Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

2 listopada 2014

[KP] Akkarin

Akkarin
'Robin'

Spędzając swoje dzieciństwo w najmroczniejszych częściach miasta, długo wahał się co zrobić by móc żyć. Odpowiedź przyszła pewnego chłodnego listopadowego dnia, wraz z człowiekiem zwanym Ethanem Athos.

Akkarin zwany od tej pory Robinem, uczył się szybko i wytrwale tego, jak uszczuplić dobytek tych, którym się w życiu zbyt dobrze powodziło.

Im starszy był, tym trudniejszych i bardziej ryzykownych zadań się podejmował. Wyrósł na wysokiego, zwinnego i sprawnego mężczyznę, którego zwinne palce z łatwością odpinały zdobne naszyjniki czy bransoletki, wysoko urodzonym damom, którym pochlebiało zainteresowanie przystojnego młodego człowieka o nieco dziwnych kocich oczach.

Z wysoka, ukryty za gęstym dymem, wydobywającym się z jednego z kominów, obserwował jak policja, wyprowadza jego mistrza i czterech z przybranych braci, skutych i powiązanych jak zwierzęta. Dopiero kiedy więźniarka odjechała a oficer wytaszczył z ich kryjówki skrzynkę z najcenniejszymi zdobyczami, z których kilka dyskretnie wsunął sobie do kieszeni, mógł zjeść i zajrzeć do mieszkania. Właściwie niewiele zostało z mebli i wyposażenia, więc nie miał nawet czego tu szukać. Opróżnił pozostałe, nie odnalezione przez policję, skrytki i zbiegł, nim ktoś z sąsiadów lub pozostawionych czujek zaalarmował znów policję. Został sierotą po raz drugi, choć jego prawdziwą rodzinę zabrała zaraza.

Dopiero kiedy minął rok i skończył 28 lat, a cała sprawa ze zlikwidowaniem szajki złodziei ucichła, znów wrócił do zawodu.

128 komentarzy:

  1. [No to zaczynam! :D]

    Elektryczne rozbłyski przecinały nocne niebo nad Londynem. Kolejny przeskok energii, która gromadziła się między wysokimi pylonami, mógł swą jasnością rywalizować z migoczącymi gwiazdami. Niektórzy przyglądali się temu z zadziwieniem i zachwytem, inni traktowali to już jak codzienność, a jeszcze inni...
    Patrzyli na to z goryczą.
    Lord Archibald Blackwood zadarł głowę, obserwując jak strzał elektryczny wędruje po kablach zaraz jednak rozpływając się w powietrzu. Zaciskał mocniej palce na dekoracyjnej główce laski, zagryzając nerwowo wargę. Jego pomysł, jego dzieło... Nieudolna tego kalka. Gdyby tylko mógł usprawniłby to tak, że nie ograniczałyby go żadne kable... Byłaby tylko czysta energia, która dociera niemalże wszędzie. Tutaj widział zmarnowany potencjał, coś co pochodziło z jego początkowych szkiców w Akademii - rozwinięcie ambitnego pomysłu całe szczęście zdążył ukryć nim rektor Akademii Filozofii Naturalnej położył na nim swoje łapska.
    - Dzień dobry, panie Blackwood...
    Archibald oderwał się od jadowitych myśli, kłaniając na powitanie mijającemu go mężczyźnie. Czarny cylinder ze skóry bobra zalśnił elegancją w kolejnym rozbłysku.
    Nie mógł teraz pogrążać się w amoku - zmierzał na spotkanie, a dżentelmeni w jego wieku się nie spóźniają. Biorąc jednak pod uwagę swojego gościa mógł sobie pozwolić na pewne odstępstwa. Sprawa nabierała sporej wagi, a plan rodzący się od tygodni w głowie lorda Blackwood musiał być dopięty na ostatni guzik.
    Wszystko co mieściły kartki papieru i analityczny umysł naukowca... Wszystko to potrzebowało jednego i dość znacznego czynnika nad którym niestety Archibald nie miał władzy - odrobiny pomocy z cieni. Miał nadzieję, że dzisiaj zawrze umowę z pewnym jegomościem, którego na ulicach nazywają "Robin".
    Blackwood nie zliczy dni, które poświęcił na wytropieniu tego tajemniczego złodzieja. Owszem, sława wyprzedza niektórych osobników, ale to nie znaczy, że oni sami podążają za nią głupio w owczym pędzie. Tego szczególnego kryminalistę najwidoczniej się nie szukało, a... To on wybierał cię na swojego pracodawcę?
    Naukowiec mógł mieć tylko nadzieję, że enigmatyczne ogłoszenie dotrze do odpowiednich uszu. Nie wątpił w inteligencje owego dżentelmena toteż był pewnien, że złamie on szyfr i odczyta wiadomość skierowaną tylko do niego. I pojawi się w umówionym miejscu o odpowiedniej porze.
    Cóż... Jeśli pojawi się ktoś nieproszony, Archibald miał kilka asów w rękawie, a dokładniej pistolet kalibru 7,65mm - niestety jednostrzałowy i to na bardzo krótką odległość. Być może jednak sztuczka na miarę sławetnych prestidigitatorów kupi mu trochę czasu. Lord wiele ryzykował, ale musiał wywalczyć zemstę...
    Blackwood rozejrzał się dookoła, kierując się w jedną z wielu ciasnych, londyńskich uliczek prowadzących do parku. Wciąż znajdował się w dzielnicy bogaczy, ale naukowiec nie mógł bawić się w uprzejmości i zapraszać swojego gościa do jakiejkolwiek rezydencji. Sam arystokrata nie chciał ruszać się do bardziej dyskretnych dzielnic niżej Londynu bez ochrony, a ona stwarzała niestety dodatkowych światków. Wybrał półśrodek czyli miejsce publiczne, ale możliwie jak najdalej od "gumowych uszu", przy pewnej altance koło rzeki.
    Baron dotarł tam w niekrótkim czasie i rozejrzał dookoła. Cisza... Spojrzawszy na zegarek, upewnił się, że nie przyszedł jednak za wcześnie.
    Gdzież jest więc jego, miał nadzieję, "wspólnik"?

    Lord Archibald Blackwood

    OdpowiedzUsuń
  2. Archibald odwrócił się lekko i subtelnie, choć słowa jakie do niego dotarły wywołały nieprzyjemny dreszcz rozchodzący się po krzyżu. Złodziej go zaskoczył, gdy pojawił się tak znikąd, ale naukowiec musiał zachować kamienny wyraz twarzy. Jak zawsze... Mowa ciała i wzrok wiele zdradzały, zwłaszcza jeśli chodziło o załatwianie interesów.
    Młody mężczyzna wyłonił się z cienia, jakby sam był z niego utkany. Bezszelestnie niczym kot. Prawdziwy znawca swojego zawodu. Blackwood liczył metry jakie pokonywał kryminalista zbliżając się do niego.
    Dokładnie cztery metry dwadzieścia dwa centymetry...
    Ukrywał broń krótkiego zasięgu inaczej nie podchodziłby tak blisko, a zachował stosowną odległość. Interesujące zabezpieczenie, podobne jego własnemu. Tutaj jednak Archibald, choć miałby idealne pole strzału, był na przegranej pozycji - nie jest powiedziane, że zdążyłby uruchomić mechanizm sprężynowy i wysunąć pistolet z rękawa.
    Baron Dufferin i Claneboye ukłonił się krótko, ściągając skórzane rękawiczki.
    - Być może, ale skoro pan się tutaj znajduje... Sądzę, że było warto - Blackwood uśmiechnął się kącikiem ust. Był ostrożny, w końcu miał do czynienia ze złodziejem swojej sławy, ale zachował rezon kojarzony z arystokracją.
    Być może nie wykazał się inteligencją przychodząc tutaj samemu, ale... Nie tylko złodziej zna twarz swoje pracodawcy. A w razie wpadki komu prędzej uwierzą władze? Ha... Archibald przerabiał to już nazbyt dobrze.
    Popatrzył z uznaniem na złodzieja, gdy ten od razu przeszedł do interesów. Bardzo dobrze.
    - Jak się pan domyśla, potrzebuje pańskiej pomocy...
    Archibald zdawał sobie sprawę, że ten mężczyzna jest złodziejem ponadprzeciętnym, ale słowa od czynów różniło bardzo wiele. Potrzebował stuprocentowej pewności i potwierdzenia jego czynów. Dlatego...
    - Sprawa nie powinna sprawić panu większych trudności, o ile choć część plotek to prawda. Jestem kolekcjonerem, a część dzieł, które chciałbym posiąść nie da się kupić za pieniądze. Muszą być pozyskane inną drogą, tak jak w przypadku tego niezwykłego przedmiotu... Kradzież, nietuzinkowa kradzież. Potrzebuje artysty, takiego jak ja.
    Blackwood wyciągnął kopertę z kieszeni płaszcza, podając ją złodziejowi.
    - Znajdzie pan tu wszystkie szczegóły. Mam nadzieję, że mnie pan nie zawiedzie...

    Archibald wiedział, że gra w nieuczciwe karty, ale nim wyśle złodzieja na prawdziwe łowy i wprowadzi go w swój plan będzie musiał się upewnić, że nie zaprzepaści własnej pracy.
    W kopercie znajdował się cel dla "Robina".
    Posiadłość letnia księżnej Ponsonby, krewnej po kądzieli i szalonej kobiety z którą reszta rodziny nie chciała się zadawać. Ze dwie czy trzy osoby wiedziały o jej powiązaniu z rodem Blackwood. Ta dojrzała kobieta, choć majętna i żyjąca dostatnio, popadła w swego rodzaju szaleństwo, które odbijało się na jej... Poczuciu bezpieczeństwa. Jakimś dziwnym trafem zezwoliła młodemu Blackwoodowi na eksperymenty w jej systemie alarmowym i ochronnym, dopuszczając do użytku nawet najbardziej wymyślne z nich. Jej posiadłość była dla Archibalda niczym plac zabaw, który w tajemnicy zamienił się w fortecę. Niewielu złodziei miało szansę w starciu z systemem świateł, rozmyślnymi mechanicznymi strażnikami czy sprytnie ukrytym systemem kamerowo-alarmującym strzegącym sejfu. Cóż... W pewnych miejscach Archibald ukrył także małe niespodzianki, które pozbawią palców każdego nieostrożnego człowieka. Wszystko to, by przetestować jak wielkim złodziejem był "Robin".
    A cel... Mało wartościowa szabla, ale któż musi o tym wiedzieć skoro opis mówi co innego?
    - Podejmuje się pan tej pracy? - w oczach Archibalda czaił się niebezpieczny ognik.

    [Mała zżynka z Thiefa, mam nadzieję, że mi przebaczysz :)]

    OdpowiedzUsuń
  3. Baron pewniej oparł dłonie na lasce, prostując się lekko i wsłuchując z uwagą w słowa złodzieja. Ten wiedział, jak szybko i sprawnie sprowadzić rozmowę na odpowiednie tory - konkretny, pragmatyczny i bardzo ostrożny. Zastanawiające, czy jego myśli krążyły już wokół posiadłości, jej zabezpieczeń i tego, jak dostać się do środka. Co kryło się w umyśle kryminalisty, jak on działał i jak rozporządzał kategoriami? Może wszystkie szczegóły układały się i rozrysowywały niczym na wielkiej kartce papieru, odnotowując co ciekawsze spostrzeżenia? Jeśli tak, on i ten tajemniczy złodziej mieliby naprawdę sporo wspólnego
    - Daję panu czas do... - Archibald wyciągnął srebrny zegarek z kieszeni. Własnego autorstwa. Stworzył ten malutki przedmiot, gdy zagłębiał mechanizmy przekładni zębatych, sprężyn i obciążników. Choć zegarek swoje lata pamiętał, co znaczyły liczne obdrapania, baron nie potrafił się z nim rozstać - Hmm... Następnej soboty, 20:30. Jak sam pan rozumie, czas to pieniądz i nie mam go zbyt dużo, biorąc pod uwagę wszystkie czynniki.
    Usta arystokraty skrzywiły się lekko po następnym zdaniu złodzieja. Dyktowanie warunków?Chciał już odpowiedzieć na tą propozycje, lecz nagle mężczyzna zbliżył się do niego. Blackwood profilaktycznie cofnął się o pół kroku, będąc gotowym na zasadzkę, choć jej nie podejrzewał - złodziej chyba połakomił się na zlecenie, to czemu miałby go zabijać?
    Coś poruszyło się w krzakach, zbyt cicho, by Archibald to usłyszał. Zaalarmował go tylko wzrok Robina, który krótko zerknął w stronę rzeki. Mięśnie Archibalda napięły się lekko, nie wpadł na to, że ktoś może tu siedzieć i coś podejrzewać. Jego błąd. Złodziej był też zdecydowanie zbyt blisko, naruszając przestrzeń prywatną naukowca - w starciu z kryminalistą rysowało się to na wielkie niebezpieczeństwo.
    Mężczyzna odetchnął lekko, po czym zaproponował, nakładając rękawiczki:
    - Może się przejdziemy, milordzie? Chyba wzbudzamy niezdrowe zainteresowanie.
    Archibald wolnym krokiem pokonał schodek i stanął na wyrównanej, podbitej kocimi łbami ścieżce. Wyślizgane kamienie lekko błyszczały w świetle latarni. Powietrze pachniało zimną wilgocią, prawie jak podmokłą zarazą.
    - To trochę nielogiczne, nie uważa pan? - stwierdził Archibald, odwracając twarz w kierunku złodzieja. W oczach naukowca gorzała chęć dyskusji, coś co chyba przylgnęło do tego zawodu już dawno temu - Najpierw każe mi pan wyznaczyć termin, a później twierdzi, że sam go wyznaczy. Chyba, że po prostu określiłem panu granicę czasową.
    Blackwood uśmiechnął się lekko, przystając.
    - Co powie pan na... Dziesięć tysięcy funtów? Nie wiem jednak, czy jestem skory zapłacić panu połowę, choć pewnie nie ja powinienem dyktować warunki mając przed sobą groźnego przestępcę. Co jeśli postanowi pan uciec z pierwszą częścią, bo stwierdzi, że nie chce poświęcać swojego życia dla kawałka żelastwa? Pięc tysięcy funtów to spora suma.
    Jego słowa może poddawały wątpliwościom umiejętności złodzieja i jego profesjonalizm, ale jeśli się im dobrze przyjrzeć, każdy zadałby takie pytanie. Połowa sumy, zwłaszcza tak dużej jak ta zaoferowana przez Blackwooda, to dość duże żądanie. Niewielu ludzi dzisiaj marzy o posiadaniu stu funtów, co dopiero ponad dziesięciokrotnie większej.
    Wzruszył lekko ramionami.
    - Skąd też mam wiedzieć, że miejsce naszego spotkania będzie bezpieczne... Nie mam takich umiejętności jak pan, by w mgnieniu oka wydostać się z potencjalnych kłopotów. Nasz układ jest niebezpiecznym układem, a ja lubię mieć jakieś zabezpieczenie. Bądźmy dżentelmenami.
    Archibald skręcił w kolejną ścieżkę parkową, by minąć te wypełnione funkcjonariuszami prawa. Czekał na odpowiedzi.

    [Cóż... Ja od ponad 13 lat jestem fanem pierwszych dwóch części i mogę ci je polecić bez zająknięcia. Do dzisiaj w to gram, a fani tworzą tak cudowne misje, że gra nigdy się nie nudzi :) Ostatnia część, najnowsza... Nie jest zła, to dobra i grywalna produkcja, ale nie wzbudza u mnie aż takich emocji. Brakuje tej nutki magii :)]

    OdpowiedzUsuń
  4. [A z jakich gatunków cię interesują tytuły? :D]

    - Interesująca i ciekawa technika zapobiegania kłopotom. Jestem pod wrażeniem tej rozmyślności.
    I szczerze był. Nie spodziewał się takiej subtelności w tak drobnym fakcie, ale jak sam złodziej powiedział "każdy szanujący się spec w swoim fachu ma dwa terminy". Archibald zaczął powoli utwierdzać się w przekonaniu, że ma przed sobą prawdziwego profesjonalistę, a nie byle chłystka, który łakomi się na łatwe pieniądze.
    Czarci uśmieszek przeciął usta mężczyzny. Kryminalista chyba połknął haczyk. Zdziwiłby się, jakby zrezygnował lub zaczął poddawać w wątpliwość tak wielką sumę. Cóż, nikt nie musi wiedzieć, że tak naprawdę ta szabla kosztowała dużo, dużo mniej i nie była dziełem sztuki. Tutaj jednak Blackwood zagrał perswazyjnie, choć mógł też przypadkowo podkopać swoją pozycję negocjacyjną. Kto w końcu tyle wydaje, by mieć jakąś szablę w swojej kolekcji? Mógł sprawiać wrażenie albo bardzo zdesperowanego albo umiłowanego w sztuce. Składając taką propozycje łotrzykowi miał w nadziei, że zobaczył on w swoim życiu ogrom drogich przedmiotów i na tym się oprze.
    Niezależnie, co złodziej pomyślał - liczy się efekt. Ta zapłata... Majątek nawet dla Archibalda, ale traktował tę sumę jak inwestycje podobną tej, które robią rządy. Przy dobrych wiatrach będzie to długookresowa korzyść, a nie jeden strzał.
    Złodziej przystanął, opierając się o drzewo. Jego słowa były mądre i najwidoczniej podyktowane daleko posuniętą ostrożnością. To miłe, gdy ktoś tak się przykładał do swojej pracy, nawet jeśli była nielegalna. Blackwood coś o tym wiedział.
    - Obawiam się, że w razie pańskiego złapania będziemy na tej samej pozycji - powiedział poważnie baron, zaszczycając złodzieja ostrym spojrzeniem.
    Tak, Archibald został już wykluczony ze społeczeństwa, choć nadal znajdował się w sławetnej grupie społeczeństwa zwaną arystokracją. Gdyby jednak był dyplomatą mógłby spokojnie określić się mianem "persona non grata" i to bez cienia zająknięcia. Jego obecność, po incydencie w Akademii Filozofii Naturalnej, była tolerowana, ale niekoniecznie chciana. Owszem ratował się tym, że nie hańbił dobrego imienia własnego rodu i dziedzictwa, ale zatarg z markizem Duncomb zniszczył odrobinę dobry wizerunek lorda Archibalda Blackwood.
    Ciekawe, jak przyszłość zaprzepaści ten dobry wizerunek...
    Baron zbliżył się do złodzieja na kilka kroków, lekko pochylając się w jego kierunku.
    - Cieszy mnie pańska postawa i dziękuję za komplement, ale ja również traktuje pana poważnie. Tak samo poważnie jak traktuje swoje interesy w których odgrywa pan bardzo znaczącą rolę. Pozwolę sobie powtórzyć za panem "poza tym może pan uczciwie wierzyć w moją chciwość i złodziejski honor". Czy chciwość nie jest przypadkiem uznawana za abberacje charakteru, podobnie jak w społeczeństwie pański zawód? Wiem, że brzmię teraz jak hipokryta, bo w końcu to ja zgłosiłem się do pana ze zleceniem. Co jednak stoi na przeszkodzie temu, by uciekł pan z połową zapłaty i drogocenną szablą? Czarny rynek z pewnością nie stanowi dla pana zagadki, więc wie pan, gdzie znaleźć najlepszego kupca, czyż nie?
    Naukowiec odwrócił się, by kontynuować ten niesamowicie przyjemny spacer.
    - Pytanie... Czy jest pan w stanie dać mi jakąkolwiek gwarancje? Być może to ja za nisko cenię honor i profesjonalizm w pańskim arcyciekawym zawodzie - odwrócił się lekko, by spojrzeć na młodego mężczyznę - Może tu naprawdę chodzi o sławę, a to ja jestem materialistyczną bestią.
    Archibald zaśmiał się cicho, poprawiając lekko cylinder. Zerwał się leciutki wietrzyk, który poruszał liśćmi, niosąc za sobą również nieokreślony zapach późno kwitnących kwiatów, które czekały już tylko na zimę. Korony drzew szumiały nocną melodię, która zachwyciłaby nawet najmniej wrażliwego człowieka.
    - Przechodząc jednak do rzeczy ważnych, jak właśnie posiadłość do której ma pan się wkraść... Zacznijmy może od tego... Co pan o niej w ogóle wie? Być może będę w stanie dodać lub skorygować kilka informacji.

    OdpowiedzUsuń
  5. [Hmmm... No to polecę standardami: Dishonored, Vampire the Masquerade: Bloodlines, stary Deus Ex - teraz wyszedł duży mod, bombowe Pillars of Eternity, nowe Divinity jest świetne, Divine Divinity też oldschoolowe, Blackguards, Legend of Grimrock, System Shock I i II jeśli lubisz klimaty cyberpunkowe, Bound by Flame jest całkiem spoko, The Banner Saga ciekawe, Might & Magic I-VIII... Ło matko dużo jeszcze wymieniać xD]

    Ta rozmowa podobała mu się coraz bardziej! Złodziej chwytał go za słówka i wykorzystywał to przeciwko niemu, chcąc ugrać dla siebie jak najwięcej i zachować tak cenną tajemnicę. Fenomenalnie.
    Blackwood uniósł lekko dłoń, by kryminalista choć na chwilę przerwał swój słowotok. Wszystko, co powiedział miało w sobie nawet więcej niż ziarnko prawdy. No i... Odkrył tożsamość swojego zleceniodawcy. To, choć powinno zaniepokoić barona, tknęło w nim pewną nutę ekscytacji. Zupełnie jak wtedy, gdy jego nowy wynalazek rodził się w rzeczywistości, opuszczając zimną kartkę papieru.
    - Widzę, że tajemnica mojej osoby została złamana. Jakże szkoda, bo teraz to ja jestem w gorszej pozycji, szanowny panie złodzieju. I to na dodatek rozmawiamy w tak niechlubnym miejscu... - powiedział Archibald spokojnie, wbijając laskę głębiej między kamienie. Nie ze zdenerwowania, a po to, by ożywienie nie zmusiło go do żywiołowego kroku - I tutaj śmiem zapytać... Czy brak pośredników nie wzbudza choć cienia zaufania, jeśli mogę tak to określić?
    Blackwood wzruszył ramionami, nieostrożnie obracając się bokiem do złodzieja. Zaraz jednak skrzyżował ręce za plecami, rozglądając się przypadkowo dookoła.
    - Proszę mnie nie brać za nierozgarniętego... Umowa? Papierek? I co ja miałbym z tym zrobić, proszę pana? To tylko podkopuje moje stanowisko, nie pańskie. Twarz? A cóż mi po niej? Podam pański rysopis, ale kto powiedział, że policja kiedykolwiek pana znajdzie? Wierzę, że nie przeżył pan tyle lat wychodząc funkcjonariuszom na przeciw, ohh nie... Pańskie gwaranty są nic nie warte, ale tu jednocześnie, może rykoszetem, trafił w czuły punkt. Jesteśmy dżentelmenami, wierzymy w siłę słowa. Być może i pan i ja przejedziemy się na czymś takim, ale kto powiedział, że dzisiaj?
    Głos lorda przybierał coraz bardziej barwny ton, zupełnie jakby grał w jakąś chorą grę i tylko sama zabawa miałaby go ucieszyć. Racją było, że nie miał zbyt wielkiego doświadczenia z kontaktami z tymi poza prawem, ale nie był głupi. Orientował się w perspektywie świata aż za dobrze i potrafił wyciągać szybkie wnioski.
    Nauczył się też, że zmiana taktyki i robienie "wszystkiego od końca" częstokroć przynosi bardzo pozytywne, choć niekoniecznie oczekiwane, skutki.
    - Zainteresował mnie pan i po tej krótkiej dyskusji ma pan moją uwagę, być może także kruche zaufanie w kwestii przekazania szabli - Archibald usiadł na drewnianej, obdrapanej ławce naprzeciwko stojącego złodzieja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wierzył w "zamrożenie kapitału", ale może mało wiedział o czarnym rynku? Owszem, pieniądze są tym cenniejsze jeśli płyną niczym strumień, a zatrzymanie ich w jednym miejscu jest dość niekorzystne. Kto jednak powiedział, że za kilak czy kilkadziesiąt lat taki przedmiot nie osiągnie bajońskich cen?
      Czy jednak ktoś taki jak złodziej miał czas czekać i rozmyślać o ekonomicznych kwestiach? Archibald szczerze w to wątpił, dlatego uznał rację Robina.
      - Przejdźmy jednak do konkretów, bo widzę, że pan się niecierpliwi podobnie jak krążący tutaj funkcjonariusze. Dostanie pan swoją połowę kwoty jutro, tutaj, o tej samej porze. Przygotuję także panu to, co ja wiem o tej posiadłości, tak byśmy uniknęli groźby utraty pańskich cennych palców. Drugą propozycją jest to byśmy spotkali się także tutaj, by dokonać ostatecznej wymiany. Skoro zapletliśmy intrygę "romantycznej" schadzki, czemu by nie wykorzystać jej dalej, hmm? Kwestia daty niech należy do pana, w końcu to nie ja wiem, kiedy złodzieje czują się najbezpieczniej. Jestem tylko kolekcjonerem i arystokratą...
      Blackwood uśmiechnął się chytrze, nawiązując do ostatnich słów Robina.
      I jeśli wszystko dobrze się ułoży, złodziej wyjdzie z tego bogatszy niż kiedykolwiek śmiał śnić.

      Usuń
  6. [Ależ nie ma za co :)]

    Blackwood zaśmiał się gromko, nadal jednak starając się nie zwrócić na nich uwagi otoczenia. Oparł się wygodniej o ławkę, obdarzając rozbawionym spojrzeniem złodzieja.
    - Proszę nie wkładać nie moich słów w me usta ani myśli do mózgu. To niezdrowe i absolutnie uwłaszczające godności, zwłaszcza pańskiej. Dla mnie może pan równie dobrze być bogatym paniczem, któremu znudziło się życie salonowe i postanowił zabawić się w zimnego drania. Co to za różnica? Liczy się tylko kontrakt.
    I to dało Archibaldowi pewną wskazówkę. Widział go, hmm...? Niewiele było miejsc w których można było ujrzeć barona. Nie ruszał się spoza swojego laboratorium, wszelkie dostawy zlecając zaufanym ludziom. Wychodził tylko wtedy, gdy etykieta towarzyska zmuszała go do wzięcia udziału w jakimś przyjęciu lub spotkaniu. Czyżby ten łotrzyk krył w sobie o wiele większą tajemnicę? Kto wie.
    Mężczyzna przekręcił lekko głowę, znowu uważnie lustrując kryminalistę. Dlaczego arystokrata wchodził w ogóle z kimś takim w dyskusję? Powinien się bać, trząść ze strachu, iż ten pozbawi go w pół sekundy tak cennego życia. Kreował się na jakiegoś masochistę, którego nerwy podniecają i wprowadzają w stan ekscytacji.
    Być może umysł lorda krył w sobie dużo więcej plugastwa niż pokazywała przystojna twarz? Może chciał poczuć oddech Śmierci na karku?
    - Generalizowanie to pańska kolejna brzydka skłonność - zaczął ostrożnie, niskim i pełnym precyzji głosem - Ja nie stwierdziłem, że każdy złodziej pije wodę opadową, pan natomiast z łatwością wydaje osąd, że każdy arystokrata "jebie" się w parku ze szczylami.
    Baron wstał, otrzepując tył płaszcza.
    - Może ja po prostu lubię poetycki język, zwłaszcza jeśli mam określić coś tak pospolitego i prozaicznego jak seks? Doszuka się pan w takim umiłowaniu wstydu? Nie wydaje mi się.
    Ukłoniwszy się lekko i ściągnąwszy cylinder, arystokrata uprzejmie pożegnał się z kryminalistą.
    - Będę z niecierpliwością wyczekiwał jutrzejszego spotkania i mam nadzieję, że również przyszłego.
    Odszedł z mieszanymi uczuciami, ale zauważył, że zatrzęsły mu się ręce, gdy znalazł się już na bezpiecznych, głównych ulicach Londynu. Przez całe spotkanie starał się zachowywać bardzo spokojnie, chociaż to był jego pierwszy raz w starciu z kimś, kto lubował się w mroczniejszych warstwach społeczeństwa. Niemniej jednak uważał to za bardzo fascynujące doświadczenie, a przyjemny dreszcz przebiegł mu po plecach. Ze skrajności w skrajność, drogi lordzie.
    I powtórzył ponownie...Wcale się tak bardzo od siebie nie różnią.

    Kolejny dzień minął i nadeszła noc. Archibald, choć po łokcie zapracowany w swoim laboratorium, nie musiał zmuszać się, by pójść na umówione spotkanie. Dzisiaj zapowiadał się wielki dzień, który mógł stać się preludium do jeszcze większych wydarzeń.
    Godzinę później był już w parku, ponownie przy tej samej alejce. Siedział na ławce pod latarnią, bawiąc się mechanizmem sprężynowym w swoim zegarku. Był 10 minut przed czasem, ale zbytnio mu to nie przeszkadzało. Dzisiaj natomiast przyszedł z niewielką dyplomatką w której miał notatki oraz ustaloną z Robinem sumę pieniędzy. Ciężko się z nią rozstawać, ale jak trzeba to trzeba...
    Blackwood rozejrzał się dookoła, by sprawdzić czy nikt go nie obserwuje. Zupełna cisza, nawet żadnego funkcjonariusza. Było to odrobinę niepokojące. Miał nadzieję, że złodziej nie szykował zasadzki. Zapewniał mu w końcu bezpieczeństwo na ten "złodziejski honor".
    - Adhibe rationem difficultatibus... - wymruczał do siebie, wzdychając. Jakikolwiek strach był głupi, każdy z nich miał w ręku bardzo silne karty, więc Blackwood musiał po prostu rozważnie wykorzystać swoje.

    OdpowiedzUsuń
  7. Archibald uniósł gwałtowniej głowę, gdy usłyszał znajomy głos złodziejaszka. Zimny i nieprzyjemny, niczym uderzenie metalu o metal. Stał pod cieniem wielkiego dębu, z którym idealnie się zlewał. Wszystko zasługą ciemnego, doskonale dopasowanego stroju skrytego pod mięsistą, ale zgrabną peleryną. Tylko oczy wyróżniały się kolorem z tego grobowego zestawu.
    Arystokrata kiwnął mu lekko głową, ale nie zaprosił by usiadł obok niego. Z leniwym wyrazem twarzy Archibald schował zegarek i malutki śrubokręt do kieszeni.
    - Nie lubię się spóźniać, zwłaszcza na ważne spotkania - powiedział po chwili, krzyżując dłonie na kolanie. Przechylił lekko głowę, a jego jasne, stworzone jakby z płynnego złota, oczy zalśniły ciekawsko - Widać pan też nie lubi marnować cennych minut.
    Zaczęło się. Archibald odetchnął płytko, skupiając swoje myśli w jednym tylko zewie - by odpowiadać ostro i szybko. Nie było już odwrotu. Po tym drobnym teście złodziej dostanie zlecenie, którego szybko nie zapomni. Które zmieni Londyn, a przynajmniej pozwoli Archibaldowi na zemstę. Miał nadzieję, że rozegra to gładko i być może wzniesie się na wyżyny naukowego środowiska, dzięki śmierci markiza Duncombe. Jeśli nie... Zgnije w więzieniu, ale brał to też pod uwagę. Wóz albo przewóz jak to mawiają.
    Najpierw pięć tysięcy dla Robina, później... Być może dziesięć albo dwadzieścia? Miał tylko nadzieję, że łotrzyk nie rozmyśli się, jeśli dojdzie, że to zadanie to tylko zwykły sprawdzian.
    Naukowiec podążył za wzrokiem kryminalisty, uśmiechając się do siebie.
    - Przejdźmy w takim razie do interesów, gdyż czuje, że w pobliżu tej dyplomatki nie zdołam zainteresować pana swoją osobą - wstawszy, Blackwood podszedł do Robina, wyciągając ze środka aktówki pęk papierów. Oddał złodziejowi tekę, by sam spojrzał do środka i przeliczył funty.
    Archibald również oparł się o chropowatą korę drzewa, rozwiązując wstążkę trzymającą papiery razem. Zaczął monotonnym, niskim głosem.
    - Zacznijmy od tego, że posiadłość lady Ponsonby to nie jest zwyczajna posiadłość. Wątpię, by spotkał się pan z czymś takim wcześniej. Plotka głosi, że ta kobieta została ogarnięta skażeniem umysłu, w skrócie... Jest kompletnie szalona na punkcie własnego bezpieczeństwa. Nie przeszkadza jej to jednak w brylowaniu na różnorakich przyjęciach jak i organizowaniu ich. Będąc na jednym z nich pozwoliłem naszkicować sobie rozmieszczenie pokojów do których miałem dostęp - Blackwood podał Robinowi pożółkłą kartkę z pobieżnym rysunkiem głównej sali i sąsiadujących z nią pomieszczeń, a także schodów i źródeł światła. Oczywiście tutaj arystokrata zupełnie grał. Znał tę posiadłość jak własną kieszeń, ale po co miał się przyznawać skoro to jest test? Jeśli poda złodziejowi wszystko na tacy to gdzie w tym próba dla umiejętności?
    Naukowiec wyciągnął kolejną kartkę.
    - Widok z zewnątrz pozwala określić, że posiadłość posiada trzy piętra. Jak daleko sięga w dół? Nie wiem. Nie potrafię też określić, gdzie znajduje się szabla... Podejrzewam jednak, że ktoś pokroju księżnej ma coś w rodzaju sejfu, gdzie chowa wszelkie cenne nabytki. Szabla wygląda dokładnie tak. Wspaniała, czyż nie? - tym razem na papierze namalowana została "drogocenna broń", szabla wysadzana drogimi kamieniami - Widziałem ją dwa, może trzy razy, gdy świętej pamięci małżonek lady Ponsonby nosił ją przy pasie, zaledwie dwa miesiące temu. Po tym czasie szabla zaginęła w odmętach posiadłości księżnej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Reszta papierów została doręczona do rąk złodzieja.
      - Tutaj znajdzie pan spis wszystkiego co podsłuchałem na balach w posiadłości pani Ponsonby. System ochronny... Jest dobrze schowany. Sam nie zauważyłem niczego podejrzanego, przynajmniej na parterze posiadłości. Dwie rzeczy rzucały się w oczy. Pierwsza to metalowe maski, które skrzypiały za każdym razem, gdy ktoś pod nimi przeszedł. Obserwowały każdego z gości. Obok nich... Coś w rodzaju posągów, które, jak plotka głosi, gdy maski wychwycą intruza wypluwają deszcz strzał. Na ile w tym prawdy? Bóg jeden raczy wiedzieć, nikt z nas nie widział tego w akcji. Druga to niezwykli ochroniarze milady. Metalowe... Stwory stojące w rogach głównej sali, a także kilku innych pomieszczeniach. Mniej więcej wielkości dorosłego człowieka. Widziałem też kątem oka, jak poruszały się i patrolowały, by nikt nie przekroczył schodów na wyższe piętra... Biorąc pod uwagę ich wielkość muszą być bardzo wolne.
      W notatkach znajdowało się dokładnie to samo, mniej lub bardziej rozbudowane. Archibald brzmiał jak laik, a mógł tyle powiedzieć o tych mechanizmach. Tyle zabawy odkryć przed tajemniczym złodziejem. Pokazać mu w jak niebezpieczną wplątał się misję... Będzie mu bardzo miło, gdy ktoś w końcu wypróbuje to wszystko w prawdziwej akcji.
      Ciekawe, czy wpadnie na "ściany światła" przed samym sejfem, czyli dwa wysokie do sufitu generatory między którymi przepływa ładunek elektryczny. Nikt się przez nie nie prześlizgnie, gdyż błyskawica wystrzeliwana jest z szybkością reakcji sięgającą milisekund dzięki dość precyzyjnemu czujnikowi ruchu. Tylko odnalezienie baterii w postaci zbiornika z wielorybim tranem może wyłączyć maszynę. Ba znalezienie "ścian światła" nie jest jeszcze żadnym zwycięstwem. Archibald wczoraj zamknął wrota na 12-cyfrowy kod, a w środku skończył instalowanie kolejnej kamery... Do tego ostre jak brzytwa nici, które rozmieszczone zostały w strategicznych punktach posiadłości, aktywowane przez nadepnięcie na odpowiednią płytkę.
      Doprawdy biedny złodziej. Chciał mu życzyć powodzenia i tego, by posiadłość nie stała się jego grobem, ale z drugiej strony... Trzęsło go aż z ekscytacji, by zobaczyć swoje dzieła w akcji. Ohh, będzie obserwował poczynania kryminalisty.
      - Więcej niestety nie mogę panu pomóc. Czy jest pan gotowy?

      Usuń
  8. [Haaaa! Jak ja się zdziwiłam, kiedy patrze "6 komentarzy", a tu nagle "11 komentarzy" :D Ale świetnie się to czytało, jest moc!]

    Noc włamania się Robina do posiadłości lady Ponsonby była dla Archibalda niezwykle ciężka. Krążył bez powodu po laboratorium, to po własnym domu próbując zająć czymś ręce i głowę.
    Obawiał się wielu rzeczy. Zaczął dochodzić do niego głos rozsądku, że być może przeliczył chytrość złodzieja i kiedy ten wyczuje podstęp arystokraty po prostu go... Zabije? Blackwood nie chciał tracić życia, jeszcze nie teraz, kiedy tyle projektów jest niedokończonych, kiedy tyle wynalazków czeka na ujrzenie światła dziennego.
    Kiedy jego zemsta jest jeszcze niedopełniona.
    Drugą sprawą była obawa, że złodziej nie wykona swojego zadania. Owszem, słyszał o wyczynach Robina, był klasą samą w sobie. Naukowiec jednak bardzo przyłożył się do tego, by dom milady jawił się jako niezdobyta twierdza. Jeden zły ruch i wykrwawisz się na śmierć, brukając posoką lśniące płytki.
    Co prawda, arystokrata ułatwił w jednym pracę kryminaliście - nie podpiął systemu ochronnego do pojemnika z wielorybim tranem. Nie zrobił tego jednak specjalnie, a bardziej z kwestii bezpieczeństwa dla samego wynalazku. Tran, gdy wykorzystuje się go jako źródło zasilania tak jak zrobił to właśnie Archibald, jest bardzo niestabilną substancją. Najmniejszy zły ruch, potrząśnięcie lub gwałtowne rzucenie pojemnika na ziemię mógł się zakończyć wybuchem oraz zapaleniem gęstej, jasnoniebieskiej mazi.
    Tyle niewiadomych w tak prostym projekcie. Archibald miał tylko nadzieję, że wszystko pójdzie po jego myśli. Marzył o tym, gdy po raz setny siadał na wysłużonym krześle w laboratorium. Podniósł głowę, obserwując wielki zegar stojący w kącie. Szósta nad ranem. Powinien się przespać...
    Blackwood przetarł oczy, wychodząc z pracowni i idąc po zakurzonych schodach na wyższe piętra posiadłości. W połowie drogi złapał go służący przekazując wiadomość. Podziękowawszy, Archibald spojrzał na kartkę. Równym, eleganckim pismem, na perfumowanej karcie napisano:
    "W mojej posiadłości dokonano kradzieży! Przybądź proszę jak najszybciej. Lady Ponsonby"
    Naukowiec uśmiechnął się do siebie.
    Jednak mu się udało.

    Godzinę później Archibald był już w domu księżnej. Krótka obserwacja pozwoliła mu stwierdzić, że żadne z urządzeń nie zostało zniszczone. Przynajmniej w głównej sali. Maski-kamery były wyłączone, podobnie jak wielkie roboty. Najwidoczniej przez służbę milady, kiedy szukali intruza.
    Księżna złapała barona za ramię jak tylko go zobaczyła.
    - Jak to się mogło stać!? Ohh... - Ponsonby lamentowała w głos, kładąc chudą, bladą rękę na czole. Była roztrzęsiona i zdenerwowana - Ten złodziej włamał się do mojej posiadłości jak gdyby nigdy nic... Włamał się do sejfu. Ohh...
    - Proszę się uspokoić. Ukradł coś ważnego? - Blackwood użyczył księżnej swego ramienia i poklepał ją uspokajająco po dłoni.
    - Ahh tylko szablę mojego świętej pamięci męża. Ohh Archibaldzie... Co jeśli ten złodziej przybyłby tu z zamiarem zamordowania mnie? Twoje wynalazki nic nie dały!
    - Zastanawiam się właśnie, jak ten ktoś zdołał je przechytrzyć. Pozwolisz pani, że rozejrzę się i dokonam stosownej analizy sytuacji. Dzięki temu będę mógł ulepszyć twoich mechanicznych ochroniarzy.
    - Ależ proszę! Posiadłość jest twoja jak zawsze... Służący musieli ugasić pożar, który ten zwyrodnialec spowodował. To okropne!
    Blackwood ucałował dłoń księżnej i sam oddalił się, by sprawdzić mechanizmy. Uniósł dłoń do ust, zastanawiając się. Pożar... No proszę, jednak ten złodziej nie jest tak cichy, jak mu się wydawało. Zastanawiające, dlaczego dopuścił się takiego ruchu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak podejrzewał, zneutralizował ścianę światła. Zbiornik z tranem leżał pod ścianą, a pułapka została wyłączona. Najwidoczniej jednak Robin nie wiedział, jak podłączyć ją ponownie - wcale mu się nie dziwił, to dość skomplikowane urządzenie.
      Otwarty sejf, żadna zapadka uszkodzona. Kamera nadal działała, ale najwidoczniej nie złapała intruza. Kilka monet leżało na ziemi. Czyżby złodziej wyrwał szablę jednym szybkim ruchem? Hmm... Fascynujące.
      Kolejna inspekcja korytarzy. Żaden robot nie został uszkodzony. Jakim cudem udało mu się prześlizgnąć przez taką ochronę? Niesamowite. Archibald krążył przy pułapkach z ostrymi jak brzytwa nićmi. Uklęknąwszy, obserwował jak te błyskają w świetle.
      - Żadnych plam krwi? Nie naciął się nawet palcem - spojrzał w dół. Zauważył tylko kilka martwych much, najwidoczniej nieposprzątanych przez służących.
      Kilka much.
      - Popisowa sztuczka - Blackwood uśmiechnął się do siebie. Mógłby nawet zaklaskać w podziwie dla tego złodzieja. Wykorzystać te marne stworzenia, by wykryć tak niewidoczną pułapkę. Cóż za rozmyślność.
      Ostatnim pytaniem było, jak ten arcyciekawy złodziejaszek minął te wszystkie roboty. Jaką sztuczkę zastosował, by nie zaalarmować ani jednego z nich. Tutaj mężczyzna musiał zasięgnąć języka, gdyż po dwóch godzinach w tej posiadłości nie zauważył żadnego śladu, nic co mogłoby nakierować go na drogę jaką przebył Robin. Skąd też ten spalony dywan?
      Miał nadzieję, że złodziej jak najszybciej wyśle mu wiadomość o spotkaniu, a tym czasem... Pora przesłuchania.

      Następny dzień, zimny i deszczowy. Archibald siedział rozluźniony w fotelu, nad kolejnym malowniczym szkicem mechanicznego służącego. Czegoś w rodzaju pająka na długich, cienkich nogach. Idącego po ścianach i suficie, mającego pełną przyczepność. Cóż... Cecha taka nie jest łatwa w uzyskaniu dla blaszanych maszyn, ale mając odpowiednie materiały i...
      Zegar wybił 21. Blackwood wyprostował się i schował papier do kieszeni karminowego, dwurzędowego surdutu. Za chwilę w stajni powinien pojawić się złodziej wraz ze zdobyczą. Nic nie wartą zdobyczą.
      Blackwood sprawdził, czy pistolet w rękawie był na miejscu. Owszem miał nadzieję, że kryminalista jednak go wysłucha, ale czy groźba śmierci, która zajrzała mężczyźnie w oczy nie zwróci go przeciwko naukowcowi? Być może nie, ale przezorny zawsze ubezpieczony.
      Zszedłszy do stajni, baron pchnął drewniane drzwi, które cicho zaskrzypiały. Pracujący w środku młody chłopak obejrzał się na swojego pracodawcę, wstając szybko. Archibald odesłał go, by zajął się czymś innym, gdyż sam chciał zadbać o ulubionego wierzchowca.
      Gdy drzwi ponownie się zamknęły, Blackwood skrzyżował ręce na piersi.
      - Możesz wyjść, szanowny panie złodzieju. Zafundował mi pan wspaniałe widowisko, nie powiem. Jest pan naprawdę jedyny w swoim rodzaju. Podziwiam technikę wykonania i umiejętności, zwłaszcza poruszanie się nad ziemią - powiedział spokojnie Blackwood, powstrzymując z całych sił drżenie własnego głosu. Brzmiał pewnie, choć w środku serce biło mu bardzo szybko. Uśmiechnął się, gdy cienie poruszyły się nieznacznie - Śmiem jednak stwierdzić, że pożar był naprawdę zbędny. Jeśli tak dalej pójdzie, zwróci pan na siebie uwagę funkcjonariuszy.
      Archibald przestał być już zachłannym kolekcjonerem. Teraz przed złodziejem stał naukowiec z krwi i kości, ciekawski i trzeźwo myślący. O zimnym, analitycznym spojrzeniu, chętny do wysłuchania o wszystkim co działo się w posiadłości, a czego nie zauważył.

      Usuń
  9. Archibald skrzyżował ręce na piersi, zaciskając palce na rękawach surduta. Złodziej smarknął i nie wyglądało na to, by czuł się zbyt dobrze.
    - Nie wątpię, ale nie musiał pan spędzać wielu godzin w mrozie i deszczu... - zwiesił głos, po czym dodał - Znane mi są inne sposoby wejścia do posiadłości lady Ponsonby. Nawet drogi dla tak zacnego złodzieja jak pan.
    Blackwood poruszył się, powoli i z taktem okrążał złodzieja, który nadal trzymał brzytwę w swoich rękach. Mężczyzna nie wyciągnął jednak pieniędzy, gdyż nie miał ich przy sobie w obecnej chwili. Nie spodziewał się, że będą mu potrzebne. Chciał przewrócić wszystko na jedną kartę.
    Co jeśli... Złodziej się rozmyśli? Ta myśl napełniła naukowca swoistym dreszczem strachu i sprawiła, że dłoń lekko mu zadrgała. Musiał mocniej zacisnąć palce, by nie dać po sobie poznać, że kilka kropel nerwowego potu spłynęło mu po czole. Uśmiechnął się kącikiem ust.
    Teraz albo nigdy, choć do najzręczniejszych te słowa nie będą należeć. Blackwood westchnął, ponownie zwracając się do kryminalisty.
    - Tak, czujki zadziałały, ale... Moi służący już nie. Złamał pan wszystkie zabezpieczenia, nawet ścianę światła. Niebywałe i wirtuozerskie, choć przy sejfie zabrakło panu odrobiny... Precyzji, że tak to ujmę. Nie mam panu tego za złe, w końcu praca z wielorybim tranem to dość wybuchowe zajęcie, jeśli pan wie o czym mówię. Do tego ten pożar. Nie powiem, musiał pan zasiać panikę i pomogło to z pewnością. Jednak jeden służący pana zauważył... - Archibald wyciągnął szkic z kieszeni, rozwijając kartkę i spoglądając na złodzieja. Pająkowaty robot z wieloma ścisłymi, technicznymi danymi, potrafiący utrzymać swoje metalowe cielsko na suficie - Niemniej człowiek uczy się na własnych błędach i teraz wiem, że niektóre eksperymenty, takie jak ten tutaj, należy wprowadzać dużo, dużo wcześniej.
    Wyprostował się, nie spuszczając wzroku ze złodzieja. Arystokrata zesztywniał po tych słowach, będąc gotowym na odparcie ataku lub chociaż wezwanie swoich służących. Nie wiedział, jednak czy ktokolwiek się zjawi - wszyscy szanowali prywatność swojego pana, więc jeśli ktoś przychodził, Archibald mógł być pewien, że nikt z pachołków go nie podsłucha. Taka lojalność prezentowała się z pewnością lepiej niż pałacyk w jakim mieszkał naukowiec.
    - Nie chce nic więcej z tego domu. Nie chciałem nawet tej szabli, która warta jest tyle, ile łachmany żebraków na ulicach - wzruszywszy ramionami, baron ponownie stanął naprzeciw Robina. Oczy zalśniły mu naukową fascynacją, gdy spoglądał na przestępce - Dlaczego więc byłem gotów wysłać pana niemalże na pewną śmierć, a do tego zapłacić dziesięć tysięcy funtów za nic nie znaczący bibelot? To dużo bardziej skomplikowane. Nazwijmy jednak pańską przygodę czymś w rodzaju "testu". Preludium do jeszcze większych zadań, jakie chce panu zlecić i jestem gotowy za nie zapłacić dużo, dużo więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odkrył przed złodziejem wiele, w końcu dzieląc się prawdą jaka znajdowała się za włamaniem do posiadłości starej księżnej. Teraz pozostało modlić się, o ile Archibald wierzyłby w religijne prawdy bardziej niż w moc nauki, o to, by kryminalista przemyślał słowa szalonego naukowca. Mógł uznać, że arystokrata zrobił sobie z niego widowisko i chciał go zabić, ale też mogło to rozegrać się w zupełnie inny sposób. Zaintrygować i pozostawić w powietrzu pytania:
      "Skoro chciał przetestować mnie w tak morderczym miejscu, jakie są jego plany na przyszłe zlecenie?"
      "Czy postradał zmysły?"
      "Czy może w tej głowie kryje się jakiś doprawdy maniakalny plan?"

      Czy honor złodziejski obejmował tego typu założenia? Może zależało to od charakteru człowieka? Archibalda cały dzień ciekawiło jeszcze jedno pytanie - czy Robin tak chętnie wyruszył na zadanie lub czy był gotów wycofać i uciec. To jedno, ale bardzo ważne stwierdzenie mogło położyć cień na ich dalsze relacje. Jeśli Blackwood wystraszył tym zleceniem kryminalistę, ten mógłby nie chcieć ryzykować swojego życia dla kolejnych wariackich prac.
      Archibald uniósł podbródek, zwracając się do złodzieja.
      Być może ostatni już raz.
      - Chce pan poznać dalszą część historii?

      Usuń
  10. Blackwood podniósł dłoń do podbródka, kiwając lekko głową.
    - Nie zapłaciłem panu za testowanie moich eksperymentów. Może to zrobić byle służący. Zapłaciłem panu za skuteczność i to dostałem, choć mam nadzieję, że przestanie pan posuwać się do zbędnych podpaleń.
    Archibald odwrócił się w stronę złodzieja, a gniew widoczny był na jego twarzy. Zabawa? Doprawdy, baron nigdy nie określiłby całego swojego misternego planu zwrotem tak prymitywnym jak "zabawa". Nudzić się mógł w inny sposób. Złodziej nie wiedział nic, skądże miał wiedzieć, ale wyciągał dość głupie wnioski z kilku tylko słów. Owszem, nie mógł domyśleć się całej prawdy, w końcu Blackwood sprzedawał mu tylko szczątki informacji, ale mógłby wykazać się odrobinę większą rozwagą. W końcu inteligencja w działaniach to chyba coś, co powinno charakteryzować ludzi takich jak Robin - rzezimieszków, którzy codziennie ryzykowali życiem.
    Jednak, jak przewidział, złodziej okazał się mniej zagadkowy w swoich postępowaniach.
    Zaiste, pieniądze były najlepszą marchewką w przypadku kryminalisty. Tutaj umysł Blackwooda zaczął generalizować, jak zrobił to kilka dni temu Robin w parku na temat arystokratów. Wystarczy rzucić tylko odpowiednią kwotą, a jakkolwiek trudne byłoby zadanie, złodziej jest gotowy zabić się za majątek.
    Podobnie jak naukowiec za to, by jego wynalazek zaczął działać.
    - Pańska troska jest niebywałą uprzejmością, ale nikt nie powiedział, że naukowcy nie są szaleni. Każdy z nas ma w sobie ziarenko psychozy.
    Archibald zaśmiał się lekko, opierając policzek na dłoni.
    - Jest pan pewien, że gdybym powiedział panu wprost o tym, że chce przeprowadzić test, tak chętnie wkroczyłby pan do tej posiadłości? Nie wydaje mi się, choć to tylko przypuszczenie. Uznałby pan, jak teraz, że jestem szaleńcem i nie warto poświęcać mi choć odrobiny uwagi. Być może uciekłby pan z tymi pięcioma tysiącami... Proszę być ze mną szczerym. Jak wiele razy przeszło panu przez myśl, by po prostu uciec z taką ilością pieniędzy? To w końcu odpowiednia suma, by móc ustawić się na dobre kilka lat i pan to wie. Nie odnalazłbym pan pana, bo i jak? To prosty zarobek, ukradziony bez problemu prostemu wariatowi.
    Archibald minął złodzieja, odchodząc w kierunku drzwi. Chwycił za klamkę, odwracając się w stronę Robina.
    - Jeśli tak panu ciąży, proszę rzucić szablę gdziekolwiek. Nie jest mi potrzebna - Archibald otworzył drzwi - Wierzę, że wie pan, gdzie jest mój gabinet. Zapraszam i dokończmy wszelkie formalności. Może pan iść ze mną, nie będzie mi to przeszkadzać...
    Arystokrata oparł się o ścianę, czekając na decyzję złodzieja. Ponownie zacisnął dłonie na surducie. Jak bardzo musiała teraz kierować nim adrenalina, ze był tak pyszny w stosunku do Robina? Tak pewny siebie, choć nogi miał jak z galarety. Nawet Archibald nie potrafił jednoznacznie określić swojego zachowania. Być może po prostu był szaleńcem?
    - ... Lub strzelić jeśli poprawi to panu humor i podbuduje zranioną dumę.

    OdpowiedzUsuń
  11. Oczywiście, że był pewien, że złodziej wie, gdzie znajduje się gabinet. W końcu ostrzegł go kilkakrotnie w parku te dwa tygodnie temu. Fascynujące, jak złodziej szybko zdobywał potrzebne informacje. Może posiadał je od bardzo dawna, chcąc okraść kolejnego arystokratę?
    Tego nigdy się nie dowie.
    Blackwood ukłonił się lekko.
    - W takim razie zapraszam w me skromne progi.
    Szli przez długie, niezbyt dekoracyjne korytarze. Archibald stawiał na praktyczność, nie widowiskowość pomieszczeń. Dawało się wyczuć to, że mimo wszystko to służba, wierna mimo wszystko ich baronowi, chciała wprowadzić tu choć trochę przytulnej atmosfery. Na niektórych ścianach widać było ślady po dawno wiszących tu obrazach. Wiele z nich poszło pod młotek, gdy naukowcowi brakowało finansów na kolejne szalone eksperymenty. Choć posiadał rodzinny majątek i zdobywał finanse na swój sposób, sprzedając niektórym nowobogackim własne wynalazki, to nadal było za mało. Nie cieszył się szacunkiem swojego ojca tak mocno jak brat, który siedział w Izbie Lordów. Po całym incydencie w Akademii Filozofii Naturalnej choć był tolerowany przez własną rodzinę to odsunął się od niej dla własnego spokoju i bezpieczeństwa eksperymentów.
    Arystokrata musiał powstrzymywać się, by nie oglądać się za siebie z myślą, czy Robin wciąż za nim kroczy. Złodziej poruszał się niesamowicie cicho, czasem zdradzał go tylko ledwo słyszalny szelest, ale nawet to ciężko było wyłapać. Dodatkowo dźwięki jego stóp wygłuszane były przez zleżałe dywany, które służący starali się cały czas doprowadzać do stanu używalności. Archibald był pod wrażeniem zręczności mężczyzny.
    W miarę zagłębiania się w posiadłość, stawała się ona bardziej niepokojąca i niebezpieczna. Dało się widzieć systemy ochronne, nieudane eksperymenty leżące w kątach, czy druty wychodzące ze ścian. Sami służący też byli inni. Nie wiadomo, czy były to żywe istoty czy mechaniczne stworzenia. Służący owinięci byli w szary materiał niczym bandaż, pobrudzony dziwaczną, karmazynową cieczą, a twarze skryte były za odlanymi z brązu ciężkimi maskami. Miedziane odlewy chroniły także tors czy nogi tych wytworów. Gdy parobki mijały pana domu oraz jego gościa, szeptali coś niezrozumiałego, wydawali dźwięki podobne do płaczu lub cichutko wymawiały jedno słowo "zabij". Służący krzątali się tu i ówdzie sprawdzając zabezpieczenia oraz sprzątając czy przynosząc jedzenie.
    Archibald nic sobie z tego nie robił tylko dalej spokojnie zmierzał do swojego gabinetu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wraz z Robinem stanął w końcu przy metalowych drzwiach zgryzionych odrobinę przez rdzę.
      - Mam nadzieję, że nie wystraszy pana bałagan - powiedział uprzejmie baron, otwierając zamknięte na klucz wrota.
      Pomieszczenie było duże, wprost ogromne. Przypominało bardziej salon jakiejś księżnej niż prosty gabinet. Rozświetlany był przez pojedyncze generatory, które otaczały wszystko miękką, niebieską łuną. Były o wiele lepsze niż zwykłe lampy czy nawet światło z ogromnego okna, które obecnie zasłonięte było grubą kotarą. Wszędzie znajdowały się regały z książkami, a ściany zapisane były kredą oraz poobwieszane różnorakimi, czasem przekreślonymi na czerwono, szkicami. W kącie znajdowało się biurko, oczywiście w większości zajęte przez stosy papierów. Na stole stał także talerz z gulaszem, którego Archibald nie zdążył jeszcze zjeść. Za metalowym konstruktem dało się widzieć klapę, która prowadziła w dół, do pomieszczeń ważnych dla Archibalda - do laboratorium. Część eksperymentów została przeniesiona do gabinetu, bo zajmowała ważne na dole miejsce.
      - Proszę się rozgościć - gestem dłoni Archibald zaprosił złodzieja do środka. Po chwili szybko dodał - I niczego nie dotykać...
      Blackwood podszedł do biurka, otwierając kolejną szafeczkę brudnym kluczem. Zamek puścił z cichym skrzypnięciem, a ze środka mężczyzna wyciągnął kolejną sakiewkę pieniędzy. Położywszy pieniądze na biurku, odszedł w kierunku swoich szkiców.
      - Niech mi pan powie, szanowny panie... Jak pan wcześniej powiedział, cytuję "posiadam pewne cechy charakteru, które nie pozwalają mi robić pewnych rzeczy, na które nie rzadko mam ochotę". To bardzo mnie zainteresowało. Widzę tutaj swoisty kręgosłup moralny, który być może nie zgodzi się ze zleceniem, które chcę panu przypisać... - Archibald odwróciwszy się w kierunku kryminalisty uśmiechnął się kącikiem ust - Nie lubi pan być oszukiwany, więc z całą pewnością będzie pan się chciał dowiedzieć, dlaczego włamuje się pan do takich, a nie innych miejsc, czyż nie? Jak pan zareaguje jeśli ta prawda... Będzie gorzka nie tylko dla pana, ale też dla tysiąca londyńskich istnień?
      Pozostawił to pytanie wiszące w powietrzu, ciche i zabójcze niczym najgroźniejsza z trucizn. Konstrukt poruszył się nieznacznie, jakby również obserwując złodzieja.

      Usuń
  12. [Teraz ja się rozpisałam xD]

    Archibald zaśmiał się, krzyżując ręce za plecami.
    - Nie każde, tylko te, które mnie szczególnie zainteresują. A pan, muszę przyznać, jest niezwykle barwną postacią.
    Naukowiec potarł wierzchem dłoni o brodę, zastanawiając się głęboko. Doprawdy tak łatwo mógł przekonać złodzieja do swojego zadania? To było niesamowite. Spodziewał się, że niektórych rzeczy zabrania mu "kodeks moralny" lub tego typu emocjonalne głupoty. A tu człowiek jednak może się wciąż mylić i te trzy spotkania z kryminalistą naprawdę niewiele arystokracie o nim powiedziały.
    - Podoba mi się pańska postawa i szkoda... Że nie przyjmuje pan zapłaty w ciastkach. Po drugie wysadzenie jest prymitywne, korzystają z tego tylko ludzie o słabej wyobraźni - zażartował i usiadł na niewielkim, wysłużonym taborecie stojącym pod oknem.
    Oparłszy łokcie na kolanach zastanawiał się nad dobraniem odpowiednich słów, by ponownie nie zrazić do siebie złodzieja. Tamto kłamstewko przeszło, gdyż szybko pojawiła się odpowiednia suma pieniędzy. Teraz stawka była dużo bardziej prominentna. Otóż nie chodziło o włamanie do byle posiadłości, ale o coś za co wielu dałoby się pokroić. Na dodatek mające służyć niezbyt szlachetnym celom. Cóż... Archibald owinął prawdę w bawełnę, ale złodziej nie wyglądał jakby przejął się kilkoma losami ludzkimi. Tym lepiej. Mógł więc uznać, że powiedział mu cząstkę prawdy i powinno to, póki co, wystarczyć.
    Problem pojawił się też z pieniędzmi. Miał rozrysowany kosztorys, ale pojawiła się ostatnio dość miła niespodzianka, która zachwiała planami naukowca. Musiał je przerobić, by odpowiednio dostosować finanse do zachcianek. Nie mógł wydawać pieniędzy na prawo i lewo, za coś musiał kupować materiał potrzebne mu, nomen omen, do tego właśnie planu.
    Zapłatą zajmie się za moment, przydałoby się wprowadzić Robina w plan. Niecny, mający odbić się na wielu setkach istnień.
    - Oczywiście niech pan się nie przestraszy... Nie zamierzam, przy pana pomocy, pozbyć się aż takiej ilości ludzi. Nawet ja mam swoje granice, choć zahaczają one o psychozę. Powiedzmy, że... Przy pańskiej pomocy zapanuje w Londynie lekki chaos. Miejmy nadzieję, że nie długookresowy.
    Archibald wstał krążąc po pokoju powoli i z pewną dozą elegancji. Wyciągnął z kieszeni surduta okulary, które nałożył na nos.
    - Chciałbym pokazać kilku ludziom, że nie należy nie doceniać kogoś kim pogardzili. I zamierzam zrobić to tak, by nawet ich dzieci, a później wnukowie i prawnukowie zapamiętali tę nauczkę. To będzie niezapomniane przeżycie.
    Po kręgosłupie mężczyzny przeszedł dreszcz podniecenia, który pojawiał się za każdym razem, gdy myślał o nowym eksperymencie. Teraz miał szansę stworzyć coś zaiste fantastycznego! Podszedłszy do wielkiej płachty, która kryła jakąś dziwną z kształtu rzecz, gestem zaprosił złodzieja bliżej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Widział pan moich "służących"? Nie tych w zewnętrznych partiach domu, ale bliżej gabinetu? Wspaniali, czyż nie? - zapytał, chwytając za płachtę i ściągając ją jednym szybkim ruchem. Oczom obu mężczyzn ukazał się model ludzki, taki jakich używa się do nauk medycznych. Problem leżał jednak w tym, że prawie wszystkie organy zostały zastąpione trybikami, a w żyłach jawił się dziwaczny płyn. Była to okropność, która w rzeczywistości znajdowała się pod całą stertą bandaży parobków krążących po posiadłości barona.
      Ci służący byli najnowszym wynalazkiem Archibalda. "Zamaskowani służący" - tak lubił ich nazywać. Parobkowie, którzy nie potrzebowali snu, jedzenia czy picia. Wykonywali wszystkie rozkazy bez zadawania jakichkolwiek pytań. W razie potrzeby potrafili ściągnąć odpowiednią pomoc lub oddać życie za swojego pana. Jednak proces ich tworzenia nie był tak kolorowy, ohhh nie był... Wielu z nich się buntowało bulgocząc słowa, które zupełnie do nich nie pasują.
      Gdyby tylko Robin znał choć część prawdy... Czy wycofałby się z tego okropieństwa?
      Naukowiec westchnął ciężko, kontynuując.
      - Niestety... To wciąż prototypy. Bardzo kapryśne prototypy. Sam proces kreacji takiego służącego to częstokroć wiele tygodni prac i zmartwień. Jeśli me plany mają się spełnić potrzebuje ulepszyć własne dzieło. Sprawić, że stanie się doskonałe - uśmiechnął się niepokojąco do złodzieja - Naukowcy nie powinni dążyć do perfekcji.
      Archibald odwrócił się od modelu i podszedł do tablicy wyrysowanej kredą. Przesunął jedną jej część, odsłaniając pod spodem rysunek starożytnego miasta wraz z kilkoma notatkami, które również sam stworzył. Wyglądało to tak jakby dawał wykład studentowi.
      - Jak to zrobić? - pytanie zawisło w powietrzu - Słyszał pan kiedyś o Atlantydzie? Mitycznej krainie, gdzie jakoby żyć miała wysoko rozwinięta cywilizacja zniszczona przez naturalne katastrofy? Trzęsienia ziemi i podtopienia będące sądem starożytnych bogów dla Atlantydów, którzy zbyt zachłysnęli się własną wspaniałością? Wielu traktuje to jako legendy, ale badacze wciąż twierdzą, że gdzieś na świecie istnieją ruiny tego cudownego miejsca. Krainy za Oceanem Atlantyckim, Hiszpania, Morze Śródziemne... Wszędzie odnajdywane są ślady rzekomej zatopionej przed wiekami cywilizacji.
      Mężczyzna odwrócił się w stronę kryminalisty, splatając palce.
      - Czemu panu o tym opowiadam? Otóż dowiedziałem się, że kilka tygodni temu dokonano niesamowitego odkrycia. W okolicach Morza Egejskiego znaleziono dziwaczne i niecodzienne artefakty będące przypuszczalnie spuścizną Atlantydów. Wśród nich znajdują się trzy maski o niespotykanym dotąd kształcie i... Właściwościach. Niestety zamknięto je w dwóch miejscach w Londynie: Muzeum Historii Naturalnej oraz domu sławnego badacza-kolekcjonera lorda Jamesa Brama. Żal patrzeć, jak przedmioty te gniją w gablotach, gdy przysłużyć się mogą naukowym sensacjom. Problem w tym, że niewielu wie, jak się za to zabrać.
      Blackwood ponownie skrzyżował ręce za plecami przyglądając się złodziejowi.
      - Mam nadzieję, że wie pan jaki jest dalszy ciąg mojej opowieści. Pytanie, jak pan to wszystko rozumie i czy wciąż jest pan ze mną.
      Zaskakujące, jak wiele już zdradził prostemu rzezimieszkowi. Cóż... Nawet jeśli chciałby z tym pójść do władz i tak mu nikt nie uwierzy, nie tylko dlatego, że jest złodziejem.
      Zadanie się komplikowało, już po słowach "Muzeum Historii Naturalnej". To miejsce-twierdza z czym dom Blackwooda nie ma się co równać. Nad bezpieczeństwem posiadłości pracował tylko jeden naukowiec, nad Muzeum - niemalże od lat setka. Archibald postanowił dołożyć jednak wszelkich działań, by teraz wspomóc kryminalistę w zadaniu z całych swoich sił.
      Tutaj gra była warta świeczki.

      Usuń
  13. Złodziej nie był niemądry, Archibald widział to w jego oczach. Za każdym razem, gdy przyglądał się dłużej kryminaliście ten zastanawiał się... Być może wyciągając odpowiednie wnioski. Baron mógł być pewien, że nie trafił na byle zabijakę, ale na artystę w swej dziedzinie. Fantastycznie.
    - Doskonałe podsumowanie - kiwnął głową Archibald podchodząc do biurka i opierając się o mebel dłońmi. Zadarł lekko głowę, a pojedynczy błysk elektrycznego generatora mignął na jasnych oprawkach okularów - Nie nazywał bym ich jednak cudakami... Bliżej im do pewnych ludzkich aspektów niż się panu wydaje.
    Ahh... Błąd. Po co w ogóle to powiedział? Nie miał zamiaru odsłaniać wszystkich kart i psuć niespodzianki. Tajemnica naukowa jest ważniejsza niż ta lekarska. Wielu łypie na choćby strzępek nowej technologii, który mogą zagarnąć. Wielu też obserwuje, czy spełnia się wszystkie zasady niepisanej, ale obowiązującej etyki - każdego "innowiercę" po prostu się likwidowało i pozwalało mu zgnić w więzieniu. O tyle to było hipokryzją, że każdy kiedyś zgrzeszył w tej dziedzinie, ale nie każdy potrafił to ukryć.
    Blackwood uśmiechnął się do Robina, otwierając szafeczkę i rzucając na biurko dwie koperty. Zapisane równym i dekoracyjnym pismem, na kilometr pachnące bogactwem.
    - Nie tyle chcę pomóc, co muszę... - zaczął powoli, po czym gładko zmienił na chwilę temat - I odpuśćmy sobie tytularność. Nie jesteśmy już obcymi, tylko "wspólnikami". To tylko utrudnia komunikację.
    Archibald rozerwał pieczęć jednej z kopert, wyciągając ze środka kartkę. Miękki kredowy papier kontrastował z, póki co, słabo oświetlonym pokojem.
    Wyglądało na to, że naukowiec tylko czekał na zgodę Robina, by wziął udział w tej misji zamachowca. By powiedział "tak" niezależnie, ile Archibald będzie musiał mu zapłacić. Miał przygotowany plan i zamierzał się go trzymać, ale zmienić kilka szczegółów, jeśli kryminalista uzna to za konieczne.
    - Jeśli tak ci zależy na pozbyciu się tych trzech osób, a ma to zmniejszyć moje koszta... To nie widzę w tym przeszkód. Muszę tylko wiedzieć, kim są te tajemnicze persony, bym mógł odpowiednio zmodyfikować moje zamiary - Blackwood uderzył kilka razy kartką w dłoń - I jestem w stanie pomóc w tych kilku skokach z dużo większą ochotą niż miało to miejsce podczas twojego "testu". W końcu pierwsze skrzypce gra też mój interes, a nie chce by ktoś komu płacę wpadł w coś, czego nam obydwu nie udało się przewidzieć. Zależy mi na twoim bezpieczeństwie...
    Baron zbliżył się do Robina podając mu kartę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Zaczniemy jednak nie od muzeum, a od Jamesa Brama. Jeśli ta jedna maska mi wystarczy nie będzie potrzeby odwiedzenia tak dobrze strzeżonego muzeum. Na dodatek, z tego co mi wiadomo, maski są jeszcze w rękach zajmujących się nimi badaczy, więc to niestety komplikuje sprawę. Wracając do Brama... Trzymasz w ręku zaproszenie na comiesięczne przyjęcie maskowe organizowane przez tego szalonego kolekcjonera. Czas, kiedy może pochwalić się swoją kolekcją i podbudować to męskie, wątłe ego ciągłymi komplementami. Zbiera całą śmietankę towarzyską, a mi udało się zdobyć dwa zaproszenia. Dla lorda Archibalda Blackwooda i jego... Dalekiego kuzyna ze strony matki.
      Naukowiec być może popełniał błąd chcąc tak zagrać w tej sytuacji. Wpuszczać złodzieja i jeszcze pokazywać się w jego towarzystwie. Co jeśli ktoś, nie daj Bóg, go rozpozna? Tego obawiał się najbardziej, bo nikt nie będzie dopytywał o prawdopodobieństwo kuzynostwa - nawet ojciec Archibalda mało wiedział o rodzinie własnej, już byłej, żony. Idealna przykrywka.
      Dzięki temu jednak miał nadzieję, że da sobie i Robinowi szansę na zinfiltrowanie posiadłości. Ich dwójka zauważy z pewnością więcej niż pojedynczo. Archibald zwracać będzie uwagę na zabezpieczenia, które są mu bliższe, a złodziej... Jak dostać się tam, gdzie nie chcą ich wpuścić.
      Blackwood odchrząknął.
      - Skorzystamy też z faktu, że to przyjęcie w pewnym momencie zmienia się w festiwal czegoś, co zarzucałeś arystokratom w parku. Chciałem ponownie uniknąć tej prymitywnej, bachusowej maskarady, ale być może teraz mi się to nie uda - skrzyżowawszy ręce na piersi, mężczyzna przechylił lekko głowę - Wykuruj się do końca i przyjdź tu w międzyczasie po odpowiednie ubranie. Przyjęcie odbywa się za tydzień, więc nie mamy wiele czasu. Jeśli wpadniesz tu przy okazji po strój postaram się przygotować odpowiednie szkice tego, co wiem o posiadłości Brama.
      Potarłszy skronie palcem, po chwili dodał jeszcze.
      - Zapomniałbym o zapłacie. Cztery tysiące funtów za prosty skok. Czujesz się usatysfakcjonowany moją pomocą?

      Usuń

  14. - Nie zależy mi na czasie, jestem cierpliwy. Czekałem na tę szansę ponad 15 lat, więc poczekam jeszcze dzień dłużej.
    Złodziej pewnie chwycił pióro leżące na biurku Archibalda. Prostym, ale nader starannym pismem odkrywał nazwiska jakich chciał się pozbyć. Podawszy kartkę baronowi, wciąż na niego spoglądał.
    Blackwood poprawił okulary i przyjrzał się skrawkowi. Uniósł brew, widząc dość znajome mu nazwiska. Proszę, proszę... Dwójka sędziów i prokurator. Na dodatek nie byle jacy, ale arystokracja. Jednego z nich Archibald znał osobiście, spotkali się na przyjęciu może z rok temu. Zamienili kilka zdań i ich drogi się rozeszły, nie można powiedzieć, by była to owocna dyskusja.
    - Cóż... Nie będzie problemem, ale to również wymagać będzie czasu i odpowiedniego przygotowania.
    Archibald spoglądał jak złodziej usilnie próbuje zanegować jego pomysł z balem. Cóż, być może to i była głupota, ale Robin tak naprawdę nie znał ani rodziny barona, ani jego samego. Na salonach naukowiec od dawna był uznawany za dziwaka, choć potrafiącego się zachować. Szeptano po kątach o tym, że jednak kontynuuje swoje eksperymenty, choć nikt otwarcie nie ważył się tego przyznać. Jego wiek, a także brak chęci do ożenku czy spotkań z damami to również tematy, jakie znajdowały się na ustach arystokratycznego społeczeństwa lubiącego takie opowiastki. W końcu dzięki temu można wbić komuś szpilę bardzo głęboko - o ile obiekt plotek się tym przejmował. W przypadku Archibalda było to doprawdy zbędne, miał na głowie ważniejsze sprawy.
    - Rób jak chcesz, ale daję ci szansę gruntownego przeczesania posiadłości nim do niej wejdziesz "na serio". Wydaje mi się, że zobaczenie czegoś na własne oczy jest dużo bardziej konkretne niż poleganie na słowach jakiś laików... Nie uważasz?
    Blackwood skrzyżowawszy dłonie na piersi, zbliżył się do złodzieja, stając u jego boku. Spojrzał ponad jego ramieniem.
    - Po drugie spójrz na zaproszenie... Bal maskowy. Kuzynem lorda Blackwooda będziesz tylko przy wejściu, jeśli chcesz. Możesz tej nocy być kimkolwiek chcesz i zachowywać się jak chcesz, a każdy weźmie to za prostą maskaradę. Oczywiście na miejscu byłoby jednak choć odrobinę taktu, ale wątpię byś go nie miał. Z własnego doświadczenia wiem, że większość "szlachetnie urodzonych" zachowuje się jak zwykłe warchlaki taplające się w brudzie i błocie.
    Mężczyzna wzruszył ramionami i spokojnym krokiem odszedł w kierunku okna, dając złodziejowi czas na zastanowienie się nad jego propozycją. Archibald nie lubił się powtarzać. Nie lubił także, gdy coś co zaplanował było tak po prostu rzucane w błoto.
    Z ciężkim westchnieniem usiadł na taborecie.
    - Nie zmuszam cię, jeśli nie czujesz się na siłach - uśmiechnął się szelmowsko w stronę złodzieja. Ohhh tak... Być może teraz naruszył jego ambicje. Patrząc na kryminalistę, Blackwood nie wątpił, że ten nie cofnie się przed niczym. Nawet jeśli miałby przeklinać tysiąckroć podczas drogi ku celu. Sprawiał takie wrażenie, jego ruchy, jego postawa, jego spojrzenie... Wszystko tchnęło pewnością siebie, choć być może była to tylko fasada. Po chwili baron kontynuował - Wymagać to będzie nie tylko ode mnie, ale też i od ciebie jako takiego wczucia się w role. Tu już nie będziesz mógł polegać na swoich zwyczajowych umiejętnościach. Czy podejmiesz się jednak wyzwania i spotkasz się ze mną za te trzy dni, by omówić twoje personalia, podstawowe fakty jakie powinieneś wiedzieć o balach i sposobach poruszania się na nich, a także posiadłości samej w sobie?
    Blackwood nie spuszczał wzroku z Robina, czekając na odpowiedź. Miał nadzieję, że go satysfakcjonującą.

    OdpowiedzUsuń
  15. Blackwood chciał już zaprotestować z całą tą maskaradą z oknem i świecą. Robin mógł w końcu wejść frontowymi drzwiami - niewielu służących interesuje się sprawami swego pracodawcy. Powstrzymał się jednak od powiedzenia czegokolwiek. Z takimi osobami i pod tymi względami nie warto dyskutować. Pewnie i tak złodziej postawiłby na swoim, z przyzwyczajenia.
    Archibald wyszedł chwilę później za kryminalistą i uśmiechnął się do siebie widząc otwarte okno.
    - A jednak nie zdecydowałeś się przejść koło moich służących... - powiedział cicho, kiwając głową. Zamknąwszy okno, odszedł w kierunku laboratorium. Miał dużo, dużo pracy.
    Mechaniczny parobek minął go. Ropiejąca maź wyglądała nieestetycznie na ubraniu, ale takie są skutki, gdy wynalazek nie działa jeszcze jak należy.
    - Boli... - ledwo słyszalny lament doszedł do uszu barona. Złowieszczy grymas przeciął jego twarz.
    - Za niedługo przestanie...
    ***
    Blackwood otworzył lekko wielkie okno w swoim gabinecie i postawił na parapecie świece. Zimne powietrze sączyło się do gabinetu, przyprawiając o miły dreszcz. Papiery wiszące na ścianie zaszeleściły lekko, gdy leciutki wiatr wślizgnął się do pomieszczenia. Archibald usiadł spokojnie na fotelu i czekał na przybycie gościa. Miał nadzieję, że postawił świece w odpowiednim momencie. Ciemne, metaliczne chmury zwiastowały burzę - nie chciał, by jego towarzysz w zbrodni ponownie był "niedysponowany" jak po zleceniu u lady Ponsomby.
    Naukowiec pocierał palcami oczy, próbując się rozbudzić. Był niemalże nieprzytomny, a mieli dzisiaj sporo do zrobienia ze złodziejem. Mierzenie, opracowanie planów i zapoznanie się ze szkicami posiadłości. Archibald od ich ostatniego spotkania pracował jednak nad udoskonaleniem swoich służących, by mieć sto procent pewności, co będzie im potrzebne i jak zastąpić nieszczęsną maskę Brama jeśli ona nic mu nie da. Plan był opracowany, owszem, ale posiadał jeszcze kilka niewiadomych, losowych zmiennych, które musiały być jasno określone.
    Blackwood poruszył się gwałtowniej, gdy ujrzał cień wpadający do pokoju. Musiał przysnąć, podczas, gdy Robin skorzystał z okazji i wkradł się do środka.
    Naukowiec potrząsnął lekko głową i wstał, stając przy złodzieju.
    - Najwidoczniej... Chmury wisiały nad miastem już od rana - odparł baron, gasząc świecę i zamykając okno - Mogłeś wejść frontowymi drzwiami.
    Odetchnąwszy lekko, Archibald poczuł zapach ziół dochodzący od złodzieja. Uśmiechnął się do siebie, odwracając głowę w kierunku złodzieja.
    - Jeżówka i rumianek? - zapytał, zaraz jednak podchodząc do biurka - Mam nadzieje, że lekarstwa ci pomogły. Twoja choroba może nam tylko zaszkodzić.
    Blackwood wyciągnął stos papierów, związanych sznurkiem, z szafki i położył je na biurku. Oprócz tego w jego rękach błysnęła miarka będąca długą tasiemką z zaznaczonymi centymetrami. Blackwood sięgnął do panelu z pokrętłami na ścianie i przekręcił jeden z nich. Pokój rozjaśniał w ułamku sekundy, a generatory zabuczały niespokojnie.
    - Zanim przejdziemy do planów, gdyż zajmie nam to dłużej, pozwolisz, że sam cię zmierzę. Moi służący są jeszcze ciut niekompetentni pod tym względem, a po drugie...
    Pokręcił lekko głową. Nieistotne.
    - Nieważne. Pozwolisz, proszę?

    OdpowiedzUsuń
  16. Blackwood chciał już coś dodać, ale najwidoczniej Robin sam się domyślił, że w pelerynie nie zdejmie z niego miary. Cóż... Archibald nie zamierzał zamawiać krawca dla złodzieja, co to to nie - za dużo czasu. Przydałoby się jednak przerobić, coś co niedawno należało jeszcze do barona. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik, a każdy szczegół dopracowany. Co prawda, Archibald mógł być uznawany za wariata, ale starał się wyglądać jak najlepiej na każdym przyjęciu. Tego samego wymagał od swojego "kuzyna", nie mogli wpaść jego niechlujstwem pod względem stroju.
    Baron wzruszył ramionami, nakładając okulary, chwytając kartkę i umieszczając ołówek za uchem.
    - Nie patrzę. Po prostu miło w końcu się dowiedzieć z kim mam do czynienia - powiedział beznamiętnie baron, podchodząc do złodzieja.
    Wyprostowawszy tasiemkę naukowiec zaczął ściągać miarę z Robina. Szyja, barki, biceps, nadgarstki...
    - Podnieś ręce - nakazał Blackwood zbliżając się do złodzieja. Przeciągnął tasiemkę dookoła klatki piersiowej kryminalisty, znowu czując silny zapach ziół silnie kontrastujący z jego własną wodą kolońska. Archibald pozostawił trochę luzu i zapisał ponownie wymiar na kartce - Możesz opuścić.
    Na sam koniec pozostawił rękawy, pas i nogawki. Robin był od niego trochę niższy, ale za to szerszy w ramionach i miał dłuższe nogi, patrząc na same wymiary. Nie był jednak brzydko nieforemny, a dość szczupły i proporcjonalny, Noszenie sprzętu laboratoryjnego nijak się miało do ćwiczeń, które zapewne wykonywał złodziej...
    Blackwood podniósł się z klęczek i, wziąwszy kartkę, zapisał ostatnie wymiary.
    - Taak.. Będzie to wymagało odrobiny poprawek. Lubisz zielony kolor? - spytał baron, nie odrywając oczu od kartki i zmierzając w stronę drzwi. Nie chciał w sumie słyszeć odpowiedzi, bo kryminalista nie miał wyjścia - Mam nadzieję, bo nie masz wyboru.
    Archibald uchylił lekko drzwi za którymi czekała jedna z mechanicznych służek. Wydał polecenie, a istota wzięła od niego kartkę. Skłoniwszy się lekko, zniknęła w ciemnościach korytarza.
    Mężczyzna klasnął lekko w dłonie, poprawiając okulary.
    - Było aż tak strasznie? Nie wydaje mi się... Zapraszam cię do biurka.
    Naukowiec podał kryminaliście pęk papierów, przewiązanych sznurkiem. Znajdowały się tam proste szkice budynku, które wykonał Archibald, a także rysunki maszyn jakie mogą tam spotkać z możliwymi sposobami ich wyłączenia. Tutaj jednak Archibald potrzebował ciut dłuższej obserwacji, gdyż sprzęt mógł zostać ulepszony od czasu jego ostatniej wizyty. Być może też złodziej zauważy coś ciekawego. Blackwood pozwolił sobie także zaznaczyć alternatywne ścieżki wejścia do posiadłości Brama, ale podejrzewał, że stojący przed nim mężczyzna i tak znajdzie własne.
    Naukowiec przetarł ponownie oczy, próbując odgonić od siebie sen. Mieli zbyt dużo pracy... Chcąc zmienić temat, zapytał:
    - Z jakiego sprzętu korzystasz podczas swoich skoków?

    OdpowiedzUsuń
  17. Archibald spojrzał uważnie na Robina, marszcząc brwi.
    - Nie możesz ubrać czegokolwiek - powiedział poważnie, krzyżując dłonie na piersi - Jeśli nie chcemy wpaść, wszystko musi być dograne perfekcyjnie. Inaczej cały plan pójdzie do piachu. Ciebie stracą, a mnie wtrącą do więzienia.
    Oparłszy się o biurko naukowiec uśmiechnął się do siebie. Gra wstępna? Dawno nie słyszał tego słowo w znaczeniu jakim wypowiedział je złodziej. Wszystkie to było mu niezbyt potrzebne do pełnego życia. Zostało to zastąpione czystym głodem wiedzy i innowacji. Pożądania coraz to nowych technologii i dreszczu, gdy osiągnie się tak dawno planowany sukces. Reszta typowo ludzkich przyjemności jest... Licha, prymitywna i mdła dla niego w smaku.
    Blackwood przyglądał się złodziejowi, który oglądał plany i szkice, zwracając większą uwagę na maszyny. Jego partner zgrabnie też minął temat sprzętu, którego używa podczas skoków. Cóż... Jego strata, mogłoby i z tej współpracy wyjść coś dobrego. Patrząc na to długookresowo oczywiście.
    Baron, dla wygody, podciągnął rękawy koszuli, co ujawniło blizny, dość świeże przypalenia czy zadrapania. Dzisiaj nie wyglądał na mężczyznę swego stanu, a zwyczajnego naukowca. Szarawa koszula w kilku miejscach przetarta i "udekorowana" pozostałościami elektrycznej iskry, skryta pod burgundową kamizelą. Szczerze powiedziawszy, przed przybyciem Robina dopiero co wyszedł z laboratorium.
    Archibald uniósł dłoń do ust zastanawiając się.
    - Niewiele mogę ci powiedzieć. Bram jest dość tajemniczą personą. Ma swoje małe grzeszki i upodobania, ale nie jestem jedną z jego kochanek, by wiedzieć dość dużo. Podejrzewam, że jest paranoikiem, jeśli chodzi o podejrzliwość czy wrażliwość na krytykę. Mimo to organizuje przyjęcia, ale tylko po to by wykąpać się w tych mdłych komplementach na swój temat. Tak... Lubi się puszyć własną kolekcją i jest do niej niezwykle przywiązany. Wydaje mi się też, że potrafi wyłapać niemalże każdy szczegół we własnych dziełach. Raz ktoś odważył się dotknąć pewnej wysadzanej wazy i przesunął ją, może o dwa centymetry, a rozniósł takie larum, jakby co najmniej ktoś ją ukradł - Archibald spojrzał na złodzieja, dając mu niemy znak tego, że tu muszą być bardzo ostrożni - Dlatego musimy podmienić maski, by przynajmniej dać mu wrażenie, że ta nadal tam jest.
    Blackwood ruszył się z miejsca, spokojnie chodząc po pokoju.
    - Nie nazwałbym dam lorda Brama prostytutkami. To gąski z bogatych domów, które próbują ugrać coś dla siebie w tym świecie. "Kurtyzany", jak lubi to nazywać Bram, są zapraszane tylko z okazji przyjęć. Takich jak to na które idziemy - Archibald podszedł do wielkiego modelu robota stojącego w kącie i przyglądał się mu leniwie - Każda maszyna ma jakąś wadę. Jego reagowały na krótki sygnał elektromagnetyczny. Przynajmniej zauważyłem to na ostatnim przyjęciu. Wystarczyłoby zdobyć tylko częstotliwość na jaką reagują, stworzyć odpowiednie urządzenie i voila... Masz połowę drogi ułatwioną.
    Baron odwrócił twarz w kierunku złodzieja, jednak się nie uśmiechał.
    - Nie liczyłbym jednak na to, że nie poprawił tej wady, ale kto wie.

    OdpowiedzUsuń
  18. [Hej, piszę w sprawie naszego wątku - odpowiedź przedłuży mi się jeszcze ze względu na egzaminy. Spróbuje odpisać do świąt, ale nie obiecuje - dziękuję :)]

    OdpowiedzUsuń
  19. [Strasznie przepraszam, że musisz tyle czekać na odpowiedź! :) W przerwie między pracą, a egzaminem udało mi się coś takiego wytworzyć. Jedźmy z tym koksem :)]

    Archibald potarł wierzchem dłoni o brodę, przy okazji poprawiając szybkim ruchem okulary. Zastanawiał się intensywnie nad tym co powiedział Robin. Historia... I to najlepiej taka, żeby nie postawiła ich w niekorzystnym świetle i nie utrudniła zadania. To może być trudne, ale nic niemożliwego. Zwłaszcza jeśli ma się do czynienia z rodem Blackwood, który jest tak specyficzny, że drugiego takiego chyba nie znajdziesz w Londynie. Zdarzały się jednostki wybitne, takie jak brat Archibalda, ale też czarne owce jak sam naukowiec czy lady Ponsonby. Wszystko było do stworzenia.
    - Będzie nam potrzebne w takim razie jeszcze jedno spotkanie - baron odezwał się po chwili, wzruszając lekko ramionami. Nie było wyjścia - Zrobię ci notatki na temat twojej historii i opowiem ci co nieco. Po drugie... Nauczę cię podstaw poruszania się na przyjęciach, byś nie popełnił jakieś podrzędnej gafy. Liczę na twoją współpracę.
    Blackwood uśmiechnął się w kierunku Robina, jakby ta potencjalna, przyszła nauka była dla niego grą. Owszem, odrobinę bawiła go ta sytuacja, choć cel był jak najbardziej poważny i krytyczny. Oglądanie jednak, jak ktoś zupełnie "nie z tego świata" wbija się w rolę mu nieprzypisaną... To coś doprawdy interesującego, zwłaszcza jeśli miało się naukowy, analityczny umysł.
    Archibald, oparłszy się dłonią o stół, sięgnął do drugiej szafki i wyciągnął drobną karafkę substancji o intensywnym złocisto-cytrynowym kolorze. Postawiwszy ją przed złodziejem, kontynuował z wyraźnym rozbawieniem.
    - Homo? Widzę, że nie masz obaw przed poświęcaniem się "w całości" zadaniu - zażartował Archibald, przyglądając się z uwagą młodemu mężczyźnie. Po chwili jednak teatralnie przechylił głowę, stukając palcami o ramię - Chyba, że to nie jest poświęcenie, a czysta przyjemność. Nie mnie w to jednak wnikać, heh...
    Robin miał rację. Ludzie popełniają błędy i gafy, które będą mogli wykorzystać, by dostać się do sejfu, ale co dalej? Na razie nie przejmował się tym jak złodziej dostanie się do środka. Ufał mu, choć to było dość kruche, że wszystko dopnie na ostatni guzik. Ale jak podmienić maski, by nikt nic nie zauważył?
    Archibald uśmiechnął się lekko w kierunku Robina, na jego tekst o tym "jakbyś był babą, to może byś go uwiódł czy coś".
    - Uwierz mi, że nawet jakbym był kobietą, moje umiejętności sprowadzają się tylko do nauki, nie do flirtu czy kokieterii. Nie jest mi to potrzebne w życiu.
    Baron przyglądał się szkicowi bransolety. Był dość dokładny, nawet bardzo dokładny. Złodziej miał niemalże fotograficzną pamięć, ale czuć było kilka zgrzytów. I to właśnie było zadanie Archibalda - nie doprowadzić lub zniwelować tego typu zgrzyty. Z pożytkiem dla ich obydwóch.
    Jak to jednak zrobić? Opcje były...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Dwie - Archibald podniósł wzrok i spojrzał poważnie przed siebie. Zupełnie jakby mówił sam do siebie, jakby pogrążał się w amoku własnych myśli - Dwie opcje. Albo zapewnić ci więcej niż pięć minut czasu, byś dokładnie rozpoznał maskę lub... Obserwować ją we dwójkę. Lub...
      Oczy mu zajaśniały.
      - Trzecia opcja. Stworzyć urządzenie, które przeniesie... Nie, to niemożliwe. Za mało czasu, za skomplikowane zadanie. Albo...
      Blackwood podszedł do tablicy, przejeżdżając niechlujnie rękawem po jakimś nieważnym teraz szkicu. Chwyciwszy kredę, narysował wnętrze potencjalnego sejfu. Sejfu tak popularnego wśród kolekcjonerów.
      Odwróciwszy się w kierunku Robina pokazał końcówką kredy sejf.
      - Jeśli, ale to tylko "jeśli", uznamy najprostszy projekt sejfu... To w sumie nieistotna zmienna... Moglibyśmy stworzyć coś w rodzaju przenośnej kamery. Zminiaturyzowanej wersji tego, co widziałeś w domu lady Ponsonby. Odpowiednio ustawiony sygnał, który nie byłby zakłócany przez sygnały urządzeń w domu Brana, mógłby przesyłać nam niezbyt czysty, ale zawsze, obraz bezpośrednio. Bez konieczności pilnowania czasu czy patrzenia za ramię, że ktoś nas nie nakryje. Wspomoże to twoje obserwacje. Czysto i bez problemu, choć nie powiem, sygnał będzie krótki. Trzeba będzie przeprowadzać inwigilacje bardzo blisko domu Brama, ale to najmniejszy problem. Sądzę, że...
      Narysował w kilku miejscach sejfu krzyżyki.
      - Trzy albo cztery "kamerki" wystarczą, by spotęgować sygnał i obejrzeć maskę z każdej ze stron na tyle dokładnie, by wykonać interesującą nas kopię. Potrzebuje jednak czasu...
      Baron wyciągnął zegarek z kieszeni. Zmarszczył czoło.
      - Czasu... Zajmie mi to, hmm... Kilka dni z pewnością. Jeśli będę intensywnie pracował. Tutaj też będzie twoja rola. Bardzo ważna, o ile nie najważniejsza.
      Archibald, otrzepawszy dłonie z kredy, energicznym krokiem podszedł do klapy przy podłodze.
      Zanim jednak podniósł ją, spojrzał na złodzieja pytająco, prostując się odrobinę.
      - Pytanie, czy mogę ci zaufać? Jeśli wpuszczę cię na dół, do laboratorium, to tak jakbyś odkrył część mojego "sekretnego życia". Czy twój złodziejski honor to udźwignie?

      Usuń
  20. Archibald uśmiechnął się krzywo, ale czuć było w jego ruchach pewne rozentuzjazmowanie.
    - Takiej odpowiedzi od ciebie oczekiwałem. Dziękuję, że mnie nie zawiodłeś - odparł pewnie. Klęknął przy klapie i podniósł ją energicznym ruchem. Zanim jednak zszedł do środka, dał znać złodziejowi lekkim gestem dłoni, by chwilę poczekał. Baron powoli i ostrożnie postawił pierwszy krok na schodach, roznosząc dookoła nieznośnie głośny dźwięk metalu. Archibal szedł dalej, sunąc ręką po ścianie i szukając włącznika. Gdy go odnalazł, pewniej uruchomił oświetlenie przy pełnym werwy, elektrycznym buczeniu. Nie zapraszał jednak jeszcze złodzieja, musiał wyłączyć zabezpieczenia, by nie trafiła ich jakiś zabłąkany impuls czy kula. Ostrożnie wysunął jedną z cegieł i sięgnął daleko ręką, pod palcami wyczuwając panel.
    Po chwili świat lorda Archibalda Blackwooda mógł stać przed młodym Robinem otworem.
    Archibald cofnął się do złodzieja.
    - Zapraszam w takim razie do swojego królestwa - mruknął zadowolony, jakby z góry był nastawiony na dobrą zabawę. Zawsze tak się czuł, gdy wchodził do swojego niezwykłego laboratorium.

    Gdyby nie wiele... Różnych spraw, Archibald Blackwood mógłby przesiadywać w swoim laboratorium do końca swoich dni martwiąc się tylko o podstawowe potrzeby fizjologiczne. Uwielbiał siedzieć i działać, wpatrywać się jak prosta idea czy szkic zmienia się w coś niesamowitego. Błyszczącego elektrycznością i innowacją. Świeżością pomysłów i sposobów wykonywania.
    Tak... Uwielbiał swoje laboratorium, kochał je rozbudowywać. Zapełniać każdy kąt coraz to nowymi wynalazkami. Gdyby nie machinacje markiza Duncombe posiadałby o wiele większą, dużo bardziej profesjonalną i opływającą w dobrą sławę pracownię. Teraz musiał działać sam i jeszcze się z tym kryć.
    Niedoczekanie społeczeństwa.
    - Pozwolisz, że pójdę przodem - powiedział Blackwood i zaprosił Robina raz jeszcze, schodząc po schodach, pociągając za włącznik oraz uruchamiając generatory. Kamienne ściany rozświetliły się w oka mgnieniu pokazując, jak długo Archibald pracował nad zagospodarowaniem "piwnicznego" miejsca. Laboratorium było dość duże, ale też bardzo wysokie. Wchodziło się do niego przez długi korytarz, a ostatnie metry należało pokonać po metalowych schodach.. Niemniej jednak widok z góry przechodził najśmielsze oczekiwanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na środku dumnie rozświetlał się wielki transformator, którego rozbłyski mogły przyprawić o ekscytację, ale też i przerażenie. Wiązki elektryczne uderzały raz po raz, z dokładnością godną mistrza. Archibald znał ich rytm jak własne imię, potrafił wyliczyć w którym momencie dany impuls przeskoczy dalej. Niedaleko transformatora, nie tak potężne, ale jednak, buczały cicho generatory kaskadowe i iskrzyły się proste kule plazmowe.
      Światła padały na różnorakie fiolki, buteleczki, menzurki, parownice i inną aparaturę laboratoryjną. Leżały one w chaotycznym ładzie na stołach, podpisane starannie. Niektóre z nich były napełnione tajemniczymi płynami, który zastosowanie znał tylko Archibald i kilku innych naukowców. Na ziemi walały się zapisane kartki papieru, niektóre dokładnie były przyczepione do ścian. Niektóre miejsca zakryto kredowymi wzorami i szkicami. Ucierpiały nawet ścianki drewnianej, szerokiej biblioteczki z naukowymi książkami.
      Zza warkotu generatorów dało się słyszeć cichą, ostrą melodię kół zębatych. Poezja dla uszu Archibalda. Pomimo wyraźnie piwnicznej aury, nie można było odmówić jakiegoś tajemniczego uroku przygody i zagadki, gdy stawało się na metalowych płytach podłogowych. Podążali, zdawało się, do najważniejszego miejsca w całej pracowni - do wielkiej, przesuwalnej tablicy uwieszonej na jednej ze ścian.
      - Proszę, nie dotykaj niczego. Nie próbuj okraść, bo stracisz palce - pouczył baron i wskazał na czającego się w cieniu smukłego robota, który zdawało się, że obrócił lekko głowę, gdy mężczyźni przechodzili przez laboratorium. Najnowsi strażnicy Archibalda, wciąż w fazie testów, ale złodziej nie musiał tego wiedzieć.
      - Wracając do twojej kwestii... Nie mamy w ogóle czasu. Nawet, żeby się porządnie przygotować do przyjęcia. Mam jednak wrażenie, że moje małe cudeńka znacznie ci pomogą. I tak będziesz musiał włamać się do sejfu Brama, w tę czy inną noc, uwierz mi. Każda replika czymś się różni, a sam powiedziałeś, że potrzebujemy kopii idealnej. W dzień przyjęcia możemy podeprzeć się dwoma planami - Archibald chwycił za kredę i podszedł to tablicy, zaczynając powoli ją zapisywać. Ahh, ta naukowa maniera pisania wszystkiego co przychodzi do głowy - Pierwszy plan... Wchodzimy na przyjęcie, podglądamy bransoletę, podmieniamy ją. Tutaj jest jednak szkopuł... Czy damy radę wykonać idealną kopię opierając się tylko na replikach w muzeum, hmm? Dlatego tworzymy drugi plan i dajemy sobie czas. Obserwujemy przy pomocy kamerek, porównujemy z replikami i tworzymy perfekcyjną kopię, takiej której Bram nie rozpozna. Owszem, otwarcie sejfu może pozostać zauważone. W tym przypadku jednak...
      Archibald odwrócił się do złodzieja, uśmiechając się do niego perfidnie, niemalże prześmiewczo.
      - Wszystko zależy od twoich umiejętności. Nie najmowałem cię dlatego, że nie miałem wyjścia. Najmowałem cię dlatego, że jesteś ponoć najlepszy w swoim fachu - powiedział ostro Blackwood, kładąc wyraźny nacisk na wypowiadane słowa - Więc dowiedź swoich umiejętności w prawdziwej akcji, nie w prostym teście, panie złodzieju.

      Usuń
  21. Baron odwrócił z ciekawością głowę w kierunku złodzieja, przyglądając mu się uważnie i wsłuchując w nietypowy plan. Naturalnym, niemalże bezwarunkowym, gestem włożył kawałek kredy za ucho, sprawiając, że biały kurz posypał się na jego koszulę.
    Ściągnął okulary, zagryzając końcówkę jakby rozważał wszystko za i przeciw planu złodzieja. Nie powie, był dobrze przemyślany i dość błedo-odporny, ale też nieskomplikowany w swoim kształcie. To mogła być wielka wada Archibalda - jeśli coś szło zbyt szybko i zbyt gładko to on sam to komplikował uważając, że to "przecież nie może być takie proste!". Tak, maniera opanowanego chęcią stworzenia idealnych wynalazków konstruktora. Zaczął podziwiać Robina, nie odmawiając mu oczywiście przy tym profesjonalizmu, że potrafił z czegoś zagmatwanego zrobić coś klarownego i to tak szybko.
    Pojawiał się jednak problem. Dość znaczny problem, a raczej pewna... Nieścisłość w obrazie rzeczywistości.
    - Całkiem intrygujące założenie i ciekawy, prosty w zrozumieniu plan - Blackwood pochwalił szczerze złodzieja, unosząc ponownie dłoń do ust. Głupi zwyczaj, którego nie potrafi wykorzenić, a wygląda to po prostu śmiesznie - Nie nazwałbym tego jednak "lubieniem". Szanujemy się to wszystko, może nawet ciekawimy wzajemnie, ale myślę, że tutaj nie pojawi się problem. Bram niejedno widział, więc nie powinien pytać zbytnio. Oczywiście jeśli przeprowadzimy to porządnie.
    Podniósł jednak głowę, a w miedzianych oczach zajaśniało odbicie impulsu elektrycznego, który błysnął niespodziewanie nad ich głowami. Na Archibaldzie nie zrobiło to zbytniego wrażenia. Przyzwyczaił się do ciągłego buczenia, ruchu i wyładowań jakby był to jego drugi dom oraz jedyny spokojny azyl.
    - Do pokoju gościnnego nie przyprowadza się byle kogo i sam dobrze to wiesz. Możemy wzbudzić zamieszanie w towarzystwie, gdy nagle obydwaj znikniemy. Ja... Nie należę do zbyt społecznie dostosowanych osób, a przynajmniej ludzie chcą tak myśleć przez wzgląd na pewne fakty. Gdy zniknę z jakąś osobą, cóż... - uśmiechnął się sztucznie, wzruszając ramionami - Z pewnością zwrócimy na siebie uwagę. Szczerze ostrzegam, choć nie chce dokładniej wiedzieć, co miałeś na myśli. Zresztą... Po twoim uśmiechu mózg podpowiada sam sobie, więc to nieistotne pytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dał złodziejowi czas na zastanowienie, krzyżując ręce na piersi. Zauważył, jak uwagę mężczyzny przykuł generator, który od niedawna ulepszał. Miał pomysł na nową, fantastycznie zaprojektowaną cewkę, która pozwoli mu osiągnąć napięcie gotowe zabić w jedną nanosekundę. Niestety wciąż czekało go sporo pracy nad dławikiem, który był zbyt niestabilny i nie potrafił odpowiednio ochronić sieć zasilającą. Skoki natężenia pojawiały się nagle, a Archibald nie mógł sobie na to pozwolić, nie chcąc zamienić się w kupkę popiołu. Pracował z wysokim napięciem niemalże od wczesnych lat młodzieńczych, ale nadal odczuwał szacunek i lekki strach, by ot tak rzucać się z radością do testowania wynalazku. Nie rozpoczynał póki wszystkiego nie sprawdził po milion razy. Co ciekawe, interesujący rezonans z Ziemią skutkuje niesamowitymi efektami wizualnymi, ale nie chciał wystraszyć złodzieja i sprawić, by zszedł na zawał.
      - Chodzi ci o terapię elektrowstrząsową? - powiedział Blackwood, opierając się o drewniany blat i nie spuszczając wzroku ze złodzieja - To dość kontrowersyjna metoda, ale nie widzę, by działać miała inaczej na mężczyzn. Pod tym względem mamy równość. Osobiście jednak nie uważam tego za dobrą metodę. Resetowanie mózgu w ten sposób nie sprzyja dobrze na resztę organizmu i pamięć "leczonego".
      Archibald gorzko podkreślił ostatnie słowo wyraźnie dając do zrozumienia, co sądzi o tym sposobie.
      - Może, gdyby spróbować kiedyś elektromagnetyzm... Energia elektryczna nie powinna służyć w ten sposób, jak dzisiaj. Nie pomoże tu żadne znieczulenie - Archibald uśmiechnął się zaczepnie - Jeśli jednak chcesz spróbować, służę uprzejmie pomocą, choć byłoby mi cię szkoda drogi złodzieju.
      Blackwood wzruszył ramionami.
      - Nie wymagam, Robin. Chce ci po prostu pomóc. Może udoskonalić coś co masz. To także w moim interesie byś ze wszystkich zadań jakie ci zlecę wyszedł bez szwanku, co najwyżej z nieuważnie nabitym sińcem. Będę miał na "sumieniu" zbyt dużo ludzi. Po co dodawać tam ciebie, wspólniku? - po chwili dodał - Napijesz się?
      Blackwood oderwał się od blatu i nachylił się, by spod stołu wyciągnąć zakurzoną butelkę destylantu.
      - Eksperymentalna, ale nie oślepniemy od tego. Jest mocna uważaj - powiedział, podając mu alkohol - Wybacz brak kieliszków, ale służę jedynie zlewkami.

      Usuń
  22. [Raz jeszcze przepraszam, że musiałeś tyle czekać! Dopisałam co nieco i poprawiłam błędy, by to jakoś wyglądało :)]

    Archibald zaśmiał się, wzruszając ramionami. Spojrzał z ukosa na złodzieja.
    - Proszę cię, nie rób ze mnie aż tak skomplikowanego człowieka. Wiem, że w otoczeniu tych wszystkich konstruktów i generatorów aż trudno uwierzyć, że sam pochwalam najprostsze rozwiązania jeśli te pojawią się na horyzoncie. Próbowałem szczerze przyklasnąć niewymyślnemu, ale ciekawemu pomysłowi, jednak widzę, że z tobą trzeba inaczej - powiedział, pochylając się lekko do przodu i poruszając w przód oraz tył, trzymając za blat stołu. Ten złodziej wywoływał w nim bardzo mieszane odczucia. Raz czuł się rozbawiony, innym razem zirytowany. Jak na mechanicznej karuzeli.
    Uniósł wzrok, gdy usłyszał chichot złodzieja. Cienki i mało melodyjny, wręcz ostry w brzmieniu, jakby odrobinę nawet diaboliczny. Zupełnie jakby wyszedł z piekła i miał za zadanie dręczyć ludzkość, a wszystkie te żarty sprawiały mu niesamowitą radość. Blackwood pokiwał głową, wzdychając ciężko.
    - Sądzisz, że najmowałbym cię, gdybym zajmował się tak nieistotnymi i trywialnymi wynalazkami? Bawiłbyś się w najlepsze w czyimś skarbcu, a ja "lecząc" znamiona chorób o dość kobiecej naturze - skrzyżował ręce na piersi, uśmiechając się kącikiem ust i unosząc lekko stopę, by wskazać leżący nieopodal metalowy, gruby drąg - Ale ty się nie ograniczaj i obsłuż z moim błogosławieństwem.
    Baron Dufferin kiwnął w zrozumieniu głową, wstając i wyciągając z kieszeni kamizelki sfatygowany i zabrudzony zegarek. Wyglądał jeszcze gorzej niż wtedy w parku. Archibald zamiast doprowadzać go do dawnej świetności, psuł jeszcze bardziej. Układał w głowie plan następnego dnia i to, kiedy będzie mógł wcisnąć w ten harmonogram złodzieja. Co prawda mógł nie wyglądać, ale był dojść zajętym człowiekiem, chociaż ten pęd tyczył głównie zadania w którym uczestniczył Robin.
    - Więc niech będzie 21:00. Plus minus, bo oczywiście musisz wdrapać się do okna - Archibald schował zegarek, podchodząc do złodzieja. Stanął bokiem, odbierając butelkę i patrząc na złodzieja. Trzymał się twardo, choć ten alkohol palił w najtwardszych nawet gardłach. Blackwood wykorzystywał czasem drobne przerwy, by stworzyć coś takiego, a przynajmniej wprowadzić odpowiednią maszynerię w ruch lub dać alkoholowi trochę "odsapnąć".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było właśnie przekleństwo Archibalda - ciągła potrzeba działania. Nie śpieszył się powoli, on połykał czas tak łapczywie, jakby jutro miał spotkać się ze Śmiercią. Rzadko kiedy pozwalał sobie na tak spokojne chwile jak teraz tu ze złodziejem. Ciągle badał, ciągle szkicował, a jego umysł wypełniony był wynalazkami często niegotowymi, by ujrzeć światło dzienne.
      Świat nie był gotowy na jego dzieła. Żałował, po prostu po ludzku, że nie mógł utrzeć nosa tym durniom z Akademii. Pokazać im, że taplają się w brudach teraźniejszości podczas gdy przyszłość była jego. I tylko jego!
      Archibald wiedział, że pozna smak zemsty, ale chciał opracować ją bardzo dokładnie. By mógł dalej tworzyć i czynić dalsze lata lepszymi oraz wspaniałymi. Nie zamierzał dawać satysfakcji tym ograniczonym, zazdrosnym indywiduom, które próbują udaremnić jego wysiłki. Ciężko pracuje, by idee jakie ma w głowie ujrzał świat.
      Były zbyt... Piękne. Tak po prostu.
      W swej elektrycznej poświacie, huku sztucznych błyskawic, błyskach i nadnaturalnym świetle - były po prostu piękne.
      Archibald pokiwał lekko głową, lecz oczy nadal błyszczały mu żądzą działania i głodem wiedzy. Trudno żyć z czymś takim, ale nie żałował ani jednej chwili.
      Mężczyzna upił łyk z butelki i skrzywił się odrobinę, gdy alkohol przepłynął mu przez gardło, rozpalając do czerwoności podobnej rozkwitłej malwie. Złapał oddech, ponownie podając butelkę złodziejowi. Wyszła mu teraz wyjątkowo dobra i wyjątkowo zwalająca z nóg. Jeśli kiedykolwiek zabiorą mu wszystko co tutaj ma, będzie miał się czym zająć.
      Zaśmiał się cicho do siebie na tę głupią myśl i oparł wygodniej o stół.
      - Wiem jak dostałeś się do posiadłości. Zbyt polegasz na ludziach, a tych łatwo złamać. Choćby czymś takim... - wskazał na stojący w kącie szkielet jakiegoś dość pokręconego łóżka do którego podłączone były dwa średniej wielkości generatory. Archibald nie tworzył tylko piękne rzeczy... - Obydwaj już wiemy jak pokręcone masz potrzeby, więc z przyjemnością pozwolę ci skorzystać z tego wynalazku. Kto wie, może sam odnajdę w tym pewną radość. Wybór należy do ciebie
      Archibald skrzywił lekko głowę, patrząc z oczekiwaniem na Robina. Sam nie wiedział, czemu znowu podejmuje tę dziwną grę ze złodziejem. Może sam nie chciał przyznać, że czasem brakuje mu żywego rozmówcy, który, o dziwo, potrafi zaskoczyć w ten lub inny sposób.

      Usuń
  23. Archibald zaśmiał się szczerze po słowach Robina o zabawianiu się dzięki sprzętom w laboratorium. Naprawdę naturalnym, głośnym śmiechem. Odchylił lekko głowę do tyłu, wpatrując się w metalowy sufit i próbując złapać oddech po tej fali śmiechu.
    Tak bardzo do niej niepodobnej.
    - Doprawdy, zabawne z ciebie indywiduum. Ja na coś takiego nie wpadłbym nawet po stu latach wpatrywania się w te maszyny. Ty... W ułamku sekundy - Archibald wyprostował się, poprawiając rękawy koszuli. Jego partner w kryminale był doprawdy ciekawą personą, ale zupełnie oderwaną od rzeczywistości w jakiej żył Blackwood. Nie dziwne, w końcu pochodzili z dwóch innych światów i zajmowali się czymś zupełnie innym. Jednak potrafili się na jakiejś pewnej, delikatnej płaszczyźnie dogadać, więc może nie byli aż tak odmienni?
    Cóż, w jednym jednak temacie Robin zdecydowanie górował nad lordem Blackwoodem. I to z czystej niechęci tego drugiego do podejmowania tak trywialnych spraw, zajmujących jakże cenny czas błahymi emocjami i prymitywnymi instynktami.
    Naukowiec oddał Robinowi butelkę i po chwili przyjął ją z powrotem. Złodziej oszczędnie sączył alkohol, jakby bał się usnąć wśród cylindrów i generatorów. A całkiem przyjemnie się tutaj spało. Archibald wielokrotnie zasypiał w niższej części laboratorium, tuż pod wielkim generatorem, który co noc sączył niewielkie pokłady energii elektrycznej w postaci błysków uderzających o płytki na ziemi. Wyglądało to fantastycznie i cudownie obserwowało się to z dołu. Było to coś na kształt obserwowania gwiazd na świeżym powietrzu, ale zdawało się Archibaldowi dużo bardziej ekscytujące. Czysta nauka zamknięta w potężnej błyskawicy.
    Poczuł, gdy kryminalista wycofał się i zabrał mu z rąk butelkę, najwidoczniej chcąc się ulotnić z laboratorium.
    Naukowiec wstał i podszedł do ramy tego przedziwacznego łóżka, przesuwając palcem po jednym z wielu czarnych kabli. Mechanizm odłączony był od prądu, ale wystarczył jeden ruch wajchy generatora, a przez ciało Archibalda popłynąłby prąd o bolesnej, ale nie śmiertelnej dawce. Tak, by skutecznie rozwiązać mu język i by zacząć uświadamiać fakt, że należy zastanawiać się nad własnym, marnym losem.
    Oczywiście, gdyby był przesłuchiwany na tego typu urządzeniu. Naukowiec odwrócił się z tajemniczym uśmiechem w stronę złodzieja
    - Nie radziłbym się na tym "pieprzyć", choć byłoby to doprawdy intrygującym doświadczeniem. Patrzeć jak prąd gładko przenika przez każdy twój mięsień i zmusza go do gwałtownego ruchu. Ładunek, który by cię nie zabił, ale zmusił do szybszej reakcji i rozsadził poukładane myśli. Obserwować, jak każdy nerw twojego ciała krzyczy i woła o pomoc, a impuls jeden za drugim sączy się przez kable. I jak gwałtownie zaciskasz palce na skórze tej drugiej ofiary losu, która zgodziła się towarzyszyć ci w tym doświadczeniu. Ciekawe jakbyś na nią patrzył, jak poruszyłbyś swoim ciałem, doprawdy ciekawe...
    Archibald wzruszył ramionami.
    - Do zobaczenia, panie złodzieju. Do rychłego zobaczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Archibald nie spał całą noc. No może, zdrzemnął się z godzinę na fotelu w gabinecie, ale to było tylko tyle i aż tyle. Zbierał dokumenty i zapiski dotyczące jego rodziny. Tego, gdzie mógłby umiejscowić szanownego złodzieja w genealogii rodu. Jedna z jego mechanicznych służek dokonywała właśnie poprawek krawieckich na ubraniu, które miało przynależeć do Robina na czas przyjęcia. Powinna za niedługo skończyć.
      Blackwood postanowił umieścić Robina w rodzinie po stronie swojej matki. W zapomnianej gałęzi rodu o której mało kto już pamiętał, bo nie lubili wychodzić na światło społeczności. Nikt nawet nie wiedział, ilu członków się tam znajduje ani kto dokładniej jak się nazywa.
      - Lawrence Greywolf... - Archibald wymruczał do siebie przyszłe imię Robina. Jakie będzie używał na salonach. Usłyszał jak ktoś porusza się niespokojnie przy oknie. Archibald odwrócił się, a jego wzrok padł na sylwetce złodzieja. Blackwood ukłonił się lekko - Lawrence Greywolf, twoja wizyta cieszy moje oczy. A teraz pozwól skończę tą maskaradę.
      Blackwood wyciągnął z szafki zamkniętej na klucz, który nosił przy szyi, zestaw papierów, które przygotował dla złodzieja. Jego przyszłą rolę, którą musiał odegrać idealnie.
      Oznaczył go jako swojego bardzo dalekiego kuzyna, syna siostry kuzynki ciotecznej i tak dalej. Nikt nie będzie tak głęboko węszył.
      - A skąd Lawrence wziął się w ogóle u lorda Blackwooda? - powiedział naukowiec podchodząc blisko złodzieja - To dość zrozumiałe. Wariat zawsze zrozumie wariata, a lord Blackwood nie jest już dobrze traktowany przez "śmietankę towarzyską", więc łatwo to ukryć pod maską potrzeby rozmowy z kimś "równym sobie", odnowienia starych kontaktów rodzinnych czy pokazania młodemu Greywolfowi nowego, pięknego świata. Nie krzyw się tak, na wszystko co święte. Prosta postawa, ramiona do tyłu, pierś do przodu. Musisz być napięty, ale jednocześnie swobodny. I stawiać ostrożnie kroki, ale ty już to robisz.
      Archibald pokazał na podbródek złodzieja.
      - Unieś go wyżej. Masz patrzeć znudzonym, dumnym wzrokiem, ale to już ci dobrze idzie. Powstrzymaj też tą iskrę w oku, gdy ujrzysz piękny przedmiot. Dla naszego bezpieczeństwa. Dłonie do tyłu, żadnego trzymania ich w kieszeniach surduta, któ...
      W pomieszczeniu rozległo się pukanie. Blackwood podszedł do drzwi i otworzył drzwi, a istota weszła do środka. Spojrzała na złodzieja pustym, zimnym i szklistym wzrokiem, jakby zupełnie martwym, kłaniając się nisko. Wręczyła Archibaldowi ubrania, ukłoniła się i zniknęła, tak szybko jak się pojawiła.
      - Pierwszorzędna obsługa. Twoje ubrania, jak obiecałem zielony kolor. Postawiłem na coś swobodnego, bo nie widzę nas biegających w rajtuzach i dziwacznych bufiastych żabotach. Prosta koszula, proste spodnie, prosta kamizelka i, jakżeby inaczej, prosta marynarka. Przymierz, najwyżej wprowadzimy poprawki.
      Blackwood oddał ubrania złodziejowi.
      - I pytaj, jeśli coś w twojej roli cię zastanawia.

      Usuń
  24. Archibald rozmasował skronie.
    - Nie, nie mogłem. Nie "należysz" do normalnej gałęzi rodziny, więc nie spodziewaj się typowych dla arystokracji nazwisk.
    Intrygujący błysk pojawił się w oczach mężczyzny, gdy Robin postawił przed nim niedużą walizkę. Czyżby to był właśnie sprzęt jaki wykorzystywał do włamów? Idealnie! Blackwood nie mógł się już doczekać, gdy położy dłonie na tym wszystkim. Zastanawiała go skuteczność tych przedmiotów, tego jak one działają, kiedy dana zębatka porusza kolejną, kiedy napina się linka... Czuł się jak dzieciak, który dostał nową zabawkę. Problem w tym, że dawno przestał być dzieckiem, ale w towarzystwie nowiutkich cudeniek technologicznych tak się właśnie zachowywał. Chciał wszystkiego wypróbować, wszystko dotknąć i zobaczyć jak działa. Być może zepsuć, może rozkręcić i próbować skręcić znowu. Wiedział, że Robin mu na to nie pozwoli, ale czy to istotne? Najważniejsze, że miał możliwość przyjrzenia się tym wspaniałym przedmiotom. Bardzo mu się to podobało, być może był w tym momencie najszczęśliwszym człowiekiem w życiu.
    Dopiero po chwili dotarł do niego głos Robina, który zagrozi, że zrobi coś arystokracie jeśli ten będzie się na niego patrzył. Blackwood potrząsnął lekko głową, wyrwał się z otępienia i odwrócił się w kierunku walizki, otwierając ją.
    - Mówiłeś coś? - rzucił ponad ramieniem, a na jego twarzy rozkwitł szemrany uśmieszek bardziej pasujący do Robina niż do niego. Pan Blackwood krył jednak dużo tajemnic i po tylu dniach spędzonych razem, złodziej powinien wiedzieć, że nie rodowód zdobi człowieka, a wariaci są wszędzie. Zwłaszcza w tak pokręconym rodzie.
    Archibald wyciągnął pierwszy ze sprzętów na zewnątrz. Wyglądał na spory, ale jednocześnie był niesamowicie lekki. Na pierwszy rzut oka przypominało coś na kształt rękawicy z linką, pytanie tylko jak to działało... Mężczyzna przesunął palcami po przedmiocie czując pod opuszkami niesamowicie gładki materiał. Nie był jednocześnie zbyt przyjemny, raczej surowo matowy. Jak zauważył Archibald, podnosząc go wyżej do oczu, w kontakcie ze światłem nic się nie błyszczało. Zupełnie jakby ta rękawica połykała całe światło i zamykała je we wnętrzu materiału. Blackwood dopiero po chwili zauważył, że na jego palcach osiadła dziwna maź. Czarna i lepka, gęsta niemalże. To ona zdawała się zabezpieczać nie tylko skórę, ale też sprawiać, że nie błyszczała się przy mocnym świetle.
    Wspaniałe, a jak działa mechanizm z linką i...
    Archibald odwrócił się, słysząc, że Robin ponownie się do niego zwraca. Złodziej obdarzył go miłym uśmiechem, zupełnie innym od jego standardowego grymasu. Robin wykonał zręczny przewrót, obracając się kilka razy. Dopiero teraz, kiedy zaczesał dłonią włosy, naukowiec mógł bliżej się przyjrzeć niesamowitym tęczówkom kryminalisty.
    - Heterochromia iridum? Fantastyczne zjawisko - powiedział Blackwood, jakby na ten jeden moment nie zwracając uwagi na strój. Podszedł do Robina lekko się pochylając i z uwagą oglądając jego tęczówki - Masz to od urodzenia? Naukowcy twierdzą, że można się tego "nabawić" w skutek wypadku albo chorób, choć to bardzo rzadkie przyczyny. Częściej to wada nabyta w skutek tego, że wszystko pozostaje w rodzinie, a maluchy to skutki kazirodztwa. Tutaj mamy doskonałe, ahh pełne w stadium. Idealne odbarwienie po obu stronach, brak wewnętrznych pierścieni wokół źrenicy. Nie spotyka się tego u ludzi, jak...
    Arystokrata złapał się dopiero po chwili, że jego słowa zamieniają się w naukowy słowotok, a on sam wyciąga dłoń w kierunku podbródka złodzieja jakby chciał lepiej zobaczyć te fantastyczne oczy. Blackwood cofnął rękę, masując ją miękkimi ruchami.
    - Przepraszam - powiedział po chwili, po czym wrócił do miejsca za biurkiem. Palcami stuknął w biurko, śmiejąc się wewnętrznie z grymasu Robina dotyczącego broni - Przynajmniej jest szansa, że nie będzie cię kusiło, by kogoś uszkodzić. To infiltracja, nie gonitwa do mordu.
    Odwrócił się gwałtowniej, gdy Robin poprawiał się na krześle. Oparłszy się na biurku obiema dłońmi, spojrzał na kryminalistę poważnym wzrokiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Przestań być tak rubaszny i lepiej ucz się tego od teraz. Jeśli wypsnie ci się coś takiego przy gościach możemy spokojnie zacząć się pakować do więzienia. Zostaw to na naszą wycieczkę do pokojów w posiadłości Brama - Archibald przechylił lekko głowę - Plan wygląda mniej więcej tak jak to przedstawiłeś. I naprawdę zabierzesz mi z ramion spory ciężar, jeśli zaczniesz obserwować i dostosujesz się do odpowiedniego, powszechnie uznawanego w wyższych kręgach, zachowania.
      Archibald usłyszał swoje słowa nad wyraz ostro i wyraźnie. Coś tknęło w środku, zdając sobie sprawę, że poucza Robina, a sam nie jest lepszy.
      Blackwood pokręcił głową i opadł na krzesło, ponosząc nogi i kładąc je na zszarzałym, przepalonym biurku.
      - Czemu ja cię pouczam, skoro sam nie jestem lepszy... - zaśmiał się do siebie, przecierając dłonią twarz.
      O czym on w ogóle mówił? Kiedy ostatni raz sam był na przyjęciu? Tyle się zmieniło w konwenansach dwornych, że sam nie mógł się już w tym połapać. Krok w lewo, krok w prawo, układ do jednej czwartej, a nie po pas. Strój odświętny, pełen bufek i żabotów, a nie prosty, pozwalający na krok. Tematy tabu, których nie wolno poruszać, dama sięga sama po wodę, ale wino już należy jej podać. Uprzejmość nakazuje pięć minut rozmowy, a nie tyle na ile masz ochotę. Boże mój...
      Przecież spierdolą to zadanie nim ono się zacznie.
      Archibald uśmiechnął się słabo do Robina.
      - Coś mi się wydaje, że obydwaj będziemy musieli się pilnować - kiwnął lekko ręką do biblioteczki - Mam tam książkę o etykiecie dworskiej. Zaznaczyłem trzy najważniejsze rozdziały, które są podstawą jaką powinieneś znać. Jeśli to opanujesz to damy radę zniknąć odpowiednio szybko na piętro i nie wzbudzić przy tym zbędnego zainteresowania. Jest tam sposób poruszania się, jak się przedstawić i jakie tematy są bezpiecznie przy rozmowie z możnymi, a także sposób zachowania się przy damach. Obyś był pojętnym uczniem.

      Usuń
  25. Archibald zaśmiał się głośno nad słowami Robina. W gruncie rzeczy młody złodziejaszek miał więcej niż ziarnko racji. Mylił się jednak w tej kwestii, że nikt nie będzie chciał z nim porozmawiać. O nie, rodowód państwa Blackwood to ocean pełen wariactw, szaleństw i coraz to nowych fobii, które można obgadywać przy niedzielnym obiadku.
    Czym więc poszczyci się nowy nabytek londyńskiej śmietanki towarzyskiej o imieniu Lawrence Greywolf? Ohh, oby nie zawiódł oczekiwań głodnych wrażeń fircyków z wyższej sfery społeczeństwa.
    - Proszę cię. Doceń choć odrobinę członków spotkań towarzyskich. Zainteresują się tobą i to bliżej niż sądzisz. Zastanowią się, jaka choroba toczy twój przebrzydły mózg. I nie będą taktowni. Nie ten ród, mój drogi złodziejaszku. I nie to przyjęcie - Blackwood poprawił się na krześle, splatając dłonie i kładąc je wygodnie na brzuchu.
    Racja, nie ten ród. Baron Dufferin i Claneboye doskonale pamiętał, ile najadł się wstydu i nasłuchał wyzwisk pod swoim adresem, gdy na jaw wyszła sprawa z milordem Duncombe. Dowody wskazywały na winę rektora Akademii Filozofii Naturalnej, ale żaden z miłościwych lordów nie dał wiary słowom Blackwooda. Młody naukowiec ostatecznie potwierdził swoje przekonania na temat "możnych tego świata" i starał się utrzymywać od nich jak najdalej. Sprawa co prawdy przycichła, ale nadal wielu ją pamięta. I wpisuje winy Archibalda w schemat jaki od lat tworzy jego rodzina. Szkic osób nie do końca rozgarniętych w świecie, żyjących po swojemu i "oryginalnych", jeśli nie powiedzieć zdziecinniałych, groteskowych oraz bezrozumnych.
    Jakże Archibald chciałby odłączyć się od tego wszystkiego, ale nie jest to takie łatwe. Od barona wymaga się wizyt, wymaga się uczestnictwa w tych nadmuchanych, pompatycznych przyjęciach. Utrzymywania kontaktów, bo kto wie, który ci się kiedyś przyda.
    I owszem, wzrok Archibalda raz za razem uciekał z twarzy złodzieja na skrzynkę pełną narzędzi, którą ze sobą przyniósł. Wszystko wydawało mu się mniej fascynujące od niej. Chciał jeszcze bardziej zanurzyć palce w tych wszystkich sprzętach. Sprawdzić ich działanie, rozpisać to i być może załatwić sobie coś podobnego lub o wiele lepiej zrobionego. Dzięki temu jego systemy antywłamaniowe mogłyby zyskać powiew świeżości oraz zupełnie nowej jakości. Na samo wspomnienie nowych wynalazków po jego ciele przebiegł przyjemnie ciepły dreszcz. Kochał to uczucie aż za bardzo, ale ostatnio coraz trudniej było je wywołać.
    Blackwood spojrzał ponownie na kryminalistę, gdy ten pouczył go, by zbytnio się nie zachwycał przedmiotami w skrzyneczce.
    - Naiwny jesteś - odpowiedział mu Archibald z dziwnym błyskiem w oku - Stawiasz przed naukowcem masę nowych sprzętów po czym każesz mu trzymać łapy przy sobie. Lubisz patrzeć na "cierpienie" innych, czyż nie? Jesteś gorszym sadystą niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po drugie, wypadek? Ha! Takie słowo nie istniało w słowniku lorda Blackwooda wcale. Podczas eksperymentowania nie było czegoś takiego jak "wypadek", "incydent", "tragedia". Każde negatywne zdarzenie było tylko kolejnym krokiem ku czemuś nowemu. Czemuś wspanialszemu niż plan pierwotnie zakładał. Zdarzenie takie wskazywało błędy w konstrukcji, krzyczało aż zbyt dobitnie "napraw to albo marzenia o udanym wynalazku spełzną na niczym!". Archibald nie raz przypalił skórę, o mało co nie urwał sobie palców ostrzami i nie zmiażdżył ich pod zębatkami, zbyt wiele razy dostał ładunkiem elektrycznym po sercu. Blizny niczym ponura siateczka rozciągają się praktycznie na całe ciało. Nie przeszkadzało mu to, nie spowalniało, nie napełniało jego umysłu pełnymi trwogi myślami, żeby przestać i pomyśleć o swoim bezpieczeństwie. Skądże znowu! W nauce bojaźliwi nie dochodzą do niczego, a odkrycie wymaga poświęceń.
      Czasem i śmierci.
      Dlatego więc Archibald prychnął tylko krótko na ostrzeżenie Robina. Nic tu po morałach, pouczeniach i mądrościach, kiedy w pierwszym szeregu szła ścisła nauka.
      Naukowiec poczuł dym papierosowy. Nie wiedział, co Robin palił, ale marka najwidoczniej nie świeciła triumfów. Zapach przypominał paloną benzynę, ale bardziej aromatyzowaną ziołami. Coś co wycieka z przegrzanego, zdezelowanego generatora.
      - Znajdź sobie niszę w której tematycznie się odnajdziesz. Widzę jednak, że nie sprawi ci to problemu. I postaraj się zachowywać odrobinę mniej normalnie... W końcu tego od ciebie będą wymagać - Archibald uniósł dłoń, przeczesując palcami pszeniczne kosmyki włosów. Sięgnął do kieszeni, po czym wyciągnął parę prostych okularów. Nosił je tylko wtedy kiedy zbyt długo czytał lub długo pracował nad eksperymentami i potrzebował pełnej ostrości wzroku. Nienawidził tego, że jego ludzkie ciało tak szybko psuło się w porównaniu do maszyn, którymi się zajmował. Parszywa słabość biologicznych organizmów.
      Być może ulepszy siebie w taki sposób jak robi to ze służącymi...
      Blackwood wstał z krzesła, ale zanim zdążył wyciągnąć dłoń w kierunku skrzyneczki, do jego uszu dobiegły słowa Robina. Mężczyzna uśmiechnął się kącikiem ust i uniósł pytająco brew.
      - Ustatkować się? Jesteś dzisiaj pełen żartów i żarcików. Sądzisz, że ktoś siedzący większą część dnia w laboratorium, gotowy poświęcić swoje życie dla udanego eksperymentu i nie cofający się przed niczym, by osiągnąć oczekiwane efekty jest dobrym materiałem na męża? Nie ma na świecie kobiety tak niemądrej, by związać się ze mną. Nawet jeśli będzie naukowcem czy zwyczajną wariatką to będzie wymagać, będzie prosić o czułość i miłość, o zwyczajne poświęcenie sobie czasu. Jeśli chcesz coś w życiu osiągnąć musisz się skupiać na sobie, nie na innych.
      Archibald poprawił okulary, pochylając się ponownie nad skrzyneczką.
      - Czy to również nie dotyczy ciebie? Szczerze wątpię, że zamierzasz wykonać wielki skok i po nim ostatecznie ustatkować się z jakąś bogatą w walory wizualne dziewką - mężczyzna spojrzał krótko w błyszczące oczy złodziejaszka - Chyba, że się mylę. Nie mówię prawdy?
      Blackwood postukał palcami o brzeg jednego z urządzeń.
      - Pokaż mi jak one działają i które należy naprawić.

      Usuń
  26. - Wygrzmocić? - Archibald powtórzył za Robinem, mrugając oczyma i przytrzymując palcami okulary spadające mu na nos. Uśmiechnął się tajemniczo, po czym powrócił wzrokiem do zabawek złodzieja - A co, proponujesz?
    Blackwood wyciągnął jedno z wielu urządzeń na światło dzienne. Podniósł je wyżej, by lepiej przyjrzeć się konstrukcji i układowi wszelkich przydatnych detali tworzących z tego narzędzia piękne dzieło sztuki i przydatną rzecz.
    - Powinieneś już od jakiegoś czasu wiedzieć, że jestem naukowcem, nie lordem. Nie znajdujemy się wcale tak daleko w tym łańcuchu pokarmowym. I wolę wygrzmocenie zastąpić porządnym impulsem elektrycznym, nawet jeśli miałby on przejść przez moje ciało i popieścić boleśnie serce. Moje seksualne fantazje są zgoła różne od twoich i z całą pewnością wydadzą ci się bardziej... Rozdzierające.
    Ot, zwykłe naukowe wariactwa. Mózg Archibalda już od wielu lat nie pracował tak jak powinien, Nie przypominał już normalnego człowieka, a raczej bio-mechaniczną maszynę przykrytą zlepkiem jasnej skóry i kępką włosów. Blackwood nie działał jak większość ludzi, nie odnajdywał przyjemności w tym, co podnieca i cieszy zwykłe istoty. Kto wie, może można to zwalić na wszystkie te nieprzewidziane sytuacje, jakie zdarzały się przy okazji eksperymentów. Może wdychanie tajemniczych specyfikantów skrzywiło mu umysł? Może babranie się w tkankach obudziło w naukowcu zupełnie innego ducha? Może...
    Tyle możliwości tak mało konkretnych odpowiedzi. Jaka szkoda, że sam Archibald nie potrafił rozwiązać tych skomplikowanych pytań.
    Robin zgasił papierosa w popielnicy i wstał z fotela, rozciągając mięśnie i poprawiając ubiór. Zabrał skrzyneczkę sprzed oczu Archibalda.
    - Odbierasz mi tę najpiękniejszą część zabawy. Oczywiście, że będę próbował rozwikłać wszystkie możliwości twoich urządzeń. Oczywiście, że będę starał się podkręcić systemy antywłamaniowe. Zachowujesz się, jakby nie było to naturalnym skutkiem twojego pokazu.
    Baron skrzyżował dłonie na piersi i obserwował, jak złodziejaszek przygotowuje się do "pokazu". Dziwaczne pierścienie umieścił na nadgarstkach i... Nagle znalazł się na ścianie. Blackwood potarł palcami podbródek. Tak, dobry system przyssawkowy, ale Robin poruszał się po ścianach z dużo większą łatwością. Tutaj najprawdopodobniej działać musiał specjalny mechanizm, podparty odpowiednią mazią, który był w stanie ułatwiać ruchy i utrzymywać lekkiego mężczyznę na powierzchni przez dłuższy czas.
    - Czy potrzebujesz specjalnej powierzchni, gdy korzystasz z tego urządzenia? - zapytał naukowiec zwisającego z sufitu Robina - Dałoby sobie radę z chropowatą ścianą?
    Złodziej opadł zgrabnie na ziemie. Archibald, choć głośno pewnie by się nie przyznał, podziwiał refleks i umiejętności kryminalisty. Mężczyzna nad wyraz zwinny i posiadający płynne, kocie ruchy. Jego ciało doskonale odgadywało myśli złodzieja i przyzwyczaiło się do sytuacji w jakich ten się znajdował. Pewnie Robin nawet nie musiał skupiać się na tym, by jego ruchy były ciche oraz wyważone - jego stopy od dawna o tym wiedziały. Fascynujące.
    Kolejnym urządzeniem były mechaniczne stawy. Archibald już podczas grzebania w skrzynce zauważył ich ciekawą konstrukcję. Sprężyny idealnie wydłużały kroki, działając odrobinę jak stawy zwierząt, które skaczą z drzewa na drzewo. Blackwood nie mógł wyjść z podziwu jak złodziej taki jak "ojciec" Robina mógł wpaść na coś takiego. To wymagało lat nauk, a z całą pewnością ksiąg. W tej części świata nie ma czegoś takiego jak małpiatki czy choćby naziemne kangury, chyba że w cyrku lub zoo. Środowiska te jednak nie dają pełni obrazu możliwości takich zwierząt.
    - Stwórca tych urządzeń musiał być niesamowicie rozmyślnym człowiekiem. Z całą pewnością kształconym - pochwalił szczerze Archibald, biorąc z rąk Robina urządzenie i kładąc je na stole.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwrócił się, by podejść do szafy i wyciągnąć kuferek z narzędziami. Otworzył go zgrabnie, wyciągając kolejne części sprytnie złożonej skrzyneczki. Na bok wysunął kolejne panele i po całkowitym rozłożeniu wyglądało to dużo bardziej imponująco niż na początku. Archibald ściągnął okulary i sięgnął do biurka, wyciągając własnoręcznie stworzony monokl składający się z wielu połączonych ze sobą soczewek, pozwalających przybliżyć widok nawet do trzydziestu razy. Zacisnąwszy skórzane paski wokół głowy, Blackwood przyłożył szkiełko do prawego oka i poprawił ostrość. Nim zabrał się za sprężyny, spojrzał raz jeszcze na Robina, krzywiąc się lekko - nagłe przybliżenie na jego twarz było niepokojące. Złodziej pomachał przed nim materiałem.
      - Zobaczę, co da się zrobić, ale na razie daj mi się skupić na jednej rzeczy.
      Archibald wyciągnął malutki śrubokręt, a raczej coś co go przypominało, z kuferka. Sprężyny były dość gęsto ustawione, będzie musiał działać precyzyjne, by niczego nie uszkodzić. Przyglądał się uważnie mechanizmowi, raz za razem ruszając stawem, by zaimitować ruchy Robina.
      - Aha, mam cię - powiedział do siebie zadowolony, zauważając wadliwą sprężynę, która utkwiła w zębatce. Blackwood wyprostował się, ponownie szukając czegoś w skrzynce. Zwrócił się do Robina - Wymienię tą sprężynę. Zauważyłem też kilka zardzewiałych elementów, też się nimi zajmę. Zupełnie nie dbasz o te narzędzia.
      Archibald zaśmiał się, ściągając soczewki z oka. Minął złodzieja i zaczął krzątać się wśród półek w poszukiwaniu potrzebnego elementu. Po chwili wyciągnął mały słoiczek ciemnej mazi.
      - Zabezpieczę to, ale i tak po miesiącu trzeba będzie wymienić cały lubrykant z powrotem. Zajmij się czymś proszę, ale błagam niczego nie zepsuj. Trochę to potrwa.
      Blackwood nawet nie ukrywał, że czuł się teraz jak na placu zabaw. Kochał grzebać w takich urządzeniach. Kochał szukać rozwiązać i odnajdywać wady. Tak by móc je naprawić. Mógłby siedzieć nad czymś takim całymi, całymi dniami...
      - Co do materiału... Na palcach zauważyłem resztkę pyłu. Czy to grafit? - zapytał, ale był w 80% pewien, że to dobra odpowiedź - Strasznie się osypuje, choć nie powiem to dobry pomysł... Cholera!
      Syknął, odkręcając delikatniej sprężynkę. Zadziałał za szybko. Sięgnął po szczypce, by wyciągnąć wadliwy element.
      - Co do materiały, myślę, że odnajdę lepsze rozwiązanie. Jeśli pozwolisz odkroję kawałek i zanalizuje je pod względem widma promieniowania świetlnego. Zobaczę, jak dużo światła pochłania i postaram się ulepszyć je, nie niszcząc oryginału. Myślę, że zadziała odpowiednia mieszanka węglika krzemu, chociaż ostatnio dowiedziałem się, że jest możliwość tworzenia czegoś jeszcze bardziej fascynującego na podstawie tego materiału. Nie tylko twój nowy płaszcz zaabsorbuje wielką ilość światła, ale też stanie się ognioodporny. Gdy zna... Znajdziesz się... Ughh, chodź tu.
      Blackwood włożył sprężynkę w odpowiednie miejsce i zabezpieczył ją, dokręcając zębatkę. Uśmiechnął się do siebie, i zanurzył patyczek z materiałem w gęstej mazi, nakładając specyfik na elementy konstrukcji. Powoli i bardzo dokładnie, co jakiś czas dokładając kolejną soczewkę do monokla.
      Robił to wszystko tak, jakby nie istniał świat dookoła niego. Nie wiedział nawet, co robi Robin. Czy było to ważne? Nie.

