19 kwietnia 2012

Cause I barely see at all...

You were my source of strength
I've traded everything
That I love for this one thing
Stranded in the offering
Can't hear my scream from the abyss
And now I wish for you my desire





Ciemnogranatowe niebo rozpościerające się nad cypryjskim wybrzeżem przypominało płaszcz; piaszczysta plaża i skały na wpół zanurzone w wodzie tonęły w półmroku. Panującą tu głuchą ciszę mąciły jednak trzy odgłosy: szum wody, kroki dwóch osób oraz ich ciche, aczkolwiek wyraźne głosy, należące do mężczyzny i kobiety. Mówili oni po grecku, miękko i łagodnie; wydawałoby się, że stanowili integralny element tego krajobrazu, głos mężczyzny miał jednak lekki akcent francuski.
- Jesteś tego pewna? - pytał, jakby kontynuując wcześniej zaczętą rozmowę. Przez chwilę panowało milczenie. Wreszcie kobieta odpowiedziała.
- Sacre. Przepraszam cię, Mario. Powinienem był...
- Nie przepraszaj, Edmundzie - głos Marii był smutny, ale łagodny. - Jesteś tylko człowiekiem.  Więzienie zmienia człowieka, a do tego jestem podobno jej odbiciem, jeśli chodzi o urodę. Nawet imię mam na tę samą literę!
Mężczyzny nazwanego Edmundem nie zadowoliło takie wyjaśnienie. Wyraźnie przyspieszył kroku; piasek pod jego butami zachrzęścił głośniej. Być może ogarnęła go złość na samego siebie.
- W tej sytuacji pozostaje mi tylko jedno. Nie zostawię cię z tym wszystkim samej - stwierdził stanowczo. - Uczynię cię moją żoną. Skarb Spadów wystarczy dla nas dwojga; ofiaruję ci wszystkie kosztowności, jakie znalazłem na wyspie Tiboulen. Będziesz mi towarzyszyła w podróżach lub, jeżeli zechcesz, zostaniesz na terenie komandorii twojego ojca tu, na Cyprze. Jedno jest pewne, nie będziecie biedni...
-Wiem, mój drogi. Wiem. 
Głosy ucichły; przez chwilę słychać było tylko szum morza i szybkie kroki młodej pary. Wreszcie z cienia wyłonił się wysoki, czarnowłosy mężczyzna o poważnej, rozgniewanej twarzy, jeszcze młody; towarzysząca mu dama miała typowo grecką urodę: czarne włosy,  prosty nos, łagodne rysy, oliwkową cerę i duże, piękne oczy, których kolor jednak odziedziczyła po ojcu Angliku - błękitne niczym wody morza. Oboje mieli na sobie eleganckie ubrania, kobieta przy tym trzymała w dłoni chusteczkę, mnąc ją nerwowo i starając się nie wybuchnąć płaczem.
- Nie odstąpisz od zemsty - raczej stwierdziła niż spytała. Edmund kiwnął głową. Jego oczy, utkwione w oddalony, ciemny horyzont, wyrażały teraz straszliwą i nieubłaganą nienawiść. Po chwili przetarł je i objął kobietę ramieniem, uśmiechając się.
- Nie muszę się spieszyć. Mam wiele czasu. I pragnąłbym, byś była szczęśliwa.
Odpowiedział mu lekki uśmiech, szum fal i delikatny uśmiech kobiety.
W dziewięć miesięcy po tej rozmowie w małym, białym domku niedaleko plaży na świat przyszedł maleńki chłopiec, którego rodzice nazwali imieniem Nathaniel. Jeżeli Maria była kiedykolwiek nieszczęśliwa, jeżeli płakała z powodu wyboru Edmunda, który wolał ją wykorzystać do zemsty niż pocieszyć się w jej ramionach, nigdy tego nie okazywała, a jej listy były długie, szczere i pełne miłości. Kiedy chłopiec podrósł, matka i sędziwy, groźny jak Zeus ksiądz grecki zaczęli go kształcić. Ojca widywał rzadko; powiadano mu, że podróżuje w ważnych interesach, które musi załatwiać dla dobra rodziny, ale zawsze będzie kochać i matkę, i jego. Chłopiec miał swoje podejrzenia na ten temat, nigdy jednak nie rozmawiał o tym ze swą rodzicielką - po co miał dodawać jej zmartwień?
Mijały lata. Zdrowie Marii, nadwerężone po urodzeniu syna, coraz bardziej się psuło. Edmund, widząc to, odwiedzał ją częściej niż zwykle, był przy niej na tyle, na ile mógł. Wreszcie nadszedł jednak dzień, w którym szesnastoletni Nathaniel, pogrążony w smutku, po raz ostatni spojrzał w oczy swej matki i zamknął je na zawsze; musiał to uczynić sam, gdyż ojca nie było w domu (znowu), a ksiądz akurat odprawiał mszę w niewielkim kościółku w wiosce. Piękną Marię Thorpe, która przybrała nazwisko Dantes, pochowano, tak jak powinno być, u boku jej ojca - znanego wszystkim starego Thorpe'a z komandorii - na cichym, porośniętym południową roślinnością cmentarzu.
Ciszę innego, równie pięknego wieczoru jak ów wiosenny nad morzem, zmąciły szybkie kroki młodzieńca, który szedł szybkim krokiem ogrodową ścieżką. Ciemne oczy chłopaka, odziedziczone po dawno już niewidzianym ojcu, i ciemne, falujące włosy kłóciły się z jego bladą cerą. Na sobie miał proste, zwykłe ubranie - kamizelkę, koszulę opinającą zgrabnie jego muskularne ciało, dobrze dopasowane spodnie i niedawno zelowane buty. Właśnie wracał z cmentarza, gdzie zwykł co jakiś czas zostawiać białe róże na grobie matki i dziadka. Nie spodziewał się nikogo, więc zaskoczyło go, że w oknie jadalni pali się światło.



Your touch used to be so kind
Your touch used to give me life
I've waited all this time
Don't leave me alone
Cause I barely see at all
Don't leave me alone
I'm...


 Kiedy młodzieniec wszedł do jadalni, jego oczom ukazał się ten, na którego czekał tyle dni, w towarzystwie ciemnoskórego służącego i księdza Eleutheriosa. Ksiądz wstał z godnością z krzesła, które do tej pory zajmował, to samo uczynił także czarnowłosy mężczyzna w eleganckim ubraniu światowca, dziwnie odbijającym od skromnego ubioru starca i jego ucznia, poruszający się jak marynarz. Nathaniel zamarł z wrażenia, wreszcie jednak przemógł szok, podszedł do ojca i uścisnął go tak, jak należało. Nie było jednak w tym uścisku serdeczności.
- Posłuchaj mnie, mój synu. Musimy pomówić o ważnych sprawach - oznajmił nieco ochryple ojciec młodzieńca, zajmując to samo sfatygowane krzesło, na którym niegdyś siadała jego ukochana. Chłopak siadł naprzeciwko, a miejsce obok niego zajął ksiądz Eleutherios - siwy jak gołąb Grek o oliwkowej cerze i ciepłych, ciemnych oczach. Kiwnął głową, gotów do rozmowy. 
- Słucham i bardzom ciekawy.
- Razem z przewielebnym księdzem doszliśmy do wniosku, że nie powinieneś tu dłużej zostawać. - zaczął spokojnie mężczyzna. - Do tej pory wykonywałem swoje zadanie. Teraz chcę wypełnić ostatnią wolę twej matki. Nie zrozum mnie źle: kochałem ją, choć nie odwiedzałem jej zbyt często, a ty jesteś moim ukochanym synem. Przykro mi, Nathanielu, że nie mogłem być na jej pogrzebie...
Chłopak zacisnął wściekle pięści, jednak przemilczał to. Przez dumną głowę przewinęło mu się tysiące obelg wobec tego ojca, przez którego płakał wielokrotnie, przez którego matka musiała wylać wiele łez, a który teraz dopiero, po wielu dniach od pogrzebu, raczył się pojawić, nic jednak nie powiedział. 
Obserwujący to ksiądz chrząknął groźnie. 
- Powinieneś poznać wielki świat, o którym marzysz, mój synu - rzekł szorstko. - Nic nie zastąpi doświadczenia. "Macie bowiem wiedzieć..."
-"...że są dwa sposoby walczenia, trzeba być lisem lub lwem" - dokończył chłopak. - Nie potrzebuje mi ksiądz przypominać Machiavellego. 
- Widzę, że nie marnowałeś czasu. - ojciec postanowił przejść do sedna sprawy. - Jutro wypływam stąd, najpierw do Anglii, później do Algieru, a na koniec przez Hiszpanię do Francji. Księże, proszę cię o modlitwę za Marię...i o to, by nie zabrakło jej róż.
Siwowłosy mężczyzna skinął głową. Jego twarz była surowa, ale spokojna. Uspokoiło to trochę czarnowłosego młodzieńca, jednak nie zamierzał tego tak zostawić. Dlatego spytał sarkastycznie:
- Czyli wypływamy rano...I jakież to zadanie ojciec wykonywał? Dowiem się tego czy wciśnie mi ojciec jakąś bzdurę, tak jak okłamywał ojciec matkę?
Ku jego zdziwieniu, starszy mężczyzna pochylił głowę, jakby uznawał swą winę. Wstał, wzdychając ciężko.
-  Rozumiem twój gniew. Jeśli zechcesz zostać na wyspie, nie zabronię ci tego. Jesteś jednak synem Marii i moim, matka nie chciałaby, byś zmarnował się, łowiąc ryby na greckim wybrzeżu.
Szesnastolatek również wstał, po czym skinął na służącego, który obserwował całą scenę ze spokojem godnym stoika i milczał niczym grób. Ten podszedł bliżej, gotów spełnić każdy rozkaz panicza.
- Spakuj nasze rzeczy, moje i ojca. - polecił. - I zanieś to wszystko na statek. 
Niemy niewolnik skłonił się, po czym bezszelestnie, niczym kot, wyszedł z pomieszczenia. Zaraz za nim wyszedł ksiądz, uprzednio udzieliwszy błogosławieństwa obydwu podróżnikom. Jako ostatni opuścili mały domek ojciec i syn.  Widziano ich jeszcze na cmentarzu przy małym, kamiennym grobie z wciąż jeszcze wyraźną inskrypcją dat narodzin i śmierci Marii Dantes, z domu Thorpe, żyjącej przez lat tyle a tyle, oraz napisem "Niech spoczywa w pokoju"; później zaś wyruszyli w podróż. 
Gdy w dwie godziny później piękny, elegancki jacht, taki, o jakim Nathanielowi nigdy się nie śniło, odbił od brzegu, młodzieniec odwrócił się od poprawianych przed chwilką żagli i spojrzał na Edmunda. Ten uśmiechnął się delikatnie.
- Czemu mi się tak przyglądasz?
- Ja... - zawahał się chłopak, jednak po chwili postanowił wyrazić swoją prośbę. Czarne, usiane gwiazdami niebo, na którym nie było chmur, wskazywało za pomocą Krzyża Południa drogę płynącym. W oddali widać było płonące światełka w wiosce, wieżyczkę kościoła oraz niknący z każdą chwilą zarys domku, z którym obaj mężczyźni związali swoje najpiękniejsze chwile życia.
- Nie zostawiaj mnie już samego, ojcze. - poprosił nagle cicho, ze smutkiem, Nathaniel. 
Edmund pokiwał głową. Podszedł do chłopaka, po czym delikatnie go objął. Jego ciepłe, stwardniałe przez lata pracy i więzienia dłonie spotkały się z opaloną, miękką skórą młodzieńca.
- Nie zostawię. - przyrzekł ze smutną powagą. Mijający ich marynarze byli jak cienie; nawet jeżeli zauważyli scenę rozgrywającą się obok nich, nie skomentowali tego. Podobnie postąpił Jacopo, kapitan jachtu, który spokojnie pełnił swoją powinność za sterem i zdawał się nie dostrzegać tego, co się stało.
Kilka tygodni później w jednym z londyńskich pensjonatów zameldował się hrabia Monte Christo wraz ze swoim synem, szesnastoletnim wicehrabią. 



