Jeśli coś pomyliłam przy dodawaniu linków lub coś nie działa - dajcie znać, proszę! Trochę zamotana jestem ostatnio. - //V.

21 lipca 2000

[KP] Bones Nigrum



Bones Nigrum
czarne kości

Cześć, skarbie, masz wrażenie, że wydobywa się z moich ust, gdy zachłannym wzrokiem błądzę po Twoim ciele. Widzisz tylko to, co chcę żebyś widziała; osiemnastoletniego chłopca o jasnych oczach, który charakterystycznym dla napalonych samców ruchem bezwiednie oblizuje usta.
Nie wiesz, że robię to, bo wargi spierzchły, złaknione słodkiej krwi, która tak szaleńczo pulsuje w Twoich żyłach; och, niemalże czuję ten smak na końcu języka, rozlewający słodyczą po wszystkich wampirzych kubkach smakowych. 
Jesteś jednak zbyt rozkojarzona, zbyt zaabsorbowana obserwacją, by dojrzeć, że powoli zbliżasz się do ciemnego, bocznego korytarza.
A potem jest już za późno. Jestem szybszy, silniejszy, skuteczniejszy. Nie potrzebuję wiele czasu. Tylko kilka sekund, kilka sekund, w ciągu których słyszysz zwierzęcy syk, dostrzegasz znacznie widoczniejsze bielmo i ozłocone tęczówki, płonące głodem. Prawdziwym, prymitywnym głodem. A potem czujesz tylko zimny dotyk ostrych kieł, jak szpitalny zastrzyk wbijających się w łabędzią szyję. Wiotczejesz. Wiotczejesz, a Twoja krew traci smak. Wiotczejesz, a członki powoli sztywnieją, gdy pozbawiam Cię zbyt dużej ilości erytrocytów.
Biała skóra, jak tej Śnieżki, którą otruła macocha; zimne ciało, jak ten marmur, wyrzeźbiony na Twój przyszły grób.
I nikt nie dowie się, że to ja; bo wiesz, bardzo dobrze zacieram ślady.
I tak, jestem bestią. Jestem potworem. Jestem krwiopijcą.  A Twa umęczona dusza nie wskóra niczego, bo nie miewam wyrzutów sumienia.
Zazwyczaj. 


"Osiemnastolatek" — rzekome uzależnienie od papierosów, będące w rzeczywistości przytłumianiem kuszącego zapachu krwi  — okazjonalny krwiopijca; szczególne zamiłowanie do grupy 0Rh+— wstręt do krzyży, srebra, wody święconej i światła słonecznego — wiecznie zimna skóra, brak pulsu i wydatne żyły (ale nie ma w nich niczego smacznego) może tylko trochę zbyt wielka elokwencja jak na osiemnastolatka —  

Wątek z Nicole

4 komentarze:

  1. Maranne nienawidziła tego, że nie mogła po prostu chodzić do szkoły. Że nie mogła przychodzić po prostu na lekcje matematyki i głowić się nad kompletnie niezrozumiałym dla niej zadaniem, po czym martwić się, że nigdy w życiu nie napisze tego sprawdzianu na dobrą ocenę. Że na lekcjach w-f nie mogła po prostu biegać z dziewczynami i obgadywać z nimi chłopaków, męcząc się w pół trasy i dysząc przez całą resztę, zatrzymując się od czasu do czasu, gdy ich nauczycielka akurat na nią nie patrzyła, zamiast bycia cały czas na przedzie bez wybitnego zmęczenia, zgarniając tylko od czasu do czasu pełne podziwu spojrzenia chłopaków z jej klasy, gdy tylko podpatrzyli ich w-f albo mieli łączony. Ale nie nienawidziła tego dlatego, że chciała żyć jak wszyscy inni. Wiedziała, że ktoś musi wykonywać brudną robotę, a nawykła już do myśli, że w tym wypadku tą osobą jest ona. O nie, nienawidziła tego tylko dlatego, że doskonale wiedziała, że gdyby tego wampirzego ścierwa w ogóle nie było na świecie, nie musiałoby być nikogo, kto by się tym zajmował. Pół, kurwa, biedy, gdyby te pijawki rzeczywiście podarowały sobie wysysanie krwi, która przecież nie była im potrzebna – w końcu łowcy mieli lepsze rzeczy do roboty niż uganianie się za potencjalnie się tylko groźnymi istotami. Inna sprawa, że głównie dlatego, że znacząca większość wampirów sobie nie żałowała, więc każdy krwiopijca-abstynent był dla nich istnym błogosławieństwem. Choć czasem trudno było to sprawdzić, a łowcy nie byli przecież idiotami i na słowo nie wierzyli. Zdarzało się więc zabić wampira, który po prostu się napatoczył. W końcu, o ile tych, którzy mordowali, poszukiwali aktywnie, to abstynentów już nie. Ale tacy nie daliby się przecież nawet złapać, czy nie? Co by było, gdyby wszystkie z nich zachowywały wstrzemięźliwość, Maranne nie wiedziała. Pewnie byłby ktoś, kto postanowiłby podjąć środki zapobiegawcze, ale na pewno nie byłaby to ona. Bo to już byłoby nieco obsesyjne, wręcz fanatyczne, a ona nienawidziła fanatyków prawie tak bardzo jak pijawek.
    Jej braciszek nie do końca podzielał jej zdanie. To znaczy, nie w kwestii zapobiegawczości. W tej kwestii wiedziała, że Ethan nawet nie brał pod uwagę zajmowania się takimi wampirami. Tak naprawdę jej braciszek w ogóle dziwnie podchodził do pijawek i wzbudzał tym przy wspólnych rodzinnych obiadach sporo kontrowersji. Na tyle sporo, że dostał już od ojca oficjalny zakaz wypowiadania się przy dziadkach na ten temat. Ethanowi zdarzało się bowiem sugerować, że można by postawić na jakiś pokój z wampirami, na swoich, oczywiście, zasadach, ale jednak. I raczej plany te nie zakładały zakazania im wysysania krwi, logicznie przynajmniej rzecz biorąc, bo jaka pijawka by wtedy na to przystała? Zresztą, już dawno oduczył się o tym wspominać, także przy ojcu, i tylko czasem coś napomknął Maranne, która przecież zawsze gotowa była go wysłuchać, w przeciwieństwie do rodzinki.
    Cóż, właśnie dlatego tylko ona miała swoje podejrzenia, że te pomysły nie wzięły się znikąd, bo sporo się ich nasłuchała i zwróciła uwagę na ton, jakim Ethan to mówił. Zauważyła w nim coś, co nie było tylko typową dla niego, chłodną kalkulacją, ale ciepłem i swoistą troską. I dziewczyna miała przez to swoje podejrzenia, dosyć konkretne, warto dodać. Owszem, Maranne czuła, że jej brat i łowca wampirów zadurzył się w jakiejś wampirzycy. Albo wampirze, w jego wypadku chuj to wie. Nikomu nie planowała o tym wspomnieć – jej nienawiść do fanatyków nie wzięła się bowiem znikąd. Jej rodzice, a ojciec w szczególności, byli tego główną przyczyną, a ona nie chciała się przekonywać, jak by się skończyło jego dowiadywanie się o tym, że jego syn zszedł się z krwiopijcą. Cóż, mogłaby tylko robić zakłady, jak długo ów krwiopijca pożyje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamrugała, przerywając swoje rozmyślania i znów skupiając się na swoim laptopie. Nie był to jej problem. Ona nie zamierzała Ethana wydawać, ale zdecydowanie ani myślała pomagać mu w jego wielkim planie. O ile, oczywiście, jej przypuszczenia były trafne, ale z reguły takie właśnie bywały. W końcu planowała zostać dziennikarką, a to wymagało jakichś umiejętności, prawda? Brała więc pod uwagę, że te fakty nie były zupełnie oczywiste i że mogło zająć nawet lata, zanim jej niezbyt spostrzegawczy rodzice by to zauważyli. W końcu rozmawiali ze swoimi dziećmi na jakiekolwiek rozsądne tematy na tyle rzadko, że nic o nich nie wiedzieli.
      Zresztą, musiała wreszcie ogarnąć do końca ten artykuł, bo jej anglistka by ją zabiła. Choć trzeba przyznać, że istniały pewne wymierne korzyści z posiadania w jednej osobie nauczycielki i redaktor naczelnej gazetki szkolnej, która dodatkowo była wyrozumiała tak bardzo, że potrafiła zwalniać ją z lekcji, to zdecydowanie nie zmieniało to faktu, że nawet jej cierpliwość miała swoje granice. A te kończyły się, gdy Maranne bez końca przedłużała oddanie swojego artykułu. Co było tym bardziej niefortunne, że nie mogła przecież powiedzieć „nie miałam czasu, bo mój ojciec powiedział, że muszę wytropić wampira, który zabił jakąś naćpaną panienkę w centrum Londynu, więc z bratem siedzieliśmy nad tym do nocy”. A chciała tak powiedzieć, nawet wiedząc, że zabrzmiałoby to gorzej niż „pies zjadł mi pracę domową”. Wyłapywała więc teraz liczne zdjęcia, podesłane jej przez Lizzie, jej przyjaciółkę z hiszpańskiego i od roku także fotoreporterkę ich szkolnej gazetki.
      Między wszelakimi zdjęciami z rozpoczęcia zobaczyła także dwa takie, o których dobrze wiedziała, co przedstawiają, nawet patrząc na sam tylko tytuł. „Mar, musisz to zobaczyć” brzmiał cały tytuł pierwszego, drugi mówił godnie „To też”. Lizzie była, na swoje nieszczęście, wielką fascynatką świata nadnaturalnego i tym także bardzo zainteresowała Maranne. W dużej mierze tylko dlatego to ją spytała wtedy o to, czy nie chciałaby zastąpić niesamowicie utalentowanej absolwentki. W końcu kogoś potrzebowała, a tak mogła mieć ją na oku. Cholera, to nie było może zbyt zdrowe, ale dziewczyna wiedziała, że tacy ludzie zwracają na siebie uwagę nieodpowiednich istot, a Maranne mogła przynajmniej próbować odwrócić jej uwagę od zjawisk nadnaturalnych. Próbować, bo już zauważyła, że nie ma co liczyć na całkowite jej zapomnienie o tym. I nawet mimo faktu, że Lizzie czasem daleka była od trafiania na sensowne tropy, aż wstyd się przyznać, że swoim losowym zdjęciem z dodaną teorią pozwoliła łowczyni wytropić jednego wampira. Tym razem jednak były to tylko zdjęcia opuszczonych miejsc ze śladami „duchów”. Maranne nie uznała nawet za stosowne przyjrzeć im się dbalej, wrzuciła więc je tylko do kosza i już chciała wracać do pozostałych zdjęć, usłyszała czyiś głos. Podniosła niechętnie wzrok – nie lubiła, żeby przerywać jej w pracy.
      Zobaczyła chłopaka mniej więcej w jej wieku, robiącego pokaźne akrobacje. Na ten widok, a raczej na dźwięk jego pouczającego tonu, wywróciła oczami i westchnęła ostentacyjnie, uśmiechając się wyłącznie delikatnie, pod nosem, jednak jej uśmiech poszerzył się mimowolnie na słowo życiopijcy. Było w nim coś zgrabnego, ujmującego dosadniej nawet wampirzą naturę. To właśnie wtedy spojrzała na niego nieco uważniej, dokładnie w chwili, by zobaczyć majestatyczne salto. Szybkim, wyuczonym skrótem klawiszowym zapisała swoją robotę i zamknęła laptopa. Skoro coś do niej mówiono, powinna odpowiedzieć, tym bardziej, że zręczne ruchy chłopaka nieco ją zaintrygowały.
      – Popisy – mruknęła tylko teoretycznie cicho, ale jednak na tyle głośno, żeby mógł ją usłyszeć. O ile, oczywiście, nie miał wyczulonych zmysłów, bo wtedy nie miałby z tym problemu. – Z angielskiego. Dobre rozpoczęcie roku, he? – rzuciła, uśmiechając się krzywo. – Swoją drogą, jestem Mary Anne. Przyjaciele mówią mi Maranne. Powiedzmy, że ty też możesz – dodała zaraz, przyjmując jego dłoń.

      Usuń
  2. Złapała jego dłoń z niegasnącym uśmiechem, który nie wyrażał nawet połowy rozbawienia, jakie czuła. Nauczyła się ukrywać emocje, ot, potrzeba zawodowa. Dlatego równie zręcznie ukryła też niepewność, którą poczuła, gdy dotknęła jego skóry. Była zimna. W pierwszej chwili chciała jakoś zareagować, tym bardziej, że byli na placu całkowicie sami – zlustrowała Bonesa wzrokiem, szukając okiem eksperta biżuterii, która mogłaby teoretycznie stanowić ochronę przed światłem słonecznym. Zaraz jednak zaklęła w myślach, pal licho, że znalazła parę rzeczy, które mogła o takowe podejrzewać. W końcu nie był aż tak lodowaty, żeby zaraz się na niego rzucać. A przecież nie mogła rzucać się na innych, nie mając żadnej pewności na temat swojego celu. Tym bardziej, że rok dopiero się zaczynał, a Bones podszedł do niej, gdy siedzieli całkowicie sami. Czego ona się spodziewała, że wampir do upolowania od tak do niej podejdzie? Miała wrażenie, że się doszukuje. Nie chciała pracować wszędzie. A szkoła była jej miejscem bycia normalną. Więc nawet jeśli osoba przed nią była wampirem – czego już po chwili nie brała nawet pod uwagę – to nie zamierzała się tym przejmować. Odłożyła tylko laptopa na bok, uważając, żeby go nie uszkodzić.
    Właściwie Maranne nie wiedziała nawet dlaczego robiła to, co robiła. Miała artykuł do skończenia na już zaraz i nie była nawet w stanie się od tego wymigać – to ją zwolniono w tym celu z lekcji, tylko dlatego, żeby pierwszy numer gazetki można było już wyłożyć na korytarzach. Większość artykułów napisano przecież już w wakacje, bo coś tak prozaicznego jak gazetka szkolna było w tej szkole brane bardzo na poważnie, ale przecież nie sposób było opisać rozpoczęcia roku szkolnego bez obejrzenia samego wydarzenia. Nawet mimo faktu, że rzeczywiście nie zdarzyło się tam nic ciekawego ani oryginalnego i, fakty faktami, Maranne mogła była napisać to już znacznie wcześniej, uzupełniając teraz tylko o godziny. Ale, oczywiście, wtedy nawet o tym nie pomyślała i dopiero teraz sobie to wyrzucała. Wszystko w jej głowie, cały zdrowy rozsądek mówił jej, że powinna spławić tego chłopaka, który przed nią stał – w końcu i tak miała sporo roboty. A jednak zdążył ją już zainteresować. Było w nim coś naprawdę intrygującego, a może to po prostu jego dowcip trafiał do dziewczyny? Cóż, co by to nie było wiedziała, że nie po prostu będzie musiała pożegnać się z przerwami, a może uda jej się to jeszcze ogarnąć.
    Szkoda, miała iść z Lizzie do biblioteki. Tamta uparła się, że niewątpliwie znajdzie tam coś wybitnie tajemniczego i odsłaniającego wszelkie sekrety, które ma do odkrycia szkoła, a może i miasto. Maranne zakładała, że po prostu naoglądała się stanowczo za dużo filmów, ale mimo wszystko była nieco zaintrygowana tym, co mogłaby znaleźć. Nigdy nawet nie przeszło jej na myśl, żeby czegoś tam szukać i choć nie spodziewała się cudów – co miała do stracenia? Tym bardziej, że naprawdę nie chciała, żeby Lizzie napatoczyła się na coś chociaż o grosz bliskiego prawdy. Czuła się z tym wszystkim nieco egoistycznie, ale przygryzła delikatnie wargę. Chwyciła stojący obok termos pełen kawy – wolałaby, oczywiście, kubek ze Starbucksa, który od razu dodawał sporo do stylu i uroku, ale fakty faktami, tam zbyt długo nie wyżywała gorąca. Miała więc stalowy termon, opatrzony dodatkowo estetyczną gwiazdką, narysowaną czarnym długopisem na szarym papierze. Zanim w ogóle odpowiedziała Bonesowi, popiła niespiesznie trochę kawy i oblizała się.
    Zlustrowała go znów uważnie wzrokiem. Stwarzał pewną niecodzienną aurę, przyciągał myśli i spojrzenie, choć nie od razu. Dopiero gdy się na nim skupiała, zaczynała to dostrzegać. I choć jego zimna skóra już na początku ją zaalarmowała, teraz miała ochotę dowiedzieć się o nim jednak jakkolwiek więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Artykuł do naszej gazetki – wyjaśniła tylko, nieświadomie łapiąc termos w dwie ręce, tak, jakby chciała się nim ogrzać. Nawet mimo faktu, że, oczywiście, nie dało to żadnego efektu. – Na temat rozpoczęcia roku. Niedługo będziemy drukowali pierwszy numer i przydałoby się, żebym dziś skończyła. A co do pomocy, oczywiście, służę pomocą. Od tego tu jestem – dodała ciepło, przechylając nieco głowę. – A raczej byłam w tym jednym roku, gdy byłam przewodniczącą, ale trudno wytępić stare nawyki – dodała jeszcze, uśmiechając się krzywo. – Czego dokładniej potrzebujesz?
      Nie kłamała. Przed dwoma laty była przewodniczącą i nadal chciała być wszędzie dla wszystkich. Tylko bez całej tej papierkowej roboty, więc w sumie tak jej to dosyć odpowiadało. Nawet mimo faktu, że z obecnym przewodniczącym dogadywała się, lekko mówiąc, średnio, póki mogli co miesiąc drukować i roznosić gazetkę, było w porządku.

      Usuń