      Usuń
  27. Archibald miał ochotę zaśmiać się na słowa Robina, ale zamiast tego tylko subtelnie się uśmiechnął. Kto by powiedział, że złodziej może być tak, nie oszukujmy się, dobrym towarzyszem nocnych godzin? Blackwood rzadko kogo dopuszczał tak daleko w swoje sekrety jak tego kryminalistę tutaj. A nie byli nawet przyjaciółmi, ciężko też powiedzieć, by łączyła ich nić zaufania czy lojalności. W pewnym stopniu być może, ale raczej tylko w biznesowym charakterze. Niestety, ale baron miał wrażenie, że dogaduje się z tym człowiekiem spod ciemnej gwiazdy lepiej niż z większością ludzi ze swojego otoczenia. Robin sprytnie zbijał jego odpowiedzi i dodawał do dyskusji tego surowego oraz prostego smaczku, który miło głaskał uszy.
    - Rzepą i pieczarkami? - zdziwił się, na krótki moment spoglądając na Robina zza soczewki - Chcesz mnie zagłodzić?
    Naukowiec odnotował uwagę na temat "skoczków", jak to Robin nazywał mechaniczne stawy zaprezentowane ledwo kilka minut temu. Zaraz jednak jego myśli powróciły do naprawy urządzenia i nakładania mazi na poszczególne elementy. Wszystko musiało przebiec precyzyjnie, a Archibald czuł, że rozmowa odrobinę go wytrąca z rytmu. Zamknął więc usta, pozwalając przez te kilkanaście minut robić złodziejowi to co mu się żywnie podoba.
    Czy nie było to zbyt niebezpieczne? Co w końcu może złodziej robić w pustym domu pełnym korytarzy, sypialni i nie do końca schowanych skarbów rodowych? No właśnie.
    W końcu Blackwood uniósł głowę znad skoczków i przetarł dłonią czoło. Choć nie wykonał zbyt dużego wysiłku fizycznego, czuł się jak po ciężkiej operacji. Nacisnął lekko jeden z mechanicznych stawów, sprawdzając jak radzi sobie nowa sprężyna. Urządzenie działało zdecydowanie lepiej, swobodniej. Lubrykant robił swoje i nie dało się nawet słyszeć pracy zębatek oraz sprężynek. Idealnie naprawiony przedmiot, Archibald mógł być z siebie dumny.
    - Zrobione, co powiesz na to by teraz... - Blackwood rozejrzał się po gabinecie, ale nigdzie nie odnotował obecności złodzieja. No pięknie. Czyżby wyszedł z jeg ogabinetu i poszedł przeszukiwać dom? Niedobrze, bardzo niedobrze... Oby nie wpadł na jego mechanicznych służących. Są jeszcze bardzo...
    Bardzo niestabilni.
    Archibald nie czekając, zgasił szybko lampkę i ściągnął soczewki, odkładając je na stół. Wyszedł czym prędzej z gabinetu szukając tego nieznośnego człowieka. Wolał, by nie zgubił się w posiadłości.
    Bo mogłoby się to skończyć dość niedobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewielu ludzi wiedziało, co naprawdę kryło się w posiadłości lorda Blackwooda. Jeśli już miał gości, mężczyzna dopuszczał ich tylko do pewnego segmentu budynku, nie pozwalając iść nigdzie dalej. Nikt z odwiedzających nie widział prawdziwego serca domu, a sami służący bali się tego, co kryje się we wnętrzach Blackwood Manor. Są pewne miejsca w tym domu, gdzie słychać tylko zgrzytanie mechanizmów i klikające dźwięki przyprawiające serce o szybsze bicie.
      Klik, klak, klik, klak.
      Stukot długich pajęczych nóg o źle wypolerowane płytki. Mechanicznych strażników posiadłości, którzy nie wiedzą co to zmęczenie czy głód. Nie śpią i nie jedzą, podobnie jak inni mieszkańcy serca domu. Ci mieszkańcy, którzy usługują lordowi Blackwoodowi w jego najbliższym otoczeniu. Służący stworzeni z metalu i siarki. Płynów tak podobnych do tych płynących w ludzkich organizmie, ale pachnących jednak pewną dawką rozkładu i niewiadomych, chemicznych mieszanek.
      Nie dlatego jednak ci prawdziwi, ludzcy służący boją się przekraczać drzwi prowadzących na niższe poziomy posiadłości. W końcu wynalazkami żyje dzisiejsze społeczeństwo! To atmosfera dobijała i przerażała każdego. Ta ciężka ciemność rozświetlona tylko gdzieniegdzie malutkimi lampkami w brudnym, przydymionym szkle. Ta cisza, która przerywana była czymś zgoła bardziej złowróżebnym niż odgłosy strażników.
      Płaczem mechanicznych służących.
      Właśnie teraz w posiadłości jedna ze służek przemierzała puste i ciemne korytarze. Kołysała się na boki niczym w pijackim amoku. Ciemna i ohydnie lepka plama dekorowała szyję i usta, jakby coś na kształt krwi wylewało się z ran. Służka cichutko łkała i lamentowała, a płacz przerywany był co chwila pełnymi żałości słowami.
      Pomóż mi.
      Zakończ to.
      Proszę...
      Pozwól... Umrzeć...
      Zimny, cichy bełkot.
      I wieczna służba swojemu nowemu panu, który znalazł sposób by z niczego stworzyć coś "wspaniałego". Kontrolowanego, ale też na swój kształt żywego.
      Służka musiała dopełnić swego zadania. Musiała spełnić życzenie swojego pana. Musiała...
      Mechaniczna kobieta stanęła, jakby zaalarmowana dziwnym dźwiękiem i czymś, czego nie potrafiła rozpoznać. Przechyliła lekko głowę na boki, nasłuchując i czekając. Analizując nowe zagrożenie lub... Szansę na pomoc.
      Służka wyciągnęła ręce przed siebie i ruszyła w kierunku dygoczącego w świetle lampki cienia. Stukot metalowych stóp niósł się po korytarzu niepokojąco.
      - Proszę... Pomóż

      Usuń
  28. Archibald wyszedł z gabinetu wyjątkowo szybko, wolał by Robin nie pałętał się po jego posiadłości sam. Nie chodziło tutaj o zwykłą obawę przed kradzieżą, bo coś takiego absolutnie nie obchodziło na ten moment Blackwooda. Bardziej martwił się, że złodziej odnajdzie coś, co lepiej niech pozostanie skryte w mrokach jego posiadłości. Wolał, by na ten czas mężczyzna nie natknął się na żaden z jego wynalazków, zwłaszcza na żadnego ze służących.
    Nie były to wytwory ciche i potulne, jak zwyczajni lojalni i ludzcy pachołkowie. O nie... Te mechaniczne wynalazki wytwarzały niepokojącą atmosferę grozy. Ich blade, szklane oczy wwiercały się w duszę, a niefortunne ruchy przypominały człowieka złamanego w pół i poranionego tak bardzo, że kiwał się tylko z boku na bok szukając ratunku. Ci służący na dodatek byli wyjątkowo, wyjątkowo niestabilni w swoim zachowaniu. Nie zdziwi się jeśli któryś z nich zaatakuje złodzieja nie widząc w nim swego stwórcy. Zdarzały się też przypadki, że pewne mechanizmy w ich ciele zaczynały szwankować doprowadzając do głosu trwożącą litanię łkania i jęków podobnych do płaczu z najniższych kręgów piekła.
    Skąd jednak maszyna potrafi coś takiego z siebie wydobyć?
    Cóż... Niech to lepiej pozostanie poza świadomością tego krnąbrnego złodziejaszka.

    Mechaniczna istota poruszyła się niepewnie słysząc nieznany sobie głos. Stukanie nasiliło się, gdy służka niepewnie stawiała stopy na sfatygowanym i brudnym dywanie. Unosiła i opuszczała ręce jakby chciała objąć ten tajemniczy cień i nie puścić go za żadne skarby świata.
    Rozumiała pytanie, ale ból był zbyt duży by mogła odpowiedzieć. Dziwna maź wydobyła się spod płytek przy szyi, oblewając metaliczno-miedziany korpus czarną plamą.
    Zachichotała upiornie, a cichutkie echo niosło się po długim korytarzu odbijając zatrważająco od ścian. Dygoczącymi dłońmi chwyciła twarz, a jej ruchy przerywały się raz za razem tworząc z tego wszystkiego dziwne dzieło stworzone z kilku niepasujących do siebie scen. Służka próbowała zerwać z twarzy maskę, unieść ten metaliczny hełm, ale towarzyszył temu tylko jazgot i płacz.
    - Pomóż... - wyszeptała, dalej bezsilnie szarpiąc za maskę, ale ta tkwiła na swoim miejscu nieubłaganie. Istota obracała się i przechylała niczym w pijackim amoku, ale nic to nie dawało. Gdyby tylko móc podważyć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Tylko spróbuj, a obiecuje ci, że to będzie ostatnie co zrobisz.
      Niski i wyjątkowo zimny głos dobiegł do służki, sprawiając, że gwałtownie się wyprostowała i zastygła w bezruchu. Archibald stał na środku oświetlonego pojedynczymi, migoczącymi lampkami korytarza. Opierał jedną dłoń na biodrze, drugą wskazując na służkę, która powolutku obracała się w kierunku swojego stwórcy. Zdawało się, że przez ułamek sekundy w martwych, pustych oczach przemknęła iskierka strachu. Coś tak przerażającego, że mroziło serce lodowymi igłami. Ogromny ból i jeszcze większa strata.
      - Wracaj do swoich obowiązków, bo inaczej spotkamy się w laboratorium - dokończył Blackwood, nadal nie spuszczając oczu z mechanicznej istoty. Rozmawiał z nią jak z każdym zwykłym służącym. Zastanawiające jak zamknął wolną wolę i inteligencje w miedzianym opakowaniu pokrytym w kilku miejscach patyną?
      Archibald nie przypominał teraz naukowca podążającego za wiedzą i ciekawego wszystkiego co go otaczało. Nie. Jego słowa, jego postawa i głos przywodziły na myśl tyrana zastraszającego wszystkich, kto wejdzie z nim w kontakt. Morderczego, okrutnego dyktatora gdzie w jego posiadłości wszystko musiało być pod jego komendę.
      Służka zatrzęsła się niczym w febrze, złączyła dwie metaliczne dłonie i ukłoniła się krzywo. Zza maski nie było widać jej prawdziwych emocji czy skrzywienia ust tylko wypełnione smutkiem oczy. Mechaniczna istota obróciła się i zniknęła w ciemnościach.
      Archibald rozmasował skronie, wypuszczając niespokojnie oddech. Musiał jeszcze dużo pracować nad tymi służącymi, by doprowadzić ich zachowanie do optymalnego stanu. Bardzo dużo pracować, ale powoli brakuje mu materiałów...
      - Nie zatrzymała się bez powodu. Możesz wyjść i przestać pałętać się po mojej posiadłości - ostry ton podkreślał zdenerwowanie naukowca. Nie widział złodzieja, ale wiedział, że ten jest w pobliżu. Robin był mistrzem infiltracji, wiedział, że jeśli kryminalista znajdzie cień to mało kto go zauważy. Blackwood podejrzewał jednak, że służka zwróciła uwagę na niego.

      Usuń
  29. Blackwood rozglądał się za najmniejszym nawet poruszeniem się gęstej ciemności, ale nie widział niestety nic. W migoczącym niepewnie okręgu światła znajdował się tylko on i jego cień. Posiadłość zamilkła, gdy dźwięki klekoczących kroków jego służki zniknęły za załomem korytarza. Archibald słyszał własny, niespokojny oddech, ale nic po za tym. Niepokoił się. Nie o dobro złodzieja, bo wiedział, że Robin potrafi poradzić sobie w dziwnych sytuacjach.
    Niepokoił się o to, co złodziej odkryje, a czego naukowiec nie będzie chciał mu pokazać. Owszem wpuścił go do laboratorium, ale przestępca nie widział nawet jednej pięćdziesiątej tego, co naprawdę kryje się w piwnicach domostwa. Nie chciał też, by zwiedzał serce domu, miejsce do którego dostęp ma tylko baron. Kontrolowane pokazy były mu na rękę, ale nie odkrycie czegoś nad czym Blackwood nie miał kontroli.
    Archibald opuścił głowę i potrząsnął nią zrezygnowany. Przeklęty złodziejaszek. Ileż on będzie miał z nim jeszcze kłopot...
    Niepewny świst powietrza koło ucha wyostrzył te wszystkie pierwotne, łowieckie zmysły do granic możliwości. Naukowiec poczuł się zaszczuty i zwiedziony w ślepy zaułek, gdy Robin odezwał się niskim, zachrypłym szeptem przy jego szyi. Archibald drgnął lekko i niespodziewanie, nie poruszył się jednak ani na krok. Zmrużył oczy i ściągnął brwi w wyrazie niemego podrażnienia całą tą maskaradą.
    "Podobasz mi się taki władczy"
    Archibald poczuł dłonie Robina na swoim ciele. Długie i śliskie palce doskonale przystosowane do kradzieży kieszonkowej i otwierania zamków. Mężczyzna zacisnął dłoń w pięść, ale Robinowi odpowiedziała tylko cisza. Czy to żart? Czy złodziej uważa to za jakąś parszywą grę? Blackwood zganił się w umyśle, że dał się sprowokować tym wyjściem. I tym, co próbował zrobić jego automat poza jego spojrzeniem. Chyba pierwszy raz czuł się tak zirytowany przy kimś innym. Archibald dopuszczał te chaotyczne, niepoukładane uczucia do siebie tylko wtedy, gdy siedział zakopany niczym szczur w swoim laboratorium, a jego krzykom i jękom bezsilności odpowiadały tylko kolejne impulsy generatora.
    Tylko i wyłącznie wtedy.
    Blackwood puścił drugą uwagę złodzieja koło uszu. Wyswobodził się z spod jego szczupłych dłoni i odwrócił, opierając dłoń w miejscu, które dotknął Robin.
    - Skończyłeś już? - zapytał, nie spuszczając wzroku z dwukolorowych oczu przestępcy, nie cofając się i nie zmniejszając odległości między nimi. Twarz Archibalda nie wyrażała teraz dosłownie niczego, ale jego spojrzenie mogłoby zmrozić, gdyby tylko miało taką możliwość. Nie życzył sobie tego, by Robin pałętał się po jego domostwie, choć było to do przewidzenia. Wiedział, że złodziej skorzysta z każdej okazji by powęszyć, a naukowiec dał mu ją. Mniej lub bardziej bezwiednie - Czy chcesz jeszcze gdzieś węszyć?
    Głos w głowie Archibalda przybrał jednak inny ton, odsuwając na bok ostry i niepokojący mróz. W głowie tliła się iskierka szaleństwa, którą Blackwood starał się trzymać bardzo, bardzo głęboko w obawie, że zmieni się ona w prawdziwy pożar. W zarazę, którą raz już przeszedł i nie zamierzał do tego wracać.
    Choć zdawało się to momentami niemożliwie. W ciemne i ponure noce, w cichej i martwej posiadłości, gdzie odpowiadała mu tylko cisza trybików.
    Blackwood pochylił się i uśmiechnął ohydnie, jakby tkwiła w nim teraz zupełnie inna osoba. Jakby iskierka powoli dochodziła do własnego steru.
    - Przyjemniejsza, tak sądzisz? Nie znasz połowy rzeczy i lepiej byś ich nie poznał... Złodziejaszku.

    OdpowiedzUsuń
  30. [Ale nam jakoś idzie dzisiaj ten wątek :D]

    Archibald zamrugał zdezorientowany, gdy Robin nagle zmienił taktykę i poklepał go dłonią po policzku. Naukowiec wyprostował się niczym oparzony, obserwując jak Robin znika powoli w kolejnych cieniach. Zupełnie jakby zlewał się z nimi, nawet nie mając tego w zamiarze. Coś jak naturalny odruch i wyrobiony przez lata instynkt. Blackwood przeczesał dłonią włosy i ruszył za Robinem, by ten ponownie nie zgubił się w posiadłości.
    Archibald nie mówił nic, tylko cały czas próbował uspokoić to co wypełzło z jego umysłu na zewnątrz. Nienawidził zrywać z siebie tej naukowej, chłodnej maski pełnej kalkulacji i zawsze przygotowanych planów. Złodziejowi udało się to raz i miał nadzieję, że więcej do tego nie dojdzie.
    Gdy doszli do gabinetu, dopiero w nim naukowiec odetchnął odrobinę z ulgą i poczuł się o wiele bezpieczniejszy. W końcu był to teren do którego sam dopuścił Robina i, który pozwalał mu poznać. Wiedział, że jak teraz zamknie drzwi to przestępca nie opuści dzisiaj tego pomieszczenia, a jeśli już to przez okno i na ulicę. Na te alejki Londynu, które go nie obchodziły. Byleby jak najdalej od wnętrza tego domostwa.
    Robin zabrał swoje urządzenia i spakował je bezpiecznie do niewielkiej skrzyneczki, którą przyniósł ze sobą. Dobrze, że pozwolił Archibaldowi spojrzeć na nie, bo jutrzejsza wyprawa musiała przebiec bez zarzutów. Stawka była zbyt wielka, by pojawił się choćby jeden najmniejszy nawet błąd. Blackwood wierzył w umiejętności złodziejaszka, ale w tym zadaniu wiele było niewiadomych, które w ułamku sekundy urosnąć mogły do niesamowitych rozmiarów.
    Na to nie mogli sobie pozwolić.
    - Polecam się na przyszłość - powiedział Blackwood, opierając sie o biurko i krzyżując ręce na piersi. Jego głos i postawa były ciut swobodniejsze. Wydawało się, że wrócił ten dawny wykształcony człowiek. Robin uśmiechnął się do niego, na co Archibald tylko postukał palcami o ramię.
    Dopiero po chwili tknęło go zainteresowanie, gdy kryminalista wypowiedział jedno imię. Spojrzał na Robina ze szczerym zaciekawieniem, odnotowując w pamięci godność tajemniczego twórcy tych niesamowitych wynalazków. W tym właśnie momenie wycofał z głowy myśl, że najchętniej widziałby już Robina dzisiaj poza swoją posiadłością. Chciał dowiedzieć się czegoś więcej, ale podejrzewał, że złodziej pozostawi wiele pytan bez odpowiedzi, a te Archibald będzie musiał odnaleźć sam. Tak samo jak robi to Robin, który wciąż szuka i węszy.
    Z całą pewnością Archibald przekopie stare papiery, kiedy już tylko skończą to, co zaczęli. Bo póki co nic mu to nazwisko nie mówiło.
    - Ty również - odpowiedział Robinowi, po czym odprowadził go wzrokiem do okna. Poczekał aż złodziej zniknie, a jego, i tak niesamowicie ciche, kroki zmieszają się z odgłosem ulicy.
    Archibald został sam. Znowu w ciszy przetykanej tylko odgłosami zazębiajacych się mechanizmów i metalicznego posłuchu w rogach. Zaciskał palce na rękawach koszuli, ponownie walcząc z tym ognikiem, którego dopuścil raz do głosu. Paliło go w środku wyobrażenie tego, co złodziej mógłby odnaleźć w dalszej części posiadłości. Jego umysł wypełniał się wszystkimi najgorszymi scenariuszami, co by było gdyby i jakby zareagował.
    Jak potężną wtedy kartę oddałby temu złodziejaszkowi... Coś na co nie mógł pozwolić.
    W duszy Archibalda tliła się złość, która narastała coraz bardziej. Dławiła w gardle i paliła trzewia żywym ogniem. Nakręcał się, nakręcał coraz bardziej będąc na dodatek złym na siebie, że praktycznie sam dał mu możliwość szpiegowania posiadłości. Wiedząc, że Robin to ciekawski osobnik, zupełnie jak on.
    Blackwood wstał i uderzył pięścią w biurko po chwili z krzykiem zrzucając wszystkie papiery i skrzynkę z narzędziami na ziemię. Oparł się ciężko o drewno, oddychając nierówno i płytko. Zerwał ponownie niczym zraniony zwierz i z hukiem otworzył metaliczne drzwi do laboratorium, schodząc po schodach na niższy poziom.
    Musiał zabić ten gniew w sobie ciężką pracą. To sobie powtarzał nim zniknął w ciemnościach korytarza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Archibald otworzył powoli oczy, widząc nad sobą błyskający co chwila i uderzający impulsami generator. Migotał on jaskrawym, przenikliwym światłem, które kłuło wrażliwie w oczy. Naukowiec przetarł twarz, przeciągając się i podnosząc do siadu. Zasnął w laboratorium, gdy próbował uspokoić się po wczorajszym dniu.
      I najwidoczniej pomogło, bo dzisiaj cały gniew poprzedniego dnia wydawał się głupią dziecinadą i czymś nad czym powinien już od dawna umieć zapanować. Dał się podejść jak chłystek. I to z powodu jednej, nic nie znaczącej głupoty.
      Blackwood przeciągnął się, rozcierając zastałe mięśnie po długim leżeniu na zimnej podłodze z metalu. Nie powinien tego robić, bo szybko się przeziębi. Generator huczał w uszach, otępiając go jeszcze przez chwilę, ale myśli Archibalda szybko wróciły na swoje miejsce i do ponownej wizyty Robina. Dzisiaj był wielki dzień i ich pierwszy wypad do posiadłości Brama.
      Spojrzawszy na zegarek, Archibald zerwał się odrobinę za szybko. Zbliżała się pora obiadowa, a on wciąż siedział w laboratorium! Musiał się pośpieszyć, inaczej znowu da Robinowi szansę na węszenie tam, gdzie nie powinien.

      Naukowiec ubierał właśnie święża, białą koszulę, gdy usłyszał dźwięk przy oknie. Nie odwracał się nawet, wiedząc kogo spodziewać się z tej strony.
      - Wyspałeś się? - zapytał spokojnie, lekko przechylając głowę. Szybko zapiąl guziki, by nie wystawiać wszystkich swoich "eksperymentalnych" blizn na światło dzienne. Archibald leniwie chwycił zaproszenie z półki i podszedł do złodzieja oddając mu jedno z nich - Przebierzemy się i omówimy wszystkie potencjalne plany awaryjne.
      Blackwood poprawił rękawy koszuli nasączonej zapachem jego wymytego ciała i ciężką wodą kolońską.
      - Wszystkie, bo nie możemy pozwolić sobie na błąd - odpowiedział poważnie, mijając złodzieja i wskazując dłonią na leżące na fotelu ubranie przygotowane dla Robina - Mój krawiec poprawił je, więc nie powinieneś już odczuwać... Dyskomfortu.
      Mężczyzna ściągnął czarną kamizelkę z krzesła i nałożył ją.
      - Wchodzimy, inflitrujemy i wychodzimy w skrócie. Musimy być pewni, że uda nam się dzisiaj okraść Brama, przy okazji nie wzbudzając w nim niezdrowego zainteresowania. Powinniśmy zachowywać sie względnie normalnie, starając się zgubić wśród innych możnych tego wspaniałego miasta - Archibald powiedział z przekąsem, zawiązując dekoracyjną czarną chustkę w złote ornametny - I raczej wątpię byś mógł wykorzystać swój urok osobisty, by dostać się w miejsce, gdzie trzymają maskę. Chyba, że masz jakiś wyjątkowo interesujący plan działania. Dalej celujesz w sypialnie?
      Zapytał beznamiętnie naukowiec, zwracając się w kierunku złodziejaszka.

      Usuń
  31. [Ja też strasznie go lubię <3 Jest tyle akcji i fajnych rzeczy, co chwila coś się dzieje. A w ogóle jak się ci nasi panowie droczą... Aż miło czytać :D]

    Archibald spojrzał na Robina z uwagą, gdy ten w końcu się przebrał i stanął przed nim w pełni "chwały". Ostrzyżony nie przypominał samego siebie i tego złodzieja, którego zapamiętał naukowiec. Można go było pomylić z młodym arystokratycznym chłystkiem. Nawet błysk w oku miał podobny, taki chytry, sarkastyczny i po prostu podły. Zupełnie jakby nie widział dalej niż czubek własnego nosa.
    Ale to dobrze, bardzo dobrze. Robin potrafił wczuć się w rolę młodego arystokraty. Widać lata obserwacji, o których wcześniej wspominał, nie poszły na marne. Wyglądał też zdrowiej niż niedospany Blackwood z cieniami wiecznie znajdującymi się pod oczyma. Cóż, przynajmniej on nie będzie musiał udawać rześkości, bo nikt się po nim jej nie spodziewał.
    - Księżyc to dziwny obiekt, ponoć nie tylko wpływa na twój sen, ale też wiele innych aspektów życia. Zwłaszcza widać to u dzierlatek, które w tym czasie zachowują się jak wariatki - odparł Archibald, przeglądając się w brudnej szybie szafeczki i poprawiając chustkę, by symetrycznie ułożyła się pod kołnierzem.
    Baron oparł się dłonią o biurko słuchając Robina i jego planu. Owszem szanse mieli dwie, ale Archibald wolał zamknąć ich wyskok tylko w jednym dniu. Było to dużo wygodniejsze i pozwalało szybciej skupić się na elementach drugiego planu czyli zdobycia kultywatorów. Tutaj jednak złodziej miał całkowitą rację - nie wiedzieli jak potoczy się dzisiejszy wieczór. Fortuna albo mogła się uśmiechnąć albo ich zabić, nieustannie tocząc się kołem.
    Blackwood przetarł oczy.
    - Nie, nie jestem - powiedział szczerze. Owszem, że nie był przygotowany. Nienawidził tego typu przyjęć, nie znosił tych ludzi ani tym bardziej fałszywej uprzejmości, która za tym szła. Wiedział, że kiedy go zobaczą wszyscy baronowie zaczną ponownie plotkować o niepowodzeniu jakie spadło na ród Blackwood w postaci Archibalda. Nie był on w końcu swoim bratem, którym można było się chwalić na lewo i na prawo. Jego brat był rozsądny, a on szalony.
    Archibald potrząsnął głową, próbując odsunąć od siebie niespokojne myśli. Założył surdut i cylinder, po czym chwycił w dłoń dekoracyjną, mahoniową laskę.
    - Nie mam jednak innego wyjścia, czyż nie? - powiedział, uśmiechając się sarkastycznie do Robina. Otworzył drzwi i przepuścił złodziejaszka przodem, zamykając gabinet na klucz. Bezpiecznie wyprowadził go z rozległych i skomplikowanych korytarzy posiadłości śmierdzących kurzem i stęchlizną. Natknęli się na kilku mechanicznych służących bardzo uważnie sprzątających w pokojach i stukających raz po raz o podrapane drewno.
    Wyszli z posiadłości i zniknęli w tłocznych i pełnych życia uliczkach Londynu, grzmiących od plotek o zabawie przesławnego lorda Brama.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niedługo później obydwaj mężczyźni dotarli do posiadłości lorda Brama, rozświetlonej, bogatej i napuszonej niemalże od samych granic posesji. Czarne, kolczaste ogrodzenie tworzyło barierę między wspaniałym i bogatym światem, a uliczkami miasta, gdzie czaił się zupełnie inny nastrój. Słychać było śpiew i zabawę już w sporej odległości od samej posiadłości. Narcystyczne i wyjątkowo wychuchane przyjęcie mające pokazać, kto tak naprawdę stanowi śmietankę towarzyską Londynu. Kto jest ważny i kogo należy szanować.
      Archibald zastanawiał się, czy dostałby to zaproszenie, gdyby nie poznał się z Bramem dużo, dużo wcześniej. W końcu Blackwood nie był mile widziany wśród burżuazji, ale jeśli był zapraszany przez tak wspaniałego kolekcjonera to wszyscy przymykali usta.
      Jaka szkoda, że to właśnie Archibald okradnie swojego "przyjaciela".
      Gdy weszli na teren posiadłości, dookoła nich błyszczało złoto, srebro i drogie kamienie. Girlandy kwiatów pięły się w ogrodzie wspaniale dekorując ścieżkę, która dzieliła ich od głównej bramy do samego ogromnego domostwa. Ogród i przyboczny labirynt z żywopłotu oświetlone były ogromem świec, które zamknięte zostały w szklanych kloszach. Gdzieniegdzie przemykali rozochoceni i rozbawieni winem goście niknąc w alejkach pachnących różami.
      Blackwood spoglądał na Robina, mając nadzieję, że nie zdradzi ich jego rozbiegany wzrok płonący chęcią kradzieży wszystkiego co tu drogie. Naukowiec złapał się na tym, że z całą pewnością pomyślałby tak samo jakby był złodziejem i ujrzał tyle skarbów na wyciągnięcie ręki. Bo Bram nie dbał tego wieczoru o żadne zabezpieczenia. Bachusowa zabawa miała nie mieć żadnych granic czy zakazów.
      Dotarli w końcu do środka posiadłości. Przed gośćmi rozpościerał się szereg pięknie udekorowanych pokoi, gdzie czekały zupełnie inne atrakcje. Frywolna tancerka wyginała się na kwietnej huśtawce nad stołem uginającym się od jadła i drogiego wina. Wszyscy rozmawiali i śmiali się, klepiąc po tyłkach zaproszone tutaj dziewczęta z pobliskiego domu publicznego. Dzisiaj każdy się bawił i było to widać.
      - Archibald! - do ich dwójki podszedł sam szanowny lord Bram, który oderwał się właśnie od rozmowy. Uścisnął on zadrapaną i posiniaczoną dłoń Blackwood, uśmiechając się szeroko. Zabłysnęły sygnety na jego dłoniach, a także przeszywana złotą nicią bogata koszula ze sprowadzanego zza granicy żakardu. Lord Bram wyglądał i prezentował się jak dumny oraz pewny siebie mężczyzna o czarnych puklach włosów i jasnych oczach płonących pasją. Był dużo wyższy od Archibalda, a z całą pewnością od Robina. Pod ubraniem dało się widzieć jednak smukłą i zabiedzoną sylwetkę zupełnie różniącą się od mocnej, ale wdzięcznej postury złodziejaszka.
      Bram przywitał się wylewnie z naukowcem, co odrobinę zbiło barona z pantałyku. Czuć dało się owocowy zapach wina, którego z całą pewnością kolekcjoner już sporo wypił.
      - A cóż to za panicz przy twoim boku? - zapytał z ciekawością, spoglądając na stojącego przy baronie Robina. Jego wzrok przesuwał się od twarzy, aż po czubki jego butów. Nie wyglądał jednak na zdegustowanego, a nawet więcej.
      Mocno zainteresowanego nową, przystojną twarzą.
      Archibald odchrząknął cicho.
      - Jak ci kiedyś wspominałem, to mój daleki kuzyn, Lawrence Greywolf. Ze strony matki. Przybył do Londynu, by zobaczyć odrobinę świata i poznać arystokratyczne... Zabawy - powiedział po chwili, będąc już znudzonym całym tym przyjęciem. Ledwo postawił dwa kroki. Starał się jednak brzmieć jak najnaturalniej i swobodnie.
      - A ty jako dobry członek rodziny mu to zapewniasz? - odparł Bram, kładąc dłoń na plecach naukowca i klepiąc go lekko, przyjacielsko, ale nawet to wywołało u Archibalda uczucie dyskomfortu - Zawsze miałem o tobie dobre zdanie, Archibald. Proszę, rozgośćcie się i bawcie. Pozwolisz też, by nasi znajomi mogli bliżej poznać twojego uroczego kuzyna, czyż nie?
      - Jeśli tylko będzie miał na to ochotę.
      - Fantastycznie! - Bram klasnął w dłonie, po czym zaprowadził ich do grupki możnych by mogli zabawić się rozmową.

      Usuń
  32. [No proszę cię... Nie pozwolę, by Bram przepuścił okazję, gdy ta się pojawia. To zupełnie inny typ człowieka niż Archie :D]

    Atmosfera gęstniała z każdą mijającą minutą. Goście powoli upijali się i dawali upust swoim prawdziwym, pierwotnym instynktom zachowując się coraz bardziej dwuznacznie. Wszystko ku własnej rozpuście i pozwoleniu właściciela.
    Naukowiec starał się nie tracić Robina z oczu. Ten krążył obok niego niczym cień i bardzo dobrze ułożony kuzyn. Blackwood nie mógł wyzbyć się wrażenia, że w tym cyrku pełnym dziwactw odnajduje się o wiele lepiej niż on sam - człowiek urodzony w końcu w wyższych sferach. Najwidoczniej Robin o wiele lepiej wchodził w swoją rolę i, kto wie, może czerpał z niej radość?
    Baron nie wyglądał na tak pocieszonego, choć wiedział, że są tutaj bo cel jest dużo wyższy. Lecz na ten moment Archibald był po prostu sobą - zgorzkniałym i odrobinę nieprzyjaznym człowiekiem za jakiego brała go większość tej obleśnej gawiedzi.
    Robin, a raczej jego kuzyn Lawrence, zmieniał tematy jak z rękawa, prowadząc interesujące i nienudzące rozmowy z nowo poznanymi osobami. Blackwood nie mógł się jednak wyzbyć wrażenia, że to nie słowa złodziejaszka tak wpływają na jego uwielbienie przez możnowładców, ale jego piękna twarz oraz to jak potrafił grać miłego i zawstydzonego wielkim światem chłopca. Archibald parę razy sam dał się złapać wrażeniu, że przed nim nie stoi cyniczny i pewny siebie przestępca, ale zagubione wśród wielkiego świata pacholęcie. Interesujące, jakie to jeszcze umiejętności posiadał jego wspólnik.
    Blackwood uważnie obserwował otoczenie oraz to jak Robin niecierpliwi się z każdą kolejną chwilą. Wiedział, że najchętniej już dostałby się do sejfu i wyrwał tą maskę ze szponów Brama. Potrzebował jednak czasu i rozeznania w rozkładzie pokoi. Coś, czego nie mógł mu dostarczyć Archibald przez wzgląd na ostatnie remonty w posiadłości lorda Brama.
    Czekali na odpowiedni moment, a raczej...
    Robin czekał na odpowiedni moment. Archibald nie był idiotą i znał ciągotki swojego "przyjaciela". Nie dało się nie zauważyć powłóczystego spojrzenia, którym wodził za złodziejaszkiem, a które ten wykorzystywał na swoją korzyść. Robin kusił i uwodził, choć nie musiał płaszczyć się przed Bramem, by ten go zauważył. O dziwo bardzo skutecznie prowadził małą gierkę pełną ukrytych, delikatnych gestów i uśmieszków. Baron wiedział, że może go zostawić samego, a nawet puścić swojego "kuzyna" w objęcia zachłannego i pełnego żaru Brama, a ten da sobie z tym radę, choć nie wiedział jaki Robin ma plan.
    O jedno nie musiał się jednak martwić - o reputację. Takie pojęcie dzisiaj nie istniało. Co działo się w posiadłości kolekcjonera w niej zostawało.
    Archibald przechylił śliczny, kryształowy kielich dopijając ostatni łyk czerwonego, ciężkiego wina o bogatym bukiecie. Pił skromnie pomimo namów innych gości, którzy tylko czekali aż któryś z nich się potknie i będzie można to wykorzystać. Blackwood patrzył jak prostytutki wynajęte przez gospodarza coraz śmielej sobie poczynały z bogaczami, uwieszając się nich i chichocząc sprośności do uszu.
    Podczas takich przyjęć mężczyzna coraz bardziej sobie zdawał sprawę, że nigdy nie zaadaptuje się do tego środowiska. Wolał pozostać naukowcem, nawet jeśli któregoś dnia miał zdechnąć z głodu czy w wyniku wypadku. Nawet teraz wolałby nie tracić czasu tylko ponownie pogrążyć się w swoich wynalazkach, które zdawały mu się o stokroć ciekawsze niż ten kukiełkowy teatrzyk.
    Z rozmyślań wyrwał go mruczący głos Robina, który oddał mu kieliszek i oznajmił, że wprowadza swój plan w życie. Archibald przyjął dziwną kulkę z rąk złodzieja, po czym spojrzał na niego z lekkim oburzeniem.
    - Ja nie tworzę tak prymitywnych urządzeń - wyszeptał, chowając rzecz do kieszeni surduta. Wywrócił oczyma, gdy Robin wspomniał, ze powinien choć odrobinę pocieszyć się tym przyjęciem, bo wygląda okropnie. Dodał po chwili - Idź już i przestań gadać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nim Robin zdążył odejść, Blackwood spojrzał raz jeszcze na niego.
      - Uważaj na siebie - wyszeptał, choć nie wiedział czy Robin zdążył go jeszcze usłyszeć. Oby nie. Nie przywykł, by martwić się o kogoś innego niż siebie samego. Miał jednak nadzieję, że złodziej nie nawali i nie pozwoli się schwytać.
      Wzrok Archibalda spoczął na Bramie, który uśmiechnięty poszedł w tym samym kierunku, co Robin. Czyli dał się złapać w sidła kryminalisty.
      Jakie to żałosne.
      Blackwood pokiwał głową i podszedł do grupki rozmawiających możnowładców, dołączając się do rozmowy na temat nowych rozwiązań dotyczących energii elektrycznej wykorzystywanej w mieście. Być może choć raz poczuje, że nie jest nie na swoim miejscu.

      Lord Bram potrząsnął lekko głową, podążając za swoją dzisiejszą zdobyczą. Oh, jak on się na niego patrzył, jak go pożądał. Miał ochotę poznać bliżej tego niezwykłego chłopca, tak różniącego się od wiecznie nieprzyjaznego Blackwooda. Dobrze wiedzieć, że to zgorzknienie nie jest dziedziczne po tej stronie rodziny. Sam mógłby zająć się Archibaldem, gdyby ten nie miał kija w dupie i nie był taki wyniosły, zimny oraz wiecznie zdystansowany.
      Miał nadzieję, że jego kuzyn jest zupełnie inny.
      Czekaj, miał sto procent pewności, że jego kuzyn jest zupełnie inny. Widział znak na jego rękawiczkach. Nie był głupi, wiedział co to oznacza. Cieszyło go, że tak śliczny chłopaczek wie, czym naprawdę żyje to wyższe i bogate społeczeństwo. Bram czuł się jakby miał za chwilę rozpakować całkiem uroczy prezent.
      Podążył w głąb posiadłości, cały czas nie spuszczając z oczu podążającego przodem Lawrence'a. Mijał niecierpliwie gości, chcąc złapać go jak najszybciej.
      Spotkali się w ciemnych wnętrzach domostwa, w pokoju do którego najwidoczniej chłopaczek chciał uciec. Bram zamknął za sobą drzwi, a dźwięki dochodzące z głównej sali ucichły. Dało się jednak słyszeć cichutkie chichoty i jęki dochodzące z pokoju obok. Bram uśmiechnął się, podchodząc do Lawrence'a i obejmując go od tyłu leniwie.
      - Pięknie pachniesz - skomplementował, sunąc nosem od szyi aż do ucha skrytego pod kosmykami włosów - Zapomnij o swoim kuzynie na tą jedną noc i pozwól, że ja się tobą zajmę.

      Usuń
  33. [Przepraszam ze będzie trochę nieskladnie, ale jadę do domu i pisze z telefonu ^^]

    Lord Bram z całą pewnością nie należał do ludzi wyjątkowo roztropnych, gdy do głosu dochodziła namiętność. Spodobał mu się kuzyn Blackwooda i to bardzo. Chciał pokazać mu swoją wdzięczność za to, że ten postanowił ubogacić jego przyjęcie swoją uroczą osoba. Nie martwił się żadnymi konsekwencjami, bo przyjęcie i całą śmietankę gości pozostawił za sobą, gdy tylko zamknął drzwi tego pokoju za sobą.
    Bram zasmial się na niewinnie naiwne słowa Lawrence'a.
    - Proszę cię. On nie widzi nic poza swoimi drogocennymi wynalazkami. Bez urazy dla twojej pięknej osoby - powiedział mężczyzna ocierajac się ciałem o drzacego paniczyka.
    Jakby tylko mógł wiedzieć, że to wszystko dobrze zapleciona intryga nad która pracowały dwa swiatle umysły.
    Wbrew jednak swoim odrobinę strwożonym słowom, czyny tego slicznego młodzieńca podniecaly go coraz bardziej. Wiedział w który klawisz uderzyć by wywołać odpowiedni efekt. Pozwolił składać pocałunki na swojej szyi, a jego ciało było piękne jak z mamrmuru. Podobał się Bramowi jak mało kto.
    Zachęcał i necil.
    Lord nie zwrócił nawet uwagi na to, że ktoś próbował dostać się do pokoju. Nadal pełen rozradowania dobieral się do Lawrence'a próbując rozpiac jego koszule i odkryć jego ciało jeszcze bardziej.
    - Po co się spieszyć? Tutaj też jest całkiem przyjemnie. W końcu masz obok siebie... Mmm - mruknął przeciagle, a jego dłonie zakradly się pod koszule młodego chłopaka - Obraz sławnego Fuerto, mistrza impresjonizmu. To Cię nie podnieca?

    - Gdzie twój czarujący kuzyn, Archibaldzie? Chciałbym zamienić z nim kilka słów - odezwał się jeden ze starszych mężczyzn, widocznie już czerwony na twarzy od wypitego wina.
    Blackwood spojrzał beznamietnie na hrabiego West, obracając kielich w dłoniach.
    - Zapewne poszedł zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie pilnuje go cały czas hrabio. To w końcu dorosły chłopak i ma prawo do podejmowania samodzielnych decyzji.
    - Na twoim miejscu pilnowalbym takiego klejnociku. Oj tak...
    Archiwów zmruzyl brwi w wyrazie lekkiego zdenerwowania. Miał nadzieję, ze Robin będzie działał szybciej. Bo za niedługo skończą mu się wymówki.

    OdpowiedzUsuń
  34. Bram pocalowal Lawrence'a w zagłębienie szyi chichoczac lekko.
    - Jesteś wyjątkowo pewny siebie, jak na tak wystraszonego nowym światem paniczyka. Żeby wszyscy się brali z Ciebie przykład - mruknął kolekcjoner z lubością pieszczac młodzieńca delikatnymi dłońmi. Podobało mu się, ze skóra jego "gościa" tak pięknie pachniala, a ciało stworzone było do tego by je odkrywać. Pod koszula Lawrence skrywa tajemnicę, które nie sa tak łatwe do wydedukowania na pierwszy rzut oka. To smukłe wyobrażenie delikatnego ciała w rzeczywistości było niesamowicie silne i smukłe. Bram zastanawiam się ile mógłby wycisnąć z tak gietkiego, młodego cialka.
    Lawrence spotkał się ze ścianą, co ucieszyło lorda, bo ten nie miał gdzie uciec. Rozchylil lekko poły koszuli wywołując w Bramie wyjątkowo przyjemny jek.
    - Moja kolekcja jest najwspanialsza w całym tym mieście i to nie powinno być poddawane watpliwosciom - powiedzial, sunac palcami po klatce piersiowej Greywolfa. Zachwycał go ten ruch mięśni i ich leciutkie drżenie pod wpływem dotyku. Bram zaczął zapinac do połowy koszule swojego dzisiejszego kochanka.
    - Chodź więc za mną - chwycił go za dłoń i pociągnął ku drzwiom, uśmiechając się zadzwonię - Zostań dzisiaj ze mną całą noc, a pokaże Ci wszystkie swoje skarby. Nie musisz wracać do naszego kochanego szaleńca. Zaopiekuję się tobą.
    Przynajmniej na te jedna noc.
    Bram prowadził Greywolfa za dłoń na niższe piętra. Do piwnicy, gdzie znajdował się sejf chroniony najnowszymi zdobyczami wiedzy zabezpieczającej. Bram nim zszedł niżej nakazał strażników pilnujacych drzwi, by zeszli na chwilę z patrolu i poszło się napić. Lord zasmial się i odwrócił się, wyciągając z kieszeni chustke i zauważając nia oczy Lawrence'a nim strażnicy zdążyli zejść z posterunki.
    - Zaprowadze Cię i dołączę do mojej kolekcji - powiedział czule glaszczac chłopaka po policzku. Wziął go za rękę i razem zeszl do piwnicy,by Bram mógł wyłączyć zapezpieczenia w postaci czujek i alarmów, a także maski-kamery skrytej w cieniu. Odwracal się co chwila by spomdzdc czy Lawrence ma nadal zasłonięte oczy.
    - Już niedaleko aniolku.

    - Przepraszam, muszę wyjść na chwilę.
    Archibald uklonil się krótko i odstawiwszy kieliszek na stolik skierował się w stronę balkonu. Wyminal kobietę, która próbowała się do niego dołączyć i wykorzystać sytuację, ale niestety nieprzyjazny wzrok Archibalda mówił co innego.
    - Nie zgub się jak twój śliczny kuzynek.
    Blackwood pokrecil tylko głowa i zacisnal mocniej palce na glowicy mahoniowej laski. Zastanawial się jak idzie Robinowi i miał szczerą nadzieję, ze nie będzie musiał wykorzystywać tej dziwacznej kulki która miał w kieszeni. Bram na pewno dał się złapać w sidła złodzieja.
    Ciekawe... Czy on dałby się w to złapać gdyby był tak spragniony jak Bram?

    OdpowiedzUsuń
  35. Archibald zastanawial się, jak Robin dostanie się do skarbca Brama. Nie spytał go o to dokładniej, ale mógł podejrzewać ze z całą pewnością wykorzysta słabość kolekcjonera do slicznych twarzy. Całą noc go kusil, ale zastanawial się jak sprawi, ze lord zapomni o tych wszystkich swawolach i nie połączy faktów ze sobą. Uspi go? Ogluszy? Może zajeździ na śmierć?
    Archibald drgnal niespodziewanie, gdy uświadomił sobie, ze i taka śmierć jest bardzo prawdopodobna. Irytujaco-żałosny zgon.
    Blackwood miał wrócić do wnętrza posiadłości pokrecic się jeszcze wśród wysoko urodzonych, gdy poczuł, ze ktoś opiera się o balustrade obok niego. Naukowiec zwrócił głowę w tym kierunku, ale zaraz w jego oczach odbiło się zniesmaczenie i zdenerwowanie.
    - Reaver... - syknal pod nosem. No oczywiście, jego tu nie mogło zabraknąć. Jego, pożal się Boże, rywal z czasów, gdy jeszcze był w Akademii. Reaver był idiota, który nie potrafił odróżnić napięcia od natężenia, ale uparł się ze zostanie naukowcem. Był obiektem kpin ze strony Blackwooda i żaden z nich nie ukrywał wzajemnej nienawiści wobec siebie.
    - Archibald, jak miło Cię widzieć. Od kiedy to wpuszczają szalone malpiatki na tego typu przyjęcia?
    Baron zacisnal palce na balustradzie, nie odwracając się nawet na dźwięk tej partackiej zaczepki.
    - Chyba od momentu, gdy postanowili, że to jedyna rozrywka, która zrozumieja idioci odwiedzający to przyjęcie.

    Lordowi Bramowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Podobało mu się to jak słodki Lawrence przejmował stery w tej zabawie. Może wcale nie był taki niewinny jakiego grał.
    Kolekcjoner z dumą pokazywał wszystkie swoje skarby zainteresowanemu mlodzianowi. Ścigał się z nim między regalami i pozwalał się rozbierać. Stracił jednak po chwili cierpliwość i sięgnął po koszule kochanka niemalże zrywajac ja z jego silnego, pięknego ciała. Całował zachlannie, choć odrobinę slamazarnie prze alkohol krazacy w jego żyłach. Na jego twarzy coraz bardziej widać było czerwone plamy, które wskazywały jak bardzo jest rozgrzany wszystkimi słowami i czynami Greywolfa.
    Przyjął alkohol z rąk chłopaka, upijajac zdrowy łyk. Palił go w gardle, ale było to wyjątkowo przyjemne. Czuł jakby stracił kontakt z otoczeniem i wylądował w jakiejś magicznej krainie. Był rozochocony i bardzo chętny.
    Lawrence mruczal do ucha, ale wszystko docieralo do niego jak przez mgłę. Umysł Brama zaslonil się czerwonawa mgiełka podniecenia. Nie usłyszał słów chłopaka, zamiast tego niemalże wyszarpal się z koszuli i rzucił ja na ziemię. Chwycił Lawrenca za nadgarstki i przycisnal go do ściany lapczywie calujac i pieszczac niecierpliwymi palcami.
    - Dość tego przedstawienia - powiedział zachrypnietym od emocji głosem, dobierajac się do spodni Lawrence'a - Przestań się bawić.
    Uchylił powieki, ale widział coraz mniej. Wszystko było rozmyte, czuł coraz większy ból głowy, ale nie przerywal. Chciał go zerznac tu i teraz. Tak po prostu i jak najbrutalniej.

    OdpowiedzUsuń
  36. Bram jeknal, gdy Lawrence przejął inicjatywę. Był rozgrzany do granic możliwości, a słodkie słówka paniczyka tylko go nakrecaly. Przyciągał go do siebie coraz mocniej, ocierajac o smukłe ciało. Chciał już by wił sie pod wpływem jego pieszczot, by krzyczał jego imię tak głośno, by wszyscy usłyszeli.
    Uderzyła go nagle fala gorąca. Tak silna, ze niemalże zwalala z nóg. Poczuł się strasznie słabo, jakby miał gorączkę. Jeknal przeciagle, opierając dłonie o ramiona kochanka, gdy ten powoli ściągam mu spodnie. Uchylił lekko powieki, ale widział tylko i wyłącznie rozmyte kolory, które jasnialy mu przed oczyma jak fajerwerki. Nie wiedział nawet kiedy opadł bezsilnie na ziemię, zatapiajac się w oceanie przyjemności.

    Archibald patrzył na rozswietlony ogród, nie zaszczycajac nawet ulamkiem spojrzenia swojego "cudownego towarzysza". Mógłby się po prostu odwrócić i odejść, ale wtedy dałby temu idiocie zbyt duzo przyjemności. Nie zamierzał do tego dopuścić. Nie należał do osób, które uciekaly z podkulonym ogonem i opuszczonym uszami.
    Reaver zbliżył się do Blackwooda, podchodząc zdecydowanie zbyt blisko rozwscieczonego naukowca. Zmusił Archibalda by na niego spojrzał.
    - Jak czujesz się z tym, że jesteś posmiewiskiem w oczach bogaczy? Patałachem wśród naukowców? Jesteś żałosny Archibald, spójrz tylko na siebie - wyszeptał, a na jego ustach wykwitl kpiacy uśmieszek. Poklepał Archibalda po plecach, niemalże śmiejąc mu się w twarz.
    Blackwood odsunal się gwałtownie, zaciskajac dłonie w pięści. Wyprostowal się dumnie, próbując uspokoić zszargane nerwy i nie wyrzucić Reavera za balustrade, choć bardzo, ale go bardzo tego chciał.
    - Nie dotykaj mnie, skurwysynie - powiedział chłodno, wskazując w niego palcem. Dal sie sprowokowac, ale gniew kipial w nim zimna fala - Idź dalej nadstawiac dupsko profesorom, bo tylko do tego się nadajesz.
    Reaver śmiał się mu w twarz, opierając dłonie na biodrach. Otworzył usta, by się odgryzc, ale obydwaj mężczyźni zostali zaskoczeni przez nagle pojawienie się kuzyna Archibalda.
    Blackwood odetchnal z ulgą widząc Robina. Miał nadzieję, ze ten przyniósł dobre wieści. Przynajmniej to będzie jakąś pozytywną wiadomością na tym przekletym przyjęciu. Archibald nie ukrywał, ze czuł się tu jak zaszczuty pies nad którym stoi się z batem. Pokazywał kły, ale niewiele ponad to nie mógł zrobić. Ta bezsilność dobijala go jeszcze bardziej niż wszystkie te idiotyczne docinki i nawet słowa Reavera. Nienawidził tych miejsc, wolal zgnic w laboratorium.
    - Rozmowa z kubłem pomyj byłaby dużo ciekawsza. Chodźmy się przejść... Kuzynie - powiedzial do Robina, odwracając się i schodząc z balkonu po schodach łączących posiadłość z ogrodem. Tam będą mogli porozmawiać porozmawiać w spokoju, bez obaw, ze ktoś ich podslucha. Większość gości była już zbyt nieprzytomna, by zwracać na cokolwiek uwagę. Pijackie spiewy dobiegaly ze srodka domostwa. Mozni czekali tylko aż prostytutki zrobią swoje, a oni będą mogli zasnąć pod stołami. Chyba, ze ktoras z obecnych tu dam zakasa suknie i zatanczy na stole.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do zobaczenia, Archibald - Reaver teatralnie pomachal naukowcowi na pożegnanie. Blackwood nie zwrócił na to najmniejszej nawet uwagi, idąc obok złodzieja. Z ulgą postawił stopy na kamienistej ścieżce prowadzącej do labiryntu z wysoko pnacymi się roślinami.
      - Pierdolony skurwysyn. Niech go wszystkie diabły... - wyszeptał Archibald, zaciskajac mocniej palce na lasce. Gdy wkroczyli z Robinem do labiryntu szli już wolniej i dużo spokojniej. Blackwood wypuscil cicho powietrze, stajac i zatrzymujac Robina.
      Patrzył na niego z uwagą i niemym pytaniem w oczach.
      - Masz ja? - zapytał krótko. Chciał coś dodać, ale nagle przed nimi przebiegła jakąś naga parka chichoczac co chwila. Blackwood skinal głowa w kierunku jednego z korytarzy labiryntu. Po kilku minutach znaleźli się w jego sercu udekorowany płatkami kwiatów i kilkoma świecami. Fontanna roztaczala wokół siebie przyjemnie orzezwiajaca mgielke, co odrobinę dusilo ten niebotyczny żar. Dookoła nich grały tylko koniki polne przerywając bezpieczną ciszę.
      Archibald ponownie spojrzał na złodzieja, chcąc usłyszeć relację z jego skoku. Oczywiście wolal, by Robin ominął te kilka niewygodnych szczegółów.

      Usuń
  37. Archibald zmarszczyl brwi.
    - Oprócz pieniędzy nie jestem ci nic więcej winien. Nie ja kazalem ci pakować się Bramowi do łóżka - odpowiedział Blackwood krótko i takim tonem, by Robin nawet nie próbował podważyć jego słów. Ani jednym nawet zdaniem.
    Naukowiec potarl dłonią podbródek zastanawiając się. Powinien być zły na złodzieja, ze zostawil tyle śladów. Bram nie był idiota i jeśli skojarzy ze spędził noc z kuzynem Archibalda to ten nie da mu spokoju. Może zacząć weszyc.
    Nie mógł jednak powiedzieć złego słowa na Robina bo wykonał kawał dobrej roboty, a maska jest w ich posiadaniu.
    - Musimy wymyśleć jakąś skuteczną wymowke, dlaczego Lawrence wrócił tam skąd przybył. Sądzę, ze mógł złamać kilka konwenansow i rodzina poczula się zgorszona Londynem...
    Blackwood wierzył jednak, może odrobinie zbyt naiwnie, ze Robin podjął wszystkie możliwe środki by Bram jak najpóźniej skojarzył jego z kradzieżą. Gdy jeszcze do akcji wkroczy Archibald jako oddany przyjaciel moglo być tylko lepiej.
    Archibald minął Robina i usiadł na kamiennej ławce, rozciagajac się odrobinę. Całe zdenerwowanie zeszlo z niego z momentem gdy przestępcą oznajmił, ze ma maskę. Był zadowolony.
    - Sprawmy jeszcze pozory dobrze bawiących się kuzynów. Przynajmniej ta jedna rzecz mnie ucieszyła - Archibald skinal głowa w kierunku Robina - Dziękuję Ci. Choć spodziewałem się, ze załatwisz to w... Inny sposób. Czemu akurat tak?

    OdpowiedzUsuń
  38. Dreszcz przebiegł po kregoslupie Archibalda. Zimny i niespokojny, chwytajacy swoim bolesnym usciskiem za serce.
    - Co będziesz robił? Pomieszkiwal?
    Archibald może nie zrozumiał zartu jeśli Robin go w tym momencie przedstawił, ale naprawdę wolal by był to psikus. Zwłaszcza patrząc na swoją reakcję, gdy Robin postawił choć krok poza jego gabinetem. A przecież nie będzie go trzymał tylko w laboratorium, czyż nie?
    Blackwood uspokoił się jednak po chwili, dla własnej spokojnosci przekonując się, że to tylko i wyłącznie żart.
    Naukowiec machnął dłonią na kolejne słowa Robina.
    - Przestań, powtarzasz się - mruknął czując po chwili dym papierosowy, tak charakterystyczny dla marki jaką palił Robin. Archibald zastanawial się czy tylko złodziej był w stanie palić tak dziwnie śmierdzące cygarety. Czy to była jakaś słabość? Blackwood zasmial się jednak po chwili gdy usłyszał o staraniach Robina - Sam powiedziałeś, ze w twoim mniemaniu bardziej interesuje się maszynami, a mimo to nadal próbujesz się wdzieczyc. Aż tak Ci się podobam?
    Zapytał swobodnie, uśmiechając się pod nosem i patrząc po chwili na złodzieja.
    - Strasznie mi przykro, ze Bram nie był aż tak podniecajacy za jakiego go brales.

    Przyjęcie przybrało coraz bardziej niepokojący obrót. Archibald patrzył na to wszystko ze zdegustowaniem w przeciwieństwie do swojego "kuzyna" który szczerzyl się od ucha do ucha obserwując seks trójki osób na stole. Jakaś dama wysmarowala się tortem i przytulala do figury zaraz wymiotujac na nią zawartością żołądka. Blackwood zbliżył się do stołu tylko po to by zabrać kielich oraz karafke z winem. Usiadl z boku przy kominku i powoli saczyl trunek obserwując Sodome i Gomore przed sobą. Zastanawiał się jak dużo Bram naczytal się erotycznych historyjek sprzedawanych w książkach, ze uznał takie przyjęcia za szalenie interesujace. Ni to ekonomicznie ni to społecznie oplacalne.
    A może to Archibald nie potrafił się bawić? Może to on nie wychodził poza swój bezpieczny teren i obawiał się takich ekscesow?
    Może, ale nie zamierzał się zmieniać tylko po to by dopasować się do poziomu tych neandertalczykow.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dopasować się do poziomu tych neandertalczykow.
      Baron z ulgą przyjął wiadomość o tym, że powinni się już zbierać. Wstał z fotela, odstawiajac kieliszek na stół, zgrabnie mijając leżącego na ziemi bogacza.
      W powozie było już spokojnie. Archibald mógł przestać się spinać, ale to i tak Robin był najbardziej rozluźniony i zadowolony.
      Uśmiechnął się lekko na słowa zlodziejaszka.
      - Nie dasz mi spokoju. To nie leży w twojej naturze, a po drugie zapomniałeś? Sam powiedziales ze u mnie mieszkasz.
      Co niezbyt podobało się Archibaldowi. Jechali spokojnie przez uliczki Londynu, a Blackwood wolal zapomnieć o tym przyjęciu jak najszybciej. Chciał wrócić do laboratorium jak wspomniał przestepca. Jego myśli krążyły między przyjęciem Brama, a własną posiadloscia. Dobrze w sumie, ze wybrał się do kolekcjonera z Robinem. Przynajmniej nie nudził się jak zazwyczaj, a zastanawial czy zlodziejowi uda się wyrwać maskę z rąk lorda. Same te myśli zajmowały go na tyle skutecznie, ze wszelkie słowa arystokracji przechodziły mu koło uszu. Bez tego Archibald po prostu pojawilby się i bardzo szybko zniknął. Albo probowalby uniknąć lorda Brama, który nadal miał w nadziei zagiać parol na naukowcu i wciągnąć go w jedną ze swoich erotycznych gierek oraz do sypialni. Czemu czepil się akurat jego? Moze to co gryzie jest bardziej interesujace. Tego nie rozumiał, ale dzisiaj przyjemnie wyreczyl go Robin. Lepiej nadawał się nadawał do tego typu rozrywek.
      Rozpadalo się na zewnątrz, a senna atmosfera udzielała się także Blackwoodowi. Oparł się wygodniej, przymykajac lekko oczy. Deszcz bębnił o dach powozu raz za razem, przybierajac na sile. Archibald powoli pogrążal się w śnie, gdy nagle poczuł silne szarpniecie. Powoz stanął nagle, a Blackwood ledwo chwycił się drzwiczek, by nie przewrócić się do przodu.
      Czekali chwilę, patrząc ze zdziwieniem na siebie. Stanget podbiegl do drzwiczek i poinformował ich, ze coś weszło pod koło i je naruszylo. Naprawi to, ale chwilę to zajmie. Przepraszal stokrotnie, znikajac po chwili pod powozem i za ścianą deszczu.
      - Niech tylko przestanie padać...
      A pójdzie do posiadłości choćby na piechotę. Nie mógł czekac mając już maskę w rękach. Chcial ja móc zbadać. Zastanawiał się jakie tajemnice czekają pod tym ceramiczno-podobnym materiałem.
      - Czy ten dzień nie mógł być jeszcze dłuższy? - wyszeptal do siebie.
      Ekscytacja z nowego eksperymentu szybko zniknęła pod deszczową atmosfera, która nie chciała jak na złość zniknąć.

      Usuń
  39. Archibald spojrzał na Robina znudzonym wzrokiem.
    - Nie jesteś nawet w połowie tak zabawny jak ci się wydaje, zlodziejaszku . Po prostu nie lubię deszczu. Tak po prostu i po ludzku.
    Achibald rozejrzal się sam po okolicy mając w nadziei ze nikt nie wykorzysta faktu, ze dylizans jest unieruchomiony. Baron trzymal broń w powozie, ale wolal z niej nie korzystać. W sumie wciąż znajdowali się w bogatej dzielnicy więc nie spodziewał się tu ludzi spod ciemnej gwiazdy.
    Blackwood znowu wywrocil oczyma, gdy usłyszał słowa Robina. Czasem zastanawial się dlaczego ciągnie ta współpracę z taką istotą jak on. Nie ukrywał, ze charakter Robina zdecydowanie roznil się od jego, ale jakimś dziwacznym cudem wobec niego nie odczuwal jakieś wscieklej furii. Wręcz przeciwnie, czuł się zaintrygowany jego osobowością ale tylko pod względem naukowym, nie głupio społecznym.
    Blackwood zamrugal oczyma w zdziwieniu, gdy przestępcą przesunął się do niego. Chciał mimowolnie się cofnąć, ale zamiast tego patrzył w dwukolorowe oczy swojego towarzysza.
    - Czy Ty sobie stroisz ze mnie żarty? - zapytał spokojnie, nie przerywając spojrzenia. Wiedział, ze to jedna z wielu zabaw Robina by umilić sobie czas kosztem naukowca. Człowieka, który nie był najlepszym obiektem do zabaw. Archibald uniósł dłoń i przysunal do szyi złodzieja jakby chciał ja objąć. Nie groźnie, ale wbrew pozorom całkiem zabawowo. Blackwood przysunal się, a twarz jego i Robina dzieliło zaledwie koła centymetrów - Smierdzisz Bramem i ja mam Cię przeszukiwać?

    OdpowiedzUsuń
  40. Archibald zasmial się cicho, ale brzmialo to bardziej jak przyjemny, gardlowy pomruk niż sarkastyczny grymas.
    - Przeszkadza bo to mieszanka zjełczałego erotomana i cuchnacego człowieka bez wyobraźni. Idioty nie opowiadającego ci nawet połowy swoich zalosnych historii flirtow, dlatego msci się plotkami bez fundamentow - naukowiec uśmiechnął się, nie przerywajac spojrzenia. Wiedzial, ze dla wielu osób jest to krepujace, ale on wtedy czuł że spogląda na prawdziwego człowieka skrytego za lustrem oczu. Robin był skory do zabawy i widział to w jego oczach, ale Archibald nie był na tyle pijany by tak po prostu kierować się każda jego sugestia. Nie był też rozpalonym do czerwoności kochankiem.
    Dlatego też pozostawała ta leciutka mgiełka tajemnicy przewijajaca się w każdym najmniejszym jego słowie. Zdaniach które z każdym kolejnym spotkaniem odkrywaly coraz więcej z zagadek lorda Blackwooda i jego charakteru. I tu złodziej miał odrobinke racji, ale baron sam nie mógł wiedzieć czego naprawdę oczekuję od tej sfery zycia, bo nie poświęcał jej tak dużej uwagi jak choćby Robin. Jemu ten erotyzm i cała seksualność była zbędna, a może potrzebna tylko i wyłącznie wtedy kiedy wymagaly tego eksperymenty. Wyłączył to ze swego organizmu dość skutecznie, zamykając za wrotami z metalu i patyny. Klucz zaginal w mrokach umysłu lata, lata temu.
    Archibald odciagnal odrobinę zielony surdut Robina i sięgnął palcami do guzików jego kamizelki. Szukal poparzonymi opuszkami nieforemnego zawiniatka, które wyglądałoby na maskę.
    - Po co właściwie mnie tak kusisz, hmm? - zapytał zatrzymujac się w połowie ruchu, leniwie odpinajac guziki pięknej kamizelki "kuzyna" - Jaki masz w tym interes?
    I nie, Archibald nie ganialby Robina po gabinecie bo wiedział ze ten prędzej czy później maskę mu odda.

    OdpowiedzUsuń
  41. Prychnal lekko na wspomnienie o potencjalnych ulepszeniach swojego organizmu.
    - Nie wiesz co kryje pod tą ludzką skora. Może jestem tylko zbiorem wkrętów i metalowych płytek połączonych w jeden sprawny organizm... - odpial ostatni guzik i przesunal subtelniej dłonią po koszuli Robina, ale nadal nic - Napędzany jakimś wyjątkowo rozmyslnym generatorem? Nie wiesz i Bóg jeden tylko wie, czy się dowiesz.
    Blackwood sięgnął dalej, by przeszukać boki ciała złodzieja. Przysunal się do niego, przywierajac do niego na ten krótki ułamek czasu. Jego palce badaly każde wgniecenie w materiale koszuli. Archibald czuł spory dyskomfort będąc tak blisko zlodzieja, czując zapach jego ciała zmieszany z perfumami o zapachu bzu. Nie był do tego przyzwyczajony i nie sprawialo mu to takiej przyjemności. W tym jednak momencie dopiero poczuł jak ciało Robina jest dobrze ukształtowane i po prostu silne.
    - Wszędzie znalazł byś lepszy obiekt zabawy niż w tym powozie. A twoje powody są... Mało finezyjne - uśmiechnął się trafiając opuszkami na coś co mogło być maska. Przesunal wzdłuż miękkiego kształtu, badajac go powoli i z uwagą. Podejrzewał, ze na pewno to maska, skryta pod kilkoma warstwami materiału. Złodziej dobrze ja zabezpieczył i naukowiec byl mu za to wdzieczny. Gdy Blackwood próbował ja jednak wyciągnąć poczuł opór.
    Archibald spojrzał na Robina z uwagą.
    - Wygrałem, a teraz bądź tak uprzejmy i oddaj mi maskę.

    OdpowiedzUsuń
  42. - Wiem, gdzie byś zaczął. Dlatego Ty i ja tak bardzo się od siebie różnimy - mruknął Archibald, cofajac ostrożnie dłonie i odsuwajac się od Robina. Ponownie rozsiadl się na swoim miejscu odrobinę bardziej swobodnie i czekal az złodziej odda mu zawiniatko. Ten jednak wyprostowal się i napial jak struna więc i naukowiec wszedł w tryb czuwania. Nasluchiwali obydwaj, gdy palce Archibalda wymacaly broń pod siedzeniem. Jeśli jakąś gębą pojawi się w oknie będzie miała nieprzyjemne powitanie.
    Kiedy ruszyli wszystko wyglądało wyglądało porządku. Blackwood rozmasowal dłoń swobodnie, ciesząc się ze nic ich nie napadlo. Po dzisiejszym wieczorze tylko tego brakowało.
    - Ten surdut kryje w sobie bardzo dużo skrytej - powiedział szybko, sięgając drzacymi dłońmi po zawiniatko. Zadowolenie i podniecenie malowalo się na jego twarzy, gdy maska spoczela w jego rękach. Odwinal ja z poszewek, które rzucił na miejsce obok.
    - Jest cudowną... - powiedział cicho. Wodzil palcami po zimnej, ksztaltnej powierzchni z wyraźnym uwielbieniem. Fantastyczne, ze w ogóle nie działało na ja żadne ciepło, jakby takiego nawet nie przewodzila. Wydawała się delikatna jak ceramika, ale pod palcami czulo się dziwną mieszkanke metalu. Nie widać było żadnej rysy ani niedoskonałości. Archibald odwrócił ja by spojrzec na spód, gdy dotarły do niego słowa Robina. W ekscytacji nie wylapal nawet połowy jego uwag.
    - Dziwne? - zapytał jak przez sen naukowiec - To najpiękniejsza rzecz jaką widziałem.
    Powiedział, krótko uśmiechając się do złodzieja. Wybadal wewnętrzny kształt maski rozniacy się tak bardzo od tych zwykłych, teatralnych. Środek wypełniony był niezliczona ilością rowkow i kanalikow niewiadomego pochodzenia ale zapewniające noszacemu stały dostęp do świeżego powietrza. Niesamowicie przemyślana cyrkulacja. Archibald uniósł ja wyżej do oczu, ale w tym świetle niewiele widział. dotrzeć do laboratorium - powiedział wyraźnie zadowolony. Zignorowana od złodzieja butelka dopiero po chwili została wepchnieta w jego dłonie. Bezwolnie, nadal wpatrując się w maskę, Archibald upil mały łyk.
    - Nie czujesz tego jak wspaniały i jednocześnie prosty jest to wynalazek. Piękny - zachwalal dalej. Odwrociwszy się do złodzieja jego oczy blyszczaly czystym i żywym zachwytem który rzadko kiedy okazywał. Nie mógł się doczekać by stworzyć nowe szkice oparte na tym wspaniałym przedmiocie.
    - Po dzisiejszym wieczorze ciężko będzie się odchamic. Zwłaszcza po tym towarzystwie. Nie uważasz?
    Archibald obejmował dłońmi maskę, nadal badajac jej niesamowity kształt. Była przepiękna.
    Nawet jeśli dzisiaj złodziej miałby mu marudzic pół nocy nad uchem baron nie zwróci na to najmniejszej uwagi.

    Dojechali w końcu do posiadłości, a Archibald z wielką ulgą dotarł wraz z Robinem do swojego gabinetu. Położył delikatnie maskę na biurku, po czym ściągnął marynarkę i odstawil ja na krzesło. Poszedł do kąta gdzie zostawił swoją robocza koszule i nie zwracając nawet uwagi na złodzieja zaczął rozbierać się z koszuli. Byle szybciej dostać się do narzędzi. Blackwood ściągnął z siebie piękna koszule i odwiesil ja na wieszak. Jego ubranie nie krylo jednak żadnego metalowego ciała jak przypuszczał Robin ale siatkę blizn i poparzen jakiej mógłby się powstydzic niejeden wiking biorący udział w wielkich bitwach.
    - Rozgosc się jeśli chcesz. Idź spać jeśli chcesz, ale niczego nie dotykaj i NIE wychodz z gabinetu! - podkreślił ostatnie słowo Blackwood szukając brudnoszarej koszuli wśród leżących papierów.

    OdpowiedzUsuń
  43. [Przepraszam, że Archibald taki zimny i obojętny jest xD]

    Archibald odwrócił się na słowa Robina, ale nawet jego uwagi i przedorgazmicznym stanie naukowca nie wyprowadzily go z równowagi.
    - Powtarzasz się wiesz? - mruknął Blackwood, znajdując koszule i nakładając ja na ciało. Rozdygotanymi palcami próbował szybko zapiac guziki, ale nic z tego. Wypuscil oddech i uspokoił się, powoli się ubierajac. Pospiech to zły doradca. Zwłaszcza w takim stanie w jakim byl Archibald.
    Naukowiec rozesmial się, gdy usłyszał skargi Robina.
    - Silny środek rozkurczowy oddzialujacy na system nerwowy. Powoduje przyspieszenie akcji serca, zmniejszenie wydzielania gruczołów lzowych. Hamuje laktacje. Podaje się go dospojowkowo, by wspomóc akomodacje soczewek. Przydatne przy leczeniu zapalnym naczyniowki - powiedział to swobodnie, jakby cytował modlitwę przed snem. Swego czasu poznal bardzo ambitnego, młodego doktora jeszcze za czasów Akademii. Jego wiedza potrafiła zachwycić, a sposób w jaki opowiadał o wielu badaniach zachęcał Cię do spędzania z nim możliwie jak najwięcej czasu i słuchania o cudach medycyny. Archibal bardzo cenił go jako towarzysza spotkań nim odcial sie od calego swiata po tym przwrocie z wynalazkiem. Gregor stał za nim murem, ale mimo wszystko... Blackwood podwinal rękawy koszuli by nie przeszkadzały mu w pracy i zwrócił się ponownie do Robina - Zachowujesz się jak niezaspokojona, anemiczna dama z gnuśnym gustem. Przestań bo zacznę Cię za taką brać.
    Blackwood podszedł do fotela na którym siedział Robin i oparł swobodnie dłonie o podłokietniki, pochylając się miekko.
    - Z tyłu za tobą znajduje się mały, zgrabny przycisk. Przywolasz nim jednego z moich mechanicznych sług. Powiedz życzenie, a spełni się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - przechylil lekko głowę, uśmiechając się uprzejmie - I nie, nie możesz prosić o chętnych i rozpalonych chłopców by pomogli Ci zwalczyć twój mały problem po przygodzie z Bramem. To nie burdel.
    Blackwood podejrzewał, że Robin tego nie zrobi, ale z tym człowiekiem nigdy nic nie wiadomo. Przezorny zawsze ubezpieczony. Archibald podniósł się i skrzyzowal dłonie na piersi. Podszedł do biblioteczki by znaleźć odpowiednie księgi, które przydadza mu się na dzisiejszą noc z tajemniczą maska.
    - Potrzebujesz czegoś, pytaj. Może i mi uda się zrobić coś dla Ciebie w podzięce za kradzież maski - powiedział w połowie sennie, skupiając się na wyszukiwaniu pozycji wśród ksiąg. Sunal palcami po zakurzonych brzegach, zatrzymujac się czasem, by po chwili pokiwac głowa i iść dalej. Wyciągnął w końcu kilka z nich i zaniosl do biurka, zapalajac lampkę. Baron wyciągnął okulary i przyglądając się masce zaczął wertowac kartki.

    OdpowiedzUsuń
  44. Archibald uniósł głowę znad książki patrząc w te dwukolorowe slepia Robina płonące igraszkami i zabawa. Niemożliwy człowiek.
    Kiwajac głowa powrócił do czytania lektury, przyglądając się uważnie szkicom. Sięgnął po maskę i obracal ja powoli w dłoniach jakby czegoś szukał.
    - Zażyczyć zawsze możesz, ale czy twoje życzenie się spełni? Lubisz tak wszystko mieć podane na tacy. Czasem mam wrażenie, że więcej mówisz jak robisz w wielu kwestiach- Blackwood uśmiechnął się sarkastycznie.
    Baron wyczuł pod paznokciami malutka dziurę przy brzegu maski. Będzie potrzebował narzędzi żeby ja podważyć i lepiej przyjrzeć się rowkom znajdującym się pod pierwszą warstwą materiału. Może ze środka będzie mógł wyłuskać odpowiednią ilość próbki by sprawdzić sprawdzić jakiej mieszanki wykonany jest przedmiot.
    - Nie jest idiotą. Zapamięta co powiedziałeś - Blackwood wyprostowal się i wytarl dłonie o koszule. Wychylil się odrobinę tak by sluzacy usłyszał także jego - Przynieś też proszę świeży ręcznik i kilka bandazy. Dziękuję.
    Sługa zniknął w ciemnym korytarzu. Baron podszedł do leżącej na ziemi przy oknie skrzynki z narzędziami, która wczoraj zrzucił z biurka. Służący posprzatali ja idealnie i równo poukladali narzędzia. Wziął ja w dłonie i wyciągnął wąski śrubokręt by dostać się do wnętrza maski. Nie otworzył jej jednak od razu, ale przygotowywał szkiełka i słoiczki by przechować w nich próbki.
    Służący wrócił dość szybko. Baron wyszedł zza biurka i zabrał swoje oraz złodzieja rzeczy z rąk mechanicznej istoty.
    - Dziękuję. Możesz wrócić do swoich obowiązków.
    Archibald oddał potrzebne specyfikanta Robinowi. Skrzyzowal ręce na piersi.
    - Twoja przypadłość to więcej wad jak zalet.

    OdpowiedzUsuń
  45. Naukowiec nie stracił animuszu ani nie speszyl się na słowa Robina. Wzruszyl tylko ramionami jakby groźby zlodzieja były grubymi nićmi szyte oraz zupełnie niegroźne.
    - Jeśli zbytnio naruszysz moja prywatność to po prostu się Ciebie pozbede w najbardziej odpowiednim momencie. Miej to na uwadze - Archibald uśmiechnął się szeroko i zlowieszczo, co tylko wyostrzylo jego mocne rysy twarzy nasycone zmęczeniem. Szanował tego złodzieja i jego umiejętności naprawdę, ale swój komfort po stokroć bardziej. Rabus mial w koncu do czynienia z czlowiekiem gotowym poswiecic setki ludzkich istnien dla własnych celów.
    Wiedział, ze w tym momencie najprawdopodobniej się zgrywaja ze sobą nawzajem, ale diabły tylko wiedzą co kryje się w umyśle tego niepoprawnego i, nie bawmy się w uprzejmości, przesyconego seksem przestępcy. Rozmowy z nim były niezła zabawa, ale o obu stronach było to stapanie po cienkiej linii.
    - Oczywiście, ze są moje. A widziales by ktoś inny tutaj mieszkał? - odparł, poprawiając bandaże leżące na reczniku by nie spadły na ziemię.
    Przyglądał się jak Robin sprawnie zakrapla sobie oczy, dając im chwilowa ulgę i orzezwienie. Zastanawiał się co on by zrobil, gdyby dostał taki dar od losu. Póki co dostaje od życia tylko ból pleców oraz pogarszajacy się z roku na rok wzrok.
    - Od początku wydawales mi się interesującym osobnikiem. To elementarne, gdy spotykamy nową osobę zwłaszcza z tak innego dla siebie środowiska - powiedział swobodnie idąc w kierunku biurka i odkladajac nań ręcznik - Zastanawia mnie fakt, ze zaczynam poznawać Cię coraz lepiej, twoje cele i przypadłości, a nawet nie znam Twojego imienia. Zabawne...
    Blackwood chciał zabrać się za maskę, ale poczuł jak zatrzesly mu się ręce. Był pod wpływem adrenaliny, ale zdawał się odczuwać też zmeczenie i cały ten stres. Musiał usiąść choć na pół godziny. Ma jeszcze całą noc.
    Baron ściągnął okulary i rozmasowal oczy leniwym ruchem.
    - Masz ochote się napić? - zaproponował, ale nawet jakby usłyszał negatywną odpowiedź i tak sam nalalby sobie kieliszek, by lepiej mu się czytało księgi. Nie wypił dzisiaj znowu tak dużo, ale pragnienie paliło go w gardle. Tak to jest z tym zagranicznym winem, zaczniesz i chcesz więcej.

    OdpowiedzUsuń
  46. - Jeśli oceniasz moją prywatność tylko po tych dwóch rzeczach to naprawdę jesteś człowiekiem bez wyobraźni.
    Archibald uśmiechnął się krótko, gdy usłyszal prawdziwe imię Robina. Nie było tak, że nie zasnąłby bez tych "kluczowych" informacji. Po prostu ciekawiło go to, bo zawsze zwracał się do złodzieja "roboczym" imieniem, jakie uzyskał od swojego informatora. Nie wątpił, że sam kryminalista przejrzał dokumenty dotyczące swojego zleceniodawcy lub po prostu poszukał z kim ma do czynienia. Blackwood był w mniej komfortowej sytuacji bo Robin... Akkarin nie należał do osób publicznych. Baron musiałby wiele zapłacić, by dowiedzieć się o złodzieju więcej.
    Archibald kucnął i sięgnął pod biurko, by wyciągnąć kolejną butelkę pędzonego alkoholu, który Robin zdążył już poznać. O kolorze złota, ale odrobinę bardziej brudny, jakby Blackwood dodał tam czegoś. Cóż, co nowy specyfik to nowa receptura. Powinno jednak dać po kościach jeszcze bardziej.
    Jedna szklanka i wraca do pracy.
    Blacwood podszedł do Robina i usiadł w zniszcoznym, obdrapanym fotelu obok niego. Nie czekając na nic upił odrobinę i podał alkohol złodziejowi.
    - Jesteśmy już tak blisko... - powiedział jakby do siebie, walcząc z włąsnymi myślami i wszelkimi wątpliwościach - A jednocześnie wciąż tak daleko. Pytanie, co się zdarzy, gdy dokonamy tego czego dokonamy. Gdzie skończymy?

    OdpowiedzUsuń
  47. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  48. [Przepraszam, że tak wyszło późno, ale sesja mnie powoli zjada :)]

    Archibald uśmiechnął się lekko, odwracając głowę w kierunku złodzieja.
    - Wiesz, mam trochę więcej do stracenia niż ty. W gruncie rzeczy jeśli wpadniemy, oboje skończymy w tym samym miejscu. W grobie. Stąd te "filozoficzne rozmyślania".
    Mężczyzna tylko przewrócił oczyma na coś, co w ustach Akkarina miało być dziwnie zatuszowanym "komplementem". Doprawdy, nie miał czasu na tego typu aspekty swojego życia. Były nieistotne i niesamowicie mało interesujące. Dbał o siebie na tyle na ile pozwalały podstawowe cywilizacyjne potrzeby. Wielu jednak zdawało sobie sprawę, że gdyby mógł sam zamknąłby swój umysł w jednej z mechanicznych puszek, które tworzył. Gdyby tylko były one na tle doskonałe, by co do joty odtworzyć jego nad wyraz skomplikowaną jaźń i wszystkie te szaleńcze pomysły czające się w zakamarkach pamięci...
    Archibald spojrzał przed siebie, odbierając jednocześnie szklankę z rąk złodziejaszka. Nalał jeszcze jedną porcję, ale nie podniósł jej jednak do ust. Tyle niewiadomych, a plan na papierze wydawał się tak doskonały, że aż nierealny. Chciałby by wszystko poszło według maszynopisu i by miał to już za sobą. Pragnął zemsty jak nikt inny, ale wiedział też, że kiedy to wszystko się uda będzie musiał uciec z Londynu. Lub przynajmniej udawać, że nie jest jedynym wariatem w tym środowisku.
    Miał też nadzieję, że Bram nie przypomni sobie o jego ślicznym kuzynie.
    Chyba chciał udusić Robina za to, jak poszedł ten plan. W gruncie rzeczy tak... Chciał to zrobić. Spodziewał się, że kryminalista rozegra to inaczej, a nie w ten sposób. Blackwood nie brał tego sposobu pod uwagę, a tu spotkał się z niespodzianką. Maskę dostał, ale przy okazji masę zmartwień i problemów.
    - Co zrobisz, gdy Bram cię o coś oskarży? - naukowiec zapytał jakby zupełnie nieprzytomnie - Lub gdy zechce byś stał się jego eksponatem?
    Dodał po chwili, zza szklanki z trunkiem.
    - Jak wtedy dokonasz zemsty?

    OdpowiedzUsuń
  49. Archibald obruszył się odrobinę, marszcząc wymownie czoło na oskarżenie Robina. Czy doprawdy zawsze znajdzie sposób, by wbić mu nóż między żebra? Najwidoczniej na tego złodzieja nie było sposobu, by poprzestał na swych ciętych uwagach i czasami ugryzł się w swój przydługi, paskudny jęzor. Taki chyba miał charakter, a "podpisując" z nim ich niemą umowę Blackwood skazał się nie tylko na jego towarzystwo, ale też niewybredną osobowość.
    - Będę to roztrząsał, bo rozbiło to mój perfekcyjny plan opracowany w każdym najmniejszym nawet szczególe. Tak... Nie wziąłem pod uwagę, że trafię na wyjątkowo... Otwartego i chętnego pod względem cielesnych zachcianek wspólnika. Sądziłem, że jesteś bardziej klasyczny - powiedział, odkładając szklankę na podłokietnik fotela i podnosząc dłonie do ust. Mogłoby się wydawać, że Archibald był człowiekiem stworzonym do kochania niewiadomych. Taki był i owszem, ale nie kiedy chodziło o coś tak ważnego, że mogło mu przeszkodzić w stworzeniu idealnego mechanicznego organizmu. Przeszkodzić w planie zemsty opracowywanym latami. Dezinformacje i zagadki kochało się w kwestii eksperymentów, gdzie twoim jedynym zmartwieniem było porażenie prądem i śmierć. Gdzie o każdy błąd mogło się oskarżyć siebie samego. Tutaj płaciłby za głupiutkie niepowodzenia swojego wspólnika, a Archibald już wystarczająco zapłacił za kogoś w swoim życiu.
    Otóż dlatego, drogi złodzieju, tak to rozstrząsał.
    Blackwood wzruszył jednak po chwili ramionami. Cóż... Chyba za bardzo się denerwuje tym wszystkim. Coraz bardziej z każdym kolejnym krokiem ku ostatecznemu wynikowi. Co będzie kiedy stworzy swoją broń i wyśle ją do Izby Lordów?
    Wiedział, co będzie wtedy. Nie będzie czuł absolutnie niczego, gdy jego wynalazki zniszczą wszystkich ludzi znajdujących się w środku. Będzie patrzył na wysoką wieżę Izby niemo i bez najmniejszego nawet błysku w oku. Żadnej radości, żadnego smutku, żadnej satysfakcji.
    Po prostu koniec.
    Jego rozmyślania przerwał śmiech Akkarina, który wspomniał o Bramie. Blackwood potrząsnąl głową i o mało co nie strącił szklanki na ziemię, gdy złodziej wspomniał o domniemanym trójkącie.
    - Do trójkąta trzeba trójki osób, a póki co jest was dwójka. Ty i Bram - powiedział, obracając szkło w palcach i spoglądając spokojnie na złodzieja. Ten nie wciągnie go w jego chore gierki, za żadne skarby świata. Nawet jeśli podciągnie to pod domniemaną wdzięcznosć jaką Blackwood powinien mu okazać po zdobyciu wszystkich przedmiotów. Złoto jest wystarczającą zapłatą. Pod względem jednego jednak Robin miał rację. Bram jest leniwy i pompatyczny, zapatrzony tylko w siebie. Wątpliwości Archibalda pojawiały się tylko dlatego, że naukowiec oceniał lorda swoją miarą, tego jakby on postąpił.
    A baron szukałby kogoś takiego jak Akkarin za wszelką cenę. Byleby tylko wyłuskać z niego odpowiedzi.
    Archibald uśmiechnął się lekko do siebie.
    - Twoje zadanie wyglądąłoby zupełnie inaczej, gdybym znalazł się na miejscu Brama. Wycisnąłbym z ciebie odpowiedzi. Oj tak... Za wszelką cenę - powiedział cicho, prawieże do siebie. Dało się jednak w jego dziwacznych słowach czuć jakąś morderczą, senną satysfakcje. Bardzo trującą uciechę.

    OdpowiedzUsuń
  50. [Hahah uchichrałam się jak norka, gdy przeczytałam o dokręcaniu śrubek w łóżku xD
    Piszesz w ogóle prace? Łał trzymam kciuki! Co ciekawego tworzysz? :)]

    Widział jak Akkarin spoglądał na niego i nie dało się nie wyczytać w tym błysku tego, że złodziej uważa Archibalda za wariata. Kogoś, komu brakuje piątej klepki i zdrowego rozsądku. Kogo należy jak najszybciej odizolować od reszty świata, bo zrobi komuś krzywdę swoim skrzywionym charakterem.
    Kryło się w tym nawet więcej niż ziarno prawdy. Sam główny obiekt tych podejrzeń czuł to, że wszystko co cenią ludzie w tym świecie, co ich dotyka, co czują, o czym rozmyślają... Go nie dotyczy. Jego umysł trawiła nieustanna walka błyskawic, huk gromów i powolne sączenie się kropelek kolejnych wynalazków. Nie było nawet miejsca na coś po prostu ludzkiego. Do głowy wpadła Archibaldowi nawet myśl, co by było, gdyby zapożyczył choć cząstkę jaźni Akkarina, a jemu oddał fragment swojego charakteru.
    Blackwood pokiwał lekko głową. Oj wie, co by się stało. Wtedy dopiero by zwariował. Nie potrafiłby być taki jak Robin.
    Nie potrafiłby być taki jak zwyczajny człowiek.
    Naukowiec zaśmiał się lekko, gdy usłyszał sarkastyczny ton złodzieja. Bawiło go to, jak Robin sprowadzał wszystko do jednej jedynej kwestii, a mimo to nadal nie odnajdywał choć krzty zainteresowania w dłoniach naukowca. Czy nawet wtedy w karocie? Archibald mógł powiedzieć, że zatrzęsła mu się ręka, ale nie zrzucał tego na karby wszystkich tych myśli o które tak chętnie oskarżał go Robin.
    - Proszę cię. Tworzę tylko przydatne światu wynalazki, nie coś co wygrzebało się z najciemniejszych zakamarków twojej pokręconej jaźni.
    Baron obserwował jak złodziej szybko przechyla szklankę z alkoholem. Odmówił jednak odbierania jej od złodzieja. Jak tak dalej pójdzie, nie będzie mógł sprawdzić co kryło się za zagadką maski. Tego jeszcze brakowało, by zamiast zająć się tym co ważne po prostu poszedł spać upojony, nie oszukujmy się, ale dobrym, alkoholem.
    Oparłszy policzek na dłoni, Archibald również się uśmiechnął.
    - A ty nie miałbyś rąk - mruknął przyjemnie, dolewając resztkę z butelki do szklanki Robina - Podjąłbyś to ryzyko?

    OdpowiedzUsuń
  51. [Hahaha o matko jaki moodkiller. Chyba bym padła ze śmiechu, jakby mi się coś takiego zdarzyło :D
    Powodzenia, ja się powinnam swoją zająć, ale meh... Wolę pisać nasza małą zabawę między Robinem, a Archibaldem :D]

    Archibald uniósł brwi w zdziwionym wyrazie, gdy Robin wyrzucił z siebie słowa o uwielbianiu własnej osoby, pościgu i staraniu się o kryminalne jestestwo.
    - Matko i córko... To najbardziej filozoficzna z myśli jaka dzisiaj wyszła z twoich ust. Może nie powinieneś tyle pić? - podroczył się ze złodziejem, przechylając leniwie głowę w jego kierunku - To odrobinę przerażające. Nie chce wiedzieć, co stanie się dalej.
    Mruknął zauważając ognik w oczach złodzieja. Wiedział, że Akkarin mu nie przepuści dzisiejszego picia, co to to nie. A szkoda, mógłby mu podstawić lustro, by ten upił się sam do nieprzytomności. Archibald nie miał na to ani czasu ani chęci. Potrzebował siebie w pełnej gotowości, by zająć się badaniem maski.
    Zaskoczył go uśmiech ze strony Robina, tak łądny jakiego jeszcze nigdy u niego nie widział. Zdecydowanie nie powinien mu zbyt często dawać swoich specyfików, bo źle się to kończy. Co stanie się dalej? Czy złodziej zacznie wygadywać rzeczy aż tak do siebie niepodobne? Może obudzi się w nim naukowiec, który swą mądrością zniszczy tak światły umysł jaki posiadał Blackwood?
    To byłoby doprawdy śmieszne.
    Jedna jednak mądrość wyślizgnęła się ust kryminalisty. Może miał rację, że po dzisiejszym dniu Archibald powinien tylko pójść spać, a jutro zająć się badaniami na świeżo? Czuł się zmęczony, to prawda, ale z drugiej strony bał się, że jutro Bram zapuka do jego drzwi, a badania pójdą do gnoju. Chciał spędzić z tym przedmiotem choć skrawek czasu, tak go fascynował.
    Czy jednak powinien to robić będąc przyćmionym wypitym dzisiaj winem, pędzonym bimbrem, a nawet gniewem na tego skurwiela Reavera? Czy nie okazałby wtedy braku szacunku dla sztuki którą się para?
    Zbyt dużo wątpliwości, zbyt dużo pytań. Za dużo jak na taki wieczór.
    - Tu chyba masz rację, ale nie będę dzisiaj spał z tobą. Jeszcze jestem w pełni zmysłów - powiedział, przymykając odrobinę oczy. Odnosił wrażenie, że miękki fotel pochłania go i zatapia w dziwnym odrętwieniu. Dawno się tak nie czuł. Uchylił powieki dopiero po chwili, by skończyć tę gierkę Robina. Wstał z miejsca powolutku, bez wyraźnej energii. Gdy się wyprostował, leniwie przeciągnął się by rozruszać mięśnie, które powoli usypiały się pod wpływem alkoholu.
    Podszedł do zakurzonej gablotki i oparł się o nią dłonią, przyglądając się czy została tam jeszcze jakaś butelka. Na samym końcu, tuż przy ściance mignęła kryształowa zakorkowana butelka z mętno-krwistym trunkiem. Gdy Archibald wyciągnął ją i odkorkował do jego nozdrzy doszedł bogaty, kwietny zapach i ostra woń spirytusu. Nie pamiętał kiedy to robił.
    Przy okazji postarał się o drugie szkło. Rozlawszy porcję alkoholu do szklanek.
    - Wiesz czego jeszcze dzisiaj nie zrobiliśmy? W gruncie rzeczy nie wypiliśmy za zdrowie tego udanego skoku. Szkoda, by zmarnować okazję, nie? - Blackwood podszedł do Robina i stanął nad nim, wyciągając dłoń ze szkłem w jego kierunku. Drugą rękę oparł wygodnie o biodro, czekając na Akkarina.

    OdpowiedzUsuń
  52. [Haha, to najlepsze co mogłeś zrobić. No raczej w takim momencie nie poderwiesz się jak Reytan przy rozbiorze Polski i nie pójdziesz przybijać ten pierdzielony obrazek :D]

    - Nie licz na to, że wyjdę poza słowo "jeszcze" - skwitował krótko nazbyt szczęśliwy uśmiech Robina. Wiedział, że złodziej z miłą chęcią zająłby się Bramem, co przyprawiało go o drgawki obrzydzenia przebiegające gładko przez kręgosłup. Archibald nie poświęciłby się dla niczego, by zaspokoić swojego "przyjaciela" jak określił to miękko kryminalista. Byli takimi przyjaciółmi, jak pies z kotem.
    Ciemnokrwisty alkohol z cała pewnością miał być czymś na kształt wina owocowego, ale jak na nos Archibalda zbyt mocno pachniał kwiatami. Nie mógł teraz przywołać w głowie receptury tego specyfiku, bo po prostu zniknęła gdzieś za wielką, czarną zasłoną zmęczenia i woni spirytusu. Za całą pewnością na krańcach gablotki specyfik miał czas by dojrzeć i nabrać smaku.
    Blackwood uśmiechnął się pod nosem, widząc jak Robin ociąga się by wstać, a po chwili zupełnie się poddaje.
    - Jak powtarzałem wcześniej... Więcej mówisz jak robisz. I ty chciałeś "pomóc mi" przejść poza słowo "jeszcze"? Żałosne - zaśmiał się cicho, po czym stuknął szklanką o szkło złodzieja. Kropelki alkoholu spadły na ziemię. Archibald nie czekał tylko jednym haustem wychylił winopodobny produkt.
    Rozpaliło go w gardle, bardzo mocno. Zdecydowanie to COŚ miało czas, by dojrzeć w tej ciemnicy. Czuł jak całe jego ciało rozgrzało się w ułamku sekundy, jakby trawił je czysty płomień. Dopiero teraz poczuł ostre przyprawy, które zbiły leciutki zapach kwiatów z początku. Cóż to do cholery było?
    Archibald spoglądał na szklankę, jakby nie wierzył, że to coś wyszło spod jego palców.
    - Ten się z całą pewnością udał - powiedział do siebie, po czym odwrócił się, by rozchodzić zasypiające powoli nogi. Nie przekrzywiał się na boku, ale dało się zauważyć, że jego ruch był nad wyraz powolny, brakowało w nim tak naturalnej dla niego ostrości. Podjął po chwili wątek złodzieja - Zasnę w laboratorium, jak zawsze. Pod wielkim, błyskającym generatorem.
    Skinął głową w kierunku swojego pustego fotela.
    - Lub tutaj w tym fotelu. Całkiem miło się w nim leżało - przystanął po chwili, po czym spojrzał na Akkarina - Czego ty się w ogóle obawiasz w moim towarzystwie? To śmieszne i sam o tym dobrze wiesz.

    OdpowiedzUsuń
  53. - Tak wolę - powiedział po chwili, będąc całkowicie pewnym własnych słów. Lubił swoje laboratorium, choć w niższych jego segmentach działy się rzeczy przy których żaden normalny człowiek nie zmruży spokojnie oczu. To było jego miejsce, należące tylko i wyłącznie do niego. Sam je projektował, znał każdy niemal zakamarek. Nie czuł się nigdzie bezpieczniej jak tam.
    Archibald chciał napełnić szkło Robina, gdy nagle dotarły do niego słowa złodzieja. Wyprostował się gwałtowniej, patrząc z mieszaniną gniewu i zaniepokojenia w dwukolorowe oczy Akkarina.
    - Żadnego grzebania w moim biurku - powiedział ostro, zaciskając palce na szyjce od butelki. Szafki były zamknięte, ale wiedział, że dla Robina, nawet pijanego, nie stanowiło t żadnego problemu. W końcu był złodziejem swojej sławy. Wolał by ten nie grzebał w jego projektach, eksperymentach i innych, ważnych dla Archibalda papierach. Zza mętnej zasłony umysłu naukowiec jednak wiedział, że swoim dziwnym wybuchem tylko podkręcił ciekawość Akkarina. Zawsze tak było.
    Baron nalał alkoholu do szkieł. Narzucili sobie całkiem agresywne tempo. Ciekawe kiedy się to na nich odbije. Archibald obserwował jak Akkarin wstał, z trudem, ale udało mu się podnieść. Najwidoczniej czuł się równie "zmęczony" jak naukowiec.
    - Mało jeszcze o mnie wiesz, bywam nieprzyjemny. Po drugie twój plan znowu ma lukę. Nie zamierzam wymieniać z tobą materiałów genetycznych, o które ty tak namiętnie zabiegasz - odparł, wzruszając ramionami i odwracając by wypić alkohol w spokoju. Tym razem małymi łykami, tak by nie spalić sobie ponownie gardła. Krążył z wolna po gabinecie, podchodząc ostatecznie do wysokiego okna przez które Robin czynił swoimi drzwiami wejściowymi. Blackwood dla jego bezpieczeństwa sam odsunął wszystkie niepotrzebne przedmioty, by ułatwić złodziejowi wejście. Czemu to zrobił? Chyba po prostu z szacunku do ich umowy.
    - Zawsze możesz wrócić tam gdzie mieszkasz. Dzisiaj chyba mi to obojętne - powiedział sennie, opierając się o zdrapaną ścianę - Chociaż wtedy nasz cały plan pójdzie w diably. Nie ma chyba wyjścia.
    Archibald uśmiechnął się, wychylając resztkę karmazynowego płynu.
    - Nie rób jednak niczego głupiego. Wciąż mogę ci zepsuć ten wieczór.

    OdpowiedzUsuń
  54. Archibald spojrzał zdziwiony na Akkarina po czym roześmiał się na jego parsknięcie. Nie potrafił się powstrzymać, gdy usłyszał takie głupoty wychodzące z jego ust. Alkohol może poluzował jego zwyczajowo zimny i kalkulacyjny charakter, dlatego pozwolił sobie na takie zachowanie. Tak to musiało być to, nic więcej.
    - Tylko ty potrafisz znaleźć tak prostacki powód - powiedział, potrząsając głową, by odgonić od siebie tą dziwacznie niepodobną do niego falę śmiechu - Nie. Po prostu nie widzę w tym pracelu i tyle. Co do dziwności uważam, że stoimy na równym poziomie.
    Kolejna uwaga jednak zainteresowała go dużo bardziej niż powinna. Zbyt późno ją zauważył, by na tyle szybko pociągnąć temat, ale odnotował w umyśle te słowa.
    "Sam sobie tej dziwności nie wybrałem, to ty i tobie podobni, zrobiliście ze mnie takie dziwne coś"
    Tego się po nim nie spodziewał. Wyznania tak bardzo bliskiego jego własnej historii, która w oczach Archibalda nabrała teraz zupełnie innego znaczenia. Jakaś, zbyt minimalna ale jednak, cząsteczka tajemnicy skrywającej Akkarina została przed nim odsłonięta. Wydawało się to ledwo ziarenkiem piasku, ale zainteresowało to naukowca. Robin był kimś więcej niż tylko prostym złodziejaszkiem i w tym momencie dość "wylewnie" to zaakcentował. Umysł Blackwooda był jednak zbyt rozrzucony, by zgrabnie do tego powrócić, gdy kryminalista nagle ucichł i uciął całą rozmowę.
    Baron wzruszył ramionami, gdy Robin próbował podkreślić fakt, że nie boi się go wcale. Blackwood nie zamierzał dyskutować w tym temacie, bo złodziej nie musiał wszystkiego wiedzieć. Żadnych informacji o tym, co dzieje się tu niektórymi wieczorami, co tak naprawdę cieszy zatrutą duszę naukowca, co sprawia, że w jego duszy pojawiają się skrzywieni przedstawiciele tego co tak namiętnie podniecało Akkarina. Jeśli będzie chciał się o tym przekonać, kiedyś może nadarzy się okazja.
    Widać było jak strój oraz fryzura arystokraty, którym jeszcze do niedawna był, przeszkadzała Akkarinowi. Sam Archibald podziwiał jednak jak dobrze to pasowało złodziejowi. Gdyby nie wiedział kim tak naprawdę jest stojący przed nim mężczyzna, mógłby śmiało zaryzykować stwierdzenie, że to prawdziwy młody arystokrata. Na dodatek pokazał "klasę", oczywiście do czasu, lepszą niż Archibald przez wszystkie lata uczestniczenia w tych zjazdach krów. Robin był doprawdy złodziejem pełnym tajemnic.
    Blackwood pokiwał głową w akcie zrezygnowania, gdy Akkarin stwierdził, że brakuje mu wychowania. Nie tak powinien traktować gości. Cóż... Być może Archibald nauczyłby się tego, gdyby jakichkolwiek tutaj przyjmował. Jak sam podkreślił kryminalista - nikt z własnej woli nie ważył się postawić stopy w tym domiszczu z obawy, że coś wyskoczy ze ściany i obetnie ci palce. Naukowiec podszedł do biurka i chwycił czystą kartkę papieru podchodząc do Robina. Z dużego bliska spoglądał na złodzieja, aż czuł jego ciepły i nasączony kwiatowym alkoholem oddech. Uśmiechnąwszy się lekko pod nosem, zaczął:
    - "Uważaj bo się przestraszę" - powtórzył słowa Akkarina, podając mu papier - Pisz jeśli chcesz, czekam.
    Archibald dopił ostatni łyk ze szkła jednym, szybkim haustem. Przechyliwszy lekko głowę, spojrzał ponad złodzieja.
    - Mogę cię zaprowadzić do którejś z sypialni obok gabinetu, ale nie wiem czy to dobry pomysł. Moi służący bywają dość niebezpieczni, gdy są zaniepokojeni nową twarzą.

    OdpowiedzUsuń
  55. Archibald odsunął się na bezpieczną odległość, gdy Akkarin odepchnął go lekko. Obserwował złodzieja z niemałym rozbawieniem, krzyżując dłonie na piersi.
    - Naprawdę będziesz to pisał? - zapytał, sam zaskoczony tym jak Robin wziął sobie do serca "nauczenie" barona podstawowych manier przyjmowania gości.
    Szczerze powiedziawszy, do czego pewnie naukowiec nie przyzna się następnego dnia, wydawało mu się to całkiem zabawne. Robin rozsiadł się w fotelu poprzednio zajmowanym przez Blackwooda i zaczął składać słowa do listu. Naukowiec oparł wygodnie ramiona na podgłówku i obserwował powoli powstające, kolejne wersy tej wspaniałej odezwy do uczelni go szkolącej. Staranne pismo Akkarina wykrzywiło się co nieco pod wpływem alkoholu, ale nadal było względnie czytelne. Opisał wszystko. Brak sypialni, zapadające się półki, ogólną nieprzyjemność posiadłości, otrzymanie tylko jednej poduszki, a także nielegalne pędzenie w domu alkoholu. Archibald obserwował to wszystko, leniwie się uśmiechając i kiwając raz co raz głową. Jak tak dalej pójdzie, wykończy się przy tym złodzieju nim dojdą do końca kontraktu. A przed końcem jeszcze długa, długa droga.
    Akkarin pomachał mu przed oczyma skończonym listem, podpisanym jako jego uroczy kuzyn Lawrence Greywolf. Archibald wziął do rąk kartkę, a jego wzrok krążył od zadowolonego grymasu złodzieja do mało równego ciągu literek.
    - No proszę... Czyli jednak jesteś aż tak przekupny - odparł naukowiec, drąc powoli kartkę i rzucając skrawki na ziemię. Usatysfakcjonował go fakt, że Robin poprosił tylko o kolejną flaszkę. W tym stanie, znając charakter tego wiecznie niezaspokojonego przestępcy, mógł poprosić o dużo więcej. Cóż... Na ten moment Archibald go uniknął i cieszył się z tego niezmiernie - Jak tak dalej pójdzie wypijesz cały mój zapas.
    Blackwood ponownie podszedł do gablotki, kucając by zobaczyć czy w najniższej szafeczce znajdzie się jeszcze jakaś butelka. Przyglądał się uważnie przez dłuższą chwilę i sięgnął głębiej. Przeklinał rozmiary tej szafki, gdyż czuł pod palcami butelkę, ale nie umiał jej wydobyć.
    Po chwili udało się, a baron wyciągnął odrobinę zakurzony, ale ostrożnie zakorkowany alkohol. Ten miał jeszcze inną barwę - ciemnobordowy kolor niemalże przypominał czystą czerń. Archibald nie pamiętał z czego to było, więc ostrożnie odkorkował butelkę. Pachniało jak śliwki i cynamon.
    Wciąż nie wstając, po prostu wyciągnął butelkę w kierunku Robina.
    - Bierz i nie męcz mnie więcej.

    OdpowiedzUsuń
  56. Archibald przewrócił oczyma, gdy usłyszał gwizd Robina. Doprawdy, czy on mu wyglądał na dziwkę stojącą na przecięciu ulic? Cała iluzja o tym, że Akkarin nadawałby się na młodego panicza legła właśnie w gruzach.
    Baron podniósł się, wytrzepując kolana z kurzu. Poklepał dłonią obok swojego szkła, by Robin i jemu nalał tego dziwnego wina. Czy czymkolwiek był ten mocno alkoholowy specyfik.
    - Dziwisz mi się? Nie czuje potrzeby konsumowania z tobą tej znajomości. Nie dlatego, że coś do ciebie mam. Po prostu mnie to nie podnieca w znaczeniu jakie ty znasz - powiedział, biorąc do rąk szklankę i opierając się wygodnie o biurko. Sączył alkohol, przyglądając się jego barwie i zapachowi. Co prawda ten stępił się po tylu porcjach alkoholu, ale intrygowało go to jak zgrabnie śliwka połączyła się z cynamonem. Ciekawe jakby to smakowało na ciepło.
    Może musiał po prostu skupić na czymś myśli?
    Blackwood wyprostował się i przechylił lekko do tyłu, patrząc znad ramienia na złodzieja.
    - Niby jak to zrobisz? Poczęstujesz mnie jednym z tych specyfików o których ostatnio głośno? - zapytał. Wiedział, czym żył ostatnio Londyn. Tą dziwaczną, eksperymentalną substancją służącą do otumaniania ludzi. Człowiek ginął w oceanie odurzenia po kilku minutach po zażyciu i nie pamiętał dosłownie nic. Dziura w pamięci. Ciekawe, czy tym specyfikiem Robin poczęstował Brama. To by się nawet zgadzało.
    - Co ty w ogóle masz do tych łóżek? Ciągle to powtarzasz - odparł baron, obracając się i przesuwając się obok wygodnie rozłożonych na biurku nóg Robina. Patrzył na niego z tajemniczym uśmiechem - Może ty też jesteś wewnętrznym sadystą i wcale się tak mocno od siebie nie różnimy.

    OdpowiedzUsuń
  57. [Przepraszam, ze tak krótko i mało zgrabnie, ale pisze z telefonu ^^;]

    Archibald postukal palcami o ramię, wciąż nie spuszczając oka ze zlodzieja.
    - Z całą pewnością jest bardziej kreatywny w to nie wątpię, bo u mojego fantazja zaczyna się tam, gdzie kończy ludzka wytrzymałość. W tym stanie nie możesz zbytnio dać upustu własnej kreatywności nie uważasz? - cicho zapytał baron ponownie czestujac ich sliwkową nalewka. Była niesamowicie dobra i wbrew pozorom nie zagluszala tak bardzo umysłu jak tamten kwiatowy specyfik. Archibald nie wypił jednak od razu alkoholu, bo powstrzymaly go słowa Robina. Zasmial się lekko, wstajac z miejsca. Powoli ogarnialo go zmęczenie, ale nie aż tak jak sugerował to zlodziejaszek.
    I głód.
    Blackwood z wolna podszedł do przycisku przy ścianie i nacisnal go czekając aż przyjdzie sluzka. Ta pojawila sie dosłownie po minucie, jakby cala mechaniczna czesc posiadlosci była w wiecznym trybie czuwania nad potrzebami swojego pana. Archibald poprosil o kawę i coś do jedzenia, by stlumic pierwszy głód. Sluzka uklonila się nisko.
    Baron wrócił się do fotela i usiadł na nim z ulgą. Spojrzał na Robina po czym zapytał:
    - Dlaczego tak bardzo zależy ci na tym jednym, prymitywnym odruchu ze mną? Nic z tego nie będziesz miał, żadnej sławy ani satysfakcji. Tylko siniaki i Bóg wie jakie rany. Po co Ci to? Dla krótkiej przyjemności? - Archibald wypił porcję nalewki czując, ze powoli zbliża się do końca swojej alkoholowej wytrzymałości. Jeszcze jedna kolejka i mu wystarczy. Owszem nie padlby po dwóch, ale nie lubił nad sobą nie panować.

    OdpowiedzUsuń
  58. Archibald odstawił kieliszek na niewielki stolik i skrzyżował ramiona na piersi, wygodnie się opierając o fotel.
    - To nie mechaniczność. To przekleństwo naukowców - powiedział, przymykając oczy i wsłuchując się w ciche brzęczenie generatora w rogu. Był zmęczony dzisiejszym dniem i powoli chciało mu się spać. Teraz sam sobie się dziwił, że chciał siadać do badania maski w takim stanie. Cóż, jutro będzie na to lepszy dzień. I więcej czasu.
    Miał tylko nadzieję, że Robin nie będzie w tym czasie stał nad nim i przeszkadzał mu w pracy. Po prostu może pójdzie i znajdzie sobie lepsze zajęcie?
    Archibald rozmasował skronie dłonią. Po alkoholu jego myśli wydawały mu się tak naiwne. Oczywiście, że nie pójdzie, a co najwyżej pierwszy w tej posiadłości może pojawić się Bram.
    - Czyli czerpałbyś przyjemność z tajemnicy. Cóż... Ma to jakiś sens - baron uśmiechnął się pod nosem - Jeszcze nikt nie nazwał mnie cielakiem, a dużo już słyszałem pod swoim adresem. Nawet nie mam siły, by ci dogryźć, a to chyba źle.
    Blackwood ułożył się wygodniej w fotelu, nadal przymykając oczy. Starał się nie zasnąć, ale powoli słabość ta go pokonywała.
    - Nalejesz mi jeszcze? - zapytał po czym cicho dodał - Proszę?

    OdpowiedzUsuń
  59. - Oczywiście, że możemy zapanować nad tym co się dzieje. To elementarne, mój drogi złodzieju. Wszystko zależy od czasu - Archibald skontrował stwierdzenie Robina prosto i nad wyraz krótko, bo oczywiście mógł z nim wejść w dobitną dyskusję na temat tego, jakim przekleństwem naukowca jest jego własny umysł. Często odczuwał to nawet lepiej niż dobrze, gdy nie mógł spać po nocach myśląc nad kolejnym wynalazkiem.
    Baron uniósł lekko jedną powiekę, patrząc na Robina powolutku podchodzącego, by nalać mu alkoholu.
    - Dziękuję - odparł, prostując się i sięgając po szkło. Spojrzał na Akkarina, uśmiechając się lekko - Ja pójdę spać, bo w przeciwieństwie do ciebie, śpiącej królewny, mam jutro robotę. Ktoś musi zbadać przedmiot, który tak ochoczo mi dostarczyłeś. Zakończę za niedługo ten wieczór, z tobą czy bez ciebie.
    Blackwood, nim ponownie umoczył usta w nalewce, zwrócił się do Akkarina.
    - Pokazać ci, gdzie możesz spać czy wolisz to robić tutaj?

    OdpowiedzUsuń
  60. Blackwood spojrzał szczerze zdziwiony na złodzieja.
    - Wrodzona co? Wybacz, bo nie dosłyszałem w tej salwie pociesznego śmiechu jaka rozniosła się w mojej głowie.
    Leniwie obserwował starania Robina w zapewnieniu sobie wygodnego miejsca. Mężczyzna wspomógł się poduszką, którą przyniosła mu służka naukowca i po chwili przestał się kokosić, wygodnie rozciągając na fotelu. Nie wyglądał na kogoś komu było niewygodnie, wprost przeciwnie. Czyli jeden problem z zapewnieniem Robinowi noclegu miał już z głowy i całe szczęście.
    - Czy gdzieś w moich słowach zauważyłeś stwierdzenie "moja"? Nie, więc przestań drążyć - powiedział Archibald, dopijając wino z kieliszka. Przeciągnął się wygodnie i wyglądało jakby chciał wstać z fotela, ale nie miał siły.
    Westchnął ciężko, opierając dłonie na podłokietnikach.
    - Chyba i ja tu dzisiaj zostanę... - stwierdził po chwili i dodał - Naprawdę zamierzasz uprzykrzać mi życie tak długo? Zabraknie mi miejsc, gdzie będę mógł być naprawdę sam, bez ciebie. Bo wątpię, żebyś oszczędził nawet moje laboratorium.
    Archibald niechętnie, ale oparł ciążącą głowę o wierzch dłoni. Mógłby sie ruszyć do łóżka, ale to za daleko.

    OdpowiedzUsuń
  61. Blackwood westchnął ciężko, tylko kiwając głową. Naprawdę - tego złodzieja nie dało się zagiąć, bo ten zaraz wymyślał nowe sposoby by tylko wbić szpilę głębiej i mocniej. Irytowało to naukowca, ale jednocześnie w tym właśnie momencie zdawał sobie sprawę, że tworzyli coś w rodzaju zgranej drużyny. Nie w czystym tego pojęciu, ale właśnie "coś".
    Kiwnął tylko ręką, na znak, że może spać w laboratorium. Byleby tylko niczego nie dotykał i nic nie zwalił swoim niezgrabnym cielskiem.
    Chichot złodzieja niknął jakby za mgłą, gdy Archibald powoli tracił kontakt z rzeczywistością. Naukowiec zwinął się tylko w całkiem prymitywną, ale wygodną kulkę i po prostu zasnął. Snem bez snów czy marzeń, ale za to wypełnioną ogromem pomysłów, które właśnie w nocy miały szansę rozbłysnąć pełnią blasku w jego umyśle.

    Nie wiedział ile godzin przespał, ale odzyskał świadomość w momencie, gdy coś łupnęło i trzasnęło, unosząc w powietrzu swąd spalenizny. Naukowiec nie podniósł jednak głowy, bo usłyszał jak Robin wstaje i rusza w kierunku wnętrza pokoju.
    Archibald usłyszał jego kroki blisko siebie, a także ciche, szeptane słówka. Chciał uderzyć złodziejaszka w głowę, by przestały mu do głowy przychodzić tak idiotyczne pomysły.
    - Naprawdę, nie masz nic lepszego do roboty? - odparł Blackwood, prostując się i przeciągając odrobinę. Czasem żarty Robina balansowały na cieniutkiej granicy normalności, ale jedno było pewne... Żaden z nich nie był przyzwoity. Ciekawe, chyba Akkarin nie znał nawet takiego słowa. Dodał po chwili, gdy rozmasował już zastałe mięśnie - Nie zrobi, nie zrobi.
    Wstał leniwie i podszedł do przycisku, przywołując służkę do gabinetu. Poprosił o śniadanie, dokładnie za pół godziny.
    Gdy służka odeszła, Archibald chciał wyjść za nią, ale nim to zrobił odwrócił się do Robina.
    - Idę się umyć, nie wiem jak ty. Błagam tylko, nie idź za mną.
    Blackwood zniknął za drzwiami i skierował się w stronę łaźni. Jego kroki wygłuszał zjedzony przez mole dywan, który służący próbowali doprowadzić do jako takiego porządku. Po chwili skręcił w korytarzu, a przed nim pojawiły się drzwi do łaźni. Otworzył je, rozglądając się jeszcze dookoła.

    OdpowiedzUsuń
  62. Archibald z ulgą przyjął na swoje ciało strumień zimnej wody. Pobudził jego mięśnie do działania i szybko otrzeźwił z pozostałości poprzedniej nocy. Blackwood wygodnie ułożył się w wannie, oddychając płytko. Na jego ciało wstąpiła gęsia skórka, ale nie lubił podgrzanej wody. Otwierała ona rany na wyjątkowo brzydkim ciele naukowca. Pełnym zadrapań, poparzeń, świeżych blizn. Podkreślających wychudzoną posturę i bladą skórę, niemalże przenikającą przez kości.
    Mógłby tutaj zasnąć, gdyby nie fakt, że ma tyle do zrobienia.
    Umył sie szybko i dokładnie, strząsając z siebie kropelki gdy wyszedł z wanny. Stał kilka minut w ciszy, przeciągając się leciutko i susząc mokre ciało. Nałożył świeże i czyste ubrania, zapinając koszulę pod szyję, a także nakładając ciemną, bordową kamizelkę i czarne materiałowe spodnie.

    Wrócił do gabinetu, zupełnie już zapominając o bolączkach ich wczorajszej "zabawy". Alkohol wyparował z jego ciała, a na miejsce ponownie wrócił zimny i kalkulacyjny naukowiec. Blackwood zauważył siedzącego przy biurku Robina i podszedł powolutku, krzyżując dłonie za plecami.
    - Prędzej sczeznę niż coś dostaniesz - powiedział, biorąc filiżankę czarnej kawy i siadając na parapecie przy oknie. Powoli sączył napój, zupełnie nie zwracając uwagi na jedzenie jakie przyniosła mu służąca. Na ten moment nie był głodny, choć powinien po nocy picia. Gdy pobudził się już kawą, do jego świadomości doszły prawdziwe instynkty Archibald. Odstawił filiżankę na parapet i podniósł się, podchodząc do szafki. Przy sfatygowanym meblu leżała skrzynka z narzędziami. Mężczyzna podniósł ją i postawił na biurku, uprzednio przesuwając tace ze śniadaniami.
    - Przesuń się, bo będziesz mi przeszkadzał - powiedział do złodzieja, wyciągając ze środka drobny śrubokręt. Chwycił maskę leżącą na ręczniku w dłonie i przyglądał się gładkiej powierzchni z widocznym zachwytem. Ponownie wyszukał szczelinkę, którą zauważył wczoraj i wcisnął do niej końcówkę śrubokrętu, delikatnie podważając pierwszą warstwę. Wnętrze jakby otworzyło się, pozwalając ściągnąć osłonkę. Archibald położył cieniutką i delikatną, w dotyku ceramiczną, osłonkę na ręcznik. Jego oczom ukazała się sieć kanalików przechodząca od ust do oczu, drobnych zagłębień idealnie przewodzących płyny lub... Gaz. Fantastyczne, ciekawe jakie temperatury wytrzymuje maska i z czego jest złożona.
    Archibald chwycił szczypczyki i maleńkie ostrze, odcinając kawałek materiału dla siebie. Miał zamknąć to w szkiełku, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi. Blackwood wyprostował się, ale też napiął w niemym zdenerwowaniu. Spojrzał na Robina, a służka weszła do środka.
    - Ma pan gościa. Lord Bram pragnie się z panem zobaczyć.
    Dało się zauważyć jak na Archibalda spadła fala przestrachu. Momentalnie zrobił się blady, a dłoń zatrzęsła mu się nim zdążył odłożyć narzędzia. Szybko zaczął chować sprzęt oraz maskę.
    - Zajmij go czymś, błagam - powiedział do złodzieja, owijając maskę w miękki materiał by jej nie zniszczyć.

    OdpowiedzUsuń
  63. O nie, Archibald absolutnie nie był magiczny. Wiedział o masce dość sporo, dużo przeczytał w książkach, ale zazwyczaj teoria różni się od praktyki w sposób znaczący. Tak było i w tym przypadku, a przed naukowcem rozciągało się całe pole do odkrycia. Tym większy przed nim stawał problem, że nie miał dostępu do odkryć swoich "kolegów po fachu". Jeśli któregoś z nich spytałby o maskę, wszyscy pewnie zbiliby jego zapytanie w salwie śmiechu. Tego nie uniknie już nigdy.
    Potrzebował czasu, by odnaleźć w zakamarkach maski wszystkie jej tajemnice, a tego nie ułatwiało nagłe pojawienie się lorda Brama. W Blackwoodzie ponownie rozgorzała nutka wściekłości na Robina, że załatwił sprawy w taki, a nie inny sposób. Przez to tak mają maskę, ale także na ogonie zepsutego i rozbuchanego podnieceniem niewygodnego gościa. Co jeśli ten dowie się, że maska jest w ich posiadaniu?
    Archibald nawet nie chciał brać pod uwagę takiej opcji i ją roztrząsać, bo czuł, że ze zdenerwowania boli go głowa oraz serce zbyt szybko pompujące krew.
    Szybko i delikatnie przyczepił ceramiczną osłonkę z powrotem na swoje miejsce, owijając maskę w kawałek materiału, by nic się nie uszkodziło. Musiał gdzieś ją schować.
    Najlepszym miejscem było laboratorium...

    Lord Bram nerwowo przecierał dłonie, gdy spoglądał na mechaniczną służkę Archibalda. Doprawdy, on chyba nie był normalny. Jak można na co dzień żyć z takim... Czymś. Było w tej metalicznej istocie coś nieprzyjemnie ludzkiego, co jeszcze bardziej jeżyło włosy na karku. Na dodatek ten dziwny szept dobiegający z dala korytarza. Przerażające. Po takiej wizycie przestaje dziwić, dlaczego Blackwood uważany jest na salonach za człowieka szalonego i niespełna rozumu.
    Ujrzał jednak w końcu osobę, którą dzisiaj chciał ujrzeć. Ślicznego słowika, który miękkim, prawie wyćwiczonym, ruchem opuścił gazetę przyglądając mu się z uwagą. Zaskoczenie, a następnie uśmiech. Coś na co Bram czekał.
    Z niecierpliwością.
    Tak, właśnie z tym. Pamiętał wczorajsze spotkanie z Lawrencem jak przez mgłę. Rano, gdy się jednak obudził wiedział, że spędził z nim upojną noc. Wszystko na to wskazywało. Rozlane wino, bielizna, rozgrzebana pościel i ahh... Musiał się pocieszyć dzisiaj, gdyż na jego głowę...
    - Mój drogi, jak to dobrze cię widzieć - powiedział z radością witając się z chłopakiem. Nie zwrócił nawet uwagi na to, gdy ten zamówił filiżankę kawy. Gdy służka zniknęła, podszedł szybko do młodzieńca i chwycił jego dłonie w swoje - Pozwól proszę. Spadło na mnie wielkie nieszczęście i pociesza mnie tylko wspomnienie naszej ostatniej nocy. I to, że wiedziałem gdzie cię znaleźć.
    Wiedział, że mówi za dużo. Że powinien pokazać, jak bardzo się cieszy, że widzi tego słodkiego młodzieńca. Musiał być delikatny.

    Archibald próbował się uspokoić, gdy wyszedł z gabinetu. Nie mógł dać po sobie poznać, że cokolwiek go zirytowało. Poklepał się kilka razy po policzkach i potrząsnął głową, będąc przed drzwiami biblioteki. Może nie powinien w ogóle się spotykać z Bramem, ale był gospodarzem tego domu. Raczej wypadało nawet jeśli na krótką chwilę.
    Przeczesał dłonią włosy i poprawił koszulę, wchodząc do środka.
    W nikłym świetle lampki zobaczył złodziejaszka i Brama przymilających się do siebie. Lord, nadal trzymając w czułym uścisku dłonie Robina, odwrócił głowę w kierunku Archibalda uśmiechając się w zaskoczeniu. Spodziewał się pewnie, że Blackwooda w ogóle nie będzie w posiadłości, gdyż jak zwykle zajęty byłby swoimi rzeczami.
    Archibald zacisnął palce na klamce, ale nie dało się poznać niczego po jego wyrazie twarzy. Nadal była zimna i niewzruszona niczym wykuta w marmurze. Nie był zaskoczony ani zdegustowany, ale poczuł się tak jakby się tego nie spodziewał. Wiedział w jaką komitywę wszedł Akkarin z Bramem, jednak po prostu...
    Nawet nie potrafił tego nazwać.
    Wyprostował się, a lśniące pewnością oczy nie spuszczały z widoku Brama.
    - Przepraszam, nie chciałem wam przeszkodzić - powiedział w taki sposób, jakby zaraz miał wyjść, ale nie z poczucia wstydu.

    OdpowiedzUsuń
  64. Archibald wyłapywał subtelne gesty Robina i już wiedział, że Bram jest tak idiotycznie zauroczony "Lawrence'm", że nawet nie śmie rzucić na niego cienia uwagi. Głupiutkie przedstawienie złodzieja mogło wyjść im jednak na dobre, choć cały czas Blackwood miał do tego wątpliwości. Nie mówił nic, pozwalając, by Akkarin przekazał mu szczegóły ich przysłowiowej "przykrywki".
    Oczywiście musiał wymyślić najgłupszą z nich... Nie wróć, to nie jest najgorsza z nich. Mógł powiedzieć jeszcze, że musiał wyrwać go z rąk chętnej na figle prostytutki i nie pozwolić, by dziedzictwo rodu zostało tak splugawione. Oj tak, mogło być idiotyczniej.
    W ułamku sekundy poczuł się ponownie zainteresowany tym, jak dobrze złodziej potrafił wczuć się w rolę ślicznego i uroczego kuzyna, zupełnie różniącego się od szalonego naukowca jakim był Archibald. Zastanawiało go, czy w wolnym czasie Robin nie podglądał arystokratycznych parek i chłonął wszystko niczym gąbka. Jeśli tak, to podziwiał umysł kryminalisty do zapamiętania takiej ilości drobniutkich szczegółów i wprowadzenia ich w życie.
    - Archibaldzie, czy ty się upiłeś? Lawrence chyba opowiada jakieś głupstwa, ty nigdy tego nie robiłeś - do uszu mężczyzny doszedł rozbawiony ton lorda. Blackwood uniósł lekko brew, nie mogąc zrozumieć nagłego ataku radości wychodzącego z ust Brama.
    - Cóż, zdarza się nawet najlepszym - powiedział Archibald, otwierając drzwi, gdy usłyszał klekocące ruchy swojej służki tuż za drzwiami. Dźwięczące metale stopy raz za razem uderzały o kafelki roznosząc chybocący się lekko, odbijający od szyb dźwięk. Służka ukłoniła się krótko Archibaldowi i weszła do środka z tacą na której, o dziwo, leżały dwie dodatkowe filiżanki. Jakby spodziewała się, że za chwile do gości dołączy gospodarz domu.
    Zachowana inteligencja zachwyciła w tym momencie naukowca i nie potrafił oderwać wzroku od służki do czasu aż ta nie zniknęła z pomieszczenia. Doskonały przykład zgrania się z obowiązkami i pamięcią długotrwałą. Będzie musiał to odnotować w swoim dzienniku.
    Nim jednak baron zdążył cokolwiek dodac w kwestii kawy, został wyprzedzony przez Brama, który klasnął w dłonie.
    - Ależ dołącz do nas Archibaldzie. Dla mnie będzie zaszczytem siedzieć w towarzystwie dwóch tak przystojnych mężów - lord cofnął się kilka kroków od "Lawrence'a" i skierował się w stronę Archibalda, który chciał się cofnąć, ale powstrzymała go ściana. Nagła bliskość Brama, którym gardził przez wzgląd na pewne przywary jego charakteru, wydała mu się nieodpowiednia i drażniła go.
    - Przystojnych? - powtórzył za nim Blackwood, jakby nie dowierzając słowom, które właśnie wygłosił Bram. W przeciwieństwie do złodziejaszka nie czuł się tak pewnie w obecności tego chorego i perwersyjnego cwaniaka. Musiał jednak też zagrać, podobnie jak Akkarin.
    Rolę dbającego o swojego, rozbestwionego poprzedniego dnia, kuzyna.
    - Muszę przypilnować mojego niewinnego kuzyna przed twoimi niecnymi zakusami, drogi lordzie - powiedział Archibald prostując się, by wydać się zupełnie pewnym własnych słów. Bo czy brzmiało to dostatecznie prawdziwie? On, dziki naukowiec nie widzący nic poza własnymi szkicami interesuje się dobrem kogoś innego? Cóż, jakby było inaczej pewnie nie przyjąłby drogiego kuzyna do swojego domostwa.
    Bram uśmiechnął się szeroko, obejmując Archibalda i kładąc dłoń na jego plecach, a przynajmniej naukowiec wolałby tak o tym myśleć. Odsunął od siebie wyraźne zniesmaczenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Cieszę się, że do nas dołączysz Archibaldzie. Ahh... Dwaj kuzyni, których chciałbym ujrzeć razem w jednej... Drobnej sposobności, która ucieszyłaby moje oczy - zaśmiał się Bram, prowadząc naukowca do stolika który zajmował z Robinem. Blackwood przygarnął jedno z krzeseł i usiadł na nim, ciesząc się, że Bram usiadł jednak obok Akkarina.
      Zostanie tutaj było zdecydowanie złym pomysłem. Co chciałeś udowodnić Archibaldzie, próbując zagiąć swoje naturalne instynkty pod to przedstawienie? Utrudnić Robinowi zadanie z którym doskonale dałby sobie radę. Może coś sobie udowodnić, hmm? Jesteś nienormalnie masochistyczny.
      Archibald chwycił w dłonie filiżankę kawy, dużo mniej finezyjnie niż Akkarin grający niewinnego, uroczego kuzyna.
      - Ahh... - westchnął Bram podejmując ponownie wątek - Jakże chciałbym móc cię przeprosić, drogi Archibaldzie. Nie posłuchałem cię, a twoje dzieła mogłyby pomóc uniknąć nieszczęścia. Podczas, gdy ja i twój kuzyn...
      Zaczął, ale przerwał jakby wstyd z tego, że złodziej umknął jego oczom, gdy zajmował się czymś przyjemnym był ponad jego honor i dumę. Jedyne co Bram bardziej cenił na równi ze ślicznymi chłopcami była jego własna kolekcja.
      Archibald spojrzał na Brama, później na Robina ponownie nie wychodząc ze swojej roli.
      - Czy jest coś o czym powinienem wiedzieć? I proszę cię bez kłamstw, bo i tak w nie nie uwierzę - zapytał "Lawrence'a", choć doskonale wiedział co się działo, bo Robin sam mu o tym opowiedział. Wiedział, co robił złodziej, ale co robił kuzyn?
      - To nie jego wina absolutnie, mówię tu o ogóle i...
      - I tak żądam od niego wyjaśnień - pierwszy raz tego wieczoru zabrzmiał tak władczo i pewnie jak nigdy. Jakby chciał ukarać "Lawrence'a" za jakikolwiek czyn który mu się nie spodoba. Oj i zrobiłby to, z całą pewnością, a przynajmniej na takiego wyglądał.

      Usuń
  65. Oj wiadomo było, że Archibald jest dużo słabszym aktorem niż Robin. Nie był do tego przyzwyczajony - do kontaktów międzyludzkich. Jeśli chciałoby się określić go jednym prostym znaczeniem można powiedzieć, że był jak kot chodzący własnymi ścieżkami w swoim świecie. Koty jednak wydawały się ludziom kochane, bo potrafiły się przymilać i mruczeć, by dostać to czego chciały.
    Cóż... Archibald tego nie potrafił. Akkarin owszem. W tym właśnie momencie dawał pokaz niezwykłej sztuki przymilania się Bramowi, by wycisnąć z niego jak najwięcej. Naukowiec mógł tylko siedzieć i patrzeć z przyjemnością jak to robił. Było w tym coś magicznie hipnotyzującego, nawet jeśli sam niczego się z tego nie nauczy, bo nie leżało to w jego naturze. Szybciej zapamiętałby skomplikowany wzór matematyczny niż to jak dotrzeć do drugiego człowieka poprzez komplementy i flirt.
    Robin zaczął naprawdę interesować lorda Blackwooda, przynajmniej pod tym drobnym względem. Nie powie oczywiście tego na głos, bo Akkarin zacząłby się puszyć i jak zwykle komentować to w swoim prostackim stylu. Czułby się lepszy, a tej pozycji nie mógł mu oddać tak łatwo. O ile w ogóle.
    Blackwood o mało co się nie zachłysnął na propozycje Brama i jego "drobnej sposobności". Naprawdę był obrzydliwym, chorym zboczeńcem, którego cieszyły potencjalne zbliżenia się potencjalnej rodziny. Archibald zerknął kątem oka na Akkarina i wyłapał ten drobny blask w jego spojrzeniu, jakby zgodę na ten szalony pomysł. Czego innego się spodziewał?
    - Zaskakujesz mnie Archibaldzie. Zostać pokonanym przez tak filigranowego słowika. Aż żałuje, że nie zająłem się tobą w tej sytuacji. Mogło być naprawdę zabawnie, bo nigdy się tak nie spotkaliśmy - odparł Bram, zacierając lekko dłonie.
    Archibald spojrzał na lorda, ale powstrzymał się od tego, by zabić go spojrzeniem. Zamiast tego lekko się uśmiechnął. Całe szczęście, że ciemność maskowała sztuczność tego grymasu.
    Naukowiec podstawił Robinowi filiżankę, by ten dolał mu również śmietanki. Zatrzęsła mu się dłoń, ale zgonił to na zimno panujące w bibliotece. Archibald może nie był geniuszem społecznym, ale oglądał sztuki, gdzie awantura domowa mogła odsunąć od tematu zbrodni. Nie był aż tak głupi, a małe nieporozumienie to okazja do emocji.
    Akkarin idealnie odegrał swoją rolę. Patrzył z widoczną niepewnością na naukowca, jakby bał się jego reakcji na swoje zeznania. Mówił powoli i z wdziękiem przestraszonego młodzieńca, co najwidoczniej wywołało jakieś wspomnienia u Brama bo poczerwieniał na twarzy, a jego oddech leciutko przyśpieszył. Archibald patrzył na złodzieja z uwagą i powagą, pewną diabelną obietnicą, że nie ominie go kara.
    - James, hmm? - powiedział nim umoczył usta w kawie. Jego głos zabrzmiał cichutko, ale wprawne uszy złodzieja i ciekawskie Brama wyłapały tą drobną uwagę - Zbliżyliście się do siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Nie bardziej niż ja do ciebie, drogi Archibaldzie - powiedział szybko Bram, klepiąc się po kolanie.
      Blackwood skrzywił się odrobinę.
      - Nie wydaje mi się, drogi lordzie. Odpowiadam za Lawrence'a, kiedy znajduje się on w Londynie. Jeśli wplątał się w coś w co nie powinien poniesie tego konsekwencje. Zdaje sobie sprawę, że... Nie byłem w stanie go przypilnować, ale jest dorosłym mężczyzną i sam powinien móc ocenić sytuacje.
      Hipokryzja, czysta hipokryzja wychodziła z ust Archibalda. Nawet jakby nie czekał wtedy na Robina cierpliwie, a naprawdę się upił to kłamał jak z nut. Bram chyba to łyknął, bo lekko się cofnął i próbował wtopić w fotel. Zawsze to dziwiło Archibalda, dlaczego Bram przy nim tak ostrożnie dobierał słowa. Może przez te wszystkie legendy jakie krążyły o szalonym naukowcu? Bał się... Że stanie się jednym z jego eksperymentów.
      Blackwood uśmiechnął się do siebie. Ohh tak, zrobiłby z Brama idealną marionetkę. Może nawet podarowałby ją komuś?
      Bram odchrząknął, gdy Robin w końcu zamknął usta w geście zawstydzenia. Niczym w teatrze, choć Archibald rzadko do niego chodził. Czasem musiał się ukulturalnić, a nie tylko siedzieć między zębatkami. Po drugie lubił sztukę, ale może nie na równi z wynalazkami.
      - Widzę, że działo się coś więcej - mruknął Blackwood mierząc wzrokiem Brama. Tym razem jego, jakby w oczekiwaniu na jego słowa. Oczywiście, że jako kuzyn wierzył bardziej "Lawrence'owi", w końcu dbał o niego, a jego kuzyn wyglądał jak niewinny aniołek. Przynajmniej tak się zachowywał. I dlaczego miał mu nie wierzyć?
      Oczywiście, że to łyknął, ale czekał teraz co powie Bram.
      - Mój drogi, lampa to mało przy tym jak bardzo za tobą tęskniłem. I jak bałem się o twoje bezpieczeństwo. Powiem wam, że wczoraj padłem ofiarą perfidnej kradzieży. Nie wiem, kto to zrobił, a pamiętam tylko jak przebywałem z tobą, mój drogi. Nie da się wejść do skarbca beze mnie. Nic nikomu nie powiedziałem, bo bałem się o ciebie. Ale jednak pewne rzeczy mówią za siebie, mój śliczny...
      Archibald uniósł brew jakby w niemym pytaniu.
      - I podejrzewasz Lawrence'a? - zapytał Blackwood, odkładając filiżankę na spodeczek - Naprawdę?
      - Nie, skądże znowu. Ja... Wierzę, że został ze mną. Pewne rzeczy na to wskazywały.
      - Pewne rzeczy? - dopytywał Blackwood. Nie wierzył w nagłą pruderyjność Brama.

      Usuń
  66. Archibald machnął lekko dłonią, jakby na znak, że pytanie "kuzyna" było wprost trywialne.
    - Oczywiście, że się zdarzają. To najlepszy ku temu moment. Nikt nie patrzy, nie pilnuje, bo wszyscy się doskonale bawią. To świetna okazja do kradzieży. Zwłaszcza, gdy pewne osoby nie słuchają przyjaznych sobie naukowców - powiedział Blackwood mierząc wzrokiem Brama. Oj tak, wykorzystał teraz kartę, którą nie spodziewał się, że zagra, a jednak. Kiedyś lord kolekcjoner opowiadał mu o swoich skarbach, a Archibald był na tyle nierozsądny i ciekawy swoich nowych wynalazków, że zaproponował mu ulepszenia. Niestety albo i stety, nie-sława naukowca wyprzedziła nawet ciągotki i namiętności Brama, także ten odmówił jakże uprzejmej prośbie.
    Teraz opłacało się to wykorzystać.
    Kolekcjoner wyprostował się, jakby był gotowy z dumą przyjąć własną porażkę.
    - Wiem, że chciałeś dobrze Archibaldzie, ale nie... Mogłem przyjąć twojej oferty, choć bardzo cię cenię jako mężczyznę.
    Blackwood uniósł ponownie brew. Słyszał o cenieniu jako "człowieka" lub "obywatela", ale jako "mężczyznę"? O nie, aż tak dobrze się nie poznali i mógł za to dziękować niebiosom. I żałować Robina, ale pewnie ten bawił się idealnie z pijanym i nieświadomym Bramem. Tego jednego mógł być pewny.
    Blackwood postanowił ostatecznie wcielić się w odpowiedzialnego opiekuna dla swojego głupiutkiego kuzyna, który dał się wciągnąć w sprawy jakie nie powinny go interesować. Tylko dlatego, że jakiś lord postanowił owinąć sobie niewinną owieczkę wokół palca.
    Archibald śmiał się w umyśle, kiedy wyobrażał sobie to, że Robin jest tym niewinnym, a Bram złym i chutliwym potworem żerującym na młodej krwi.
    - Mamy twoje słowo, przeciwko jego słowu, "mój drogi"... - powiedział naukowiec, patrząc na Robina - Nie oszukujmy się, James. Każdy zna twoje ciągotki. A o ile moja pijacka pamięć mnie nie myli Lawrence... Wrócił do mnie dość roztrzęsiony. Pytanie, dlaczego?
    - Czy ty próbujesz mi powiedzieć, że...
    - Biorę pod uwagę każdą możliwość, nawet domniemaną kradzież mojego kuzyna. Jestem naukowcem i nie ma rzeczy niemożliwych. Ale pożal się Boże, spójrz na niego - powiedział, swobodnie wskazując na Akkarina - Sam nie wierzysz w to wszystko.
    Bram spojrzał na chłopaka ze smutkiem w oczach i pewną tęsknotą. Czymś nieuchwytnym z poprzedniej nocy, co wróciło do wspomnień z całą siłą.
    - Mogłem go nie przypilnować i swoje mógł zrobić, ale sam mówisz, że pamiętasz wasze... Zbliżenie. Więc cały czas był z tobą. Gdzie widzisz tu haczyk? - zapytał Archibald, ponownie zwracając się do Brama.
    Lord przełknął ślinę. Nie spodziewał się, że Archibald kiedykolwiek będzie kogoś bronił tak zawzięcie jak Lawrence'a. To było podejrzane, ale... Ktoś znajdujący się w bliskim towarzystwie tego wariata nie mógł być byle kim. Jednak umysł Brama przeżarty był zboczeniami i myślami libertynizmu, więc pierwsze co wpadło mu do głowy to nie intryga, a... Po prostu romans.
    - Strasznie pilnujesz swojego kuzyna. Nigdy tak nie robiłeś. Jaki jest tego powód? - zapytał rozbawiony, jakby zupełnie na chwilę zapomniał o skarbcu i tej przykrej kradzieży. Spojrzał też na Lawrence'a jakby ten miał mu na to odpowiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  67. Archibald uniósł tylko dłoń, jakby święte oburzenie jego kuzyna całkowicie go nie obchodziło. Musieli narzucić na siebie odrobinę brudu, by pozbyć się go raz, a dobrze. Bram był poruszony nie tylko słowami Robina, ale też tym, że został z całą pewnością potraktowany poważnie. Przyszedł z zarzutami na niewinnego słowika, a mimo to nie został wyśmiany, ale wzięto pod uwagę także jego wersję.
    - Bierzemy pod uwagę każdą możliwość. W tym całym wachlarzu znajduje się też głupiutka przygoda pewnego mężczyzny, który w pijackim rauszu chciał obejrzeć swoją drogocenną kolekcje. Przecież lubi on na nią patrzeć niezależnie od okazji - odparł swobodnie Blackwood, jakby te "oskarżenia" były dla niego zupełnie naturalną dedukcją - Może wtedy wpuściłeś kogoś do środka. Lawrence twierdzi, że nie spędził z tobą całego wieczoru. Musiał się w końcu zając swoim pijanym kuzynem.
    Bram wypuścił głośno powietrze. Naukowiec z dumą stwierdził, że ten zaczął zdawać sobie sprawę, że jego brak pamięci poprzedniego wieczoru działa na jego niekorzyść. Mógł zostawić Lawrence'a i sam pójść do skarbca. Wpuścić kogoś nienaumyślnie. Problem pojawi się, gdy strażnicy zaczną sypać. Archibald chciał być w stu procentach pewien, że Robin zadbał o każdy szczegół. Cóż... Nie wyglądał na zdenerwowanego więc wszystko chyba wyglądało ok.
    Archibald odstawił filiżankę na spodek z odrobinę zbyt głośnym hukiem, gdy dotarły do niego insynuacje kolekcjonera. Podobną reakcje zanotował u Robina. Pomimo znajomości charakteru Brama ten go zaskoczył. Potrzebowali obrócić to w żart, w cokolwiek. Nim jednak zdążył otworzyć usta wyprzedził go złodziejaszek.
    Idealnie to rozegrał, brawa z pierwszego rzędu. Tego samego nie mógł powiedzieć Blackwood, który napiął się odrobinę. Oczywiście Robin podsycił tylko ciekawość Brama, ale może to i lepiej. Odsunie ich na jakiś czas od niewygodnego tematu i pozwoli zastanowić się nad kolejnymi pytaniami. Musieli wyciągnąć od niego jeszcze więcej informacji, zwłaszcza jak przedstawia się kwestia potencjalnego śledztwa. Na ten moment Archibald mógł strzelać 60/40, że póki co Bram nie zgłosił tej kradzieży na policje.
    Na razie jednak należało jeszcze bardziej zagęścić "rodzinną kłótnię" tak mocno palącą podniecenie Brama.
    Wygodniej oparł się o fotel.
    - I tu ma rację. Jest moim kuzynem i odnajduję pewną delikatną przyjemność w rozmowie z nim. Nie jestem aż tak nieludzki za jakiego mnie uważasz, James - odparł Blackwood uśmiechając się do niego tajemniczo. Odwrócił głowę w kierunku Robina, a z jego ust nie schodził ten dziwnie enigmatyczny grymas znaczący dosłownie wszystko i nic. A z całą pewnością obiecujący i karzący - Nie posądzałem cię o taką intrygę. W pewnym stopniu... Ci się udała. Gratuluje. Jesteś z siebie zadowolony?
    Oj to oczywiście nie musiała być prawda, ale ważne, że dolewali oliwy do ognia.
    Bram spojrzał zdziwiony to na Lawrence'a, to Archibalda. Wyglądało na to jakby walczyli między sobą o dominacje lub coś bliżej nieuchwytnego. Zachwycało go to i jakby mógł zaklaskałby w wyrazie ubóstwienia tych dwóch bliskich mu pod pewnymi względami gołąbeczków.
    Kolekcjoner zatopił się w fotelu, złączając obie dłonie. Z błyskiem w oku stwierdził:
    - Ahh, prawie jak w teatrze. Miło się na was patrzy. Może chcecie rozwiązać sprawę między sobą? Pozwólcie tylko mi, drobnemu świadkowi, przyjrzeć się temu i zainterweniować nim sprawy przybiorą niewłaściwy obrót.
    Archibald nie wiedział czemu tak Bram w to brnął. Po co mu to wszystko? Czyżby był aż tak nierozsądny?

    OdpowiedzUsuń
  68. [Widzę, że budujemy Brama razem :D Nawet nie wiesz jak bardzo mi się to podoba, robi nam się rasowy czarny charakter pod przykrywką :D]

    No proszę, a jednak i Robin brnie w tą dziwną wymianę słów jaką zapoczątkował rozjątrzony namiętnościami umysł Brama.
    - Tak, Argentyna, Afryka... A jednak wylądowałeś tutaj w deszczowym i brudnym Londynie. To urocze - powiedział z przekąsem Archibald. Zdążył jeszcze złapać spojrzenie swojego kuzyna nim to nie uciekło od niego w niemalże teatralnym geście. To wszystko tutaj zdawało się tak dobrze wyreżyserowane, że zastanawiającym było ile dostaliby za sztukę pisaną przez tę drobną, złodziejską przygodę między kryminalistą, a nieobliczalnym baronem.
    Jakby na podkreślenie tej dziwacznej atmosfery z nieba zaczął siąpić gęsty deszcz. Wilgoć pewnie już rozniosła się po posiadłości. Archibald wiedział, że na taką pogodę nie pozbędzie się z domu Robina, czyli jest na niego skazany. Pięknie, wprost fantastycznie. Pytanie, czy ten perfidny złodziejaszek również na niego jest skazany?
    - Tak... O tym porozmawiamy na osobności - odparł jakby nieprzytomnie.
    W tym momencie chyba nie. Większym zagrożeniem dla Akkarina był z całą pewnością Bram, który przyszedł tutaj właściwie... Po co? By popatrzeć na nich i pocieszyć się chwilowymi emocjami "rodzinnymi". Bo w końcu nie zgłosił sprawy na policje. A może liczył, że to właśnie Lawrence rzuci światło na kilka spraw związanych z wczorajszym przyjęciem?
    Bram odetchnął i ponownie wziął do rak filiżankę.
    - Tu leży właśnie problem, mój miły. Po tym jak cię porwałem... Pojawia się pustka w mojej głowie. Pamiętam jak oprowadzałem cię po pokojach, a potem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki widze tylko ciemność. Może ty zwróciłeś uwagę na coś niepokojącego? Co się działo, gdy ja byłem zajęty tobą? Wstyd mi się do tego przyznać, ale chyba alkohol miał nade mną władzę.
    Archibald wywrócił oczami. Odstawił spodek na stolik i wstał poprawiając rękawy koszuli. Nie zamierzał tego słuchać, miał ważniejsze sprawy do roboty. Choćby zbadanie w końcu tej maski skoro ma możliwość. Mógł zaufać Robinowi, że ten wszystkiego przypilnuje. Słuchanie o tym przebrzydłym zboczeńcu nie wliczało się w listę przyjemności jakie chciał w życiu przeżyć.
    Czy to można wliczyć w zaognianie atmosfery dziwnego "kuzynostwa"?
    - Przepraszam was, ale ja się oddale. Wierzę, że Lawrence powie ci cała prawdę i tylko prawdę.
    - Archibaldzie, czy nas już opuszczasz? - zapytał Bram, a w jego głosie dało się słyszeć nutki smutku i zawiedzenia.
    - Obowiązki wzywają.
    Bram wstał również z miejsca i położył dłoń na ramieniu Lawrence'a. Była ciepła i delikatna, jakby sama rozmowa rozgrzała ją do granic możliwości.
    - Ale nie możesz, mój drogi. To poważna sprawa i takie przesłuchiwanie to przykre doświadczenie dla tak młodego mężczyzny jak Lawrence. Nie możesz go opuścić.
    Blackwood odwrócił się i spojrzał na lorda. Doprawdy nie mógł tego owinąć w mniej trywialny powód? Oczywiście, że baron wiedział do czego ta prośba Brama ma doprowadzić. Oj i Robin z całą pewnością też wiedział. I pewnie układał już w głowie szczwany plan.
    Bram, jesteś doprawdy ohydnym bytem ludzkim.
    Baron westchnął i złączył dłonie.
    - Zostanę, ale nie przez wzgląd na twoją prośbę - powiedział ostro, ponownie zajmując swoje miejsce w fotelu.
    Bram zaklaskał subtelnie w dłonie i usiadł w fotelu, przybliżając się do Robina jakby chcąc mu dodać otuchy w tym "zeznaniu".
    - Proszę skowroneczku, odpowiedz na moje pytanie - powiedział.

    OdpowiedzUsuń
  69. [Kochany, proszę cię :D Jakbyś mi coś ingerował w charakter i historię Archibalda to bym się skrzywiła, ale Bram to zwykły NPC. Mi to graj jak również chcesz go tworzyć, cieszę się nawet :) Jeśli ty byś chciał dodać jakiegoś gościa albo gościówkę to pisz i rób. Przygoda przez to będzie lepsza :D
    W ogóle ten odpis... Kocham <3 Jest przecudowny!]

    Zdążył złapać to spojrzenie Robina nim on wstał i się od nich odwrócił. Zdążył poznać ten błysk w jego różnobarwnych oczach - obietnicę zemsty i oznakę sprytnego planu stworzonego przez kreatywny, ostry umysł złodzieja. Coś podłapał, chcąc to właśnie w tym momencie wykorzystać. Archibald ucieszył się w duchu, że nie zdecydował się by wyjść, bo teraz czekało go doskonałe przedstawienie, gdzie głównym aktorem był jego niewinny kuzyn. Czuł, że Bram nie wyjdzie z tego pojedynku zwycięsko. Nie było na to ani cienia szansy.
    Wstał i rozpoczął. Niczym prawdziwy aktor - delikatnie i powoli budując atmosferę. Mimowolnie Blackwood również splótł ręce na plecach obserwując reakcje Brama. Twarz kolekcjonera była szara jak najgorszej jakości papier, co tylko podkreślał sierocy promyk światła z elektrycznej lampki. Wyrażał milion emocji na minutę, nie mogąc uwierzyć w to, co Robin powoli zaczynał mu narzucać. Łapał powietrze niczym wyrzucona na brzeg ryba, otwierając i zamykając raz po raz wargi.
    Oj jakże cudowne to przedstawienie. Naukowiec wiedział, że złodziejaszek słyszy cichy śmiech w jego duszy. Powoli dochodzili swojego. Cóż... Tworzyli całkiem unikalną w swym kształcie i umiejętnościach drużynę, ale z całą pewnością nikt nie mógł zarzucić im braku sprytu i dość ciekawych pomysłów na to jak pozbyć się kłopotów. Tutaj jednak Archibald palmę pierwszeństwa musiał, z przekąsem, oddać Akkarinowi. Nie był pewien tej roli uległego i słodkiego kuzyna, nienawidził go za to jak podszedł do zadania, a w sumie... Wyszło im to na dobre. Bram nie ucieknie od oskarżeń, bo Robin rozciągnął nad nim lepką sieć. Sam też nie wytoczy kontrataku, gdyż niczego nie pamiętał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blackwood powstrzymał się od uniesienia brwi w zdziwieniu. Pamięta dobrze jego? Awanturującego się? To ci dopiero nowina. Jeszcze rozejdzie się po salonach, że szalony naukowiec Archibald jednak ma dla kogoś coś cieplejszego niż zimne, mechaniczne serce. Dbałość o własnego kuzyna to w końcu nie byle co, czyż nie?
      W gruncie rzeczy to była prawda. Starł się Reaverem i o mało co nie zrzucił go z balkonu. Awantura była, nieważne w jakim miejscu.
      Wziął chyba Brama pod włos, bo ten spojrzał na naukowca z dziwną mieszanką emocji wymalowaną na twarzy. Coś na granicy zdziwienia, wstydu i smutku. Naukowiec pokiwał tylko głową na potwierdzenie wstążeczki kłamstw wychodzącej z warg Akkarina.
      Szczegółowy opis przedmiotów, które mu się podobały mógł już pominąć. Cóż, pewnie w jakimś stopniu budowały autentyczność tego zeznania o dziwnej kobiecie w przebraniu mężczyzny, ale przez to, że znał złodzieja, Archibald wiedział co tak naprawdę kryło się za tymi obietnicami. Gdyby nie delikatność tego skoku Akkarin wyszedłby z posiadłości Brama obładowany jak muł juczny. Albo i gorzej. Robin fuczał, obracał się i obrzucał kolekcjonera oskarżeniami. Zupełnie jak dama o której względy się zabiegało, a następnego dnia zapomniało, bo zwróciło się uwagę na jej ładniejszą siostrę.
      Czyżby Robin był mistrzem dramatu? Można było się naprawdę mocno zastanowić nad tym tytułem.
      Zeznania "Lawrence'a" dobiegły końca.
      - Myślę, że wystarczająco upokorzyłeś mojego kuzyna przez te dwa dni - powiedział Archibald, wychodząc z cienia i niechętnie stając obok Brama. Zwracał się w końcu do niego, pozwalając "Lawrence'owi" zaczerpnąć świeżego powietrza. Stanął dumny i wyprostowany przy coraz bardziej mizerniejącym Bramie, który chyba sam nie wiedział co powiedzieć - Uważam, że Lawrence powiedział ci wystarczająco dużo. Nie masz podstaw, by go oskarżać, bo sam niczego nie pamiętasz. Przepytuj innych gości, których miałeś tam na pęczki. O przepraszam...
      Uśmiechnął się niemalże sadystycznie, pochylając się odrobinę, by spojrzeć lordowi w oczy.
      - ... pewnie nawet nie pamiętasz ilu ich miałeś, prawda?
      Bram zacisnął dłonie w pięści. Był pokonany. I upokorzony.
      Przez samego siebie.
      - Moi służący odprowadzą cię jeśli chcesz już wyjść - powiedział Archibald prostując się i odchodząc w kierunku okna, stając tuż obok Robina. Zdawało mu się, czy ten niemalże nie trzęsie się w chichocie?
      - Czy to naprawdę wszystko? - wyszeptał jeszcze Bram.

      [Przepraszam, że nie posunęłam akcji do przodu, ale nie wiem, czy chcesz coś jeszcze wyciągać od Brama czy już go wyrzucamy i świętujemy :D]

      Usuń
  70. [Ja też strasznie lubię go pisać. Ostatnio czytałam sobie go od początku i po prostu aż miło jak się znajomość naszych bohaterów rozwinęła, jak minęliśmy pierwsze zadanie i w ogóle te ich perypetie xD]

    Bram chciał jeszcze coś dodać, ale słowa Robina musiały zakłuć go w sercu. Zwłaszcza dość suche i zimne "do widzenia". Po takich słowach nawet najbardziej zakochany w młodzianach mężczyzna przepadłby w niebycie. Archibald skłonił się tylko krótko i poczekał aż za kolekcjonerem zamkną się drzwi. Służba już odprowadzi go do drzwi wejściowych. Nim wyjdzie z posiadłości będzie mógł przestraszyć się, zastanowić oraz być może napluć w brodę że miał tak doskonałego aniołka i tak przykro go wypuścił.
    Archibald również uśmiechnął się chytrze do złodziejaszka, gdy był pewien, że Bram już ich nie podsłucha. Zaklaskał subtelnie, oddając zasługę wymysłom Akkarina.
    - Nie będę kłamał, że nie jestem pod wrażeniem. Nadajesz się na prawdziwą diwę. Może pod tymi ubraniami kryje się nie mężczyzna, a dama, która uciekła z dworu w poszukiwaniu adrenaliny? - zaśmiał się, krzyżując dłonie na piersi - Nie licz, że dostaniesz zapłatę w naturze. Po moim trupie... Chociaż może jesteś nekrofilem.
    Wywrócił oczyma, gdy Robin powrócił do swoje starego "prymitywnego" i grubiańskiego ja.
    - Chyba wolę cię, gdy udajesz mojego kuzyna. Przynajmniej masz jakieś maniery - powiedział Archibald oglądając deszcz bębniący w okno. Burza przybierała na sile. Dało się słyszeć grzmoty. Nawet dzieci mogły z łatwością wyliczyć jak blisko Londynu jest nawałnica, że niemalże wisi nad miastem.
    - Nie myśl, że wyjdziesz o tej porze na dwór. Jeszcze mi brakowało kichającego i charczącego nad uchem złodzieja w otoczeniu. Poczekaj do jutra aż przejdzie ta zawierucha - powiedział Archibald, przekrzywiając lekko głowę. O nie, nie martwił się o złodzieja jako o istotę ludzka zdolną do tego, żeby się zaziębić i skrzeczeć z tego powodu przez tydzień. Bardziej martwił się o swoje nerwy, które będą zmuszone by to przeżyć. Sam teraz musiał być w perfekcyjnej formie, by zbadać maskę. Sam złodziej był nieprzeciętny, więc jego zarazki są na pełno przepełnione jadem - podobnie jak on.
    - Wracając jednak do tego co tu odegrałeś... - Archibald wskazał na pomieszczenie i stolik na którym wciąż leżały filiżanki wszystkich trzech gości. Pierwszy raz uśmiechnął się ze szczerego podziwu - Naprawdę gratuluje. Zasłużyłeś sobie na to, by spać w moim laboratorium.
    Blackwood oderwał się od szyby i skierował się w stronę wyjścia z biblioteki. Wrócił do swojego gabinetu, by móc w spokoju zająć się ponownym zbadaniem artefaktu dostarczonego przez Robina. Przekręciwszy klucz w zamku, wszedł do środka. Rzucił jeszcze do złodzieja nim zszedł do laboratorium:
    - A ty co będziesz robił, jak ja zajmę się pracą? - otworzył właz do laboratorium. Zdążył wskazać jeszcze dłonią na biblioteczkę - Gdzieś tam schowałem jeszcze jedną butelkę. Poszukaj.
    Po kilku minutach zniknął w podziemiach, by przynieść maskę.

    OdpowiedzUsuń
  71. Archibald zastanawiał się, czy mógł zostawić Robina samego w gabinecie. Nie ufał mu aż tak bardzo, ale być może golem stojący w kącie pokoju skutecznie zniechęci go od myszkowania po pomieszczeniu. Bestia ta ulana z metalu, z wieloma zębatkami i śrubkami wkręconymi w organizm mógł przestraszyć. Złodziej nie musiał wiedzieć, czy mech ten potrafił się poruszać. Przekona się na własnej skórze, jeśli postanowi pchać swoje lepkie palce tam gdzie nie powinien.
    Podejrzewał jednak, że Akkarin zajmie się listem dla Brama i wysupła dla tego więcej niż kilka minut. W końcu papierek ten musiał być idealny. Pewnie sam kryminalista zdawał sobie z tego sprawę bardziej niż naukowiec. Odpowiednie perfumy, idealne wyprofilowane, ale też odrobinę przejaskrawione pismo, być może jakieś poetyckie zwroty. By wszystko wyglądało na dzieło młodego, inteligentnego panicza z dobrego domu, może odrobinę zbyt delikatnego na cały brud Brama. Jakkolwiek Robin to zrobi, tą robotę wykona z całą pewnością dobrze.
    Blackwood z ulgą poczuł metaliczno-zatęchły aromat laboratorium. Uwielbiał ten zapach, wonią przypominający odrobinę smak zaschniętej w ustach krwi. Naukowiec włączył generatory pozwalając by rozległe pomieszczenie wypełniło się brzdękiem uruchamianych płytek przewodzących prąd do szeregu lampek uwieszonych u sufitu. Wszystko przywróciło się do życia, bucząc z głośną satysfakcją, która również rozwinęła się w sercu Archibalda. Znowu czuł się spokojnie i wiedział, że zaraz pogrąży się w umiłowanej pracy.
    Wyminął olbrzymią baterię zanurzoną w elektrolicie pomagającą przy stabilizacji generatora. Było to potrzebne w przewodzeniu tak ogromnej ilości surowej mocy, chociaż z całą pewnością płyn należało za jakiś czas wymienić. Blackwood odnotował to w pamięci, przechodząc po metalicznej powierzchni z ułożonych, zardzewiałych płyt. Podszedł do jednej z wielu szafek i z ulgą stwierdził, że maska wciąż znajduje się między probówkami, słoikami z materiałami chemicznymi i pastą lutowniczą, a także "płatami" stali transformatorowej. Wyciągnął delikatnie zawiniątko, odsłaniając maskę. Spojrzał na nią z lubością, nie mogąc się doczekać by poznać jej tajemnice. Przesunął opuszkami palców po gładkiej powierzchni, a w jego oczach zabłysnął ciekawski ognik. On już zatracił się w odkryciu tajemnicy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Archibald ostrożnie rozłożył kilka kawałków materiału na stole i położył na niej masce. Poświecił na nią lampką, by lepiej widzieć każdy najmniejszy nawet szczegół. Musiał wykonać szereg badań materiałowych, by uzupełnić swoją wiedzę z książek o tą praktyczną. Z całą pewnością zacznie od metody pilnikowej, by sprawdzić twardość materiału z którego zbudowana jest maska. Na pewno nie obejdzie się bez badania wiązkości. Później na pewno przyjdzie czas na badania z działu reologii, teoria plastyczności i przepływu płynów. Musiał sprawdzić, czy uda mu się odtworzyć maskę w idealnych proporcjach, jak bardzo skomplikowane są te szczelinki, czy coś kryje się poza pierwszym rzutem oka. Później optymalny skład chemiczny jaki przejdzie przez szereg kanalików, przewodność cieplną...
      I tak dalej i tak dalej.
      Archibald nawet nie zauważył kiedy zaczął mówić do siebie, wyciągając w międzyczasie notes i zapisując każde najmniejsze nawet stwierdzenie, pomysł lub zamiar krzywym, niechlujnym pismem. Każde jego zdanie ginęło w huku generatorów. Wyciągnął z kieszeni kamizelki okulary, nakładając je na nos. Nie wiedział nawet kiedy podszedł do niego złodziej. Nie zauważyłby pewnie jakby laboratorium wybuchło nagle i zalało wszystko falą ognia. Mógłby spłonąć żywcem i nawet by tego nie poczuł. Zbyt zaabsorbował się swoją najnowszą zagadką.
      Dopiero łupnięcie w stół przywróciło go do rzeczywistości. Złodziej stał po drugiej stronie stołu, przyglądając mu się z uwagą. Blackwood poprawił szkła, które opadły mu na czubek nosa. Musiał wyglądać naprawdę komicznie, kiedy tak przekomarzał się ze swoim drugim, naukowym ja, które zawsze krytykowało każdy pomysł uważając go za niedoskonały. Archibald zdziwił się, że Robin tak szybko skończył pisać list.
      A może minęło dużo czasu, a to on się zasiedział?
      Dopiero po chwili do umysłu naukowca dotarło pytanie złodziejaszka. Zupełnie jak zza mgły. Akkarin wyglądał na takiego, który potrzebuje odpowiedzi na nie w tej chwili. Skrzyżował groźnie dłonie na piersi.
      Archibald oparł się wygodnie o stół, patrząc na Robina jak na głupiego.
      - Naprawdę zawracasz mi głowę tak trywialnym pytaniem? Czyś ty do reszty postradał zmysły? - powiedział, wzdychając i przecierając oczy. Wiedział, że musiał odpowiedzieć inaczej się go nie pozbędzie - Nie wiem skąd ci się to wzięło, że uważam cię za kogoś gorszego, z nizin społecznych, na kogo chcę patrzeć z góry. Naprawdę, powinieneś od dawna wiedzieć, że nie jestem jak inni arystokraci. Ty i ja jesteśmy sobie bliżsi pod względem opinii społecznej niż ci się wydaje. Dlaczego więc mam uważać cię za kogoś gorszego, skoro jesteśmy po tej samej stronie barykady?
      Nie spojrzał na niego tylko chwycił za pilnik chcąc zarysować odrobinę fragment powierzchni maski, sprawdzając twardość materiału. Mimo to kontynuował.
      - Nie uważam cię za niegodnego byś poszedł ze mną do łóżka. O ile oczywiście wzięlibyśmy pod uwagę, że taka "przyjemność" będzie mi kiedykolwiek potrzebna. Czy taka odpowiedź cię satysfakcjonuje? - zapytał Blackwood, przesuwając pilnikiem po masce - Dodam, że jesteś lepszym rozmówca i "towarzyszem" od większości osób jakie poznałem w swoim życiu, a to dużo znaczy. Właściwie... Co porwało cię na tak dziwaczne pytanie?

      Usuń
  72. - Przypominam ci, że to artefakt czasów o których pewnie nawet nie słyszałeś. Owszem, jest bardzo ważny, bo być może odnajdę we fragmentach dawnej, rozwiniętej cywilizacji jakąś pomoc w naszym planie zemsty - powiedział spokojnie Archibald przyglądając się zadrapaniu i mierząc jego głębokość. Zanotował coś na kartce i spojrzał na złodzieja, który przyglądał się masce. Przegonił go gestem niby szkudnego kota i tylko pomachał mu na pożegnanie. Szczerze powiedziawszy był teraz tak zajęty, że Akkarin mógłby nie wrócić i by tego wcale nie zauważył. Im szybciej zniknie mu z oczu tym lepiej - mniej kłopotów.
    Może i Robin uważał tą maskę za nic niewarty przedmiot, który ucieszyć może tylko kogoś takiego jak Archibald, ale bardzo się mylił. W tym maleńkim artefakcie kryła się tajemnica, którą naukowiec chciał wyrwać i przerobić na swoją modłę.
    Wieczór mijał, godziny upływały, a Blackwood tylko na niewielką odległość ruszał się od stołu. Ot by coś przynieść, coś wylać i czymś więcej się zabawić. Na krawędzi stołu rosła dziwna konstrukcja z kilku filiżanek po kawie. Po całym stole rozrzucone były papierzyska na które te patrzył z uwagą, łącząc fakty i obserwacje.
    Jak się okazało maska ta jest dość dziwnym tworem. Nie potrafił do końca rozgryźć z czego jest zrobiona. Z głębokości zadrapania i miękkości mógł strzelać, że jest to glina, ale dziwnie obrobiona glina. Pod wpływem ciepła jednak topniała zamiast twardnieć, co mogło wskazywać na jakiś dziwny stop metali, ale... Jakich? Strzelał początkowo cynę, ale ta ma niską temperaturę topnienia. Ten materiał zdecydowanie potrzebuje większej ilości energii by zmienić swoją formę. To dobra i zła wiadomość. Jeśli natrafił na materiał o dużej gęstości to niestety istnieją podejrzenia, że jest on także toksyczny. To STANOWCZO skracało jego plan. Idealny rozkład rowków jednak odkrył przed nim nową tajemnicę. Gdy je badał, odnalazł dziwaczny mechanizm ukryty za jeszcze jedną, dodatkową warstwą. Taką o której nie wspominała żadna z książek. Mechanizm ten uwalniał dwa zaciski, będące czymś na kształt klemów? Cóż, akumulatora do tego raczej nie podłączy, ale wyglądały podobnie. Zaciskały się na nosie. Nie było szans by ściągnąć te maskę nie urywając go sobie. W tym samym czasie szereg rowków "otwierał się" na zewnętrznej stronie. Fascynujące. Będzie musiał przepuścić przez to jakiś wywar chemiczny, najlepiej wysoce żarzący.
    Pochylił się nad papierzyskami, notując obecność zacisków. Gdyby tak bardzo się nie bał, że uszkodzi maskę rozebrałby ją na części pierwsze. Sprawdził jak działa mechanizm otwierający i zaciskający.
    W gruncie rzeczy, czy nie może?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spojrzał na zegarek grubo po zmroku, przecierając oczy. Nie czuł się śpiąco ani nie opuszczała go energia. Bardziej może podniecenie i adrenalina trzymały go tak długo na nogach. Jedna pojedyncza maska leżała w stosie notatek, przyczepionych nawet do ściany znajdującej się naprzeciwko stołu. Archibald nie poprzestał tylko na badaniu artefaktu, ale też przypisania jego właściwości do swojego planu. Przed nim rysował się plan stworzenia idealnej broni masowego rażenia. Potrzebował tylko kilku elementów i całej masy szczęścia. No i świeżych ludzkich próbek do testów. Tym zajmie się natychmiast jak pozbędzie się kiedyś złodzieja na dłużej.
      Blackwood spoglądał na wielki szkic człowieka od którego prowadziło mnóstwo odgałęzień do potrzebnych materiałów i spisu ulepszeń.
      Dobry Boże... Mógłby dzięki temu nie zemścić się, a zostać panem świata.
      Chciał ponownie wypróbować mechanizm zaciskowy, bo chyba odkrył jak udało się go zamknąć w tak maleńkich przedmiocie, gdy nagle do laboratorium wpadł Robin. Archibald nawet się nie odwrócił w jego kierunku, czując jedynie jak ten rzuca coś na stół. Zmusił się, by wysłuchać choć przez sekundę, co ten ma do powiedzenia.
      Blackwood wyprostował się i spojrzał na pączka ze zdziwieniem. Nim zdążył jednak skomentować "troskę" Akkarina ten zaczął ponowną dyskusje o Bramie.
      - To, że ja uważam Brama za idiotę nie znaczy, że nie możemy go nie doceniać. Nie brzmisz za dobrze - stwierdził, ściągając i przecierając okulary - Czego się dowiedziałeś?

      Usuń
  73. Archibald spojrzał tylko na pączka, nawet nie wyciągając w jego kierunku ręki. Aż tak słodkiego nie lubił, ale skoro Akkarin już tak się "postarał", by coś mu przynieść będzie nieuprzejmym jeśli nie spróbuje. Spojrzał czy w ostatniej filiżance z której pił zostało coś kawy. Gdy z ulgą stwierdził, że tak chwycił pączka. Lepił się do rąk i był nieprzyjemnie tłusty. Zaryzykuje, miał nadzieję, że złodziej nie postanowił go otruć.
    Powoli skubiąc wypiek, wsłuchiwał się w słowa Robina. Zaniepokoił go fakt, że Bram tak "skutecznie" stara się dociec, kto okradł go poprzedniego wieczora. Najwidoczniej nie tylko skarby wchodziły tu w grę, ale też zraniona duma. Dodatkowo jeszcze zaogniona nieuprzejmym zachowaniem Lawrence'a Greywolf. Dobrze jednak, że ten postanowił nie rozpowiadać o kradzieży. Stał w końcu na przegranej pozycji, z całą pewnością czekałaby go ciężka przeprawa z policją. Ci nie zostawiliby na nim suchej nitki.
    - Nie boisz się, że wygada? Podziwiam waszą lojalność wobec siebie - stwierdził Archibald, odrywając kawałek pączka - Z nikim nie rozmawiałem na temat tej maski. Mam wciąż kontakty w Akademii, czasem... Muszę się tam pojawiać, jak tresowana małpka i dać im znać, że aby na pewno niczego nie dokonałem, ale mogę się jeszcze przydać i dać wykorzystać. Usłyszałem o tym znalezisku, ale nikogo nie pytałem bezpośrednio. Ot ciągnąłem za plotki i przeszukałem odpowiednie księgi. Nie miej mnie za idiotę proszę.
    Nagle Blackwood uniósł głowę, patrząc na ścianę przed siebie. W jego oczach pojawiło się zaszokowanie.
    - Co innego Reaver... On zagadywał wszystkich o tej masce. Widział w tym, imbecyl, sposób by wybić się ze swoimi prymitywnymi badaniami.
    Blackwood zaśmiał się głośno, prawie że szalenie.
    - Impertynencki troglodyta. Myślisz, że trafi na niego? - zapytał - Byłbym całkiem z tego zadowolony. Jakby się dało go wrobić to niemalże dwie pieczenie na jednym ogniu.

    OdpowiedzUsuń
  74. Archibald z podziwem patrzył jak Robin, niczym zwinna wiewiórka, wdrapuje się na szafkę, nie zrzucając ani jednego na niej bibelotu. Co prawda nie rozumiał, dlaczego ten preferuje spanie w takich miejscach zamiast w łóżku, ale...
    Chwila, przecież on też nie sypia pod pościelą. Ile to razy obudził się zimnej podłodze laboratorium?
    Potrząsnął głową, odsuwając od siebie zbędne myśli. Tuman kurzu wzbił się i opadł na ziemie, gdy Akkarin zaczął sobie mościć posłanie na górze. Miał tylko nadzieje, że ten nie postanowi spędzać tutaj większości czasu.
    Nie lubił jak ktoś mu patrzył na ręce, w szkice czy eksperymenty którymi się zajmował. Co prawda podejrzewał, że znudzi tym po prostu Robina i ten da mu spokój, ale kto go wie. Złodziej był wyjątkowo nieprzewidywalny pod względem swoich akcji.
    Archibald spojrzał uważnie na Akkarina, gdy ten zaczął snuć plany na temat tego jak wrobić Reavera. Z jednej strony respektował to, że nie chce się w to mieszać, ale z drugiej strony... Odezwała się w nim chęć zemsty. Tak po prostu, zwykłe i gorzkie uczucie. Blackwood potarł brodę, zastanawiając się głęboko.
    - Skompromitowanie Brama nic nam nie da. Zwłaszcza nie w taki sposób. Nie jest jedynym, który "zabawia" się młodymi chłopcami, muszę cię zawieść. Ta zaraza sięga korzeniami głębiej, w szeregi policji, sędziów... Widziałem tego zdecydowanie zbyt dużo. Po drugie uważam, że Bram może nam się jeszcze przydać. Jest głupi, ale przydatny.
    Odłożył połówkę pączka na spodek, zadowalając się tym co zjadł. Nie był wielkim miłośnikiem słodkości.
    - Martwię się jednak, że jak wrobimy Reavera ten może zacząć mówić coś, co odsunie od niego podejrzenia. Zależy jak dobrze spreparujemy dowody. Ma gabinet w Akademii, mógłbym ci nawet wskazać który to bez konieczności odwiedzenia tego miejsca. Ale w sumie... Mam za kilka dni wizytę u tamtejszego rektora, standardowe pokazanie się i utwierdzenie ich w przekonaniu, że nie robię nic lub robię coś, co może im się przydać. Jeśli chcesz mogę cię zabrać ze sobą, choć podejrzewam, że może to być zbyt niebezpieczne.
    Archibald oparł się o stół i spojrzał uważnie na Robina.
    - Jeśli nie chcesz się w to mieszać, uszanuje to, ale co jeśli sprawa wymknie nam się z rąk gdy pozostawimy ją samą sobie?

    OdpowiedzUsuń
  75. - Złego wrażenia jakie po sobie zostawił przez te wszystkie lata nie da się tak łatwo zetrzeć - odparł Archibald podchodząc do szafki i wyciągając z niej brudną szmatkę, wytarł sobie dłonie ze słodkiego lukru pączka.
    Miał całkowitą co do tego pewność. Bram już tak dawno podpadł mu swoją impertynencją oraz brakiem jakichkolwiek granic pod względem własnej lubieżności. Nienawidził tego, jak bardzo mężczyzna ten starał się, nieskutecznie, dodać go do swojej kolekcji. Nic z tego, za żadne skarby i po jego trupie.
    Blackwood obserwował uważnie Robina, każdy najmniejszy jego kroczek po laboratorium. Czuł się niepewnie, gdy ten przechadzał się tak blisko jego dzieł, jego ukochanych wynalazków. Czegoś za co naukowiec gotów był oddać swoje życie. Wolał, by Akkarin niczego nie tykał, chociaż złodziej pewnie sam zdawał sobie sprawę, co wolno, a czego nie w laboratorium swoje partnera w zbrodni.
    - Oprócz tego, że jest nietypowym idiotą i zadufanym w sobie człowiekiem podającym się za kogoś wyższego od całej nacji? Nie znam jego preferencji, nigdy mnie one nie obchodziły. Zresztą widziałeś, jak podchodzę do tego człowieka - Archibald machnął dłonią, obracając się i patrząc na szkice na ścianie. Owszem, podchodził do niego jak pies do jeża. Nienawidził Reavera z całego serca i tym jednym "uczuciem" mógłby napełnić energią mnogość generatorów. Mężczyzna był zwyczajnym imbecylem podającym się za naukowca. I ściągającym na siebie uwagę, która powinna należeć do Archibalda. Nie wiedział jakim cudem nikt jeszcze nie zauważył, że ten...
    - On kradnie wynalazki - powiedział do siebie Archibald, będąc wciąż w pogoni własnych myśli - Niezależnie jak bardzo okrutne i niebezpieczne by one były. On kradnie czyjąś pracę i sam zgłasza się do urzędu patentowego.
    Odwrócił się stając niemalże twarzą w twarz z Robinem siedzącym na biurku. Archibald uniósł brew.
    - Mógłbyś nie siedzieć na moich ważnych badaniach? Naprawdę... - pokiwał lekko głową. Wrócił po chwili do tematu - Nie powiem, żebym się cieszył z towarzystwa swojego kuzyna który miał wyjechać do Argentyny. Nie lubię męczyć się z członkami własnej rodziny. Istnieje duże ryzyko, że Bram wróci, żeby tylko na ciebie popatrzeć i co wtedy? Nie ma sposobu, by go od nas odsunąć.

    OdpowiedzUsuń
  76. - Może i gust ma, ale z jego jakością bywa różnie - Archibald uśmiechnął się do Robina prześmiewczo. Dobrze, że ten postanowił jednak zejść z biurka i nie targać jego notatek. Zebrał je w jedną kupkę i położył na bok, choć po chwili trafiła go ta przypadłość, której u siebie nie znosił. Z tyłu głowy tliło się drobniutkie poczucie naukowego chaosu, które gardziło porządkiem zwłaszcza w notatkach. Archibaldowi drgnęła ręka, ale po chwili znowu rozłożył papierzyska uspokajając się odrobinę.
    Przeniósł wzrok na Robina, który miał oczywiście nadzieję niczego nie zauważył.
    Plan wydawał się prosty, zdecydowanie zbyt prosty. Drobna sugestia dotycząca wiadomości jednak rozgrzała krew Archibalda w analitycznym uniesieniu. Gdzie złodziejaszek chciał pójść i co załatwić? Naukowcowi w głowie rozpalił się drobny ognik pomysłu, że może chodzi o papiery, które Akkarin chciał podrobić. Zastanawiało go, jak dobrze będą to zrobione dokumenty i czy Robin pozwoli mu się im przyjrzeć im trafią w odpowiednie ręce. Chciałby sam zobaczyć jak dobrze działają jego specjaliści. Nie dlatego, że mu nie ufał (Robin miał tu dużo większa w końcu wiedzę), ale z czystej ciekawości.
    Archibald skinął głową na plan Akkarina. Miał tylko nadzieję, że nikt niczego nie zauważy. I nie natkną się na nikogo podejrzanego, choćby na Reavera. Wtedy z cała pewnością plan spali na panewce, bo Archibald rozerwie tego mizernego człowieczka na miejscu jeśli ten tylko ośmieli się rzucić mu jakąś uwagę. Choć niektórzy podejrzewają, że nie byłby do tego zdolny z cała pewnością zrobiłby to z dziką przyjemnością.
    - Idź gdzie chcesz... - powiedział Blackwood, kiwając mu dłonią na pożegnanie. Dotarło do niego znaczenie tych słów i chciał zakrzyknąć, by nie brał tego tak serio jednak złodziejaszek zniknął już w cieniach.
    Archibald pokiwał głową i ruszył powolnym krokiem w stronę wyjścia z laboratorium. W gabinecie wiało chłodem, Akkarin pozostawił otwarte okno, by móc wrócić. Naprawdę, skoro był jego "kuzynem" mógłby używać drzwi wejściowych.
    Blackwood pochował wszystkie luźne papiery, by nie zwiało ich na miasto i poszedł do biblioteczki. Przesunął dwie książki i sięgnął ręką w głąb. Wyciągnął średniej wielkości butelkę z malinowo-różowym alkoholem. Jak tak dalej pójdzie Robin wypije całą jego "piwniczkę".
    Archibald nie miał w zwyczaju dziękować, bo mało przebywał z ludźmi, którzy zasługiwali na jego wdzięczność. Z tym dziwnym złodziejaszkiem było jednak inaczej. Nie lubił jego impertynenckiego czasem charakteru, ale nie mógł powiedzieć, że nie tworzą dobrej drużyny. Dopełniali się w jakiś niezrozumiały standardowo sposób. I dotychczas Akkarin zrobił bardzo dużo, by zarówno jego jak i Archibalda zemsta mogły się dopełnić.
    Naukowiec postawił alkohol na biurku i patrzył na niego przez chwilę. Głowa wypełniała mu się kanonadą myśli dotyczących złodzieja, zemsty i wynalazku, który ma ją przynieść. Maski leżącej wśród notatek i tego jak bardzo jest ona wartościowa. Myślał też o tym, co by zrobił gdyby policja trafiła na jego trop. W gruncie rzeczy spodziewał się tego, ale dopiero kiedy skończy się to wszystko... Nie ucieknie, bo nie ma jak. Zgnije w więzieniu albo zawiśnie na szubienicy.
    Archibald odwrócił się i zniknął w laboratorium. Na razie miał pracę do wykonania.

    Nawet nie wiedział kiedy ponownie zasnął między kartkami, ubrudzony na policzku grafitem z ołówka. Maska leżała niedaleko, rozebrana już chyba do granic możliwości wsród prototypów mających ją imitować. Generator brzęczał przyjemnie nad głową zapewniając mu jakieś dziwne poczucie bezpieczeństwa. Nie czuł się nigdzie lepiej jak pośród tych wynalazków.

