4 sierpnia 2000

Czasami zdarza się, że człowiek przez pół godziny umiera ze strachu przed rozbójnikiem, a gdy poczuje już nóż na gardle, trwoga nagle go opuszcza i przestaje się bać.

Алексе́й Лебедев // Alexei Lebedev
Nie tak miało być, powiedział kiedyś jego ojciec, gdy dowiedział się, że za kilka miesięcy będzie miał drugie dziecko. Nigdy nie był zadowolony z pierwszej córki i wciąż potarzał żonie, że chce poczekać przynajmniej pięć lat zanim będzie musiał użerać się z kolejnym wrzeszczącym w nocy bachorem. Żona jednak nie posłuchała i niecały rok później wpatrywał się już w jasne oczy swojego syna, wzdychając ciężko.
Nie tak miało być, stwierdziła trochę później również jego matka, gdy jej najukochańsze dziecko okazało się wcale nie przewyższać wszystkich innych dzieci w nauce. Syn miał być jej wielką dumą, powodem do długich rozmów z koleżankami, podczas których mogłaby z wysoko uniesionym podbródkiem opowiadać o czekającej go świetlanej przyszłości.
Nie tak miało być, irytował się sam Alexei na przeróżnych etapach swojego życia, bo właśnie to zawsze słyszał od rodziców. Najbardziej spieprzył jednak będąc daleko od ojca i matki, daleko od rodzinnej kamienicy. Czaił się za rogiem opuszczonego magazynu na obrzeżach miasta, był wtedy młody i naiwny; zdawało mu się, że wreszcie zrobił coś dobrze. W końcu dostał posadę w miejscowej gazecie, wiedział dokładnie, czego chciał i sądził, że jest gotowy zrobić wszystko, żeby to osiągnąć. Myślał, że zostanie najlepszym, najbardziej bezstronnym dziennikarzem w całym cholernym Petersburgu. Ba! Był przecież na dobrej drodze, aby to osiągnąć. A potem stanął oko w oko z lufą wyciągniętego w swoją stronę pistoletu i w przeciągu kilku dni wszystko się zmieniło. Czasem wciąż fantazjuje o tym, co mogłoby się stać, gdyby wykazał się wtedy trochę większą odwagą.
Dokładnie tak miało być, Bóg ma plan dla każdego z nas, powiedziała mu uśmiechnięta od ucha do ucha Sonia dzień przed tym, jak wyjechała do Stanów. Alexei nigdy jej nie uwierzył. Jak właściwie powinno być?

35 komentarzy:

  1. [Twój początek bardzo mi się podobał :) Mam nadzieję, że mój nie wyszedł jakoś słabo. W razie czego pisz, to będę poprawiać. Z góry przepraszam za bluzgi w tekście, Daniła trochę nie przebiera w słowach.]

    Siedziałem na ciemnej klatce schodowej, ignorując chłód zapyziałego, kamiennego stopnia. Bezmyślnie wodziłem palcem po oszpeconym długą rysą wyświetlaczu kradzionego smartfona, przesuwając obraz w górę i w dół. Był szesnasty maja. Dokładnie za cztery godziny umrę. To cholernie długo. Nerwowo postukałem palcami w kolano, wybijając rytm zasłyszanej gdzieś piosenki. Wiedziałem dokładnie jak i kiedy chcę to zrobić. Nie miałem najmniejszego zamiaru zdechnąć w tej ciemnej spelunie. Przez całe życie marzyłem o wyjeździe. I wyjadę. Szkoda, że dopiero teraz zrozumiałem, że dla takich jak ja inny wyjazd nie jest możliwy. Szkoda, że nie zrobiliśmy tego razem, Żenia. Spojrzałem na wyświetlacz. Spóźniała się. Potarłem policzek, siląc się na spokój. Jeżeli wróci trzeźwa, nie zrobię tego. To będzie znak. Po raz kolejny spojrzałem nagląco na drzwi. Mijały kolejne minuty. Odchyliłem się do tyłu, krawędzie kilku kolejnych stopni wżynały mi się w kręgosłup. Przymknąłem oczy, czekając. Gdzieś na górze huknęły drzwi. Jeszcze dziesięć minut. Żeby mieć pewność.
    Nie przyszła.
    - Narąbana kurwa.
    Zwlokłem się ze schodów, rozcierając zdrętwiały tyłek. Zawiązałem sznurówki w adidasie i wyszedłem z bloku. Doskonale wiedziałem, gdzie ją znajdę. Poszedłem tam tylko po to, żeby mieć pewność. Musiałem mieć pewność.
    ***
    Była tam. Jak zawsze, kiedy nie wracała do domu. Kiedy przechodziłem koło ławki, na której leżała, nawet nie uniosła głowy. Nie potrafiłem określić, co cuchnęło bardziej: ona i rozwalony na jej kolanach ćpun, czy śmietnik naprzeciwko. Zacisnąłem palce tak mocno, że paznokcie prawie przebiły skórę na wewnętrznej stronie moich dłoni. Przez chwilę stałem nieruchomo, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Patrzyłem na jej nalaną, czerwoną twarz. Ważyła zbyt wiele, bym zdołał zawlec ją do domu. Oblizałem spierzchnięte wargi. Chciałem znaku, no to mam. Poczułem dziwną gulę w gardle, jakby powiedzenie jej czegoś, czego nie mówiłem od lat, miało okazać się zbyt trudne. Przełknąłem ślinę.
    - Dobrej nocy, mamo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ***
      Zaplanowałem wszystko co do minuty. Dokładnie o dwudziestej wejdę na rozświetlony most. Ten jeden, konkretny, najbardziej podobny do tego z amerykańskiej pocztówki, którą wciąż noszę w kieszeni dżinsów. Będę patrzył, jak podnoszą go na noc, by Newą mogły przepłynąć statki. Spojrzę na odbijające się w ciemnej tafli niebo, nagram pierwsze i ostatnie w życiu wideo. Telefon zostawię na moście, żeby nie zaśmiecać rzeki. Nie będę się wahał. Po prostu zrobię krok, tak jak wchodzi się do odjeżdżającego pociągu. Zawsze marzyłem, by sprawdzić, czy latanie naprawdę jest takie niesamowite, jak we śnie… A kiedy już będę wiedział, po prostu rozbiję się o taflę wody. Z tej wysokości będzie bolało… ale może impuls nie zdąży dotrzeć do mózgu? Zacząłem żałować, że kiedy jeszcze chodziłem do szkoły, nie zapytałem o to na biologii. Wyobraziłem sobie minę nauczycielki, odrealnionej świruski powtarzającej, że w życiu zawsze jest coś, do czego warto dążyć, że na wszystko przyjdzie czas, i parsknąłem krótkim, ostrym śmiechem.
      ***
      Wziąłem głębszy wdech. Czułem tremę jak przed publicznym wystąpieniem. Przymknąłem na chwilę oczy, skupiając się na rozwiewającym mi włosy wietrze. Zacisnąłem pięść i spojrzałem na własną twarz odbitą pod szkłem wyświetlacza. Rysa zniekształcała obraz jak krzywe zwierciadło. Kolejny oddech. Włączyłem nagrywanie.
      - Gospodin!* O niczym tak nie marzę, jak o tym, żeby wysłać wam w paczce gówno. Chciałem to nawet zrobić, ale dotarło do mnie, że to bez sensu, bo odebrałby to jakiś zwykły urzędas. Więc przynajmniej nagram to wideo, żeby usłyszał mnie cały kraj. Rosja to gówno, gospodin! Rosja to więcej, niż jebany Kreml i te wasze durne złote drzwi w pałacu! My tutaj żyjemy jak szczury. Jak szczu-ry! Tu nie ma żadnych perspektyw, tu nic nie ma! – nie płakałem, a jedynie chrypnąłem od bezsilnego krzyku. – Nazywam się Danił Maksimow, mam dziewiętnaście lat – mój oddech przyspieszył, ale udało mi się mówić spokojnie, prawie bez emocji, jakby te uleciały wraz z krzykiem. – Dziękuję wam, gospodin, za moją przyszłość. Dziękuję za chrzanionego szefa mojej matki, który wylał ją z roboty i za gówniane zasiłki. One starczają tylko na to, żeby się najebać! Dziękuję za olewanie braku mieszkań, ceny z kosmosu i studia wyłącznie dla bogatych dupków, bo nie daj, Boże, a nadal miałbym brata. Dziękuję za szkołę, która gówno daje, za cały ten kraj! Wsadźcie go sobie w dupę! Za nic nie przepraszam. Niczego nie żałuję. Jak się nic nie ma, to nie ma czego żałować. To dla was, gospodin! – pokazałem do kamery środkowy palec. Chciałem wrzeszczeć, wyć jak zwierzę z bezsilnej złości i rozpaczy… i nawet tego nie mogłem. Wiedziałem, że jestem beznadziejny, żałosny. Chciałem tylko zostawić ten cholerny film, chyba z głupiej nadziei, że kogokolwiek to ruszy, że kiedy mnie już nie będzie, coś się tutaj zmieni. – Tylko… - głos uwiązł mi w gardle. – Tylko ty mi wybacz, mamo. Za to, że… przepraszam, że cię z tego nie wyciągnąłem. Przepraszam, że jestem za słaby. Nie umiem. – Umilkłem, cały się trzęsąc. Odczekałem kilka minut. Zerknąłem na zegarek. – Jest dwudziesta trzydzieści. Za dwie minuty będą moje urodziny. Zostawiam włączony telefon… nie robiłem próby – parsknąłem nerwowym chichotem – …ale powinno być wszystko słychać.
      Trzęsącymi się palcami odłożyłem smartfon na beton przed barierką. Przysunąłem się o krok, tak, by w kadr złapały się moje buty. Wspiąłem się na rusztowanie. Przełożyłem lewą nogę… Przycisnąłem ręką kieszeń bluzy, by nie wypadła z niej pocztówka. Poczułem irracjonalną chęć, by jeszcze raz na nią spojrzeć. Powoli, ostrożnie balansując na śliskich od wilgoci metalowych prętach, wysunąłem ją z kieszeni.

      [* garść przypisów: gospodin – tytuł wyrażający w Rosji szacunek, stosowany w odniesieniu do osobistości, w szczególności do prezydenta. Forma „wy” to rosyjski odpowiednik naszego pan/pani.]

      Usuń
  2. [Ok, ok ;)
    Tym razem odpis wyszedł mi krótszy, bo dopiero wyczuwam swoja postać. Nie mogę się doczekać odpisu!]

    Słysząc zupełnie niespodziewany, obcy głos, drgnąłem tak mocno, że prawie spadłem z rusztowania. Cudem było, że nie zgubiłem pocztówki. Znieruchomiałem, kurczowo przytrzymując się śliskiej, zimnej rury. Dopiero teraz, widząc pod sobą daleką, czarna toń Newy zdałem sobie sprawę, jak piekielnie wysoki jest ten most. Wcześniej to były tylko teoretyczne dane i widok z odległości, brakowało mi wyobrażenia. Przełknąłem ślinę. Wściekły, że nawet teraz, nawet w tej jednej pieprzonej chwili ktoś mi przeszkadza, uniosłem wzrok na kogoś, kto musiał być widocznie jakimś przygłupim przechodniem. Dlaczego ludzie zawsze łażą tam, gdzie nikt ich nie chce? Przełożyłem drugą nogę przez rusztowanie. Zimny, północny wiatr przenikał przez cienki sweter i ziębił ciało aż do kości. Podmuchy były tak silne, że chyba nawet nie musiałem skakać. Wystarczyło zaczekać, aż omdleją mi ręce. Resztę załatwi wiatr. Bałem się, ale chciałem, żeby to się już skończyło. Chciałem się już nigdy więcej nie obudzić, niczego nie widzieć, niczego nie czuć. Najlepiej: nie istnieć.
    Chyba z przyzwoitości chciałem przynajmniej zobaczyć, kim jest ta menda, która za moment stanie się świadkiem mojej śmierci. Przechyliłem się, balansując nad niemal czarną przepaścią. Zmrużyłem oczy.
    Samotny mężczyzna, sylwetka przyobleczona mrokiem. Jasna twarz. Białe, w odległym świetle brzegu prawie srebrne włosy. Jak anioł. Naprawdę tak pomyślałem, w tamtej chwili nie zdawałem sobie sprawy, że to głupie. Patrzyłem, zastygając w bezruchu, jakby jakikolwiek gest mógł sprawić, że ta nierzeczywista postać zniknie. Nerwowo zwilżyłem spierzchnięte wargi.
    - Jeżeli nie chcesz widzieć, idź sobie! Zaraz skoczę. – Zaczynałem dygotać z nadmiaru emocji, nie byłem w stanie kontrolować dreszczy. Trzymanie się rusztowania stawało się coraz trudniejsze.

    OdpowiedzUsuń
  3. [Nie, nie zawiodłaś :) Przepraszam, że przez tyle czasu nie odpisywałam. Najpierw miałam egzaminy i natłok pracy, potem wiatr zerwał kable i przez kilka dni nie miałam prądu.]

    Zmarszczyłem brwi, ponownie słysząc głos nieznajomego. „Nie może nigdzie pójść”. Zmrużyłem oczy, ulegając nagłemu pragnieniu dojrzenia jego twarzy. Wydało mi się to z jakiegoś powodu ważne, czułem, że muszę to wiedzieć, zanim umrę. Światła lamp igrały na jego twarzy z mrokiem, cienie zniekształcały rysy. Zaschło mi w gardle. Znałem tą sylwetkę, pamiętałem te białe włosy.
    Wtedy też nie widziałem jego twarzy.
    Oddalony o kilka przecznic od centrum pub. Jasne wnętrze zastawione stolikami z ciemnego drewna i zbyt topornymi krzesłami. Zapach piwa. Charakterystyczne ściany. Niebieska i żółta. Czemu właśnie tak? Wypisane kolorową kredą menu. Przechodzę bokiem obok stolików, szukając tego, który podobno czekał zarezerwowany. Rozglądam się ukradkiem, jak zawsze w takich miejscach. Przez chwilę mam wrażenie, że ktoś się na mnie gapi. Ubrany w jasną koszulkę facet patrzy nie tyle na mnie, ile przeze mnie, chyba gdzieś w próżnię. Mimowolnie oglądam się przez ramię.
    Mężczyzna zastyga, przygarbiony nad stolikiem. Krzywię się bezwiednie, z tej odległości natychmiast widać, że jest zupełnie pijany. Siadam trzy stoliki dalej. Czekam, bezmyślnie bawiąc się telefonem. Kątem oka znów zerkam na nieznajomego. Nie pasuje tu.
    Odwracam głowę w stronę drzwi, przez które wchodzi ten, z którym miałem się spotkać. Zaczynam nerwowo skubać skórkę przy paznokciu.
    Godzinę później wracam do tego baru. Znów jestem sam. Do przodu gna mnie dziwne przeczucie. Przyłapuję się na tym, że szukam wzrokiem nieznajomego, ale jego stolik jest pusty. Na podłodze, tuż przed moim butem, leży jakieś zdjęcie. Pocztówka.

    Teraz potrafiłbym powtórzyć jej treść z pamięci.
    Od tamtego czasu niezliczoną ilość razy zastanawiałem się, kim był tamten gość. Jasna postać utkwiła w mojej pamięci jak zadra, przypominając o sobie w najmniej oczekiwanych momentach. Bez problemu mogłem go sobie wyobrazić jako młodego biznesmena w szklanym gabinecie jakiegoś koszmarnie ekskluzywnego wieżowca, albo jako nieco ekscentrycznego chirurga na sali operacyjnej w jednym z tych niedostępnych, prywatnych szpitali, w których leczą się oligarchowie. Czasem, w przypływie fantazji, robiłem z niego pilota wielkiego Boeninga. Nie rozumiałem jednego. Dlaczego się upijał? Przecież taki człowiek musiał mieć wszystko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nim dotarło do mnie, co powiedział, przez chwile gapiłem się na niego szeroko rozwartymi oczyma.
      - Dlaczego..? – wyjąkałem, zszokowany. Przecież tacy ludzie się nie zabijają. Gdybym miał takie perspektywy jak on, nigdy bym tu nie przyszedł. Nie spuszczałem z niego wzroku. Chciałem zrozumieć, dowiedzieć się… gdzieś w środku poczułem coś jakby przymus: nie pozwolić mu, on ma tu jeszcze dużo do zrobienia, jego na pewno ktoś potrzebuje. Nie tak, jak mnie. Słysząc pytanie, zacisnąłem powieki, bezskutecznie próbując uspokoić oddech. Właśnie tak wyobrażałem sobie sekundy po skoku: jako latanie. Ostatnia przyjemność w życiu, marzenie niedostępne dla ludzi, którzy zobaczą następny dzień. Zagryzłem wargę. Otworzyłem oczy i przyjrzałem się mężczyźnie, szukając na jego twarzy jakichkolwiek wątpliwości. Pokręciłem gwałtownie głową.
      - Nie. Tu jest za nisko. Nie będzie ci się wydawało, że lecisz. Poczujesz, że spadasz. I wodę. Będzie twarda jak beton. – Nie miałem pojęcia, czemu mu to powiedziałem, czemu wybrałem tą bardziej realistyczną wersję. Usta same wyrzucały z siebie pospieszne słowa.
      Zadygotałem, czując przenikliwy podmuch wiatru. Zdrętwiała z zimna ręka ześlizgnęła się z rusztowania. Przełknąłem ślinę. Kurczowo wzmocniłem uchwyt drugiej.
      - Mam… - spojrzałem w dół i strach na chwilę odebrał mi mowę. Znów przełknąłem ślinę. Kończył mi się czas. – Mam twoją pocztówkę. Mam ci… mam ci ją oddać? – Bałem się sięgnąć do kieszeni. Kiedy przekładałem drugą nogę przez rusztowanie, serce waliło mi tak głośno, jakby zaraz miało ze mnie wyskoczyć, przebijając się przez żebra i skórę. Spojrzałem w dół. Zacisnąłem mocniej dłonie na mokrej rurze. Wystarczy się mocno odepchnąć, żeby o nic nie zaczepić. Ćwiczyłem to kilka razy, skacząc z parapetu na parterze. Wziąłem desperacki wdech. Miałem wrażenie, jakby w głowie tykał mi zegar, nakręcony na konkretną godzinę budzik. Nikt nie będzie po mnie płakał. Matka nawet nie zauważy. A jeśli zauważy, to będzie jej lżej. Nic nie znaczę, nigdy dla nikogo nic nie znaczyłem.
      Wbiłem wzrok w czarną taflę wody. Już. Tylko się odepchnąć.
      - M-mógłbyś na chwilę złapać mnie za rękę? – drżałem cały, mój głos dygotał, nie potrafiłem tego opanować. Chciałem przez chwilę poczuć czyjąś dłoń, wyobrazić sobie, że ten ktoś mnie przynajmniej lubi i wtedy się puścić. Tak będzie łatwiej.

      [Aha. Mała ciekawostka: pub ze wspomnień Daniły istnieje naprawdę, ale stoi w Moskwie, a nie w Petersburgu. Wygląda tak: http://www.michau.se/pics/my_pics/moskwa/2005_sept/050926_moskwa_5368.jpg ]

      Usuń
  4. Zaśmiałem się nerwowo, jak jakiś wariat. Miałem ze sobą skończyć, a gadam z obcym facetem.
    - No, twoją. Tą, którą zgubiłeś.
    Uśmiechnąłem się, czując uścisk na ręce. Teraz będzie łatwiej. Jeżeli się odepchnę, nie utrzyma mnie. Może powiszę chwilę dłużej, tyle, na ile starczy mu sił, gdyby chciał mnie ratować… co ja sobie roję? Niby dlaczego miałby mnie chcieć powstrzymać? Komu niby mogłoby zależeć, żebym żył? Na pewno nie komuś takiemu, jak on. Albo raczej: na pewno nikomu. Przesunąłem się na rusztowaniu, teraz opierając się o nie głównie piętami, i zwolniłem uchwyt ręki, za którą nie trzymał mnie nieznajomy. Wystarczyło przechylić się do przodu i…
    „Czekaj!”
    Jego głos przedarł się do mojej ogłupiałej świadomości jak przez watę. Czekaj. Naprawdę to powiedział? Złapałem się go drugą ręką, dosłownie w ostatniej chwili. Serce zaczęło mi łomotać, po twarzy popłynęły łzy. Dotarło do mnie, że chyba jednak nie chcę umierać. Złapałem się go kurczowo, desperacko.
    - N-nie z-znamy się – szczekałem zębami, chyba z zimna. – Widziałem cię w pubie. Byłeś pijany. Potem musiałem wyjść, a jak wróciłem, ciebie już nie było. A-ale chciałbym cię znać – wypaliłem, własne myśli już mnie nie słuchały, byłem po prostu przerażony. Chciałem, żeby to się skończyło, chciałem umrzeć i chciałem przeżyć, wszystko na raz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Wybacz, że krótko, mam nadzieję, że się nie gniewasz, długość nigdy mnie nie słucha].

      Usuń
  5. Chciałem skoczyć. Puścić jego rękę, widzieć jak moja mokra od potu dłoń wyślizguje się z jego… Przez ostatnie sekundy pamiętać jego twarz i ten nieco szorstki dotyk, tę chwilową otuchę. Tak będzie dla wszystkich lepiej, uparcie szeptał mi w myślach dobrze znany głos. W pierwszej chwili nie zrozumiałem, co mówi nieznajomy. Moje myśli szalały, przypominały skłębioną, buzującą chmurę. Zagłuszały wszystko.
    Wracaj na most.
    Zamarłem. Z niedowierzaniem obejrzałem się na niego. Musiałem źle usłyszeć. Po co miałby… Wbiłem w niego spojrzenie szeroko otwartych oczu. Podświadomie czekałem na kpiący śmiech, na wyszydzenie. Kogoś takiego, jak ja, nie mogło spotkać nic innego. Musiał ze mnie żartować, niepotrzebnie czekałem, na pewno zrobił to specjalnie, właśnie po to, żebym odwrócił się jak głupi…
    Nie wiedziałem, jak to się stało, że nagle mnie wciągnął z powrotem, mój mózg zatrzymał się, zupełnie ogłupiały. Nie mogłem nic zrobić, moje ciało zachowywało się jak szmaciana lalka. Poczułem, że gną się pode mną nogi. Gdyby mnie nie podtrzymał, chyba bym się przewrócił, tak wirowało mi w głowie. Czując obcy dotyk, moje ciało w pierwszej chwili sprężyło się w odruchu ucieczki. Zdążyłem tylko zerknąć nieufnie, nim otoczyły mnie ciepłe ramiona. Coś we mnie pękło. Kurczowo go objąłem, właściwie wczepiłem się w niego, chowając mokrą od łez twarz w jego koszulkę. Nie potrafiłem się powstrzymać, z mojego gardła wydarł się rozpaczliwy, bezsilny szloch. Dygotałem, łapałem oddech, usiłując się ogarnąć i znów zaczynałem płakać. Przed oczami stanęły mi wszystkie rzeczy, które chciałem zrobić, wszystkie głupie marzenia, czyjś piękny uśmiech, czerniąca się na dzikiej, amerykańskiej prerii autostrada, wzdłuż której szedłbym do utraty tchu, ostatni mecz na podwórku i durny komiks, którego nigdy miałem nie dokończyć. Przypomniała mi się twarz brata. Rozryczałem się jeszcze bardziej. Przepraszam, Żenia, przepraszam, jestem tchórzem, nie mogę, nie potrafię zrobić nawet tego...
    Słowa trzymającego mnie mężczyzny dotarły do mnie jak przez grubą warstwę waty. Przełknąłem nerwowo ślinę, bo nawet nie byłem w stanie się odezwać. Powinienem się odsunąć, pomyśleć o nim, przecież on nie może się tak po prostu zabić, nie mogę mu na to pozwolić, ale nie miałem nawet tyle sił, by go puścić. Totalna pustka w głowie nie pozwalała na wymyślenie czegokolwiek, co mogłoby go odwieźć od zamiaru skończenia ze sobą, więc wisiałem na nim nadal, jakby był moja ostatnią szansą. Bo chyba był. Gdyby nie on, już by mnie nie było. Zatrząsnąłem się niekontrolowanie.
    - Alexei, ja… - zacząłem przez ściśnięte gardło, poczułem desperackie pragnienie zatrzymania go tutaj, bez względu na wszystko, żeby po prostu był tu przy mnie. A przecież sam najlepiej powinienem rozumieć, jak mało dają prośby. Wiedziałem, że za jakiś czas tu wrócę, że dokończę to, co dziś zacząłem. – Chodź ze mną – wykrztusiłem nagle. Nie zastanawiałem się nad tą decyzją, nie rozważałem tego. Po prostu w jednej chwili uświadomiłem sobie, że powinienem tak zrobić. Odsunąłem się, ale zaraz przytrzymałem go za rękę. – Chodź. Pokażę ci, dlaczego. Proszę, chodź ze mną. I… opowiedz mi coś o sobie. Naprawdę… - głos mi się załamał, ale zaraz dokończyłem: - …naprawdę jesteś dziennikarzem?

    OdpowiedzUsuń
  6. [Hej, chciałam dać znać, że nie będzie mnie do 23 albo 24 lipca. Liczyłam, że przed wyjazdem zdążę ci jeszcze odpisać, ale myślę teraz o pięćdziesięciu rzeczach na raz i tekst pewnie by na tym ucierpiał, więc dałam spokój.]

