Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

30 marca 2000

[KP] Misha

Misha
Mikhail Vasylik. 24 lata. Stalker. Ukrainiec.



Tu jest Zona, tutaj logika to zaledwie sześć liter.


Tylko nieliczni są w stanie usłyszeć przenikliwy zew Zony pośród wielkomiejskiego zgiełku, w którym każdy dokądś pędzi, biorąc tym samym udział w nieuniknionym wyścigu szczurów, poruszający to, czego nie sposób odnaleźć nigdzie indziej poza jej terenem. Coś, co stopniowo rośnie, przekonując o braku dopasowania do otaczającej rzeczywistości, duszenia się pośród betonowych ścian, następnie popychając ów wybrańca w swoją stronę coraz bardziej i bardziej. Aż w końcu ten łamie się całkowicie — skłania do porzucenia względnie wygodnego życia dla nieobliczalnych uroków Zony, w której poczucie bezpieczeństwa pozostaje jedynie groźnym złudzeniem, a odwrócenie wzroku i zlekceważenie jej niezwykle zdradliwego wachlarza możliwości zagrożenia — skutkuje niezapomnianą lekcją, której przebieg mierzony zostaje poprzez przypływ adrenaliny, kolejne płytkie oddechu i obijające się boleśnie o żebra uderzeniami serce. Zbyteczna pewność siebie i brak przezorności nie wróży niczego poza rychłą śmiercią w efekcie własnej głupoty, jednak czym innym okazuje się wyhodowana w efekcie doświadczenia ponadprzeciętna ostrożność. Nieprzystępny teren okraszony gdzieniegdzie wysokim poziomem radiacji, niejednokrotnie domaga się ofiar, jakby w ramach pamiętliwego odwetu po słynnym wybuchu z ‘89, sprawia także, iż stalker w obliczu stałego niebezpieczeństwa czuje, że żyje i tu jest jego prawdziwe miejsce.


Wątek ze: Starred Shinrą

3 komentarze:

  1. (Miszka jest śliczny, warto było nań czekać, aż zacznę z zachwytu! Pozwolę sobie na razie pisać w pierwszej osobie, obojętne mi, jaką formę pisania Ty wybierzesz :D)
    Część I:

