widział już wystarczająco, by zainteresować szefa sprawą. Zrobił na szybko parę zdjęć dla dokumentacji. Miał teraz znaleźć tylko wyjście. Nie wiedział, gdzie aktualnie się znajdował, więc otworzył pierwsze lepsze drzwi. Wszedł do pomieszczenia, które okazało się być łazienką. Śmierdziało tam padliną, a na podłodze i ścianach znajdowała się zeschnięta krew i wszelkie inne płyny ustrojowe. Wzdrygnął się i podszedł do okna. Wyciągnął przed siebie telefon, mając nadzieję, że uda mu się złapać zasięg i zadzwonić po pomoc.
    – Cholera jasna – zaklął cicho mając nadzieję, że nikt z zewnątrz go nie usłyszy. – Musi tu być gdzieś jakiś zasięg – mruknął do siebie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jebany telefon. Nie mógł złapać zasięgu. Nie podobało mu się to. Był zupełnie sam w miejscu, do którego nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby przyjść w dzień, a co dopiero w środku nocy podczas ulewy. Czuł się, jakby w jednej chwili został całkowicie odcięty od reszty świata. Nie mówiąc już o tym kimś, kogo widział wcześniej. Przecież znajdywał się w budynku przeznaczonym do przetrzymywania chorych psychicznie, nie wiadomo, co takim mogłoby odwalić i strzelić do głowy. Zaczynał żałować, że w ogóle tu przyszedł. Czuł się jakby sam został przyciągnięty przez ośrodek, bo miejsce to chciało się rozplenić w innym ciele. Wstrząsnęły nim dreszcze, wyjątkowo nieprzyjemne. Zupełnie tak, jakby był obserwowany. Nie lubił tego uczucia. Rozejrzał się po wnętrzu pomieszczenia. Wszędzie panował mrok, ale dało się wpatrzyć plamy krwi, moczu i innych zabrudzeń na podłodze. Powietrze było przesiąknięte smrodem rozkładu. Naprawdę nie dałoby się tam siedzieć dłużej niż kilka minut.
    W pewnej chwili usłyszał krzyki i odgłosy bosych stup, uderzających o twardą posadzkę. Przestraszył się i przez moment był całkowicie sparaliżowany strachem. Nie to było jednak najgorsze. Poczuł silny uścisk. Nie wiedział co się dzieje. To wszystko tak go zaskoczyło, że przez chwilę miał wrażenie, że nie dzieje się to naprawdę albo że jest jedynie obserwatorem tego wszystkiego i nie uczestniczy w tym bezpośrednio.
    Dopiero po chwili zobaczył nóż, przystawiony do jego gardła. Więc to teraz przyjdzie chwila w której umrze albo stanie się z nim coś znacznie gorszego. Wszystko nagle przyspieszyło i zakręciło się wokół. Adrenalina skoczyła w żyłach, przez co Miles chciał uciekać. Jego ciało było jednak nadal sparaliżowane, nie mówiąc już o tym iż tkwił w niesamowicie mocnym uścisku mężczyzny, który nagle zjawił się obok.
    Zaciągnął go do jakiejś kryjówki. Byli pogrążeni w mroku, ale wszystko doskonale widzieli. W tej samej chwili ktoś wszedł. Słyszał go dokładnie i wyraźnie widział mężczyznę. Teraz naprawdę żałował, że tu przyszedł. Nie, nie, już nigdy nie będzie szukać sensacji na własną rękę, już zawsze będzie z uśmiechem na ustach pisać o lokalnych wydarzeniach, nie wybiegając ambicjami zbytnio do przodu. Nie, już miał dość. Wystarczyło mu to. Chciał tylko wyjść z tego miejsca bez zbytniego uszczerbku na zdrowiu.
    Drgnął na sam dźwięk głosu tego dziwnego i strasznego mężczyzny, który właśnie wszedł do pomieszczenia. Sprawił on na nim tak silne wrażenie, że zapomniał iż miał nóż przystawiony do gardła. Później mężczyzna wyszedł, a ten który go trzymał rozluźnił uścisk i oddalił się. Miles nieco się rozluźnił, jednakże wciąż starał się zachować jakąś czujność. W końcu nie był tu sam, a ten drugi cały czas trzymał w dłoni nóż. Spojrzał na niego.
    Mężczyzna stojący w cieniu był nie mniej straszny niż ten, który właśnie wybiegł z pomieszczenia. Milesowi nie zależało na niczym innym niż ucieczka z tego miejsca.
    – Kim jesteś? – zapytał cicho. Musiał się odezwać. Gdyby nieznajomy chciał go zaatakować lub zrobić krzywdę, to zapewne już by to zrobił.

    OdpowiedzUsuń