Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

14 czerwca 2014

[KP] Lancelot Knight

 
 Lancelot Knight

Doktor archeologii, ze specjalizacją w dziedzinie ikonografii i symboliki. Wykładowca na Uniwersytecie Harvarda. Odkrywca i badacz. Wiecznie roztrzepany i zapominalski. Posiadacz prawie nieczytelnego charakteru pisma. Klaustrofobia od dziecka. Czwarty syn bardzo dowcipnych rodziców. Człowiek skrywający kilka ciekawych sekretów...

31 komentarzy:

  1. [Trudno się nie zgodzić :D]

    Wiele razy zastanawiała się nad rzuceniem robienia doktoratu i zajęciem się czymś bardziej praktycznym. Nie przepadała za pisaniem artykułów do naukowych pism, których prawie nikt nie czytał, a nawet nie słyszał o ich istnieniu. Jednak było też i kilka zalet pozostania na uczelni takich jak wyjazdy, na które pewnie nie miałaby szansy się załapać. O ekspedycji w Syrii dowiedziała się dwa miesiące wcześniej. Dość długo rozważała za i przeciw by tam wyruszyć. Miała paniczny lęk przed wojną. Większy niż przed samą śmiercią. Przerażało ją to do czego ludzie potrafili być zdolni by przeżyć, a jeszcze bardziej do tego jak zarobić czyimś kosztem. Bo w końcu tym była wojna – jednym, wielkim interesem. Dodatkowo natknęła się na wzmianki o kanibalizmie, które przyprawiły ją o ciarki. Mimo wszystko wykopaliska mogły okazać się udane. Być może dzięki nim mogłaby się w końcu obronić i się wyswobodzić z bycia pachołkiem profesorów.
    Starannie spakowała wszystko co może jej się przydać zarówno do pracy jak i do przeżycia w trudnych warunkach. Dzięki wielu podróżom, wiedziała jak się przygotować. Wiedziała że z jej szczęściem trzeba przygotować się jak na armagedon. Na koniec włożyła do plecaka rysownik, zestaw naostrzonych ołówków o różnej miękkości grafitu i ruszyła na lotnisko.
    Kiedy dotarła na miejsce miała ochotę znaleźć jakąś piwnicę i z niej nie wychodzić. Nie na dość, że byłoby tam bezpieczniej to i chłodniej. Prowadzona oprowadzana przez pracowników uczelni usilnie próbowała skupić się na tym co mówią o wykopaliskach, co nie było zbyt łatwe przy ludziach którzy obok stali z bronią. Starała się nie przyglądać się im zbyt nachalnie. Nie chciała nikogo sprowokować i narobić sobie kłopotów. Te i tak znajdą się same. Już z daleka było słychać rozentuzjowane głosy dochodzące z namiotu, coś co działało na nią odstraszająco. Teraz mężczyźni z bronią w zasadzie wydawali się jej lepszą opcją niż tamci. Mimo wszystko weszła do środka, a raczej została wepchnięta. Momentalnie wszystko ucichło. Uniosła brwi w zakłopotaniu.
    - Nazywam się Harper Willow i… - zaczęła kiedy przerwał jej profesor Spencer.
    - Wiemy, słyszeliśmy, że masz przybyć. – rzucił z szerokim uśmiechem. – Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem szybko zostaniesz doktorem. – dodał odbierając od niej plecak, o którym zapomniała.
    - W obecnych warunkach będę usatysfakcjonowana i z samego faktu przeżycia. – odparła z lekko ironicznym tonem. Po chwili zdając sobie sprawę, że może jednak tak nie wypada. Na szczęście Spencer należał do tych, którzy do życia podchodzą z dużym dystansem. Roześmiał się jako jedyny. Być może reszta zgromadzenia poważniej potraktowała jej słowa.
    Chwilę później zaprowadzono ją do jej namiotu, gdzie mogła się trochę odświeżyć, po czym wróciła do nich jedynie z podręcznym plecakiem. Znowu było tam tłoczno i głośno. Jeden próbował przekrzyczeć drugiego i o mało co nie dochodziło do rękoczynów, co być może było jej zasługą, bo podobno kobiety łagodzą obyczaje. Mimo wszystko i tak za słabo.
    Po piętnastu minutach dołączyli do nich Spencer z kimś, kogo tu jeszcze nie widziała. Słysząc słowa profesora mało co nie przewróciła oczami. Nie lubiła kiedy ludziom sypał się na nią cukier. Była raczej tą z surowego chowu. Z uwagą słuchała słowotoku profesora na temat Knighta, którego widocznie irytowało zachowanie profesora. Na szczęście zacisnęła usta na tyle mocno by się nie roześmiać. Słysząc o niejako wymuszonej wycieczce ożywiła się. Na reszcie było można gdzieś iść i coś zobaczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Dzień dobry. – odparła z lekkim uśmiechem. – Harper Willow – przedstawiła się samodzielnie wyciągając w jego kierunku dłoń.
      - Jeśli pan nie chce nie musi mnie tam pan prowadzić. Pójdę sama. – rzuciła i nie czekając na odpowiedź poprawiła plecak i wyszła z namiotu. Nie zaszła jednak daleko. Zatrzymała się rozglądając się we wszystkie strony. Uwielbiała swój zmysł orientacji w terenie, a raczej jego brak. Twierdza miała być na północ, a tą można określić po na przykład mchu na drzewach, których tu nie było widać. Nie wspominając już w ogóle o samym mchu. Położenie słońca też mogło być pomocne, ale nie była pewna czy oby na pewno działało to tak samo na różnych szerokościach geograficznych. Nabrała głośno powietrza z dziecięcym grymasem na twarzy. Wcale nie miała ochoty pytać się teraz kogokolwiek o drogę. Nie po tym jak tak wyszła.

      Usuń
  2. [Miśka to niejednego, nawet się do nich przytulałam, czego za to nie mogę powiedzieć o niedźwiedziach ;D No ja niestety, a może i stety widziałam niedźwiedzie jedynie w zwierzyńcu. Nie jestem z południa, ale jeśli chcesz pooglądać niedźwiadki możesz polubić stronę Nadleśnictwa Baligród :) Wrzucają bardzo dużo filmików ze zwierzętami.]
    Wcale nie miała zamiaru żartować sobie z tego jak się nazywał, za krótko go znała. Właściwie to wcale. Na początku trzeba wyczuć człowieka by wiedzieć jak do niego podejść i się z nim nawzajem oswoić.
    - Lancelot to dobre imię. – stwierdziła cicho zanim wyszła.
    Nie odjechała, bo nie wiedziała do końca gdzie. Z resztą nawet nie przyszło jej na myśl brać samochodu. Nie miała prawa jazdy, chociaż właściwie wiedziała jak się prowadzi. Oczywiście do niczego się nie przyznała. Niech myśli co chce. Posłuchała jego dobrej rady i zakryła włosy. Słysząc o koniach uśmiechnęła się lekko. Mogłaby coś napomknąć o rycerzach na białych koniach, ale dzielnie stłumiła to w sobie.
    - Przy obecnej sytuacji samochód wydaje się rozsądniejszą opcją. – odparła wyobrażając sobie małą strzelaninę. – Jakby nie patrzeć stanowi pewnego rodzaju pancerz, a odrobina pancerza podczas wojny nigdy nie zaszkodzi. – dodała wsiadając do auta.
    Próbowała uważnie obserwować drogę by ją zapamiętać, ale wszystko wydawało jej się zbyt do siebie podobne. Brakowało jej punktów zaczepienia które byłyby jak drogowskazy. Kiedy ich oczom ukazał się ciemny punkt nie mogła się doczekać aż zobaczy twierdzę z bliska. Wiedziała, że to właśnie ona. Przed wyjazdem starannie odrobiła lekcje.
    - Nie wchodzą tu, bo wierzą, że w środku nadal znajdują się szczątki niegdyś złożonych tam w ofierze ludzi, którzy podobno zajmowali się czarną magią. Przed śmiercią mieli rzucić na to miejsce klątwę, wiedząc o skarbach ukrytych w podziemnych tunelach, by nikt nie mógł ich stąd wydostać. – powiedziała nie odrywając wzroku od budowli. – Ale to tylko jedna z wielu hipotez. – dodała przenosząc na niego wzrok z uśmiechem.
    Kiedy wysiedli również zauważyła, że są obserwowani. Miała nadzieję, że na tym poprzestaną, chociaż nigdy nie wiadomo jak poszczególne jednostki odnoszą się do panoszących się obcych na ich ziemiach, w miejscu, które uważają za przeklęte. Być może boją się, że przez takie właśnie ekspedycje ściągną na nich jakieś nieszczęście bądź, że wykradną potencjalne skarby, co przeważnie faktycznie miało miejsce. Niestety biali naukowcy byli znani z zagarniania rzeczy, które do nich nie należały.
    Pośpiesznie podeszła do bazaltowej ściany nie kryjąc podziwu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Niesamowita… - wymamrotała pod nosem, po czym ostrożnie weszła do środka wyciągając z kieszeni latarkę. Dała się oprowadzać. Na chwilę zatrzymała się przy sarkofagach. Oczywiście korciło ją by zajrzeć do środka, ale wiedziała, że mogłaby coś zniszczyć. Nie wiedziała co i w jakim stanie jest w środku i jak zareaguje na nagły przypływ tlenu.
      - Zaplanowano już kiedy zostaną otwarte? – spytała przechodząc do ściany z freskami, od których nie mogła oderwać wzroku. Przypominały jej coś, co widziała już wcześniej, w jednej ze starych ksiąg, które konserwowała. Księga była zapisana w nieznanym przez nikogo języku. Nie potrafiono jej rozszyfrować. Przypuszczano, że może pochodzić gdzieś z Bliskiego Wschodu, ale nie było pewności. Malowidło jednak trochę się różniło kolorami rzek i wyglądem drzewa.
      W pewnym momencie usłyszała kroki. Spojrzała na Lancelota by upewnić się, że ten też je słyszał.
      - Myślisz, że to tubylcy? – zapytała cicho jakby nie chciała by ktoś ich usłyszał, chociaż nawet sam samochód zdradzał, że ktoś tu był. Wyciągnęła zza pasa ukryty nóż myśliwski trzymając go nadal za plecami. Bała się, ale podeszłą bliżej źródła dźwięku. Na pierwszy rzut oka nikogo nie było widać. Dźwięk oddalał się, jakby ktoś gdzieś skręcił za jakąś ścianę.
      - Ktoś jeszcze miał tu dziś przyjechać? – spytała przenosząc wzrok na Knighta.

      Usuń
  3. [Ja mam niejednego, ale niestety już na strychu, bo by się biedne zakurzyły podczas mojej nieobecności. A nie wolałbyś takiego żywego? 😃 Podejrzewam, że nie słyszałeś o Timothym Treadwellu]
    Wątpiła w to, że nikt nie naruszy sarkofagów. To była raczej kwestia czasu. Nie brakowało łowców skarbów. Sama była niegdyś jedną z nich. Nie brakowało okazji ani nieodpowiedniego towarzystwa. Wystarczyło dać parę groszy niektórym tubylcom, a nic nie będą widzieć ani słyszeć. Na koniec można wszystko ładnie posprzątać, choć zawsze zostaną jakieś ślady, jednak niewidoczne na pierwszy rzut oka.
    Nie była tego taka pewna, że wszyscy tubylcy tu nie wchodzą. Zawsze znajdzie się choćby jeden odważny. Poza tym zawsze mogą zmienić zdanie. To nic pewnego.
    - To na pewno nie złudzenie. – odparła zaciskając mocno dłoń na rękojeści noża aż pobladły jej kłykcie, chociaż szczerze wątpiła, że nawet w chwili zagrożenia życia byłaby w stanie ranić kogoś nożem. Co innego jeśli chodziło o jakąś walkę bez użycia broni, chociaż nigdy nie miała okazji do takiej stanąć, ale nie czuła się z tego powodu jakoś szczególnie źle. Na słowa o krzyku spojrzała na niego spode łba zmieniając zdanie, że jednak chętnie się przekona czy nóż jest ostry.
    - Pójdę z tobą. Nie wiadomo czy nie znajdziesz się w opresji i czy nie będzie trzeba cię ratować. – rzuciła z kąśliwym uśmieszkiem.
    Kiedy natknęli się na kobietę odetchnęła z ulgą. Widocznie nie była wrogo nastawiona. Przynajmniej na razie. Mimo wszystko Harper coś w niej nie pasowało. Coś było nie tak. Przyjrzała się jej uważnie jak i tamta jej. Po chwili przypomniała sobie, że nadal trzyma w dłoni nóż. Dyskretnie go schowała. Gdy zaczęli rozmawiać miała ochotę ich zostawić. Czuła się jak piąte koło u wozu. Tą dwójkę widocznie łączyła jakaś historia, być może niejedna. Mimo wszystko Lancelot wydawał się niezadowolony z jej obecności mimo wiązki komplementów rzuconych w jego stronę. Po przedstawieniu blondynki nie miała już cienia wątpliwości, co do charakteru ich znajomości. Tym bardziej jeszcze miała ochotę się gdzieś ulotnić.
    - Miło mi. – rzuciła z wymuszonym uśmiechem. – To ja wrócę do malowideł. – dodała obracając się na pięcie by po chwili wrócić do analizowania fresków, choć miała lekkie trudności ze skupieniem się. Nie żeby w ogóle obchodziły ją ich relacje. Naświetliła latarką drzewo, wyjęła z plecaka szkicownik i ołówek by je narysować. Chciała mieć coś z czym będzie mogła porównać drzewo z księgi. Skupiając się na szczegółach zapomniała o całości. Dopiero kiedy spojrzała na drzewo zamyślonym wzrokiem zauważyła, że kora jabłoni stanowi osobny, ukryty rysunek przedstawiający czyjąś twarz. Twarz, która ją obserwowała coraz to chowając się za korą. Wystraszona wypuściła z ręki szkicownik i przetarła oczy.
    - To tylko złudzenie… Tylko złudzenie… - powtarzała cicho pod nosem, ale twarz nie znikała. Wydawała się być jeszcze bardziej zaciekawiona, po czym skierowała wzrok na jedną ze ścian komnaty i zastygła nie poruszając się już więcej. Harper na drżących nogach ostrożnie podeszła bliżej ściany jak ta głupia ćma do żarówki. Nagle twarz spojrzała na nią intensywnie i złowrogo. Willow krzyknęła uciekając kilka do tyłu, a kora drzewa pozostała już nieruchoma.

