4 sierpnia 2000



baw mnie, zepsuj lub zbaw mnie
to tak zabawnie dzielić swój grzech na pół
weź mnie, jak się bierze czek
gdy się człowiek chce zapomnieć


Marcel Savage
Marcel to ten chłopak. Ten, na którego nawet nie zwracasz uwagi, bo jest dokładnie taki sam jak inni. Nie lubi chodzić do fryzjera, więc brązowe, wiecznie przydługie włosy wciąż wpadają mu do ciemnych oczu. Do tego gdy się uśmiecha, robią mu się urocze dołeczki w policzkach, nie lubi o sobie opowiadać, a kiedy się stresuje, nerwowo skubie już i tak lekko rozpruty rękaw przydużego swetra i obraca ukryte pod nim kolorowe bransoletki. Znasz ten typ: uprzejmy, o wodzącym za tobą łagodnym spojrzeniu i miękkich, różowych wargach ocierających się o twoje, kiedy szepcze bądź delikatny. Dokładnie taki ci się wydaje: słodki, ale niedoświadczony i właściwie to szkoda ci na niego czasu; nuży cię to, jaki jest ułożony. Do tego nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak obrzydliwie bogaci są jego rodzice. W końcu on nie bywa zarozumiały, wiesz, że czasem chodzi na zakupy do supermarketu na rogu i za każdym razem kupuje ten sam makaron i sos do spaghetti.
A potem wszystko nagle staje na głowie. Zauważasz ostry, dziki błysk w jego spojrzeniu, zadziornie uniesiony kącik ust i zdajesz sobie sprawę, że on się z ciebie nabija. Nie wiesz, kiedy to się stało, czy to on tak szybko się zmienił, czy ty. Ma ciężkie i trudne poczucie humoru, mimochodem wspomina o samobójstwie, zaburzeniach osobowości i w tym samym zdaniu rzuca aluzjami do seksu, które niepokojąco gładko i bezwstydnie wypływają spomiędzy jego warg. Zmieniasz zdanie. Jednak chcesz go mieć: pociąga cię sposób, w jaki wciąż niepoprawnie akcentuje niektóre słowa, śmieje się gromko w nieodpowiednich momentach i zaczesuje włosy do tyłu, przygryzając dolną wargę. Jesteś gotowy go sobie wziąć, pomimo tych wszystkich problemów albo może pragniesz jego problemów bardziej niż jego samego. Masz ochotę rzucić się na niego, nim o ścianę albo kostką, żeby losowa liczba oczek zadecydowała o tym, ile razy go dzisiaj przelecisz. Ale on marszczy nos, spoglądając na ciebie z rozbawieniem i mówi nie wiedziałbyś, co ze mną zrobić. Nie tak to sobie wyobrażałeś. Marcel to ten chłopak. Ten, na którego powinieneś był zwracać większą uwagę. Może wtedy to na ciebie by tak patrzył.

12 komentarzy:

  1. Liam impulsywnie ścisnął palce Marcela, czerpiąc z tak drobnego gestu zaskakująco sporo siły. Marcel do niego mówił i stopniowo poza głosem swojego chłopaka, Liam nie słyszał już nic więcej, ani przemowy stewardessy, ani pilota, a już tym bardziej dźwięku odpalanego silnika. Spojrzał na Marcela i mogło to wydawać się tak sztampowe, oklepane, ale Liam naprawdę nie mógł oderwać od niego wzroku.
    Oczywiście, że pamiętał, nawet miał tę sytuację przed oczami. Dzień, w którym Marcel wtargnął z powrotem do jego życia, a dokładniej, do jego biura, już od progu mu grożąc. To mogło się skończyć na dziesięć różnych scenariuszy; Liam mógł po prostu wezwać ochronę, mógł go spławić, mógł oskarżyć Marcela o nękanie, ale się tak nie skończyło. A teraz byli tu razem, wbrew temu, co na początku mówił Liam.
    - Coś w tym jest – mruknął, uśmiechając się kątem ust. Może i cały strach z niego nie wyparował, szczególnie, gdy wzbijali się w powietrze, ale Liam nie czuł już panicznego lęku, zamówił im nawet deser, oraz coś do picia. Samolot leciał gładko, bez większych turbulencji i problemów, mimo wszystko Liam wolał już stanąć pewniej na ziemi. Był wdzięczny Marcelowi za te subtelne próby odwrócenia uwagi od lotu.
    -Nie wiem, czy ci już wspominałem, ale… - zaczął, gdy stewardessa podała im po sporym kawałku ciasta na eleganckim talerzyku, oraz po lampce białego wina. – Mam wrażenie i w sumie od samego początku taki był mój zamiar, że nikt raczej nie oczekuje, że przywiozę ze sobą partnera. Co najwyżej przyjaciela – przyznał, dziobiąc widelczykiem ozdobną, cukrową truskawkę. – Spodziewaj się zaskoczenia – dodał, z kawałkiem owocu w ustach. – Pomyślałem, że przez pierwszy dzień możemy poudawać, wiesz, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, spać osobno, ograniczyć dotyk. Chciałbym ogłosić nas z przytupem i możliwie największym skandalem, na przykład podczas wspólnej kolacji. Nie masz pojęcia, jak bardzo pragnę zobaczyć szok na twarzach starych ciotek, które zawsze swatały mnie z każdą dziewczyną z sąsiedztwa – westchnął, biorąc większy, niż to konieczne, łyk wina ze smukłego kieliszka.
    Miał nadzieję, że nikomu nie wpadnie do głowy pytać o Iberię, ani o przeszłość Marcela.Nie mieli opracowanego żadnego planu, jedyne kłamstwo, którym wyjaśniali swoją znajomość, to to, które wcisnęli Ruby; że poznali się przez ojca Marcela. To było ryzykowne, ale Liam lubił wystawiać wszystkie karty na stół.