    OdpowiedzUsuń
  7. Spojrzałem na niego z dużą dozą ostrożności. Już dawno zdążyłem się nauczyć, że uśmiech niekoniecznie oznacza dobre zamiary. Teraz jednak było mi już wszystko jedno. Musiałem wyciągnąć go z tego bagna, jeśli nie dla niego, to chociaż dla siebie, żeby znów mi nie przeszkodził. Odetchnąłem, próbując uspokoić nierówny oddech. Nie miałem odwagi w tak bezpośredni sposób wycierać twarzy. Ograniczyłem się do kilku szybkich mrugnięć, by pozbyć się wilgoci z rzęs. Łzy, które nie zdążyły wcześniej spłynąć na koszulkę Alexeia, zasychały mi na twarzy. Przez chwilę potrzebną do tego, by zejść z mostu na brzeg prowadziłem go za rękę. Był w tym jakiś upór, podświadoma desperacja. Dopiero, gdy znaleźliśmy się na chodniku biegnącym wzdłuż szerokiej ulicy, zdałem sobie sprawę, jak zapewne wygląda mój gest. Czułem nieodpartą chęć, by złamać wszelkie normy. Przecież i tak niedługo umrę. Zacisnąłem wargi w wąską kreskę. Ja może tak, ale ten facet powinien normalnie żyć. A jeśli zobaczą nas jacyś kolesie… Wysunąłem dłoń spomiędzy jego palców.
    Kiedy usłyszałem, gdzie pracuje, aż się zatrzymałem. Uniosłem głowę, patrząc nieco w górę, na jego twarz, w poszukiwaniu śladu kłamstwa. Zmarszczyłem brwi, bo wyglądał na takiego, który może gadać prawdę.
    - ŁAAŁ – wyrwało mi się. To musiało być lepsze od wszystkiego, co sobie wyobrażałem. Przecież dziennikarz jeździ po całym świecie, poznaje tylu niesamowitych ludzi, jedzie nawet tam, gdzie inni się boją… ma misję do spełnienia! Patrzyłem na niego z zachwytem, który nie gasł, pomimo następnych słów, a jedynie mieszał się z niedowierzaniem. Nie znałem się za bardzo na prasie, kojarzyłem głównie Rossijskają Gazietę i, głównie z okładki, Izwiestija. Tytuł, który wymienił, coś mi mówił, gdzieś musiałem o nim słyszeć… ale w jakich okolicznościach, nie miałem pojęcia. Zmiąłem w palcach nieco za długi rękaw.
    - Alexei..? – Ucichłem na moment, zmieszany. – Mogę ci mówić na ty? – spytałem, rzucając mu niepewne spojrzenie. W przeciwieństwie do mnie, był kimś. – Bo wiesz… Ja nie wierzę, że wszyscy są tacy jak mówisz. Znaczy, nie wyglądasz na takiego i… - urwałem, jak zawsze, nie umiałem się nawet wysłowić. Znów gadałem głupoty. Zacisnąłem wargi, po co się w ogóle odzywałem..?
    Kiedy znów zaczął mówić, zabrakło mi odwagi, żeby na niego spojrzeć. Czułem się przy nim speszony, miałem wrażenie, że zachowuję się jak zupełny prostak, głupi dzieciak z blokowiska.
    - Mam – przyznałem się cicho. Zacisnąłem nerwowo palce i zaraz je rozluźniłem. Wolałbym mu nie oddawać tej kartki. Przez minione tygodnie stała się dla mnie czymś ważnym, symbolem lepszego życia. Spojrzałem na niego, na bruk pod naszymi stopami. Uparcie szedłem przed siebie, zatrzymując się dopiero pod wiatą przystanku autobusowego. Zerknąłem na rozkład jazdy, żeby zyskać na czasie. Najbliższy autobus za pięć minut. Zmęłłem w ustach przekleństwo. Tak naprawdę, nie miałem pojęcia, dokąd go zabrać. Wcześniej myślałem głównie o tym, żeby wyprowadzić go z mostu; żeby nie skoczył. Wolno wypuściłem powietrze. Biaława mgiełka oddechu wolno rozproszyła się w zimnie. Przełamałem się i sięgnąłem do kieszeni. Wyczułem znajomą krawędź, ale równocześnie obudził się we mnie jakiś nieokreślony niepokój. Wysunąłem pocztówkę i obróciłem ją w palcach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Sprawdziłem w Internecie, co to za miejsce. Chciałem tam pojechać – mruknąłem. Mogłem po prostu wyciągnąć kartkę w jego stronę, ale coś w jego spojrzeniu sprawiło, że znów wziąłem go za rękę i wsunąłem pocztówkę bezpośrednio pomiędzy jego palce. – Masz. – Puściłem go i wzruszyłem ramionami, usiłując zachować pozę nonszalanckiego olewusa. Znów na niego zerknąłem.
      - Miałeś kogoś, z kim mogłeś rozmawiać? O… o wszystkim? Nawet o tym? – spytałem, jak na siebie, bardzo niepewnie. Wydawał się fajnym facetem, nie wierzyłem, że ktoś taki nie ma rodziny (no, może taka rodzina bardziej zajmowała się forsą, ale przecież niemożliwe, żeby się nie kochali), przyjaciół, dziewczyny… Mimo świadomości, że to głupie, poczułem ukłucie zazdrości. Ten gość musiał mieć wszystko, czego mi brakowało. Próbując ukryć zmieszanie po ostatnim, zapewne znów nie najmądrzejszym pytaniu, ponownie sięgnąłem do kieszeni, odruchowo chcąc wyjąć smartfon. Moja ręka natrafiła na pustkę. Sięgnąłem do kieszeni spodni. Nic. Potem z drugiej strony…
      - Kurwa mać.
      W oddali, między samochodami, zamajaczyły światła autobusu.

      Usuń
  8. [Cześć, wyjeżdżam za granicę i nie będzie mnie do ok. 25 sierpnia. Na wątek odpiszę po powrocie, bo teraz niestety już nie zdążę. ]

    OdpowiedzUsuń
  9. [Złapałam wi-fi na campingu, więc pomyślałam, że odpiszę ;) Trochę się pozmieniało i 18 sierpnia powinnam być już w domu. Ale i tak nie będę czekać i życzę przyjemnego winobrania.]

    Zmieszałem się, uświadomiwszy sobie, że Alexei nawet nie wie, jak się nazywam. W pierwszej chwili zamierzałem po prostu się przedstawić. Dopiero w ostatnim momencie dotarło do mnie, że podawanie kompletnych danych to głupota. Jakkolwiek miły się wydawał, Lebedev był dziennikarzem. Tacy z natury lubią węszyć. Przygryzłem wargę.
    - Daniła – mruknąłem w końcu, coś musiałem przecież powiedzieć. Wsunąłem dłonie w kieszenie dżinsów w obronnym geście. Słysząc radę Alexeia, uśmiechnąłem się odrobinę niepewnie.
    - Więc dla mnie chyba już za późno? – spytałem, dla bezpieczeństwa zabarwiając pytanie nutą lekkiej ironii. – Skoro dałem ci się wciągnąć na… na ten most – głos mi zadrżał, ale mówiłem dalej, udając, że nic takiego nie miało miejsca. Wewnętrznie przeklinałem swoją słabość. Jak taki… takie nic ma tutaj żyć? Albo raczej, jak i po co? Po jaką cholerę on się uparł, żebym nie skakał? Chodziło o tą pocztówkę? Szlag, nawet to mi nie wyszło, nawet zabić się nie umiem.
    Obserwowałem, jak ogląda pocztówkę, jak, najwyraźniej, porównuje ją z tym, co pamiętał, albo czego dowiedział się od owej Soni wcześniej. Spojrzałem w dal, zawieszając wzrok na jakimś nieistniejącym punkcie w przestrzeni chyba tylko po to, by nikt nie mógł zauważyć, że szklą mi się oczy. Ciekawe, jak to jest mieć siostrę.
    Nie wiedzieć czemu, przed oczami stanął mi papierowy samolot Żeni, który uparłem się „nauczyć latać”, mając jakieś dziewięć lat. Uśmiechnąłem się, desperacko mrugając oczami, by nie wypuścić spod rzęs ani jednej łzy. Niemal słyszałem wrzask brata, gdy na naszych oczach efekt jego kilkumiesięcznej pracy wylądował w kałuży na chodniku kilka pięter niżej, oczywiście w kawałkach.
    Z uporem oderwałem się od przeszłości, zanim ta owładnęłaby mną całkowicie. Skupiłem spojrzenie na Alexeiu. Zmarszczyłem lekko brwi.
    - I nie próbowałeś się dowiedzieć, o co jej chodziło? – Sam nigdy nie potrafiłbym ze sobą skończyć, wiedząc, że mam jakieś niedokończone sprawy. Po prostu nie i już, tak się nie robi.
    Zagryzłem wargę, niemal kuląc się pod tym jego ciekawskim spojrzeniem. Nie chciałem, żeby ktokolwiek to rozgrzebywał. Na pewno nie on i… Bo przecież powinienem sobie poradzić sam. Tacy jak ja zawsze są sami, wielkie mi co, inni jakoś sobie radzą. Tylko ja nie mogę. Przecież jak on się dowie o tym całym syfie, to…
    Przełknąłem nerwowo ślinę. Nie odpowiedziałem, nie byłem w stanie. Zresztą, może Alexei nawet tego nie oczekiwał?
    Słysząc następne słowa, już otwierałem usta, by o coś zapytać, ale uciszył mnie przyjazd autobusu. Raz jeszcze sprawdziłem, czy smartfon na pewno nie tkwi w kieszeni. Kurwa, musiał zostać na moście. Byłem na siebie wściekły, skąd ja teraz wezmę telefon? Kupić to i za dwa lata nie dam rady! Zerknąłem na Alexeia, na autobus… Jeśli tam wrócimy, Lebedev jeszcze skoczy. Za nic nie chciałem znów oglądać tego mostu, nie teraz. Zresztą, na dobrą sprawę, po co mi telefon? I tak nie mam do kogo dzwonić. Swoje nagrałem, mniejsza o to gówno.
    - Tak, chodź – zdecydowałem, w ostatniej chwili podbiegając do autobusu. Był taki jak zwykle, głośny i duszny, na tej linii nie jeździły nowe, klimatyzowane niskopodłogowce. W środku, sennie tkwiąc na twardych siedzeniach, jechało może z ośmiu pasażerów. Odruchowo stanąłem blisko drzwi, by w razie czego zdążyć wysiąść, gdyby do autobusu wszedł kontroler. Jak zwykle jechałem bez biletu.
    Uniosłem wzrok, przypominając sobie, co wcześniej mówił Alexei.
    - Wspomniałeś, że jesteś złym dziennikarzem. I że nie wolno ci o tym mówić – zacząłem cicho, prawie szeptem, by moje słowa umknęły uwadze znudzonych pasażerów. Nadal nie miałem pewności, czy dobrze dedukuję, ale wzmianki zaczynały mi się powoli układać w ponurą całość. – Piszesz propagandę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga nie trwała długo. Stosunkowo szybko wyjechaliśmy z zadbanych okolic Newy, zapuszczając się w biedniejsze rejony miasta. Decyzja o tym, gdzie wysiąść, była kwestią chwili, jednego spojrzenia, jednej myśli. Poprowadziłem Alexeia wzdłuż zapuszczonego, szarego blokowiska. Skręciliśmy w ciasną, boczną uliczkę, w której królowała stara zabudowa. Obłażące z tynku, przepastne bramy skrywały jeszcze bardziej obskurne podwórka. Weszliśmy na jedno z nich, mijając jakichś dwóch zapijaczonych dziadów. Pierwszy nawet na nas nie spojrzał, zbyt zajęty flaszką. Drugi łypnął na mnie, po czym otaksował Alexeia uważnym spojrzeniem, jakby rozważał, czy Lebedev ma coś, dla czego warto byłoby dać mu w łeb. Przyśpieszyłem kroku. Żółtą tabliczkę z napisem: „ Zakaz wstępu! Grozi zawaleniem” minąłem, nawet na nią nie patrząc. Podszedłem do zabitych deskami drzwi osypującej się rudery. Zerknąłem do tyłu, towarzystwo z bramy było zajęte swoimi sprawami. Odchyliłem deski, były umocowane tylko po jednej stronie.
      - Wchodź – szepnąłem, przytrzymując próchniejące drewno. – Tylko patrz pod nogi, sporo tam szkła.
      Wsunąłem się do środka tuż za nim, prawie wpadając mu na plecy. Na klatce schodowej panowały egipskie ciemności. Po zapachu wiszącym w ciężkim, nieruchomym powietrzu można było wywnioskować, że coś tu gnije. Odruchowo sięgnąłem do kieszeni po smartfon, by użyć go jako latarki. Sapnąłem poirytowany, gdy ręka natrafiła jedynie na materiał.
      - Na wprost są schody. Uważaj, dokładnie cztery kroki. Trzymaj się ściany, balustrada słabo się trzyma.

      Usuń
  10. [Tak, już wróciłam :) I dziękuję, bawiłam się dobrze. Gdybym nie pojechała na Słowację, nie miałabym pojęcia, że w tamtejszych górach jest aż tak pięknie ;)
    Mam nadzieję, że poniższy odpis nie jest tak beznadziejny, jak chwilami mi się wydaje.]

    Uniosłem jedynie brew. „Nigdy nie jest za późno”. Jeszcze kilka miesięcy temu sam w to uwierzyłem. Spojrzałem na Alexeia, usiłując zrozumieć. Skoro tak uważa, to dlaczego chciał..? A może właśnie już nie wierzy.
    Parsknąłem cicho, nie dowierzając.
    - Niby po co mieliby to robić? Przecież jesteś dorosły. – Nie rozumiałem jego toku myślenia. Którzy starzy chcieliby do tego stopnia zawracać sobie głowę? Zwłaszcza, że ich syn wyglądał na takiego, który świetnie sobie radzi w życiu.
    Wyglądał.
    Ciekawe, czy wszyscy, którzy ostatecznie się zabijają, na takich wyglądają.

    Kiedy na mnie spojrzał, zauważyłem, że prawie wstrzymuje oddech. Przez chwilę szukałem jakiejś rozsądnej przyczyny takiego zachowania, ale przecież nic się nie działo. Musiało faktycznie chodzić… o zapach? Omal nie wywróciłem oczami. Gdzie on się uchował, taki delikates? Zerknąłem w stronę najbliższego okna, przez chwilę rozważając, czy nie spróbować go uchylić. Dałem sobie jednak spokój, w końcu nie będziemy długo jechać.
    Uśmiech po moim pytaniu o propagandę, był ostatnią reakcją, jakiej się spodziewałem. Zmrużyłem lekko oczy, dopiero teraz dostrzegłem, że jego usta mają jakiś taki… ładny kształt. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że gapię się na jego twarz. Gdy się odezwał, serce zabiło mi mocniej, być może z tego samego powodu, z którego poczułem na kręgosłupie chłodne krople potu. Znowu wpakowałeś się w jakieś gówno, Daniła. Przełknąłem ślinę. Zawahałem się. Może jeszcze nie było za późno, żeby się wykręcić? Nawet, jeżeli mnie tylko podpuszcza i… Bezwiednie zacisnąłem rękę, paznokcie wbiły się w wewnętrzną stronę dłoni. Właściwie… Czego ja się boję? Gorzej już nie będzie. Nawet, jeżeli trafiłem na jakiegoś pieprzonego mafiosa, to co z tego? Lada dzień i tak ze sobą skończę. Może przynajmniej raz w moim życiu zdarzy się coś ekscytującego.
    - Może taką, że… przeinaczasz prawdę na czyjąś korzyść..? - zasugerowałem równie cicho. Jeżeli miałem rację, jeżeli naprawdę był w coś zamieszany, to… dlaczego chciał się zabić? Naprawdę chciał? Udawał? Mimowolnie poczułem ciekawość, wzrastającą wraz w ilością domysłów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *
      W przeciwieństwie do Alexeia, stosunkowo pewnie wchodziłem po schodach. Znałem na pamięć każdy stopień, wiedziałem, gdzie można bezpiecznie się przytrzymać, gdzie krawędzi stopni są ukruszone i ile zalega tu pyłu. Jeszcze kilka miesięcy temu wchodziłem tędy prawie codziennie. Poczułem uciążliwą gulę w gardle, gdy pomyślałem o tym, co zastanę na górze. Pokręciłem gwałtownie głową, jakby w złości na samego siebie. Obiecałem, że mu pokażę. Wypuściłem wolno powietrze.
      - Przecież tu się nie da mieszkać, Alexei – stwierdziłem cicho. Zagryzłem wargę. Czy to dlatego? Przymknąłem na chwilę oczy. Dość, naprawdę, dość. Masz coś do zrobienia. Nie możesz mu pozwolić się zabić, on nie zasługuje na taki koniec, kimkolwiek jest. A potem skończysz to wszystko i już nigdy więcej nikt… Odetchnąłem powoli, otwierając oczy. Zauważyłem, że Lebedev jakby traci na pewności siebie. Chciałem się odezwać, powiedzieć coś, ale nie miałem pojęcia, co. Kiedy weszliśmy na ostatnie z czterech pięter, lekko przytrzymałem jego ramię.
      - Zaczekaj chwilę.
      Ostrożnie go wyminąłem i uchyliłem drzwi, dotąd zamknięte jedynie na klamkę. Potrzebowałem chwili, by w całkowitej ciemności odnaleźć włącznik, który zamontował tu Żenia. Wyczuwając wreszcie kanciasty przełącznik, uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust. Wcisnąłem go, za pierwszym razem nie zadziałało, więc spróbowałem mocniej, aż do bólu palców. Przeskoczył. Cichy szum ustawionego na środku akumulatora. Kilka nagich żarówek tkwiących w kloszach z brązowych butelek po piwie rozjarzyło się, powoli wypełniając pomieszczenie światłem. Zasłonięte deskami okna utrudniały orientację w terenie. Z układu ścian dało się wywnioskować, że całość musiała być kiedyś mieszkaniem wielkości przeciętnej kawalerki, której remontu nigdy nie dokończono. Z sufitu, prócz lamp, zwisały samoloty. Kilkanaście papierowych modeli, złożonych tak precyzyjnie, że zasługiwały na miano dzieł sztuki. Dwa Messerschmitty polujące na Liberatora z dywizjonu 303, schodzący do lądowania Iliuszyn, ogromny i całkiem współczesny Boening jedynie wielkością ustępowały oryginałom. Na podłodze, w cieniu skrzydeł, leżał źle pościelony materac i ułożone w nierówny stosik książki: podniszczone podręczniki, parę zeszytów, powieści w najtańszych oprawach. Ceglane ściany pokrywały setki zdjęć. Wyszarpnięte z gazet, wycięte z ulotek albo wydrukowane, wszystkie przedstawiały miejsca na świecie. Rosja, Europa, świat… najwięcej z Ameryki. Dziesięć panoram z widokiem na wieżowce. Ocean. Wzgórze. Ulotka z biura podróży. Osiem ujęć tego samego mostu. Narastająca obsesja, sukcesywnie przyklejana taśmą do nierównej powierzchni. Przeszedłem wolno kilka kroków, wchodząc w głąb pomieszczenia. Zatrzymałem się. Miałem wrażenie, że powietrze w tym miejscu jest żywe, że dotyka mojej skóry i drży pod naporem wspomnień. Skrzywiłem się, miałem nigdy więcej tu nie wrócić. Udając spokój, usiadłem na materacu. Był czysty, podobnie jak podłoga. Zanim wyszedłem stąd ostatnim razem, posprzątałem.
      - Mieszkam na sąsiednim osiedlu – odezwałem się nagle, coś we mnie pękło, słowa wyrwały się na zewnątrz, jak zbyt długo więzione zwierzę. – Ale to tutaj siedzieliśmy z bratem, kiedy… - urwałem, bo głos nagle odmówił mi posłuszeństwa. Utkwiłem wzrok w podłodze, nierówne deski rozmazywały się przez warstwę łez. Pokręciłem gniewnie głową, nie mogę być taki słaby, nie mogę, nie… Przełknąłem płacz. – Tutaj planowaliśmy naszą podróż. Byłem taki głupi. Nic nie rozumiałem. Uwierzyłem, że chodziło mu o prawdziwą drogę – głos mi się łamał, czułem, że nie powinienem mu tego mówić, że to tylko moja sprawa i nikogo to nie obchodzi, ale słowa wysypywały się same, mimowolnie. - Dosłowną. – Objąłem się ramionami, kołysząc się w przód i tył. – Mieliśmy to zrobić jednego dnia. Dopiero teraz to wiem. Bo wtedy jeszcze miałem nadzieję. Gówno wartą nadzieję.

      Usuń
  11. „Przykro mi”.
    Uniosłem wzrok, błądząc spojrzeniem wokół niego. Niedowierzanie na chwilę osuszyło łzy. On brzmiał… szczerze? Albo chciałem słyszeć to w ten sposób. Poczułem nagły dyskomfort, świadomość, że ktoś mi współczuje była… dziwna. Niepokojąca. Inni reagowali obojętnością, ewentualnie pobłażaniem, litością… przed innymi się nie uzewnętrzniałem. Wiedziałem, że nie ma sensu. Nawet moje własne odczucia względem siebie były bliższe pogardzie. Zawahałem się. A jeśli kpi? Nieufnie zerknąłem na jego twarz, szybkie spojrzenie, by nabrać pewności co do najgorszego scenariusza. Ale… nie. Chyba nie. Zamrugałem, strącając z rzęs niechciane krople.
    Lekkie ugięcie się twardego materaca. Poczucie, że ktoś jest obok. Zmarszczyłem brwi, ponownie patrząc w stronę Alexeia. Tym razem dłużej, uważniej. Czego ty chcesz? O co ci chodzi?
    Milczałem przez dłuższą chwilę, nim zebrałem w sobie wystarczająco siły, by mu odpowiedzieć.
    - Niesprawiedliwe..? – prychnąłem szybciej, niż zdążyłem pomyśleć. Zdziwiło mnie, jak bardzo cynicznie to zabrzmiało. Zagryzłem wargę aż do lekkiego bólu. Pochyliłem się, opierając łokcie na kolanach, byle nie musieć patrzeć na Alexeia. – Jakie to ma znaczenie, co jest sprawiedliwe? Kogoś to w dzisiejszych czasach obchodzi? – Umilkłem na moment, wpatrując się w podłogę przed wytartymi czubkami swoich adidasów. – Nikomu nie jestem tu potrzebny. Wszystko schrzaniłem. Zresztą widzisz. Mógłbyś mnie tu zarżnąć i nikogo by to nie obeszło. Chciałem się stąd przynajmniej wyrwać, uciec… żyłem tym przez ostatnie tygodnie, jak debil. I oczywiście wszystko poszło się pieprzyć. Jak zawsze. Gdybym chociaż dla tych pieniędzy nie… Kurna, po co ja ci to mówię! – jęknąłem, bezsilnie chwytając się za włosy, jakbym chciał je sobie wyrwać. Przez krótką, absurdalną chwilę, miałem ochotę powiedzieć mu wszystko, wyrzucić z siebie każdy detal, cały tamten syf… Jakby to mogło pomóc. Gula w gardle uniemożliwiła wypowiedzenie choćby słowa. Nie potrafiłem o tym mówić. Znów drżałem, emocje brały górę. Znów zbliżałem się do tej cienkiej, niebezpiecznej granicy, za którą nie było już chyba nic.
    ”Pytałeś o propagandę”.
    Drgnąłem. Wstydziłem się na niego spojrzeć, wydawał się taki opanowany, a mi znów puściły nerwy, znów się rozryczałem jak kompletny szczyl. Przełknąłem nerwowo ślinę i skinąłem lekko głową. Tak, chciałem wiedzieć, zrozumieć w jakie bagno wdepnął on i w jakie prawdopodobnie wciągnął już mnie.
    Słuchałem, tkwiąc nieruchomo. Dopiero, gdy podło ostatnie zdanie, wlepiłem w niego wzrok, niedowierzając w to, co słyszę.
    - Alexei, ale… to wszystko jest prawda, tak? – wykrztusiłem. – Czy ty… się komuś… postawiłeś? – Znów zagryzłem wargę, prawdopodobnie nie powinienem mu wierzyć, mógł ściemniać, albo… Ale… po co? Po co szedłby na ten most, po co stałby tam, dokładnie tak, jak ja? Odetchnąłem, usiłując zachować spokój. To sobie wybrałeś zadanie… ratowanie gogusia z wyższej klasy średniej. Przełknąłem ślinę, usiłując pozbyć się ucisku w gardle. Mięśnie kręgosłupa napięły się, jakby przeczuwały zbliżające się niebezpieczeństwo. Przeniosłem wzrok na ścianę obok.
    - Ile czasu ci zostało? – spytałem poważnie. Mój głos zabrzmiał obco. Wzdrygnąłem się, gdy wrócił odbitym od ścian echem, niczym niepokojący szept nieznajomych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Mam nadzieję, że wyjazd jest udany ;)
      I... dziękuję. Szczerze mówiąc, pierwszy raz w życiu prowadzę jako postać główną kogoś, kto jest ode mnie młodszy - czasem zdarzało się jakieś dziecko lub nastolatek między pobocznymi, ale nigdy nie musiałam się wczuwać w młodą osobę na tak długo. Tym bardziej cieszę się, że ci się podoba. Bo do tej pory chwilami nie wiem, czy udaje mi się sprostać, w końcu pomysł podsunęłaś dość ambitny.]

      Usuń
  12. Uniosłem nieco głowę, w milczeniu obserwując, jak Alexiej się pochyla, jakby tracił siły. Wyciągnąłem w jego stronę rękę. Łagodnie dotknąłem jego ramienia opuszkami palców i natychmiast cofnąłem dłoń, przytłoczony nadmiarem własnych emocji. Niezrozumiała chęć, by mu pomóc - jemu, całkowicie obcemu człowiekowi - sprawiała, że traciłem resztki pewności siebie.
    Już prawie się postawił.
    Ile razy sam tego próbowałem? Ile razy przyrzekałem sobie, że znajdę inną drogę, że przecież muszą być jakieś możliwości..? Nie zamierzałem nawet próbować oceniać, który z nas miał gorzej. To nie miało sensu; byliśmy zbyt różni. A jednak… patrząc na jego przygarbioną sylwetkę, czułem nieśmiały podziw wobec tego, co robił. Był dziennikarzem. Miał możliwości, które musiał wykorzystywać, musiał robić coś istotnego, skoro ktoś go zwerbował do… no właśnie, do czego? Strach i ekscytacja łączyły się w jedno, skutecznie podnosząc poziom adrenaliny.
    Zmrużyłem oczy, słysząc ile ma czasu… i że nie zamierza się chować. Właśnie czegoś takiego bym się po nim spodziewał. Dotąd, ilekroć prześladowało mnie wspomnienie tajemniczego faceta z pubu, tłumaczyłem sobie, że to dobrze, że nic o nim nie wiem, że fantazjowanie jest lepsze, bo rzeczywistość najpewniej okazałaby się prozaiczna i przez to nudna. Myliłem się. Był dokładnie taki, jaki powinien być, był zagadką, przygodą, powiewem nowego. Wstałem, zamierzając podejść do okna, ale zatrzymałem się po jednym kroku. Odwróciłem się z powrotem w stronę Alexieja.
    - Jeśli się zabijesz, wszystko im ułatwisz - zacząłem powoli, ważąc każde słowo. - Jeden artykuł szybko wyciszą. Jeżeli to tacy ludzie, jacy… - przełknąłem ślinę - ...z jakimi miałem kontakt, mogą mieć bardzo szerokie wpływy. Albo działać na zlecenie takich, którzy je mają.
    Zawahałem się, po raz pierwszy, odkąd moje wszystkie oszczędności zniknęły, świadomie szukając rozwiązania. Zagryzłem wargę. Pomysł tkwił we mnie od dawna, a teraz… teraz znów wypłynął na wierzch, znów stał się realny. Przykucnąłem dokładnie naprzeciw mężczyzny.
    Alexei? - zacząłem, czując, jak zasycha mi w gardle. Co jeśli się nie zgodzi? - Ucieknijmy im. Ucieknijmy… z Rosji. - Zacisnąłem palce na wypchanym na kolanie materiale dżinsów, ale mimo obaw, nie spuściłem wzroku. W moich oczach błyszczała determinacja. - Jeszcze zdążymy. A potem zaczniemy wszystko od nowa.

    OdpowiedzUsuń
  13. Zastygłem w bezruchu, choć nie byłem przerażony. Pomysł nie pojawił się przecież nagle. Od zawsze, odkąd sięgałem pamięcią, chciałem stąd uciec. Jakkolwiek, gdziekolwiek. Pamiętałem, jak dawno temu, jeszcze zanim wszystko do końca się spieprzyło, ciągnąłem matkę za rękaw i pytałem, dlaczego nigdzie się stąd nie ruszamy. Teraz… Alexei na nowo otworzył przede mną zamkniętą perspektywę. Tutaj nie było czego szukać. Nie miałem nic do stracenia. Jeśli nam się nie uda, wrócę na most, albo znajdę inny sposób, żeby wreszcie skończyć to wszystko.
    Jeśli nam się nie uda, prawdopodobnie jego mocodawcy dorwą nas obu.
    Wzrok Alexeia był tak intensywny, że w pierwszym odruchu chciałem uciec spojrzeniem. Przygryzłem wargę. Domyślałem się, że mi odmówi i nie chciałem mu tego ułatwiać. Niech mi to powie prosto w oczy, na tyle chyba zasługuję?
    Powoli wypuściłem z płuc nadmiar powietrza. Na początku chciałem tylko zerknąć, jaki ma kolor oczu. Mimowolnie przesunąłem spojrzeniem po zawiniętym kosmyku białych włosów, rzęsach i krzywiźnie nosa...nie byłem pewien kiedy przyjrzałem się jego ustom. Poczułem falę ciepłego poczucia winy, spływającego po karku w dół, na ramiona. Uciekłem wzrokiem, niefortunnie wprost na jego barki.

    – “Naprawdę chcesz uciec? Ze mną?”
    Otwierałem już usta, by dać wyraz swojej irytacji. Tak, z nim. Tak, przez chwilę naprawdę byłem tak głupi, żeby pomyśleć, że on się na to zgodzi…
    ...ale wtedy znów się odezwał. Otworzyłem szerzej oczy ze zdumienia. Kolejne słowa docierały coraz jaśniej. “Chcę z tobą uciec”. Potrzebowałem chwili, by w to uwierzyć. Czułem, jak moje usta powoli rozciągają się w wariackim uśmiechu, a mięśnie po raz pierwszy od dawna rozluźniają się, zamiast tężeć.
    Nie żartował.
    Chyba nie żartował.
    Nie myślałem. Nie zastanawiałem się. Po prostu zarzuciłem mu ręce na szyję i mocno uściskałem. Dziękuję ci, dziękuję, dziękuję..! Minęła chwila, nim dotarło do mnie, co najlepszego zrobiłem. Zażenowany, puściłem go, odsuwając się kawałek, niepewny, co dalej. Uciec, czy zostać?
    Splotłem nerwowo palce, omiatając wzrokiem nasze buty.
    - Alexei, ty…. ja… - Wysłów się wreszcie, tłumoku! Przełknąłem ślinę. - Ja nie pracuję dla nikogo. Znaczy… miałem kontakt… z różnymi… ludźmi. Ale nikt mnie nie wysłał. Przysięgam ci, że nie. Nie wiem, jak ci to udowodnić. - Myśl, że ten facet chce mi wierzyć, że siedzimy tu razem, że w ogóle tu jest, była wręcz nieprawdopodobna. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak niewiele brakowało. Początkowo przecież miałem nie nagrywać wideo. Mogłem skoczyć od razu. Nie odpowiadać mu. Nie wahać się.. i w tej chwili po prostu by mnie nie było. Nigdy bym go nie poznał. Nigdy nie uwierzyłbym po raz drugi, że stąd da się wyjechać. Tak normalnie, nie w przenośni. Błądziłem spojrzeniem po ścianie. Nagłe pragnienie, by mu podziękować, umknęło przytłoczone falą wstydu za to, co chciałem zrobić, za własną beznadziejność.
    Widziałem, jak na usta Alexeia występuje lekki uśmiech. To było zbyt zaraźliwe. Odwzajemniłem go, mimo ponurych myśli.
    - Więc to zróbmy. - Wsunąłem kciuki w kieszenie dżinsów. Wstałem i przeszedłem się dwa kroki. Zmarszczyłem brwi. - Masz wystarczająco pieniędzy, żeby kupić bilet na samolot? Najlepiej na lot z przesiadką za granicą. Gdybyś zostawił po sobie taki ślad, zdążylibyśmy uciec dość daleko, zanim sprawdziliby, że jednak tam nie poleciałeś. Ani że nie nawiałeś przy przesiadce. - Mój uśmiech nabrał przekory. Nie wiedziałem, co konkretnie kazali Alexeiowi robić jego zwierzchnicy, ale i tak miałem ogromną chęć, by zrobić ich w chuja. Dla czystej satysfakcji.

    OdpowiedzUsuń
  14. W miarę, jak go słuchałem, w mojej głowie zarysowywał się szalony plan. Mogliśmy im uciec. To było realne. Alexei kupi bilet na lot z przesiadką. Zostawi tym samym fałszywy trop. O tym, że jesteśmy jakkolwiek powiązani (a jesteśmy? Oczywiście, nie jesteśmy, chodzi tylko o to, że razem planujemy ucieczkę, sprostowałem w myślach) nikt nie wie. Wątpiłem w to, żeby ktokolwiek chciał mnie szukać. Matka przez kilka dni pewnie nawet nie zauważy, że mnie nie ma, bywało już przecież, że nie wracałem na noc. Nigdy nie wysłała mi nawet smsa. Kłopotu w postaci szkoły też już na szczęście nie miałem. Nic mnie tu nie trzymało. Najważniejsze, żeby Alexeia nikt nie ścigał, albo, przynajmniej, żeby być od nich szybszym. Żeby nie wiedzieli, dokąd się udamy... żeby...
    Pomysł przyszedł nagle.
    Nie będą mogli przewidzieć, dokąd się udamy, jeśli sami nie będziemy tego wiedzieć.
    Spojrzałem na niego z błyskiem ekscytacji w oczach.
    - Nie planujmy tego - przypuszczałem, że muszę brzmieć w tej chwili jak szaleniec, ale... może wszyscy jesteśmy trochę szaleni? Może właśnie na tym to polega, że dopóki nie uświadomisz sobie, że coś jest głupie, faktycznie takie nie jest? - Wyrwijmy się gdzieś na zachód, zobaczymy gdzie. Jeśli umiesz prowadzić, możemy pojechać samochodem. A jak nie, to... to stopem. Załatwię to, słowo! Zostaniemy tam, gdzie się będzie lepiej. Albo będziemy podróżować - wyrzucałem z siebie na jednym wdechu. Dopiero, gdy słowa padały na głos, uświadamiałem sobie, jak bardzo tego chcę, właśnie w taki sposób. Oczyma wyobraźni już widziałem otwierającą się przed nami, biegnącą po horyzont drogę. Mogliśmy pójść wszędzie i zrobić wszystko.
    Widziałem zmianę na twarzy Alexeia, to napięcie, gdy ustawiał coś w telefonie. Miałem ochotę mu bezczelnie zajrzeć przez ramię, już robiłem krok w jego stronę, gdy skończył i nagle się podniósł. Wcześniejszy entuzjazm zamarł na mojej twarzy, gdy mózg zarejestrował ruch, po którym nie było wiadomo, czego się spodziewać. Słuchałem uważnie, gdzieś z tyłu głowy przelatywały niepokojące myśli. A co jeśli jednak mnie oszukiwał? Nie wiedziałem wprawdzie, po co miałby to robić, ale...
    ...nie, na pewno mnie nie oszukuje, to byłoby bez sensu.
    Kiwnąłem głową, udając całkowity spokój. Było parę osób, które mi groziły. Zdarzało się, że dostawałem w pysk albo spieprzałem przed kimś, kto nie miałby oporów przed wypatroszeniem mnie nożem, byle dostać dwie gaże, zamiast jednej. Nie bałem się. Być może gdybym miał coś do stracenia, myślałbym inaczej.
    Nie uchwyciłem momentu, w którym znalazł się tak blisko. Spojrzałem na niego nieufnie, wahając się przed asekuracyjnym krokiem w tył. Ten dotyk był zbyt nagły... ale przecież nie robił mi żadnej krzywdy. Sam rzuciłem mu się wcześniej na szyję, więc... chyba... miał prawo mnie dotykać?
    - A... jesteś w stanie to załatwić? Tą tożsamość? - spytałem cicho. Ta pewna dłoń grzejąca moje ramię mnie rozpraszała. Zagryzłem wargę, nagle nie wiedząc, co począć z rękami. - Bo... - zawahałem się tylko przez ułamek sekundy, zaledwie moment, który wystarczył na to, by pół życia przesunęło mi się przed oczami. A zwłaszcza ostatnie lata. - ...ja jestem zdecydowany. Nie musisz mnie zniechęcać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słowa, który padły później, sprawiły, że w pierwszej chwili nie poczułem wzmocnienia uścisku. Zamrugałem szybko, całkowicie zaskoczony, jakby mi nagle przyłożył. Szarpnąłem się lekko w tył, zadziałał chyba odruch, ale chwyt był na tyle mocny, że jedynie się zachwiałem. Słyszałem już podobne frazy, oczywiście inaczej sformułowane, ale i tak poczułem się, jakby mi coś odebrano. Otworzyłem usta i natychmiast je zamknąłem. Przecież nie przyszedłby na ten most, nie udawałby że też chce skoczyć, tylko po to, żeby... Chyba nie rozmawiałby ze mną... znaczy, rozmawiałby, ale inaczej. I... no... on był przynajmniej miły. Uczepiłem się następnych zdań, przekonując sam siebie, że odebrałem wszystko na opak. Wyprostowałem się, przecież nie mogę stać przed tym facetem jak jakaś niewydarzona sierota. Co ma być, to będzie. Chciałem się stąd wyrwać, tak? Innej szansy nie dostanę. Wziąłem długi, uspokajający wdech i uniosłem wzrok. Widok jego zmęczonych, ale przepełnionych determinacją oczu obudził specyficzne ciepło, jakie niosły ze sobą niektóre wspomnienia. Właściwie...
      - Okej - wolałem to powiedzieć, zanim stchórzę. Mimo to, odezwało się we mnie poczucie winy. To prawda, że i tak miałem wszystko zostawić, ale... ostatecznie... przecież jednak zdarzało się, że matka pytała, gdzie byłem. Bywała przy tym potwornie niemiła... ale... ona jest przecież chora, nałóg to choroba. Jakbym zaczął ćpać albo coś, też nie zachowywałbym się normalnie.
      Pomyślałem o tym, że nie zostawiłem jej nawet kartki. Na pewno wydała wszystkie pieniądze, do zasiłku jeszcze dwa tygodnie, a w lodówce przecież pusto. Jak wytrzeźwieje, nawet nie będzie miała co zjeść. Uświadamiając sobie to, poczułem przytłaczający wstyd. Uciekłem spojrzeniem w bok, potem na czubki własnych adidasów.
      - Podaj mi swój adres, Alexei. Muszę załatwić jeszcze kilka spraw... a potem do ciebie przyjdę. Jutro po południu, dobrze? Obiecuję.

      Usuń
  15. Zauważyłem zmianę na jego twarzy. Nie mogłem wiedzieć, jakie myśli przelatują mu przez głowę, ale emanujące z niego rozczarowanie a potem chyba… strach? Obawy? Irytacja? Mieszanina powyższych? Wszystko to było na tyle silne, że poczułem się winny swojego wahania. Ten człowiek jest moją szansą, darem od losu, dzięki niemu mogę się stąd wyrwać, a ja nie potrafię się nawet zdobyć na odwagę, by to przyjąć. Jesteś głupim tchórzem, Daniła. Zanim uwierzyłeś, że istnieje dla ciebie cokolwiek poza Petersburgiem, byłeś gotowy marzyć o kimś takim, czegokolwiek by nie chciał.
    Wypuściłem powoli powietrze z płuc. Słysząc odpowiedź, aż uśmiechnąłem się lekko, tak bardzo pasowało to do obrazu, jaki dawniej sobie wytworzyłem. Co prawda zaskoczyło mnie, że nie ma własnego auta, przecież każdy dziany gość miał auto… ale to było w sumie logiczne. Skoro nie musi codziennie dojeżdżać do pracy (tacy jak on na pewno nie muszą), przy jednorazowej podróży nie opłaca się stać w korkach. Mimowolnie wyobraziłem go sobie za kierownicą jakiegoś typowo zachodniego modelu. To nie było trudne, pasował tam.
    A jednak, to drżenie głosu…
    Powiodłem wzrokiem za jego dłonią. Wygląd notatnika mnie zaskoczył. To był element, który w jakiś sposób nie pasował do całokształtu, kazał spojrzeć na Alexeia inaczej, bardziej jak na dziennikarza, w takim… nostalgiczno-romantycznym świetle. Zmarszczyłem lekko brwi, zaskoczony określeniami, jakie przyszły mi do głowy. Słysząc nagłe wyznanie, uniosłem na niego wzrok. Zagryzłem dolną wargę, uwalniając ją spod naporu zębów dopiero, gdy poczułem lekki ból. Znów nie wiedziałem, jak się zachować. Lebedev wywoływał we mnie sprzeczne emocje, w jednej chwili chciałem go wspierać, w następnej podziwiałem albo rozważałem ucieczkę. Spuściłem wzrok, wprost na spisywany jego ręką tekst. Drgnąłem. Zaufał mi. Mogłem wyjść i wrócić. Tak po prostu. Normalnie. Przyjąłem kartkę, szybko urywając przypadkowe zetknięcie dłoni. Schowałem ją do kieszeni, na samo dno, jak coś, czego absolutnie nie wolno zgubić.
    - Nie rozmyślę się. - Odpowiedź wyszła dziwnie zdławiona. Ile razy mówiłem już coś takiego? Zacisnąłem zęby. To nie ma znaczenia. Tym razem będzie dobrze. Cokolwiek miałoby się wydarzyć. - Obiecuję, że do ciebie przyjdę. - powtórzyłem głośniej, wkładając w to więcej pewności siebie. Wsunąłem ręce do kieszeni spodni.
    Na dźwięk jego głosu, w pierwszej chwili uśmiechnąłem się ledwo zauważalnie, nawet sobie tego nie uświadamiając. A potem dotarło do mnie, o co pyta. Pokręciłem gwałtownie głową, spinając się wyraźnie. Nie chciałem niczyjej łaski. Wiedziałem, że jestem żałosny w tym, kim jestem i co robię, nawet w tym, co próbowałem zrobić. To było wystarczające upokorzenie. Nie zniósłbym więcej. Otwierałem już usta, by grzecznie odmówić, ale wtedy odezwał się ponownie. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem, które natychmiast przeszło w złość.
    - Nie potrzebuję żadnego litowania się nade mną - warknąłem, tracąc nad sobą panowanie. Chciałem mu wierzyć, jak niczego innego pragnąłem, żeby to wszystko było naprawdę takie piękne, jak mówił, żeby to była prawda… i chyba właśnie to wzbudzało największy gniew, na siebie, na niego, na sytuację. - Sądzisz, że nie potrafię przejść kilku przystanków? - wypuściłem powietrze z płuc. Przegiąłeś, Daniła. Teraz albo się na ciebie wkurzy, albo… Na pewno się wkurzy. Jak zwykle wszystko schrzaniłeś. Mogłeś wziąć te cholerne pieniądze, przecież nie sprawdziłby, jak wracasz. I miałbyś z czego kupić coś dla matki, zawsze to więcej, niż twoje marne grosze. Idiota. Ciężki idiota. Splotłem nerwowo palce, bo zrobiło mi się straszliwie głupio. Może faktycznie nie miał nic złego na myśli? Przez cały ten czas wydawał się bardzo w porządku… Po jaką cholerę byłem dla niego niemiły?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spuściłem głowę, nie mając pojęcia, co powinienem zrobić. Przeprosić? Udać, że nic się nie stało? Wziąłem głębszy wdech.
      - Alexei..? - zacząłem szeptem, nie potrafiąc zdobyć się na głośniejsze słowa. Zmusiłem się, by na niego spojrzeć, odnaleźć spojrzenie jego oczu i nie uciec. - Nawet, gdybyś czegoś chciał, to też byłoby w porządku. - Rozejrzałem się po pomieszczeniu, żeby nie widzieć jego reakcji, trochę tak, jakbym sprawdzał, czy nie zostawiłem niczego, co koniecznie powinienem zabrać. Zmarszczyłem brwi, uświadamiając sobie coś. Nie zadzwonię. Nie mogę, zgubiłem telefon. Bałem się mu to powiedzieć, znając życie uznałby to za kolejną wymówkę. Po czymś takim na pewno pojechałby sam… Albo zrobił coś głupiego. Ta myśl wywołała dziwaczny dyskomfort.
      - Jeśli mi się uda, przyjdę wcześniej - zapewniłem nagle. - Postaram się. Tylko na mnie zaczekaj. Proszę.

      Usuń
  16. Przez kilka minut stałem pod drzwiami mieszkania, chcąc jeszcze przez chwilę utrzymać wspomnienie rozmowy sprzed niecałych dwóch godzin.
    To wszystko jest naprawdę.
    Nacisnąłem klamkę, mocniej i zdecydowaniej, niż zwykle. Drzwi były otwarte, choc klucz tkwił w zamku po ich wewnętrznej stronie. Było ciemno, ale grała telewizja. Nie zapalając światła zdjąłem buty i niezakładając kapci, by nimi nie szurać, przemknąłem się do kuchni. Sprawdziłem, czego brakuje w lodówce. Na szybko wepchnąłem w siebie jakąś najmniej suchą bułkę.
    Mama już wróciła, spała na nigdy nieskładanej wersalce. Po cichu przeszedłem obok, wyłączyłem telewizor i zniknąłem w swoim pokoju. Zamknąłem drzwi i zapaliłem światło. Po raz pierwszy od dawna tak silnie uderzyła mnie beznadzieja tego miejsca. Nawet biurko było obdrapane. Ze złości kopnąłem stojący przy drzwiach kosz na śmieci. Przewrócił się, ale nie miało się z niego co wysypać, w swoim czasie wszystko wyniosłem. Spojrzałem na wiszącą nad starym, stacjonarnym komputerem półkę i tkwiące na niej zdjęcie w ramce, położone tak, by nie było widać obrazu. Wszystko jest do dupy. Wolno podszedłem do półki i postawiłem zdjęcie. Uśmiechnąłem się do roziskrzonych oczu Żeni, z zażenowaniem omijając wzrokiem sylwetkę dwa lata młodszego siebie, którego zamknął w braterskim uścisku na sekundę przed błyskiem obiektywu. Zamrugałem szybko, usiłując nadal czuć, że on jest gdzieś obok, i jednocześnie się nie mazać. Nie możesz żyć przeszłością. Rozejrzałem się po całym tym burdelu, próbując jednoznacznie określić, co przyda mi się w moim przyszłym życiu. Zanim matka się obudzi, minie parę godzin. Potem najlepiej będzie spierniczyć z domu, bo skoro wróciła jeszcze dzisiaj, kac nie sprawi, że odpuści mi, że czegoś nie zrobiłem. Wręcz przeciwnie.
    Wyciągnąłem spod łóżka plecak i zacząłem wrzucać do niego rzeczy. Wygrzebałem z szafy starą pałatkę, której Żenia jakimś cudem po zakończeniu służby nie zwrócił do wojskowego magazynu i również upchnąłem ją, gdzie trzeba. A nuż się przyda.

    Godzinę później usiadłem do komputera, chcąc po raz ostatni sprawdzić pocztę i parę najbardziej ulubionych stron. Bez większego zainteresowania przejrzałem powiadomienia na Facebooku i skasowałem swoje konto na Vkontakte*. Sprawdziłem pocztę i skrzywiłem się, widząc trzy nowe maile od tego samego nadawcy. Zawahałem się. Zagryzłem wargę, ale przemogłem się i otworzyłem ostatni. Namolny i wulgarny. Przez chwilę patrzyłem na długi na niespełna wers tekst i zastanawiałem się, co mam zrobić. Odpisać? Olać?
    A potem przypomniałem sobie determinację Alexeia, by zacząć wszystko od nowa. On się postawił, był odważny, potrafił. A ja?
    Uświadomiłem sobie, że wiem wystarczająco, by udupić żałosnego frajera, który mnie nękał. Wiedziałem jak się nazywała jego żona. Była osobą publiczną, znalezienie jej adresu to żaden problem. Wiedziałem, że walczy z nim o prawo do wychowania dzieci, że są w trakcie rozwodu. Sam się podłożył. Poczułem pulsującą w skroniach adrenalinę. Mogę to zrobić, mogę udupić jego i podobnych. Z mięśniami napiętymi jak postronki zrobiłem screeny wszystkich wiadomości, jego i moich. Ułożenie treści maila tak, by ta kobieta mnie zrozumiała i, na tyle, ile się dało, poczuła, że jestem w tym wszystkim po jej stronie, zajęło mi czas do rana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy wymykałem się z domu, miałem poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu. Byłem pewien, że matka w swoim czasie znajdzie list ode mnie. Wcześniej poszedłem do sklepu i kupiłem zapas jedzenia i opakowanie leku łagodzącego kaca. Nie miałem siły się łudzić, że ona kiedyś skończy pić.
      Idąc przez podwórko, cały czas powtarzałem adres z ukrytej w kieszeni spodni kartki. Szedłem prosto w tamtą stronę, wiedziałem tylko, że dochodzi siódma i że świat o tej porze jest piękny.
      Być może przez to rozmarzenie nie usłyszałem w porę, że ktoś zachodzi mi drogę od tyłu i nie zdążyłem zareagować, kiedy po raz pierwszy dostałem w pysk. Pamiętałem tylko tyle, że do końca się szarpałem, kopałem i gryzłem, ale z trzema facetami o posturze więziennych byków nie miałem żadnych szans.

      Kiedy ocknąłem się na bruku za jakimś kontenerem, zdziwiłem się, że jeszcze żyję. Minęło kilka minut, nim dotarło do mnie, co się stało. Chwilę niedowierzania, że nikt nie zauważył, co się dzieje, że nikt nie zareagował, przysłonił obezwładniający, docierający do mnie z każdą chwilą bardziej ból. Poruszyłem się, usiłując wstać. Zakrztusiłem się. Zacząłem kaszleć, odruchowo przykładając ręce do twarzy. Krew. Od cholery krwi. Zakląłem. Wymacałem nos. Kurwa, złamany? Bo krew leciała z niego. Zmusiłem się, by usiąść. Świat zachwiał się w posadach. Pochyliłem się, po prostu czekając, aż to przejdzie, albo aż wykrwawię się w cholerę, bo innej opcji chyba nie było, nawet nie bardzo wiedziałem, co w takiej sytuacji robić. Ostrożnie dotknąłem piekącej dolnej wargi. Rozcięta i spuchnięta, zęby chyba miałem wszystkie. Oko podbite… Na tyle się zdało twoje wielkie stawianie się. Wstałem, opierając się o kontener. Od nagłego bólu w żebrach zakręciło mi się w głowie. Wyrzuciłem z siebie długą, bezsilną, mocno bełkotliwą wiązankę bluzgów. Obok przeszła jakaś starsza kobieta, na dźwięk mojego głosu przyśpieszyła kroku, chyba uznała mnie za pijaka. Stęknąłem bezradnie, szukając swoich rzeczy. Plecak był, ktoś w nim grzebał, części rozwłóczonych rzeczy nie udało mi się znaleźć. Upadłem na kolana, targnięty falą mdłości. Zarzygałem chodnik, a potem rozpłakałem się z bezsilności.
      Nie wiedziałem, ile minęło czasu.
      Krew wreszcie przestała kapać. Nie miałem pojęcia, co teraz, co robić, co dalej. Czułem się jak zszargany śmieć, każdy cios odżywał w mojej pamięci, każde przeciągnięcie po bruku i upadek odzywało się nową porcją bólu. Bezwiednie sięgnąłem do kieszeni spodni. Natrafiłem palcami na wciśniętą weń kartkę. Wyjąłem ją, spojrzałem na adres… i rozpłakałem się znowu, mając wrażenie, że słyszę jego cholerny głos. I ja mam tam iść? Właśnie ja?
      A potem uświadomiłem sobie, że już po wszystkim, że zamknąłem za sobą ostatnią ścieżkę i nie mam dokąd pójść, bo w domu matka po pierwsze nie może mnie tak zobaczyć, a po drugie pewnie już przeczytała moją kartkę. W szkole, do której chodziłem jeszcze te pół roku temu nikt mi przecież nie pomoże, tam też nie ma po co iść. Na dworcu ktoś mnie na pewno rozpozna, za często tam wystawałem. Na policję przecież nie pójdę, to takie same albo większe chuje, jak tamci. Dotarło do mnie, że w całym tym mieście istnieją dla mnie tylko dwie drogi: ta na most, a raczej w przepaść, w którą można było z niego skoczyć, albo pod adres zapisany na kartce. Znalazłem w kieszeni jakąś chustkę i wytarłem krew z twarzy, przynajmniej trochę. Wstałem chwiejnie. Rozejrzałem się po przestrzeni, której nie znałem. Gdzieś mnie wywlekli, ale to nie mogło być bardzo daleko…
      Drżąc na całym ciele, poszedłem w kierunku jedynego domu, w jakim może jeszcze mogłem się pojawić. Czułem się jak wracający z podkulonym ogonem pies, ale wspomnienie jego uśmiechu, uśmiechu do mnie, a nie ze mnie pomagało iść naprzód.

      Usuń
    2. Kiedy dotarłem pod właściwy budynek, krew znowu zaczęła kapać, na szczęście mniej, niż wcześniej. Zatrzymałem się bezradnie przed domofonem. Nie miałem odwagi, żeby zadzwonić. Usłyszałem kroki. Jakaś kobieta w eleganckich szpilkach szła w moją stronę. Skuliłem się, licząc, że kaptur luźnej bluzy ukryje moją twarz na tyle, by niczego nie zauważyła. Czułem na sobie czujne spojrzenie, ale wystukała na domofonie jakiś kod i minęła mnie bez słowa. Odetchnąłem z ulgą, wślizgując się na klatkę schodowa tuż za nią. Odwróciła się akurat w momencie, gdy bezskutecznie próbowałem ogarnąć kapiącą krew.
      - Matko Boska - wyczułem na sobie przerażone spojrzenie. Zatrzymała się ten niefortunny metr ode mnie. - Potrzebujesz pomocy? Mam wezwać pogotowie?
      Pokręciłem głową.
      - Dzieciaku, przecież ty się ledwo na nogach trzymasz!
      Kazałem jej spierdalać. Minąłem ją, zupełnie zszokowaną, bojąc się wypowiedzieć słowo, bo może naprawdę gdzieś zadzwoni i jeszcze zamkną mnie w szpitalu z mnóstwem jakichś ludzi. Będą zadawać durne pytania i się gapić, jakby to mogło w czymkolwiek pomóc.
      Chwiejąc się, dowlokłem się do windy. Wybrałem piętro na czuja. Gdy drzwi się rozsunęły, potrzebowałem chwili, by puścić się ściany. Przytykając do nosa chustkę, z której zaczynało już kapać czerwienią, odnalazłem właściwe drzwi. Usiłowałem ustać bez podpierania się o cokolwiek, nie chciałem kolejnego upokorzenia, kolejnej porcji litości, ale nie byłem w stanie stać o własnych siłach. Nogi się pode mną uginały, skopany żołądek znów zaciskał się w supeł. Czując lodowaty dreszcz strachu, spływający po kręgosłupie, wcisnąłem dzwonek. Kiedy po raz kolejny pociemniało mi w oczach, a świat niebezpiecznie się zachwiał, zauważyłem tylko ruch uchylających się drzwi. Przełknąłem ślinę.
      - A-Alexei? - ochrypły szept, który z siebie wydałem brzmiał obco, jak nie ja. - Pomóż mi - wyjąkałem, nadal trzymając w ręce tę głupią kartkę. - Nie mam dokąd pójść, pomóż mi.

      ____________________________________________
      * rosyjski portal społecznościowy, coś między Facebookiem a Instagramem.

      Usuń
  17. To wszystko działo się zbyt szybko, słyszałem go jak przez grubą warstwę waty. W pierwszym odruchu próbowałem samodzielnie iść, ale niemal natychmiast ugięły się pode mną nogi i prawie bezwładnie oparłem się o Alexeia, pozwalając mu się prowadzić, dokąd chciał. Nie miałem siły na jakikolwiek sprzeciw, właściwie na nic. Świat chwiał mi się przed oczami, ledwie rejestrowałem to, co działo się dookoła. Było mi wszystko jedno, chciałem gdzieś usiąść, skulić się, upaść na podłogę i już z niej nie wstać, nie budzić się, dopóki nie przestanie boleć. W którymś momencie, na wpół świadomie, chwyciłem przegub jego ręki, szukając jakiegokolwiek dodatkowego oparcia. Bałem się, że znowu zakręci mi się w głowie i wyłożę się tu przed nim jak długi. Usiadłem, właściwie upadłem na kanapę, wydając z siebie mimowolny, zduszony jęk. Nie zdawałem sobie sprawy, jak mocno zacisnąłem palce na jego ręce, zbyt skupiony byłem nad powstrzymywaniem napływających do oczu łez. Nie maż się, idioto, nie ciebie jednego pobili. Sam się prosiłeś. Wypuściłem powoli powietrze, spomiędzy obitych warg uleciał cichutki świst.
    Słysząc słowa, dziwne słowa, które nagle padły, poczułem trudny do sprecyzowania ucisk gdzieś w dołku. Próbowałem coś powiedzieć, ale zakrztusiłem się krwią. Zakląłem niewyraźnie, dając upust frustracji. Otarłem twarz rękawem i uniosłem wzrok na Alexeia, dokładnie w chwili, gdy znów się odezwał. Poczułem się idiotą. Tak bardzo, jak jeszcze nigdy w życiu, zapragnąłem zniknąć, schować się, ostatecznie nawet i pod tą kanapę. Przełknąłem nerwowo ślinę, desperacko usiłując się skupić, zebrać ten łomoczący w głowie chaos, i odpowiedzieć cokolwiek rozsądnego.
    - N-nie wiem. - zabrzmiało słabo, beznadziejnie słabo. - Chyba nie. Doszedłem tutaj... więc chyba... Nie - wyjąkałem. Przytrzymałem go, jeszcze przez chwilę, nieprzemyślanie.
    - Nie dzwoń nigdzie. Proszę. Nie dzwoń. - Gorączkowa prośba padła szybciej, niż zdążyłem ją przyoblec w fałszywą pewność siebie. Zamiast niej wybrzmiał strach. Jeśli kogokolwiek wezwie, zaczną mi zadawać pytania. Będą chcieli wiedzieć kto, dlaczego… dojdą, skąd znam tamtego skurwiela. Dojdą, muszą dojść, przecież to prawie oczywiste. Puściłem Alexeia, odsunąłem się, gotowy uciec o kolejne centymetry. Zsunąłem się po oparciu do pozycji na boku. Skuliłem się, podciągnąłem kolana pod brodę, zamierając w pozycji, która dawała złudne poczucie bezpieczeństwa. Potrzebowałem chwili… chwili… potem się ogarnę i… Zadrżałem niekontrolowanie, emocji było zbyt wiele.
    - Alexei..? - szepnąłem, było mi głupio, potwornie głupio, ale nie chciałem, żeby mnie zostawił. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć, ból utrudniał racjonalne myślenie. Przymknąłem zmęczone powieki, chciałem tylko odpocząć, tylko chwilę...
    Nie miałem pojęcia, kiedy odleciałem.
    Dla mnie to był moment. W jednej chwili leżałem z twarzą wtuloną w kanapę, własnym przedramieniem odgradzając się od świata, w następnej otworzyłem oczy, w które natychmiast poraziło mnie światło. Nagły atak paniki sprawił, że serce mało nie wyskoczyło mi z piersi. Biło rozpaczliwie, boleśnie. Gdzie ja jestem? Co się stało?! Zrozumienie przyszło wraz z jego głosem. Alexei. Jego dom. Mieliśmy uciekać. Nabrałem na tyle odwagi, by znów otworzyć oczy i poszukać znajomej sylwetki.

    OdpowiedzUsuń
  18. Zmarszczyłem brwi, uświadomiwszy sobie, co powiedział. To było dziwne uczucie, usłyszeć w czyimś głosie ulgę, po tym, jak się mu narobiło kłopotów. Po raz pierwszy, odkąd pamiętałem, usłyszałem coś, co brzmiało jak troska, jakby ktoś dbał o mnie. Gdybyś mu tu zdechł, miałby jeszcze większe kłopoty, więc się, durniu, nie ciesz, pomyślałem zaraz. Pozytywny nastrój przygasł, ustępując czemuś, co jednak nadal nie było zwykłą beznadzieją. Chciałem usiąść, bo ból wydawał się odrobinę mniej dotkliwy, ale jego solidna dawka, gdy napiąłem mięśnie w boku i kategorycznie brzmiący głos Alexeia sprawiły, że zrezygnowałem i tylko oparłem się na łokciu, żeby nie leżeć tu jak zupełna niedojda. Kiedy uklęknął obok, zerknąłem podejrzliwie najpierw na niego, potem na rzeczy, które odłożył. Na tych ostatnich skupiłem się nieco dłużej, to było łatwiejsze, zwłaszcza, że czułem na sobie uważny, wzbudzający wręcz zażenowanie wzrok. A może mi się tylko wydawało? Jak zwykle chciałbyś zabrać dla siebie całą uwagę.
    Słysząc pytanie, kiwnąłem głową, wspomnienia sprzed kilkudziesięciu minut (a może kilku godzin? tego nie byłem pewien) wydawały się dość wyraźne. Gdybym lepiej rysował, mógłbym pokazać mu nawet twarze napastników. Całe zdarzenie jawiło mi się nadal jako trochę odrealnione, trudno było mi uwierzyć, że to wszystko, począwszy od spotkania na moście aż po obecną chwilę nie jest jakimś dziwacznym snem. Powstrzymałem nagłe pragnienie uszczypnięcia się. Nawet, jeśli to tylko złudzenie, niech trwa jak najdłużej.
    - Jest już lepiej - zapełniłem cicho, chcąc go jakoś uspokoić. W rzeczywistości wszystko nadal bolało jak cholera, najchętniej nawtykałbym się jakiś proszków, żeby choć na trochę przeszło, do tego czułem się zszargany jak jakiś śmieć, ale poza tym chyba wszystko było w porządku, wolałem, żeby Alexei nie panikował. Dość ju miał przeze mnie kłopotów. - Na prawdę nigdzie nie dzwoniłeś? - musiałem się upewnić, wolałbym zdechnąć, niż tłumaczyć się z tego wszystkiego jakimś wiedzącym lepiej dorosłym. Wydawało im się, że pomagają, a robili jeszcze większy kłopot… Tacy zawsze uważają się za mądrych i dobrych, mają przecież te parędziesiąt lat więcej, a naprawdę sami sobie nie radzą, nawet z własnym życiem, pracą rodziną.
    Milczałem przez dłuższy moment, niepewny, czy powinienem w ogóle się odzywać. Teraz nurtowała mnie przede wszystkim jedna kwestia, musiałem to wiedzieć, zresztą to pomogłoby ustalić, czy faktycznie oberwałem za to, co wysłałem w mailu, czy może sprawa wyglądała jeszcze gorzej, niż myślałem na początku.
    - Czy od wczoraj nikt się do ciebie nie czepiał? Miałeś spokój? - Zabrzmiało zupełnie nie tak, jak chciałem. Skrzywiłem się, zmuszając obolałe ciało, by usiadło. Weź się w garść, Daniła. Weź się do diabła w garść.

    OdpowiedzUsuń
  19. - Dzięki – szepnąłem niewyraźnie. W moim zmęczonym głosie wyraźnie słychać było ulgę, że przynajmniej to jedno poszło tak, jak powinno, że posłuchał. Możliwe, że byłem w tym momencie straszliwie naiwny, ale z jakiegoś powodu mu ufałem. Przygryzłem wargę, myśląc o tym jego znajomym i wszystkich rzeczach, których potrzebowaliśmy do ucieczki.
    - Nie wiem, czy to w czymś pomoże, ale mam w plecaku legitymację, taką ze szkoły. Jest na niej zdjęcie sprzed dwóch lat, takie jakich wymagają teraz do dowodu. Gdyby je odkleić, może twój znajomy mógłby je wykorzystać. Wyglądałoby chyba wiarygodniej, niż takie zupełnie aktualne? – nie miałem pojęcia, czy mój pomysł jakkolwiek trzyma się kupy, o fałszowaniu papierów wiedziałem tyle, ile zobaczyłem w filmach. Podejrzewałem, że jeżeli nawet tamte strategie nie były wyłącznie wymysłem twórców, to w rzeczywistości półświatek posługuje się od dawna o wiele nowocześniejszymi metodami. Przecież nikt nie pokazywałby publicznie sposoby, który mógł zadziałać.
    Słysząc jego następną wypowiedź, zmarszczyłem podejrzliwie brwi. Nie wysłał maila? Ale… jakiego maila..? To jedno proste stwierdzenie dobitnie przypomniało mi, że tak naprawdę gówno wiem o człowieku, do którego przyszedłem, z którym mieliśmy uciec.
    - Czekaj. Czy ja dobrze rozumiem, że… - Usiłowałem pobierać wszystkie kołaczące mi się po głowie okruchy wiedzy w jakąkolwiek spójną całość. – Cholera – mruknąłem przez zęby, w dużej mierze z bólu, bo podniesienie się do pozycji siedzącej okazało się trudniejsze, niż myślałem. Powstrzymałem westchnienie ulgi, gdy nie musząc dłużej napinać obolałych mięśni, oparłem się plecami o oparcie kanapy. Objąłem się ramionami. – Serio jesteś dziennikarzem Kommiersantu. Robisz jakieś przekręty przy artykułach. Sądząc po tym, jak mieszkasz – wymownie rozejrzałem się po salonie – nieźle ci za to płacą. A teraz… miałeś wysłać coś, co nie spodobałoby się twoim mocodawcom, tak? I jeszcze tego nie wysłałeś? – upewniałem się. Czułem, że muszę to wiedzieć, niezależnie od tego, jak niebezpieczna miałaby się okazać prawda. Przecież… skoro mieliśmy razem uciekać, i tak już chyba miałem przesrane..?
    Przez dłuższą chwilę patrzyłem na niego bez słowa, poważnie, jakby z wyczekiwaniem. Po raz nie wiem, który, zawiesiłem wzrok na jego twarzy, analizując najdrobniejsze zmiany w mimice, każdy szczegół.
    - Jesteś cholernie odważny, Alexei – szepnąłem ochryple. Jeżeli to faktycznie tak było, jeżeli naprawdę się im postawił…. Brakowało mi słów. Wiedziałem, że nigdy nie odważyłbym się igrać z czymś, co musiało działać jak… mafia? Zagryzłem wargę, zdając sobie z czegoś sprawę. – Czy przeze mnie będziesz musiał teraz znów coś dla nich robić? – spytałem cicho, prawie szeptem. Nie chciałem tego. Skoro miał im wysłać coś takiego, że mogliby go za to zabić, jak miała się do tego moja żałosna, w sumie całkiem prywatna, zemsta? Kogo obchodzi jakiś tam człowiek i to, co mi zrobił? Tamte sprawy, których dotknął Alexei musiały dotyczyć większej skali. Jak to w ogóle porównywać? Jak mogliśmy odkładać jego ucieczkę, przez to, że ja… Ukryłem twarz w dłoniach, kuląc się jeszcze bardziej. Dlaczego jesteś takim idiotą, Daniła? Dlaczego musiałeś znów wszystko spieprzyć?
    Przełknąłem ślinę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Trzech facetów. Zbirów takich, jakby wczoraj z więzienia wyszli. Dwóch ostrzyżonych na jeża, jeden łysy z tatuażem. Jeden z tych na jeża, bardziej rozkazywał, niż bił. Nawet znam jego nazwisko, ale to bez znaczenia, Alexei. Zrobiłem to, co chciałem, postawiłem się skurwielowi. Temu, co im rozkazywał. Może tak musiało być. Ale jak drań przegra sprawę w sądzie, to się będę śmiał. – Podciągnąłem stopy na kanapę i wykrzywiłem usta w czymś, co miało być szerokim uśmiechem, ale przez rozciętą, piekącą wargę wyszło bardziej jak grymas. Z obecnej perspektywy, myśląc już rozsądniej, niż nad ranem, wiedziałem, że poinformowanie suczysyna, że wysłałem wszystko jego żonie było głupie, bo drastycznie zmniejszyło czas, jaki mi pozostał zanim dowiedziałby się o sprawie i zebrał swoich koleżków, ale… i tak było warto. Dla tej jednej, cholernej chwili triumfu, dla wyobrażenia sobie, jak się wścieka, jak panikuje, że nie jest już wszechmocny. Najbardziej na świecie chciałem go właśnie upokorzyć.
      Ośmielony wspomnieniem tamtego poczucia siły, sprawczości, odważyłem się unieść wzrok na Alexeia i nie wycofać się, gdy jego spojrzenie spoczęło na mnie. Jego nagły gest wyrwał mnie z tego dziwnego momentu zawieszenia. Zerknąłem na niego, trochę ostrożnie, jakbym nie do końca dowierzał, że daje mi wybór, zamiast dać to, czego mu zbywało. Po chwili wahania wziąłem Ketanov. Znałem tylko to i Arcoxię, która wydawała mi się słabsza.
      - Mógłbyś dać mi trochę wody? – spytałem cicho, gdybym czuł się choć trochę lepiej, nie zawracałbym mu głowy, tylko sam sobie nalał z kranu, ale w obecnej sytuacji trochę się bałem, że zemdleję w pół drogi. Spuściłem wzrok, niefortunnie wprost na kanapę. Skrzywiłem się, widząc, że ją upaprałem. Spróbowałem potrzeć palcem z nadzieją, że krew zejdzie, ale były to raczej próżne nadzieje. Szlag by to…
      - Alexei, przepraszam. Przepraszam za kłopot, za to że zawaliłem sprawę i w ogóle za ten cały syf. To nie tak miało być.

      Usuń
  20. Skinąłem głową, czując wewnątrz niezwykle silną potrzebę, by dać mu do zrozumienia, że wierzę, że ufam jego słowom. Kiedy wstał, odruchowo powiodłem za nim wzrokiem, w którym zwykła czujność mieszała się z zaciekawieniem. Gdy znalazł się blisko, w pierwszej chwili poczułem się nieco dziwnie, ale nie było w tym nic z osaczenia. Spuściłem wzrok na swoje kolana.
    - Ale mimo to, byłeś… dobry – zawahałem się, nim użyłem tego słowa. Wydawało się zbyt idealistyczne, jak na realia naszego kraju. – Dla mnie. Pomogłeś mi. Ty… no… uratowałeś mi życie – szepnąłem, nadal niepewny, czy powinienem odbierać to jako sukces, czy porażkę. To życie, jego ciąg dalszy, który otrzymałem jakby w nagłym prezencie, wciąż mnie oszałamiało. – Gdyby cię tam nie było, ja… - urwałem, zagryzając wargę. Poczułem się, jakbym wrócił na tamten most, niemal zobaczyłem widniejącą pode mną czarną jak smoła taflę wody i bezduszną przestrzeń dzielącą mnie od śmierci. Przypomniałem sobie także ciepło ramion, którymi objął mnie Alexei, ułudę bezpiecznej przystani. W jakiś irracjonalny sposób zapragnąłem poczuć je znowu, by choć na moment odegnały przenikający na dziś wraz ze wspomnieniami chłód tamtej nocy. – A potem chciałeś mi dać kasę na taksówkę. I… - uniosłem na niego wzrok, wpatrując się w jego smutne oczy z uśmiechem pełnym wiary w lepsze jutro. - … chcesz ze mną wyjechać. – Nadal nie do końca mieściło mi się to w głowie. Ten facet tak po prostu darował mi szansę na lepszą przyszłość, na szczęście, o którym zdążyłem już zapomnieć, jak je odczuwać, na realizację największych moich marzeń. A przecież mógł opuścić Rosję sam, co okazałoby się pewnie nawet prostsze. Mimo to, czekał na mnie. Pomagał. Może ze względu na tę świadomość, czując zawieszony na mnie wzrok, poczułem się lekko speszony. Zerknąłem na jego twarz, szybko okalając spojrzeniem jego oczy, policzki i usta, nim na powrót wpatrzyłem się w czubki własnych, zupełnie nieciekawych butów.
    - Czemu mi się tak przyglądasz? – spytałem niepewnie, prawie szeptem. Wydawało mi się, że gdybym zrobił coś złego, powiedział coś, co by mu się nie spodobało, spoczywający na mnie wzrok byłby inny, cięższy. Nie rozumiałem.
    Słysząc pytanie, pytanie akurat o to, mimowolnie się spiąłem. Na wpół bezwiednie zacisnąłem palce na materiale wypchanych na kolanach spodni. Trwało chwilę, nim zdobyłem się na kiwnięcie głową.
    - Jednego z nich. Szefa – sprostowałem cicho. Przełknąłem ślinę. Jak mu to wytłumaczyć? Kierowany jakimś irracjonalnym odruchem, odsunąłem się od niego odrobinę. Błądziłem wzrokiem po ścianach wokół nas. Jak mam to powiedzieć komuś, kto mieszka w takim apartamencie? On przecież tego nie zrozumie. Nawet jeśli jego wybór w pewnym sensie przypominał mój, to nadal nie był tym samym. Pokręciłem głową. – Nie pytaj mnie o to. Nie umiem… To i tak koniec. – Głos mi zadrżał, ale później zaczął stopniowo nabierać mocy. - Nigdy więcej tego nie zrobię. Zerwałem z nim kontakt. Z innymi też.
    Kiedy ich wspólne, szalone plany zyskały kolejne potwierdzenie, kiedy mówił o nich na głos, jak gdyby były całkowicie rzeczywiste i pewne, moje zaciśnięte dotąd usta powoli rozciągnęły się w mimowolnym uśmiechu. Mógłbym tego słuchać ciągle, nieskończoną ilość razy. Jak nadzieja w kroplach, pomyślałem. A teraz… teraz potrzebowałem chyba całych łyżek tej nadziei.
    Na dźwięk telefonu drgnąłem gwałtownie, krzywiąc się natychmiast z bólu, gdy naciągnęły się obite mięśnie. Opadłem z powrotem plecami na oparcie kanapy. Półleżąc, wyglądałem na spokojnego, choć w rzeczywistości łowiłem każde słowo z rozmowy. Wsypie mnie? Udawał? Odwoła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy wreszcie się rozłączył i odezwał do mnie, poczułem nieopisaną ulgę. Może nie powinienem wierzyć mu tak od razu, właściwie bezkrytycznie, ale przyłapywałem się na tym, że nie potrafię inaczej. Za bardzo chciałem, żeby mówił prawdę.
      - Lepiej – uśmiechnąłem się nieznacznie. Nadal wszystko mnie bolało, ale przynajmniej przestałem czuć się jak ostatnia, sponiewierana szmata. – A… mógłbym jedno i drugie? I mógłbym się u ciebie umyć? – zaschnięta krew nieprzyjemnie ściągała skórę, poza tym domyślałem się, że wygląda paskudnie. Mimo to, najbardziej brudny czułem się przez fakt, że tamten skurwiel znów mnie dotknął, jakby to jedno szarpnięcie z jego strony było gorsze, od całej serii kopniaków, które nastąpiły później, gdy tłukli mnie jego ludzie.

      Usuń
  21. Zerknąłem na niego niepewnie, zaskoczony chęcią pomocy. Poczułem nieprzyjemną gulę w gardle. Gdybym był teraz w domu, moja matka, oczywiście o ile w ogóle byłaby trzeźwa, stwierdziłaby, że sam się prosiłem o to pobicie. Zaszyłbym się w swoim pokoju, a ona pewnie by do mnie w ogóle nie zajrzała, a gdyby nawet, gdybym poprosił o pomoc, okrasiłaby to takim komentarzem, że wolałbym bodaj doczołgać się na miejsce, byle o własnych siłach. Zagryzłem wargę, przez chwilę widząc pod zaciśniętymi powiekami tamte poszarzałe ściany i to beznadziejnie nijakie, wiecznie nieposłane łóżko, na którym samotnie zwijałbym się z bólu. Teraz miałem przynajmniej powód, by udawać.
    Przytrzymałem się jego ramienia i powoli się podniosłem. Nadal musiałem uważać na każdy ruch, bo napięcie najbardziej obitych mięśni skutkowało natychmiastową falą bólu. Kiedy wreszcie udało mi się stanąć mniej więcej o własnych siłach, czułem się jak ostatnia niedojda, jak jakaś kaleka, która sama nie umie niczego zrobić. W duchu byłem mu wdzięczny za to, że nie musiałem prosić o dalszą pomoc, że sam zauważył i zrozumiał. Mówienie na głos, że nie dam rady, byłoby zbyt upokarzające. Szedłem więc, przenosząc na Alexeia część ciężaru, i klnąc co kilka kroków. W innej sytuacji miałbym ochotę wyć, ale dzisiaj czułem się wygranym. Wyrwałem się stamtąd. Zakończyłem to wszystko, teraz będzie lepiej. Musi być.
    Wyczuwałem skrępowanie Alexeia, ale byłem zbyt zmęczony, żeby mogło mi się ono udzielić. Przez chwilę, patrząc na jego zmieszaną twarz, miałem ochotę go uściskać. Było mi straszliwie głupio, że zajmuję jego czas. Jednocześnie, ilekroć na niego patrzyłem, czułem jakąś dziwną wdzięczność. Zawahałem się, nim się od niego odsunąłem. Przytrzymałem się ściany i ostrożnie usiadłem na brzegu wanny. Prawie nie rozglądałem się po pomieszczeniu, możliwość oparcia się o cokolwiek mi wystarczyła i chyba nie udało mi się ukryć wyrazu ulgi na twarzy. Byłem na siebie wściekły o to, że nawalam, ale tłumaczyłem sobie, że to kwestia dnia, może dwóch, byleby zeszła pierwsza opuchlizna. Nie pierwszy raz dostałem wciry, przejdzie mi przecież. Zagryzłem wargę, unosząc wzrok na Alexeia. Pokiwałem głową, zgadzając się na wszystko.
    - Mam trochę rzeczy w plecaku. – Tyle, że nie byłem pewien, ile z nich jest obecnie zabrudzonych ziemią, krwią i grom wie, czym jeszcze, po tym, jak zbierałem większość z nich z chodnika. Pożałowałem swoich słów zaraz po tym, jak padły, bo przecież nie miałem jakiś super markowych, modnych rzeczy. Na co dzień nie miało to dla mnie większego znaczenia, przy pakowaniu się też nie, więc powciskałem do plecaka te ciuchy, do których byłem w jakiś sposób przywiązany, które lubiłem i niekoniecznie były to te najnowsze i najładniejsze. Teraz po raz kolejny dotarło do mnie, że zwyczajnie tu nie pasuję. Odwróciłem wzrok, usiłując to olać, ale nieszczególnie mi wychodziło. Odprowadziłem Alexeia wzrokiem, dopiero na chwilę przed tym, jak zamknął drzwi, zdobywając się na ciche „dzięki”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze przez chwilę tkwiłem w miejscu, nie mogąc się zmusić do podniesienia się, które wywoła kolejną porcję bólu. Skrzywiłem się, po czym jakoś wstałem i zacząłem się powoli ogarniać. Pozbyłem się brudnych ciuchów, na razie zostawiając je na podłodze. Zerknąłem na luksusowo wyglądający prysznic, na wannę… Wanna. Pod prysznicem za cholerę nie ustoję. Zatkałem odpływ, odkręciłem kran. Czekając, aż woda się naleje, doczłapałem do umywalki i zerkając w lustro, doprowadziłem do porządku twarz. Limo pod okiem było mniejsze, niż się spodziewałem, ale i tak wyglądałem równie marnie, jak się czułem. Ostrożnie przemyłem rozciętą, ledwie zasklepioną wargę. Na sińce i krwiaki na reszcie ciała wolałem nawet nie patrzeć. W sumie dobrze, że na dworze jest teraz zimno, pod ciuchami nie będzie widać. Grunt żeby limo zeszło, bo jak będziemy wyjeżdżać, każdy będzie się gapił… Krzywiąc się z bólu, zakręciłem kran i zacząłem wchodzić do wanny. Nie miałem pojęcia, jak to się stało, że się poślizgnąłem. W jednej chwili miałem wszystko pod kontrolą, w następnej nogi się pode mną ugięły, a świat pociemniał szybciej, niż poczułem solidne uderzenie o rant.
      Ocknąłem się w jakiejś dziwnej, półleżącej pozycji, z bólem głowy tak mocnym, że wyciskającym z oczu łzy. Zacząłem rozcierać bolące miejsce. Wciąż jeszcze oszołomionym wzrokiem rozejrzałem się dookoła, uświadamiając sobie, jakiego mam farta, że jeszcze żyję. Gdybym miał takiego pecha, jak zwykle, zapewne poleciałbym twarzą prosto w wodę. Kurna, to byłaby chyba najgłupsza śmierć w Rosji… Wyobraziłem to sobie i zacząłem się histerycznie śmiać. Idiota. Totalny idiota, żeby do wanny nie umieć wejść. Mniej więcej wtedy powoli zaczęło do mnie docierać, że Alexei coś do mnie krzyczy przez drzwi.

      Usuń