W sumie nie wiem, jak to się stało, ale popełniłem to opowiadanie ^^'' Odnosi się ono do przeszłości Nathaniela i w zamierzeniu miało trochę ją przybliżyć, mam nadzieję, że jakoś wyszło. W tytule i nagłówku piosenka "Falling inside the black" Skilleta, Edmund Dantes pochodzi z książki "Hrabia Monte Christo" Aleksandra Dumasa, Nathaniel jest zaś moim OC. Słowem wyjaśnienia dla tych, którzy tu trafią, a nie śledzą wątku i znają książkę: część pierwsza opowiadania dzieje się już po uwolnieniu Edmunda z twierdzy If, zaś druga część została osadzona szesnaście lat później. Wedle książki Edmund siedział w tejże twierdzy przez czternaście lat (tj. od 1815 roku do 1829), a więc matkę Nathaniela, Marię Thorpe, spotkał i poślubił w roku 1830; w tym samym roku urodził się także sam Nathaniel. Ponieważ na potrzeby wątku z fenyloanaliną trochę przesunąłem timeline, Edmund przyjeżdża, aby spotkać się z synem w roku 1846, a w Paryżu zjawi się dopiero w roku 1848. Wybór Marii Thorpe jako pani Dantes tylko z pozoru jest dziwny - zakładamy bowiem, że Edmund po uwolnieniu się z twierdzy był na tyle przesiąknięty zemstą, że nie czuł do Mercedes nic więcej poza nienawiścią. Enjoy!

1 komentarz: