2 sierpnia 2000

[KP] Ramsay

Jaskier dzielił atrakcyjne kobiety, w tej liczbie i czarodziejki, na przemiłe, miłe, niemiłe i bardzo niemiłe. Przemiłe na propozycję pójścia do łóżka reagowały radosną zgodą, miłe wesołym śmiechem. Niemiłe reagowały w sposób trudny do przewidzenia. Do bardzo niemiłych trubadur zaliczał zaś te, wobec których sama myśl o złożeniu propozycji wywoływała dziwne zimno na plecach i drżenie kolan.
A. Sapkowski
Ramsay
Córka króla złodziei i skrytobójczyni || Życie spędzone w cieniu starszych braci || 28 lat
Życie nigdy jej nie rozpieszczało. Od najmłodszych lat musiała walczyć o względy ojca i matki, którzy często wyjeżdżali. Przez wiele tygodni nawet nie wiedziała, czy jeszcze żyją, czy może już są martwi.Jej ojcem jest złodziejem. I to nie byle jakim! Został okrzyknięty Królem Złodziei. Kradnie niezwykłe kosztowności, które potem jego ludzie rozprowadzają po królestwie. Natomiast jej matką jest skrytobójczyni, która w mistrzowskim stopniu opanowała sztukę trucizn. W jej rodzinie hierarchia była ustalona, kiedy tylko przyszła na świat. Dwaj najstarsi bracia mieli pójść w ślady ojca. Najmłodszy miał wzbudzać litość i pomagać matce przy zabójstwach. Natomiast ona, jedna córka króla złodziei, miała poślubić pewnego zaprzyjaźnionego księcia, dzięki czemu zyskaliby jeszcze więcej. Mieli...Po latach, okazało się, że najmłodszy braciszek o wiele bardziej woli przesiadywanie w towarzystwie ładnych chłopców, niż szkolenie się na skrytobójcę. Dwóch starszych dało się okraść z najważniejszego organu - z serca; poślubili piękne kobiety i zrezygnowali ze sztuki złodziejstwa. A Ramsay?A Ramsay, żyjąc w ich cieniu, robiła swoje. Bo i tak nikt nie zwracał na nią uwagi. O tym, co się działo, nie mówi głośno. Im więcej wiadomo, tym trudniej jest się ukrywać. Uwodzi, kradnie, zabija. Wszystko po to, aby odzyskać odebrane nazwisko i szacunek od własnego ojca. Woli mordować z odległości, bo tryskająca krew na wszystkie strony napawa ją obrzydzeniem. Smykałkę do trucizn odziedziczyła po matce, a przecież zwykłe dolewanie trucizny do wina jest nudne. Dlatego mistrzowsko opanowała sztukę rzucania zatrutymi nożami. A w sztuce strzelania z łuku jeszcze się szkoli. Ustrzelenie zająca w ruchu uważa za niezwykły sukces. Ale jeszcze trochę...
Źródło zdjęcia: Character Image 

4 komentarze:

