Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

4 sierpnia 2000

Everything in moderation, including moderation

►Wiktor Kalinowski Podobno mam wszystko. Wszystko to ciężkie słowo, którym ludzie uwielbiają rzucać mi w twarz jak najgorszą obelgą. Wyrzucają mi to rodzice za każdym razem, gdy zrobię coś nie po ich myśli, za każdym razem, gdy okazuje się, że ich idealny syn też jest tylko człowiekiem. Tak się nam odpłacasz za wszystko, co dla ciebie robimy? W mniej lub bardziej śmiesznych żartach zauważają to też moi znajomi, gdy zarzucam na ramiona cholernie drogą marynarkę i wyciągam portfel, żeby zapłacić za nasz obiad. Nie masz ty czasem za dobrze? Nawet nauczyciele mruczą to pod nosem, gdy mimo słabych ocen i braku zaangażowania zawsze zdaję z klasy do klasy i jakimś cudem omijają mnie kłopoty, gdy przywalę w twarz komuś, kto mnie obraża. Pewnie jego tatuś pociągnął za kilka sznurków. Rozpuszczony bachor.
W pewnym sensie mają rację. Nie wiedzą tylko, że jedyne, czego nie mogę kupić, to bezcenny czas moich wiecznie zajętych rodziców, więc bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie prawie wszystko. Mam prawie wszystko. Jak wygląda mój ojciec? Jak nowy garnitur od projektanta i złote spinki do mankietów. A matka? Jak czerwona szminka i ołówkowa spódnica. Zabawne, dawno ich nie widziałem, chociaż mieszkamy w jednym domu. Na szczęście wiem, jak od czasu do czasu zwrócić na siebie ich uwagę – wpakowując się w tarapaty, z których muszą mnie wyciągać, a potem wciąż kochać, bo jesteśmy przecież cholerną rodziną. 
Naprawdę przepadam za kłopotami.

6 komentarzy:

  1. Każdego roku powtarza się kilka wrażliwych okresów czasowych; Mikołajki i Boże Narodzenie, urodziny dzieciaków, cokolwiek wymagającego nałożenia wizytowych ubrań na kark i, dla Michała najgorszy z nich wszystkich, początek roku szkolnego.
    On i Irka potrafili wytłumaczyć się z braku książek, obejść bez nowych przyborów i ubrań, czy łatwo zrezygnować z wycieczek. Z dzieciakami sprawa była trudniejsza - one chciały się wpasować (nawet jeśli Maks udawał, że jest inaczej), a nauczyciele musieli pozostać w iluzji, że w domu Sosnówek wszystko było w porządku, tak jak wszędzie indziej, i nadmierna troska nadmiernie zainteresowanych dorosłych, która finalnie zawsze stawała się dużo większym problemem niż ulgą, była im zdecydowanie niepotrzebna.
    Ich ojciec od dawna był bezużyteczny, ale matka dopiero od około roku umywała ręce, co sprawiło, że bliźniaki końcem wakacji odnalazły się w największym gównie dotychczas i z pustą listą pomysłów na rozwiązanie patowej sytuacji finansowej.
    W związku z tym, gdy Michał zobaczył dziewczynę wychodzącą z na oko bogatego, ale słabo zabezpieczonego domu, pewnie wynajętą do podlewania kwiatów pod nieobecność właścicieli, zamiar oddania jej kluczy, które upuściła na chodnik, szybko został zmrożony i zastąpiony innym.
    Z nietypową dla siebie niepewnością przedstawił Irce swój pomysł. Dziewczyna, zawsze bezwzględna i podkreślająca, że niektóre rzeczy trzeba zrobić i tyle, umilkła na kilkanaście sekund. Nie chodziło o kradzież, bo to od jakiegoś już czasu było dla nich nieodstępnym elementem każdego tygodnia, nie chodziło nawet o włamanie, bo i to im się już zdarzyło. Chodziło o to, że wcześniej były to losowe okazje, przypadki, w wyniku których wychodzili bogatsi o przydatne pierdoły, których braku właściciele mogli za to nawet nie zauważyć. A klucze leżące na środku dzielącego ich blatu perfidnie zdradzały, że to będzie zaplanowane. I że upadli na dno.
    Pieniędzy od matki było jednak zdecydowanie za mało, nawet po dodaniu tego co zarobili i oszczędzili przez wakacje. Część musieli przecież odłożyć na później. Musieli myśleć o przyszłości. Wybór nie istniał.