    OdpowiedzUsuń
  2. Liam zaśmiał się na myśl o przerzuceniu Marcela przez stół, przy całej rodzinie i przy okazji przedstawieniu im swoich preferencji seksualnych. Odstawił kieliszek na podkładkę.
    - Nikt cię nie wyrzuci – powiedział poważnie, mimo uśmiechu na twarzy. – Nie pozwoliłbym na to.
    To było pewne, ludzie mogli gadać na niego, mogli się go czepiać, ale Marcel miał pozostać nietknięty. Liam brał pod uwagę możliwość, że jego rodzina nie przyjmie dobrze informacji o otwartym homoseksualizmie przed ich nosami, ale wierzył we swojego chłopaka, w to, że w razie ewentualnego załamania, skoku nastrojów, uda im się to jakoś zatuszować.
    Liam sięgnął do kieszonki pod siedzeniem i wyciągnął z niej najnowszego Timesa, na którym skupił uwagę, co jakiś czas sięgając po kieliszek. Kiedy kończył czytać gazetę, podchodzili już do lądowania. Odebranie bagażu zajęło im dłuższą chwilę, dopchanie się do taśmy graniczyło z cudem, przez co od razu poszli się odprawiać do drugiego lotu. W kolejce do bramki Liam nie mógł powstrzymać swego rodzaju nostalgii, jaka go ogarnęła, kiedy usłyszał kobiety, rozmawiające między sobą po hiszpańsku.
    Przy drugim locie Liam zaczął się robić trochę senny, szczególnie po zjedzeniu paelli, którą im podano zaraz po wystartowaniu. Przysunął się bardziej do Marcela, na tyle, na ile pozwalało mu siedzenie i znalazłszy wygodną pozycję, zapadł w krótką, satysfakcjonującą drzemkę.
    Gdy się obudził, samolot zniżył lot na tyle, że przez okna można było bez problemu oglądać samochody, śmigające po ulicach. Liam poprawił się w siedzeniu, zorientowawszy, że prawdopodobnie od jakiegoś czasu miażdżył Marcela swoim ciężarem. Zerknął na zegarek.
    - Andres powinien już po nas jechać – zauważył, tłumiąc dłonią ziewnięcie. Najchętniej zasnąłby ponownie, ale stewardessy zaczęły już zbierać śmieci z pokładu, co znaczyło, że zaraz będą podchodzić do lądowania.
    To było w zasadzie zaskakujące, że przy drugim locie Liam nawet przez chwilę nie pomyślał o Iberii. Gdzieś w sobie, głęboko, tam, gdzie mu to nie przeszkadzało aż tak bardzo, wciąż nie czuł się najlepiej w powietrzu, ale przynajmniej nie miał już tak silnego lęku, wręcz paniki. Podnoszące na duchu byłoby to, gdyby mógł powiedzieć, że przeszedł przez to sam, ale wiedział, że gdyby nie Marcel, droga do Asturii nie byłaby taka łatwa i szybka. Liam nie był aż tak silny, jak myślał o sobie, że może być. Ale przecież na tym polegały też związki, żeby przechodzić przez trudności razem i Marcel, mimo borderline, udowodnił, że Liam może na nim polegać.
    Samolot wylądował gładko, pilot podziękował im za wybranie linii i życzył miłego wieczora. Schodząc z pokładu Liam poczuł pierwsze ukłucie ekscytacji; był w domu, w końcu, po tak długim czasie. Zaczerpnął powietrza, tak bardzo różnego od tego w Anglii, mniej wilgotnego, cieplejszego i czystszego.
    - Tęskniłem za ładną pogodą – westchnął Liam, mrużąc oczy w świetle popołudniowego słońca. Zeszli, wraz z innymi pasażerami, z płyty lotniska do miejsca odbioru bagaży. – Mam nadzieję, że jesteś gotowy na słuchanie bardzo złego angielskiego z bardzo wyraźnym, hiszpańskim akcentem – zażartował, ściągając ich walizki z taśmy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Liam uśmiechnął się, schylając po swoją torbę. Jak mógł nie kochać Marcela chociażby za te komentarze? Nie przemyślał, co prawda, kwestii ich „przyjacielskiej” relacji pod kątem trzymania rąk przy sobie, których Liam, nie oszukując nikogo, nie potrafił utrzymać grzecznie na stole. Nie, kiedy jego chłopak był obok, a w szczególności kiedy ich spojrzenia się spotykały i Liam wiedział , co kryje się pod tą pierwszą warstwą fałszywej niewinności.
    - Zawsze możesz poprosić o pomoc – zaproponował Liam, z błyskiem w oku. – System kar i nagród działa najlepiej na umysły młodych ludzi, większe efekty przy mniejszym nakładzie pracy, to potwierdzone naukowo – zapewnił, zjeżdżając spojrzeniem po klatce piersiowej Marcela, zupełnie, jakby był w stanie przejrzeć przez ubranie i bandaże zostawione po sobie ślady.
    Chciał pocałować Marcela, prawdopodobnie ostatni raz, zanim znajdą w domu odrobinę prywatności, o którą przecież zawsze było ciężko, ale wolał nie robić sceny na lotnisku, a tym bardziej wzbudzać podejrzeń najstarszego kuzyna, dlatego od razu skierował się do wyjścia.
    Andres już na nich czekał, Liam wyłapał go od razu w tłumie witających się rodzin i przyjaciół.
    Andres był już dawno po trzydziestce, właściwie bliżej było mu już do sławetnej czterdziestki, ale jego włosy wciąż były ciemne i gęste, sylwetka szczupła, może odrobinę bardziej zaokrąglona w okolicach brzucha, niż przed laty, ale mężczyzna na pewno nie wyglądał na ojca trójki dzieci, podporządkowanego nieco apodyktycznej żonie. Ubrany był wygodnie, w trochę niepasujące do siebie spodnie i zapinaną koszulkę z krótkim rękawem, ale Andres nigdy nie przywiązywał zbytnio wagi do wyglądu.
    Rzucili się sobie na szyje, klepiąc nawzajem po plecach.
    - Niño! – zawołał Andres, puszczając Liama po długiej chwili miażdżenia mu żeber. – Wyglądasz rewelacyjnie!
    - Tobie za to trochę się przytyło – wytknął mu Liam zadziornie, cofając się, aby przedstawić kuzynowi Marcela.
    - Ciotka Nonô bardzo nas rozpieszczała pod twoją nieobecność. – Andres spojrzał z nieukrywanym zaciekawieniem na Marcela, przeskakując płynnie z hiszpańskiego na angielski. – Musisz być przyjacielem Liama. Nazywam się Andres, miło cię poznać. – Wyciągnął w kierunku Marcela rękę, za co Liam był mu niezmiernie wdzięczny; obawiał się, że reszta kuzynostwa będzie wolała przywitać się bardziej „hiszpańsko”, wykluczając poszanowanie jakiejkolwiek strefy osobistej.
    - Liam chyba wcześniej o tobie nie wspominał? – zagadał Andres, kiedy wyszli z budynku lotniska na ogromny parking, pełen samochodów i kręcących się pośpiesznie ludzi z wózkami wyładowanymi pękatymi bagażami. – Długo się znacie?

    OdpowiedzUsuń
  4. Andres pokiwał uprzejmie głową, nie mając powodu, by nie uwierzyć w drobne kłamstwo Marcela. Wyciągnął kluczyki od samochodu, a po chwili czerwona Honda Civic, nowszego rocznika, błysnęła światłami, z charakterystycznym dźwiękiem otwieranych zamków. Andres pomógł im załadować torby do bagażnika, wciąż z lekkim uśmiechem na twarzy, który zdawał się nigdy z niej nie schodzić.
    Liam wsunął się na przednie miejsce, chcąc ograniczyć kontakt z Marcelem do absolutnego minimum.
    - Jak przygotowania? – zapytał, kiedy Andres zapiął pas i wyregulował przednie lusterko. – Marcel ma się czego obawiać?
    - Atmosfera jest nieco nerwowa, ale nie ma tragedii – przyznał Andres pogodnie, manewrując ostrożnie kierownicą, aby wyjechać z parkingu. Widocznie weszło mu to w nawyk; nic dziwnego, pomyślał Liam, jak ma się trójkę rozwrzeszczanych synów na tylnych siedzeniach. – Beatriz źle znosi napięcie, wymiotuje po wszystkim, co nie jest kompotem truskawkowym albo fabadą. Ciotka Nonô cierpiała podobnie, będąc z tobą w ciąży. Założę się, że będziesz mieć siostrzeńca.
    - Podejrzewam, że dziadek i tak przewraca się w grobie. – Liam wywrócił oczami, opierając głowę o szybę. – Mama nie brzmiała, jakby darzyła tego całego Igbena szczególną miłością.
    - Cóż, Marcel będzie mógł zrobić na wszystkich dobre wrażenie. – Auto łagodnie skręciło na drogę, prowadzącą do miasta. Andres zerknął we wsteczne lusterko, puszczając Marcelowi oko. – Na weselu będzie pełno pięknych kobiet, a uwierz mi, hiszpańskie żony, to najlepsze żony na świecie.
    - Myślałem, że to dotyczy tylko kochanek – wtrącił Liam kpiąco. – Gracia nie pozwala ci mówić inaczej?
    Andres pokręcił pobłażliwie głową, przyzwyczajony do podobnych przytyków od reszty kuzynostwa.
    - Mówisz tak, jakbyś sam miał nigdy się nie ożenić.
    Liam zaśmiał się, obracając na chwilę głowę do Marcela, jakby chciał zapytać „a nie mówiłem?”.
    Auto ponownie skręciło, wyjeżdżając tym razem z osiedla kamienic i sklepów na przedmieście, gdzie w oko rzucało się już więcej zieleni i rozległych terenów, nieograniczanych przez miejskie molochy. Słońce chyliło się ku ziemi, rażąc oczy ostatnimi, pomarańczowymi promieniami. Liam oparł się o zagłówek, słuchając jednym uchem nowinek z rodzinnej kliniki, które Andres usilnie próbował przełożyć na angielski. To było znajome, a Liam czuł się, jakby nie widział domu od wielu, wielu lat. Musiał przysnąć na moment, w cieple zachodzącego słońca, unoszącym się w samochodzie, oszałamiająco magnetycznym zapachu któregoś z perfum Forda, które zupełnie nie pasowały do wyważonej osobowości Andresa, ale które ten od jakiegoś czasu namiętnie zaczął kupować, bo gdy otworzył oczy, stali już na podjeździe, wśród kilku innych samochodów, z których Liam od razu rozpoznał czarnego Mercedesa ojca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Jesteśmy na miejscu – oznajmił Andres, bardziej do Marcela, bo Liam odpinał już pas, żeby czym prędzej znaleźć się na zewnątrz.
      Dom wyglądał tak, jak Liam go pamiętał; dwupiętrowa, elegancka konstrukcja, obłożona czerwonym i miejscami białym kamieniem, z efektowną fasadą, wspartą na dwóch kolumnach, za którymi znajdowały się szerokie drzwi, jedno z trzech wejść do budynku. Trawnik trochę zarósł, ale przy wystającym z boku pomieszczeniu gospodarczym stały przygotowane kosiarki, a patio, rozłożone od lat koło wielkiej palmy, złożono i odstawiono pod garaże.
      - Wszystko jest w przygotowaniu do wesela – wyjaśnił Andres, kiwając głową w kierunku na w pół rozpakowanego szkieletu namiotu, który ktoś cisnął niedbale w trawę. – Dopiero sprzątamy bałagan.
      - Myślałem, że mama wynajmie jakąś salę? – zdziwił się Liam, kucając przy otwartym pudelku z nakrętkami do stelaży. Wyglądało na to, że zostało jeszcze wiele do zrobienia.
      Nagle drzwi wejściowe huknęły o ścianę i wysypało się przez nie kilku młodych mężczyzn, niemal identycznych przy pierwszym przyjrzeniu się.
      - Patrzcie, kto się pofatygował!
      - Zapomniałeś, jak się odbiera komórkę?
      - Wiesz, co to jest Facebook?
      - Podpadłeś po całości!
      Nim Liam zdążył jakkolwiek zareagować, był już otoczony plątaniną umięśnionych rąk, długich nóg, a policzki wilgotne miał od żarliwych pocałunków wytęsknionych kuzynów. Przez wrzawę hiszpańskich przekleństw, śmiechu i powstałego nagle hałasu przedarł się damski głos, po którym mężczyźni od razu ucichli i odsunęli się na tyle, żeby Liam mógł swobodnie odetchnąć.
      - Myślałam, że się nie doczekam – powiedziała wysoka, hardo wyglądająca kobieta o ostrych rysach twarzy i licznych już pasmach siwizny w czarnych włosach. Otworzyła wyczekująco ramiona, a Liamowi nie pozostało nic innego, jak podnieść się z ziemi i w nie wpaść, zupełnie, jakby dalej był kilkuletnim dzieciakiem, a nie dorosłym facetem. - Moje dziecko przypomniało sobie, że ma rodzinę – dodała z pozoru gorzkim tonem, ale z jej oczu biła niewymowna radość, przebijająca się przez chroniczne zmęczenie.
      - W samą porę, bo chyba przydadzą wam się dodatkowe ręce do pracy – powiedział Liam, uwalniając się z matczynego uścisku.
      - Mamy jeszcze czas – westchnęła pani Olivares, ześlizgując spojrzenie z Liama na leżący za nim szkielet namiotu. Zmarszczyła brwi. – Vito! Miałeś to złożyć do południa!
      Młodszy z kuzynów, w luźnym podkoszulku w hawajskim motywie, machnął ręką, drugą otrzepując o już i tak poplamione spodnie.
      - No złożone prawie przecież jest – mruknął, pośpiesznie przeżuwając resztki ciasta. Pani Olivares zamrugała, nie spuszczając z niego spojrzenia, dopóki chłopak nie zabrał się do pracy, z miną, jakby przymuszono go do tego z nożem na szyi.
      - A ten młodzieniec to kto? – zapytała pani Olivares, dostrzegając Marcela.
      - To mój przyjaciel z Burnley, Marcel, jego hiszpański jest na podstawowym poziomie, więc… - pośpieszył z wyjaśnieniami Liam, ale matka minęła go z szerokim uśmiechem.
      - Ależ ty przystojny, nie Brytyjczyk, widać od razu! – zawołała pani Olivares, na wpół po angielsku, zniekształconym przez wyraźny hiszpański, podchodząc do Marcela i łapiąc go za podbródek. – Chudy, ale to się da naprawić! Co byś zjadł? Nagrzałam piec, a goście mają tutaj pierwszeństwo.
      Kuzyni Liama jęknęli, zagłuszając głośne przekleństwo Vito, ssącego krwawiącego palca nad pudełkiem z narzędziami.

      [Matko, ale mi to zajęło, ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że przez przeprowadzkę, dłuuugi czas nie miałam dostępu do internetu i dopiero dzisiaj doczekałam się montera z routerem. Pisane w pośpiechu, wybacz jakość, proszę.]

      Usuń
  5. Liam kiwnął zachęcająco głową, wyłapując spojrzenie Marcela. Pani Olivares machnęła ponaglająco ręką, wracając do otwartych wciąż drzwi od domu.
    Przywitał ich przestrzenny hol, w ciepłych, słonecznych kolorach, z którego rozchodziły się wszystkie szlaki do reszty budynku. Za drzwiami stało kilka rzędów butów, męskich i damskich, a także parę dziecięcych; część ustawiona schludnie w szafce, większość jednak rozsypana po podłodze, a przy tym pozbawiona pary.
    - Nie ściągajcie, jeszcze nie myliśmy podłogi – zawołała pani Olivares, skręcając od razu w prawo, niemal przelatując pod szerokim łukiem, prowadzącym do jadalni, a w dalszej części kuchni. Liam wsunął ściąganego właśnie buta z powrotem na stopę, ostrożnie manewrując nad resztą obuwia, aby podążyć za matką. Minął jadalnię, długi na całe pomieszczenie stół z podosuwanymi krzesłami, ścianami wypełnionymi obramowanymi dyplomami, zdjęciami i gratulacjami. Liam kątem oka dostrzegł swoje wyróżnienie za wybitne osiągnięcia w szkole średniej, certyfikat prestiżowych szkoleń pomocy przedmedycznej, zaraz obok wycinków z gazet, przedstawiających otwarcie rodzinnej kliniki.
    Gdy weszli do kuchni, pani Olivares wkładała już do pieca pokaźne naczynie, wypełnione po brzegi aromatycznie doprawionymi warzywami. Liam usiadł na wysokim krześle przy zaokrąglonej wyspie kuchennej, odsuwając Marcelowi stołek obok siebie. Nim chłopak zdołał usiąść, jeden z kuzynów Liama złapał go za ramię i stanowczo przyciągnął do siebie.
    - Jestem Carlos – powiedział mężczyzna, nieco niższy od Liama i reszty kuzynostwa, ale też widocznie bardziej umięśniony, oraz pewniejszy siebie. Na szyi dyndał mu ciężki łańcuch, złoty i rzucający się w oczy, tak samo jak błyszczący kolczyk lewym uchu. Pocałował Marcela głośno w oba policzki. – Jak chcesz się tutaj zabawić, to tylko ze mną. Tamci – wskazał znajdujących się za sobą chłopaków – to sztywniacy. – Uśmiechnął się, gdy jeden z nich uderzył go pięścią w ramię.
    - Nie słuchaj go, żałosny dupek z przerośniętym ego. – Wtrącił się chłopak, który jako jedyny miał długie włosy, związane teraz w kitkę. To on dał Carlosowi kuksańca w bok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Odezwał się ten, który myśli, że ma władzę w domu! – zaśmiał się Carlos, rozsiadając się naprzeciw Liama i Marcela. – No, Enrique, pochwal się, ile miałeś dziewczyn do tej pory!
      - To nie jest twój interes! – Enrique zaczerwienił się niemal po same uszy, szukając spojrzeniem pomocy u pani Olivares. Kobieta jednak ignorowała ich, przygotowując talerze i sztućce. Carlos prychnął, obracając się na krześle, jak niesforne dziecko.
      - Widzisz? – Puścił Marcelowi oko, zanim obrócił się do niego plecami.
      - To Escalivada – poinformowała pani Olivares, stawiając przed Liamem i Marcelem talerze z sałatką z grillowanych warzyw, do przekąszenia dodając chrupiące pieczywo czosnkowe. – Kolacja będzie późno – ostrzegła, podając im jeszcze szklanki i dzban soku z czerwonych winogron.
      - Mieszkając tutaj, Marcel, musisz wiedzieć o jednej rzeczy – westchnął Andres, podbierając z talerza Liama kromkę pieczywa.
      - A ja? – jęknął Carlos, okręciwszy się na stołku za panią Olivares.
      - Miałeś składać namiot z Vito – zauważyła surowo, wskazując drewnianą łyżką w kierunku okna.
      - Vito doskonale daje sobie radę beze mnie – zaprotestował Carlos uparcie, również sięgając do talerza Liama, ale ten w porę odtrącił jego chciwą rękę.
      - Nie możesz dać sobie wejść na głowę – dokończył Andres z pełnymi ustami, nalewając sobie soku. Następnie opuścił kuchnię wraz z Enrique i niezadowolonym Carlosem, zagonionym przez panią Olivares z powrotem do ogrodu.
      - Andresowi łatwo tak mówić, jest najstarszy i zawsze ma najmniej do roboty – poskarżył się jeden z dwóch ostatnich kuzynów, którzy zostali w kuchni. Pokręcił z politowaniem głową, pomagając pani Olivares w zmywaniu. – Jestem Gervasio, swoją drogą, nie było wcześniej jak się przedstawić.
      - Cortez – dodał milczący do tej pory chłopak w krótkich spodenkach, klepnąwszy Marcela w ramię.
      - Właśnie poznałeś połowę moich kuzynów – oznajmił z radosną ironią Liam, popijając jedzenie sokiem. – Od Carlosa lepiej trzymaj się z daleka, to debil, w głowie ma tylko dziewczyny.
      - Liam! – syknęła pani Olivares ostrzegawczo. Gervasio zachichotał, chowając twarz za kuchennym ręcznikiem.
      - No co? – zapytał Liam, robiąc zdziwioną minę. – Zdanie większości.
      - Jeżeli przyjechałeś tu odpocząć, Marcel, to słabo wybrałeś – powiedział współczującym tonem Cortez, unosząc na chwilę spojrzenie znad telefonu.

      [Jest super! c: Jak tam nastrój przed nadchodzącym semestrem?]

      Usuń
  6. Pani Olivares uśmiechnęła się ciepło, kiwając głową znad pucowanej pieczołowicie patery na owoce. Kuzynostwo Liama przez chwilę patrzyło na Marcela z niedowierzaniem, jak na przybysza z obcej planety, nim wrócili do tego, co robili wcześniej; Cortez do przewijania czegoś w komórce, Gervasio do układania naczyń w komodzie. Przez kilka minut w kuchni panowała przyjemna cisza, zakłócana przez szum zmywarki, szczęk chowanego szkła i niewyraźne odgłosy przekleństw Vito, dobiegające zza uchylonego okna.
    - Więc znacie się przez pracę? – zapytała pani Olivares, kiedy talerz Liama w ekspresowym wręcz tempie zrobił się całkowicie pusty.
    - Przez ojca Marcela, przychodziłem na jego rozprawy, kiedy się jeszcze uczyłem. Imponował mi – wyjaśnił Liam, upijając domowego soku. – Wpadliśmy na siebie w kancelarii, a potem jakoś to poszło.
    - Masz już własną kancelarię? – zapytał Gervasio, z czymś na kształt podekscytowania i zazdrości w głosie. Liam wywrócił oczami, podając mu pusty talerz.
    - Nie, ciołku, wynajmuję w niej biuro – odparł, zastanawiając się pokrótce, czy młodszemu kuzynowi udało się w końcu zdać egzaminy na kwalifikację lekarską. Postanowił na razie nie uderzać w czuły punkt.
    - U ojca Marcela?
    - U znajomej.
    - Twój stary ma własną kancelarię? – Gervasio odwrócił się do Marcela, całkowicie ignorując zniecierpliwione jęknięcie Liama.
    - Jakie to ma znaczenie, polubisz go bardziej ze względu na wpływowych rodziców?
    - Po prostu jestem ciekawy! – zawołał Gervasio z oburzeniem, rzucając Liamowi krótkie, urażone spojrzenie. – Pewnie też idziesz na prawnika, co nie, Marcel?
    - Marcel jeszcze się zastanawia, co jest dla niego odpowiednie – wycedził Liam przez zaciśnięte zęby.
    - Kiedykolwiek dajesz mu dojść do głosu? – Podniósł głowę Cortez, uśmiechając się ironicznie.

    [O, to super! c: Szczerze, spodziewałam się, że będzie troszkę łatwiej, ale zapowiada się nieprawdopodobny zapieprz, więc wiesz, lekko się cykam. No i mimo tego, że od trzech tygodni szukam pracy, dalej jestem bezrobotna. Ale mam mieszkanie z psiakiem, więc nie narzekam!]

    OdpowiedzUsuń
  7. - Powinniście się zamienić z Liamem rodzinami – zaśmiał się Gervasio, a Liam nie mógł się powstrzymać, by również nie wyszczerzyć zębów w szerokim uśmiechu. Może to przez jakieś dziwne przeczucie Corteza, albo Liam jednak czymś się zdradził, skupiając spojrzenie na Marcelu, ale miał wrażenie, że jego kuzyn przez chwilę ściskał telefon tak mocno, aż pobielały mu wszystkie knykcie na dłoni. Cortez jednak parsknął śmiechem, wspominając coś o znajomych z psychiatrii, oddelegowanych w ramach stażu do badań w pobliskim zakładzie karnym. Spojrzał na panią Olivares, jakby zastanawiał się, ile może powiedzieć.
    - Ludzie mają naprawdę dziwne upodobania – stwierdził tylko, najwyraźniej bojąc zagłębiać się we szczegóły. – Ale moi przyjaciele już nie byli po tym tacy sami. Chyba lubisz sobie komplikować życie, Marcel, ja bym wziął posadę po rodzicach, to o wiele prostsze.
    - Bo to wcale nie było tak, że mieliście wszyscy zagwarantowane posady w naszej klinice – sprostował Liam z pobłażliwym uśmiechem, dostając za te słowa mokrym ręcznikiem po głowie od Gervasio.
    - Wcale nie było tak łatwo! – zaprzeczył, gestykulując zwiniętym ręcznikiem, niczym pałką. – Wujek Ric lał mnie wskaźnikiem za każdy błąd w układach narządowych, przychodził do nas przed snem, myśleliśmy, że chce powiedzieć „dobranoc”, ale on pytał nas z anatomii po łacinie.
    Tym razem Liam wybuchnął śmiechem, bo ciężko było mu wyobrazić sobie ojca, okładającego drewnianym wskaźnikiem nauczycielskim swoich bratanków i siostrzeńców.
    - Cokolwiek wybierzesz, Marcel – odezwała się nagle pani Olivares, zabierając ręcznik z rąk Gervasio. Odłożyła go spokojnie na miejsce, po czym podeszła do Marcela i położyła mu dłoń na ramieniu. Po jej skupionej minie można było wywnioskować, że usilnie próbuje ułożyć sobie w głowie to, co chce powiedzieć, albo po prostu jej zmęczona twarz wyglądała tak cały czas, a Liam został daleko w przeszłości, kiedy jego mama była pełna energii i życia. – Musisz wybrać sam. Popatrz na Liama, popatrz, jak daleko uciekł. – Cortez i Gervasio spojrzeli najpierw na siebie, a potem na nieco zgaszonego Liama. Pani Olivares otworzyła usta, ale zamknęła je, machnąwszy lekceważąco ręką. – Pomyślałam, że będziesz chciał wrócić do swojego pokoju, powinniście się tam zmieścić – dodała, już po hiszpańsku, po czym odwróciła się i klepnęła Corteza w ramię. – Pomóż Vito z namiotem, jak będziecie dalej pracować w takim tempie, trzeba będzie przełożyć wesele na przyszły miesiąc.
    Liam kiwnął głową, zeskakując z krzesła.
    - Mama powiedziała, że możemy spać w moim starym pokoju. Całe szczęście, bałem się, że położą nas razem z dzieciakami. – Jakkolwiek Liam lubił towarzystwo dzieci, tak teraz nie bardzo wyobrażał sobie spędzenia całej nocy na niańczeniu najmłodszych latorośli rodziny, których w większości nie widział jeszcze na oczy. – Chodż, to na górze.
    Przeszli z powrotem przez jadalnię do holu, ale tym razem nie musieli się martwić patrzeniem pod nogi. Buty poukładane były na półkach. Krągła, zaczerwieniona z wysiłku kobieta pomachała im spienioną, wściekle żółtą gąbką, którą starała się zetrzeć brud z jasnych paneli.
    - Cześć, Andrea, pomóc ci? – zawołał Liam, zatrzymując się na schodach. Andrea z uśmiechem pokręciła głową, przyglądając się z zainteresowaniem Marcelowi, jednak Liam szybko pociągnął go za sobą na górę. – To żona Andresa, Andrea, łatwo zapamiętać, nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsze piętro składało się z długiego, szerokiego korytarza z niepojętą wręcz liczbą drzwi, który kończył się wysokim wykuszem, parapety zaś ozdabiały gęsto białe bugenwille z różowymi podsatkami. Zwisały też z podstawek na ścianach, pnącza prawie sięgały podłogi, gdzie któreś z dzieci dość brutalnie pozbawiło je liści.
      - Łazienki są dwie, jedna tutaj, druga na drugim piętrze. Na dole, koło salonu jest jeszcze ubikacja. Najlepiej myć się po północy, dzieciaki już śpią, ale za to może być ciężko z ciepłą wodą. Wiesz, coś za coś – uprzedził Liam, kierując się do przedostatnich drzwi na korytarzu. Nacisnął klamkę, przywołując w pamięci ostatni raz, kiedy opuszczał swój pokój; miał osiemnaście lat, pękającą w szwach walizkę i kupiony w tajemnicy bilet w jedną stronę do Manchesteru w ręce.
      Od razu zauważył, ile się w nim zmieniło. Podczas jego nieobecności zapewne przenocowała w nim cała rodzina, mimo wszystko jednak Liam zauważył pod oknem kilka pogniecionych kartonów z rzeczami, które musiał zostawić, bo nie mieściły mu się w bagażu, a o których potem, wraz z biegiem czasu, zapomniał. Starą tapetę zastąpiła nowa, biała w jakieś żurawie i drzewa, okna, kiedyś szklane, wymiono na plastikowe, jego ulubioną kiedyś, ogromną szafę, w której chował się wraz z siostrą, zamieniono na bardziej elegancką i stylową komodę, po podłodze walało się kilka zabawkowych samochodzików i dwie lalki barbie, bestialsko pozbawione głów, śmietnik pełen był opakowań po słodyczach, ale poza tym, nawet powietrze wydawało się być takie, jak kiedyś.
      - Pójdę po nasze rzeczy – powiedział Liam po chwili nieobecnego rozglądania się po sypialni, a następnie zrobił gwałtowny w tył zwrot i dopiero na schodach zorientował się, że przez cały czas wstrzymywał nerwowo oddech. Bez słowa minął Andreę, chyba nawet nieuważnie zostawił ślady na mokrej podłodze, ale nie wiedząc czemu, straszne śpieszyło mu się na zewnątrz.
      Niebo przybrało odcień intensywnego różu, łamiącego się w głęboki fiolet, gdzie słońce nurkowało powoli za linią horyzontu. Wciąż było jednak ciepło, nawet duszno, jakby zbierało się na burzę i deszcz, chociaż nie było chmur, ani wiatru. Liam odetchnął głęboko, podchodząc do samochodu Andresa.
      Vito i Cortez mocowali szkielet namiotu do plastikowych łączników, Carlos obserwował ich z ziemi, na której rozłożył się z rękami pod głową. Liam słyszał ich wyraźne przekleństwa, szczęk metalu i beztroski chichot Carlosa. Na szczęście go nie zauważyli.
      Liam cieszył się, że ich widzi, naprawdę, powrót do domu po tylu latach był jak bożonarodzeniowy prezent, z którego otwarciem trzeba czekać do odpowiedniego momentu, ale ostatecznie otwarty sprawia więcej radości, niż wszystkie podarunki z całego roku. Z drugiej jednak strony dziwnie było patrzeć na efekt zmian, które miały miejsce przez ten cały okres, który Liam spędził z dala od rodziny. Czasami Liam miał wrażenie, że jest tutaj obcy, obcy wśród własnego kuzynostwa, wśród ścian, w których dorastał, że nawet jego rodzice pogodzili się w końcu z nieobecnością swojego jedynego syna i odpuścili, czym Liam był egoistycznie zawiedziony.
      Ale przecież tego wtedy chciał. Chciał stąd uciec, wyrwać się, wyjść na swoje, co, wbrew czarnym przewidywaniom wszystkich, się udało. Liam miał prawo być z siebie dumny, on nie poszedł na łatwiznę, jak jego rodzina, sam zaczął budować swoją karierę od podstaw. Wymagało to nielada trudu, upokrzenia, a nawet otarcia się o śmierć, niemniej jednak wszystko, co Liam posiadał, zawdzięczał własnemu nakładowi pracy, nie dobrej opinii rodziców, czy nazbyt hojnym łapówkom.
      Miał nadzieję, że Marcelowi również się to uda.

      Usuń
    2. Nie ociągając się już wyjął z bagażnika rzeczy i tym razem spokojniej wrócił do swojego pokoju. Bagaże położył za drzwiami, które przymknął w namiastce prywatności; zamek nie działał od lat i wyglądało na to, że nikomu dalej nie chciało się go naprawić.
      - Jak myślisz, pościel wygląda na świeżą? – zapytał Liam, otwierając na oścież okno. – Czy Carlos zdążył przespać się w niej z jakąś dziewczyną? – dodał, krzywiąc się. Wiedziony przeczuciem, sięgnął pod materac. Jęknął z obrzydzeniem, wyciągając otwartą butelkę żelu intymnego oraz rozerwane w pół opakowanie po prezerwatywie. Wyrzucił to wszystko do kosza, po czym wytarł śliskie od żelu dłonie o spodnie. Ponownie wcisnął ręce pod materac, wyczuwszy wcześniej opuszkami palców jakiś ostry kraniec, kawałek papieru. – Nie wierzę – mruknął Liam z uśmiechem, z trudem sięgając schowanych głęboko między sprężynami plakatów. Były pogniecione, miejscami nadszarpnięte, ale pozujący na nich nadzy mężczyźni pozostali nietknięci przez upływający czas. Liam pokazał je Marcelowi. – Chciałem je powiesić na ścianie, żeby zdenerwować rodziców, mama kiedyś je znalazła, myślała, że należą do Beatriz. Musiała się wyspowiadać u księdza, a potem modlić codziennie przed zaśnięciem i po obudzeniu.
      Spojrzał raz jeszcze z niedowierzaniem na błyszczące od olejków, umięśnione ciała; to na nich budował wtedy swoją seksualność, to o tych sztucznych, napakowanych ciałach fantazjował, zaspokajając się nerwowo ręką, kiedy udało mu się znaleźć czas dla siebie.

      [No pewnie, damy radę! c: ]

      Usuń
  8. Liam złożył plakaty w dłoni, po czym z należytą dla nich ostrożnością wcisnął je głęboko do kosza. Był naprawdę zaskoczony tym, że nikt ich przez ten cały czas nie znalazł. Odwrócił się z powrotem do Marcela, totalnie nieprzygotowany na to, by jego chłopak… cóż, był sobą. Liam miał ochotę rzucić go na to biedne łóżko i pieprzyć tak, jak Carlos nigdy nie pieprzył żadnej ze swoich dziewczyn.
    - Ty mnie zmieniłeś – przyznał, bez wyrzutu, po prostu stwierdził oczywistość. Rozmyślania, czy była to zmiana na lepsze, czy gorsze, Liam wolał zostawić sobie na koniec swojego żywota, kiedy będzie już stary i w niemocy i takie myśli będą wtedy na porządku dziennym. – Mam na ciebie ochotę – zdradził, lustrując Marcela spojrzeniem pełnym pożądania. Zaraz jednak uciekł wzrokiem w bok, nie chcąc napalać się jeszcze bardziej. Słusznie zrobił, bo po chwili na korytarzu rozległy się pośpieszne kroki, zdradzone przez jęk starych paneli i drzwi otworzyły się na oścież, ukazując zdyszanego Enrique.
    - O, rozgościliście się, super – wysapał, odgarniając z czoła kilka kosmyków, które wymknęły się z ciasnego kucyka. Liam wbił w niego ciężkie spojrzenie, spodziewając się w sumie takiego obrotu spraw. – Potrzebuję pomocy ze ściąganiem prania, ciotka Nonô mnie zabije, jak nie zrobię tego, zanim wróci Beatriz.
    - Nawet się nie rozpakowaliśmy – westchnął Liam, wskazując na walizki.
    - Błagam, nie zostawiajcie mnie z tym! – Spanikowana mina Enriquego mówiła sama za siebie. Liam spojrzał na Marcela znacząco, a następnie odstawił ich bagaże na bok.
    Enrique poprowadził ich do tylnego wyjścia na ogród. Liam z pewną nostalgią zauważył, że stara, zardzewiała huśtawka, na której zwykł rozrabiać z kuzynostwem, została ostatecznie rozmontowana, a jej miejsce zajął prostokątny rozsadnik w którym kiełkowały jakieś zioła.
    Pranie rozwieszone było na kilku długich pałąkach, które łączył gruby sznur. Była to głównie pościel, ale też ubrania wszystkich domowników pomieszane tak, że posegregowanie tego wszystkiego zajęłoby jednej osobie cały wieczór. Enrique podał im plastikowe kosze, od razu zabrali się do pracy.
    - Wiecie, że to, co mówił Carlos, to nieprawda? – zapytał nagle, przerywając zapadłą ciszę. Liam ściągnął ze sznurka poszewkę na poduszki, zerkając w bok na zmieszanego Enrique. – Mam dziewczynę – wyznał niepewnie, czerwieniąc się pod brązową warstwą trwałej opalenizny. Liam zacmokał, układając pranie w koszyku.
    - Nikt nie wątpi w twoją męskość – powiedział, nieco znudzony, sięgając po kolejną poszewkę. – Przyprowadzasz ją na wesele?
    Pranie wypadło z rąk Enrique, który pośpiesznie się po nie schylił, tonąc w rozwieszonym jeszcze prześcieradle.
    - Nie wiem, czy to dobry pomysł – wymamrotał nerwowo, wyplątując się niezdarnie z materiału. Po jego minie można było wywnioskować, że bardzo pożałował, że w ogóle zaczął temat. Liam uśmiechnął się ironicznie.
    - Ależ dlaczego? Przecież wesele to idealna okazja, żeby pokazać swoją wybrankę rodzinie! – zawołał, dobitnie akcentując słowa. Enrique obejrzał się przez ramię na dom, a potem odszukał wzrokiem Marcela.
    - Po prostu…
    - Twoi rodzice jeszcze nie wiedzą? Chyba się jej nie wstydzisz? – Dręczył dalej Liam, tym razem już otwarcie się nabijając.
    - Ona nie jest taka, jak wszyscy – jęknął Enrique, ciskając niedbale prześcieradło do kosza. – Zobaczycie, jak rodzina traktuje twojego szwagra. Nie chcę, żeby gadali…
    Liam przez chwilę poczuł coś na kształt współczucia. Enrique już jako dziecko był bardzo strachliwy i skory do płaczu. Z całego kuzynostwa on miał chyba najgorzej, ciągle bity, przedrzeźniany i odstawiany na bok przez resztę. Jako jedyny też w okresie dojrzewania cierpiał na bardzo dokuczliwy trądzik, na jego twarzy do tej pory było widać pozostałości blizn i naczynek po wieloletniej walce z problemami skóry.

    OdpowiedzUsuń