Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

18 kwietnia 2014

[KP] Uważaj co przyzywasz i o co prosisz, bo jeszcze ktoś się zjawi...


Marouk
Demon znudzony egzystencją - Spec od spełniania nietrafnych życzeń - Pierwszy w centrum zamieszania
Kiedy przeżywasz stulecia, patrząc z dołu, jak zmienia się wszystko, potrzebujesz rozrywki. Czyż nie najlepszą jest uprzykrzanie życia śmiertelnikom? Robisz to w końcu od wieków, zjawiając się raz na jakiś czas i paktując, by opuścić świat ludzi jako zwycięzca. Tkwiłeś w cieniu największych władców i artystów, którzy łaknąc sukcesu w egzystencji, sami wzywali cię w zaciszach lochów, piwnic czy ruin poprzednich dekad. Teraz gdy ostatnia dusza przestała cię karmić, znów wychodzisz na powierzchnię, jak każde zło wypełzasz z mroku, czekając na łatwą ofiarę. Nie wiesz jednak nie możesz przypuszczać nawet, że tym razem ktoś z ciebie zakpi, stawiając na twojej drodze kogoś innego niż cała ta szara masa...

3 komentarze:

  1. Adam nigdy nie należał do osób szczególnie religijnych. Pamiętał, że gdy był mały, rodzice prowadzili go do kościoła za rączkę, kierowani chyba obawą o pozbawienie go – jak i jego rodzeństwa, bo z nim robili to samo – tej ważnej, duchowej części żywota, którą inni tak zawzięcie przekazywali dzieciom. Państwo Dowell nie potrafili jednak ukryć westchnienia ulgi i być może również wygody, gdy ich dzieci powoli same doszły do wniosku, że nie są szczególnymi fanami kościoła.
    Koledzy zazdrościli mu takich fajnych rodziców i wielokrotnie narzekali, że oni to muszą ukrywać swoje wycieczki na fajkę za domem zamiast do kościoła i udawać, że zależy im na całej tej szopce. Adam czuł się więc dumny ze swojej rodziny i napędzany właśnie tą dumą od razu zaproponował ponabijanie się z religijnych świrów, gdy przez przypadek znaleźli jakąś starą księgę zapisaną dziwacznym językiem w miejscowym antykwariacie. W końcu było Halloween, a oni przerzucali te wszystkie starocie w nadziei na to, że natkną się na coś interesujące, czym można by postraszyć biegające po ulicach dzieciaki przebrane za duchy, ale cóż, to też się nada.
    Adam od razu poczuł się do tej starej, podniszczonej kupy papieru w jakiś sposób przywiązany. Wiedział, że zapewni jemu i jego znajomym masę zabawy, zaprosił ich nawet do siebie, ponieważ jego rodzice i rodzeństwo było akurat poza miastem. Wszystko szło po jego myśli. Ani on, ani jego znajomi nie rozumieli dużo z dziwnej księgi, ale tutaj na pomoc przychodziły im obrazki przedstawiające poważnych mężczyzn w ciemnych, sunących po ziemi szatach. Wyglądali niedorzecznie! John, Mark i Alice nie przestawali chichotać, kiedy ustawiali kolorowe świeczki w kole, które bardziej przypominało jajko, a sam Adam ustawił się w samym środku tego koła i owinął się czarnym kawałkiem materiału, który wyciągnął z szafki swojej mamy. Był chyba wystarczająco podobny do obrazka, ale dla lepszego efektu zrobił groźną minę i polecił Alice, która stała najbliżej drzwi, zgasić światło.
    Dziewczyna to zrobiła i salon oświetlały już tylko ustawione na podłodze świeczki. W domu panowała cisza, chociaż z zewnątrz dało się wyraźnie usłyszeć śmiechy zbierających cukierki dzieci i wołających za nimi rodziców. Adam wziął księgę i dramatycznym ruchem przewrócił jej strony, dochodząc wreszcie do tekstu, który wyglądał jak łacina. Ale zostawiał to sobie na gwóźdź programu.
    – Drodzy parafianie – zaczął z rozbawieniem, co spotkało się ze zgodnym parsknięciem ze strony jego znajomych. – Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby niepotrzebnie zmarnować godzinę ze swojego życia, rozdać trochę swoich ciężko zarobionych pieniędzy i przerazić was wszystkich na śmierć – zakończył swoją przemowę konspiracyjnym tonem, mrugając do wywracającego właśnie oczami Johna. – No dobra, możemy się też napić. Wina oczywiście, w końcu to poważne wydarzenie.
    Jego znajomi chętnie przynieśli butelkę czerwonego wina z barku rodziców Adama i już po chwili rozlewali je sobie do plastikowych kubków. Humory zdecydowanie im dopisywały, gdy wspólne kartkowali swój nowy nabytek, aż natknęli się na stronę, gdzie na jednym z rysunków jakiś mężczyzna też zdawał się pić… cóż, coś. Do tego stał w kole w dwoma innymi osobami, więc wszyscy obecni w salonie od razu postanowili ustawić się podobnie.
    Adam odchrząknął, łapiąc stojącą obok siebie Alice za ramię w dramatycznym geście.
    – Dobrze. Słuchajcie, czas się zabawić – powiedział, po czym zaczął najlepiej, jak umiał recytować frazy w książki przed sobą. Prawdopodobnie wymawiał to wszystko źle, ale utrzymywał na tyle złowrogi ton, że chyba brzmiał przekonującą. Alice czknęła głośno, co spowodowało kolejny wybuch ogólnej wesołości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – No też coś, proszę szanować swojego kapłana – zażartował, odsuwając się i wszedł w krąg rozstawionych w salonie świec. Kontynuował czytanie zawiłych, długich zdań, a reszta towarzystwa ustawiła się po drugiej stronie koła, mrucząc coś pod nosem, pewnie dla straszniejszego efektu. Adam był naprawdę rozbawiony, ale jednocześnie skupiony i coś po prostu nie dawało mu oderwać wzroku od strony dopóki jej nie skończył.
      W momencie, w którym ostatnie słowo opuściło jego usta stało się jednak coś niespodziewanego. Coś głośno buchnęło i podłoga się zapaliła. Adam ledwo zdążył uskoczyć na bok, dodatkowo zdmuchnięty siłą nagłego wybuchu i zaplątał się w swoje szaty, upadając na ziemię. Usłyszał głośny, przeraźliwy pisk Alice, a potem krzyk Marka i przekleństwa Johna. Zanim zdążył się podnieść i odgarnąć czarny materiał zasłaniający mu widok, trzasnęły drzwi wejściowe.
      Adam w panice zerwał się na równe nogi, zataczając się niebezpiecznie i z przerażeniem spojrzał przed siebie. Zdawało mu się, że to przewróciła się któraś ze świeczek, ale… zamrugał kilka razy, zbyt przerażony, żeby chociażby krzyknąć. Płomienie na środku salonu już dogasały, ukazując… postać. Zmrużył oczy, niepewny, co w ogóle widzi przez cały ten dym szczypiący go w oczy i gryzący w gardle i był gotowy pomyśleć, że jego znajomi robią sobie jakieś naprawdę głupie żarty. Tyle, że czuł, że to nie żarty. Nie, to nie mógł być… to przecież nie były żadne czary, nie mogły być, na pewno nie wymówił tych wszystkich głupot poprawnie…
      – Nie zbliżaj się – powiedział bardzo nienaturalnym głosem, głośno przełykając ślinę. Zaczął się powoli cofać, z zamiarem wyjścia z domu i obudzenia się, bo cholera, chyba nic więcej mu już nie zostawało, wyobrażał sobie jakieś demony w swoim salonie, całkiem go pogrzało po tym winie.

      Usuń
  2. Adam wciąż nie wierzył w to, co widział. To nie mogła być prawda, po prostu nie, nie był gotowy przyjąć do wiadomości tego, że poważnie wpakował się w kłopoty. Przez chwilę po prostu wpatrywał się w intruza, powoli przesuwając się w tył i rozglądał się, desperacko próbując oszacować swoje szanse na dobiegnięcie do drzwi i jak najszybszą ucieczkę.
    Wciąż rozważał, że to wszystko może być tylko głupim żartem zaplanowanym przez jego znajomych, w końcu było Halloween, a oni mieli straszne poczucie humoru. Może po prostu wynajęli jakiegoś gościa, który założył czerwone soczewki i… i wpuścili go do salonu Adama, żeby w odpowiednim momencie wyskoczył zza kanapy. Tak, brzmiało to trochę zbyt skomplikowanie jak na możliwości jego kolegów i koleżanki, no i właściwie nie mogli wiedzieć, co dokładnie będą robić, bo dopiero co znaleźli tę głupią księgę, ale nie widział innego logicznego wyjaśnienia. Poza tym, że poważnie właśnie wezwał demona. A to nie mogło się stać. To było jakieś bardzo nieśmieszne żarty.
    – Co… kim ty jesteś? Mógłbyś mnie nie obrażać? – zapytał, nadal nieco oszołomiony, zanim zdał sobie sprawę z tego, że być może nie powinien odzywać się do nieznajomego w taki sposób. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w unoszącą się nad ziemią księgę i zdusił w sobie przerażony okrzyk, odsuwając się i rozpaczliwie próbując zracjonalizować to, co widział. Kurwa mać, no czary. W głębi duszy czuł, że nawalił, kompletnie spieprzył i będzie musiał słono za to zapłacić, ale odsuwał tę myśl jak najdalej. Musiało przecież być coś, co mógł zrobić, żeby się z tego wyplątać… w końcu to potrafił robić najlepiej, wyplątywać się z ciężkich sytuacji. Szkoda tylko, że nagle zapomniał języka w gębie i musiał wykluczyć poleganie na swoim uroku osobistym.
    – Nie wiem, o czym mówisz. I nie wiem też, co John i reszta ci powiedzieli, ale to nie jest śmieszne, okej? Po prostu… idź sobie, zostaw mnie – powiedział, w ostatecznej próbie sprostowania i wyjaśnienia tego wszystkiego.
    Jego wzrok mimowolnie powędrował za plecy nieproszonego gościa, na okno, za którym widział machającą do niego Alice. Spojrzał jej prosto w twarz i w jej spojrzeniu zobaczył przerażenie, które wcale nie wyglądało na sztuczne. Dziewczyna gestykulowała na drzwi, mówiąc coś, co wyglądało trochę jak uciekaj i Adam był prawie pewny, że miała mokre od łez policzki. Z prawej zaraz podbiegł do niej John i złapał ją za rękę, odciągając gdzieś na bok. Oboje zniknęli z pola widzenia Adama, który głośno przełknął ślinę, przymykając oczy. Cholera, to się działo naprawdę. Był przerażony, nie wiedział, co robić, gdzie uciec. Powinien udawać twardego, czy może paść na kolana, błagając o litość? Może to była jakaś dziwaczna forma napadu, może jeśli po prostu odda temu dziwakowi wszelkie kosztowności, jakoś ujdzie z życiem? Może… zaczynało kręcić mu się w głowie. Może powinien przygotowywać się na pożegnanie z tym światem.

    OdpowiedzUsuń