Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

30 marca 2000

[KP] The 100


The 100

Bez:
Luke Martell
Lat 17. Drugie, nielegalne dziecko państwa Martell.

Owładnięty poczuciem wyobcowania, został dawno temu naznaczony swoistą pustką i przesiąkł samotnością pośród szarych, nijakich ścian zamkniętej celi, w której został umieszczony jako siedmiolatek. Niewykonywanie wyroków na dzieciach okazywało się bowiem jedynym sposobem na zachowanie pozorów człowieczeństwa, co z biegiem niepoliczalnego dla niego czasu utwierdziło go jedynie w przekonaniu, że stał się poniekąd świadectwem wiary w mit o słuszności podjętych przez władzę decyzji. A choć teraz dokoła otaczają go same nieznane mu twarze, które znają się chociażby z widzenia, on wbrew wszelkim pozorom — nie odcina się od nich umyślnie i tym bardziej nie jest ostrożnym outsiderem z wyboru. Został po prostu dość brutalnie przytłoczony tym nagłym, nieoczekiwanym natłokiem wrażeń i nakładających się bodźców, ale w końcu i do nich przyjdzie mu przywyknąć. Tu. Na Ziemi.



chan:
marcelinne blaise
17 LAT // CÓRKA NAUKOWCA I MECHANIKA // SKAZANA ZA KRADZIEŻ 

Zaradna dziewczyna, chociaż trochę nieśmiała. Z tej racji rzadko prosi o czyjąś pomoc. Bardzo ufna, przez co zdążyła już kilkukrotnie się na tym przejechać, ale to wcale jej nie zniechęca. Ambitna, lubiąca się uczyć, dzięki czemu jest w stanie wykorzystać wiedzę przejętą od rodziców. Rzadko nerwowa, ale zawsze gdy wspomni się o jej matce.



caticorn:
Liam Nelson
17 lat / skazany za kradzież leków na arce
Nie raz zaufał drugiemu człowiekowi za szybko, przez co niejednokrotnie cierpiał, między innymi właśnie przez to został skazany na arce. Zaufał człowiekowi, któremu ufać nie powinien. Jest jednak na tyle ambitny i uparty, że gdy postanowi coś osiągnąć… nie zwraca uwagi na konsekwencje, nieważne jakie by one nie były. Ktoś mógłby powiedzieć, że to głupota, ale chłopak uważa to za niezwykle cenną i jednocześnie swoją najlepszą cechę. Rzadko podejmuje decyzje pod wpływem chwili, ale będąc na zupełnie obcej ziemi… nie zawsze jest czas na rozważanie wszystkich za i przeciw.



Kolejka odpisów: chan, caticorn, Bez

4 komentarze:

  1. Niewiele już pamięta. Tylko jakąś szarpaninę, ukłucie, a potem ciemność. Nie wiedziała ile spała, ale kiedy tylko otworzyła oczy ogarnęło ją zupełne przerażenie. Rozejrzała się wokół, kompletnie nie rozumiejąc, gdzie jest i co się właściwie dzieje. Dopiero kiedy spostrzegła obok siebie znajomą twarz, odrobinę się uspokoiła. Dokładnie na tyle, by nie krzyknąć czegokolwiek, a jedynie siedzieć w milczeniu. Liam zdawał się także spać i wyglądało na to, że większość nastolatków znajdujących się w pomieszczeniu również. Blaise spojrzała na swój prawy nadgarstek, na którym znajdował się kawałek metalu, otulający staw z każdej strony. Próbowała go nawet przekręcić, ale zamiast tego jedynie się skrzywiła, ponieważ obręcz ściśle przylegała do jej skóry.
    Nie wiele już pamiętała, ale zdążyła się zorientować, że siłą wywleczono ją z celi, kiedy to szamotała się z jednym z mężczyzn. Jej osiemnaste urodziny wisiały nad nią niczym wyrok, dlatego też nawet nie odliczała dni do daty własnych urodzin.
    Nie widziała, czy miała się bać, ale serce kołatało jej niesamowicie, a w oczach zbierały się łzy. Dlatego też przymknęła powieki, zupełnie nie reagując na to, co działo się wokół niej. Marcelinne po prostu ignorowała wszelakie rozmowy, nawet komunikat mówiący coś o jakiejś górze. Zdążyła jedynie wyłapać, że są w drodze na Ziemię, na której przeszło sto lat nie było żywej duszy. Teraz oni, wyrzutki społeczeństwa mieli za zadanie sprawdzić, czy aby planeta nadaje się ponownie na osiedlenie.
    Wtedy cała konstrukcja statku zatrzęsła się, a sama Blaise zacisnęła powieki mocniej, mamrocząc pod nosem, że wcale nie chce tu być. Powtarzała to w kółku do momentu, aż silniki ucichły, a oni sami zdawali się zatrzymać w miejscu.
    Blondynka oddychała dosyć krótko, a na pewno nienaturalnie, odrobinę gubiąc się w tej czynności. Otworzyła powoli oczy, widząc jak nagły tłum młodych ludzi kłębi się przy drabinach po jej lewej stronie. Z przerażeniem patrzyła na to wszystko, jedynie mocniej zaciskając dłonie na pasach zabezpieczających. Przypomniała sobie o Liamie, na którego zaraz to przeniosła swój wzrok. Ten zdążył już odpiąć się z miejsca, a to tylko zadrgało Marcelinne.
    – Liam, ja nie chcę – powtórzyła to, co zdążyła wyszeptać już ze sto razy, tym razem kierując słowa do konkretnej osoby. Przy tym pokręciła kilkukrotnie głową.

    [Może być? :C ]

    OdpowiedzUsuń
  2. Przebudził się i otworzył oczy, dopiero w momencie, gdy poczuł mocne trzęsienie. Rozejrzał się wówczas niepewnie dookoła. Dyskomfort spowodowany uciskiem metalowej obręczy na jego nadgarstku sprawił, że nie wykonywał w następstwie żadnych gwałtownych ruchów, nie był pewien gdzie tak właściwie się znajduje i jakie ma zadanie. Nie pamiętał co dokładnie stało się na Arce, ale miał pewność, że znajduje się poza więzieniem, w którym do tej pory przebywał. Pierwsza myśl jaka go naszła była taka, jak chyba u każdego. Po chwili zdał sobie sprawę, że wówczas nie znajdowałby się w kapsule, a tym bardziej z tyloma ludźmi dookoła siebie. Co zabawne, zorientował się, że nie znajduje się sam po upływie kilkunastu sekund, kiedy do jego uszu dotarły dźwięki wydobywające się z ust pozostałych dzieciaków. Niektóre były wręcz przeraźliwie i wzbudzały w pozostałych, jak i w nim samym skrajne emocje. Dla Liama jedno było pewne, wysłanie zbuntowanych nastolatków na próbę zbadania Ziemi i ewentualną próbę przetrwania… to nie był najlepszy pomysł. Sam Nelson wolałby przejść po prostu przez egzekucję, która na niego i tak czekała niż powolnie umierać na napromieniowanej planecie. W momencie, gdy znaleźli się już na lądzie, nie było odwrotu. Był pewien, że czeka ich śmierć, nie dopuszczał do siebie innej myśli ani nie wyobrażał sobie, aby planeta była już zdatna do życia. Odpiął więc śmiało pasy i powoli podniósł się z fotela, który do tej pory zajmował. Niby nie spieszyło mu się na zewnątrz, nie chciał się przepychać, ale siedzenie i bezczynne czekanie było jeszcze gorsze. W tym samym czasie usłyszał cichy, słaby i dobrze sobie znany głos dochodzący do niego z lewej strony. Odwrócił głowę w tamtą stronę i ujrzał znajomą twarz Blaise.
    Też nie chciał. Chyba żaden ze znajdujących się w statku nastolatków nie chciał. Nie mieli jednak żadnego wyboru, nie mieli możliwości wyrażenia opinii na ten temat. Ich los został już przesądzony. W tym momencie mogli jednak zdecydować. Siedzieć bezczynnie i czekać na śmierć, lub spróbować coś zrobić na zewnątrz statku i tam oczekiwać swojego własnego zgonu. Liam wolał stąd wyjść.
    — Wiem, że nie chcesz. Nikt nie chce, ale ja sam, jeszcze bardziej nie chcę tutaj siedzieć i zgnić. — Oznajmił ostro i podszedł do niej, wyciągając rękę w jej stronę. Czekał, aż rozepnie pasy bezpieczeństwa i poda mu dłoń, dzięki której będzie w stanie jej pomóc. Chciał wierzyć, że wychodząc na zewnątrz nie będzie czekała na nich śmierć, ale Liamowi było bliżej do pesymisty niżeli optymisty.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dezorientacja i otępienie, w dokładnie tych dwóch słowach Luke mógłby zdefiniować swój aktualny stan rozbicia. Nie pamiętał niczego, a strzępki wspomnień były jakieś nieskładne i pozbawione sensu, lecz jedno nie pozostawiało mu bowiem żadnych, choćby najmniejszych złudzeń — znajdował się poza swoją celą, stłoczony z innymi ludźmi, których widział pierwszy raz w życiu. Coraz bardziej do początkowych emocji klasyfikujących poniekąd jego stan dochodziło wrażenie przytłoczenia, jakby to owijało się lepkimi mackami wokół niego. Działo się zdecydowanie za dużo i za wiele na raz, w czystej i niemal sterylnej celi nie doświadczał aż tak skondensowanych i nachodzących się na siebie bodźców. Gdzie się tak właściwie znalazł? Co to za miejsce? Kim byli ci ludzie? Czy to było jedynie wytworem jego wyobraźni? Nie wiedział. Nie miał pojęcia czy zawisł między snem a jawą czy faktycznie coś tak nierealnego miało miejsce. Gdy miał ledwie siedem lat zamknięto go w celi…
    — Luke? Luke?! Luke!
    Z zamyślenia wyrwał go czyjś głos, dziwnie znajomy, co brzmiało wręcz niedorzecznie, dziwnie podobny do jego własnego. Przebiegł wzrokiem po otaczających go dokoła obcych osobach, by jego spojrzenie zatrzymało się na blondynie siedzącym gdzieś po lewej od niego. Finn? Jeszcze nim zdążył cokolwiek powiedzieć, poczuł szarpnięcie i bolesne ciągnięcie w okolicy pasów trzymających go w jednym miejscu, a towarzyszyły temu głośne piski oraz wtórujące im krzyki przesycone strachem. Ogólne nastroje niepokoju i przerażenia udzieliły się i jemu, obawa przed nieznanym rosła z każdą kolejną sekundą napędzana przez rosnące mdłości i nagły ból głowy. Luke’owi towarzyszył płytki oddech i z wielkimi oczami niczym młyńskie koła błądził po twarzach innych, jakby doszukiwał się odbicia lub oczekiwał momentu, w którym obudzi się w swojej samotnej, szarej i nijakiej celi. Tak się jednak nie miało stać.
    Blondyn odpiął się wiedziony nie tylko własnym instynktem i za sprawą obserwacji tego co robili inni, zważywszy na fakt, iż maszyna zatrzymała się w miejscu, lądując nie wiadomo gdzie. Po wyzwoleniu się z pasów gwarantujących bezpieczeństwo podczas lotu, zauważył na swoim nadgarstku metalową, gładką bransoletę. Po co mu tak właściwie była? Potem ktoś go szturchnął i zwrócił uwagę na chłopaka, który chciał przekonać jakąś przerażoną dziewczynę do rozpięcia pasów i wyjścia na zewnątrz za pozostałymi. Martell rozejrzał się, ale po Finnie nie było ani śladu, o ile nic mu się nie przywidziało…
    — Wszyscy wychodzą. Nie powinniście tutaj zostawać. — rzucił tylko jasnowłosy, marszcząc przy tym nieco brwi. Wciąż czuł lekkie nudności, ale zdecydowanie zelżały, kiedy ból głowy po zatrzymaniu maszyny nieoczekiwanie, acz na szczęście ustąpił. Luke nie czekał na tę dwójkę, tylko ruszył śladem opuszczających statek i czuł mieszaninę coś czego nie do końca potrafił nazwać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Marcelinne wypuściła powietrze z ust, czując jak pokornieje po ostro wypowiedzianych słowach Liama. Zniżyła głowę, spoglądając na pasy bezpieczeństwa, które wciąż krzyżowały się na jej klatce piersiowej przytwierdzając do średnio wygodnego fotela. Gdzieś w myślach jeszcze na prędko analizowała całą sytuację, co aby potem nie mieć sobie za złe zbyt szybkiej decyzji. Chociaż z drugiej strony nie miała innego wyboru, jak wstać i wyjść na powierzchnię Ziemi. Nawet już zabierała się za odpinanie pasów, kiedy jakiś oby jej głos odezwał się nad nią. Zadarła głowę do góry, zauważając nastolatka o jaśniejszych blond włosach, niż ona. Po wypowiedzianym zdaniu nagle zniknął, kierując się w stronę tłumu na dole. Baise westchnęła. Nieznany chłopak miał rację, to też nie chcąc dłużej przeciągać swojego przerażenia odpięła w końcu pasy. Złapała się mocno dłoni Liama, dzięki której już chwilę później stała na dwóch nogach.
    Czuła się dziwnie. To było najlepsze określenie uczuć Marcelinne, która w ramach uspokojenia się nuciła pod nosem jedną z francuskich piosenek, które matka puszczała jeszcze przed śmiercią. Mogła tym odrobinę denerwować stojących wokół nastolatków, ale w tamtym momencie niezbyt ją to interesowało. Dla lepszego samopoczucia trzymała się tuż za Liamem, nie odstępując go nawet o krok, bojąc się, że jeżeli tylko zniknie dziewczynie z pola widzenia, to sama wpadnie w kompletną panikę. Nie rozumiała jednak, co wprawiało ją w taką obawę. Nie bała się, iż zginie od radiacji, zatrutego powietrza, czy czegokolwiek innego. Bała się chyba dlatego, iż nie wiedziała co na nich teraz czeka. Nieznane przerażało ją najbardziej i właśnie z tej przyczyny chłonęła wiedzę jak gąbkę.
    – Liam – szepnęła podchodząc do chłopaka, zaraz po tym jak zeskoczyła z metalowej drabiny. Rozejrzała się jeszcze wokół siebie, chociaż musiała stawać na palcach, by w ogóle coś zauważyć. Rozpoznawała w tłumie całkiem sporo znajomych twarzy, a także nieznanego blondynka, który chwilę temu radził im ruszyć się z miejsca. – Jak myślisz, co z nami teraz będzie? – spojrzała na Nelsona, aczkolwiek przerwał jej odgłos otwieranych drzwi, a następnie krzyk jakiejś dziewczyny, poprzedzający jakąś ogólną radość całego tłumu. Wszyscy zaczęli nagle wybiegać ze statku, chociaż lekko zdezorientowana Marcelinne trzymała się wciąż z tyłu. Do lasu wyszła dopiero po chwili, oswajając się z nową rzeczywistością, która okrążała ją zewsząd. Niepewnie postawiła kilka kroków na ściółce, z ciekawością rozejrzała się we wszelkie strony. Po krótkim czasie pozwoliła sobie nawet dotknąć kory jednego z pobliskich drzew, a to w końcu wywołało na jej twarzy lekki uśmiech.

    OdpowiedzUsuń