    OdpowiedzUsuń
  4. [To był taki trochę szalony człowiek, który podchodził do gryzli dość blisko i przez dość długi czas, aż w końcu natrafił na takiego, który rozerwał go na strzępy razem z jego dziewczyną, która próbowała go ratować. Jest nawet taki film Grizzly man. Z dzikimi wilkami da się jakoś żyć, dołączyć do ich sfory, ale niedźwiedzie są nieobliczalne.]

    Kiedy przybiegli nie wiedziała co powiedzieć. Na pewno nie to, że freski się ruszają i jest tam coś co się na nią patrzyło. Brzmiało to bynajmniej niedorzecznie, chociaż sama wierzyła w nadprzyrodzone rzeczy. Nie wymagała jednak tego od innych i nie chciała wyjść na obłąkaną. Wolała kiedy drzwi miały klamki, a rękawy nie krępowały rąk.
    - To tylko pająk. – rzuciła z przepraszającym uśmiechem mówiącym „Przecież jestem tylko dziewczyną. Dziewczyny boją się pająków i wszelkiego robactwa.”, co nie było do końca zgodne z prawdą, za to bardzo wygodne. Na uwagę Elsy przytaknęła z widocznie wymuszonym uśmiechem. Nie obchodziły jej wszelkie konwenanse, ale ton, w którym dało się wyczuć zgryźliwość. Mimo wszystko nie zamierzała poświęcać kobiecie zbyt dużo uwagi. Skoro tu już była musiała ją tolerować, a miała wysoki próg tolerancji. Na odchodne spojrzała ostatni raz w stronę, gdzie wcześniej ukazała się jej twarz, ale już jej nie było. Słysząc jego słowa zwróciła na niego wzrok przez chwilę wahając się czy mu coś wyjawić, jednak szybko pogrzebała ten pomysł.
    - To nie było zbyt miłe. – odparła z przekąsem starając się zachować kamienną twarz. Była średnią aktorką. Zebrała swoje rzeczy i ruszyła w stronę wyjścia.
    Wychodząc z twierdzy zmrużyła oczy oślepiona przez zmianę nasłonecznienia i ruszyła w stronę samochodu. Elsy już nie było. Musiała pojechać pierwsza.
    - A więc jutro o mniej więcej tej samej porze? – spytała kiedy już ruszyli. Wiedziała, że musi tam wrócić. Strach przyciągał ja znacznie bardziej niżeli odpychał.
    Kiedy wrócili była już pora obiadokolacji. Przed nią wróciła do namiotu by się odświeżyć i przebrać. W przeciwieństwie do dni noce bywały tu chłodne. Następnie weszła do namiotu, gdzie był nakryty stół. Były przy nim zajęte już prawie wszystkie miejsca. Zawzięcie dyskutujący ze sobą naukowcy nawet nie zauważyli, kiedy się do nich przysiadła, co było jej bardzo na rękę. Chciała tylko szybko coś zjeść i odejść do swojego namiotu. Miała na dzisiaj jeszcze inne plany. Po obiedzie udało się jej wymsknąć nie wzbudzając tym zainteresowania. Ściemniało się. Musiała się śpieszyć. Kończąc przeżuwanie obiadu zabrała się za przeglądanie rysunków i notatek. Chciała tam wrócić i skonfrontować się z postacią, która się jej ukazała. Plecak miała już właściwie spakowany. Teraz musiała jedynie poczekać aż wszystkie światła zgasną. Nie zamierzała brać ani samochodu ani motoru. Planowała iść tam pieszo. Wszystko wydawało się trochę jak jakaś misja samobójcza, ale im coś było bardziej absurdalne tym bardziej prawdopodobne, że właśnie to zrobi.
    Gdy w obozie zrobiło się już ciemno wymknęła się ze swojego namiotu. Mniej więcej pamiętała drogę. Nie było to aż tak strasznie daleko. Musiała tylko wyminąć strażników. Miała szczęście, że jeden z nich przysnął na warcie. Ominęła go bez większego problemu. Teraz jeszcze tylko ta pustynia i plemiona. Liczyła na to, że nikt się nie spodziewa jakiegoś szaleńca, który przemierza samotnie nocą pustynię. Droga do twierdzy nie była też oświetlona. Jeśli z niej nie zboczy będzie miała duże szanse by dotrzeć na miejsce w jednym kawałku. Przynajmniej tak sobie powtarzała, a jeśli powtórzy się coś sobie wystarczającą ilość razy podobno staje się to prawdą.

    OdpowiedzUsuń
  5. [To prawda, mam do takich słabość :D Jeśli chodzi o tego od niedźwiedzi, to z nim na serio troszkę było coś nie tak. Nawet na tym filmie jeden z wypowiadających się stwierdził, że niedźwiedzie nie atakowały go tak długo, bo uznały go za upośledzonego. Ale pasje trzeba mieć i trzeba dawać się nią zarażać :)]

    Nie wiedziała jakim cudem, ale udało się jej dostać do twierdzy i to nawet w jednym kawałku. Była trochę owiana piaskiem, ale nic poza tym. Po drodze kilka razy natrafiła na tubylców, ale nie zauważyli jej. Czuła się teraz jak dziecko, które wytarzało się w piaskownicy, ale szczęśliwe dziecko. Przemknęła się po ciemku wpadając ślepo na ściany. Nie chciała zdradzić swojej obecności światłem latarki. Nie po tym co właśnie przeżyła. Kiedy weszła głębiej włączyła latarkę i ostrożnie ruszyła w stronę malowideł. Serce zaczęło jej jeszcze szybciej łomotać. Przez całą drogę zbierała w sobie odwagę by stanąć twarzą w twarz z tym dziwnym, tajemniczym czymś. Nie wiedziała czym to było i nie wiedziała czy nie lepiej było się tu wybrać z kimś, kto bardziej zna się na nawiedzonej stronie świata. Istniało ryzyko, że coś jej się stanie. Mogła zginąć albo zostać opętana. Wszystko było możliwe. Wzięła ostatni głęboki wdech i zatrzymała się przed freskiem. W komnacie panowała grobowa cisza. W pewnym momencie z kory drzewa zaczęła wyłaniać się twarz, która znowu spoglądała to na nią to na jedną ze ścian. Harper podeszła bliżej owej ściany. Twarz ze ściany wyraźnie się ożywiła. Pojawił się na niej nikły uśmiech, który dostrzegła.
    - Coś jest za tą ścianą, prawda? – spytała przenosząc wzrok na twarz, która uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Nie mogła rozpoznać jakiego rodzaju był to uśmiech. Bała się, że może kierować ją w złym kierunku. Bardzo złym kierunku. Mogła naruszyć coś, uruchomić jakiś mechanizm i zginąć w bardzo interesujący sposób. Im znajdowała się bliżej ściany woda z rzek zaczynała po części zmieniać kolory, w taki sposób, w jaki widziała to w księdze. Nie wiedziała czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie. Postanowiła jednak dalej w to brnąć. Kiedy położyła dłoń na ścianie twarz znikła. Jej miejsce zastąpiły dziwne znaki, takie jakie również widziała w tajemniczych zapiskach. Tylko czym były owe znaki? Zapewne stanowiły jakiś rodzaj pisma. Tylko co oznaczały owe wyrazy? Odruchowo zaczęła nakreślać je palcem na wskazanej ścianie. Kiedy tylko rozpoczęła kolejno jej dłoń zaczęła samoistnie się poruszać. Nie mogła jej zatrzymać, ale jednocześnie nie czuła już niepokoju. Czuła się trochę jak w transie. Gdy nakreśliła już wszystkie ściana przesunęła się bezszelestnie, a za nią ukazały długie schody prowadzące do labiryntu. Kiedy już nogi same zaczęły ją nieść w stronę schodów nagle usłyszała kroki. Ocknęła się i przestraszona szybko wyłączyła latarkę próbując się gdzieś schować. Z początku udało się jej przemieścić w stronę wyjścia. Miała nadzieję, że jakoś uda się jej z tym kimś wyminąć i uciec, ale nie wyszło. Oślepił ją latarką. Miło z jego strony. Poznała go już po samym głosie.
    - I kto to mówi. – odparła starając się uspokoić, co całkiem dobrzej jej wychodziło. Nie sądziła, że go tu teraz zobaczy, zwłaszcza, że właśnie przybyła jego blond znajoma. Liczyła, że jak inni będzie zaabsorbowany jej osobą, a nie, że przywlecze swoje cztery litery właśnie tutaj, właśnie teraz. Domyślała się, że jej nie śledził, bo gdyby tak było znalazłby się tu już wcześniej. Też miał jakiś interes by znaleźć się tu bez świadków, ale też mu nie wyszło.
    - Dlaczego pan nie śpi? – spytała jakby z lekkim wyrzutem nie mogąc ukryć rozbawienia. Mimo wszystko nie wyczuwała zagrożenia. Nie chciała od razu grać w otwarte karty, bo go nie znała, ale wolała tu zobaczyć Lancelota niż Elsę bądź kogokolwiek innego.

    OdpowiedzUsuń
  6. „Tym razem” – rozbrzmiewało w jej głowie. Więc to działo się już wcześniej. Nagle zaczęło się jej coś przypominać, że już słyszała o otwierającej się ścianie i prowadzących do labiryntu schodach. Nie wiedziała tylko gdzie to miało się dziać. Nie sądziła, że to był przypadek. O tym przejściu wiedziała jeszcze jedna osoba, która wyjawiła jej to po pijaku. Coś czuła w kościach, że jeszcze się tu pewnie zjawi. Uniosła brwi lekko zdziwiona, że po raz drugi postanowił się jej przedstawić.
    - Harper, co z resztą chyba już wiesz… - odparła nieco rozbawiona. Wzmianki o przyjaźni nie skomentowała. Nie do końca wierzyła w istnienie czegoś takiego, a może po prostu nadawała temu słowu zbyt dużego znaczenia.
    - Gdybyś powiedział, że w tych podziemiach siedzi siedmiogłowy smok może rozważyłabym to by tam nie wchodzić. – odparła z uśmiechem zmierzając w stronę schodów. Nawet jej ulżyło, że nie jest tu sama. Potakiwała na wszystko co mówił. O części wiedziała już wcześniej, a o części słyszała po raz pierwszy.
    Ostrożnie, ale i szybko zeszła po schodach kilka razy o mały włos nie ześlizgując się z nich. Faktycznie spodziewała się czegoś bardziej spektakularnego i coś jej mówiło, że tam gdzieś jeszcze pojawią się upragnione fajerwerki. Ożywający fresk był tego wyraźną zapowiedzią.
    - Być może przejście otwiera się tylko w określonym czasie. Może gwiazdozbiory muszą ustawić się w określonej linii czy też może jest to zależne od faz księżyca. A może jeszcze przez coś innego. – rzuciła po chwili zastanowienia. Zaczęła przypominać sobie rysunki z księgi, które przedstawiały gwiazdozbiory i księżyc w trzeciej kwardzie.
    - Dzisiaj mamy trzecią kwardę… - stwierdziła cicho. – Kiedy byłeś tu ostatnim razem nie było przypadkiem tak samo? – spytała na chwilę przenosząc na niego wzrok. Następnie zaczęła szkicować ustawienie korytarzy. Nie wiedziała czy się to do czegoś przyda, ale może ich kształt mógł pomóc w rozwiązaniu jakiejś zagadki. Nieprofesjonalnie przejechała palcem po kawałku malowidła, po dwóch częściach rzek. Jedna z nich zostawiła ślad ochry na jej skórze, a druga nie.
    - Zapewne nie wiesz ile osób mogło się tu znaleźć? – spytała strzepując z dłoni rudawy proszek. – Bo ta rzeka wygląda na świeżo poprawioną kolorem. – stwierdziła. – Co prawda użyto naturalnego barwnika, ale całkiem innego niż na drugiej połowie rysunku.

    OdpowiedzUsuń
  7. Kiedy zaprzeczył odnośnie księżyca była pewna, że kłamie. Od tej pory wiedziała, że jeszcze nie do końca grają do tej samej bramki i chodzi o coś więcej. Gdy zaczął bredzić o świętym kamieniu z początku popatrzyła na niego z niedowierzaniem, ale zaraz zmieniła wyraz twarzy. Skoro uważał ją za idiotkę niech tak pozostanie. Tak było nawet lepiej. Wysłuchała bajeczki grzecznie potakując, choć cisnęło się jej na usta „gówno prawda”. Teraz nie ufała mu jeszcze bardziej. Nawet nie była pewna czy powinna wsiadać z nim razem na ten motor. Jednak skoro miała grać musiała.
    Gdy natknęli się na biało odzianego mężczyznę jej dłoń zaraz znalazła się na rękojeści noża. Nie rozumiała co mówił. Nie znała arabskiego, a to co mógł jej przetłumaczyć Lancelot mogło mijać się z prawdą bardzo szerokim łukiem. Najważniejsze, że nieznajomy usunął się im z drogi.
    Na wieść, że chcą ich zabić serce zaczęło jej mocniej bić. Nie pierwszy raz była w takiej sytuacji. Nie chciała mówić tego głośno, ale poniekąd obwiniała o to Lancelota. Musieli zauważyć motor i światło. W dodatku pewnie nie tylko tej nocy. Jednak nic nie powiedziała. Nawet nie zdążyła, bo do namiotu wparował rozgadany Spencer, którego po tym wszystkim co powiedział miała niezmierną ochotę uderzyć w twarz. Może kiedyś, dziś jeszcze się powstrzyma. Dochodziła jeszcze kwestia owej mapy. Widocznie musiała być bardzo istotna skoro Knight się tak zdenerwował. Zrozumiała także co mówił do telefonu. Znała włoski. Na takich studiach to podstawa. Oczywiście nie pochwaliła się. Poczekała aż sam jej coś wyjaśni. Była ciekawa czy i tym razem zacznie łgać. Ku jej zaskoczeniu nie do końca.
    - Musimy wszystkich ostrzec. – stwierdziła. – Ale nie w taki sposób by zaczęli panikować. – dodała. – Wymyśl coś. Jakąś nagłą konferencję archeologów czy przyjazd kogoś, kogo bardzo chcieliby spotkać, a później mogliby nie mieć takiej okazji. Cokolwiek. Nie mogą tu zostać. – powiedziała. Poniekąd zrzuciła to na niego, ale dlatego, że to on ich znał lepiej. To było jego środowisko. Ona była tylko od sztuki. Większość z nich widziała tu pora pierwszy.
    Znowu wspomniał o mapie. Widocznie czasem nie panował nad językiem. I bardzo dobrze. Harper przez całą wyprawę była praktycznie spakowana. Z resztą nie miała tego za wiele. Zmarszczyła brwi na kolejne słowa.
    - Gdyby coś ci się stało? – powtórzyła spoglądając na niego unosząc brwi. – Zamierzasz tu zostać i na nich poczekać? Czy masz na myśli jeszcze coś innego? Jakieś głupie pomysły w stylu „życie mi niemiłe”? – spytała. Może i był kłamcą, ale nie pozwoliłaby mu na jakiś akt samobójstwa. – Uciekamy razem albo w ogóle. – rzuciła na odchodne i wróciła do swojego namiotu.
    Tej nocy nie zmrużyła oka. W każdej chwili mogło się coś stać. Kiedy ledwo zaczęło zmierzchać zapanował nagły zgiełk. W obozie pojawili się jacyś ludzie. Nie byli to tubylcy. Pomyślała, że może ściągnął ich tu Knight dla obrony obozowiczów, ale ich zachowanie niejako temu przeczyło. Po chwili została złapana. Próbowała się wyrwać, ale ją związali i wrzucili do innego namiotu. Zdążyła jedynie zauważyć, że Elsa wydaje rozkazy. Żałowała, że wcześniej nie poświęciła blondynce więcej uwagi. Zauważyła też jeszcze kogoś, Tadashiego. Poznała go jakieś dziesięć lat temu, kiedy jeszcze dla zabawy była łowcą skarbów. On kierował tą grupą, a ona była tam głównie dla niego. To było platoniczne uczucie. Była wtedy za młoda by się nią w ogóle zainteresował. Tadashi jak na Azjatę był bardzo wysoki i dobrze zbudowany. Do tego wyglądał jak samuraj z bajki i ruszał się jak jakiś nindża. Przez te lata niewiele się zmienił. Żałowała tylko, że ściął swoje długie włosy. Zauważył ją i wszedł do namiotu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Możesz stąd iść. Ja jej popilnuje. – rzucił do wartownika, który wykonał jego polecenie. Kolejno przykucnął przy niej i zaczął się jej przyglądać.
      - Wyrosłaś. – powiedział z uśmiechem.
      - Ty za to wyglądasz prawie tak samo. A teraz rozwiąż mnie i wypuść. – odparła próbując wskazać mu związane z tyłu ręce.
      - Chciałbym, ale nie mogę. Jeszcze nie teraz. Ale nie pozwolę cię im skrzywdzić, chociażby na wzgląd na dawne czasy. – zapewnił ją. Wiedziała, że nie kłamał. – Co ty tu właściwie robisz? Zostałaś archeologiem? – spytał unosząc brew.
      - Nie, tylko konserwatorem sztuki. – odpowiedziała. – Pracujesz dla niej?
      - Przecież wiesz, że nie pracuję dla nikogo. Ona tylko jeszcze o tym nie wie. – rzucił z zadziornym uśmieszkiem. - Kiedy nadejdzie odpowiedni czas zgarnę co moje i możemy uciekać. Jak za dawnych czasów. – dodał i wstał na równe nogi, kiedy do namiotu weszła Elsa, za którą dwóch ludzi prowadziło spętanego Lancelota. Najwidoczniej nie był z nią w zmowie. Sprawy coraz bardziej się komplikowały.

      [Powiem: ok :D, chociaż zamierzam to wszystko jeszcze troszkę zamotać :)]

      Usuń
  8. Wiedząc zakrwawionego Lancelota coraz bardziej zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji. Ta kobieta była obłąkana. Chciała mu jakoś pomóc, ale nic nie mogła zrobić. Kiedy rozłożyła mapę zobaczyła coś znajomego. Przypominała ścieżki, w które układał się labirynt pod twierdzą. To prawdopodobnie nawet były te ścieżki, a przynajmniej ich część. Słysząc o tajnej organizacji sama była ciekawa co jej powie i o jaką organizację chodziło. Może też był jednym z łowców skarbów czy członkiem jakiejś sekty. Tatuaż gryfa niestety z niczym się jej nie kojarzył. Symbolizował głównie niebezpieczeństwo i skarby, co teoretycznie pasowało do obecnej sytuacji. Może bazując na tym mogłaby stwierdzić, że Lancelot należy do jakieś szemranej organizacji, ale nie chciała jeszcze wyciągać pochopnych wniosków. Wiedziała jedno, że nie znajdowała się w gonie świętych. Gdy wspomniał o zabijaniu Harper nie sądziła, że mówi poważnie. Groźby groźbami, ale Elsa nie wyglądała na taką, która jest do tego zdolna. Jakże pozory mogą mylić. Patrzyła z przerażeniem jak kobieta przykłada broń do głowy chłopaka i po chwili zastrzeliła go. Padł na ziemię, na której zaczęła rozlewać się kałuża krwi. Do Harper jeszcze nie do końca dochodziło, co się właśnie stało. Zaczęło się jej kręcić w głowie, a oddech stał się bardzo płytki. Teraz naprawdę czuła, że może zginąć i że to się prawdopodobnie dzisiaj stanie.
    - Powiedz jej. Cokolwiek by to nie było nie jest warte niczyjego życia. – wydusiła z siebie przenosząc wzrok na Lancelota.
    Spojrzała na Tadashiego, który wyglądał na zaskoczonego. Zastanawiała się czy on też byłby zdolny zabić kogoś z zimną krwią. Mimo wszystko zachował spokój. Harper patrzyła na niego błagalnym wzrokiem by coś zrobił, ale ten odwrócił swój. Z resztą on był jeden, a tu większość miała broń. Wzdrygnęła się, kiedy Elsa wypowiedziała zaczęła mówić o niej. Tadashi wydał się wtedy również mniej spokojny. Gdy Knight wyjawił jej znaczenie symbolu sytuacja nieco się rozładowała. Ale dosłownie na chwilę.
    Za namiotem było słychać krzyki. Tadashi wybiegł na zewnątrz sprawdzić co się dzieje, po czym zaraz wrócił.
    - To miejscowi. Chyba nie spodobała się im wasza wycieczka. – stwierdził lekko sarkastycznym tonem. – Musimy uciekać. Mają karabiny. – dodał pośpiesznie zaczynając podnosić z ziemi Harper i Lancelota. Elsa zwinęła mapę i wybiegła za jednym ze strażników. W namiocie zostało jeszcze pięciu. Tadashi szybko wykorzystał sytuację. Padło kilka strzałów, ale nie mieli z nim żadnych szans. Oswobodził ich ręce, po czym chwycił Harper za nadgarstek.
    - Ocknij się i biegnij najszybciej jak potrafisz. – powiedział, ale nie ruszył się z miejsca. – Jeśli chcecie żyć również uciekajcie. – dodał obejmując wzrokiem resztę. Ludzie rozbiegli się. Część wpadła prosto na tubylców, a części udało się gdzieś zbiec.
    - Teraz możemy biec. – rzucił ciągnąc ją za nadgarstek. Poniekąd trochę ich podpuścił. Spojrzał na Knighta, który pozbierał się już z ziemi. Nie uszkodzili mu nóg, też mógł uciekać. Nawet nie zwróciła uwagi, w którą stronę biegli. Wiedziała, że gdzieś tam jeszcze jest Elsa. Nie byli bezpieczni. Mogła mieć tu znacznie więcej ludzi. Ale teraz ich wrogiem było słońce i pustynia. Harper nie dała rady już biec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Już niedaleko. – stwierdził Tadashi.
      - Niedaleko? Co jest niedaleko? – spytała ledwie żywa.
      - Twierdza. Elsa mówiła, że tubylcy się tam nie zapuszczają. Zapewne sama też tam uciekła. – odpowiedział biorąc ją pod ramię.
      - I zapewne tam na nas czeka. – odparła wyswobadzając się i zatrzymując. – Widziałeś co zrobiła. Co jeśli czeka tam z kolejną grupą uzbrojonych szaleńców?
      - W każdym bądź razie jeszcze inna grupa szaleńców napadła wasz obóz. Ona nie chce was zabić. Przynajmniej na razie. Współpracujcie z nią, a kiedy nadejdzie odpowiedni moment nieszczęśliwie potknie się i skręci kark. – powiedział. Tadashi zamierzał ją zabić, ale dopiero wtedy, kiedy dostanie coś dla siebie. Wiedziała, że ocalił ich nie tylko dlatego, że ją znał, ale że czegoś od nich również chciał.
      - Czego tu właściwie szukasz? – spytała przyglądając się Azjacie.
      - Skarbów. Świętego Graala, a może i drogi do Edenu, jeśli to prawda, że istnieje. Być może to będzie mój ostatni taki wypad. Być może czas się ustatkować. – rzucił ze śmiechem, którego barwa przypomniała jej stare dzieje. Gdyby nie obecna sytuacja pewnie patrzyłaby się na niego maślanym wzrokiem. – Nie chciałabyś? – spytał, a ona spojrzała na niego jak na obłąkanego. – Wybacz, zapomniałem, że jesteście razem. – powiedział kierując się do Knighta.
      - Nie jesteśmy. I naprawdę nie wiem dlaczego wszyscy to powtarzają. – odparła ruszając przed siebie, na co Tadashi jedynie się roześmiał pod nosem.