    Kilkanaście godzin później Michał, w kapturze na głowie i z większością twarzy zasłoniętą arafatką, od wewnątrz opierał się drzwi domu. Nie dając sobie ani sekundy na zawahanie, zaczął rozglądać się za alarmem przeciwwłamaniowym. Jego brak wcale nie sprawił, że chłopak poczuł ulgę; przeciwnie, zaczął się stresować. Co jeśli alarm z jakiegoś powodu był gdzieś indziej? Albo ukryty?
    Zacisnął szczęki i oderwał plecy od drzwi. Nie było go stać na tracenie czasu.
    Stać.
    Taa.

    W łazience do plecaka wrzucił jakieś kremy i kosmetyki wyglądające na drogie lub przydatne oraz całą podręczną apteczkę. Błyskotki zostawił w spokoju. Rozmawiali o tym z Irką - sprzedaż kradzionego złota była ryzykowna. W kuchni znalazł kilka nienaruszonych słoików Nutelli i masła orzechowego, na które w życiu nie mogliby sobie pozwolić. Szybko zrezygnował z przeglądania reszty półek - papier śniadaniowy nie był warty kradzieży z włamaniem.
    Przeszedł przez salon prosto do sypialni; założył, że tam pewnie będą najważniejsze rzeczy. Natychmiast zaczął przetrząsać szuflady. Nie dbał o brak zostawiania śladów - nikogo by tym nie oszukał, co najwyżej opóźnił uświadomienie. Znalazł kopertę z zagranicznymi banknotami, którą wsunął za pasek spodni i bokserek (plecak nie wydawał się być wystarczająco bezpieczny) i miał już szukać dalej, gdy usłyszał hałas. Zgasił słabą latarkę.
    Mógłby przysiąc, że jego serce translokowało do gardła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pierwszym odruchu chciał wyskoczyć przez okno, ale było zamykane na kluczyk. Głęboko odetchnął i oparł się o ścianę. Musiał zmierzyć się z tym, co go czekało.
      Po domu rozniósł się kolejny huk.
      Nieświadomie zacisnął palce na nożu sprężynowym ukrytym w kieszeni bluzy.
      Przez kilka minut było pozornie cicho, ale gdy się uważnie wsłuchał, słyszał, że ktoś chodzi po domu. Miał ochotę zacząć śmiać się z samego siebie. Sam się, jak debil, uwięził.
      Nagle kroki stały się donośniejsze, a drzwi, które zostawił uchylone, otwarte. W progu stanął ktoś w kominiarce.
      Przez kilka sekund gapił się w ledwo widoczne oczy (drugiego) intruza. I jako że to on sam był w potrzasku, stwierdził, że będzie tak stał - bo co ma innego zrobić.

