Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

4 sierpnia 2000

Czasami zdarza się, że człowiek przez pół godziny umiera ze strachu przed rozbójnikiem, a gdy poczuje już nóż na gardle, trwoga nagle go opuszcza i przestaje się bać.

Алексе́й Лебедев // Alexei Lebedev
Nie tak miało być, powiedział kiedyś jego ojciec, gdy dowiedział się, że za kilka miesięcy będzie miał drugie dziecko. Nigdy nie był zadowolony z pierwszej córki i wciąż potarzał żonie, że chce poczekać przynajmniej pięć lat zanim będzie musiał użerać się z kolejnym wrzeszczącym w nocy bachorem. Żona jednak nie posłuchała i niecały rok później wpatrywał się już w jasne oczy swojego syna, wzdychając ciężko.
Nie tak miało być, stwierdziła trochę później również jego matka, gdy jej najukochańsze dziecko okazało się wcale nie przewyższać wszystkich innych dzieci w nauce. Syn miał być jej wielką dumą, powodem do długich rozmów z koleżankami, podczas których mogłaby z wysoko uniesionym podbródkiem opowiadać o czekającej go świetlanej przyszłości.
Nie tak miało być, irytował się sam Alexei na przeróżnych etapach swojego życia, bo właśnie to zawsze słyszał od rodziców. Najbardziej spieprzył jednak będąc daleko od ojca i matki, daleko od rodzinnej kamienicy. Czaił się za rogiem opuszczonego magazynu na obrzeżach miasta, był wtedy młody i naiwny; zdawało mu się, że wreszcie zrobił coś dobrze. W końcu dostał posadę w miejscowej gazecie, wiedział dokładnie, czego chciał i sądził, że jest gotowy zrobić wszystko, żeby to osiągnąć. Myślał, że zostanie najlepszym, najbardziej bezstronnym dziennikarzem w całym cholernym Petersburgu. Ba! Był przecież na dobrej drodze, aby to osiągnąć. A potem stanął oko w oko z lufą wyciągniętego w swoją stronę pistoletu i w przeciągu kilku dni wszystko się zmieniło. Czasem wciąż fantazjuje o tym, co mogłoby się stać, gdyby wykazał się wtedy trochę większą odwagą.
Dokładnie tak miało być, Bóg ma plan dla każdego z nas, powiedziała mu uśmiechnięta od ucha do ucha Sonia dzień przed tym, jak wyjechała do Stanów. Alexei nigdy jej nie uwierzył.

Jak właściwie powinno być?

11 komentarzy:

  1. [Twój początek bardzo mi się podobał :) Mam nadzieję, że mój nie wyszedł jakoś słabo. W razie czego pisz, to będę poprawiać. Z góry przepraszam za bluzgi w tekście, Daniła trochę nie przebiera w słowach.]

    Siedziałem na ciemnej klatce schodowej, ignorując chłód zapyziałego, kamiennego stopnia. Bezmyślnie wodziłem palcem po oszpeconym długą rysą wyświetlaczu kradzionego smartfona, przesuwając obraz w górę i w dół. Był szesnasty maja. Dokładnie za cztery godziny umrę. To cholernie długo. Nerwowo postukałem palcami w kolano, wybijając rytm zasłyszanej gdzieś piosenki. Wiedziałem dokładnie jak i kiedy chcę to zrobić. Nie miałem najmniejszego zamiaru zdechnąć w tej ciemnej spelunie. Przez całe życie marzyłem o wyjeździe. I wyjadę. Szkoda, że dopiero teraz zrozumiałem, że dla takich jak ja inny wyjazd nie jest możliwy. Szkoda, że nie zrobiliśmy tego razem, Żenia. Spojrzałem na wyświetlacz. Spóźniała się. Potarłem policzek, siląc się na spokój. Jeżeli wróci trzeźwa, nie zrobię tego. To będzie znak. Po raz kolejny spojrzałem nagląco na drzwi. Mijały kolejne minuty. Odchyliłem się do tyłu, krawędzie kilku kolejnych stopni wżynały mi się w kręgosłup. Przymknąłem oczy, czekając. Gdzieś na górze huknęły drzwi. Jeszcze dziesięć minut. Żeby mieć pewność.
    Nie przyszła.
    - Narąbana kurwa.
    Zwlokłem się ze schodów, rozcierając zdrętwiały tyłek. Zawiązałem sznurówki w adidasie i wyszedłem z bloku. Doskonale wiedziałem, gdzie ją znajdę. Poszedłem tam tylko po to, żeby mieć pewność. Musiałem mieć pewność.
    ***
    Była tam. Jak zawsze, kiedy nie wracała do domu. Kiedy przechodziłem koło ławki, na której leżała, nawet nie uniosła głowy. Nie potrafiłem określić, co cuchnęło bardziej: ona i rozwalony na jej kolanach ćpun, czy śmietnik naprzeciwko. Zacisnąłem palce tak mocno, że paznokcie prawie przebiły skórę na wewnętrznej stronie moich dłoni. Przez chwilę stałem nieruchomo, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Patrzyłem na jej nalaną, czerwoną twarz. Ważyła zbyt wiele, bym zdołał zawlec ją do domu. Oblizałem spierzchnięte wargi. Chciałem znaku, no to mam. Poczułem dziwną gulę w gardle, jakby powiedzenie jej czegoś, czego nie mówiłem od lat, miało okazać się zbyt trudne. Przełknąłem ślinę.
    - Dobrej nocy, mamo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ***
      Zaplanowałem wszystko co do minuty. Dokładnie o dwudziestej wejdę na rozświetlony most. Ten jeden, konkretny, najbardziej podobny do tego z amerykańskiej pocztówki, którą wciąż noszę w kieszeni dżinsów. Będę patrzył, jak podnoszą go na noc, by Newą mogły przepłynąć statki. Spojrzę na odbijające się w ciemnej tafli niebo, nagram pierwsze i ostatnie w życiu wideo. Telefon zostawię na moście, żeby nie zaśmiecać rzeki. Nie będę się wahał. Po prostu zrobię krok, tak jak wchodzi się do odjeżdżającego pociągu. Zawsze marzyłem, by sprawdzić, czy latanie naprawdę jest takie niesamowite, jak we śnie… A kiedy już będę wiedział, po prostu rozbiję się o taflę wody. Z tej wysokości będzie bolało… ale może impuls nie zdąży dotrzeć do mózgu? Zacząłem żałować, że kiedy jeszcze chodziłem do szkoły, nie zapytałem o to na biologii. Wyobraziłem sobie minę nauczycielki, odrealnionej świruski powtarzającej, że w życiu zawsze jest coś, do czego warto dążyć, że na wszystko przyjdzie czas, i parsknąłem krótkim, ostrym śmiechem.
      ***
      Wziąłem głębszy wdech. Czułem tremę jak przed publicznym wystąpieniem. Przymknąłem na chwilę oczy, skupiając się na rozwiewającym mi włosy wietrze. Zacisnąłem pięść i spojrzałem na własną twarz odbitą pod szkłem wyświetlacza. Rysa zniekształcała obraz jak krzywe zwierciadło. Kolejny oddech. Włączyłem nagrywanie.
      - Gospodin!* O niczym tak nie marzę, jak o tym, żeby wysłać wam w paczce gówno. Chciałem to nawet zrobić, ale dotarło do mnie, że to bez sensu, bo odebrałby to jakiś zwykły urzędas. Więc przynajmniej nagram to wideo, żeby usłyszał mnie cały kraj. Rosja to gówno, gospodin! Rosja to więcej, niż jebany Kreml i te wasze durne złote drzwi w pałacu! My tutaj żyjemy jak szczury. Jak szczu-ry! Tu nie ma żadnych perspektyw, tu nic nie ma! – nie płakałem, a jedynie chrypnąłem od bezsilnego krzyku. – Nazywam się Danił Maksimow, mam dziewiętnaście lat – mój oddech przyspieszył, ale udało mi się mówić spokojnie, prawie bez emocji, jakby te uleciały wraz z krzykiem. – Dziękuję wam, gospodin, za moją przyszłość. Dziękuję za chrzanionego szefa mojej matki, który wylał ją z roboty i za gówniane zasiłki. One starczają tylko na to, żeby się najebać! Dziękuję za olewanie braku mieszkań, ceny z kosmosu i studia wyłącznie dla bogatych dupków, bo nie daj, Boże, a nadal miałbym brata. Dziękuję za szkołę, która gówno daje, za cały ten kraj! Wsadźcie go sobie w dupę! Za nic nie przepraszam. Niczego nie żałuję. Jak się nic nie ma, to nie ma czego żałować. To dla was, gospodin! – pokazałem do kamery środkowy palec. Chciałem wrzeszczeć, wyć jak zwierzę z bezsilnej złości i rozpaczy… i nawet tego nie mogłem. Wiedziałem, że jestem beznadziejny, żałosny. Chciałem tylko zostawić ten cholerny film, chyba z głupiej nadziei, że kogokolwiek to ruszy, że kiedy mnie już nie będzie, coś się tutaj zmieni. – Tylko… - głos uwiązł mi w gardle. – Tylko ty mi wybacz, mamo. Za to, że… przepraszam, że cię z tego nie wyciągnąłem. Przepraszam, że jestem za słaby. Nie umiem. – Umilkłem, cały się trzęsąc. Odczekałem kilka minut. Zerknąłem na zegarek. – Jest dwudziesta trzydzieści. Za dwie minuty będą moje urodziny. Zostawiam włączony telefon… nie robiłem próby – parsknąłem nerwowym chichotem – …ale powinno być wszystko słychać.
      Trzęsącymi się palcami odłożyłem smartfon na beton przed barierką. Przysunąłem się o krok, tak, by w kadr złapały się moje buty. Wspiąłem się na rusztowanie. Przełożyłem lewą nogę… Przycisnąłem ręką kieszeń bluzy, by nie wypadła z niej pocztówka. Poczułem irracjonalną chęć, by jeszcze raz na nią spojrzeć. Powoli, ostrożnie balansując na śliskich od wilgoci metalowych prętach, wysunąłem ją z kieszeni.

      [* garść przypisów: gospodin – tytuł wyrażający w Rosji szacunek, stosowany w odniesieniu do osobistości, w szczególności do prezydenta. Forma „wy” to rosyjski odpowiednik naszego pan/pani.]

      Usuń
  2. [Ok, ok ;)
    Tym razem odpis wyszedł mi krótszy, bo dopiero wyczuwam swoja postać. Nie mogę się doczekać odpisu!]

    Słysząc zupełnie niespodziewany, obcy głos, drgnąłem tak mocno, że prawie spadłem z rusztowania. Cudem było, że nie zgubiłem pocztówki. Znieruchomiałem, kurczowo przytrzymując się śliskiej, zimnej rury. Dopiero teraz, widząc pod sobą daleką, czarna toń Newy zdałem sobie sprawę, jak piekielnie wysoki jest ten most. Wcześniej to były tylko teoretyczne dane i widok z odległości, brakowało mi wyobrażenia. Przełknąłem ślinę. Wściekły, że nawet teraz, nawet w tej jednej pieprzonej chwili ktoś mi przeszkadza, uniosłem wzrok na kogoś, kto musiał być widocznie jakimś przygłupim przechodniem. Dlaczego ludzie zawsze łażą tam, gdzie nikt ich nie chce? Przełożyłem drugą nogę przez rusztowanie. Zimny, północny wiatr przenikał przez cienki sweter i ziębił ciało aż do kości. Podmuchy były tak silne, że chyba nawet nie musiałem skakać. Wystarczyło zaczekać, aż omdleją mi ręce. Resztę załatwi wiatr. Bałem się, ale chciałem, żeby to się już skończyło. Chciałem się już nigdy więcej nie obudzić, niczego nie widzieć, niczego nie czuć. Najlepiej: nie istnieć.
    Chyba z przyzwoitości chciałem przynajmniej zobaczyć, kim jest ta menda, która za moment stanie się świadkiem mojej śmierci. Przechyliłem się, balansując nad niemal czarną przepaścią. Zmrużyłem oczy.
    Samotny mężczyzna, sylwetka przyobleczona mrokiem. Jasna twarz. Białe, w odległym świetle brzegu prawie srebrne włosy. Jak anioł. Naprawdę tak pomyślałem, w tamtej chwili nie zdawałem sobie sprawy, że to głupie. Patrzyłem, zastygając w bezruchu, jakby jakikolwiek gest mógł sprawić, że ta nierzeczywista postać zniknie. Nerwowo zwilżyłem spierzchnięte wargi.
    - Jeżeli nie chcesz widzieć, idź sobie! Zaraz skoczę. – Zaczynałem dygotać z nadmiaru emocji, nie byłem w stanie kontrolować dreszczy. Trzymanie się rusztowania stawało się coraz trudniejsze.

    OdpowiedzUsuń
  3. [Nie, nie zawiodłaś :) Przepraszam, że przez tyle czasu nie odpisywałam. Najpierw miałam egzaminy i natłok pracy, potem wiatr zerwał kable i przez kilka dni nie miałam prądu.]

    Zmarszczyłem brwi, ponownie słysząc głos nieznajomego. „Nie może nigdzie pójść”. Zmrużyłem oczy, ulegając nagłemu pragnieniu dojrzenia jego twarzy. Wydało mi się to z jakiegoś powodu ważne, czułem, że muszę to wiedzieć, zanim umrę. Światła lamp igrały na jego twarzy z mrokiem, cienie zniekształcały rysy. Zaschło mi w gardle. Znałem tą sylwetkę, pamiętałem te białe włosy.
    Wtedy też nie widziałem jego twarzy.
    Oddalony o kilka przecznic od centrum pub. Jasne wnętrze zastawione stolikami z ciemnego drewna i zbyt topornymi krzesłami. Zapach piwa. Charakterystyczne ściany. Niebieska i żółta. Czemu właśnie tak? Wypisane kolorową kredą menu. Przechodzę bokiem obok stolików, szukając tego, który podobno czekał zarezerwowany. Rozglądam się ukradkiem, jak zawsze w takich miejscach. Przez chwilę mam wrażenie, że ktoś się na mnie gapi. Ubrany w jasną koszulkę facet patrzy nie tyle na mnie, ile przeze mnie, chyba gdzieś w próżnię. Mimowolnie oglądam się przez ramię.
    Mężczyzna zastyga, przygarbiony nad stolikiem. Krzywię się bezwiednie, z tej odległości natychmiast widać, że jest zupełnie pijany. Siadam trzy stoliki dalej. Czekam, bezmyślnie bawiąc się telefonem. Kątem oka znów zerkam na nieznajomego. Nie pasuje tu.
    Odwracam głowę w stronę drzwi, przez które wchodzi ten, z którym miałem się spotkać. Zaczynam nerwowo skubać skórkę przy paznokciu.
    Godzinę później wracam do tego baru. Znów jestem sam. Do przodu gna mnie dziwne przeczucie. Przyłapuję się na tym, że szukam wzrokiem nieznajomego, ale jego stolik jest pusty. Na podłodze, tuż przed moim butem, leży jakieś zdjęcie. Pocztówka.

    Teraz potrafiłbym powtórzyć jej treść z pamięci.
    Od tamtego czasu niezliczoną ilość razy zastanawiałem się, kim był tamten gość. Jasna postać utkwiła w mojej pamięci jak zadra, przypominając o sobie w najmniej oczekiwanych momentach. Bez problemu mogłem go sobie wyobrazić jako młodego biznesmena w szklanym gabinecie jakiegoś koszmarnie ekskluzywnego wieżowca, albo jako nieco ekscentrycznego chirurga na sali operacyjnej w jednym z tych niedostępnych, prywatnych szpitali, w których leczą się oligarchowie. Czasem, w przypływie fantazji, robiłem z niego pilota wielkiego Boeninga. Nie rozumiałem jednego. Dlaczego się upijał? Przecież taki człowiek musiał mieć wszystko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nim dotarło do mnie, co powiedział, przez chwile gapiłem się na niego szeroko rozwartymi oczyma.
      - Dlaczego..? – wyjąkałem, zszokowany. Przecież tacy ludzie się nie zabijają. Gdybym miał takie perspektywy jak on, nigdy bym tu nie przyszedł. Nie spuszczałem z niego wzroku. Chciałem zrozumieć, dowiedzieć się… gdzieś w środku poczułem coś jakby przymus: nie pozwolić mu, on ma tu jeszcze dużo do zrobienia, jego na pewno ktoś potrzebuje. Nie tak, jak mnie. Słysząc pytanie, zacisnąłem powieki, bezskutecznie próbując uspokoić oddech. Właśnie tak wyobrażałem sobie sekundy po skoku: jako latanie. Ostatnia przyjemność w życiu, marzenie niedostępne dla ludzi, którzy zobaczą następny dzień. Zagryzłem wargę. Otworzyłem oczy i przyjrzałem się mężczyźnie, szukając na jego twarzy jakichkolwiek wątpliwości. Pokręciłem gwałtownie głową.
      - Nie. Tu jest za nisko. Nie będzie ci się wydawało, że lecisz. Poczujesz, że spadasz. I wodę. Będzie twarda jak beton. – Nie miałem pojęcia, czemu mu to powiedziałem, czemu wybrałem tą bardziej realistyczną wersję. Usta same wyrzucały z siebie pospieszne słowa.
      Zadygotałem, czując przenikliwy podmuch wiatru. Zdrętwiała z zimna ręka ześlizgnęła się z rusztowania. Przełknąłem ślinę. Kurczowo wzmocniłem uchwyt drugiej.
      - Mam… - spojrzałem w dół i strach na chwilę odebrał mi mowę. Znów przełknąłem ślinę. Kończył mi się czas. – Mam twoją pocztówkę. Mam ci… mam ci ją oddać? – Bałem się sięgnąć do kieszeni. Kiedy przekładałem drugą nogę przez rusztowanie, serce waliło mi tak głośno, jakby zaraz miało ze mnie wyskoczyć, przebijając się przez żebra i skórę. Spojrzałem w dół. Zacisnąłem mocniej dłonie na mokrej rurze. Wystarczy się mocno odepchnąć, żeby o nic nie zaczepić. Ćwiczyłem to kilka razy, skacząc z parapetu na parterze. Wziąłem desperacki wdech. Miałem wrażenie, jakby w głowie tykał mi zegar, nakręcony na konkretną godzinę budzik. Nikt nie będzie po mnie płakał. Matka nawet nie zauważy. A jeśli zauważy, to będzie jej lżej. Nic nie znaczę, nigdy dla nikogo nic nie znaczyłem.
      Wbiłem wzrok w czarną taflę wody. Już. Tylko się odepchnąć.
      - M-mógłbyś na chwilę złapać mnie za rękę? – drżałem cały, mój głos dygotał, nie potrafiłem tego opanować. Chciałem przez chwilę poczuć czyjąś dłoń, wyobrazić sobie, że ten ktoś mnie przynajmniej lubi i wtedy się puścić. Tak będzie łatwiej.

      [Aha. Mała ciekawostka: pub ze wspomnień Daniły istnieje naprawdę, ale stoi w Moskwie, a nie w Petersburgu. Wygląda tak: http://www.michau.se/pics/my_pics/moskwa/2005_sept/050926_moskwa_5368.jpg ]

      Usuń
  4. Zaśmiałem się nerwowo, jak jakiś wariat. Miałem ze sobą skończyć, a gadam z obcym facetem.
    - No, twoją. Tą, którą zgubiłeś.
    Uśmiechnąłem się, czując uścisk na ręce. Teraz będzie łatwiej. Jeżeli się odepchnę, nie utrzyma mnie. Może powiszę chwilę dłużej, tyle, na ile starczy mu sił, gdyby chciał mnie ratować… co ja sobie roję? Niby dlaczego miałby mnie chcieć powstrzymać? Komu niby mogłoby zależeć, żebym żył? Na pewno nie komuś takiemu, jak on. Albo raczej: na pewno nikomu. Przesunąłem się na rusztowaniu, teraz opierając się o nie głównie piętami, i zwolniłem uchwyt ręki, za którą nie trzymał mnie nieznajomy. Wystarczyło przechylić się do przodu i…
    „Czekaj!”
    Jego głos przedarł się do mojej ogłupiałej świadomości jak przez watę. Czekaj. Naprawdę to powiedział? Złapałem się go drugą ręką, dosłownie w ostatniej chwili. Serce zaczęło mi łomotać, po twarzy popłynęły łzy. Dotarło do mnie, że chyba jednak nie chcę umierać. Złapałem się go kurczowo, desperacko.
    - N-nie z-znamy się – szczekałem zębami, chyba z zimna. – Widziałem cię w pubie. Byłeś pijany. Potem musiałem wyjść, a jak wróciłem, ciebie już nie było. A-ale chciałbym cię znać – wypaliłem, własne myśli już mnie nie słuchały, byłem po prostu przerażony. Chciałem, żeby to się skończyło, chciałem umrzeć i chciałem przeżyć, wszystko na raz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Wybacz, że krótko, mam nadzieję, że się nie gniewasz, długość nigdy mnie nie słucha].

      Usuń
  5. Chciałem skoczyć. Puścić jego rękę, widzieć jak moja mokra od potu dłoń wyślizguje się z jego… Przez ostatnie sekundy pamiętać jego twarz i ten nieco szorstki dotyk, tę chwilową otuchę. Tak będzie dla wszystkich lepiej, uparcie szeptał mi w myślach dobrze znany głos. W pierwszej chwili nie zrozumiałem, co mówi nieznajomy. Moje myśli szalały, przypominały skłębioną, buzującą chmurę. Zagłuszały wszystko.
    Wracaj na most.
    Zamarłem. Z niedowierzaniem obejrzałem się na niego. Musiałem źle usłyszeć. Po co miałby… Wbiłem w niego spojrzenie szeroko otwartych oczu. Podświadomie czekałem na kpiący śmiech, na wyszydzenie. Kogoś takiego, jak ja, nie mogło spotkać nic innego. Musiał ze mnie żartować, niepotrzebnie czekałem, na pewno zrobił to specjalnie, właśnie po to, żebym odwrócił się jak głupi…
    Nie wiedziałem, jak to się stało, że nagle mnie wciągnął z powrotem, mój mózg zatrzymał się, zupełnie ogłupiały. Nie mogłem nic zrobić, moje ciało zachowywało się jak szmaciana lalka. Poczułem, że gną się pode mną nogi. Gdyby mnie nie podtrzymał, chyba bym się przewrócił, tak wirowało mi w głowie. Czując obcy dotyk, moje ciało w pierwszej chwili sprężyło się w odruchu ucieczki. Zdążyłem tylko zerknąć nieufnie, nim otoczyły mnie ciepłe ramiona. Coś we mnie pękło. Kurczowo go objąłem, właściwie wczepiłem się w niego, chowając mokrą od łez twarz w jego koszulkę. Nie potrafiłem się powstrzymać, z mojego gardła wydarł się rozpaczliwy, bezsilny szloch. Dygotałem, łapałem oddech, usiłując się ogarnąć i znów zaczynałem płakać. Przed oczami stanęły mi wszystkie rzeczy, które chciałem zrobić, wszystkie głupie marzenia, czyjś piękny uśmiech, czerniąca się na dzikiej, amerykańskiej prerii autostrada, wzdłuż której szedłbym do utraty tchu, ostatni mecz na podwórku i durny komiks, którego nigdy miałem nie dokończyć. Przypomniała mi się twarz brata. Rozryczałem się jeszcze bardziej. Przepraszam, Żenia, przepraszam, jestem tchórzem, nie mogę, nie potrafię zrobić nawet tego...
    Słowa trzymającego mnie mężczyzny dotarły do mnie jak przez grubą warstwę waty. Przełknąłem nerwowo ślinę, bo nawet nie byłem w stanie się odezwać. Powinienem się odsunąć, pomyśleć o nim, przecież on nie może się tak po prostu zabić, nie mogę mu na to pozwolić, ale nie miałem nawet tyle sił, by go puścić. Totalna pustka w głowie nie pozwalała na wymyślenie czegokolwiek, co mogłoby go odwieźć od zamiaru skończenia ze sobą, więc wisiałem na nim nadal, jakby był moja ostatnią szansą. Bo chyba był. Gdyby nie on, już by mnie nie było. Zatrząsnąłem się niekontrolowanie.
    - Alexei, ja… - zacząłem przez ściśnięte gardło, poczułem desperackie pragnienie zatrzymania go tutaj, bez względu na wszystko, żeby po prostu był tu przy mnie. A przecież sam najlepiej powinienem rozumieć, jak mało dają prośby. Wiedziałem, że za jakiś czas tu wrócę, że dokończę to, co dziś zacząłem. – Chodź ze mną – wykrztusiłem nagle. Nie zastanawiałem się nad tą decyzją, nie rozważałem tego. Po prostu w jednej chwili uświadomiłem sobie, że powinienem tak zrobić. Odsunąłem się, ale zaraz przytrzymałem go za rękę. – Chodź. Pokażę ci, dlaczego. Proszę, chodź ze mną. I… opowiedz mi coś o sobie. Naprawdę… - głos mi się załamał, ale zaraz dokończyłem: - …naprawdę jesteś dziennikarzem?

    OdpowiedzUsuń
  6. [Hej, chciałam dać znać, że nie będzie mnie do 23 albo 24 lipca. Liczyłam, że przed wyjazdem zdążę ci jeszcze odpisać, ale myślę teraz o pięćdziesięciu rzeczach na raz i tekst pewnie by na tym ucierpiał, więc dałam spokój.]

    OdpowiedzUsuń
  7. Spojrzałem na niego z dużą dozą ostrożności. Już dawno zdążyłem się nauczyć, że uśmiech niekoniecznie oznacza dobre zamiary. Teraz jednak było mi już wszystko jedno. Musiałem wyciągnąć go z tego bagna, jeśli nie dla niego, to chociaż dla siebie, żeby znów mi nie przeszkodził. Odetchnąłem, próbując uspokoić nierówny oddech. Nie miałem odwagi w tak bezpośredni sposób wycierać twarzy. Ograniczyłem się do kilku szybkich mrugnięć, by pozbyć się wilgoci z rzęs. Łzy, które nie zdążyły wcześniej spłynąć na koszulkę Alexeia, zasychały mi na twarzy. Przez chwilę potrzebną do tego, by zejść z mostu na brzeg prowadziłem go za rękę. Był w tym jakiś upór, podświadoma desperacja. Dopiero, gdy znaleźliśmy się na chodniku biegnącym wzdłuż szerokiej ulicy, zdałem sobie sprawę, jak zapewne wygląda mój gest. Czułem nieodpartą chęć, by złamać wszelkie normy. Przecież i tak niedługo umrę. Zacisnąłem wargi w wąską kreskę. Ja może tak, ale ten facet powinien normalnie żyć. A jeśli zobaczą nas jacyś kolesie… Wysunąłem dłoń spomiędzy jego palców.
    Kiedy usłyszałem, gdzie pracuje, aż się zatrzymałem. Uniosłem głowę, patrząc nieco w górę, na jego twarz, w poszukiwaniu śladu kłamstwa. Zmarszczyłem brwi, bo wyglądał na takiego, który może gadać prawdę.
    - ŁAAŁ – wyrwało mi się. To musiało być lepsze od wszystkiego, co sobie wyobrażałem. Przecież dziennikarz jeździ po całym świecie, poznaje tylu niesamowitych ludzi, jedzie nawet tam, gdzie inni się boją… ma misję do spełnienia! Patrzyłem na niego z zachwytem, który nie gasł, pomimo następnych słów, a jedynie mieszał się z niedowierzaniem. Nie znałem się za bardzo na prasie, kojarzyłem głównie Rossijskają Gazietę i, głównie z okładki, Izwiestija. Tytuł, który wymienił, coś mi mówił, gdzieś musiałem o nim słyszeć… ale w jakich okolicznościach, nie miałem pojęcia. Zmiąłem w palcach nieco za długi rękaw.
    - Alexei..? – Ucichłem na moment, zmieszany. – Mogę ci mówić na ty? – spytałem, rzucając mu niepewne spojrzenie. W przeciwieństwie do mnie, był kimś. – Bo wiesz… Ja nie wierzę, że wszyscy są tacy jak mówisz. Znaczy, nie wyglądasz na takiego i… - urwałem, jak zawsze, nie umiałem się nawet wysłowić. Znów gadałem głupoty. Zacisnąłem wargi, po co się w ogóle odzywałem..?
    Kiedy znów zaczął mówić, zabrakło mi odwagi, żeby na niego spojrzeć. Czułem się przy nim speszony, miałem wrażenie, że zachowuję się jak zupełny prostak, głupi dzieciak z blokowiska.
    - Mam – przyznałem się cicho. Zacisnąłem nerwowo palce i zaraz je rozluźniłem. Wolałbym mu nie oddawać tej kartki. Przez minione tygodnie stała się dla mnie czymś ważnym, symbolem lepszego życia. Spojrzałem na niego, na bruk pod naszymi stopami. Uparcie szedłem przed siebie, zatrzymując się dopiero pod wiatą przystanku autobusowego. Zerknąłem na rozkład jazdy, żeby zyskać na czasie. Najbliższy autobus za pięć minut. Zmęłłem w ustach przekleństwo. Tak naprawdę, nie miałem pojęcia, dokąd go zabrać. Wcześniej myślałem głównie o tym, żeby wyprowadzić go z mostu; żeby nie skoczył. Wolno wypuściłem powietrze. Biaława mgiełka oddechu wolno rozproszyła się w zimnie. Przełamałem się i sięgnąłem do kieszeni. Wyczułem znajomą krawędź, ale równocześnie obudził się we mnie jakiś nieokreślony niepokój. Wysunąłem pocztówkę i obróciłem ją w palcach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Sprawdziłem w Internecie, co to za miejsce. Chciałem tam pojechać – mruknąłem. Mogłem po prostu wyciągnąć kartkę w jego stronę, ale coś w jego spojrzeniu sprawiło, że znów wziąłem go za rękę i wsunąłem pocztówkę bezpośrednio pomiędzy jego palce. – Masz. – Puściłem go i wzruszyłem ramionami, usiłując zachować pozę nonszalanckiego olewusa. Znów na niego zerknąłem.
      - Miałeś kogoś, z kim mogłeś rozmawiać? O… o wszystkim? Nawet o tym? – spytałem, jak na siebie, bardzo niepewnie. Wydawał się fajnym facetem, nie wierzyłem, że ktoś taki nie ma rodziny (no, może taka rodzina bardziej zajmowała się forsą, ale przecież niemożliwe, żeby się nie kochali), przyjaciół, dziewczyny… Mimo świadomości, że to głupie, poczułem ukłucie zazdrości. Ten gość musiał mieć wszystko, czego mi brakowało. Próbując ukryć zmieszanie po ostatnim, zapewne znów nie najmądrzejszym pytaniu, ponownie sięgnąłem do kieszeni, odruchowo chcąc wyjąć smartfon. Moja ręka natrafiła na pustkę. Sięgnąłem do kieszeni spodni. Nic. Potem z drugiej strony…
      - Kurwa mać.
      W oddali, między samochodami, zamajaczyły światła autobusu.

      Usuń