      [I przez Ciebie teraz musiałam odpisać zamiast spać... Wstydź się :D]

      Usuń
  9. [Coś wątpię :P]

    Wiedziała, że dostanie się do twierdzy nie będzie proste, chyba że czekała tam na nich Elsa. Wtedy pewnie zostaliby wepchnięci tam siłą. Czuła się bezpieczniej wiedząc, że jest z nimi Tadashi. W dodatku blondynka nie wiedziała, że ten nie do końca z nią współpracował.
    Kiedy znaleźli się już przy murze nie specjalnie widziało się jej wspinanie po Lancelocie. Tym bardziej, że potrafiła być niezdarna, pomijając sam fakt, że było to dla niej trochę krępujące. I naprawdę nie chciała nastąpić mu na głowę.
    [Jeśli coś mieszam to wybacz, ale już się pogubiłam jak się do tej twierdzy wchodzi i czy ta wyrwa prowadzi do środka twierdzy czy też twierdza jest otoczona murem i nie wiem czy chcesz alby do Edenu weszły tylko nasze postacie czy zabieramy tam też Elsę i Tadashiego, a przynajmniej na jakiś odcinek. I ogólnie to moim planem jest brak planu. Wymyślajmy na bieżąco. A i jak coś za szybko to daj znać. Ogólnie możemy zwolnić jak już będą w Edenie, bo na razie to ciężko się im rozmawia :D]
    - Przepraszam. – wymamrotała, a na jej twarzy wymalowała się skrucha. Gdy wszyscy znaleźli się już w środku twierdzy nasłuchiwali czy oprócz nich ktoś może być w środku. Z oddali było słychać głos Elsy.
    - Spokojnie, niech myśli, że to ja was tu zaprowadziłem, a nie buntowaliście się dlatego, że ścigali nas miejscowi. Po prostu nie było innego wyjścia. – wyszeptał Tadashi. – Jest z nią Clive. To trochę nieobliczalny facet. Zawsze nosi przy sobie dwa karabiny i niezliczoną ilość noży. – dodał.
    - A reszta? – spytała przyglądając się Azjacie. – Na pewno ma więcej ludzi.
    - Owszem, ale nie wpuszcza ich do środka. Jeśli nie narobimy hałasu i zgodnie razem ruszymy do przodu nie powinna nikogo wzywać. – stwierdził. – I tak ich nie ominiemy. Możemy jedynie rozegrać to na dwa sposoby: po dobroci lub pod przymusem.
    - Dobra, prowadź nas. Najwyżej nas pozabijają. – odparła poddając się. Nie miała lepszego pomysłu. Być może razem przejdą jakiś kawałek, odkryją coś, każdy się do czegoś przyda, a kiedy jego rola się skończy pożegna się ze swoim życiem. Jednak po drodze mogło czekać ich wiele niespodzianek. Zawsze trzeba było mieć nadzieję.
    Ruszyli za Tadashim, który z uśmiechem oznajmił blondynce, że ich tu sprowadził, co spotkało się z jej wielkim zadowoleniem. Od razu przeszli do komnaty z malowidłami.
    - Otwórzcie przejście. – poleciła Elsa. – Wiem, że jest i wiem, że wiecie jak dostać się dalej.
    Harper spojrzała na Lancelota. Upieranie się nie miało sensu. Wolała by na razie było po dobroci. Podeszła do ściany, którą poprzednio wskazała jej twarz i nakreśliła na niej te same znaki, co poprzednio. Otworzyło się przejście, z którymi były schody. Elsa nie kryła podekscytowania. Tadashiego również zżerała ciekawość, co może tam znaleźć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Idźcie przodem. – rzuciła popychając Harper jako pierwszą. Willow nie wiedziała jakim cudem dała radę się jeszcze ruszać. To musiała być zasługa adrenaliny. Gdy wszyscy już zeszli nagle ściana zasunęła się.
      - Coś nowego… - wymamrotała Harper. Zawsze zostawała otwarta, a teraz… Teraz byli tu uwięzieni. Nie wiedziała ile jeszcze osób potrafiło się tu dostać i otworzyć przejście. Może brat Lancelota? Elsa nie przejęła się tym zbytnio w przeciwieństwie do Tadashiego, który na różne sposoby próbował coś zrobić ze ścianą, ale na marne. Elsa rozłożyła mapę, którą oświetlał jej Clive. Podeszła do Knighta i podstawiła mu ją pod nos.
      - Prowadź. Tylko bez żadnych sztuczek. Jeśli jest stąd jakieś wyjście to to właśnie ty masz je naleźć. – powiedziała popychając go do przodu.

      [Albo dobra, coś mam. Jak będą w tym labiryncie, to on się rozrośnie, ściany się poodsuwają i takie tam bajery. I nie na dość, że mapa tego nie uwzględniła, to po drodze jeszcze będzie pełno pułapek, zagadek i do Edenu będzie kilka przejść, każde może czymś kusić. Ogólnie to mogą być wystawieni na próbę. No i sam Eden to też nie będzie już taki idealny albo może i być, ale oni mogli nie wybrać właściwego wejścia i może dopiero później się tam dostaną. A w tym niewłaściwym też co jakiś czas będzie się coś działo, jakieś potworki, czary mary i co tam jeszcze sobie wymyślimy :D Co Ty na to?]

      Usuń
  10. [Co do szczegółów to właśnie widzę, że wskrzesiłeś tych co ich Tadashi powybijał :D I teraz to ja już nie wiem ile ich tam zeszło po tych schodach :D I jak on chce negocjować z tubylcami, którzy są po drugiej stronie, kiedy oni sami są w potrzasku?]

    Harper widziała jak się męczy. Nie wiedziała jak bardzo go poobijali. Podejrzewała, że nie przekona Elsy do odwrotu. Jej ludzie również byli zaślepieni myślą o tym co mogą znaleźć. Każdy chciał stać się w prosty i szybki sposób bogatym, a to z pewnością im obiecała. Kiedy druga kobieta kopnęła go Willow puściły nerwy.
    - Chcesz go połamać? I tak ma już pewnie pęknięte żebra. Zobacz jak oddycha. – rzuciła w stronę kobiety, która zaraz uderzyła ją w twarz kalecząc jej policzek. Zamachnęła się kolejny raz, ale powstrzymał ją Tadashi.
    - Wystarczy. W przeciwnym razie sama będziesz ich taszczyła przez resztę drogi. – powiedział, co o dziwo spotkało się z aprobatą Elsy.
    Kiedy znaleźli się już przy ścianie z piaskowca sama Harper czekała z niecierpliwością co stanie się dalej. I oto ukazał się kolejny tunel. Na jego ścianach były umieszczone pochodnie, które nagle samoistnie się zapaliły. Ludzie zaczęli panikować. Niektórzy z nich nie chciała iść dalej.
    - Ten tunel jest nawiedzony. Ta twierdza naprawdę jest przeklęta. Nie ma takich skarbów, które przekonałyby mnie by tam wejść. – powiedział jeden z nich, na co przyjaciółka Elsy zareagowała strzelając mu prosto w czoło. Sama Elsa była zaskoczona jej pochopny zachowaniem.
    - Ktoś jeszcze ma inne plany? – spytała wycierając z twarzy krew, która ją ochlapała. Harper osłupiała. Ta kobieta była psychicznie chora i nie potrafiła nad sobą panować. Nawet stoicka postawa Tadashiego uległa zmianie. Część ludzi nie zamierzała jej tego darować zaczęli się szarpać i padło kilka pustych strzałów. Azjata jakimś cudem wyrwał w zamieszaniu kobiecie broń. Nawet sama Elsa podeszła do niej by zrobić z nią porządek.
    - Opanuj się! – zażądała. – Nie będziesz zabijać naszych ludzi. Jeśli nie chcą iść niech nie idą. Jeśli sądzą, że tu będą bezpieczniejsi niech zostaną. Wiedzcie tylko, że jesteście w błędzie. Cała twierdza jest przeklęta, a wśród was nie ma nikogo, kto by miał na jej temat jakiekolwiek pojęcie. Dodatkowo będziecie mogli pożegnać się wypłatą. Wasz wybór. Zostańcie jeśli chcecie. – powiedziała na co ci co przeżyli ruszyli razem z nią.
    - To tunele przedstawione na mapie? – spytała blondynka rozglądając się uważnie jak i cała reszta. – Wydaje się mi, że jest ich więcej… - stwierdziła. Harper doszła do tego samego wniosku. Zmęczona podparła się o jedną ze ścian, która nagle się ruszyła. Tadashi zdążył ją złapać zanim poleciała w tył i znajdującą się tam przepaść.
    - Niech nikt nie dotyka ścian! – zawołał. Ale Harper uruchomiła jakiś mechanizm. Ściany zaczęły przesuwać się. Za niektórymi pojawiały się kolejne tunele, a za innymi pustka. Część ludzi zawróciła, póki widziała jeszcze wejście.
    - Co teraz? – spytała Elsa podchodząc do Lancelota licząc, że już to wcześniej widział. Willow również miała taką nadzieję, z resztą jak i cała reszta. Obawiała się, że już się stąd nie wydostaną.

    OdpowiedzUsuń
  11. [Morderca bez serca xD Lara o psiej twarzy… Się porobiło :D]

    Harper również zaczęła się rozglądać po korytarzu starając się nie dotykać żadnej ściany. W końcu dostrzegła coś o kształcie żółwia.
    - Tutaj! – zawołała ośmielając się położyć na nim dłoń. Ściana ustąpiła i pojawiło się kolejne przejście prowadzące w dół na kolejny poziom wnętrza ziemi. Wszyscy ostrożnie zaczęli schodzić po stronnych schodkach aż nagle jeden z ludzi wpadł w niewidoczną przepaść.
    - Uważajcie! – krzyknął Tadashi. – Musimy stąpać tylko po odpowiednich fragmentach schodów. – dodał. Harper nie ucieszyła ta wiadomość. Była pierwsza.
    - Macie jakiś kij, coś długiego? – spytała odwracając się do tyłu. Jeden z ludzi rozładował dubeltówkę łamaną, która jej następnie podał. Ostukiwała nią schody znajdujące się przed nią, które fragmentami zapadały się, a fragmentami pozostawały jako wąskie pasy, po których mimo wszystko strach było iść.
    - Do przodu! – zawołała Lara. I jakimś cudem zeszli na kolejne piętro w jednym kawałku. Na dole odetchnęła z ulgą próbując uspokoić swoje roztrzęsione nogi. Na ramieniu poczuła dłoń Tadashiego z miną mówiącą, że jest z niej dumny i że jest tu i ją ochroni. Czasem zachowywał się jak taki starszy brat. Nie odstępował jej o krok.
    - Widzę znak sokoła! – zawiadomił resztę Clive i wyrwał z ręki Harper dubeltówkę. Za jej przykładem położył dłoń na znaku, ale nie spodziewał się tego co miało właśnie nadejść. Nikt się nie spodziewał. Owszem, ściana rozsunęła się, ale za nią nie ukazała się droga, a otwór, z którego wyleciało stado rozjuszonych sokołów, które zaczęły ich atakować.
    Harper skuliła się chroniąc głowę. Ludzie z bronią zaczęli strzelać, ale im bardziej atakowali ptaki, te stawały się bardziej agresywne i większe.
    - Przestańcie je atakować! – krzyknął Tadashi sam przybierając postawę Harper, którą od samego początku nic nie zrobiło krzywdy. Jedynie kilka zadrapań, ale później dały jej spokój. Nie wszyscy posłuchali. Znacznie przerośnięty sokół chwycił jednego z nich i porwał go w głąb korytarza. Dalej było słychać już tylko krzyki. Reszta sokołów ruszyła za swoim przywódcą. Jednak to nie było wszystko. Z korytarza dało się usłyszeć nadchodzenie jakiegoś potężnego zwierzęcia. W ich stronę biegł… nosorożec. Harper z niedowierzania zaczęła przecierać oczy. Zwierzę swoją szerokością zajmowało praktycznie cały tunel, aż dziwne, że w nim nie utknęło.
    - Do otworu! – zawołała patrząc w stronę, z której wyleciały sokoły. Miała nadzieję, że cokolwiek było dalej dało radę ich pomieścić, a na końcu nie czekał jakoś krokodyl. Tadashi wskoczył pierwszy i pomógł reszcie dostać się do środka. Nie było czasu. Oczywiście obowiązywała hierarchia. Elsa była pierwsza, za nią Lara, Lancelot i Harper, która gdyby nie pozostała reszta prawdopodobnie straciłaby nogi. A te mogły się jej jeszcze w życiu przydać. Wąski tunel pokonali na czworaka. Na końcu znajdowało się niewielkie pomieszczenie, a w nim różne przedmioty. Tadashi już oceniał wzrokiem, co ile może być warte, ale niczego nie ruszył. Nie był głupi. Stał też tam zakryty stół, na którym znajdowało się aromatyczne jedzenie. Dopiero teraz poczuła jak bardzo jest głodna. Zaczęło jej burczeć w brzuchu. Z resztą nie tylko jej. Jeden z dwójki ludzi Elsy nie opanował się i rzucił się na jedzenie.
    - Pyszne… - powiedział zajadając się pieczenią i winogronami. Nie oszczędził im różnych pomruków zachwytu i nasycenia. Jednak to było zbyt piękne i nierealne, by czekało tu jedzenie dla głodnych podróżników. Chwilę później kolejne brane przez niego winogrono zaczęło zamieniać się w skarabeusza. Cały stół stał się jedną wielką gromadą owadów i robaków.