  1. Słońce błyskało dzisiaj wysoko na popołudniowym niebie, znacząc jasnymi smugami światła doki. Czasem tylko zatrzymywało się na ścianach niezbyt gęsto skupionych budynków, rzucając długie linie cienia, niekoniecznie bardzo głębokiego, a raczej szarawego i dość mdłego.
    Ale i w tak marnej kryjówce Davamros odnajdywał bezpieczeństwo, unikając wzroku innych. Jako tancerz cieni skutecznie zagęszczał mrok dookoła siebie drobną szczyptą wyuczonej magii, niknąc w nim jakby sam zbudowany był tylko z ciemności. Mijający go od czasu do czasu dostawcy portowi nie zwracali na niego najmniejszej uwagi, pochłonięci niezobowiązującymi rozmowami czy pracą. Nikt go nie widział, tak jak sobie tego życzył.
    Doki niewiele zmieniły się od ostatniej wizyty Davamrosa. Wciąż zdawały się zarzewiem kryminalnych szuj, pijanych marynarzy śpiewających w tawernach, smrodu ryb zmieszanego z tanim grogiem oraz wszechobecnej nędzy. Wystarczyło tylko jednak zmrużyć oczy, w sumie całkiem mocno zacisnąć powieki oraz zakryć uszy, żeby to miejsce nie wydawało się takie złe. Spędził tutaj praktycznie połowę swojego życia, ale wolał tego nie wspominać już nigdy jeśli tylko miał taką możliwość. Pamiętał niemalże każde miejsce tutaj, wyrwę oraz stoisko, nawet zdawało mu się, że ludzie również się nie zmienili i wciąż ta sama kobieta sprzedaje ryby oraz gulasz z bezpańskich kundli przed tawerną Wyspa Szczęśliwości, która o dziwo nadal stoi pomimo krążących wszędzie plotek, że za biblioteczką w jednym z pokoi znajduje się kryjówka przemytników.
    Kątem oka zauważył jak drobny kieszonkowiec opróżnił właśnie kieszenie targującego się na kramie z tanimi błyskotkami ze szkiełka i podrabianej miedzi mężczyzny. Całkiem sprytnie, ale nie do końca. Kilka sekund później złodziejaszek uciekał tuż obok niego z goniącym go wytrwale strażnikiem miejskim. Davamros sam nie potrafił zliczyć ile to razy był w podobnej sytuacji, ale jeśli nikt nie zniszczył starych ścieżek to gdzieś niedaleko powinna znajdować się wyrwa w ścianie, dzięki której wystarczająco gibki rzezimieszek mógł skryć się we wnętrzu magazynu i zgubić pościg.
    Nie miał jednak czasu na podziwianie budującego się talentu młodego chłopaka, bo dzisiaj jego cel był znacznie większy.
    Stał przed rozwalającą się, zdawałoby się opuszczoną, kamienicą jakich wiele w tej dzielnicy. Rozpadające się, skruszone kamienie nie dawały żadnej ochrony przed wdzierającą się do środka pleśnią oraz zapachem stęchlizny. Powybijane okna, czasem nawet złamane okiennice i szarzejąca dachówka przykryta mchem. O dziwo nawet jakaś marna brzózyna rosła z jednej z dziur, pnąc się odważnie ku górze. Miejsce, które robiłoby za dobrą kryjówkę dla bezdomnych oraz złodziei oraz schadzki prostytutek z klientami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wszystko było jednak tym czym się wydawało.
      Według zdobytych przez Davamrosa informacji, nie była to zwyczajna ruina, ale dom potężnego maga ceniącego sobie spokój oraz dyskrecję. Upodobał sobie doki, zamiast jakieś wieży poza miastem, gdyż ponoć tutaj dostawał potrzebne składniki. Mógł tylko domyślać się o co chodzi, ale ostatnio tyle się mówiło o atakach szaleńca obdzierającego ludzi ze skór, zwanego przez straż "Garbarzem", iż wszystko mogło być możliwe. Niezależnie jednak od celów dla których mag znajdował się w tej dzielnicy, Davamros miał do niego interes - a raczej do księgi, którą ten posiadał.