      Usuń
  2. Uniósł brwi pomimo tego, że były ledwo widoczne spod kaptura nadal zasłaniającego jego twarz. Gdy pierwszy szok po zobaczeniu włamywacza minął (choć jego umysł dalej do końca tego nie przetworzył), Michał zaczął analizować sytuację, w której się znalazł, i widział dwie opcje dalszego postępowania. Obie wymagały podjęcia równie pochopnej decyzji oraz wariackiej improwizacji - co szczęśliwie nie było dla niego pierwszyzną. Musiał założyć czy chłopak, z głosu w podobnym wieku do niego, był bardziej, czy mniej doświadczony w naruszaniu granic parcel prywatnych. Nie miał pewności, bo i skąd miał ją mieć, ale skłaniał się ku drugiej opcji - telefon w jego dłoni, na który Michał szybko rzucił okiem, wyglądał na drogi i nowy (ten element oznaczał co prawda najmniej, przecież chłopak mógł go zdobyć z różnych, legalnych i nielegalnych, źródeł), jego wyraźne zaskoczenie na nieoczekiwane zdarzenie (fachowiec raczej nie okazałby szoku tak otwarcie), kominiarka (Maciek, będący właściwie wirtuozem włamań, przy każdej stosownej okazji powtarzał, że takie akcesoria są głupotą i otwierają ranking oczywistych dowodów działających na niekorzyść), nawet dobór słownictwa (z drugiej strony, Sosnówka nie wiedział, co, i czy w ogóle cokolwiek, byłoby naturalne do powiedzenia w takiej sytuacji) go przekonywały. Gorzej, że nieznajomy na oko nie był ani słaby fizycznie, ani niski, ale Michał na to nie zwrócił najmniejszej uwagi, bo nie z takich kłopotów wychodził obronną ręką. Ręką, pięścią, łokciem, lub czymkolwiek poręcznym i ciężkim znajdującym się w pobliżu.
    - Piotrowskich? - powoli powtórzył, nadal nie do końca wierząc w absurdalność tej sytuacji. Może tak naprawdę przypadkiem zasnął i zawędrował tu we śnie? O ile jego umysł był w ogóle w stanie stworzyć coś tak dziwnego. Arafatka tłumiła jego głos, więc kolejne zdanie wypowiedział głośniej. - Okradasz znajomych? - spytał. Tego nikt ze stażem by nie zrobił.
    Wyjął obie dłonie z kieszeni, starając się wyglądać możliwie spokojnie i swobodnie, po czym powoli zaczął iść w stronę chłopaka. Przekrzywił głowę. Nie miał po co zwlekać.
    - Nieładnie. Niezgodnie z zasadami - zaryzykował stwierdzenie. Jeśli chłopak się nie znał, to powinno dać mu do zrozumienia, że Michał znacznie lepiej wiedział, co robi; a w tym momencie musiał postawić wszystko na jedną kartę i liczyć na to, że jego wiedza nie tylko w gadaniu jest większa. - Tak jak i dzielenie się - umilkł na sekundę, bezskutecznie szukając słowa brzmiącego trochę mniej jak z kiepskiego dreszczowca - ...łupem.
    Wraz z ostatnim słowem przyspieszył i, przebiegając ostatnie metry sypialni, korzystając z dodatkowej siły krótkiego rozpędu, uderzył w ramiona intruza, wypychając go na zewnątrz, i natychmiast wyprowadził cios z pięści. Trafił w szczękę; doświadczenie i adrenalina sprawiły, że nawet nie poczuł bólu w knykciach. Plecy chłopaka huknęły o otwarte na oścież drzwi, a Michał się nie zatrzymał, biegnąc w głąb domu. W stronę dokładnie przeciwną od drzwi wyjściowych.

    OdpowiedzUsuń
  3. Efekt zaskoczenia zadziałał idealnie. Wszystko byłoby w porządku i Michał zdążyłby uciec, gdyby nie fakt, że przecież w jego życiu nic nigdy nie mogło się ułożyć, i sam wpakował się w jeszcze większy problem, biegnąc w złą stronę. Idiota, idiota, idiota, powtarzał w myślach, wyklinając samego siebie, ledwo omijając kolejne meble. Debilizm gonił głupotę. Nie rozumiał, jak mógł nie zwrócić na coś takiego uwagi. Przecież wiedział, skąd przyszedł, starał się wszystko zapamiętywać na wypadek sytuacji awaryjnej, która rzeczywiście nastąpiła. I co? I gówno, i nie miał nawet czasu na przeklinanie własnych decyzji i rozwodzenie się nad nimi w myślach, bo musiał uciekać. Choć szybko zauważył swój błąd, i tak było o parę sekund za późno. Drugi obecny w tym samym, cudzym domu idiota (czy to działo się naprawdę?) zdążył się otrząsnąć i rzucić za nim w pogoń.
    W którymś momencie pozwolił sobie na zawahanie, przez co stracił bezpieczną odległość od nieznajomego, i nagle poczuł szarpnięcie. Sekundę później uderzał o podłogę. Zacisnął szczęki kiedy usłyszał trzask słoików. Miał rację przynajmniej w schowaniu pieniędzy gdzie indziej niż do plecaka - dzięki temu nie skończyły uwalone jedzeniem. Spróbował się podnieść, ale tamten go zatrzymał i przygwoździł do podłoża.
    Gdy koleś zsunął mu kaptur, Michał poczuł się niepokojąco obnażony. Jakoś stracił ochotę na szydzenie z kominiarki, którą przecież trudniej byłoby zedrzeć. Niby było ciemno, ale skoro jego oczy przyzwyczaiły się do półmroku, chłopak pewnie też dobrze go widział. Sosnówka zacisnął szczęki, wkurwiony całą tą sytuacją; stratą części łupu, wykazaniem się głupotą podczas ucieczki w złą stronę i faktem spotkania kogoś w domu, który próbował o b r a b o w a ć. Ból, który poczuł, uderzając o ziemię, sprawił, że stracił resztki wątpliwości, co do tego, czy aby na pewno nie śnił. Teraz był naraz nie tylko zestresowany i wkurzony, ale jeszcze przestraszony (został nakryty i odkryty), i uczucia te nawzajem się podbijały. Złość chwilowo jednak skutecznie maskowała pozostałe. Co nieznajomy mógłby w końcu zrobić z jego, niepełnym zresztą, bo arafatka się trzymała, rysopisem? Iść na policję i powiedzieć, że spotkał go, podczas gdy sam też się włamywał?
    - Zauważyłem - warknął. Próbował nie ruszać głową, bo chłopak mocno trzymał go za włosy. Bolało bardziej, niż Michał mógłby się spodziewać, i chyba wolałby już dostać z pięści, bo cios nie byłby aż tak irytujący i krępujący ruchy. - Puść mnie, chuju - syknął. To wszystko nie miało żadnego sensu. - Chcesz mi przywalić, czy się ze mną lizać, że tak trzymasz? Chryste - dalej nie krzyczał, ale zdecydowanie podniósł głos, a w jego tonie wyraźnie było słychać wkurzenie. Szarpnął głową na bok i mimowolnie sapnął z bólu, który przeszył jego skórę głowy.
    Zanim którykolwiek z nich zdążył dodać coś jeszcze, Michał usłyszał donośne pukanie do drzwi, dochodzące ze strony rzeczywistego wyjścia z mieszkania, jak został poinformowany, Piotrowskich. Chwilę później pukanie zastąpiło czyjeś bezsensowne pytanie Ktoś tu jest?, a następnie dźwięk nie do pomylenia. Dźwięk naciskania klamki i przesuwających się zawiasów.
    Michał zamarł; krew odpłynęła z jego twarzy, kończyn i chyba całego ciała. Poczuł autentyczny strach. Mieli przejebane i świadomość tego widział też w oczach nieznajomego.
    - Jebane żarty losu - wyszeptał, patrząc się prosto na niego. Był zdany na łaskę kolesia, któremu kilka minut wcześniej przywalił w ryj. - Puść mnie. Spierdalamy.

    [Jejku, jak mnie ujął ten dodatek w karcie "Naprawdę przepadam za kłopotami."]

    OdpowiedzUsuń
  4. - Schować? Ile ty masz lat, pięć? - spytał. Mimo tego że szeptał, jego głos był ostry. Gwałtowna natura objawiała się na wszelkie sposoby, a kiedy znajdował się pod wpływem stresu, impertynencja całkowicie przejmowała nad nim kontrolę. Szanse na wyciszenie nie istniały. - Okno to dobry pomysł - dodał. Podniósł się i skrzywił na dźwięk szkła uderzającego o szkło dochodzący z plecaka, który cały czas miał zarzucony na ramiona. Nie był głośny, ale nawet taka ilość decybeli przewiercała jego zestresowany umysł. A poza tym, brzdęk połamanych, skradzionych słoików oznaczał jego przynajmniej częściową porażkę; choć musiał przyznać, że lepiej było, żeby stracił je, niż pieniądze.
    Podszedł do najbliższej futryny, starając się miękko stawiać stopy, i wyjrzał przez okno. Byli wyżej niż myślał, a po tej stronie domu nie było niczego, co mogłoby zamortyzować upadek. Zacisnął szczęki. Pewnie dałoby się coś wykombinować, ale obawiał się, że brakuje im czasu na roztrząsanie niepewnej opcji.
    - Może jednak nie taki dobry - niechętnie przyznał, próbując nie myśleć o tym, że zgodził się w ten sposób z kolesiem, który, mimo chwilowej kooperacji, po tym spotkaniu natychmiastowo wskoczył na listę jego wrogów.
    Z każdym kolejnym hałasem dochodzącym z dolnego piętra domu, jego serce zaczynało bić szybciej. Nasunął kaptur z powrotem na głowę i poprawił arafatkę, żeby ukryć twarz i zająć czymś dłonie, które, ku jego przerażeniu, zaczęły drżeć. Nie bał się przyłapania jako takiego, a konsekwencji, które miało nieść dla jego młodszego rodzeństwa i Irki, która zostałaby ze wszystkim sama. Nie mógł pozwolić sobie na przegraną. Musiał wrócić, w dodatku razem z kasą, bo zbyt dobrze wiedział, że z dna można się nie tylko odbić, ale i zsunąć jeszcze głębiej.
    Zegar tykał. Jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności i zaczął rozróżniać czarne kształty mebli. Miał ochotę uderzyć pięścią o ścianę, ale powstrzymał się, bo zdradzenie swojego położenia byłoby dobrowolnym położeniem się pod gilotynę.
    - Czyli chowanego. Ale chyba nie wejdziemy do szafy - powiedział cierpko, dalej szeptając. Zdenerwowanie opanowało jego umysł, co tylko napędzało błędne koło, bo fakt, że nie myślał trzeźwo w tak patowej sytuacji, stresował go jeszcze bardziej. Gdzie nie szukałby ktoś rozglądający są za intruzem? Szaleństwo. - A gdybyśmy… spróbowali odwrócić jego uwagę? - zaproponował, czując okropną suchość w ustach. - Przyciągniemy go na drugą stronę domu i uciekniemy? - to prawdopodobnie nie miało prawa udać się w prawdziwym życiu, ale według Michała było mniej ryzykowne niż wczołganie pod łóżko i udawanie, że są walizkami. Zrobili za dużo syfu w domu, żeby ktoś właśnie go obchodzący mógł uznać, że w środku nikogo nie było. Michał chciał się wydostać. Jak najszybciej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Przez długą sekundę miał autentyczną ochotę obrócić się na pięcie i rzeczywiście wyskoczyć przez okno, co by się nie miało później wydarzyć. Jego krew, wrząc, szalała w żyłach, a myśli coraz bardziej przypominały stek przekleństw. Mocno ugryzł się w język, żeby nie zacząć się drzeć. Metaliczny smak krwi nie dotarł do jego mózgu. Dlaczego wszystko musiało się rozsypać? Znowu?
    Uspokój się idioto, masz walkę do wygrania. Wdech.
    On też nie miał lepszych pomysłów. Lepszych, gorszych, żadnych. Przymknął oczy na ostatnie, ironiczne pytanie chłopaka. Las rąk.
    – Wiesz co? Pierdolę to – wycedził, i zanim stres zatrzymał go w miejscu, z impetem ruszył przez drzwi i w stronę schodów. Czuł, że im dłużej czekał, tym jego szanse na ucieczkę robiły się mniejsze. Nie wiedział dlaczego w ogóle próbował coś uzgadniać z kolesiem w kominiarce. Powinien ratować własną skórę a nie wdawać się w dyskusje z kimś kogo nie znał, kto go nie obchodził i kogo ledwie chwilę wcześniej pobił. Musiał zmienić się w drapieżnika - albo raczej jego ofiarę - i zdać na instynkt, ślepo ale odważnie przedzierając się przez niebezpieczeństwa, przelewając w ratowanie własnej skóry całą moc oblewającego go stresu, strachu i gniewu. Pewnie bardziej pomagał tym chłopakowi niż sobie, bo po natknięciu się na uciekającego włamywacza, ktoś raczej nie czekałby na pojawienie się drugiego, a rzucił w pogoń za pierwszym, ale Michał w tym momencie naprawdę, naprawdę miał to w dupie.
    Pierwsze kroki stawiał dość cicho, ale gdy tylko zbliżył się do schodów, jego podeszwy zaczęły tupać; a dźwięk natychmiast zmienił się w huk, gdy tylko Szczygieł zobaczył obcą sylwetkę ledwie metry przed sobą. Czas defensywy dobiegł końca. Poczuł szarpnięcie adrenaliny wystrzelonej do żył, a jego wizja zwęziła się do zaciemnionego paska obszaru wprost przed nim. Teraz albo nigdy, pomyślał i zapominając o tym, że nie był w tym domu sam, że teraz najmniejszy błąd mógł zrujnować życie jego dzieciaków, że mógł przypadkiem zrobić coś bardzo złego, rzucił się naprzód.
    Mężczyzna próbował zatorować mu drogę, ale Michał całą swoją siłą wzmocnioną instynktem przetrwania o dobre parę razy odepchnął go od siebie i pobiegł dalej modląc się do Boga i przyrzekając, że pójdzie do kościoła, kurwa, nawet się wyspowiada, jeśli tylko tym razem trafi prosto do wyjścia. Rozległ się trzask; najwyraźniej chwilowo bezwładne ciało obrońcy Piotrowskich uderzyło o coś, co tym samym przestało istnieć, a on sam cudem zbiegł, a nie spadł ze schodów.

    OdpowiedzUsuń