    OdpowiedzUsuń
  12. Harper również nie chciała na to patrzeć. Odwróciła wzrok i spojrzała na Lancelota. Nie było tu zbyt dobrego światła, ale i przy tym było widać, że znacznie pobladł. Domyślała się, że mógł być w gorszym stanie niż na to wyglądało. Jeśli połamali mu żebra mogły coś mu przebić. W takim stanie nie powinien chodzić, a co dopiero biegać, skakać czy czołgać się. Długo tak nie wytrzyma, jednak pozostanie w miejscu mogło być również śmiertelnie groźne. Musieli znaleźć jakiś względnie bezpieczny zakątek.
    Kiedy Elsa oznajmiła, że jest w ciąży. Wycieczka zatrzymała się patrząc to na nią to na Lancelota w osłupieniu. Gdy jednak ten uświadomił ją i całą resztę, że to tylko złudzenie było jeszcze bardziej niezręcznie. Elsa dziwnie traktowała osoby, które kochała, co dopiero musiała robić z tymi znienawidzonymi… Knight miał rację, niedługo ich oczom ukazała się rzeka, którą oświetlały świecące na niebiesko robaczki, które zwisały na śluzowatych kropelkach. Wyglądały magicznie, chociaż dużo lepiej z daleka niż z bliska. Zatrzymali się podziwiając owady. Harper w tym czasie podeszła do Lancelota.
    - Musisz tu odpocząć. Jesteś strasznie blady. – powiedziała ze zmartwioną miną. – Do tego sposób w jaki oddychasz… Masz prawdopodobnie połamane żebra. Nie możesz się tak ruszać. – dodała i pociągnęła go za rękę w dół żeby usiadł koło wody. – Musimy schłodzić miejsce złamania. – stwierdziła. Nie była do końca pewna tego co powinno się robić w takiej sytuacji. Wiedziała jedynie, że żebra nie zrastały się zbyt szybko i przy takim załamaniu trzeba się oszczędzać. W normalnej sytuacji wezwałaby karetkę, ale to nie była normalna sytuacja. Zaraz podeszła do nich Elsa.
    - Co się dzieje? – zapytała próbując udawać, że cokolwiek to by nie było byłoby to dla niej obojętne.
    - Prawdopodobnie twoi ludzie połamali mu żebra. Nie powinien… Nie może chodzić. – odparła. Elsa zaczęła rozpinać mu koszulę. Na pierwszy rzut oka było widać niewielką wypukłość, którą musiało być złamane, przemieszczone żebro.
    - Nie wiem czy wystarczy owinąć żebra czy trzeba to spróbować jakoś przedtem nastawić. – powiedziała Willow. – W każdym bądź razie przydałoby się cię owinąć, jakoś unieruchomić. To prawe żebro, więc koniec z pisaniem, chyba, że jesteś leworęczny. – dodała. – Mamy tu jakąś apteczkę? – spytała, po czym Elsa zaczęła przeszukiwać swoje rzeczy.
    - Jest bandaż. – oznajmiła przynosząc go Harper. – Podnieś go trochę bym mogła go owinąć. – powiedziała do blondynki, która bez słowa zrobiła, co jej poleciła.
    - Może trochę zaboleć, ale później powinno być lepiej. – rzuciła i zaczęła owijać jego żebra bandażem tak, by też nie uciskał go za mocno. Miała nadzieję, że to mu trochę pomoże.

    OdpowiedzUsuń
  13. Mimo jego zapewnień domyślała się, że musi cierpieć. Z resztą coraz słabiej szło mu maskowanie się. Kiedy mówił o pływaniu przypomniała sobie, że kolor jednej z rzek na ścianie został przez kogoś zmieniony. Pamiętała, że ta rudawa rzeka w księdze była błękitna. Intuicja podpowiadała jej, że nie było to bez znaczenia. Zjadła powoli to co rozdawał Tadashi. Musieli nabrać sił na dalszą podróż, chociaż raczej to co mieli nie podziała na nich jak szpinak na Papaja.
    - Pamiętasz jak mówiłam, że jednej z rzek zmieniono niedawno kolor? – spytała spoglądając na Lancelota. – Ta rzeka powinna być błękitna. – dodała. Żałowała, że nie miała teraz ze sobą tej księgi, ale nawet nie myślała wcześniej o wykradaniu jej z muzeum. W zasadzie nikt się nią nie interesował, bo i nikt nie potrafił jej rozszyfrować. Leżała przez setki lat aż w końcu ktoś sobie o niej przypomniał i dał ją Willow. Dla niej też nie znaczyła za wiele. Nie chciała tego do końca przyznać, ale czasem powszedniał jej ten zawód. Odtwarzanie tego, co już powstało nie było zbyt twórcze, chociaż też potrafiło przynieść jakąś satysfakcję.
    Miała wrażenie, że mimo tego iż na nią patrzy to wcale jej nie słucha. Był wyraźnie zamyślony.
    - Hej, Rycerzu bez lśniącej zbroi. – zwróciła się do niego nieco rozbawiona. – Wiesz, którą jest ta rzeka? – spytała również przyglądając się mapie, na której jej kolor był również zmieniony. – I wiesz co oznaczają kolory tych rzek?
    Jak na razie Harper nie nawiedziła żadna pokusa, oprócz tej, że chętnie zjadłaby coś więcej. Może było to spowodowane tym, że sama przeważnie nie wiedziała czego chce i do czego dąży. W drugą stronę było prościej. Doskonale wiedziała czego nie chce. Jednak każdy ma jakieś pragnienia. Jej nigdy nie było zakładanie rodziny. Może po prostu nie spotkała nikogo, kto by to zmienił, a być może po prostu się do tego nie nadawała. Im bardziej ktoś się jej podobał i im bardziej jej na tym kimś zależało zawsze odpychała od siebie tą osobę tłumacząc sobie, że tak będzie lepiej. Poniekąd to samo zrobiła z Tadashim. Mało kto wytrzyma takie niezdecydowanie i sprzeczne sygnały.
    - Wydaje się, że to miejsce jest bezpieczne. Przenocujmy tu. – zarządziła Elsa. Widocznie martwiła się o Knighta.

    OdpowiedzUsuń
  14. Harper o rzece myślała nieco inaczej. Podejrzewała, że ktoś zamalował ją dla zmyłki. Wątpiła by ktoś zostawiał takie wskazówki i chciał by inni dostali się do Edenu. Ale może się myliła.
    Popatrzyła na niego z rozbawieniem słysząc o jego bratowej.
    - Powinieneś się cieszyć. Lancelot cieszył się raczej dobrą sławą, oczywiście poza tym, że z Ginewrą przyprawiał rogi Arturowi. – powiedziała śmiejąc się. – Nie bierz tego tak do siebie. – dodała, po czym zaczął swój wykład. Słuchała go próbując się nie roześmiać. Ledwo oddychał, a tu proszę jaki słowotok. Do tego jeszcze obrósł w piórka. Na koniec aż miała ochotę zmierzwić mu włosy, czego oczywiście nie zrobiła.
    - Teraz lepiej odpocznij. Nie wiadomo jak długo potrwa ten postój. – rzuciła wstając. Była zafascynowana świecącymi robalami. Podeszła do nich bliżej by się im przyjrzeć. Były po prostu paskudnie cudowne. Odważyła się nawet dotknąć jednego z nich zahaczając o kropelkowy śluz, w który łapały swoje ofiary. Szybko cofnęła rękę.
    - To parzy. – stwierdziła przyglądając się zaczerwienionej dłoni. – I nie jest to zwykłe oparzenie. – dodała po chwili widząc jak śluz przeżarł jej wszystkie warstwy naskórka dochodząc do skóry właściwej. Czując ból zanurzyła zakrwawioną dłoń w chłodnej rzece. Widząc to Tadashi poświęcił rękaw swojej koszuli by jakoś zatamować krwawienie. Pi chwili woda sprawiła, że rana zaczęła się rozrastać. Przerażona Harper nie wiedziała już co robić. Ktoś podał jej wodę z butelki, którą szybko polała ranę. W końcu przestała się powiększać, jednak nadal bardzo piekła.
    - Nie możemy tu zostać. Co jeśli ten śluz zacznie na nas kapać? – rzucił Tadashi. – Do tego jest też w wodzie. – dodał, po czym jeden z ludzi, który zamierzał zaczerpnąć z niej wody by się napić natychmiast się cofnął.
    - Ludzie są zmęczeni musimy się gdzieś zatrzymać. – wymamrotała przez zaciśnięte w bólu zęby Harper. – Może przejdźmy kawałek dalej, gdzie nie będzie już tego świecącego cholerstwa. – dodała. Miała już wszystkiego dość. Chciała do domu. Jeszcze trochę i zacznie tupać nóżką. Ruszyła kawałek do przodu. Zła, zdenerwowana i poirytowana całą sytuacją. I wcale nie obchodziło jej, że zaraz może dostać kulkę w łeb. Teraz wydawało się, że nic nie może stanowić dla niej zagrożenia. To ona stanowiła zagrożenie. Weszła w jakiś kolejny tunel. W oddali słyszała echo kroków. Był to Azjata, który przez moment patrzył na nią jak na wariatkę, ale zaraz zmienił obiekt zainteresowania. Przed nimi ukazały się trzy zasłonięte przejścia. Dla odmiany nie były zrobione z kamienia, a z drewna. Każde z nich miało intensywny, przyjemny zapach. Zaraz nadbiegł jeden z ludzi Elsy by sprawdzić co się dzieje, po czym niezwłocznie poinformował resztę, która zaraz do nich dołączyła.

    [Co Ty na to by ich jednak wyciągnąć już z tego labiryntu i osadzić gdzieś w jakimś lesie, plaży, w tym nietrafionym edenie, bo już głupoty straszne plotę, co pewnie jest też wynikiem braku snu, ale po prostu już nie chcę się nad nimi tak znęcać. Może w innym środowisku :)]

    OdpowiedzUsuń
  15. [Na razie to mam myśli żeby pozaliczać wszystko, a mam tak ”ogarniętą’’ katedrę, że… Dlatego niestety przez kilka dni będę trochę mniej odpisywać.]

    Gdyby Lancelot był kobietą to wiedziałby co można zobaczyć w takim Tadashim [xD]. Niektóre lubiły takich samurajów, Indian czy wikingów. Harper też miała swoje spaczenia. Pomijając już sam niczego sobie wygląd, Azjata miał też całkiem ciekawe wnętrze, pomijając niekiedy jego niezbyt moralne postępowanie. Do tego łączyła ich wspólna historia.
    Bardzo nie lubiła kiedy ktoś wywierał na niej presję, ale dźwięk lecącego ruja czegoś wyraźnie nieprzyjaźnie nastawionego nie dało jej czasu na zbyt długie przemyślenia. Zapach żywicy zwyciężył. Może kojarzył się jej trochę z terpentyną, z czymś znanym. Tu też miała inne zdanie. Nie sądziła, by wszystkie drzwi prowadziły do tego samego miejsca. Nie było by ich tyle. Ale nie było czasu by się nad tym zastanawiać. Tadashi pomógł jej popchnąć drzwi, które stawiały niemały opór. W końcu się udało. Wszyscy wbiegli wprost... do lasu.
    - A to niespodzianka… - rzuciła z ironią. – Kto by się tego spodziewał. – dodała, po czym obróciła się w tył. Drzwi nie zamknęły się, ale nie mogły ich przekroczyć latające stworzenia. Ciekawiło ją czy mogli tam wrócić, ale nie na tyle by dać się pogryźć.
    - Domyślam się, że nikt nie wie gdzie jesteśmy i jak iść dalej. – powiedziała zaczynając iść do przodu. Już nie czuła tego napięcia, że zaraz ktoś może ją zastrzelić. Sytuacja się zmieniła. Większa grupa dawała większe szanse przeżycia. Nie wiadomo, kto mógł się do czego przydać. Nawet Elsa zmieniła swoją władczą postawę. Widocznie nie tego się spodziewała. Nic nie szło z jej planem, chyba że jej planem było spędzenie trochę czasu z Lancelotem, od którego rzadko odrywała wzrok.
    - Proponuję zebrać trochę suchego drewna i rozpalić ognisko. Niedługo będzie się ściemniać i zrobi się chłodno. – rzucił Tadashi.
    - Możemy też zbudować szałasy. – dodała Harper. – Musimy tylko wybrać odpowiednie miejsce. – stwierdziła, po czym spojrzała na Lancelota. Wiedziała, że teraz nie powinien chodzić.
    - Zostań tu jeśli chcesz. Usiądziesz pod drzewem i trochę odpoczniesz. – powiedziała rozglądając się dookoła. Wszystko wyglądało w porządku. W dodatku struktura boru pozwala prawie wszystko zobaczyć. Oczyszczone pnie wysokich sosen nie ograniczały widoczności. W dodatku dno lasu porastały miękkie mchy i jagody. Było tu aż nad spokojnie w porównaniu do tego co w ostatnim czasie przeżyli.
    - O mnie się tak nie martwisz. Może powinienem pomyśleć nad złamaniem kilku żeber. – rzucił rozbawiony w jej stronę Tadashi, któremu miała ochotę w tym momencie urwać głowę.
    - Może powinieneś pomyśleć nad skręceniem karku. – odparła ruszając dalej, na co rozbawiło większość ekspedycji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Pomyślałam, że może zostawiłam Cię w trochę niewygodnej sytuacji i coś dodam, skoro jeszcze mi nie odpisałeś. Teraz pewnie będzie łatwiej kontynuować.]

      Wszyscy rozeszli się w poszukiwaniu czegoś co nadawałoby się na opał do ogniska. Harper wraz z Tadashim skierowali się na wschód, ludzie Elsy na zachód, a ona sama wraz z Larą na północ. Willow była pozytywnie zaskoczona, że ta również chciała pomóc. Działanie w zespole mogło teraz zadecydować o wszystkim. Nikt nie chciał nikomu podpaść na tyle by w nocy przypadkiem jakiś nóż nie wylądował w pod jego żebrami. Podczas przechadzki kompletnie straciła orientacje w terenie. Wydawało się jej, że nie przeszli za daleko. Nie czuła nawet zmęczenia. Jednak już dawno straciła z pola widzenia innych. Rozmawiali aż Tadashi zauważył większą kłodę, którą zamierzał przytaszczyć. Oddalił się po nią. Harper nie zwróciła na to większej uwagi. Dalej była zaabsorbowana zbieraniem drobniejszych gałęzi. Jednak Tadashi długo nie wracał.
      - Tadashi! – wołała na próżno. Ruszyła w stronę, gdzie miała znajdować się kłoda. Nadal tam była w przeciwieństwie do Azjaty.
      - To nie możliwe… - powiedziała cicho rozglądając się dookoła. Wszystko wydawało się być doskonale widoczne nawet w oddali.
      - Tadashi! – zaczęła krzyczeć ponownie i krążyć po lesie. Nie spotkała w nim nikogo. Przestraszona zaczęła biec próbując sobie przypomnieć które drzewa mijała, ale wszystkie wyglądały prawie tak samo. W końcu rozpoznała martwe, spróchniałe drzewo, które obrosły opieńki. Pokierowała się w jego stronę. Niedaleko powinien być Lancelot. O ile on też nie zniknął. Przestała biec. Zaczęła uważniej się rozglądać. Tu działo się coś dziwnego. Miała dziwne wrażenie, że ktoś ją obserwuje, ale nie mogła nikogo dostrzec. Zacisnęła mocno pięści próbując uspokoić oddech. Wiedziała, że musi się opanować. Być może wszystko było tylko jednym wielkim nieporozumieniem i wszyscy właśnie zabierali się do rozpalana ogniska. Jednak nie było ani dymu, ani żadnego głosu rozmów. Było jedynie słychać pojedyncze ptaki ukryte wysoko w koronach drzew. Nie pojawił się jednak dym ani nawet jego zapach . Miała wątpliwości, czy dalej zmierza w dobrym kierunku. Cały czasu czuła się jak ofiara na którą ktoś próbuje polować. Wiedziała, że sama sobie pozwala tak o sobie myśleć i musi to zmienić. Uspokoiła się czując jak w raz z adrenaliną przypływają do niej pokłady siły. W razie czego była gotowa się bronić. Przynajmniej tak myślała. W końcu w oddali dostrzegła wrota przez które przeszli. Odbiła w prawo i ujrzała Knighta siedzącego pod drzewem. Odetchnęła z ulgą i pobiegła w jego stronę.
      - Jesteś… - wymamrotała dysząc. – Tadashi zniknął. Szukałam go, ale jakby rozpłynął się w powietrzu. – dodała pośpiesznie – Nie widziałam też reszty. Las wydaje się kompletnie pusty. Bałam się, że i ciebie tu nie będzie. – powiedziała ledwo łapiąc oddech. - To nie jest normalny las.

      Usuń
  16. [Chyba aż za bardzo :P Wszystko jest lepsze niż nauka :P Na razie do przodu, chociaż materiał jest czasami bardziej śmieszny niż poważny. Z takiej produkcyjności, gdzie na ćwiczeniach cały czas było trzeba coś liczyć i robić z tego sprawozdania z wykresami, to na egzaminie pytania o GODZINY powstania oceanów, ludzi np. Homo (nie)sapiens pojawił się o 23:59:22, o której ilość tlenu przekroczyła 10% - (o 13:32) w atmosferze, temperatury…, niestety do tego były też pytania bardziej powiązane z przedmiotem, ale zaliczone. Dzisiaj będzie trochę gorzej. A u Ty już po?]

    - Był przy mnie. Na chwilę odszedł kawałek dalej po kłodę, odwróciłam się i już go nie było. A w tym lesie nie tak łatwo się ukryć. – stwierdziła. – Chyba, że jest tu coś więcej niż możemy to dostrzec. – dodała zastanawiając się. Dopiero, kiedy powiedział, że nad nimi nie ma nieba przyjrzała się górze. Ciekawiło ją skąd pochodziło owe światło. Gdzieś musiało być jego źródło. Być może było ukryte jak i fragmenty lasu, które mogły zmieniać swoje pozycje.
    - Zaczekajmy. Co jeśli któreś z nich wróci? Może wyjaśni też co tu się dzieje. A co jeśli las stanowi pewnego rodzaju złudzenie? Albo znajdują się w nim jakieś ruchome portale? – zaczęła wymyślać. To wszystko było tak nierealne, że i to było możliwe.
    Kiedy zaczął prawić jej komplementy zmarszczyła brwi. Zachowywał się co najmniej dziwnie. Zaczęła się zastanawiać czy przypadkiem gdy został tu sam nikt go nie uderzył w głowę. A może tak reagował na stres, traumatyczne przeżycia? Cały czas patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami nie wierząc w to co właśnie się tu działo.
    - Paliłeś coś? Piłeś? – spytała, ale nie wyczuła od niego alkoholu, chociaż wiedziała, że któryś z ludzi Elsy wziął ze sobą butelkę whisky, a plecaków nie brali ze sobą. Gdy podszedł do niej aż nazbyt blisko naruszając jej strefę komfortu i dotknął jej policzka zamurowało ją. W pierwszym momencie pomyślała, że była brudna, ale ten jego wzrok…
    - Co z tobą nie tak?! – powiedziała w końcu odsuwając się o krok do tyłu i wpadając na drzewo. – Właśnie powiedziałam, że zaginęli nam ludzie, a ty… Do czego ty tak właściwie zmierzałeś? – spytała nie dopuszczając do siebie pewnych myśli. Zdenerwowała się czując jak do jej twarzy napływa ciepło. Wiedziała, że teraz z pewnością była czerwona.
    - Może jednak pójdę ich jeszcze poszukać, a ty tu zostań i przemyśl swoje zachowanie. - rzuciła szybko odsuwając się jeszcze dalej. W pewnym momencie poczuła jak ktoś dotyka jej ręki. Wzdrygnęła się, bo nikogo obok niej nie było. Nikogo nie widziała. Miała wrażenie, że czyjaś dłoń zaczyna zaciskać się na jej nadgarstku. Przestraszona szybko wyrwała rękę.
    - Coś tu jest… - rzuciła wracając do Lancelota. – Coś złapało mnie za rękę. – dodała przyglądając się swojemu nadgarstkowi, na którym został odciśnięty dziwny kształt. Zauważyła jeszcze coś innego. Jej poparzenie już nie piekło. Odwinęła kawałek materiału, którym miała zabandażowaną rękę.
    - Zagoiło się…

    [Z trzech opcji wybieram tą czwartą :D Pyłki... Dobre :D]

    OdpowiedzUsuń
  17. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  18. [To kiedy się wypali? :D U nas były jeszcze do podania liczby pozyskania gatunku jakiegoś drzewa w nadleśnictwach z 2012 roku… No bo czemu i nie :D]

    Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć czy zrobić na szczęście oprzytomniał. Mimo wszystko nie mogła zmienić przez jakiś czas swojego zszokowanego wyrazu twarzy. Nie znali się zbyt dobrze, ale raczej mogła już stwierdzić, że takie zachowanie nie było do niego podobne. Kiedy sam sobie wymierzył karę podrapała się jedynie po głowie. Wcale nie była pewna czy do końca mu już minęło. Z resztą od początku darzyła go ograniczonym zaufaniem. Miał swoje tajemnice i kilka razy ją okłamał. Oczywiście ona też nie powiedziała mu wszystkiego. Lancelot pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy, że Harper może wiedzieć coś więcej.
    - Pierwszy raz słyszę by ktoś zrzucał winę na las po tym jak kogoś pocałował. – stwierdziła bezczelnie się na niego patrząc. Nie zamierzała się nad nim znęcać. Samo wyszło. - Nikczemne drzewka. – dodała z dezaprobatą kręcąc głową. - Ciekawe czy zachowywałbyś się tak samo, gdyby zamiast mnie przyszedł tu Tadashi… - rzuciła niby to pod nosem próbując niezbyt skutecznie stłumić nadciągający wybuch śmiechu. – I jeśli poczuję do ciebie jakieś dziwne ciągoty to bądź pewien, że nie dam ci znać. – zapewniła go.
    Ponownie spojrzała na swoją dłoń i znak, który się na niej pojawił. Przypominał odcisk kciuka. Coś lub ktoś pomógł jej. A może to też było tylko złudzenie? W każdym bądź razie już nie bolało. Zwróciła na niego wzrok słysząc jego przypuszczenia. Mogło coś w tym być. Faktycznie w przeciwieństwie do reszty nie mieli broni. Ciekawiło ją co się z nimi działo, bo mimo wszystko miała nadzieję, że nadal żyją.
    - Z tymi żebrami nigdzie nie pójdziesz. – odparła. – Chyba, że… - odwróciła się w kierunku skąd przyszła. – Chyba, że cokolwiek tu jest, może cię uzdrowić. – dodała.
    - Jest tu ktoś?! – zawołała. – Nie widzę cię, ale wiem, że tu jesteś. Proszę, jeśli możesz pomóż mu. – poprosiła uznając, że nie zaszkodzi spróbować. Przez moment ni stąd ni zowąd zerwał się wiatr. Wcześniej bezwietrzny las zaczął szumieć. Zaczął mówić. Pierwszy raz słyszała ten język, ale doskonale rozumiała wszystkie słowa. Ponownie poczuła jak coś łapie ją za rękę i kieruje ją tak by widziała nowe znamię. Nie wiedziała czy Lancelot też to wszystko słyszy.
    - Powiedziało, że zostałam naznaczona. Sama teraz mogę uzdrawiać, ale muszę pamiętać, że wszystko ma swoją cenę. Równowaga musi być zachowana. A tak poza tym to jeszcze to, że już nigdy stąd nie wyjdę. – powiedziała drżącym głosem kiedy ustał wiatr, po czym nagle zaczęły spadać na nią liście, co nie było normalne w borze, gdzie rosły same iglaste drzewa. Oblepiały ją tworząc jakiś strój.
    - Co tu się dzieje?! – zawołała widząc zamiast swoich ubrań liściastą sukienkę. - Zostałam jakąś cholerną rusałką?!

    [Wybacz skasowany komentarz, ale dręczył mnie jeden straszny błąd, który musiałam poprawić :P]

    OdpowiedzUsuń
  19. Szybko otrząsnęła się z tego co przed chwilą widziała i słyszała. Ponownie wyglądała normalnie. Tak, to musiał być efekt tego przeklętego lasu, co nie zmieniało faktu, że z jej ręki zniknęło rozległe poparzenie. Coś tu się działo, ale nie do końca była pewna czy chciała wiedzieć co. Lancelot miał rację, było trzeba się stąd po prostu wynosić, bo uszczerbek na zdrowiu psychicznym mógł być jeszcze gorszy jak ten na zdrowiu fizycznym.
    Złapała torbę, którą jej rzucił i przełożyła ją przez ramię. Nie była ciężka. Ta, którą wziął on wyglądała znacznie gorzej.
    - Poradzę sobie z dwiema. – powiedziała zabierając mu bagaż. Nie chciała by padł jej po drodze, bo choć bardzo ładnie udawał, że jest lepiej, to wiedziała, że tak nie było.
    Wyruszyli inną drogą niż ta, którą szła poprzednio. Ta w odróżnieniu od tej poprzedniej miała wyraźnie zaznaczony ślad, co mogło być równie dobrze pomocne co i zgubne. Kiedy zauważyli Azjatę zaraz do niego podbiegła. Nie wyglądał najlepiej. Przykucnęła przy nim przyglądając się jego twarzy. Jego wzrok był nieobecny. Nawet nie zauważył jak przyszli. Złapała go za ramię i nim potrząsnęła. Może nie było to zbyt subtelne potrząśnięcie, ale za to skuteczne.
    - Tadashi… Ocknij się. – rzuciła, kiedy ten w końcu na nią spojrzał. – Gdzie byłeś? – spytała marszcząc brwi. Czarnowłosy powoli odzyskiwał kolory na bladej twarzy.
    - Widziałem go. Kazał mi ze sobą iść, a później tu zaczekać. – odparł przecierając oczy.
    - Kto? – zadała pytanie rozglądając się po lesie, ale nikogo poza ich trójką nie było widać.
    - Matt. – wyszeptał. – On tu jest. Powiedział, że wyleczył ci rękę. – dodał.
    - Matt nie żyje. Widzieliśmy jak umierał. To tylko iluzje. – odparła z lekkim zawahaniem w głosie. – A teraz wstań. – rzuciła łapiąc go za nadgarstek.
    - Oparzenie zniknęło… - powiedział na widok jej ręki.
    - Tadashi co to jest? – spytała widząc dziwną, złotą bransoletę na jego nadgarstku. Ten zaraz wyrwał rękę i schował ją za sobą. Zachowywał się co najmniej podejrzanie.
    - Zabrałeś to z komnaty? - spojrzała na niego spode łba. Czasem potrafił zachowywać się jak dziecko. – Zrobiłeś to, prawda?
    - Przecież nic się nie stało. – odparł, ale Harper nie dała za wygraną. Zaczęła się z nim szarpać aż w końcu zdjęła mu bransoletę. Otaczająca ich przestrzeń diametralnie się zmieniła. Nadal byli w lesie, w znacznej mierze wykarczowanym lesie, w centrum którego znajdowała się owiana mgłą, niewielka, drewniana wioska. Wszystkie chatki były bogato rzeźbione, a na środku żarzyło się ogromne palenisko.
    - Nic się nie stało, co? – rzuciła wstając. Znalazła się też pozostała część ekspedycji. Związani siedzieli pod drzewem, a ich samych otaczali dziwnie ubrani, uzbrojeni ludzie. Niektórzy nosili maski, resztę twarzy zdobiły ciemne, wzorzyste tatuaże. Nastroje wśród nich były widocznie podzielone. Czyżby te wszystkie podszepty były ich zasługą?

    OdpowiedzUsuń
  20. Słuchała go marszcząc brwi. Mówił trochę jak potłuczony. W sumie to trochę faktycznie taki był, choć to co wspomniał o grzechach zapaliło nad jej głową żaróweczkę. Obawiała się, że miał rację i byli wystawieni na próbę siedmiu grzechów głównych i być może faktycznie będą musieli się z nich wyspowiadać. Tylko jakie były konsekwencje tych grzechów? Jeden z ludzi Elsy przypłacił je życiem, jeśli jego obżarstwo było można przypisać do nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. Co w takim razie mogło czekać Tadashiego? Księga, którą konserwowała również zawierała ilustracje przedstawiające historie opowiadające o grzechach. Na kolejnych był zobrazowany sąd ostateczny. Tylko czy aby nie poddać się sądowi ostatecznemu nie należało najpierw umrzeć? Taka opcja za bardzo się jej nie uśmiechała. Może tu było trochę inaczej. Może Eden nie oznaczał nieba, ale działał na podobnych zasadach? A może Eden nie był już tak idealny jak w pierwotnych założeniach? Wszystko było możliwe, ale na razie mieli inny problem.
    Kiedy Lancelot zwrócił bransoletę Tadashiemu i kazał mu ją oddać Azjata nie był do końca przekonany, co było wprost wypisane na jego twarzy. Harper z resztą też miała wątpliwości czy to cokolwiek zmieni w ich niezbyt komfortowym położeniu. Nie wiedziała kim byli owi ludzie i skąd się tu wzięli. Przypominali jej jedynie dawnych Maorysów, choć miała nadzieję, że ci w przeciwieństwie do tamtych plemion nie praktykowali kanibalizmu. A to, że grupka z nich niosła ogromny kocioł, który postawiono na palenisku nic nie musiało znaczyć.
    - A co wy na to żeby po prostu zacząć uciekać? – zaproponował Azjata również z zaniepokojeniem przyglądając się naczyniu, w którym zaraz miała zacząć gotować się woda. – Poza tym jestem buddystą. Buddyści się nie spowiadają. – dodał z przepraszającym uśmiechem wzruszając bezradnie ramionami.
    - Dureń. – burknęła w jego stronę Harper, po czym skierowała wzrok na Lancelota. – Obawiam się, że nie będzie to takie proste. I obawiam się, że mogą nie znać arabskiego. Może hebrajski. – stwierdziła, po czym zakryła dłonią usta coś sobie przypominając. Zamiast skupiać się na tym co było za ilustracjami opowiadającymi o grzechach powinna wrócić do tego co było wcześniej.
    - To jest przeklęte plemię Kaina, które nigdy nie będzie mogło wejść do raju. Miało cierpieć wieczne męki spoglądając jedynie na bramę. – powiedziała zaczynając nerwowo się rozglądać. – Jeśli w ogóle gdzieś tu jest.. Brama musi być niedaleko. – dodała. Tubylcy zaczynali coraz bardziej się do nich zbliżać. Trzeba było działać. Niezwłocznie działać. – Musimy najpierw pomóc reszcie. – rzuciła widząc ich wystraszone twarze.
    - Oni by was nie ratowali. – odparł Azjata. – No może blondynka ocaliłaby ciebie. – zwrócił się z uśmieszkiem do Lancelota.

    OdpowiedzUsuń
  21. [Kiedy Harper była pyszna? :D]

    Gdy ruszył w ich stronę chciała go jakoś powstrzymać, ale było za późno. Równie dobrze mogła krzyknąć coś w rodzaju „Miło było cię poznać” czy „Jeśli przeżyję to czasem zapalę świeczkę na twoim grobie”. Na szczęście tubylcy nie byli tak gwałtowni. Również była zdziwiona, kiedy okazało się, że wszystkich języków jakimi próbował porozumieć się z nimi Lancelot znali łacinę. Zaskoczyła ją również posłuszność Tadashiego. Chyba musiał się naprawdę przestraszyć, bo słynął raczej bardziej brawurowego, nieraz idiotycznego działania. Nie przysłuchiwała się kiedy Lancelot zaczął się spowiadać. Uważała, że nie powinna. Gdy zaczęli się naradzać zauważyła, jak Azjata zaczyna dyskretnie wyciągać zza koszuli jakieś krzywo poskładane skrawki papieru. Na pierwszy rzut oka zauważyła znane jej ilustracje z księgi. Księgi, którą Tadashi musiał ukraść, a na dodatek powyrywać z niej kartki, bo okładka pewnie była za ciężka. Cóż, na pewno w takiej wyprawie byłaby niezbyt praktyczna, a że był to zabytek… To nie miało dla niego żadnego znaczenia, a ze skanowaniem było by za dużo roboty. Spojrzał na nią z trudem się nie uśmiechając.
    - Jesteś jakimś kleptomanem? – spytała szeptem niemal nie poruszając ustami.
    - Czasem przywłaszczam sobie co może się mi przydać. – odparł lekko wzruszając ramionami, po czym miejscowi wydali werdykt, który nie spodobał się zarówno Azjacie jak i dwóm kobietom.
    - Mam inną propozycję. – rzuciła wyrywając zszokowanemu Tadashiemu kartki. Kompletnie nie była pewna tego co robi. Nie wiedziała co dokładnie zawierała księga ani w jakim języku została zapisana i do czego można wykorzystać jej zawartość. Być może popełniała straszny błąd chcąc wymienić się jej skrawkami za ich wolność. Jednak działała pod wpływem chwili.
    - Przepuścicie nas wszystkich w zamian za to. – powiedziała pokazując im z daleka jedną rozprostowaną kartkę, która jak się okazało wzbudziła niemałe zainteresowanie. Jeden z nich podszedł i wziął ją od niej. Zaczęli się ponownie naradzać, a ich twarze nie wyglądały na zadowolone. Bała się, że zechcą je wyrwać jej po prostu siłą i tyle z jej małego szantażu. Kilku z nich zaczęło nawet zmierzać w jej stronę.
    - Jeśli się nie zgodzicie jestem gotowa je zjeść. – ostrzegła, po chwili zaczynając mieć wizje jak rozcinają jej brzuch i z jej trzewi wyciągają papiery. Musiała się ugryźć w język by przypadkiem im nie podsunąć tego cudownego pomysłu. Ktoś wyglądający na wodza tego plemienia na szczęście kazał się im zatrzymać, po czym na chwilę zniknął wchodząc do jednej z chatek by wynieść z niej rzeźbiony kamień.
    - Zgoda. To jest kamień, który umożliwi wam dalsze przejście. Jeśli spotkacie kogoś po drodze pokarzcie mu go, a was przepuści. – oznajmił podchodząc do Harper by dokonać wymiany.
    - Skąd wiemy, że nie próbujesz nas oszukać? – spytała lekko się cofając. Nie wiedziała czy można było mu zaufać i jakie panowały tu zwyczaje. Nie wszędzie danie słowa coś znaczyło.
    - Pójdzie z wami mój syn. Kiedy dotrzecie do bramy puścicie go wolno, a jeśli coś mu się stanie zginiecie. – odparł przywołując gestem swojego syna, który od teraz miał robić za zakładnika. Syn wyglądem przypominał rosłego kulturystę, który zapewne mógłby ich wszystkich pozabijać choćby kciukiem.

    OdpowiedzUsuń
  22. Harper nie myślała o tym, że może już nie wrócić do normalnego świata, o ile jakikolwiek było można nazwać normalnym. Nie rozpamiętywała przeszłości ani nie planowała przyszłości. Doskonale wiedziała, że może zginąć tu w każdej chwili, tak samo jak i na powierzchni. Śmierć była tylko śmiercią, a ta nikogo nie ominie. Jednak teraz nie chciała umierać. Nie, kiedy Eden mógł być tak blisko. Czuła, że jest. Ani trochę nie była przekonana do ich zakładnika. Może nawet trochę się go bała. Reszta również podchodziła do niego z dużą rezerwą. Nie wszyscy też chcieli iść dalej, ale jeszcze bardziej obawiali się zawrócić. Ruszyli jednak za nim jak te owieczki, które mogły być prowadzone na rzeź. Willow starała się skupiać na drodze, ale rozpraszało ją zachowanie kompanów. Teraz nikogo nie obchodziło, kto i za co płacił, wszyscy stanęli na równi. Elsa już dawno spadła z ich piedestału. Jako grupa mieli większe szanse na przeżycie, ale jeśli zaszłaby potrzeba pewnie mało kto zawahałby się przed poświęceniem życia któregoś ze swoich towarzyszy.
    Nie podobała się jej nagła zmiana drogi, ale nie protestowała. Kiedy dotarli do rzeki na brzegu której znajdywały się dwa kanu wiedziała, że zaraz zaczną się nowe kłopoty. Jedna kanu mogła pomieścić dwie, maksymalnie trzy osoby, a ich była siódemka. Dwóch strażników Elsy rzuciło się w kierunku jednej z nich. Za nimi pobiegła Lara, która po chwili obaliła na ziemię jednego z nich. Kiedy ten drugi znalazł się już w kanu nawet nie obejrzał się do tyłu, a od razu zaczął próbować odpychać łódkę w stronę rzeki. Jego starania zniweczył Tadashi, który wywlekł go za fraki zadając jeden, za to bardzo skuteczny cios, który szybko go ubezwładnił. Nie czekając na Larę Elsa skorzystała z okazji zajmując jedno z miejsc by drugie zarezerwować Lancelotowi. Reszta zdawała się jej w ogóle nie obchodzić. Harper stała jedynie na brzegu obserwując przebieg zdarzeń. Spojrzała na mężczyznę, który ich tu przyprowadził. Uśmiechał się. Widziała w jego oczach zadowolenie, kiedy dwójka ludzi Elsy próbowała się wzajemnie pozabijać. Przerażał ją coraz bardziej. Nagle poczuła jak ktoś szarpie ją za rękę. Skrzywiła się czując ból.
    - Pośpiesz się. – rzucił w jej stronę Tadashi ciągnąc ją w stronę kanu. W tym momencie rozległ się dźwięk łamanego karku. Lara wypuszczała z rąk bezwładne ciało swojego kolegi. Natychmiast pobiegła do wolnej łódki próbując odbić od brzegu.
    - Nie tak szybko! – zawołał Azjata wpychając Harper do łódki, po czym sam zajął trzecie miejsce albo to co mogło się nim wydawać. Kiedy tylko odepchnęli łódki, a te porwał przybierający na sile nurt szybko okazało się, że z pewnością nie są trzyosobowe. Łódka, w której płynęła Harper zaczynała niebezpiecznie podtapiać się i ocierać o znajdujące się w płytszych partiach rzeki, ostre skały.
    - Jesteśmy za ciężcy! – krzyknęła Harper. Lara natychmiast przeniosła na nią swój obłąkany chęcią mordu wzrok. Oddzielał ją od niej tylko Tadashi, który starał się utrzymać kanu w jakiejś równowadze. Przy kolejnym, większym otarciu ich łajba przedziurawiła się. Wszyscy wiedzieli, że w trójkę z pewnością nie mają szans. Lara natychmiast przystąpiła do działania. Na łódce zaczęła się szarpanina. Kiedy Tadashi zrobił unik przed uderzeniem Lary ta poleciała do przodu popychając Harper. Topiące się kanu zakołysało się. Lara nie ustępowała aż w końcu wypchnęła Harper z łódki, która zaraz po tym przewróciła się na drugą stronę.

    OdpowiedzUsuń
  23. Harper niewiele słyszała z tego co mówił Lancelot. Woda skutecznie zagłuszała jego słowa. Była obolała od uderzeń i przerażona. Nie potrafiła zbyt dobrze pływać. Niemalże nieruchome jezioro stanowiło dla niej nie lada wyzwanie, a co dopiero rwąca rzeka. Próbowała łapać się przewróconego kanu, ale prąd był zbyt silny. Nie spostrzegła nawet kiedy reszta skoczyła do wody. W pewnym momencie poczuła jak ktoś łapie ją za rękę. Miała nadzieję, że to nie szalona Lara, bo wiedziała, że w wodzie nie będzie miała z nią żadnych szans. Ulżyło jej widząc, że to Lancelot. Jak na razie nie przejawiał ochoty pozbawienia jej życia. Nurt w dziwny sposób zwolnił. Wszystko wydawało się na dobre uspokoić, ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Usłyszała dźwięk spadającej z impetem wody i wiedziała, że zaraz czeka ich to samo. Nawet nie chciała myśleć o możliwości rozbicia się o jakieś skały czy o utonięciu. Nabrała w płuca jak najwięcej powietrza z nadzieją, że może to jej pomoże wypłynąć, ale kiedy zaczęli spadać nie mogła powstrzymać się od krzyku. Z resztą nie tylko ona. I cały misterny plan diabli wzięli. Kiedy zaczęła spadać czuła jakby żołądek podchodził jej do gardła, a serce biło jak oszalałe. Jej największy koszmar miał się właśnie ziścić. Na początku poczuła ból, a następnie bezradność. Prąd wirowy zaczął wciągać ją pod wodę. Nie czuła dna, nie czuła jakiejkolwiek stabilności. Woda miotała jej ciałem. Jednak instynkt przetrwania kazał jej walczyć. Z całych sił próbowała wypłynąć, uciec przed wodospadem. Machała rękami i nogami w stylu kraula, a przynajmniej z takim zamiarem. Z wielkim trudem przebijała się przez fale ledwo łapiąc ostatki powietrza, które zastępowała woda. Nie czuła już bólu. Wiedziała, że buzowała w niej adrenalina. Nie przestawała. Szukała okazji by znaleźć jakiś przeciwny prąd.
    - Harper płyń w lewo! – usłyszała jakiś głos. Nie wiedziała czyj i wcale nie była pewna czy nie pochodził z jej głowy. Skierowała się mimo wszystko jak podpowiadał jej głos, gdzie nurt porwał ją w przeciwną stronę od wodospadu. Wiedziała, że to było tylko chwilowe i nie może zmarnować swojej szansy. Postanowiła, że nie zginie w tej wodzie. Ujrzała Tadashiego podpłynął do niej chcąc jej pomóc, chociaż sam miał duże problemy z uderzającymi falami. Złapał ją za ręce próbując przeciągnąć ją w spokojniejszy obszar. Jakiś mniejszy wir obrócił ich o sto osiemdziesiąt stopni. Teraz Tadashi miał być wciągnięty pod wodę i porwany przez wir. Harper w panice ciągnęła go w swoją stronę, ale ten pokręcił tylko przecząco głową. Nie zamierzała się jednak poddać, chociaż nie miała żadnych szans. Tadashi z całych sił odepchnął ją od siebie.
    - Przeżyj! – krzyknął, po czym wir wciągnął go pod wodę.
    - Tadashi! – zawołała, ale już nie było go widać. Wiedziała, że teraz nic już nie może zrobić. Wyrzucała sobie to, że była taka słaba, to że powinna być na jego miejscu. Nie mogła jednak zmarnować jego poświęcenia i zostać tu czekając aż kolejna fala ją pochłonie. Wydostała się spod niebezpiecznych prądów i dobiła do brzegu ciężko łapiąc powietrze. Nie wstając nawet z kolan cały czas patrzyła się w stronę wody, a po jej twarzy zaczęły płynąć niekontrolowane łzy.

    OdpowiedzUsuń
  24. Przez dłuższy czas patrzyła wprost przed siebie w kierunku wody. Wiedziała, że jej przyjaciel już się nie wynurzy, ale i tam miała nadzieję na jakiś cud. W końcu to nie było normalne miejsce. Tu wszystko mogło się zdarzyć. Naprawdę chciała w to wierzyć. Kiedy Lancelot usiadł na ziemi z trudem oddychając szybko się do niego przysunęła. Widziała, że był w stanie hiperwentylacji. Nawet nie podejrzewała, że może tak zareagować. Ta sytuacja zaczynała przerastać ich wszystkich.
    - Spokojnie. Uspokój się. – powiedziała kładąc dłonie na jego ramionach. – Musisz wolniej oddychać i nie nabierać tyle powietrza. Oddychaj razem ze mną. – poleciła próbując go uspokoić i zademonstrować jak powinien oddychać by wszystko wróciło do normy. Nie było to łatwe, kiedy jej samej drżał głos. Wiedziała, że musi wziąć się w garść, bo to nie był jeszcze koniec. Nie potrafiła przywrócić życia Tadashiemu, a jego poświęcenie nie mogło pójść na marne. Nadal była w lekkim szoku i nie do końca dochodziło do niej to, że go straciła. Czuła się trochę zagubiona i porzucona. Nie spodziewała się tego co za chwilę miał zrobić Lancelot. Kiedy ją przytulił przez chwilę stała sztywno nie wiedząc co zrobić z rękami. Nie była przyzwyczajona do takich gestów. W końcu niezdarnie objęła go w pasie. W dziwny sposób pomogło to jej, chociaż jednocześnie sprawiało, że miała ochotę pozwolić ujść wszystkim emocjom na raz.
    - Jaki ckliwy obrazek. – rzuciła Lara. – Faktycznie szkoda przystojniaka, ale żeby tak zaraz rozpaczać... Wyjedź sobie do Azji i poszukaj następnego. Z resztą i tak pewnie w końcu sama musiałabym go zabić, a że wodospad mnie w tym wyręczył… - kontynuowała aż w końcu Harper oswobodziła się z uścisku i bez zastanowienie przyłożyła pięścią w twarz kobiety, która zachwiała się i upadła na ziemię. Rozmasowała obolałą żuchwę po czym wstała mrużąc oczy. Już była gotowa na odwet, ale powstrzymała ją Elsa.
    - Spokój. – wycedziła przez zęby w kierunku Lary. – Zasłużyłaś sobie. Poza tym w grupie mamy większe szanse, chociaż to miejsce być może wszystkich nas wykończy. Musimy nazbierać drewna i rozpalić ognisko. Wszyscy jesteśmy mokrzy, do tego niedługo nadejdzie noc. – dodała łapiąc za rękę Larę i ruszyła w głąb wyspy. Kłębiące się w Harper emocje zaczęły trochę opadać. Dotarło do niej również to, że jest cała mokra i zaczyna dygotać z zimna. Objęła się ramionami i odwróciła w stronę Lancelota.
    - Gotowy na wycieczkę po piekle?

    OdpowiedzUsuń
  25. Kiedy w końcu pojawiło się ognisko przez pewien czas siedziała przy nim nieruchomo wpatrując się w płomienie. Dopiero później ściągnęła z siebie przemoczone ubranie zostając w bieliźnie. Następnie rozpuściła kręcone włosy by szybciej wyschły. Usiadła przy ogniu obejmując dłońmi kolana. Nie czuła się komfortowo. Jej ciało również zdobiło kilka blizn, których pochodzenia w większości nawet nie pamiętała. Nie miała ochoty się stąd ruszać choć wiedziała, że to był tylko przystanek. Praktycznie nie mieli jedzenia i trzeba było coś znaleźć. Nikt z nich nie najadł się małym batonikiem. Harper głośno burczało w brzuchu i nic nie mogła na to poradzić. Po prostu potrzebowała mięsa. Kiedy jej koszula trochę przeschła włożyła ją na siebie i zaczęła się rozglądać. Gdzieś tu musiały kryć się jakieś zwierzęta, rosnąć jakieś jadalne rośliny wystarczyło tylko ich poszukać. Jednak nie sądziła, że boso za daleko zajdzie. Kiedy zeszła już z plażowego piasku ruszyła w stronę zarośli. Ostrożnie stawiała każdy krok uważnie obserwując otoczenie. Było tu nadzwyczaj spokojnie. Aż za spokojnie. W powietrzu unosił się jakiś przyjemny zapach. Podążyła za nim jak zahipnotyzowana. Na końcu drogi rósł sporych rozmiarów krzew. Na pokrytych grubymi cierniami gałęziach wyrastały się niebieskie, wonne kwiaty i owoce wielkości pomarańczy. Nigdy wcześniej takich nie widziała. Postanowiła zerwać kilka. Wyciągnęła dłoń w ich kierunku starając się nie pokaleczyć, co było praktycznie niemożliwe. Ciernie były zbyt gęste. Przy każdej próbie boleśnie wbijały się jej skórę. W końcu jednak strąciła kilka owoców, które następnie zebrała w podwiniętą koszulę. Miała już wracać, ale coś nagle zaszeleściło. Zatrzymała się uważnie nasłuchując źródła dźwięku. W pewnym momencie poczuła na kostce lekkie łaskotanie. Spojrzała na nią. Początkowo płożąca się po glebie roślina zaczęła okręcać się wokół jej nogi i zaciskać się coraz mocniej wbijając w nią nowopowstałe ciernie. Harper zasyczała z bólu widząc jak roślina ją kaleczy. Wypuściła owoce próbując się uwolnić. Wolała się nie szarpać. Starała się spokojnie odwinąć z siebie pędy, ale te jedynie zaczęły pętać jej dłonie. Zmieniła strategię. Tym razem użyła siły, jednak roślina musiała być zbudowana z mocnych włókien, które nie chciały ustąpić. Krzew coraz bardziej przyciągał ją w swoją stronę. Już miała zacząć krzyczeć, kiedy jej oczom ukazał się jakiś mężczyzna. Prawie nagi mężczyzna i znów zaczęła rozważać to by nie zacząć wydawać z siebie przerażających dźwięków. Nieznajomy jednym cięciem odciął pędy, które ją oplotły. Te natychmiast zwiędły. Harper szybko zrzuciła je z siebie i spojrzała na twarz mężczyzny starając się widzieć tylko ją.
    - Dziękuję. – wymamrotała niepewnie nie wiedząc nawet czy on zna ten język. Nic jej nie odpowiedział, za to zaczął do niej podchodzić i przyglądać się jej z nieukrywaną ciekawością. Przestraszyła się trochę zaczynając się cofać aż w końcu ponownie znalazła się na plaży widząc resztę grzejącą się przy ognisku.
    - Chyba znalazłam Tarzana...

    OdpowiedzUsuń