4 sierpnia 2000

Nightmares are dreams too

ombeline-ludolphides-font 
według mitologii greckiej bóg snów, personifikacja nocnych koszmarów // współcześnie raczej dekadent i niespełniony artysta // gdzie jego, tam można znaleźć również jego pięcioletniego czarnego kocura, Freddy'ego, nazwanego tak po Freddym Kruegerze

Daniel, a raczej Ikelos lub, jeśli ktoś woli, Fobetor, odnalazł się w świecie ludzi wyjątkowo szybko. Po przejściu wstępnego szoku nie był też aż tak bardzo niezadowolony ze zmiany otoczenia. Pierwsze kilka lat po strąceniu na ziemię spędził na podróżach. Odwiedził wiele krajów, od gorącej, egzotycznej Turcji, do zimnej, acz bardzo pięknej Norwegii, jednak, choć wydaje się to wręcz niemożliwe – najbardziej spodobał mu się Londyn. Kiedy pewnego pochmurnego, smutnego popołudnia po raz pierwszy postawił tam nogę, ulice wraz z deszczem zdawały się ociekać pewnego rodzaju melancholią, przygnębieniem, szarością. Czyli dokładnie tym, co było jego specjalnością.

Jest jedną z niewielu, jeśli nie jedyną osobą, która czerpie satysfakcję z koszmarów. Najczęściej budzi się w środku nocy z krzykiem, owinięty w ciężką, wilgotną od potu i łez pościel, pełen dziwnego, wwiercającego się w jego podświadomość poczucia niepokoju. I właśnie wtedy spływa na niego największe natchnienie. Drżącymi z ekscytacji palcami zapala lampkę przy łóżku, sięga po rozpadający się zeszyt i długopis z pogryzioną końcówką, po czym zaczyna zapisywać albo szkicować wszystko, co pamięta z dopiero co przeżytego snu. Zwykle nie udaje mu się już zasnąć, więc zrywa się z łóżka, wyciąga sztalugę i farby, następny podniszczony zeszyt do mniej chaotycznych zapisków albo siada przy pianinie i spod jego palców płynie wolna i smutna lub energiczna i niepokojąca melodia. Właśnie z powodu takiego rodzaju dziwactw każdy, kto miał wątpliwą przyjemność spać z nim jednym łóżku czy nawet pokoju, opuszczał go w przekonaniu, że ma do czynienia z szaleńcem.

Nigdy nie udało mu się znaleźć stałej pracy. Zatrudniał się w sklepach, restauracjach i nawet salonie piękności, ale na dłuższą metę nic z tego nie wychodziło, zapewne przez jego kompletny brak poczucia obowiązku. Teraz utrzymuje się jedynie ze sprzedaży swoich obrazów i sporadycznego przygrywania na pianinie w okolicznych klubach lub w restauracjach, których właściciele chcą sprawić, że ich lokal będzie wydawał się jeszcze bardziej nadęty i drogi niż jest w rzeczywistości. Na takie okazje Ikelos kupił sobie nawet ładny garnitur, żeby wyglądać profesjonalnie. Ach, no i wydał też kilka tomików poezji, które przyniosły mu praktycznie zero zysku.

Na ogół jest małomówny i zamknięty w sobie, co w większości bierze się z jego upodobania do bycia cichym obserwatorem. Ludzie go fascynują – najbardziej ci przechodzący żałobę, nieszczęśliwie zakochani, w depresji. Jako że wciąż cieszy się częścią swoich boskich mocy, czasem sprowadza koszmary na jakiegoś zadowolonego i niezadowolonego z życia znajomego, aby potem móc być świadkiem ewentualnych zmian w ich zachowaniu. To wszystko w imię nauki oczywiście.

Ikelos nie składa się jednak wyłącznie ze smutki i żałości. Przebywając w jego towarzystwie, niekoniecznie wpada się w depresyjny nastrój – wystarczy zastać go w odpowiednim momencie i humorze. Docenia wszelkie formy sztuki i przejawy kreatywności, często pojawia się w muzeach lub galeriach, szczerze zainteresowany wystawą i gotowy do żywej dyskusji z innymi artystami. Zdarza mu się też zabalować i upić, jak na niezrozumianego twórcę przystało, a wtedy staje się najszczęśliwszą i najbardziej wygadaną osobą w pomieszczeniu. Niesprowokowany nie bywa niemiły ani agresywny, jednak jego cierpliwość ma swoje granice – przekonał się o tym na przykład ten okropny krytyk, który nazwał jego wiersze bełkotem bez polotu. Obecnie chyba wciąż rezyduje w szpitalu dla obłąkanych. I dobrze mu tak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz