Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

4 sierpnia 2000

[KP] Daniel Carrington



Daniel Carrington
22 lata / niedoszły prawnik / kiedyś przykładny syn / obecnie mniej przykładny autostopowicz

Drodzy rodzice,
Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiliście. Dziękuję za odwożenie do szkoły, dziękuję za pieniądze na lunch, dziękuję za najdroższych korepetytorów, gdy coś mi nie wychodziło, dziękuję za prywatne lekcje gry na pianinie, chociaż mówiłem, że wolę kurs rysunku. Dziękuję, że wiedzieliście lepiej, stawialiście poprzeczkę wysoko, że chwaliliście mnie w ostateczności, że nie byłem dobry dopóki nie zostałem absolutnie najlepszy.
Zrobiłem wszystko, co mogłem, wszystko, żebyście byli ze mnie dumni, wszystko, żeby wybić się ponad inne dzieci i ściągnąć na siebie Waszą uwagę. Jestem wdzięczny, ale musicie wiedzieć, że jestem też smutny. Od zawsze. Nie wiedziałem, jak inaczej Wam to przekazać. 
Kiedy to czytacie, siedzę już pewnie w pociągu. Kupiłem bilet w jedną stronę, nie ma już odwrotu. Wiem, że nie tego dla mnie chcieliście, ale już podjąłem decyzję. Nie jestem pewny, czego właściwie chcę, ale jestem pewny, że tym czymś nie jest prawo. Nie chcę być prawnikiem. Za mocno zawiązany krawat zawsze mnie dusił i nienawidzę prasować białych koszul z setkami małych guzików. Kocham Cię, tato, ale nie potrafię Tobą być. Przepraszam.
Wszystkim się zająłem. Rzuciłem studia, oddałem swoje szkolne książki miejscowej bibliotece, zerwałem umowę o mieszkanie, już po wszystkim. Mam nadzieję, że rozumiecie i że wreszcie jesteście ze mnie dumni. Kocham Was i obiecuję, że jeszcze napiszę. Proszę, nie dzwońcie z zamiarem wytargania mnie za ucho prosto do domu, bo wyrzuciłem komórkę.  
Mamo, tato, jestem   
                                  w  o  l  n  y
Wasz,
Danny


PS Poradzę sobie. Nie wychowaliście nieudacznika.

4 komentarze:

