Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

26 lutego 2014

[KP] Herkules Poirot




 Pan Poirot, oficer belgijskiej policji.
Po wojnie, przeniósł się do Anglii jednak uroczy acz większości anglików przeszkadzający akcent pozostał. 
Prywatny detektyw, któremu ufają ludzie, powierzając swoje sekrety. Elegant, lubiący dobrą kuchnie, byle nie angielską... Ponieważ uważa, że coś takiego jak angielska kuchnia nie istnieje...




Arthur J. M. Hastings

20 komentarzy:

  1. (No to zaczynam! Piszę w pierwszej osobie, tak jak było w kanonie xD)

    Siedziałem w miękkim, pluszowym fotelu, czytając uważnie gazetę - szczególnie interesował mnie artykuł, w którym opisywano życie i dorobek śpiewaczki Adeliny Patti, zmarłej kilka dni temu. W kominku trzaskał ogień, który rozpaliła wcześniej służąca, a po prawej stronie, na stoliku do kawy, miałem wypolerowany dzbanek. Dzbanek ten pozwalał mi dostrzec jajowatą głowę Poirota, jego słynne wąsy i książkę, którą wertował. Chyba było to jakieś studium na temat ogrodnictwa i symetrii w tymże, gdyż zauważyłem, że się uśmiechał.
    Gdy skrzypnęły drzwi i usłyszałem lekkie kroki, uniosłem głowę - do pokoju wkroczyła bowiem majestatyczna niczym sama królowa panna Felicity Lemon, od niedawna pracująca u mojego przyjaciela w charakterze sekretarki. Jej poważna, surowa twarz, dająca wyraz najwyższej dezaprobacie, wskazywała, że coś się stało.
    Czyżby znowu jakiś młody wielbiciel nazwał swego konia Herkulesem?-pomyślałem z niejakim rozbawieniem i zaskoczeniem zarazem, rzadko bowiem się zdarzało, by statyczna i spokojna panna Lemon była tak zirytowana.
    -Monsieur Poirot, przyszło zaproszenie...od państwa Connorsów z Crawley - ton, jakim to wypowiedziała panna Lemon, był służbowy i zdawkowy, niemniej jednak pod tymi pozorami kryła się niechęć do nadawców zaproszenia. Państwo Connorsowie byli naszymi znajomymi jeszcze z Belgii - Thomas, niewydarzony literat, który nigdy nie umiał znaleźć wydawcy na swe kiepskie wiersze, w czasie wojny pracował w Utrechcie przy placówce konsularnej, jego siostra Megan zaś kilka razy złożyła nam wizytę, gdy odbywała staż w Lejdzie. Po wojnie rodzeństwo wróciło do Anglii i nawiązało z nami żywy kontakt listowny, ciekaw więc byłem tego ich - jak opowiadano - wspaniałego domu w Crawley.
    -Co o tym sądzisz, Poirot?-spytałem z zaciekawieniem, odkładając na bok gazetę. Kwestia wizyty u Megan Connors bardziej mnie zafrapowała niż nekrolog boskiej Adeliny Patti. Jak to mówią, żywi śmiertelnicy są ciekawsi niż dokonania zmarłych bogów. -Masz zamiar przyjąć ich zaproszenie? Nie wątpię, że pannę Connors skłoniła do tego chęć ujrzenia twoich słynnych wąsów...
    Uśmiechnąłem się lekko, przypominając sobie nasze żarty na ten temat. W pokoju było dość ciepło, nigdzie nie trzeba było się spieszyć, a parująca herbata w dzbanku przypominała o tym, że można i należy się zrelaksować. Wiszące na ścianie obrazy przedstawiały jakiś sielski krajobraz, którego nigdy nie potrafiłem rozpoznać, a który Poirot melancholijnie utożsamiał ze swoimi rodzinnymi stronami. Panna Lemon przeniosła ciężar ciała z jednej nogi na drugą, czekając na odpowiedź ze strony swego chlebodawcy. Jej fryzura, jak zawsze, przypominała nieco ptasie gniazdo.

    kapitan Hastings

    OdpowiedzUsuń
  2. Królowa Wiktoria, dając wyraz swej najwyższej dezaprobacie, z pewnością mogłaby się uczyć od panny Lemon. Od zawsze uważała ona Connorsów za wątpliwe indywidua, którym nie warto było ufać, niemniej jednak nie zdecydowała się wypowiedzieć głośno swej opinii. Kiedy wróciła po około trzydziestu minutach, w ręku trzymała spis połączeń.
    -Jest pociąg o 13:30 do Crawley.- ton, jakim to wypowiedziała, był uprzejmy, ale daleki od przychylnego. Dopóki jednak Poirot jej płacił, dopóty nie zamierzała krytykować otwarcie jego poczynań, choćby nawet jej pracodawcy strzeliło do głowy tańczyć nago na stole. Uśmiechnąłem się lekko, po czym skinąłem głową i udałem się do mojego pokoju, aby się spakować. Ponieważ pobyt nasz miał trwać tam ze dwa dni (przyjęcie plus, jak się domyślałem, nocleg), wybrałem najpotrzebniejsze rzeczy. Na wszelki wypadek wziąłem także broń. Przeczuwałem - nie wiadomo dlaczego - że może okazać się przydatna.
    Wróciwszy do pokoju, nie zastałem już w nim panny Lemon. Korzystając z okazji, zadzwoniłem na służącego o herbatę. Cóż, ciekaw byłem, co się wydarzy...
    Podróż pociągiem do Crawley minęła bez większych przeszkód. Na stacji czekał na nas rachityczny staruszek w breku zaprzężonym w cztery siwki. Zarówno on, jak i najprawdopodobniej uprzedzony wcześniej zawiadowca pomogli nam przenieść nasze rzeczy do powozu (widać byliśmy tu szczególnymi osobistościami, a po kilku chwilach jechaliśmy już powozem w stronę Fairhill Manor. Kojarzyłem to miejsce jako elegancki dom w stylu królowej Anny, otoczony wspaniałym ogrodem i zawsze przyciętym w symetryczny sposób żywopłotem.
    -Ciekawi mnie, czemu teraz dopiero nas zaprosili. Milczeć przez tyle czasu, a później...-nie zdążyłem skończyć, gdyż stangret obwieścił piskliwym głosem:
    - Fairhill Manor!
    Kastrat? To i kastrata mają wśród służby?-pomyślałem z niejakim zdziwieniem. Szybko jednak porzuciłem tą myśl, gdyż zajechaliśmy przed budynek odpowiadający idealnie moim wyobrażeniom, a po chwili ściskała mnie śliczna, wysoka, na oko dwudziestokilkuletnia kobieta o jasnych, kręconych włosach - panna Megan. Jej brat, wysoki brunet z blizną na twarzy i budzącą podziw brodą, o jakieś osiem lat starszy, wylewnie witał Poirota:
    -Niezmiernie się cieszę, że pan przyjechał, monsieur Poirot. Nad wyraz się cieszę! Sutton zaniesie bagaże panów...a po przyjęciu, mam nadzieję, zechce pan wraz z kapitanem u nas zanocować? Byłbym zaszczycony, goszcząc pod swym dachem taką znakomi...
    - Daj spokój, Tommy, to rzecz postanowiona. Monsieur Poirot niewątpliwie ma trochę wolnego czasu, który może spędzić w Fairhill - przebiła go siostra, śmiejąc się i posyłając mi co chwilę kokieteryjne spojrzenia. Chrząknąłem, prostując się, bąknąłem coś niezobowiązującego i udałem się, aby powitać dwie panie Connors - Hannę, matkę, sędziwą i rozważną damę w każdym calu, oraz Rosalie, żonę Thomasa, myszowatą i nieśmiałą nauczycielkę, której wszystko można by zarzucić, tylko nie brak wiedzy. Niestety, wiedza nie przekładała się u niej na urodę i mimowolnie zastanawiałem się, patrząc na jej pokrytą toną pudru mającego maskować pryszcze twarz, co właściwie widział w niej nasz znajomy?
    Gospodarze okazali się niezwykle mili i gościnni. Ponieważ wśród zaproszonych gości znaleźli się także państwo John i Mary Cavendish, którym niedawno pomogliśmy w sprawie Styles, Poirot był wprost otoczony. Wszyscy wypytywali go w szczegółach o całą tę historię i częstowali go kolejnymi kieliszkami likieru wiśniowego - rodzinnego przysmaku Connorsów, mnie zaś wzięła w obroty panna Megan. Przyjęcie to odbywało się początkowo w ogrodzie, szybko jednak, ze względu na chłód, przenieśliśmy się do wytwornie urządzonego salonu w stylu indyjskim. Zauważyłem, że tego dnia Thomas pił niewiele, co do niego nie pasowało, za to Megan przyjmowała z zachwytem każdy kolejny kieliszek alkoholu. Wydawała się aż zbyt rozluźniona...
    -...To może być zły znak-mruknąłem, sięgając po kolejny kieliszek likieru z tacy niesionej przez kamerdynera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (Łączę się w bólu ;) Przy okazji informuję, że teraz potrzebne mi są rozmowy Poirota z gości, jakieś spostrzeżenia na temat niektórych z nich...a w razie czego wszystko podeślę na maila ;))