    11 sierpnia, godzina 22:30 czasu japońskiego, miasto Shizume

    -Mikoto, obudź się! Mikoto!
    Głos Anny, taki delikatny i dźwięczny, z trudem przedziera się do mej skacowanej świadomości. Z trudem unoszę głowę, mnąc w zębach przekleństwo. Kurwa, jak boli. Po tej wczorajszej popijawie nie wytrzymam...jeżeli znowu któryś debil nam wypowiedział wojnę...Mój łeb...
    Gdyby nie była to Anna, gdyby był to ktoś inny, już bym go spalił. Zaciskam wargi, próbuję powstrzymać wymioty. Dziewczynka chwyta mnie za dłoń. Podnoszę powieki i staram się usiąść bez demoralizowania małej niewybrednymi klątwami pod adresem Izumo, jego whisky i mojej własnej głupoty.
    -Co jest?-chrypię, przeczesując lepką od potu dłonią zmierzwione czerwone włosy. Anna przez chwilę milczy, wreszcie jednak odpowiada:
    -Dzwonił Niebieski-san. Izumo-kun kazał powiedzieć, że ten, kto ukradł tablice, zadzwonił i...
    To, co mówi dalej, jest dla mnie niezrozumiałe. Mam wrażenie, że dalej śpię i jeszcze się nie obudziłem. Kto był na tyle wkurzający, by wkraść się do Berła, zwinąć tablice i...? A, tak. W końcu sobie przypominam: był jakiś pojeb, który wbił do Berła, zabił strażników, obszedł zabezpieczenia i radośnie zwiał ze źródłami do naszej mocy aż do Europy, chyba do Rosji. Teraz dzwoni do nas obszczymurek i każe nam do siebie iść, bo coś ma...Aha, jasne. Oczywiście. Chętnie polezę na jego wezwanie aż do Berła, zwłaszcza o tej porze, gdy powinienem spać! Mimo najszczerszej chęci samokontroli z ust wyrywa mi się wściekłe "ja pierdolę", a w bursztynowych oczach widać płomień. Anna nie reaguje, chyba przywykła.
    -Mikoto - mówi cicho, a ja już wiem, że ani ona, ani Izumo nie odpuszczą. Z niechęcią wychodzę z wygodnego łóżka, ogarniam się. Na dole czekają już chłopaki z HOMRY, nie brakuje nikogo, nawet Yata i Yo przyszli. Wychodzimy w milczeniu, Izumo zamyka bar i bierze Annę za rączkę. Idziemy wśród cichych rozmów, klątw pod adresem cholernego Reisiego, który nas obudził i narzekań na kaca, kierując się przez puste ulice prosto do Scepter 4.
    Na miejscu czeka już ta obmierzła menda w okularkach ze swoimi puzzlami i tą zadufaną miną. Jest sam.
    -Streszczaj się. Macie go?
    -Mi też cię miło widzieć, Suoh. - odpowiada Reisi. Kręci jednak głową i wyjaśnia, że nie, ale że coś mają. Generalnie muszę jechać do tej tam...Ukrainy ze Srebrnym Królem Isaną Yashiro, tam spotkać na granicy stalkera-przewodnika i iść z nim, gdzie trzeba. Podobno tam wyniosło tego kolesia z tablicami, który do tego odkrył jakiś tam obiekt R-34, cokolwiek to jest, i grozi naszym rządom. Kiwam głową, wiedząc, że nie mam wyboru, a sytuacja jest zbyt poważna.
    Nie zostanie po nim nawet popiół.
    Tej samej nocy wylatujemy z Shiro do Kijowa, obdarzeni przez Niebieskiego bronią i jakąś papierologią, a przez rząd zapewnieniem, że wszystko jest już dogadane. Izumo ma zaopiekować się HOMRĄ, więc niby jest ok. Jednak...Dlaczego jestem tak zdenerwowany? Jakbym coś żegnał na zawsze, zostawiał za sobą.
    Pierdolone sentymenty. Przecież wrócisz-myślę, siadając obok białowłosego, drobnego chłopaka w jasnych ubraniach, który niemal natychmiast zaczyna przeglądać notatki. Szkoda, że na pokładzie nie wolno palić. Bo właśnie tego najbardziej teraz potrzebuję.
    Kijów jest...dziwny. Jeszcze dziwniejsza jest kolej, której pracownicy są aż zbyt uniżeni i zwracają się do nas po angielsku, zapewne pouczeni przez górę. A najdziwniejsza jest podróż - czuję się, jakbym podróżował w pociągu z duchami. Isana prawie nic nie mówi, tylko czyta te dokumenty albo śpi. W sumie sam robię niewiele więcej, korzystając z chwil lenistwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Część II:

      Podróż mija dość szybko - co czasu zbyło, ogarnęliśmy sobie rozmówki japońsko-rosyjskie (Niebieski podejrzewa, że nasz łącznik będzie używać tego języka, a jeśli nie, to w końcu podobno ukraiński bazuje na rosyjskim. Podobno.) Wysiadamy na jakiejś stacji kolejowej, gdzie czeka na nas oficer. Ten oznajmia nam, że japońscy przyjacielezostaną przepuszczeni przez posterunek, ale dalej musimy radzić sobie sami.
      - Mam nadzieję, że nas nie zabiją - mruczy Shiro. Wzruszam ramionami, jakby to było nie na miejscu.
      -Wojsko nie. Ale podobno są tam jacyś goście, których się nazywa stalkerami. Wątpię, by wyszli nam na spotkanie z gałązkami pokoju.
      Shiro nie odpowiada, ale blednie. Docieramy w końcu do tego posterunku, tam jeden z żołnierzy na rozkaz swojego dowódcy daje nam wskazówki, jak dotrzeć do Kordonu - wioski kotów, gdzie może znajdować się nasz człowiek. Czyni to niechętnie, widać, że nie pała zamiłowaniem do stalkerów. Podnoszą nam szlaban, przechodzimy - od razu widać, że to zupełnie inne miejsce. Pod naszymi stopami chrzęści żwir, liczniki Geigera (zaopatrzyli nas w to i owo, w tym w kombinezony na promieniowanie, ale i tak większość sami będziemy musieli sobie zdobyć) trzeszczą co jakiś czas z cicha. Kiedy zgodnie ze wskazaniami PDA skręcamy w jakąś wąską ścieżkę, wita nas widok jakichś dziwnych stworzeń obżerających radośnie trupa jakiegoś dzieciaka w kurteczce. Krzywię się, a Shiro mruczy coś, co brzmi jak "yoku kike". Przekleństwo. Obaj jesteśmy cholernie wykończeni mimo spania w samolocie i w trakcie jazdy pociągiem, pewnie to ta zmiana czasu. W myślach obliczam, ile czasu nam to zajęło - skoro wylecieliśmy z Japonii 11 sierpnia samolotem o 23:45, to na Ukrainie byliśmy już następnego dnia o 17:45. Do tego muszę doliczyć kilka godzin (3? 4?) i użeranie się z wojskowymi, czyli jest już pewnie dziesiąta, może nawet jedenasta. Wzruszam ramionami. Jakie to ma znaczenie?
      Po czasie jesteśmy już na miejscu. Cholernie ciemnym miejscu, należy dodać. Zrujnowane domki, jakieś nadbudówki z cegieł, spoglądający na nas z podejrzliwym zdziwieniem goście siedzący przy ogniskach. Gdzieś słychać brzdąkanie na gitarze. Pod jednym z budynków stoi jakiś facet obdarzony wąsami, patrzący na nas jak na wrogów. Rozglądam się niepewnie, a widząc, że Shiro też to czyni, podchodzę do nieznajomego.
      -Eee...priwiet-zaczynam, przypominając sobie rozmówki i pokazuję mu PDA ze zdjęciem naszego przewodnika, które dostaliśmy od przedstawiciela rządu. -Znajesz ty, gdzie my najdiom etogo stałkiera? On nasz...eee...no...
      -Priewodnik. -dodaje z zakłopotaniem Shiro, podchodząc do nas. Oddycham z ulgą. Mężczyzna przygląda nam się, marszcząc brwi. Wreszcie pyta o coś, czego nie rozumiem. Łapię dopiero, gdy powtarza.
      -My iz Japonii, my nie wojskowi...nie wajennyje-odpowiadam cicho i, jak na razie, spokojnie. Jak tu wytłumaczyć temu gościowi, o co nam chodzi? Na szczęście Shiro przytomnie dodaje od siebie kilka słów i wyjaśnia nieznajomemu, który przedstawia się nam jako Wilk, że jesteśmy stalkerami i mamy zlecenie, by coś znaleźć. Mężczyzna chyba nam wierzy, bo wskazuje jeden z domków i mówi coś, czego nie rozumiemy.
      -Dzięki-odpowiadam, no i lecę do tego domku. W środku jeszcze więcej stalkerów, którzy się na nas gapią. Szukam tego, którego nam opisano i pokazano na zdjęciach.
      -Misza?-wołam ochryple, rozglądając się z niepokojem. Mam nadzieję, że ktoś nam odpowie - albo on sam, albo ktoś, kto go zna i będzie nam mógł go wskazać.

      Mikoto Suoh

      Usuń
  2. -Zamknij się i prowadź-odpowiadam mu uprzejmie i tkliwie, ruszając jednak za nim. Intruzi, heh. Znalazł się przyjemny gospodarz. Ja wszystko rozumiem, wiem, że jesteśmy obcy, zresztą też mu nie ufam za trzy grosze...e...za trzy jeny...trzy kopiejki, no w każdym razie wiadomo, o co chodzi, ale podobno mieliśmy współpracować, nie? Wyjmuję z kieszeni papierosy i zapalam sobie jednego, oczywiście za pomocą Płomienia, w dupie mam te ich zapalniczki. Zaciągam się, mocny, dobry skręt, porządna robota wyszabrowana przed wyjazdem od znajomego przemytnika tytoniu. Nie zamierzam go częstować, jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, zresztą oni mają tutaj swoje cuda-niewidy. Shiro ciągnie mnie za rękaw kombinezonu, niezadowolony z mojego zachowania.
    - Przepraszam za kolegę - mówi spokojnie, jakby bardziej opanowany, chyba sobie przypomniał, że jesteśmy królami i mamy zdolności, dzięki którym ten gnojek z elektrowni może nam w praktyce naskoczyć...o ile nas po drodze nie zadziobią na śmierć te pierdolone wolne ptaki, stalkerzy. -Jestem Shiro, a ten em...wulgarny facet to Mikoto. Dokąd nas prowadzisz?
    Sztacham się mocno, wypuszczam dym z ust. Mrużę oczy, zmęczony. Wokół nas jest egipska ciemność, rozjaśniana co jakiś czas przez ogniska osłonięte czymś metalowym, nad którymi faluje powietrze od zła. Długie cienie padające od ognisk i stalkerów, bladożółte kurtki, sprane jeansy, co jakiś czas rzucane szorstkie coś, co brzmi jak "arużije brał!".
    Wspinamy się na starą, asfaltowaną drogę, idziemy szybkim krokiem gęsiego za przewodnikiem. Mijamy jakiś zdezelowany wagon, pustostany, kiedy słyszymy huk helikopterów, mimowolnie kulimy się i otacza nas srebrna poświata - ach, te zdolności Shiro.
    -Moc kolorowych królów, kolorowych klanów. Ogień i hm...srebro - wyjaśnia spokojnie Shiro. Schodzimy do jakiegoś bunkra, tam witają nas muchy, ciepło, przytłumione światło, odrapane ściany, skrzynka przy drzwiach, której chyba nic i nikt nie ruszało. Kiedy Misza otwiera drzwi i wchodzi, my wchodzimy do środka. Opasły, łysy, stary handlarz żre - bo jeść to za mało powiedziane - jakieś ociekające tłuszczem udko z kurczaka. Niby to Zona, a takie luksusy tu mają! Aż się cynicznie uśmiecham, patrząc na to, przed wejściem zgasiłem papierosa. Muchy krążą pogodnie wokół przybrudzonej lampy, półki uginają się od amunicji i broni, od której oddziela nas krata, po ekranie starożytnego laptopa rocznik '95 przesuwa się powoli wygaszacz.
    - Cóż za urocza wycieczka.
    -Lepsza, niż myślisz, handlarzu-odpowiadam leniwie.-Zajmujemy się wiadomą ci sprawą.
    Sidorowicz uśmiecha się szeroko. Grzebie chwilę po półkach.
    - W interesach ze mną jak z dzieckiem. Goście mają pierwszeństwo, wybierajcie.
    Ja biorę HPSS-a Compassa, amunicję do niego, dwa granaty, karabin snajperski WSS Wintorez (chyba wyekwipowali handlarza specjalnie na nasze przybycie, bo towar wygląda jak nówka, nie śmigany), Shiro zaś postanawia siać Grozę z pomocą porządnej amunicji i pistoletu Martha.
    -Przytulanie Marthy już nigdy nie zabrzmi tak samo, co?-kpię, z satysfakcją zauważając rumieniec na twarzy białowłosego króla. Nigdy nie oduczył się tej śmiesznej reakcji. Kiedy zaczynamy szukać po kieszeniach pieniędzy, już w sumie z nawyku, Sidorowicz powstrzymuje nas dłonią.
    - Rachunek został już uregulowany. Niech wam służy.
    -Balszoje spasiba-odpowiadam z lekkim uśmiechem.
    - Dla mienia niet probliema. A dla tiebia, Misza? - tym słowom Sidorowicza towarzyszy drwiący śmiech.

    Mikoto Suoh

    OdpowiedzUsuń