      Liczył, że znajdzie w niej odpowiedź jak pozbyć się paskudnej klątwy zmieniającej go powoli w chodzący worek śmierdzącego trupiego mięcha. Choć wydawał na lekarstwa i zaklęcia kapłanów niemalże wszystkie wykradzione pieniądze, zatrzymywały one tylko powracające efekty klątwy bezpośrednio jej nie lecząc. Jak podkreślił to kiedyś jeden z uzdrowicieli - choroba Davamrosa ma naturę wykraczającą poza normalne rozumowanie i tylko ktoś równie potężny jak rzucający, zaznajomiony z nią choć po części będzie mógł coś na to zaradzić. Tancerz cieni dogadał się niedawno z jednym szalonym nekromantą, za kilka drobnych przysług, że pomoże mu odczytać magiczne runy skradzionego grimoire jeśli tylko mu je przyniesie. Może nawet odprawi odpowiedni rytuał.
      Davamrosowi zależało na tym jak nigdy na niczym. Klątwa go osłabiała jeśli odpowiednio szybko nie zażył lekarstwa, odbierała mu jasność i ostrość zmysłów oraz zmieniała jego ciało w zalążek niewyobrażalnego bólu. Każdy skok, włam czy atak musiał być planowany tak, by zniwelować nie tylko wszelkie potencjalne wpadki, ale też wyprzedzić konsekwencje magicznej choroby.
      Dlaczego więc nie złapał maga, który tą klątwę rzucił?
      Jakby to było takie proste...
      Pokręciwszy głową, wyrwał się z rozmyślań sprawdzając, czy klejnot zmieniający zwykłe drzwi w magiczne wrota wymiarów przenoszące użytkownika do siedliszcza maga, jest nadal w jednej z sakiew.
      Leżał bezpiecznie, migocząc od czasu do czasu kolorami tęczy. Kamień ten nazywany był powszechnie "kamieniem łotrzyków" i przypisywano mu niewielkie magiczne właściwości pozwalające łamać iluzje oraz wykrywać pułapki - stąd też znalazł szerokie zastosowanie w rękach przestępców jeśli tym udało się go odnaleźć. Kiedy używało się go na drzwiach takich w tej kamienicy wykonywało się tak zwany skok klejnotu czyli przejście ze świata zwid do prawdziwej formy danego miejsca.
      Davamros wyszedł z cienia, naciągając mocniej chustę na twarz oraz poprawiając kaptur płaszcza. Rozejrzawszy się dookoła i sprawdzając, czy nikt go nie śledzi ostrożnie zbliżał się do kamienicy. Wyglądał jak wielu innych zabijaków tutaj, więc nie wyróżniał się zbytnio z otoczenia - gorzej jednak, jakby ktoś uważnie przyjrzał się jego oczom lub zranieniom na twarzy wywołanym klątwą. Lekarstwa jednak pozwalały mu na względny "kontakt" bez wywoływania paniki, nawet jeśli nie zasłaniałby twarzy.
      Podchodząc ze strony zachodniej, zbliżał się do głównych drzwi bo tylko na nie nałożone zostało zaklęcie. Zatrzymał się jednak, subtelnie mimo wszystko, gdy z naprzeciwka zauważył, że dokładnie w tą samą stronę zmierza uzbrojona kobieta, niewiele niższa od niego. Zwinny krok i pewne choć miękkie ruchy zdradzały, że to nie jest byle dziewka portowa, a ktoś zaznajomiony ze sztuką skrywania się oraz bezszelestnego poruszania.
      Złodziejka.
      Pytanie tylko, kim była i czy należała do jednej ze stajni?
      Mógł jednak dać sobie uciąć rękę, że, choć nie interesował się zbytnio gildiami złodziejskimi i ich członkami, kogoś mu przypominała lub spotkał ją podczas jednych z wypadów lub wymian łupów.

      Usuń

  2. Coraz krótsze kroki, cichsze i bardziej lekkie aż w końcu stanął naprzeciwko frontowych drzwi, których metalowe elementy już dawno przeżarła rdza. Dopiero teraz, kiedy i również dziewczyna zbliżyła się do nich, mógł przyjrzeć jej się dokładniej zza kaptura, który kładł cień na jego przeoraną klątwą twarz.
    W umyśle zaświtała mu myśl, skąd ją pamięta. Było to jednak na drugim końcu miasta, w pobliżu wielkiej rzeki, Mitwy, jedynej przepływającej przez wielką metropolię i zatrzymującą się właśnie tu, w dokach. Próbował przywołać w głowie dokładniejsze wspomnienia, ale wszystkie zatrzymywały się na postaci pasera z którym Davamros wtedy zawzięcie się targował o lepszą cenę za łup. Parszywy oszust, ale tylko on mógł upłynnić tak dobrze oznaczone złoto.
    Niemniej swoje usłyszał, a dokładniej to, iż stojąca przed nim złodziejka to nikt inny jak córka tego samozwańczego króla złodziei, co nie wiadomo czy ogłosił się nim sam czy został przez kogoś "wybrany". Polityka półświatka docierała do niego z opóźnieniem, bo sam nigdy jej do siebie zbytnio nie dopuszczał. Póki coś nie dotyczyło go bezpośrednio nie miał w tym najmniejszego interesu.
    Zresztą po co mu wieści z dworu królewskiego, czy jakkolwiek mógłby nazwać tą dziwną pozycję w całkowicie zdziczałym i pozbawionym czasem zasad kryminalnym świecie? Sama idea króla wśród złodziei wydawała mu się dość mdła, nikła i po prostu niepotrzebna - owszem zapewniał ochronę, może nawet jakieś korzyści w postaci lepiej zorganizowanych i większych skoków, ale... Co wtedy ze skarbami? Oddajesz mu większą część, patrząc na rosnący, nie-twój stosik w skarbcu gdzieś w podziemiach pod slumsami, ale jednocześnie cieszysz się bo jesteś częścią czegoś większego? Zbędna monarchia, nie po to zostajesz złodziejem i przekraczasz granicę prawa, które czasem cię krzywdzi, żeby znowu oddawać się pod kolejne berło.
    To prawie jak z gildiami, tylko słowo król brzmiało dużo bardziej szlachetnie.
    Dlatego też Davamros wolał pracować sam lub czasem łączyć siły z innymi wolnymi strzelcami tego miasta - co czynił jednak bardzo rzadko, bo nie lubił na kimś polegać. Nie to, że uważał swoje umiejętności za najlepsze i nie do pobicia, bo tak absolutnie nie było - wciąż miał wiele do nauczenia -, ale jeśli już coś miało się zepsuć... Wolał ponosić za to pełną odpowiedzialność i mieć świadomość, że przyczynił się do tego własnymi rękami oraz brakiem przygotowania.
    Nie wiedział w jakim celu dziewczyna przybyła pod wieżę, ale mógł podejrzewać, że jeśli była córką króla złodziei to wiedziała o prawdziwej naturze tego budynku. Jako byle podlotek i amator nie miałaby szans na większość solidnych informacji, a jedynie plotki.
    To wszystko odrobinę wybiło Davamrosa z rytmu jaki narzucił na plan odkrywania wieży czarodzieja. Konkurencja bywała zdrowa, ale nie kiedy teren nieznany, przeciwników potencjalnie dużo, a i na pewno czekały ich magiczne pułapki. Wiedział też jak to się skończy po jego stronie - zacznie nieostrożnie stawiać kroki, byleby tylko udowodnić, że jest lepszy. Przed klątwą mógł sobie pozwalać na taką brawurę, teraz niekoniecznie. Naturę jednak ciężko opanować i stłamsić.
    Z drugiej strony jednak, złodziejka mogła się w tym wszystkim przydać - by trzymać twory i chowańców maga z dala od niego, podczas gdy on skryje się w bezpiecznym cieniu oraz przejdzie na szczyt. Gorzej jednak jeśli także ma chrapkę na księgę na której zależy Davamrosowi.
    Nie wie nic, ale to tyczy się zapewne też drugiej strony - ona też mogła nie przewidzieć jego wizyty tutaj. Podejrzewał, że nie odpuści, ale i on nie zamierzał się wycofać. Zbyt mu zależało na powodzeniu tego skoku, wiele mógł zmienić, a na pewno dać mu odpowiedzi na wiele pytań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uniósł brew do góry na jej swobodne, prawie prześmiewcze słowa. Zsunąwszy maskę z twarzy, nie odwzajemnił jednak uśmiechu bo nawet na tak zdrapanych i trupio bladych ustach wyglądałby on co najmniej złowróżbnie. Brał lekarstwa rano, więc teraz ich dobroczynne efekty mogły trochę zelżeć, objawiając się na jego trupio-bladej twarzy karmazynowymi wybroczynami przypominającymi wyzierające, żywe mięso.
      - Mógłbym to samo pytanie zadać tobie - świszczący, niski głos wydobył się zza zasuszonych warg. Davamros bardzo rzadko z kimś rozmawiał, głównie mając za towarzystwo własne myśli, więc i niewielu mogło usłyszeć ostre nuty jego głosu. Nie było to jednak zbyt przyjemne uczucie, gdyż boleśnie wbijały się one w uszy.
      Tancerz cieni, nie spuszczając wzroku z nieznajomej, położył dłoń na sakwie, gdzie trzymał kamień łotrzyków. Klejnot najwidoczniej wyczuł subtelną magię i iluzję rozciągającą się na drzwiach, gdyż wydzielał przyjemne ciepło, rozgrzewając się coraz bardziej. Jeszcze chwila i możliwość wykonania skoku klejnotu będzie na wyciągnięcie dłoni. Problemem jednak była tajemnicza dziewczyna, która najwidoczniej nie zamierzała grzecznie wrócić tam skąd przybyła.
      Davamros minął złodziejkę, zamiatając zniszczonym skrawkiem płaszcza zakurzoną ziemię. Obserwował ją kątem nienaturalnie zmienionego, przeraźliwie jasnego oka czekając aż poważnie zastanowi się nad tym skokiem.
      - To nie zadanie dla amatorów. Odejdź póki jeszcze możesz - odparł, stając przed zaczarowanymi drzwiami. Niezależnie po jaki przedmiot tu przyszła i jak dowiedziała się o ukrytym przejściu do siedliszcza czarodzieja... Nie zamierzał oddać jednej z szans na zrzucenie tej przeklętej choroby z własnego ciała i zgadywać czy przypadkiem nie szukają tego samego w wieży. Davamros spojrzał zza ramienia na dziewczynę, milcząco oczekując aż zniknie. Może nie doceniał jej charakteru, błyskającego żwawym ognikiem w oczach? Co jeśli jest bardziej uparta i nie odpuści?
      Jedno jest pewne - nie zamierzał się z nią szarpać na środku ulicy. Nie potrzebowali świadków, a dwójka podejrzanie wyglądających zabijaków pod pustą kamienicą już wzbudzała zainteresowanie. Jeśli się nie ruszą, w jedną lub w drugą stronę, zauważy ich jakiś strażnik.

      Usuń