      kapitan Hastings

      Usuń
  3. Przyjęcie przebiegało aż zbyt spokojnie. Pogoda dopisywała, wszystko było w należytym porządku, ba, żaden z Connorsów nie pokusił się o niecny atak na koszulę Poirota - a rozlewanie wina należało przecież niejako do osobowości Megan Connors. Do tego zwróciłem uwagę na dziwną sytuację w rodzinie: matka wyglądała na rozdrażnioną, syn i córka na przesadnie radosnych, za to synowa...No właśnie, jakie emocje przejawiała synowa? Co zostałoby, gdyby odjąć zwykłą uprzejmość i poprawność towarzyską?
    Nic. Zero.
    Ponieważ mój przyjaciel postanowił, że przenocujemy w Fairhill, po kolacji i oddaniu Megan książki udałem się spać - byłem zmęczony, a wojenny zwyczaj chodzenia spać o zmroku jeszcze nie wyszedł mi z nawyku. Idąc korytarzem do sypialni, mijałem sypialnie rodzinne. Nagle usłyszałem Rosalie rozmawiającą ze swą świekrą - obie mówiły cicho, ale miały tak lodowate tony, że przysiągłbym, że mają w gardłach Antarktydę.
    -Nie zamierzasz nic z tym zrobić?
    -Ciszej, moje dziecko. Nie chcemy skandalu.
    -Nie obchodzi mnie skandal! On mnie upokorzył, poniżył, zdeptał, a ty go jeszcze bronisz, mamo!
    Uniosłem wysoko brwi. Jak takie słowa mogły wyjść z ust spokojnej, powściągliwej Rosalie Connors? Niestety, obie damy zniżyły jeszcze bardziej głosy i jakby przemieściły się dalej, bliżej okna, na dole zagrała głośniej muzyka, tak więc nie usłyszałem nic więcej. Wzruszyłem ramionami, po czym szybko skierowałem się do tej sypialni. Atmosfera była tak napięta, że nie zdziwiłbym się, gdyby coś się stało...
    Cóż, i się stało, w nocy bowiem obudziło mnie łomotanie do drzwi.
    -Come in!-rzuciłem. -Kto tam?
    -To ja, Thomas! Mama nie żyje! Co mamy robić, co, na miłość boską, robić, Arthur?!
    Nie poznawałem w tym rozhisteryzowanym człowieku, który wpadł do mojej sypialni i szarpał mnie za szlafrok, zwykle opanowanego Thomasa. Natychmiast przetarłem oczy, aby się przebudzić.
    -Przede wszystkim nie histeryzuj. Pójdę po Poirota, a ty poślij Suttona po doktora...i zadzwoń na policję-rozkazałem stanowczo.-Mój przyjaciel zajmie się tą sprawą. Niczego nie dotykaliście w pokoju mamy?
    -Och, nie, nie...Jest zimna jak ten lód na rzece-jęknął Thomas. Wydawał się całkowicie i niemęsko tracić głowę. Wręczył mi pospiesznie klucz od sypialni nieboszczki, po czym zbiegł na dół, krzycząc na cały głos na Suttona o jazdę po doktora i z doktorem. Nie tracąc czasu, ubrałem się, po czym szybko, niemal biegiem, ruszyłem do sypialni Poirota, leżącej na drugim końcu korytarza. Po drodze rzuciłem okiem na zegar stojący pod jedną ze ścian - wskazywał czwartą rano, co było tym prawdopodobniejsze, że Thomas wpadł do mnie w niegodnym gentlemana, aczkolwiek wybaczalnym dezabilu. Zastukałem gwałtownie do drzwi, po czym nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka.
    -Mój drogi, chyba mamy do czynienia z powtórzeniem się historii w Styles. Hanna Connors nie żyje-zawiadomiłem go pospiesznie, zerkając na zegarek. Było pięć po czwartej, a więc czas się zgadzał.-Jej syn był u mnie o czwartej, czyli pięć minut temu...Posłałem już po doktora, każę też później powiadomić policję, a na razie mam klucz od sypialni nieboszczki. Chyba nie odpuścisz sobie tej sprawy?
    Z korytarza dobiegły nas krzyki, wołania i płacz - zapewne Megan, Rosalie i służba już się pobudzili i odkryli katastrofę.
    Dobrze, że nie pozacierają śladów-pomyślałem z ulgą, kładąc średniej wielkości, srebrny klucz na nocnym stoliku obok symetrycznie ustawionej lampki.

    kapitan Hastings

    OdpowiedzUsuń
  4. Przekręciłem gwałtownie klucz w zamku, po czym wszedłem do środka. Pierwszym, co mnie uderzyło, były ciemności egipskie oraz jeszcze straszliwsze zimno, tym dotkliwsze, że jednak blisko było do zimnego, jesiennego świtu. Zakaszlałem, przekręcając kontakt w rękawiczce - na wypadek, gdyby i na włączniku światła były jakieś odciski. Po chwili światło odsłoniło nam martwego, sztywnego trupa siwowłosej kobiety w niebieskiej sukni, w której zwykła sypiać, trzymającej się za serce, pozorny porządek sypialni...I jakiś dziwny, nienaturalny spokój w całym tym pomieszczeniu. To wyglądało tak, jakby to była kostnica, a nie elegancka sypialnia miłej staruszki. W powietrzu unosił się zapach lawendy i francuskich perfum, tak doskonale mi znanych, ale...czegoś jeszcze.
    -Masz całkowitą rację, Poirot. Musimy się rozejrzeć-stwierdziłem, marszcząc brwi i rozglądając się uważnie po pomieszczeniu. Dwa obrazy, jeden portret ślubny i jeden krajobraz, meble typowe dla epoki i drogie...Podszedłem do biurka, po czym dokładnie zacząłem je przeszukiwać.
    -Nie ma kluczyka od szuflad. Są zamknięte...na amen-poinformowałem po chwili.-Zamek jest dość mały, więc bez wytrychów lub zapasowego się nie obejdzie. Blat jest ubrudzony stearyną, kawą...i czymś jeszcze. Ale nigdzie nie widzę żadnej świecy, zresztą, jak widzisz, byłaby ona niepotrzebna wobec elektrycznej lampy, która nam oświetla scenę zbrodni. Wygląda mi to na serce, ale...
    Potrząsnąłem głową. Nie podobało mi się to wszystko. Na korytarzu wciąż histeryzowały służące i dwie panie Connors, słyszałem też drżący, nikły głos Thomasa ginący w tym harmidrze...To typowe dla niego, nigdy nie potrafił się wybić.
    Ciekawe, czy...
    -...Rosalie miała coś z tym wspólnego-dokończyłem na głos niewypowiedzianą myśl, szukając jakichkolwiek listów, rachunków, korespondencji. Okazało się, że z prywatnych listów nie znalazłem nic, co mnie zdziwiło - przed wojną Hanna przecież słynęła z tego, że jej listy można by zmieścić w czterdziestu grubych tomach i jeszcze coś by zostało. Miała mnóstwo znajomych, więc...Prowadziła klasztorne życie czy jak? Ale przecież wczoraj na przyjęciu...I ta sprawa z kłótnią z synową. "Nie obchodzi mnie skandal! On mnie upokorzył, poniżył, zdeptał, a ty go jeszcze bronisz, mamo!"
    Czy to miało oznaczać, że Thomas...Pokręciłem znów głową, tym razem z niedowierzaniem. Thomas Connors był cholernie nieśmiałym, tchórzliwym, płaskim człowiekiem, który nigdy nie miał specjalnego powodzenia. Trudno mi było uwierzyć, by właśnie on wmieszał rodzinę w jakiś haniebny romans...
    Do diabła!

    kapitan Hastings

    OdpowiedzUsuń
  5. Część I:

    In the rustle of a curtain
    In the bustle of the world


    Choć moje podejrzenia zgadzały się z tymi, które wysnuł mały Belg, poczułem dreszcz. Znów powtarzała się sprawa w Styles i to bardzo dokładnie...Tam również doszło do haniebnej zbrodni, ofiarą była matka, a mordercą...Czy to możliwe, by któreś z dzieci Hanny ją zamordowało? Które? Nieporadny syn? Czy może zimna, kierująca się logiką córka? Moje myśli pomknęły w stronę wieczornej rozmowy w półcieniach schodów.
    -Jeżeli te listy spalono, to na pewno nie tutaj; nie znalazłem nic więcej-poinformowałem, przejrzawszy pobieżnie kominek i pucharki stojące na półce nad nim. Sprawdziłem dłonią, czy mam klucz w kieszeni marynarki; nie wydawało mi się stosowne oddawać go właścicielom domu do czasu, aż zakończymy śledztwo.
    -Co do tego, o czym mówiłem...Rosalie pokłóciła się z Hanną wczoraj wieczorem. Poszło o to, że mamusia broniła synka przed skandalem, przynajmniej w jej mniemaniu...ugh, cokolwiek to jest, śmierdzi mocniej niż proch na froncie-skrzywiłem się, wskazując dłonią na ciemną plamę pod lampką. Jej obecność na pewno nie była przypadkowa...Prędzej uwierzyłbym, że w Londynie znajdzie się osoba o takich samych wąsach jak Poirot. -Wyjdę na korytarz, żeby się wszystkim zająć, a ty, mój drogi, przeszukaj pokój raz jeszcze. Jest możliwe, że coś przeoczyłem.
    To rzekłszy, wyszedłem szybkim krokiem z pomieszczenia i starannie zamknąłem drzwi. Megan opierała się o ścianę, bliska omdlenia. Rosalie głośno szlochała, wtulona w bladego do przesady męża; które z nich rzeczywiście opłakiwało matkę, a które tylko udawało żal? Zapłakane pokojówki zawodziły głośno, a jedynym względnie spokojnym człowiekiem był sędziwy kamerdyner pamiętający chyba jeszcze teściów pani Hanny. Wypatrzyłem wśród nich pokojówkę imieniem Annie - rudą, piegowatą, przestraszoną dziewczynę ocierającą rogiem brudnej jak święta ziemia chusteczki duże, niebieskie oczy.
    -Thomas, hm...Skoro powierzyłeś mi i Poirotowi tą sprawę, to chyba powinniśmy wszystkich przesłuchać, przeszukać pokoje w domu, sprawdzić kawę, którą piła mama i zrobić jeszcze kilka rzeczy-zasugerowałem delikatnie.-Lepiej unikać skandalu.
    - O mój Boże! Więc mama...więc ją ktoś...ktoś ją zamordował?!
    -Nie da się tego wykluczyć, Megan, ale równie dobrze może być to serce. Jak tylko przybędzie doktor Bellew, dokona sekcji zwłok waszej mamy. Klucz od jej pokoju zwrócę po zakończeniu śledztwa, dobrze?
    Thomas pokiwał głową bezsilnie. Widać było, że absolutnie nie nadaje się do pełnienia roli dostojnej głowy domu. Skoro otrzymałem jego zgodę, postanowiłem działać. Natura stworzyła mnie w końcu do konkretów.
    -Dobrze, kto z was ostatni rozmawiał z panią Connors? I kto przyniósł jej kawę?
    -J-ja p-przyniosłam...-zachlipała Annie, wydmuchując hałaśliwie nos. Rosalie uniosła niepewnie dłoń do góry, trochę jak dziecko w szkole. Zgromiłem się w myślach, gdyż nie wiedzieć czemu bardzo mnie to rozbawiło i omal się nie uśmiechnąłem.
    -A więc dobrze, Annie, ty i twoja pani tu zostajecie. Proszę, byście odpowiedziały na wszystkie pytania, jakie zada pan Poirot. Służbę proszę również, by wykonywała bez pytania wszystkie polecenia pana Poirota do czasu odkrycia, kto jest zabójcą. Megan, Thomasa...-zawahałem się na chwilę-i resztę domowników proszę o przejście do salonu. Mój przyjaciel niewątpliwie zechce zadać bowiem wszystkim pytania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Część II:

      In the rhythm of the rain
      In the miracle of ordinary days


      Thomas kiwnął głową smętnie, po czym ruchem dłoni nakazał wszystkim udanie się w wyznaczonym przeze mnie kierunku. Rozejrzałem się jeszcze po korytarzu, zerknąłem na zegar - upłynęło koło dwudziestu minut, o ile staroświecki mechanizm dobrze działał - i stanąłem pod ścianą, obserwując Annie i Rosalie. O ile rudowłosa służąca wciąż ukradkiem ocierała oczy, o tyle małżonka Thomasa wyglądała na przerażoną. Podeszła do mnie, jak we śnie, i wyszeptała:
      - Kapitanie, niech mi pan powie...Czy moją teściową...Czy ona...Naprawdę została...
      -Obawiam się, że tak, madame.-odpowiedziałem ponuro. Nie zdążyłem jednak nic dodać, gdyż w tej chwili przed domem rozległ się turkot powozu.
      -Proszę tu zostać z Annie. Sprowadzę zaraz doktora, a Sutton z panią zostanie-mimo długiej znajomości nie nauczyłem się mówić do Rosalie inaczej niż w formie oficjalnej. Co innego zamężna kobieta, a co innego...Zszedłem szybko na dół, odganiając nieodpowiednie myśli. Po około dziesięciu minutach wróciłem na górę - tym razem w towarzystwie zażywnego, siwobrodego doktora w binoklach, który po drodze zdążył mnie już zbombardować pytaniami na temat wydarzeń. Otworzywszy drzwi od feralnej sypialni, wpuściłem lekarza do środka.
      Oględziny nie zajęły doktorowi Bellewowi zbyt wiele czasu.
      - Atak serca, ale o dziwnej etiologii. W tej sytuacji ktoś z rodziny musi podpisać zgodę na sekcję zwłok.
      Kiwnąłem głową; wszystko sprowadziło się więc do typowej formalności, jaka jest konieczna w takich wypadkach.
      -Trucizna?-zmarszczyłem brwi. Doktor skinął głową, zaciskając prawą dłoń na rączce od torby.
      -Nietypowa reakcja chemiczna z lekiem, ale o tym dokładniej powie specjalista. - rzucił krótko w odpowiedzi.
      -O której mógł nastąpić zgon, doktorze?
      Bellew pogładził w zamyśleniu brodę z suchym trzaskiem. Przypominał nieco przerośniętego szopa.
      - Jeżeli teraz mamy godzinę czwartą, wpół do piątej, to po stężeniu ciała oraz innych oznakach określiłbym czas zgonu na godzinę pierwszą w nocy. Jeżeli odzyskała przytomność, wątpię, by ktoś usłyszał krzyki, wszyscy najprawdopodobniej głęboko spali. - odparł nieco ciszej.
      Ostatnim słowom doktora towarzyszył cichy, ale narastający z każdą chwilą szmer deszczu. Najwidoczniej natura postanowiła się dostosować do pogrzebowego nastroju w domu. Westchnąłem.
      -Poznaje pan może ten zapach, doktorze?
      - Tak. To formalina. Ale skąd ona, na Boga, tu się wzięła?
      Spojrzałem na Poirota z zastanowieniem. Formalina na cennych meblach...

      kapitan Hastings

      Usuń
  6. Zmarszczyłem brwi, patrząc na Bellewa. Ten zaśmiał się sucho.
    - Pozwoli pan powiedzieć sobie, monsieur Poirot, że trucizną ową musiał być alkohol zmieszany z jeszcze jednym reagentem. Wskazywałby na to fakt, że przepisywałem pacjentce nitroglicerynę, a nitrogliceryna rozpuszczana w etanolu w odpowiedniej dawce jest śmiertelnie toksyczna. Jeżeli połączy się, powiedzmy, 6-7% ze strychniną, osiąga się morderczy efekt. Tak jak powiedziałem, należy jednak poczekać na ekspertyzę.
    To rzekłszy, doktor Bellew wyszedł energicznie z pomieszczenia, zabierając ze sobą torbę i wrażenie konkretnego człowieka. Gdy tylko Poirot wyszedł z pomieszczenia i dokładnie je zamknął, zeszliśmy na dół. Zrozpaczone dzieci i synowa zajęli miejsca na fotelach; kamerdyner siadł z godnością na krześle, służące siadły obok niego, a w drzwiach stał piskliwy stangret. Na sofach pod oknami i pod ścianą, obok biblioteczki, siedzieli kolejno: John i Mary Cavendishowie (on poważny Anglik, ona piękna Hiszpanka), Charles i Helen Widburnowie (posępny bankowiec i rozgadana miłośniczka teatru) oraz Johannes Wolfberg, niemiecki pisarz kryminałów. Było to i tak potężnie okrojone grono, gdyż na wieść o zbrodni goście opuścili posiadłość, nie chcąc, by z nimi wiązano tak godne pożałowania wydarzenie. Ich niewinność była zresztą pewna, gdyż, jak okazało się z przesłuchań, zajmowali sąsiedni pawilon i nie było możliwości, by ktokolwiek z nich wszedł na górę, zabił Hannę i wrócił bez bycia dostrzeżonym przez służbę lub z okna. Zauważyłem też, że Poirot z dziwnym uporem przygląda się butom zgromadzonych. Czyżby coś znalazł?
    -A więc, Annie, kiedy poszłaś do pani do sypialni?-zacząłem przesłuchanie.
    - Około siódmej, proszę pana. Około siódmej mogło być, pani lubiła pić kawę o tej godzinie i...
    -Czy jaśnie pani słodziła kawę?
    -Tak, proszę pana kapitana, dwie łyżeczki. Och! Ale ja jestem pewna, panie kapitanie, to na pewno był cukier, przecież sama go próbowałam! - poinformowała natychmiast rudowłosa pokojówka, zaciskając nerwowo palce na fartuchu. Aby zapobiec łzom, uśmiechnąłem się do niej krzepiąco i odezwałem się śpiesznie:
    -Spokojnie, Annie, moja droga. Nikt cię o nic nie oskarża. A więc jak to było? Opowiesz nam, co robiłaś?
    -Znaczy się, panie kapitanie, przyjęcie o trzeciej się zaczęło. Więc od rana żeśmy z Christie ino latały i załatwiały, przynieś to, podaj tamto...Za piętnaście siódma tak jakoś pani wyszła z salonu i do siebie poszła. To potem zadzwoniła na mnie i jak przyszłam, to powiada "Przynieś mi kawę, Annie. Muszę się pokrzepić". Była czymś zdenerwowana, ale myślałam, że to może Elsie, ten niedbaluch, znowu coś stłukła. Pani przecie bardzo, panie kapitanie, antyki kochała.
    Wzmiankowana Elsie, postawna brunetka, skrzywiła się z oburzeniem, nic jednak nie powiedziała. Annie kontynuowała:
    - Jak kawa była gotowa i posłodzona (w kuchni żem posłodziła, przy kucharce, panie kapitanie!), tom przyniosła ją do pokoju.
    -A wiesz może, co zrobiła z kluczykiem od szuflad? Robiła coś...dziwnego, coś nietypowego?-spytałem szybko.
    - Wyrzuciła go przez okno, proszę pana kapitana. Przez okno go wyrzuciła. I w sumie to wyglądała, jakby się zmęczyła czymś bardzo.
    -Well. Powiedz mi, Annie, czy jak poszłaś do pani, to zabrałaś ze sobą świecę?
    Dziewczyna wytrzeszczyła oczy.
    - Ależ skąd, proszę pana! Po co bym miała brać świecę? Jeszcze bym ufajdała dywan, a wtedy by mnie ze służby wylali!
    -Rozumiem. A o której pani miała zwyczaj brać leki?
    - Zawsze po kolacji, bezpośrednio po niej, panie kapitanie. A my tu kolację podajemy o zmierzchu równo, pan wie, oszczędności wojenne na gazie...Tylko że dziś kolacja później była, już o ósmej, a leki to są, proszę pana, w tej szafeczce w pokoju pani Megan. Możliwe, że pani tam poszła, wzięła te leki, przyniesła je sobie i wróciła do siebie, ale tego to ja nie wiem.
    -A co zrobiłaś po tym, jak zaniosłaś starej pani te leki?
    -Poszłam do kuchni, proszę pana. I już nie wychodziłam, bo było tyle zmywania, że hoho!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po zakończeniu przesłuchania Annie zajrzałem na chwilę do notatnika, w którym - dla porządku i metody - notowałem fakty. Zapisałem tam, co następuje: "8:00 rano: Hanna wzywa Annie, oddaje jej list polecony do Londynu (coś na L - sprawdzić). Od 8:00 do 13:00 Annie pomaga przy przygotowaniach do przyjęcia (przyjechaliśmy o 15:00, gdyż pociąg miał sążniste opóźnienie). W czasie przyjęcia usługuje różnym osobom. Około 18:45 Hanna wychodzi z salonu, udając się do pokoju; ani Annie, ani ona nie zabrały świecy! 19:00- Hanna dzwoni na Annie. Kiedy służąca przychodzi, wydaje się być zdenerwowana, w oczach Annie wyrzuca kluczyk od szuflad przez okno, wygląda na zmęczoną - może kłótnia z Rosalie lub rozmowa z Thomasem na ten temat? Po 19:00 Annie przebywa w kuchni i nie wychodzi z niej".
      -Zechciej na to spojrzeć, mój drogi-rzekłem, podając Poirotowi metodycznie wydartą kartkę z tymi zapiskami. -Wszystko wedle twojej ulubionej metody.
      To rzekłszy, zająłem się przesłuchiwaniem służących. Przy okazji, zauważyłem, że:
      - Annie i Christie, pokojówki, mają zniszczone buty
      - Megan ma nowe buty na obcasach wprost z Londynu
      - Thomas ma zniszczone oficerki
      - kamerdyner ma stare, podniszczone, ale świeżo zelowane buty
      - stangret obuł się w dziwnie nowe i drogie, jak na służącego, obuwie z kensingtońskiej skóry.

      kapitan Hastings

      Usuń
  7. Niedopalone fragmenty papieru wydawały się być listem - po podgrzaniu papieru na palniku Bunsena na arkusikach pojawiły się na wpół zatarte słowa "drogi synu", "żałuję", "proszę cię o wybaczenie, Alyn" i "kochająca matka". Wyglądało na to, że są to fragmenty jednego i tego samego listu, adresowanego do nieznanego Alyna przez denatkę. W szafce, o której wspomniała Annie, rzeczywiście znalazły się leki na serce, w tym feralna nitrogliceryna, i dwie fiolki z formaliną. Jedna z nich była pusta, a druga do połowy pełna. Kapcie zaś, których Poirot tak usilnie szukał, odnalazły się pod łóżkiem panny Megan. Jej korespondencja była skromna: ot, kilka listów od kuzynki z Sydney, jeden od dyrektorki szkoły, w której uczyła, i tyle. Nie było żadnych innych zasługujących na uwagę dowodów, przynajmniej na razie. Jeśli Poirot chciał przeszukać inne pokoje, nic nie stało ku temu na przeszkodzie.
    W tym czasie pilnie przesłuchiwałem podejrzanych, zbierając informacje, i muszę przyznać, że było to czasochłonne i zawiłe zajęcie. Udało mi się jednak pozyskać kilka ważnych informacji, które wynotowałem w moim notesie. Wszystko wedle porządku i metody!
    Oto owe zapiski: "Thomas - syn ofiary, męski dziedzic rodu Connorsów. To on jest właścicielem Fairhill. 8:00-13:00: pomaga siostrze w przygotowaniach, co zajmuje mu cztery godziny (alibi - służba). Dobrze mu się układa z żoną, a przynajmniej tak twierdzi. 14:00-wita lorda Jamesa Philipa Chatterleya, są sąsiadami od niepamiętnych czasów i przyjaciółmi. 15:00-wita nas na podjeździe, potem wita resztę gości. Ok. 17:00 - wychodzi na papierosa na balkon po uprzedniej rozmowie z żoną. 19:00 - rozmawia z lordem Chatterleyem o kwestii kobiecej w Niemczech i Rosji, pije tylko wodę przez całe przyjęcie. Położył się ok. dziewiątej. Nie słyszał krzyku matki, ciało znalazł dopiero nad ranem, gdy do niej przyszedł, by sprawdzić, jak się czuje. Natychmiast potem pobiegł do mnie. Sir James jest jego starym przyjacielem i wbrew temu, co mówią ludzie, nie ma żadnego romansu (Chatterley to wdowiec o nieposzlakowanej opinii). Z pokoju matki niczego nie skradziono. Były drobne zapisy dla służby, a testament zakłada, że majątek ma być podzielony między rodzeństwo. Motyw: wątpliwy, słaby charakter; może pod wpływem? Tym bardziej, że nie wygląda na kogoś, kto byłby do tego zdolny. Megan - 8:00 do 13:00 przygotowania, matka od jakiegoś czasu zachowywała się dziwnie (dziwne listy, wyjazd do Londynu, o którym nic nie wiedziały dzieci); formalina była zamknięta na klucz, a klucz miała matka i ona. Możliwe, że matka wzięła lek i zbędną fiolkę, przez pomyłkę to wylała i odniosła to do szafki. Słyszała krzyk matki w nocy (nie wie, o której, ale mogło być koło drugiej w nocy? Kładła się o dziesiątej wieczór z uwagi na gości i sytuację po przyjęciu). Zapomniała, że w pokoju matki jest światło, i wzięła świecę. Matka uspokoiła się na jej oczach i kazała jej wyjść, mówiąc, że już ma się lepiej, więc to zrobiła, zabierając świecę. Zaniosła ją do siebie, zgasiła i poszła spać. Obudził ją dopiero Thomas z wieścią, że mama nie żyje. Tommy wyszedł o 17:00, o 15:00 rozmawiała z nami, potem koło 17:30 rozmawiała jeszcze z Poirotem o szkockich przesądach. Zimna, motyw: pieniądze? Uważa, że w małżeństwie brata dzieje się źle, ale nie chciała się mieszać, by nie doprowadzić do pogorszenia sytuacji".
    Gdy tylko Poirot wrócił, wręczyłem mu moje notatki.
    -Proszę, zgromadziłem trochę informacji.

    kapitan Hastings

    OdpowiedzUsuń
  8. Część I
    Jimmy Japp uśmiechnął się lekko. Przypominał mądrego, skupionego terriera. Poprawił swoje ubranie, które jako tako licowało z jego zawodem (choć przyznam się, że spodziewałem się po Jappie więcej...elegancji) i otrzepał spodnie z pyłków, mówiąc:
    -Nie wątpię w pańskie przeczucia, Poirot. Często wie pan, co mówi. A teraz zmuszony jestem panów przeprosić...
    Skinęliśmy mu głowami i uścisnęliśmy dłonie na pożegnanie, po czym inspektor odszedł, by dopatrzyć osobiście formalności związanych z sytuacją. Kilku konstabli wzięło się za przesłuchania, inni przeszukiwali dokładnie wszystkie pomieszczenia od piwnicy aż po strych, dwóch stójkowych natomiast wynosiło ciało, aby je zabrać do kostnicy na sekcję. Dostrzegłem Thomasa - z bladą twarzą naznaczona wyjątkowo nieszczęśliwą miną podpisywał zgodę na rzeczoną formalność. Obok niego stała Megan, zimno i zacięcie wpisująca proste litery w rubryki formularzy. Czy mi się wydawało, czy na nasz widok się lekko uśmiechnęła? Odgoniłem nierozsądne myśli, skupiając się na tym, co najistotniejsze w danej chwili.
    -Jak na razie siostra, brat i służba mają alibi. Rosalie też je ma, a sir Chatterley opuścił przyjęcie zaraz po jego zakończeniu, gdyż rano miał wyjechać-rzekłem, wychodząc z Poirotem do wypełnionego rozmaitymi kwiatami ogrodu w stylu angielskim. Wszystko tu było dzikie, pierwotne, naturalne, zgodnie z zamysłem artysty. Myślami byłem jednak daleki od podziwiania przepięknych buków, szmaragdowej trawy i kolorowych roślin, gdyż cały byłem zaaferowany tą skomplikowaną sprawą.
    -Jeśli mogę być z tobą szczery, Poirot, to mam potworny chaos w głowie-westchnąłem po chwili milczenia.-Jednak wydaje mi się, że w kwestii formaliny Megan może kłamać i nawet na pewno to robi. Trudno mi uwierzyć, że zapomniała, że u matki jest elektryczność, ale...Może ta świeca została wykorzystana do tego, by spalić jakiś kompromitujący dokument, a potem gdzieś przemyślnie ją ukryto? To by wyjaśniało stearynową plamę. Skoro nie zauważyła jej Annie, to musiała ją zrobić albo matka, albo Megan. Hanna Connors kochała antyki. Wątpię, by naraziła pradawne, siedemnastowieczne biurko na takie zniszczenie. A zatem...
    Dokończyłem zdanie ciszej i dyskretniej. Lekki wiatr poruszał gałęziami wciąż jeszcze pokrytych liśćmi drzew. Ostatnie dni września 1919 roku były dość ciepłe, lecz zapowiadały nieubłagane pożegnanie z latem. W oddali, na dziedzińcu domu i zapewne w jego wnętrzu też, panowało straszliwe zamieszanie wzniecone załatwianiem spraw, jakie niesie ze sobą czyjaś śmierć, ale tu, w tym spokoju...Złapałem się na tym, że spoglądam z tęsknotą w pola i olszynę, dzielące nas od posiadłości Chatterleyów - Scepter Reign. Scepter Reign, co za dumna nazwa...zwiastująca pychę-pomyślałem z nieokreślonym znużeniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Część II:
      Sometimes just burning the past
      Is the way to make it last


      Nadinspektor Jimmy Japp nie zwykł zasypiać gruszek w popiele. W chwili, gdy Herkules Poirot, zwany też "tym małym dziwakiem z Belgii" i jego wierny kompan spacerowali po ogrodzie, zapewne pogrążeni tylko i wyłącznie w teoretyzowaniu, on, Japp, działał wytrwale. Zebrał zeznania od wszystkich mieszkańców domu i zapisał je na sporej ilości kartek ze znakiem wodnym w postaci herbu rodziny królewskiej, później zdjął od wszystkich odciski palców i kazał swym technikom ich poszukać. Doprowadzono też do szczegółowego przeszukania domu, choć tu los nie uśmiechnął się do nadinspektora - oprócz znalezienia niedopalonej świecy, którą nie wiadomo dlaczego umieszczono w...szafie w nieużywanym pokoju gościnnym, nie znalazł niczego, czego nie znalazłby belgijski detektyw. Udało mu się jednak wyodrębnić odciski palców na meblach i umieścić je w kartotece. Porównanie wykazało, że odciski palców pozostawione na biurku i na pościeli należały bezsprzecznie do Megan Connors; nie znaleziono ich jednak na świecy, co implikowało łgarstwo. Nadinspektor posunął się jednak dalej: ustalił, że w domu nie ma testamentu, a jego jedyna znana wersja spoczywa u notariusza w Londynie nazwiskiem Stranders przy Hammersmith Lane pod numerem szóstym. Notariusz nie wiedział o niczym, ale stwierdził, że według testamentu, który posiadał u siebie po 60 funtów otrzymuje dożywotnio cała służba, 900 funtów zapisano parafii Crawley i pastorowi Brandenowi z zastrzeżeniem, że ma to obrócić na remont kościoła, zaś reszta majątku, to znaczy pięćset tysięcy funtów szterlingów w akcjach, obligacjach i kapitale ma zostać sprawiedliwie podzielona między Megan a Thomasa i Rosalie Connorsów, który to Thomas miał zostać także dziedzicem posiadłości Fairhill. Ba, zatrzymał nawet "do wyjaśnienia" stangreta-kastrata nazwiskiem Sutton, a także zobligował do wyjaśnień pannę Megan.
      Na jego nieszczęście, przed Fairhill zjawili się dziennikarze. Wypełnili szczelnie każdą możliwą lukę, słychać było trzask migawek aparatów i podniecone głosy. Nadinspektor już widział te wspaniałe nagłówki: Morderstwo w Fairhill Manor!, Czy to był przypadek? Starsza pani umiera we własnym domu, Powrót mordercy ze Styles? Kolejna zbrodnia w szanowanym domu.


      kapitan Hastings

      Usuń
  9. Przesłuchania członków rodziny, choć odbyły się zgodnie z wszelkimi chęciami Poirota, nie dały zbyt wiele. W moich notatkach znalazło się trochę informacji, gdyż mój przyjaciel był tak dobry i pozwolił mi stenografować zapis tychże rozmów, generalnie jednak nikt nie dodał nic nowego - wszyscy albo spali kamiennym snem, albo byli w sypialniach położonych zbyt daleko od sypialni nieboszczki i nawet przy najlepszych chęciach nie mogli nic usłyszeć. Co prawda przyciśnięta do muru panna Megan nie straciła głowy i nie przyznała się do rozlania formaliny, a Thomas uparcie zaprzeczał, jakoby miał romans, le stary służący wspomniał o dawnym skandalu z nieślubnym dzieckiem lady Connors, spłodzonym z jakimś artystą ze Szkocji, który to skandal zresztą został dobrze zatuszowany przez odpowiednie osoby. Z zeznań Annie wynikało, że miejsce na literę "L" nie było nazwą ulicy i na pewno znajdowało się w Londynie; połowę dwóch następnych dni spędziłem więc na poszukiwaniu takich miejsc na mapie Londynu, w przewodniku po mieście i we wszelkich dostępnych mi spisach. Chęć przesłuchania prawnika też spaliła na panewce: Stranders nie miał zielonego pojęcia o żadnych tajemnicach, nie znał osoby o imieniu Alyn, nie wiedział też o żadnych zapisach innych niż te, które odnaleziono w oficjalnym testamencie. Po pogrzebie, obfitującym w łzy kobiet i Thomasa, zajęliśmy się tym na dobre, tym bardziej, że równolegle trwające śledztwo zmierzało w dość niebezpiecznym kierunku. Gdyby Jimmy Japp aresztował nie tą osobę, co trzeba, sytuacja nasza skomplikowałaby się dość znacznie. Dziennikarze wciąż czyhali na rodzinę i mimo wszelkich środków ostrożności publikowali te swoje artykuliki, które utrzymywano w klimacie sensacji.
    W tej atmosferze, podgrzanej jeszcze przez upór Thomasa i jego oświadczenie, że nigdy nie zdradzał żony oraz zimną ostentację Rosalie, upłynęły dwa dni. Trzeciego wieczoru zastukałem do drzwi pokoju Poirota, trzymając pod pachą w prawej ręce opasłą książkę o czarnej okładce. Gdy tylko mój przyjaciel pozwolił mi wejść, położyłem książkę na stoliku i otworzyłem ją na literze L.
    -To spis instytucji publicznych-poinformowałem, chrząkając.-Szukałem tego miejsca na "L" z listu. Nie jest to ulica, wątpię, by była to nazwa dworu, założyłem więc, że może chodzić o jakieś miejsce publiczne. Myślisz, że pani Connors mogła pisać do Lambeth?
    Wskazałem ołówkiem, o które miejsce mi chodzi.
    -To dzielnica fabryczna, ale...jest tam szpital. I chyba sierociniec. Jeżeli służący nie kłamał, Alyn może być albo pracownikiem szpitala w Lambeth, albo mógł być pacjentem, albo też wychowankiem sierocińca.-zakreśliłem to miejsce na niebiesko.-Osobiście stawiam na to ostatnie. W tej sytuacji Hanna pisałaby do sierocińca, by dowiedzieć się o zaginionego syna, o jego losy, a Alyn byłby przyrodnim bratem Thomasa i Megan. Pytanie, kto zniszczył list i kto dowiedział się w ogóle o jego istnieniu? Z zeznań wynika, że Megan i Thomas nie podejrzewali niczego...i przynajmniej jedno z nich kłamie. Niemożliwe, by nikt w całym domu nie skontrolował korespondencji, nie sprawdził dziwnego zachowania pani matki. Listy zwykle same się nie palą.
    Uśmiechnąłem się z lekką ironią, kwitując tym samym moje poglądy na ten temat. Trzeba by zadepeszować do Lambeth lub tam pojechać, dowiedzieć się szczegółów na temat tego listu i chłopaka imieniem Alyn. Ilu młodzieńców mogło nosić to imię? Jeżeli w sierocińcu lub szpitalu (bo i szpital trzeba sprawdzić dla porządku i metody) pracuje ktoś, kto pamięta Hannę Connors lub Hannę Moore, to sprawa niebywale się uprości, takie było moje zdanie na ten temat.

    kapitan Hastings

    OdpowiedzUsuń
  10. Cz. I:

    A jeśli noc zapłonie
    Zamknę oczy, bo wiem
    Że gdzie nas mrok pochłonie
    Tam czeka już śmierć



    -Rozumiem, mój drogi Poirot. Niech ci Bóg sprzyja-rzekłem, żegnając się z nim uściskiem prawicy. Po chwili szybko pognałem na górę, porwałem to, co mi było potrzebne, i ruszyłem na podbój Scepter Reign.
    Na miejscu powitał mnie młody, pryszczaty kamerdyner o przejętej minie, któremu skinąłem głową i wręczyłem dwie gwinee. Ujęty tym darem sługa zaprowadził mnie bezpośrednio do lorda.
    Spotkanie z tym wytwornym trzydziestoczterolatkiem dało mi wiele do myślenia. Niewątpliwie miał alibi i nie był zamieszany w śmierć Hanny, gdyż rzeczywiście wyjechał do Londynu do przyjaciół, a wrócił dopiero dziś rano. Jednak...Dlaczego tak bardzo nastawał na to, by nie łączyć go z żadnymi plotkami, jakie mogły powstać? O co w tym mogło chodzić?
    Cóż, o cokolwiek chodziło, przyjąłem zaproszenie na kawę i karty i zostałem do wieczora, gdyż lord zaprosił dwóch zaufanych przyjaciół i nie wypadało wychodzić w połowie partyjki pokera.
    W pewnym momencie z dołu dobiegł nas dziwny zapach. Przerwaliśmy grę, a lord Chatterley i ja wyszliśmy, by to sprawdzić, na korytarz. To, co ujrzeliśmy, sprawiło, że oniemieliśmy.
    Na dole szalał pożar. Ktoś celowo podpalił dom. Co więcej, jego ofiarą padły dwie młode służące, które właśnie płonęły żywcem wśród stłuczonej porcelany i wyły jak wściekłe psy. Wróciliśmy do przerażonych gości.
    -Panowie, obawiam się, że musimy uciekać, gdyż jakiś podpalacz próbuje nas upiec żywcem - rzucił wściekle Chatterley.
    - Jak?! Jesteśmy przecież, do diabła, na piętrze, a schody się palą! - krzyknął ktoś.
    - Jezu Chryste!- wrzasnął inny z gości, wyglądając przez okno. - Palą się budynki dla służby!
    Rozejrzałem się uważnie. Po chwili wspiąłem się na krzesło i zacząłem zdzierać z okien jedwabne story.
    - Kapitanie, czy pan oszalał?! - wrzasnął Chatterley.
    -Nie, sir, ale tylko w ten sposób damy radę się stąd wydostać!-odkrzyknąłem. Skombinowałem sznur z zasłon, stor i kilku innych rzeczy, po czym otworzyłem okno najszerzej, jak mogłem, i spuściłem się po owym sznurze na dół. Udało mi się, co prawda, ale spuszczający się po mnie nie mieli tyle szczęścia - Chatterley skręcił kostkę. Jego kamerdyner, który dał radę zsunąć się zaraz po nim, pomógł mu wstać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wprawdzie jakąś godzinę później udało się ugasić Scepter Reign, ale były ofiary śmiertelne - zginęły dwie młode służące, Jessie Chastain i Alice Montrose, którym nie udało się uciec z płomieni. Spłonęło też wiele wartościowych rzeczy, które były własnością rodu Chatterleyów przez wieki. Sam lord był jednak cały i właśnie składał zeznania policji.
      Kiedy załatwiłem tą sprawę, wróciłem do Fairhill Manor. Powiedziano mi, że Poirot nie wrócił, poszedłem więc wybadać Megan. Ciekaw byłem, czy już wie o sprawie...i ile już wie. Wchodząc do salonu z kapeluszem w dłoni (przez roztargnienie zapomniałem powiesić go na wieszaku w hallu), zastałem ją siedzącą przy fortepianie. Zawsze fascynowała mnie lekkość i delikatność poparzonych kwasami palców, z jaką uderzała w klawisze. Usłyszałem, że śpiewa. Nie chcąc przeszkadzać, stanąłem w drzwiach.
      -A jeśli noc zapłonie, zamknę oczy, bo wiem, że gdzie nas mrok pochłonie, tam czeka już śmierć - śpiewała pogodnie. -Gdy pęknie sklepienie gwiazd, na miasto runie niczym głaz, cień nam przesłoni słońca blask, do serc zapuka blady strach...
      Uniosłem wysoko brwi. Tym bardziej, że w wazonie odbijał się dziwny dla tej kobiety uśmiech: drwiący, szyderczy, przepojony okrucieństwem. Czy rzeczywiście mogła tak się uśmiechać ta Megan, którą znałem?
      Mrugnąłem i kaszlnąłem. Kobieta natychmiast przerwała śpiew i podniosła się zza fortepianu.
      - Och, Arthur! Dawno wróciłeś? - zdziwiła się tak swobodnie, jakby przed chwilą nie śpiewała o śmierci i mroku. - Siadaj. Thomas pojechał do miasta. Chce porozmawiać z notariuszem. Monsieur Poirot jeszcze nie wrócił...
      Była tak swobodna, tak naturalna, jak kwitnąca róża świeża, delikatna...Zastanawiałem się, czy to była gra? A może była, jak część przestępczyń, amoralna do tego stopnia, że rzeczywiście odbierała to jako zabawę?
      -Wychodziłaś stąd?-spytałem neutralnie, siadając.
      -Och, oczywiście, że nie. Dorcas, znaczy kucharka, siedziała tu ze mną dwie godziny, potem przyszła Rose, no i tak zeszło...
      Gdy spytałem wzmiankowaną Dorcas, potwierdziła wszystko, to samo mówiła również Rosalie. Wciąż jednak miałem wątpliwości. Po co miałaby podpalać Chatterleya w jego własnym domu? A jeżeli zrobił to Thomas? Tylko...
      W moim mózgu skrystalizowała się myśl - tak straszna i gorsząca, że odegnałem ją natychmiast. A jeżeli Thomas...był homofilem? Miłośnikiem mężczyzn? Jednak...

      kapitan Hastings

      (Tekst piosenki jest autorstwa Diriada i pochodzi stąd: http://nanokarrin.pl/iseefire )

      Usuń
  11. Kiedy zobaczyłem wchodzącego do salonu Poirota, odetchnąłem z ulgą. Wstałem szybko z kanapy, na której siedziałem i, ignorując śpiewającą nadal za fortepianem Megan, gestem dałem mu znać, by wyszedł za mną do ciepłego jeszcze hallu, a z hallu schodami do mojej sypialni. Gdy zasiedliśmy już przy niewielkim stoliku i zapaliliśmy nasze cygara, które - jak przysięgał Thomas - zostały sprowadzone aż z Kuby, wysłuchałem jego relacji. Wynikało z niej jedno: Alyn nie był sprawcą śmierci matki. Nie byłby w stanie zabić kobiety, której nawet nie nazywał matką i którą traktował jak całkowicie obcego człowieka.
    Poza tym miałem kilka ważnych informacji, którymi nie chciałem dzielić się w obecności Megan i innych domowników, zwłaszcza podczas kolacji. Gdy mój przyjaciel umilkł, mimowolnie poprawiłem uwiędłe już nieco róże, stojące w wazonie z porcelany emaliowanym na niebiesko.
    -Byłem zgodnie z twoją prośbą w Scepter Reign u Chatterleya.-zawiadomiłem.-Sir James okazał się być nad wyraz wytworny, ale nie jest zamieszany w sprawę. W dniu śmierci Hanny rzeczywiście wyjechał swą dwukółką do Londynu, gdzie bawił w różnych klubach oficerskich u przyjaciół i powrócił dopiero dziś rano. Odpowiadał na wszystkie moje pytania, pozwolił mi nawet przesłuchać służbę, a jego jedynym dziwnym odstępstwem od normy była uwaga, którą uczynił podczas przesłuchania. Mianowicie sir James stwierdził, że, cytuję, "nie chce być powiązany z żadnymi plotkami". I chyba nawet wiem, o jaki typ plotek mu chodziło.
    Zarumieniłem się z zakłopotania, dziękując niebiosom, że nie czuć już ode mnie tego swędu nadpalonych ubrań (zdążyłem się wszak przebrać i oddać służącemu kapelusz i buty do czyszczenia) i że jesteśmy sami. Gdyby w pomieszczeniu była dama, desperacko zmieniałbym już temat i spaliłbym się ze wstydu. Chrząknąłem, niepewny, czy powinienem to kontynuować, jednak "skoro powiedziało się A"...
    -W okolicy Scepter Reign i Fairhill Manor dużo mówi się, mój drogi, o tym, jakoby sir Chatterley był...ekhm...-mówiąc to, specjalną uwagę poświęcałem cały czas nadwiędłym, drobnym kwiatom. Biedna Hanna tyle trudu włożyła w ich hodowlę, a i tak...Po jej śmierci ogród zapewne wciąż będzie pielęgnowany - zajmie się tym na pewno śliczna Rosalie, gdyż z tego, co udało mi się wydobyć z Megan w jednej z poufnych rozmów, miała ona zamiar wrócić do swojej szkoły i kontynuować pracę pedagoga.
    -Jakoby był miłośnikiem mężczyzn. Co więcej-tu zniżyłem głos do poufnego szeptu-oskaża się go o romans z Thomasem. I w Scepter Reign miał miejsce pożar...Ktoś podłożył tam ogień wtedy, gdy rozmawiałem z lordem, co doprowadziło do tego, że zginęły dwie młode służące.
    Zanim Poirot zdążył to w jakikolwiek sposób skomentować. do pokoju weszła zakłopotana Annie o oczach czerwonych jak u królika. Widocznie była naprawdę przywiązana do starszej pani Connors...a może była bardzo zmęczona obowiązkami, którymi ją obarczano? Dygnęła nieśmiało, mnąc w dłoniach róg przybrudzonego kawą i sosami fartucha kuchennego.

    OdpowiedzUsuń
  12. -Monsieur Poirot, panie kapitanie, przepraszam, że odważę się panom przeszkodzić, ale podano do stołu - zaanonsowała. Kiwnąłem z uśmiechem głową; jedno spojrzenie na jej twarz upewniło mnie, że niczego nie słyszała.
    -Zejdziemy za chwilę, Annie, przynajmniej ja tak uczynię. Muszę jeszcze porozmawiać chwilę z panem Poirotem w sprawie naszego śledztwa.
    To wystarczyło, by Annie natychmiast wycofała się z pokoju, jąkając nader nerwowo jakieś przeprosiny. Gdy wyszła, postanowiłem wrócić jeszcze na chwilę do kwestii dziwnego pożaru.
    -Sądzę, że to podpalenie nie było przypadkowe. Dokonano go z pomocą benzyny, stearyny i jeszcze jednej łatwopalnej substancji. Jak widzisz, mój drogi, stearyna znów się powtarza w tej sprawie...i mogło chodzić o to, by uniemożliwić mi przesłuchanie lorda lub bezpieczny powrót do Fairhill. Megan niby nie opuszczała domu, co potwierdza służąca, ale jeżeli Thomas opuszczał dom, to można byłoby stwierdzić, że chodziło mu o ochronę swoich interesów...i interesów Chatterleya.
    Kolacja okazała się być nader wystawna - stół uginał się od różnorakich posiłków, a rodzina rozmawiała cicho o sprawach bieżących. Poważna Megan dźgała ze znudzeniem w oczach jakiegoś nieszczęsnego kurczaka za pomocą widelca, Thomas opowiadał Rosalie z zainteresowaniem o podpaleniu (zaskoczyła mnie swada, z jaką relacjonował szczegóły, mogłoby się wydawać, że był na miejscu...), a usługujące przy stole Annie i Dorcas co chwila nalewały wina lub zmieniały talerze. Wyznaczono mi miejsce między Megan a Rosalie, Poirot siedział naprzeciwko, zaś miejsce typowe dla głowy domu zajął Thomas. Krzesło, na którym najczęściej siadywała stara pani, pozostało puste. Jak zauważyłem, gdy wszyscy zebrani kierowali spojrzenia na ten szacowny, obity czerwonym materiałem mebel, ich twarze smutniały - widocznie wspominali tą, której nie było już wśród nich, ich matkę...Zastanowiłem się, czy gdyby Alyn przybył tu wcześniej, wezwany listem pani Hanny, to również padłby ofiarą?
    Byłoby to możliwe. Nawet bardzo.

    kapitan Hastings

    OdpowiedzUsuń
  13. Rzeczywiście, kiedy tylko skończyła się kolacja, Rosalie Connors została w pomieszczeniu. Jej zapłakane, niebieskie oczy mnie tknęły. Czy płakała po śmierci matki? A może pokłóciła się z mężem lub ze szwagierką?
    Thomas ulotnił się dyskretnie pod pozorem nadania jakichś pilnych listów do przyjaciela zajmującego się dystrybuowaniem jego wierszy. Jak znałem jego szczęście, przyjaciel odpisze mu jutro rano, że nie może przyjąć jego niewątpliwie fascynującej twórczości, gdyż nie spełnia ona takich to a takich kryteriów. Aż uśmiechnąłem się, gdy o tym pomyślałem.
    Podszedłem cicho do stołu i siadłem naprzeciw zapłakanej mężatki. Chrząknąłem dyplomatycznie. Wydawała się jakby obudzić ze snu.
    -Rosalie, pan Poirot i ja pragnęlibyśmy zadać ci kilka pytań. Mniemam, że odpowiedzieć na nie jest trudno, ale nic z tego, co tu powiesz, nie wyjdzie poza drzwi tego pokoju-zapewniłem delikatnie. Zignorowałem spojrzenie Poirota, a Rosalie odetchnęła z ulgą.
    - Co chcecie wiedzieć?
    -Idąc na górę, usłyszałem twoją...rozmowę z matką.-zacząłem ze spokojem, kryjąc nim zakłopotanie. Kobieta ukryła twarz w dłoniach. Mruknęła coś niewyraźnie.
    -"Nie obchodzi mnie skandal! On mnie upokorzył, poniżył, zdeptał, a ty go jeszcze bronisz, mamo!"-zacytowałem.-Jedyną osobą, która cię mogła upokorzyć, jest Thomas. Czym cię upokorzył? W jaki sposób cię poniżył? Wybierając inną osobę zamiast ciebie i wdając się w romans. W jaki romans? W romans...z nim.
    To rzekłszy, wskazałem głową za okno, z którego widać było w oddali niewyraźny zarys spalonego Scepter Reign. Rosalie nie odezwała się. Wciąż siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach. Jej plecy drżały.
    - Tak...-odpowiedziała cicho. - To o niego...chodzi. Ale, na miłość boską, Arthur...
    Tu wybuchnęła histerycznym płaczem. Otoczyłem ją ramieniem i podałem swoją chusteczkę.
    - Ciii...już dobrze - powiedziałem łagodnie.-Nie płacz. Nikt się nie dowie o tej...pożałowania godnej sprawie. Poirot jest wzorem dyskrecji, znasz go. Jednak sama chciałaś ujawnić tą sprawę, prawda? Zagroziłaś tym matce, chcąc ją zmusić do wydziedziczenia Thomasa? To miała być zemsta w zamian za to, jak cię potraktował?
    Odpowiedzią były jęk i kiwnięcie głowy. Rosalie osunęła się na ziemię. Uklękła przed Poirotem, zapłakana.
    -B-błagam, n-niech pan...niech pan...to rozwiąże - łkała. - Niech pan...to rozwiąże...
    Podniosłem ją ostrożnie i posadziłem z powrotem na krześle. Szlochała bezradnie, głośno, z rozpaczą, jak ktoś, kto stracił resztki nadziei.
    Do pokoju zajrzała bardzo zakłopotana Annie. Drapała się po potylicy, nie wiedząc, co począć.
    -Annie, gdzie jest panna Megan?-spytałem szorstko, szukając soli trzeźwiących w torebce pani Connors. Cholerne drobiażdżki! Nigdy nie ma ich tam, gdzie być powinny! Czemu wszystkie kobiety mają tak przepaściste torebki i noszą tyle ze wszech miar bezużytecznych rzeczy?!
    -J-jest u siebie, proszę pana kapitana. Czy...
    -To powiedz jej, że rozmawiać z nią będziemy za pół godziny. I proś Dorcas, żeby przyszła tu pozostać z panią. Kiedy jaśnie pan wróci, niech Jerzy natychmiast nas poinformuje. I...jeszcze jedno. Niech stangret dokładnie zamknie wszystkie wyjścia i przyniesie do mnie klucze.-poleciłem, nadal grzebiąc w głębiach torebki. Dziewczyna skinęła niepewnie głową, po czym zamknęła za sobą drzwi. Rosalie nadal łkała. W końcu znalazłem mały flakonik, po czym podsunąłem go z galanterią kobiecie pod nos.
    -Zechciej się uspokoić, moja droga, i zebrać myśli-przemówiłem ciepło.-Poirot, mój drogi, jeżeli chciałbyś uściślić coś jeszcze...

    kapitan Hastings

    OdpowiedzUsuń
  14. Rosalie otarła łzy. Przygryzła wargę, zakłopotana i zdenerwowana, może myślała o niewiernym mężu? A może o matce, którą prawdopodobnie zamordował? Być żoną mordercy...Podałem jej trochę wody, ale odsunęła szklankę. Palce dziwnie jej drżały. Przełknęła ślinę.
    -Tak, stała przy oknie - odpowiedziała dziwnie silnym, twardym głosem, tak nie pasującym do jej postaci. - I nie, mama nie dawała zbyt wyraźnie do zrozumienia...ja przynajmniej nic nie wiedziałam o testamencie. Może Thomas...albo Megan...
    Przyjrzałem się jej uważnie. Wreszcie wyszliśmy, zamykając za sobą drzwi. Słyszeliśmy jej głuchy płacz. Po chwili minęła nas zażywna, by nie rzec: gruba, ale poczciwa kucharka Dorcas. Zmierzała ona, by pozostać z Rosalie.
    -Morderca jest bezwzględny, a jeżeli założymy, że jest ich dwoje, to mogą działać w porozumieniu i tak bym tłumaczył zachowanie Thomasa. Nie mamy żadnej gwarancji, że następna nie będzie żona Thomasa-zauważyłem, marszcząc brwi. Znów znaleźliśmy się w ogrodzie i znów myśleliśmy o zbrodni, jak w sprawie Styles. Tyle, że nie było tu wesołej, radosnej Cyntii Cavendish. Cyntia, mała pielęgniarka, nosząca panieńskie nazwisko Murdoch...Na jej wspomnienie moje serce przeszył żal. Poślubiła Lawrence'a Cavendisha i może lepiej, że tak się stało, bo doprawdy...
    Dość, Hastings. Skup się na sprawie.
    -Kiedy pomagaliśmy Johnowi w Styles Court, kodycyl znalazł się w fidybusach na kominku nieboszczki. Musimy przeszukać cały dom jeszcze raz, Poirot. Pamiętasz tego kastrata?
    Zawahałem się.
    -Przeczucie mówi mi, że to nie jest dobry człowiek. Czy możliwe, by był wspólnikiem zbrodniarzy? I ta pieśń Megan...

    kapitan Hastings

    OdpowiedzUsuń
  15. Myśleć nieszablonowo? Ba, gdyby to było takie łatwe. To Poirot był mistrzem nietypowego myślenia, to on odkrywał zbrodnię i krew w tym, co było na pierwszy rzut oka zwyczajne do bólu. Podrapałem się po potylicy, zastanawiając się nad tym samym. Niewiele miejsc przychodziło mi do głowy, ale...
    -Nie możemy przeszukać całego domu. Istnieje ryzyko, że cokolwiek to było, zostało już zniszczone, ale spróbujmy najpierw w pokoju Megan, potem u Thomasa. Następnie sprawdzimy gabinet, biurko, sypialnię nieboszczki, pokój Rosalie - słowem, wszystkie miejsca, które nadają się do przeszukania-stwierdziłem. Byłem zwarty i gotowy do czynu, poza tym im dłuższe byłoby nasze wahanie i zastanawianie się nad ruchem, tym większe ryzyko, że nasz sprytny przeciwnik chyżo nas ubiegłby w dziele.
    -I jeżeli miałbyś być nieszablonowy, mon cher Poirot, to zalecałbym ci przeszukać pomieszczenia dla służby. Nikt tam nie będzie robić rewizji, bo służba wyłączona jest spoza podejrzeń, a ten cały Sutton wydaje mi się niepokojący-dodałem, eufemizując obecną sytuację.
    Niestety, nasze przeszukanie spaliło na panewce w dwóch pierwszych przypadkach - ani u jednego, ani u drugiej niczego nie znaleźliśmy. Gabinet nieboszczki, równie dokładnie przetrząśnięty, również nie rozjaśnił nam sprawy, choć specjalnie dla Poirota nie darowałem ani fidybusom na kominku, ani dziurze w podłodze. Gdyśmy przeszli do pokoju Rosalie - schludnego i eleganckiego, małego pokoju damy - niczego nie znaleźliśmy. Jeżeli morderca miał tam wstęp od rozpoczęcia śledztwa (a trudno było zakładać, że nie; wprawdzie zażądałem zwrotu kluczy, ale mogły istnieć jeszcze jakieś dorobione), to mógł już wszystko zni...
    Nie zdążyłem skończyć mojej myśli, gdyż przeszliśmy właśnie do pokojów dla służby. Przetrząsaliśmy wszystko, drobiazg po drobiazgu, nie odpuszczając nawet prywatnym ubraniom. Na to właśnie nadeszła Annie.
    - C-co panowie r-robią? - zająknęła się z emocji. - C-czy...macie już mordercę?
    -Jeszcze nie, Annie-odpowiedziałem dyplomatycznie.-Ale przeszukujemy pokoje, by znaleźć ważny dowód, który nas do niego doprowadzi. Ach, przy okazji...Czy podczas naszej nieobecności gdzieś ktoś po kogoś posyłał? Wiesz, chłopaka z listem albo może kogoś innego?
    Annie potrząsnęła energicznie głową.
    - Nie, panie kapitanie. Nikogo. Nikt nie wychodził, na to mogę przysiąc. Widziałabym kogoś, bo dziś cały dzień biegam tu i tam...I słyszałabym, w końcu drzwi od stajni skrzypią tak, że trudno ich nie słyszeć, panie kapitanie.
    Zmarszczyłem brwi, ale po chwili uśmiechnąłem się lekko. Pożegnawszy Annie, podjęliśmy dalsze poszukiwania. Niczego, niestety, nie znaleźliśmy. Niczego...poza kilkoma sfałszowanymi kwitami u lokaja i pod poduszką stangreta.
    -Cała ta służba jest gorsząco wręcz zdemoralizowana-westchnąłem ze zgorszeniem, kręcąc głową. Fałszywe kwity opiewały na zawrotną wręcz sumę sześciuset funtów, normalnie nieosiągalną dla kogoś z klasy niższej.
    W tym samym czasie Thomas zastukał do pokoju przygnębionej żony. Miał zakłopotaną twarz i kwiat w dłoni.
    - Moja droga, może em...pójdziemy jutro popływać nad Howling Ridge? Zawsze lubiłaś to robić - powiedział dość głośno, jakby chciał mieć to już za sobą. Cokolwiek myślała w tej chwili ocierająca łzy jego żona, nie powiedziała nic poza "W porządku".
    Gdy zapadła noc, udaliśmy się wszyscy na spoczynek. Nie mogłem jednak zasnąć dość długo, gdyż dręczyło mnie straszne przeczucie...
    Czy nad tym przeklętym domem wisiało jakieś fatum?
    nieco przesądny kapitan Hastings

    OdpowiedzUsuń