Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

1 stycznia 2010

[KP] I'm pretty much 80% stress, 10% bad decisions and 20% don't care

-   T h a t ' s   1 1 0 %
-   2 0 %   o f   m e   d o e s n ' t   c a r e


Eamon Ahearne | 23 lata | rodowity Irlandczyk | student prawa

Typowy studenciak, uzależniony od kofeiny, przysypiający na wykładach i biedny jak mysz kościelna. Pochodzi z okolic, o których nikt nigdy nie słyszał, ze wsi, w której nikt nigdy nie był, i dobrze, bo psy szczekają tam dupami, a prąd w kablach sam zawraca. Wynajmuje niewielki pokoik na poddaszu starej kamienicy, bo na więcej go nie stać, a jego dieta składa się w większości z pomyi zwanych szumnie kawą rozpuszczalną. Jest cyniczny, sarkastyczny i w gruncie rzeczy nie ma zbyt wielu znajomych. Kota też nie ma. Nie ma nawet kaktusa, którego mógłby nazwać William i uważać za jedyne towarzystwo godne swojego poziomu. Ale tak to już jest kiedy jest się dupkiem po tatusiu i aspołecznym tchórzem po mamie.

wątek z Nicole

3 komentarze:

  1. Pierwszym, co wróżka pamiętała, był śmiech. Radosny, ciepły, dziewczęcy śmiech, zaraz powtórzony przez kilka innych, znacznie starszych głosów. Ale tego nie widziała. Tylko słyszała, a mimo to pamiętała tak wyraźnie. Potem parę głosów, całkowicie niezrozumiałych, i już jej tam nie było. Już czuła tylko wiatr, opiewający jej skórę, poruszający delikatnymi płatkami, z których zrobiona była jej sukienka. Też miała ochotę się śmiać, ruszać, tańczyć.
    Nie wiedziała, gdzie jest i dlaczego. Ale nie wątpiła, że wkrótce uda jej się to zrozumieć. A teraz nawet o tym nie myślała. Uśmiechała się radośnie na smagnięcia ciepłego wiatru i dawała mu porwać. Obserwowała całe duże miasto z góry i wszystko było absolutnie fantastycznie. Trwała noc, więc wszędzie widać było światła, a ona obserwowała to wszystko z powietrza. Drobinki ludzi na dole – ludzi? Skądś wiedziała, że z całą pewnością są to właśnie ludzie. Domy poustawiane rzędami, przyległe do nich latarnie i gdzieniegdzie rzadsze, bardziej ruchome światła. Wszystko to było cudowne. Nawet ten silniejszy podmuch wiatru.
    Przerażający natomiast był moment, kiedy ten pociągnął ją w dół, w stronę tego świetlistego zgiełku. Ale tylko w pierwszej chwili. Potem chwila napełniła się ekscytacją i Mara napawała się nią. Bo i było się czym napawać. Lot był całkowicie inny niż uprzednio, pełniejszy zagrożeń i niespodziewanych przeszkód, i choć wróżka nic nie mogła poradzić na znacznie silniejszy od niej wiatr, mogła czerpać przyjemność z ekscytującego lotu. Wiedziała, że to wszystko ma jakiś cel. Czuła podświadomie, że trafi w miejsce, w które z jakiegoś powodu trafić powinna. Jeszcze nie wiedziała dlaczego, ale była pewna, że tak się stanie.
    Kolejny, silniejszy podmuch popchnął ją bardzo wyraźnie w stronę budynku. Tym razem niemal wpadła na ścianę, ale w ostatniej, pełnej napięcia chwili wiatr zdmuchnął ją do otwartego okna. Gdy tylko tam wpadła, wiatr ustał niemal całkowicie, a ona z impetem wpadła do wnętrza pomieszczenia. Uderzyła w coś twardego i przeturlała się kilkanaście centymetrów. Bolało. Ale tylko trochę. Przyjemność z lotu niewątpliwie to rekompensowała. Jej makowa sukienka zamortyzowała zresztą uderzenie, nawet mimo faktu, że teraz była w co niektórych miejscach nieco poobcierana.
    Mara zamrugała z zainteresowaniem, ale całe jej pole widzenia przysłaniały czerwone płatki. Uklękła więc i odchyliła je. Odwróciła się i rozejrzała. Wylądowała na drewnianym, bardzo dobrym, choć nieco brudnym podłożu. Jej sukienka, jak się okazało, poza przetarciami otrzymała parę gramów kurzu. Jednak znacznie ciekawszym od jej położenia czy kurzu na sukience wydawał się jej człowiek, który przy jej położeniu siedział.
    Był znacznie, znacznie większy i w tej właśnie chwili patrzył na wróżkę, jakby była czymś nietypowym. Bardzo nietypowym. Ta zamrugała tylko i przeczesała dłonią włosy.
    – Nazywam się Mara – powiedziała niepewnie, niezupełnie świadoma, czego właściwie się od niej oczekuje. – Dzień dobry – dodała już nieco bardziej dziarskim tonem, żeby człowiek przypadkiem nie miał wrażenia, że wróżka jest tam przypadkiem. Bo tak przecież nie było. Była ona dokładnie tą wróżką, która miała trafić do jego właśnie domu. Czuła to w trakcie lotu, a jej intuicja nie mogła jej zwodzić.
    To miejsce wyglądało naprawdę przestronnie, ale i wcale przytulnie jednocześnie. Im dłużej wróżka na nie patrzyła, tym bardziej chciała się dowiedzieć, co takiego ten człowiek ma na jej temat do powiedzenia. Nie próbowała nawet ukryć tlących się w jej oczach iskierek ekscytacji i szczerej, dziecięcej radości.
    [Wybacz, że aż tak późno D;]

    OdpowiedzUsuń
  2. Mara zamrugała z zaskoczeniem, nie do końca rozumiejąc reakcję chłopaka. Jak to to? Przecież jej obecność nie powinna być zaskakująca? Prawda? Wstała niepewnie, strzepując niewidoczny nawet dla niej kurz z makowej sukienki, uważając na swój każdy ruch i chwiejąc się nieco na nieprzyzwyczajonych do chodzenia nogach. Uśmiechnęła się ponownie, trochę do siebie, trochę do chłopaka. Chciała połazić po całym pokoju; wszystko wydawało się tak fascynujące w tym nowym miejscu – w pierwszym miejscu, po którym Mara kiedykolwiek mogła przechadzać się sama – i miała ochotę przeanalizować dokładnie każdy jego mały szczegół, ale na razie miała inne priorytety. Rozprostowała jeszcze swoje przezroczyste, lśniące w sztucznym świetle skrzydełka i zamachała nimi kilkakrotnie. Wszystkie części jej niewielkiego ciałka wydawały się być zastygłe w czasie i teraz niechętnie z tego stanu wychodzić, zależało jej więc też na poczuciu się całej. No, to, i może jeszcze chciała się też cała chłopakowi pokazać. Zanim w ogóle odezwała się choćby słowem podskoczyła dwa razy, ot, dla rozprostowania nóg. I, aż wstyd przyznawać, po drugim skoku niemal się przewróciła, ale w ostatniej chwili złapała równowagę.
    – Jestem Mara, mówiłam już – powiedziała nieco zarumieniona i naburmuszona jednocześnie, po czym zbliżyła się powoli do znacznie większego od niej chłopaka. – Ty również mógłbyś mi się przedstawić – powiedziała z wyższością w głosie, która brzmiała cokolwiek dziwnie, wziąwszy pod uwagę różnicę w ich rozmiarach.
    Tak naprawdę nawet nie wiedziała, co powinna, a czego nie, czego on od niej oczekiwał i czemu była akurat tam. Ale im dłużej patrzyła na swojego gospodarza tym bardziej miała wrażenie, że on również tego nie wie. Pomyślała, że może jej powód obecności akurat tem jest nieznany żadnemu z nich. Ale to jedynie trochę utrudniało całą sytację, nic wielkiego, będą musieli wspólnie to ogarnąć. Nie żeby on wydawał się do tego jakiś niewypowiedzianie chętny. Na razie wydawał się tylko do granic możliwości zszkowany, ale przecież wróżki to nic aż tak znów dziwnego, Mara była więc pewna, że wkrótce mógłby się do niej przyzwyczaić.
    [W porządku ;)]

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdy Mara usłyszała wreszcie głos chłopaka, skierowany bezpośrednio do niej, uśmiechnęła się ciepło, zadowolona, że w końcu została potraktowana zwyczajnie. No, najwidoczniej już teraz wszystko zaczynało być w porządku. Eamon wydawało się być prześlicznym imieniem, choć w tamtej chwili, jak zgadywała, wszystko by jej pasowało. Nie żeby przychodziło jej do głowy wiele ładniejszych. Albo jakichkolwiek innych. Właściwie jedynym, co wiedziała, było jej imię. To, i że jej sukienka zrobiona była z płatków maku, i to porządnie już sfatygowanych.
    Zanim odpowiedziała na mnogość pytań, ziewnęła nieco i przysiadła bliżej chłopaka. Popatrzyła na niego uważnie i zamrugała:
    – Jak to czym, wróżką, oczywiście – powiedziała takim tonem, jakby tłumaczyła dziecku coś, co te powinno dawno już wiedzieć
    Z ich dwojga, ona nie miała wspomnień – o tych należących do niego nic Marze nie było wiadomo – a jednak wiedziała, że one jest człowiekiem. Ot tak, instynktownie. Bo takie rzeczy się przecież wiedziało. W ogóle niektóre rzeczy się po prostu wiedziało. Tak jak i następną rzecz.
    – Przecież widziałeś, jak się pojawiłam. Wpadłam tu z podmuchem wiatru – wyjaśniła spokojnym, nauczycielskim tonem.
    Była nieco zaskoczona, że chłopak wymagał tłumaczenia tak prostych rzeczy, ale pal licho, najwidoczniej i tacy się zdarzali. Jednak Mara uznała, że to odpowiedni moment, żeby i ona zadała parę pytań. W końcu ona była u niego gościem, ale wiedziała o nim równie mało, jeśli nie mniej. Choć zakładała, że on o niej będzie wiedział co nieco, skoro to u niego się pojawiła, jego pytania raczej to wykluczały. Albo dobrze grał, co też trzeba było wziąć pod uwagę. Nie żeby to robiło różnicę, bo ze wszystkiego, co mogło się dziać, Eamon na pewno nie chciałby zrobić jej krzywdy. Po pierwsze, zamknął okno, a wiatr wiał na tyle mocno, że mógł zdmuchnąć ją z nóg. Zresztą, przecież Mara już doszła do tego, że pojawiła się tam w jakimś celu, a celem tym nie mogło być po prostu zostanie skrzywdzoną.
    – A ty? Co porabiasz? – spytała lekkim tonem, wpatrzona w niego jak w wyrocznię. – Teraz i, no wiesz, tak w ogóle?
    Chciała się dowiedzieć, gdzie w ogóle trafiła. Bo wszystko wskazywało na to, że do fantastycznego miejsca. Jednak nagle coś spowodowało, że zadała jeszcze jedno, najwidoczniej istotne pytanie, choć wtedy sama nie do końca je rozumiała:
    – I ile masz tu roślinek?
    [A ja jeszcze przepraszam, że moje odpisy są zawsze krótsze niż twoje, mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza?]

    OdpowiedzUsuń