  1. Félix był w trasie już cztery lata. I to nie jest tak, że cały czas jeździł od kraju do kraju – w takim tempie okrążyłby już Europę z kilka razy. Dla przykładu, w zeszłym roku siedział kilka miesięcy we Włoszech tylko dlatego, bo akurat miał na to kaprys, a poza tym spotkał ludzi, którym nie przeszkadzał pickup z tyłu domu. Spał tam, opalał się, a gospodyni jeszcze przynosiła mu żarcie, bo według niej wyglądał na naprawdę niedożywionego. Podejrzewał, że po prostu się nim zauroczyła, w końcu kto by się mu oparł, a wyrzuciła go, kiedy uznała, że flirtuje z jej córką. Prawdę mówiąc, było na odwrót, ale i tak prawie polała się krew, gdy do akcji wkroczył mąż i ojciec. Dupont nie widział tego, bo akurat siedział za kierownicą, ale musiało się za nim kurzyć, kiedy odjeżdżał w pośpiechu. Od tamtego czasu nie zawitał do kraju Felliniego, spaghetti, pizzy, a od teraz również uciekających Francuzów.
    Początek wakacji tradycyjnie był czasem powrotu do domu. Mógł świętować urodziny młodszej siostry, wyczyścić porządnie auto, zostawić zbędne graty w garażu rodziców i ruszyć ponownie w drogę. Lubił życie na kółkach. Po dwóch dniach w domu rodzinnym miał już dość jazgotu – matka darła się na ojca, ojciec na matkę, siostra na nich, żeby przestali się drzeć, a pies ujadał, bo płoszyli mu suczkę sąsiadów. Pomiędzy nimi stał Félix i czuł, że oczy zaraz wywrócą mu się w głąb czaszki, a powrót stamtąd będzie trudny. Czekał jak skazaniec na swój ulubiony moment – obiad. Rozpoczynało się wtedy wypytywanie, czy pójdzie na studia, bo to już ostatni dzwonek, a chyba się najeździł. Żonę by sobie mógł znaleźć, poza tym ileż można czekać na wnuki, małą Isabelle albo Clementa. Jeśli w jakiś sposób można było sprawić, że Dupont żałował, że nie pojechał jednak do Rosji, to tylko tak. Dobrze, że rodzice nie wiedzieli, że on nawet nie planuje brać ślubu, bo mu dobrze samemu, z szumem klimatyzacji i przypadkowymi ludźmi opowiadającymi swoje życiowe historie. W sumie, nie musieli. Kiedyś sami na to wpadną.
    W końcu, po tygodniu spędzonym z rodziną, mógł ruszyć dalej. Następnym przystankiem była Belgia, chociaż najpierw wolał pokrążyć trochę po ojczyźnie, bo to za tym tak naprawdę się stęsknił – za Francją. Tutaj mógł pogadać po swojemu, a nie po angielsku, w którym często gubił słowa i machał rękami, póki druga osoba nie załapała, o co chodzi. Poza tym, to zawsze większa frajda zwiedzić pewne miejsca bez rodziców czy wycieczki szkolnej. Pochodził z Tulle, więc jego trasa obejmowała między innymi Paryż czy Calais, z którego zamierzał bezpośrednio pojechać do Brugii.
    Podróż przez Francję zajęła mu trzy dni, głównie przez to, że musiał objeżdżać zamknięte drogi i robił długie przystanki, żeby porobić zdjęcia. Nie chciał ryzykować, że kiedy nadarzy się druga okazja na wizytę, ładny, pocztówkowy widoczek zasłoni mgła albo jakiś szkaradny budynek. Z Calais wyjeżdżał wieczorem, po uprzedniej wizycie u dawnego kumpla. Ledwo odmówił wina, ale i tak humor miał znakomity, bowiem nic tak nie cieszy Félixa Duponta, jak zazdrość w oczach żonatych kolegów z liceum. Widział te chęci ucieczki pickupem zwłaszcza wtedy, gdy złotowłosa córka Adriena zwymiotowała mu na świeżo przystrzyżony trawnik.
    Podczas jazdy główną ulicą, Félix prawie przegapił autostopowicza. Na początku chciał pojechać dalej, jednak stwierdził, że wpadł w za dobry humor, by jechać samotnie. Zamrugał światłami i zwolnił, by finalnie zatrzymać się przed chłopakiem. Nie mógł powstrzymać rozbawienia, gdy okazało się, że najwyraźniej trafił mu się jakiś Brytyjczyk. Z natury Félix nie był złośliwy – był bardziej śmiechem z kasety w sitcomie, niż plującym ironią głównym bohaterem. Mimo to nie mógł się powstrzymać i postanowił udawać, że po angielsku potrafi powiedzieć tylko trzy słowa na krzyż.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Sorry, nie mówię po angielsku. Wsiadaj – powiedział, starając się tak skaleczyć angielski, by chłopak zwątpił, że dogadają się kiedykolwiek w jakimkolwiek innym zakresie niż „my name is potato, how are you?”. Wychylił się i otworzył drzwi po stronie pasażera, w razie gdyby nie został zrozumiany, choć na początku chciał powiedzieć jakieś randomowe zdanie po francusku, ale uznał, że nie chce go odstraszyć. Towarzystwo nie było złą opcją, zwłaszcza kogoś, kto jedzie gdziekolwiek. Dogadają się, przecież miał tak samo!
      Przyciszył trochę muzykę i postanowił rzucić obcokrajowcowi wyzwanie. Po chwili jazdy postarał się schować uśmiech i zmarszczył brwi, udając, że zastanawia się nad czymś.
      Cigarette – powiedział z silnym francuskim akcentem, bo przecież po angielsku było tak samo, ale nie zaszkodzi trochę go postraszyć, że nawet tego nie wie.
      Papierosy trzymał w schowku i mógł sam po nie sięgnąć, bo nie było dużego ruchu, ale z drugiej strony blokowały go nogi pasażera, a on się świetnie bawił, grając Francuza-ignoranta, więc był to idealny moment na kalambury.
      – Schowek – powiedział po francusku, nie bawiąc się w czasowniki, bo to już za dużo. – Hmm… hiding?
      Spojrzał znacząco na schowek, chociaż wyglądało to, jakby łypnął na jego plecak czy buty, ale miał nadzieję, że go zrozumie, bo naprawdę zachciało mu się palić przez głupie pomysły. W paczce zostały dwa, awaryjne, w razie gdyby się zdenerwował. Ostatnio stało się tak z pół roku temu i tkwiły w schowku od tego czasu, pomiędzy chusteczkami i taśmą klejącą. Teraz nie był ani trochę nerwowy, ale głodny, więc wolał chyba dokarmić raka, niż niedawno zjedzoną tartę z taką ilością bitej śmietany, że uzupełnił białko na następny miesiąc.

      Usuń
  2. Niechęć pomiędzy Brytyjczykami a Francuzami w młodym pokoleniu była mitem, ale Félixa zawsze śmieszyło, gdy ojciec burczał na „brudnych Brytoli” i „niedzielnych kierowców, pewnie Angol”. Brytyjczycy osobiście nic mu nie zrobili, ale jego przodkom, o, jakie krzywdy, tylko się nogą przeżegnać! Przodkowie musieli Dupontowi wybaczyć, bo miał to osobiście gdzieś, nie lubił tylko ludzi niemiłych dla kelnerów, nieważne jakiej narodowości. Wbrew pozorom, Francuzi swoje też za uszami mieli, zdarzali się naprawdę chamscy, typowe żabojady, jak mówili turyści, ale Félix nie miał się co przejmować – wysoka samoocena nie pozwalała mu na uznawanie się za chama. Nawet jeśli teraz robił biednemu Danielowi na złość. Kiedy jednak słyszał dukane po francusku zdania, pękało mu serce. Wiedział, że jego angielski nie jest perfekcyjny, ale mimo wszystko męczarnią było słuchać akcentów na złą literę, nawet jeśli biedny chłopak się starał. Punkt dla niego, ale Dupont wolał szybko zmienić język.
    Wsadził sobie papierosa między wargi i podpalił go szybko zapalniczką schowaną w kieszeni koszuli. Kiedy wydmuchał dym w stronę otwartego okna po swojej stronie, zerknął na swojego nowego pasażera. Nie wyglądał na jakieś psychopatę, bardziej typowego turystę, podekscytowanego zwiedzaniem, i to jeszcze jak, autostopem! Jak wiadomo, to bywa ryzykowane, ale wow, o ile bardziej ekscytujące niż jakieś wynajmowanie samochodu! Swoją drogą, to była dosyć droga inwestycja i z tego, co się orientował Dupont, wielu wolało już złapać stopa, a później najwyżej uciec, jeśli kierowca okaże się niezrównoważony psychicznie. Był ciekawy, czy Daniel wyskoczyłby przez okno, gdyby tak się okazało. Nie chciał tego sprawdzać. Na sumieniu mógłby mieć co najwyżej osę, tylko te małe skurwiele nie zasługiwały na litość.
    – Félix – odpowiedział grzecznie w wymianie imion, do tego bardzo wolno, żeby chłopak załapał wymowę drugiej litery, jako że nie mógł wiedzieć o kresce nad e, komplikującej obcokrajowcom sprawę. – Ale dobra, nie będę cię męczył, możesz mówić po angielsku. Ja coś tam mówić.
    Dobra, to było złośliwe, zwłaszcza, że wyszczerzył zęby jak jakiś kretyn, ale nie mógł się powstrzymać. Widział jego minę i chciał jakoś rozładować atmosferę, bo ostatnie czego chciał, to żeby się biedaczyna stresował swoimi próbami zagadywania. Félixa nie trzeba było błagać o rozmowę, nie burczał też, że jak się jedzie, to się nie ględzi. Poznawanie nowych osób było nieodłącznym elementem jego życia, ale jako że nie zajechał w swoich wyprawach do Wielkiej Brytanii, ciekawy był Brytyjczyka. No, i nie mógł być zły, skoro nie zaczął go wyzywać po angielsku za to, że nie mówi w jego ojczystym języku. Znał kilku Hiszpan, którzy nie czekaliby z tym długo. „Hijo de puta” czy inna mierda, te sprawy.
    – Sprawdzałem cię tylko – wyjaśnił szybko, w razie gdyby Daniel nie zrozumiał nagłej zmiany frontu. – Rozumiem, że Calais to twój pierwszy przystanek? Jeśli chcesz pozwiedzać Francję, to źle trafiłeś, bo ja akurat wyjeżdżam. Do Belgii. Mogę cię podrzucić do Dunkierki, jeśli chcesz.
    Wyrzucił niedopałek przez okno, uprzednio sprawdzając, czy nikt za nim nie jedzie, ale samochód w tyle zachowywał dosyć dużą odległość. Félix nie usłyszał klaksonu, a więc nikt nie oberwał petem. Zdał sobie sprawę, że postąpił dosyć niegrzecznie, nie częstując pasażera papierosem, no ale przecież w paczce był ostatni. Miał nadzieję, że nie wyszedł na jakiegoś gbura, ale z drugiej strony facet nie wyglądał na palącego. Raczej na grzecznego, który w gronie wódeczkujących wybiera wino. Ocenianie po pozorach jest słabe, ale chciał się po prostu wytłumaczyć. Zamiast tego postanowił go zagadać, żeby zatrzeć złe wrażenie.
    – Trochę spontaniczna wycieczka, skoro chcesz jechać… gdziekolwiek – Wymówił to słowo po francusku, unosząc brwi w udawanym zdziwieniu. – Zawsze mi się wydawało, że Anglicy mają wszystko pod linijkę, a tu proszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brawo , Fé, teraz pojechałeś stereotypem, pomyślał w tej samej sekundzie. Gdyby miał drugie wcielenie, jakiegoś anioła stróża, walnąłby się teraz w łeb. Nie dość, że z góry założył, że wszyscy Brytole muszą mieć kubek ustawiony idealnie na podstawce, to jeszcze zabrzmiał jak ostatni hipokryta. To znaczy, Daniel nie mógł wiedzieć, że jedzie w domu na kółkach, ale i tak… Dupont był ostatnim do zwracania komuś uwagi. Miał nadzieję, że zabrzmiał po prostu jak zaciekawiony, starający się podtrzymać small talk, kierowca, a nie żabojad.

      Usuń