    OdpowiedzUsuń
  77. Archibald przespał się może z godzinkę po tym jak zasnął i ponownie wrócił do grzebania w masce. Z każdą kolejną upływającą godziną zdawał sobie sprawę, że podrobienie tej maski będzie nie lada wyczynem. Mechanizm wydawał się wyjątkowo delikatny i kruchy, a na dodatek niesamowicie przemyślany jak na "tamte czasy".
    Mimo wszystko wyszedł z laboratorium wyjątkowo zadowolony. Było jeszcze wyjątkowo wcześnie, ale w gabinecie nie zauważył już Robina, a jak zawsze otwarte okno. Zapowiadała się wyjątkowo gorąca pogoda, czego Archibald nie cierpiał. Choć nie czuł się głodny, zadzwonił po śniadanie. Przynajmniej napije się kawy.
    Służka kłaniając się nisko położyła tacę na stoliku, a Blackwood przyglądał się jej z uwagą. Zatrzymał istotę w połowie drogi, zauważając coraz więcej wyciekającej mazi spod krawędzi maski.
    - Wróć wieczorem. Będę musiał cię... Naprawić.
    Służka drgnęła niepewnie, ale ukłoniła się nisko. Nie mógł pozwolić, by jego drogocenne wynalazki były tak zaniedbane. Jeśli pojawiał się problem nie tyczył to pojedynczego osobnika, mógł odbić się na całym eksperymencie. I planie zemsty rodzącym się od dawna w głowie naukowca.
    Musiał naprawić prototypy, by wiedzieć czego unikać w przyszłości.
    Blacwood odświeżył się, przebrał i pił właśnie kawę czytając na temat maski, gdy nagle w gabinecie zjawił się Robin. Mężczyzna podniósł się, spoglądając na złodziejaszka z niecierpliwością wymalowaną w oczach.
    - To lepiej ty się przebierz. I pośpiesz się, bo nie dojedziemy na czas.
    Chwycił w dłonie dokument, który podał mu Robin. Podniósł go wyżej do oczy by spojrzeć na niego dokładniej. Nie lada robota. Papier był miękki, ale też twardy z wyraźnymi rowkami które dało się czuć pod opuszkami. Pieczęć wyglądała na autentyczną pieczęć spedytorską, ale Archibald nie znał się na tym tak jak specjaliści Robina.
    - Pozwolisz mi kiedyś popatrzeć na takie cudeńka pod lupą? - zapytał, oddając papier Akkarinowi. Sam chciałby dowiedzieć się czegoś więcej z tej sfery kryminalnego życia. Wszelkie zagadki i tajemnice fascynowały go niezależnie z jakiej dziedziny pochodziły.
    Nałożywszy czarną, elegancką marynarkę Archibald chwycił za dokumenty w pożółkłej, wiązanej teczce. Zawierała ona plany jego ostatnich wynalazków. Oczywiście wyjątkowo laicko opisanych i nie mówiących o wszystkim co dzieje się w laboratorium posiadłości. Postarał się zawrzeć tam coś, co zwróci uwagę rektora Akademii Filozofii Naturalnej na tyle skutecznie, że nie będzie podejrzewał, że Blackwood coś kręci. Ponownie postawił na pylony mające przekazywać energię elektryczną na tysiące kilometrów. Zainstalowanie takich urządzeń stanowczo też zmniejszy wahania elektromagnetyczne. Co więcej pojawiła się nawet drobna notatka o wykorzystaniu i przesyłaniu energii... Bez wykorzystania przewodów!
    To na pewno zainteresuje rektora. Jeśli dodatkowo zagada go możliwością używania "zimnego ognia" do czynności sanitarnych...
    Marzenia, marzenia i plany. Archibald pogrążony w zemście już dawno odwrócił się od czystej i dobrej nauki, ale czasem... Chciałby do tego wrócić. I pewnie nie byłby od tego odsunięty, gdyby nie ten konflikt z markizem Duncombe, który chciał jego światłą idee wykorzystać tylko dla siebie.
    Kapelusz, papiery, laska. Wszystko miał.
    Archibald poprosił służbę, by przygotowali powóz i zszedł z Akkarinem na podwórze. Gdy usiedli w powozie, zapytał:
    - Jak włamiesz się do gabinetu Reavera nie wzbudzając podejrzeń? Ciekawi mnie twoja technika, bo naukowcy bardzo dobrze chronią swoje sekrety.

    OdpowiedzUsuń
  78. Archibald przyglądał się Robinowi i temu jak stroił miny za każdym razem, gdy powozem mocniej zatrzęsło. Mógł pojąć jego niechęć do małych przestrzeni, w końcu tak mała dorożka to klatka i zero możliwości ucieczki. Sam naukowiec przygotował się wszelkie niespodziewane "spotkania", ale o tym złodziej wiedzieć nie musiał.
    Przynajmniej nie teraz.
    Lub nigdy.
    Blackwood oparł podbródek o dłoń, uśmiechając się leniwie w kierunku Akkarina.
    - Żadnych trupów! I nie licz, że dam ci tylko pół godziny. Znając rektora, a zwłaszcza prorektora, tej przeklętej akademii z całą pewnością spędzę tam z dwie godziny. Będą musieli wypytać mnie o wszystko, co niegodne i obrzydliwe w mojej nauce. Może na "przedstawienie" wpadnie też ten imbecyl Reaver i... Markiz Duncombe - ostatnie nazwisko wypowiedział tak zimnym tonem, że można byłoby kroić kostki lodu. Nienawidził tego fałszerza i złodzieja, najbardziej ze wszystkich ludzi jakich znał. Przeklęty arystokrata, któremu wydaje się, że każdy jego patent przejdzie niezauważony przez kontrolę i stanie się jedynym powiernikiem fortuny z tego płynącej. Gdyby Archibald mógł rozszarpałby go na kawałki niczym wściekły zwierz, ale nieznana była mu tak prosta i prymitywna zemsta jak nasłanie kilku oprychów na niego w ciemnym zaułku. Chciał go upodlić i zamordować tak, by wznieść swoją naukę ponad wszystkich innych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mężczyzna potrząsnął głową czując, że zbytnio zatopił się w myślach.
      - Przepraszam - powiedział po chwili, znowu spoglądając na brukowane uliczki Londynu wypełnione ludźmi. Byli coraz bliżej placówki, co dało się zauważyć po pojawiających się coraz częściej żaków.
      Powitał ich wielki budynek, wielopiętrowy, z białego rżniętego kamienia. Prosta, niemalże kwadratowa konstrukcja, bez zbędnych wykończeń czy dekoracji. Wysokie witrażowe okna kontrastowały z industrialnymi kominami wychodzącymi z laboratoriów (co Archibald uważał już za przeżytek, dało się inaczej pozbyć wszelkich "nieużytków"). Akademia Filozofii Naturalnej to prastara instytucja edukacyjna, kipiąca od młodych studentów i starych filozofów, alchemików, kosmologów i specjalistów od wiwisekcji. Zbierają się tu najlepsze umysły z całej Europy, aby badać całą naturę, łącznie z ciałem ludzkim, nieboskłonem i światem fizycznym. Wstęp jest zabroniony wszystkim za wyjątkiem czcigodnych członków oraz nielicznych studentów, przyjmowanych co roku, po długim i żmudnym procesie aplikacji. Ci, którzy mieszkają w pobliżu, mogą tylko zastanawiać się nad zawartością egzotycznych dostaw, jakie przybywają rzeką i przechodzą przez tylne drzwi, lub kręcić nosem na dziwne zapachy dochodzące z kominów na dachu. Placówka połączona była z budynkiem biblioteki znajdującym się tuż obok, ale absolutnie nie tracącym na wspaniałości w porównaniu do Akademii. Wielka, szklana kopuła biblioteki górowała nad kominami niczym klejnot wśród dymu. Skarbnica tomów tak wspaniałych, że wielu prostych studentów mogło tylko o nich pomarzyć, co dopiero doznać zaszczytu przeglądania starodawnych, historycznych kart.
      Wjechali na okrągły plac z ciemnego kamienia, a stangret podjechał pod schody prowadzące do ogromnych wrót z mosiądzu. Archibald westchnął głęboko, przecierając twarz dłonią. Nienawidził tego przedstawienia.
      Wbrew własnemu zmęczeniu i zrezygnowaniu, przybrał najbardziej neutralny wyraz twarzy jaki mógł. Nie dało się po nim poznać niczego, za wyjątkiem może lekkiego znudzenia jak to u naukowców bywa.
      - Idźmy więc - powiedział, ale nim otworzyły się drzwiczki odwrócił się jeszcze raz do złodzieja i postukał palcem o jego klatkę piersiową jakby chciał dobitnie podkreślić to co teraz powie - Żadnych trupów, zrozumiano?
      Wyszedł na zewnątrz i nie czekając zbytnio na swojego młodego kuzyna zaczął pokonywać schodki, wchodząc do środka budynku, holu wykutego z marmuru i wypełnionego portretami rektorów, zasłużonych członków instytucji czy ciężkimi, żelaznymi popiersiami wybitnych naukowców.
      Archibald przyjrzał się temu bez żadnych emocji. On też mógłby postawić tutaj swoje popiersie, gdyby nie ten przeklęty Duncombe.
      Blackwood stanął na środku holu, wśród tłumu przewijających się tutaj studentów i członków ciała pedagogicznego. Spojrzał na Robina, poprawiając w dłoniach teczkę z papierami.
      - Widzimy się w takim razie w bibliotece - chciał już odejść, gdy nagle zatrzymał się i powiedział do Robina - Uważaj na siebie, proszę.

      Usuń
  79. Archibald sam nie wiedział, dlaczego zwrócił się do Robina niemalże troskliwym tonem. Nigdy do nikogo się tak nie odzywał, jego „mechaniczne” serce i dusza złożona z lotnych pierwiastków była zimna oraz wyprana ze wszelkich emocji. Być może tym drobnym gestem chciał pogłębić ich doskonałe przedstawienie „kuzynostwa” jakby ktokolwiek miał ich w tym momencie obserwować? Może chciał raz jeszcze, dobitnie podkreślić, że Akkarin powinien wyjść z Akademii z czystymi rękami, bo inaczej Archibald osobiście go zabije lub przerobi na jeden z ohydnych eksperymentów wprost z najmroczniejszych trzewi swojego laboratorium?
    Naukowiec potrząsnął głową i odwrócił, by powolnym krokiem wspiąć się po marmurowych schodach Akademii i minąć popiersie założyciela tej sławetnej oraz odznaczonej instytucji. Nie miał czasu zawracać sobie głowę tak trywialnymi pytaniami! Zresztą, nie było to istotne w ich sytuacji.
    I nigdy nie będzie, znając przeżarty schematami umysł Archibalda.
    Blackwood westchnął głęboko, gdy stanął przed Salą Rubinową, miejscem gdzie czuł się zawsze jak w sądzie lub na wyjątkowo nieprzyjemnym przesłuchaniu. Już oczyma wyobraźni widział starego i posiwiałego rektora siedzącego na ogromnym podwyższeniu i patrzącego na niego z góry. Obok, nie mniej dumnie, siedział prorektor z ostrym wyrazem twarzy i wiecznie ściągniętymi brwiami jakby zastanawiał się nad czymś wyjątkowo okrutnym. Ławki ustawione po bokach pomieszczenia, również wyżej jak stanowisko „oskarżonego”, miały zapewnić doskonałą widoczność dla wszelkich zainteresowanych obroną doktoratu lub habilitacją chętnych. W większości przypadków na obrony promotor, recenzenci, władze instytutu zapraszali jeszcze młodszych studentów chcących pogłębić swoją wiedzę. Archibald pamiętał swoją rozprawę habilitacyjną doskonale, ale niestety – za długo się tytułem nie nacieszył.
    Tym razem miał nadzieję, że gdy obejmie stanowisko – w najniższym i najmniej „chwalebnym” punkcie sali – będzie obecna jedynie ta część osób, która była konieczna, czyli rektor i prorektor.
    Archibald czekał pod ogromnymi drzwiami aż zostanie poproszony do środka. Z ulgą stwierdził, że na razie nikt „postronny” nie zmierzał w tym kierunku, co oznaczało jak najmniejszą ilość świadków. Gardził takim przedstawieniem, robieniem z siebie naukowego imbecyla by tylko usatysfakcjonować tych głupców bojących się inteligencji Blackwooda i jego niestabilnego przy tym charakteru. Ile mógł zrobić, gdyby Akademia wspierała go w szukaniu sponsorów? Ile uczyniłby dla siebie oraz świata, gdyby Duncombe nie postanowił zniszczyć kariery geniusza tego przebrzydłego miasta!?
    Archibald wstał i przeszedł kilka kroków, by uspokoić myśli. Nie mógł dać się ponieść, bo nie wyjdzie z Sali Rubinowej nigdy. Powinien być beznamiętny, suchy w faktach i oszczędny w opiniach. Jak zawsze, by mógł po kryjomu kontynuować swoje dzieło.
    Nagle drzwi uchyliły się i Archibald został poproszony do środka.
    Promienie wychodzącego zza chmur słońca padały przez witrażową rozetę, mieniąc środek królewskimi kolorami purpury i srebra. Odgłos kroków Archibalda roznosił się po sali głuchym, zimnym echem. Rektor i prorektor już zajęli swoje pozycje, przyglądając się zmierzającemu ku miejscu dla „petenta” niedoszłemu naukowcowi Akademii. Blackwood rozejrzał się kątem oka i ze zniesmaczeniem zauważył obecnego markiza Duncombe i kilku młodszych studentów. Musieli przyjść wcześniej niż on. Całe szczęście wśród nich nie było tego szympansa Reavera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Rektorze, prorektorze… - mężczyzna skłonił się krótko, skupiając swój wzrok na poszarzałych oraz pomarszczonych twarzach najwyższych stanowiskiem naukowców.
      - Cieszę się, że ponownie do nas dołączyłeś Archibaldzie – odchrząknął rektor, nie siląc się już nawet na oficjalne rozpoczęcia tych comiesięcznych wywodów. Od czasu odebrania tytułu naukowego Archibaldowi spotykali się w takich okolicznościach już zbyt często, by ciągle powtarzać długie, papierkowe polemizowanie po co się tu zgromadzili.
      Archibald zacisnął tylko wargi w wąską kreskę. Jakby miał inne wyjście niż nie dołączać do tego „chwalebnego” naukowego grona…
      - Przejdźmy więc od razu do meritum. Twoje wynalazki, Archibaldzie.
      Blackwood położył teczkę przed sobą i otworzył ją, wyciągając kilka papierów ze środka i po dłuższej chwili przekazując je do wglądu głowie naukowej Akademii.
      - Chciałbym rozpocząć dzisiaj od czegoś innego niż zazwyczaj, czyli pylonów do bezkontaktowego przekazywania energii elektrycznej. W ostatnim miesiącu zainteresowałem się wykorzystaniem energii elektrycznej do czynności sanitarnych. Słowem wstępu… Uświadommy sobie jak bardzo brud obecny jest na ulicach Londynu. Czysta woda wciąż jest niestety towarem deficytowym w wielu dzielnicach metropolii. Co gdyby wykorzystać dobro zupełnie innego sortu? Co jeśli przepuścimy przez ciało ludzkie prąd zmienny o napięciu dwóch i pół megawoltów oraz…

      Archibald zacisnął dłonie w pięści, gdy znalazł się w spokojnej i cichej bibliotece. ZNOWU zatrzymali jego szkice oraz plany prototypów. Jak tego nienawidził! Banda półgłówków i ciemna masa. Jad wypełniał jego umysł, gdy zdawał sobie sprawę, że ponownie jego wynalazek został od niego odebrany. I to w całkiem sprawiedliwy oraz zgodny z prawem sposób idąc myślą współczesnych dyrektyw tej Akademii.
      W końcu łaskawie pozwolili niedoszłemu naukowcowi, hańbiącego zasady „fair-play” innowacji, na dalsze kontynuowanie pracy. Czyż nie powinien być im wdzięczny za tą szalenie obłudną dziką kartę? Jedyną ceną za to jest posłuszeństwo i wyrażenie wesołej chęci na oddanie tego co stworzył.
      Nierozgarnięci ignoranci i grupa ćwierć inteligentnych safandułów!
      Całe szczęście, że nie postanowili jeszcze wkroczyć mu z buciorami do laboratorium. Wtedy z całą pewnością zamknąłby stalowe wejście i spopieliłby ich na miejscu jednym ze swoich eksperymentów.
      Blackwood oparł się o regał i rozmasował zamknięte powieki. Ciekawe, ile z tego znowu dostanie Duncombe…
      Jak czekał na dopełnienie tej zemsty!
      Mężczyzna zadarł lekko głowę i otworzył oczy, gdy usłyszał kroki na kafelkowej posadzce. Zauważył w przejściu między regałami Akkarina, a raczej swojego „drogiego, wystraszonego kuzyna”. Archibald wyprostował się i odrobinę zbyt gwałtownym ruchem strzepał niewidzialny kurz ze swojej marynarki. Spojrzał podejrzliwie na złodzieja, by po chwili zwrócić się do niego:
      - Tutaj jesteś, nareszcie – podszedł bliżej, zmniejszając dystans między nimi tak znacznie by nikt nie usłyszał tego o co naukowiec chciał go spytać – Dobrze się bawiłeś?
      Oczywiście nie mógł spytać go bezpośrednio „podrzuciłeś dokumenty do szafki Reavera”, bo nawet tutaj ściany mają uszy, choć biblioteka wydała się opustoszała lub studenci kryli się w kątach zaczytani w interesujące ich artykuły. Archibald skrzyżował dłonie za plecami, czekając na choć jedną pozytywną wiadomość tego dnia.
      I za nią gotów był postawić Robinowi nawet tego niebywale tłustego i lepiącego pączka sprzed kilku dni.

      Usuń
  80. [Jezu, ale zamieszałam wybacz. Mam wrażenie, że chciałam zbudować fajną intrygę z tym tajemniczym, starszym panem ale mi nie wyszło. Proszę wybacz :D]

    Archibald zmarszczył brwi, gdy Robin tak nagle przerwał swój wywód. Odwrócił się za siebie, ale nim zdążył dostrzec na kim skupił swój wzrok złodziejaszek, ten szarpnął go lekko za ubranie. Zrozumiał aluzję i w ciszy podążył za Akkarinem by skryć się w cieniu jednego z wielkich regałów wiedzy historycznej.
    Blackwood wyjrzał dyskretnie tuż za Robinem, a oczy rozszerzyły się w zdziwieniu. Przeklęte miejsce, jakby mało było im kłopotów! Nim usłyszał głos Akkarina, sam zauważył kogo tutaj poniosło.
    Przy wyjściu z biblioteki stał Bram, rozmawiając z kimś zawzięcie. Naukowiec pobladł bo doskonale wiedział kto to i obecność tej osoby w towarzystwie człowieka, którego okradli nie była absolutnie i w żadnym stopniu korzystna. Chciał coś dodać, nim nie zauważył jak Robin zatrząsł się nerwowo tuż obok niego. Kryminalista niemalże świdrował wzrokiem mężczyznę, jakby chciał go nim zabić. Zdawał się pogrążony we własnym, dziwacznym transie z którego nic nie miało go wyrwać. Ku własnemu przerażeniu Archibald zauważył jak Akkarin sięga do kieszeni i nie mógł mieć tam tylko wytrychów. Podejrzewał, że ten trzyma tam nóż i mógł wyskoczyć na tą dwójkę w niewiadomym Blackwoodowi szale. W nagłym przypływie instynktu chwycił Robina za dłoń i ścisnął ją mocno, chcąc go powstrzymać przed wydaniem ich w środku murów Akademii. Nie potrzebowali teraz zwracać na siebie uwagi.
    - Czyś ty do reszty postradał rozum!? - warknął cicho, niedelikatnie odciągając młodszego "kuzyna" od krawędzi regału i prowadząc głębiej do biblioteki tak by nikt ich nie zauważył poza kilkoma zajętymi sobą studentami. Nie puszczał dłoni rzezimieszka póki nie znaleźli się w bezpiecznym miejscu i dopiero wtedy odwrócił się patrząc na niego pytająco. Archibald doskonale zdawał sobie sprawę, że sprawy nie ułożyły sie po ich myśli, ale to jak zareagował na lorda Robin było... Wyjątkowo dla niego nietypowe. Zupełnie jakby przez ułamki sekund miał w swojej świadomości prześwity jakiś dawnych zdarzeń i chciał sobie poradzić z koszmarami w jedyny sobie znany sposób - agresją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blackwood uniósł głowę, ale nie słyszał nikogo. Trafili do rzadziej uczęszczanej części biblioteki wypełnionej książkami o badaniu gwiazd i nieba. Studentów dało się zliczyć na palcach jednej dłoni, ale pojawiali się równie szybko jak znikali. Nikt ich nie śledził i było tutaj stosunkowo spokojnie.
      - Wytłumacz mi, co cię napadło. Chciałeś nas wydać? - zapytał, patrząc jak Robin odzyskuje powoli zmysły.
      Odwrócił się i rozmasował skronie, gdy zadał mu pytanie którego mógł się spodziewać. Głos Akkarina brzmiał niebywale poważnie, zupełnie pozbawiony tych zadziornych i pewnych siebie nut które zazwyczaj u niego słyszał.
      No kto to był. Archibald doskonale wiedział, ale nie spodziewał się go ujrzeć w tej części Londynu, a nawet Zjednoczonego Królestwa. Nie w towarzystwie tego przeklętego Brama. Ledwo pozbyli się podejrzeń i zrzucili je na Reavera, a tu dokładały się kolejne kłopoty.
      Baron wyprostował się i ponownie spojrzał w zimne oczy Robina.
      - Lord William Fairfax, jeśli już pytasz - Archibald starając się nie wyłamać sobie palców z nerwów, splótł dłonie za plecami. Wspomnienia obecności tego człowieka w jego rodzinnym domu nie były zbyt przyjemne - Znam go tylko i wyłącznie przez wzgląd na mojego brata. To wysoce szanowany prawnik i arystokrata u którego Maximilian pobierał nauki oraz uczył się zawodu. Wciąż chyba znajduje sie pod jego skrzydłami, ale mogę tylko podejrzewać, bo nie mam z nim kontaktu od lat. Niemniej jakimś cudem pomógł mu się dostać do Izby Lordów, choć dziedziczność u nas żadna... Pewnie wszystko przeszło przez tak zwaną ustawę o parostwach dożywotnich, w jakim stopniu nie wiem dokładnie bo to zamieszana sprawa. Niemniej jednak William Fairfax to demoniczny i skuteczny prawnik, którego należy się obawiać choć osobiście dziwi mnie jego obecność w tej części Anglii, a zwłaszcza w stolicy w której nie widziałem go od lat. To śliski człowiek i śmieszy mnie, że mój przyzwyczajony do sprawiedliwości brat tak łatwo dał mu się omamić
      Archibald przerwał i uniósł dłoń do ust.
      - Nie chce rzucać bezpodstawnych oskarżeń, ale podczas pobytu w naszym rodzinnym domu, jeszcze nim nie zostałem z niego wydalony wiele lat temu, załatwiał dziwne sprawy z moim dziadem. Zamykali się w gabinecie i dyskutowali nad czymś godzinami. Często dołączali do nich inni goście. Nosili sygnety w kształcie lwa z wyrytymi na nich symbolami astronomicznymi z greki, cokolwiek miało to oznaczać. Początkowo sądziłem, że są lożą wolnomularską... Później, że zwyczajnymi libertynami. Teraz już sam nie wiem, ale to co robią może być albo czymś pomiędzy albo ponad tym wszystkim i to niekoniecznie w chwalebny sposób.
      Naukowiec przerwał, wciąż patrząc w jeden punkt i zastanawiając się jak obecność Fairfaxa przy Bramie wpłynie na ich plan zemsty. Na jego pracę nad wynalazkiem i maska, która wciąż leżała w laboratorium i tylko najstarsi wiedzą, czy nie będzie potrzebował też próbek z muzeum. Wszystko się komplikowało, a Archibald nie potrafił znaleźć wspólnego tego punktu co go niezmiernie irytowało. Nienawidził tak nagłych i niespodziewanych sytuacji wymykających się z jego doskonale przygotowanego planu. Czuł, że ta partia szachowa mocno go zaskoczyła.
      Zadarł lekko głowę i spojrzał na Robina.
      - Masz z nim coś wspólnego? Nie widziałem cię wcześniej w takim stanie - powiedział surowo, jakby chcąc dać złodziejowi do zrozumienia, że on też żąda odpowiedzi.

      Usuń
  81. [Rozbawił mnie komentarz na temat głosu Archibalda, bo ja jak pisze jego kwestie mam w głowie to, że ma głos podobny do mojego ulubionego Stephena Russella :D]

    Archibald stał z założonymi rękami, obserwując Robina który chyba przetwarzał wszystkie informacje jakimi go nakarmił. Nie wyglądał na przestraszonego, nawet drgnięciem powieki tego nie pokazał, ale był widocznie wybity z roli. Patrzył przed siebie, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiał i Blackwood miał tylko nadzieję, że żadna z tych myśli nie była planem morderstwa Fairfaxa w środku Akademii. Wtedy zepsułby wszystko nad czym tak długo pracowali.
    Mógł być wtedy pewien, że Archibald zabiłby go gołymi rękami nim zgniłby w więzieniu.
    Naukowiec drgnął niespokojnie i zesztywniał, gdy Akkarin wymierzył sobie silny policzek. Nagły i gwałtowny, którego Archibald zupełnie nie przewidział. Nieświadomie znowu chwycił złodzieja za nadgarstek i zgromił go bardzo surowym spojrzeniem.
    - Chyba ci amba odbiła! Przestań! - syknął zza zaciśniętych zębów, puszczając go i rozglądając się dookoła niepewnie. Miał nadzieję, że nikt nie usłyszał tego stłumionego, ale jednak, ciosu. Jeszcze tego brakowało, by do całej gamy "nieprzyjemności" związanych z tą placówką dodać znęcanie się nad młodszym kuzynem w głównej bibliotece. Bo przecież to nie Blackwood wyglądał na niewinnego chłopczyka, pomimo obecnego stanu Robina.
    Puścił jego dłoń, ale nie odsunął się wciąż uważnie obserwując złodziejaszka. Zadał mu pytanie, ale wątpił by ten chciał mu odpowiedzieć na nie w tak niepewnym miejscu. Musieli się stąd wydostać i to najlepiej tak, by nie wpaść na Brama lub Fairfaxa. Elegant z morskiej pianki to pół nieszczęścia, jego da się łatwo pozbyć i wodzić za nos dzięki urokowi Robina, gorzej jednak z adwokatem na którego byle chłopięce sztuczki nie zadziałają. Naukowiec wątpił, czy Akkarin długo dałby radę utrzymać pozory i nie skorzystał z tego scyzoryka, który wciąż znajdował się w jego kieszeni. Może powinien mu go odebrać, tak na wszelki wypadek?
    Miał dziwne przeczucie, że Fairfax odegrał ważną rolę w życiu złodziejaszka. Archibald potrafił łączyć fakty i niektóre półsłówka, które zdarzało się czasem wyrzucić Robinowi w zamroczeniu, idealnie układały się w zgrabną, choć nadal skromną i niedokończoną całość. Kiedyś przecież spytał go o jego niezwykłe oczy i specyfiki jakich używał, by dać im odrobinę odpocząć, na co ten odparł że nie z jego winy jest jaki jest. Wiele razy podkreślał też, jak nie znosił wyższych sfer traktując je jako pół metra gnoju i wszelkiej parszywej, fetyszystycznej obrzydliwości. To nie brało się tylko z czegoś takiego jak głupia zazdrość o pozycję czy kilka błyskotek skrytych w sejfach ku złodziejskiej uciesze Robina.
    Tu chodziło o coś większego i Archibald z czystej ciekawości, która zawsze u niego była na pierwszym miejscu, chciał poznać prawdę. Nie naiwnie całą, bo do tego nigdy nie dojdą i wzajemnie, ale jakąś część, która pozwoli mu lepiej przygotować się na każdy niespodziewany atak Fairfaxa.
    Widział jego rozbiegany wzrok i niemalże czuł, jak każdy nerw w jego umyśle pracuje przekazując informacje i sącząc idealny plan mający dopomóc w tym powracającym bólu.
    Znowu usłyszał jak Robin uderzył się w drugi policzek. Uniósł dłoń do twarzy i potrząsnął głową w zrezygnowaniu, nie miał nawet chęci go powstrzymywać przed wymierzaniem sobie idiotycznej kary lub pobudki, skoro i tak go nie słuchał. Jego sprawa.
    Niezwykle zdziwił go smutny i nienaturalny jak dla niego uśmiech Robina. Zupełnie jakby przez ułamek sekundy stracił swój bezczelny charakter i był po prostu... Sobą? Niemożliwe, wydawało mu się, że krnąbrność wrosła w niego jak druga skóra. Czyżby się po prostu impertynencko mylił i źle go ocenił? Może... Nigdy nie był dobry w poznawaniu ludzi przez drobne i delikatne gesty, pomimo tego, że potrafił obserwować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Chodźmy więc. Chyba czeka nas długi wieczór - powiedział, mrużąc brwi. Nim wyszli spomiędzy regałów, wychylił się odrobinę by zobaczyć czy Fairfaxa lub Brama nie ma w pobliżu. Ku ich szczęściu w nieszczęściu poza dwójką studentów przepisujących notatki nikogo nie znaleźli. Nim jednak ruszyli się z miejsca naukowiec odwrócił się do Robina i odparł poważnie, nie chcąc słyszeć żadnego sprzeciwu - Oddaj mi nóż.
      Droga do powozu Archibalda była szybka i gorączkowa, choć Blackwood powstrzymywał się, by nie zaglądać sobie przez ramię i nie wydać się jakąkolwiek nerwowością. Słowa Robina odrobinę go zaniepokoiły, ale podchodził do tego z zimną, naukową rezerwą - nie było rzeczy nie do pokonania, wystarczyło tylko znaleźć na nie sposób.
      Gdy skryli się już bezpiecznie za drzwiczkami powozu, mogli ruszyć w drogę do posiadłości Archibalda. Po drodze zatrzymali się przy jednej z cukierni, gdzie baron ku niesamowitemu zdziwieniu stangreta poprosił go o paczkę pączków. Gdy ten wrócił, wciąż z zagadkowym wyrazem twarzy, Blackwood rzucił ostrożnie pudełko na kolana Robina.
      - Proszę - powiedział krótko, opierając się plecami o lekko trzęsącą się kanapę wozu - Smacznego.
      Oparłszy głowę na dłoni, zapytał:
      - Powiedz mi, dlaczego tak przeraził cię widok Fairfaxa? Wiesz coś, czego ja nie wiem i nie zauważyłem wiele lat temu, nawet jako młodzieniec. Zawsze wydawało mi się, że to jego tajemnicze zgrupowanie to tylko politycznie ukierunkowana loża wiele planująca, ale tylko w wewnętrznym kręgu. Może oddająca sie chorym fetyszystycznym rozrywkom w oddalonych posiadłościach, gdzie sprowadzają młode dziewczyny i naiwnych chłopczyków, męcząc ich własnymi fantazjami. Po twojej reakcji... To nie jest takie proste, prawda?

      Usuń
  82. Archibald zadał pytanie, ale po tym milczał choć było to do niego bardzo niepodobne. Nauczył się jednak po dość długim czasie przebywania z Robinem, że im bardziej zaszczuje go i zepchnie w kąt tym boleśniej będzie gryzł. Na nic mu roztrzęsione słowa złodzieja, jeśli ten nie uspokoi własnej kanonady myśli. Czekał więc cierpliwie i był gotów ponowić swoje pytanie jeśli będzie taka potrzeba. Ciekawość zżerała go od środka niczym szybko rozwijająca się gorączka, wywlekając na światło dzienne zagadkę, której ten jako dorastający młodzieniec nie rozwiązał. Osobiście... Zakuło to jego ambicje, że tak łatwo wtedy odpuścił i zamknął się w laboratorium z żelaza oraz patyny. Naukowa dusza żądała wtedy innych emocji i podniet, nie czegoś czym zajmują się detektywi oraz służby prawa - teraz jednak, po czasie spędzonym z niepokornym kryminalistą, czuł że musi... Nie, chce wyściubić nos poza stalowe wrota laboratorium.
    Dowiedzieć się jaką zagadkę skrywał jego dziadek, ojciec i ich wszyscy tajemniczy towarzysze. I czy jego własny, idealistyczny brat może być w to wplatany.
    Jakby radowała się jego sadystyczna dusza, gdyby Maximilian o niczym nie wiedział i nieświadomie sprzedawał swoje usługi diabłu - bądź co bądź bardzo przydatne i perfekcyjne w swym założeniu.
    Baron patrzył z niemym zadziwieniem, jak Robin pochłaniał jeden pączek za drugim doprowadzając do nieprzyjemnego stanu, gdy próbował przełknąć gulę obrzydzenia rosnącą mu w gardle. Nie znosił słodkości, a złodziejaszek jakby nigdy nic przegryzł się przez całe pudełko, nawet nie mrugając przy tym powieką. Zdolności konsumpcyjne Robina zdecydowanie powinny pozostać poza jego wiedzą, wolał sobie nawet nie wyobrażać jak dużo tych lukrowanych, tłustych wypieków był w stanie w siebie wcisnąć.
    I jak bardzo wydawało się mu to odpychające.
    Gdy Akkarin w końcu przemówił, Archibald uniósł z zainteresowaniem głowę patrząc mu prosto w te dziwnie interesujące, dwukolorowe oczy. No tak... Mógł się domyślić, że chodziło o coś takiego - ukrywanie swoich najbardziej świńskich bezeceństw, których nigdy nie ujrzysz w świecie zwierząt, ale właśnie w grupie wydawałoby się ewolucyjnego gatunku. Z jednej strony było to odrobinę intrygujące, z drugiej czuł lekki zawód. Miał nadzieję, że chodzi o coś bardziej, sam nie wiedział, "ambitniejszego"? Zniszczenie rządu, plany na zburzenie obecnie panującego porządku, więcej polityczno-dyktatorskich zapędów. Nie powie tego na głos, ale zawiódł się trochę.
    Chociaż jakby nie patrzeć, w tej całej intrydze mogło być drugie dno - coś, o czym Archibald nie wiedział. Może ktoś próbował tworzyć osobników, których śmiało można określić mianem "homo superior", nadludzi? Łamał ich przez te dziwne seksualno-sadystyczne zapędy, sprawiał by opadli tak mocno na dno, łamiąc przy tym swój kręgosłup moralny, i pozwolili kreować się na nowo jak figurka ze świeżo wyrobionej gliny. To pasowałoby zdecydowanie do jego ojca oraz dziadka, a jeśli do nich to może do ich towarzyszy również?
    Zamrugał szybko oczyma, gdy Robin przybliżył się do niego odwzajemniając beznamiętne spojrzenie. Blackwood zaśmiał się pod nosem na pytanie złodzieja, zupełnie jakby nie trafiło ono w sedno, a odbiło się echem w pustce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. - To proste i zupełnie banalne. Zadam ci pytanie. Czy inwestowałbyś w coś wiedząc, jak bardzo jest to ryzykowne i grozi zerwaniem się twojej inwestycji z łańcuchów jakimi próbujesz ją spętać? - Archibald oparł głowę na wierzchu dłoni, a miękki uśmiech nie opuszczał jego ust - Na nieszczęście mojego ojca za wcześnie wyrobiłem w sobie indywidualność, lekką megalomanię oraz nieposłuszeństwo, a na dodatek los pozwolił mi to połączyć z odziedziczoną po nim inteligencją i umiejętnością obserwacji. Wiedział, że nie dam mu się stłamsić czy ślepo podążyć za prawdami, którymi karmił mnie i brata przy rodzinnych obiadkach. Byłem i jestem wadliwym trybikiem w jego wielkiej maszynie, dlatego wolał mnie odsunąć od rodu i trzymać na bezpieczną dla niego odległość. Przekupił mnie wyposażeniem laboratorium tak efektywnie, bym zapomniał o istnieniu świata poza generatorami i skręcanymi w skupieniu golemami. Jak widzisz, do czasu był to bardzo skuteczny plan.
      Archibald pochylił się i wskazał na Akkarina.
      - Potem pojawił się Duncombe, zakaz uprawiania zawodu, a na samym końcu ty czyli niepokorny i intrygujący złodziej z tajemniczą przeszłością. Historią, która zdaje się łączyć z moją aż nadto.
      Baron machnął dłonią, jakby to co miał powiedzieć było tylko jego gdybaniem i tkaniem teorii bez podstaw.
      - Jeśli miałbym już iść za twoim pomysłem, prędzej wskazałbym Maximiliana jako tego "idealnego syna". Posłuszny, ambitny, idealistyczny, perfekcyjny w każdym calu... Mógłbym wymieniać tak długo. Na dodatek prawnik zupełnie nieświadomy tego, jak wiele rzeczy którym tak ochoczo służy jest kłamstwem. On przysłużyłby się sprawie bardziej niż szalony naukowiec z kompleksem maniaka, nie sądzisz?
      Oparłszy się wygodnie, Blackwood odgarnął kosmyki włosów opadające mu na czoło.
      - Niemniej jednak dość o mnie i mojej rodzinie na ten czas. Jak sam podkreśliłeś... Chce wiedzieć za co chcesz zabić mojego ojca i dziadka. Nie żeby ich śmierć jakoś specjalnie mnie zatrwożyła, ale nim odetniesz mnie od źródła finansów wolałbym wiedzieć dlaczego.

      [Będę chciała wprowadzić do tej intrygi jeszcze jedną postać ze środowiska Archibalda, bardzo mocno z nim związaną - mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzać :D (nie, nie jego brata)]

      Usuń
  83. Baron zmarszczył nos wsłuchując się w oskarżenie Robina dotyczące jego rzekomego zamykania się w laboratorium i nie zwracania uwagi na to, co dzieje się dookoła niego. Nie powiedział jednak nic, bo tylko winny się tłumaczy. Nie byłby naukowcem, gdyby nie zastanawiał się nad wszystkimi najdrobniejszymi nawet szczegółami! Patrzenie jednowymiarowo!? Dobre żarty.
    Prawdą jednak jest, że w tamtym czasie był bardzo… Niepoukładany. Chaotyczny w pędzie ku wiedzy. Przekonany o własnych, prawie że boskich, możliwościach i nieograniczonej wprost inteligencji. Chciał zdobyć i nauczyć się jak najwięcej. Nawet światowa wojna nie zarysowałaby zmartwieniem i innymi zbędnymi myślami jego umysłu.
    Oczywiście jednak nie przyzna się do tego ani słowem złodziejaszkowi, bo ten jeszcze mógłby to w przyszłości wykorzystać. Niedoczekanie jego.
    Co do podejrzeń Robina dotyczących ich rzekomego „podobieństwa” i tego, że ojciec oraz dziadek Blackwooda również pracowali nad nim, by stworzyć, jak to określał Robin, chimerę – uważał je za mocno nietrafione. Teraz, gdy przypominał sobie wiele sytuacji w swoim życiu nie widział w nich nic wyjątkowo podejrzanego. I jak wspominał samemu zainteresowanemu, nie był odpowiednim materiałem na zwierzątko i niewolnika nawet jeśli miałoby to tyczyć głównie idei. On wierzył w swoje sprawy i niczego nie stawiał ponad to. Żadnych libertynizmów, żadnych politycznych ugrupowań czy religijnych sekt. Był po prostu on i jego plany, jego marzenia, jego cele i eksperymenty.
    Archibald poczuł jak zdenerwowanie oraz napięcie umykają z serca oraz ramion tuż po tym jak przekroczył próg swojej posiadłości. Tylko tutaj mógł czuć się bezpiecznie… Nie, wróć. Tylko w swoim laboratorium mógł się tak czuć – zamknięty na pięćset spustów i chroniony wymyślnymi mechanizmami mogącymi spopielić w mgnieniu oka.
    Niemniej chciał wysłuchać tego, co złodziejaszek miał mu do powiedzenia o sobie lub całej tej sytuacji. Sam musiał przyznać, że potrafiłby w tym momencie nawet żałośnie prosić go, by podzielił się większą ilością szczegółów. Było to do niego bardzo niepodobne i ohydnie poniżające, ale czuł że kryje się za tym wszystkim dużo większa intryga i niebezpiecznie zaczyna ona dotykać także jego. Jeśli już miał wpaść w tą dziwną pułapkę wolał być na nią maksymalnie przygotowany, a przynajmniej świadom tego z czym ona się wiąże i jak uniknąć śmiertelnego ciosu
    Pozbył się marynarki oraz kapelusza, gdy wspólnie dotarli i zamknęli się w gabinecie wypełnionym zapachem świeżo spalonego przewodu. Znowu żarówki przy zapasowym generatorze podtrzymującym pracę laboratorium się przepaliły sygnalizując przeciążenie w piwnicznej partii – będzie musiał przyjrzeć się, co powoduje spięcie i czemu zżera tyle gównianej mocy. Boże… Zaczyna nawet mówić jak ten złodziejaszek! Zdecydowanie zbyt długo z nim przebywał. Sam nie wiedział, czy ta znajomość ostatecznie wyjdzie mu na dobre, ale póki co chyba… Nie miał czego żałować. No może poza kilkoma sytuacjami, gdzie jego impertynencja zdecydowanie wybijała się na wyżyny, ale całe szczęście dla siebie zalety zdawały się przewyższać wady.
    Blackwood jakby nigdy nic podciągnął rękawy koszuli i rozpiął guziki przy kołnierzyku, wyciągając z metalowej skrzynki obok regału dwie zapasowe żarówki. Przeciągnąwszy ciężki generator pod lepsze światło zaczął wymieniać wadliwe elementy na nowe, wsłuchując się jednak w ciężki oddech Akkarina i jego nader dziwnie niepewne ruchy. Dopiero, gdy umościł się na fotelu wszystko ucichło, poza drobnym szczękiem szklanki obijającej się o stół.
    Archibald, nigdy nie wykazujący się czystą empatią a raczej zimną logiką, pozwolił Robinowi na chwilę spokoju, by szybciej i konkretniej naprowadzić rozmowę na właściwe tory. Zdenerwowany kieszonkowiec był równy długiej ciszy, a tego wolał uniknąć. Nie mieli na to czasu.
    Gdy Archibald wytarł dłonie o brudną szmatkę zgarniętą z jednego z regałów i stanął nad Robinem, ten podjął swoją opowieść. Przyglądał się mu z uwagą, nadal jednak nie siadając obok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, nie obyło się bez pretensjonalnej uwagi, ale baron nie zdążył nawet odbić ciosu bo Akkarin nie zamierzał przerwać.
      No proszę, czyli to o czym mówił wcześniej zdawało się być czystą prawdą. Hodowali ludzi, bo jak inaczej to nazwać? Tworzyli własną maleńką armię, kryjąc się pewnie w opuszczonych wiejskich posiadłościach w zapomnianych przez Boga okolicach.
      Archibald wziął od Akkarina szklankę z alkoholem, krzyżując dłonie na piersi i lekko opierając się o stolik. Pomimo spokoju swojej postawy, jasne oczy płonęły ogniem ciekawości i zainteresowania, a umysł pracował na najwyższych obrotach chłonąc każde nawet najmniejsze słowo. To wszystko było naprawdę niesamowite i podniecające! Jakim cudem oni tak łączyli ludzi, jak potrafili bawić się w stwórcę? Czy te opowiadania o przyszywaniu komuś dłoni miały jakieś fizyczne skutki i czy dawało się w jakiś sposób je ominąć? To wszystko było fascynujące. On sam niejednokrotnie przeprowadzał eksperymenty, no przecież jego służący… Ale nigdy nie robił tego w taki sposób, by pozostawać wyłącznie na biologicznym poziomie. A może robił i nie zdawał sobie z tego sprawy? Może oni też wykorzystywali cuda technologii? Jakie notatki kryli naukowcy współpracujący z Fairfaxem? Gdyby tylko mógł je porównać ze swoimi…!
      Zdał sobie sprawę, że oddycha chyba zdecydowanie zbyt szybko i jeszcze dłuższa chwila, a dostałby bezdechu. Minąłby najlepsze z opowieści Robina.
      ”Część mięśni nie należała pierwotnie do mnie”.
      To zmusiło Blackwooda by poderwał się ze swojego miejsca i stanął zdecydowanie zbyt blisko złodziejaszka przyglądając mu się z jeszcze większą uwagą i zainteresowaniem. Wprost z jakimś obłąkańczym pociągiem, by dostrzec w jego wnętrzu odpowiedzi na wszystkie zagadki. Czy to znaczy, że oprócz tych oczu o niezbadanych talentach miał coś jeszcze, co mogło budować jego niesamowite zdolności? Jakie dokładnie mięśnie, co mu wymienili i jak to wpłynęło na jego wyniki motoryczne. Psychika… Tym zająłby się później, nie był w końcu psychologiem, ale jak udało im się to wszystko udoskonalić nie ingerując w bezpośrednią zamianę kończyn. Czyżby robili to na poziomie mikro… Wymieniając same nerwy i łącząc je jakoś z korą, by nie zerwać czynności!?
      Archibald drżał z podniecenia. Czuł, że go telepie i wcale nie mógł tego ukryć nawet jakby bardzo się starał. Był w tym momencie wyjątkowo niewspółczujący na sytuację Robina, ale na wszystko co święte… Naprawdę nie potrafił nie brać pod uwagi tego, jakie to przedsięwzięcie musiało być wspaniałe naukowo.
      I jednocześnie ohydne humanitarnie, ale odsunął tę myśl na bok imponująco szybko. Nauka wymaga poświęceń nawet jeśli nie wśród wynalazców bezpośrednio. W końcu tak rozwijała się medycyna.
      Ucieczka i pożar zafrasowały go, gdyż to mogło oznaczać, że większa część pracy tych naukowców zniknęła w językach płomieni. Przeklęty los tak sprzeniewierzać się pędowi ku wiedzy!
      Uklęknął przed Akkarinem chwytając go za ramiona.
      - Na pewno nic nie przetrwało? Nie pamiętasz nic, żadnych innych miejsc gdzie mogli hodować te chimery? Niczego, co zatrzymałeś dla siebie? Żadnych dokumentów? Czegokolwiek!? – wyrzucał z siebie pytania z prędkością maszyny, łykając słowa. Absolutnie nie wyglądał teraz na zimnego i opanowanego mężczyznę, a maniakalnego naukowca zamkniętego miesiącami w jednym laboratorium.
      Czy jednak nie był kimś takim?
      Patrzył dłuższą chwilę na Robina, po czym wstał wiedząc że to raczej nie ma sensu. Te pytania, jego zbyt szybko zbudowane pobudzenie na wieść o czymś takim. Nie mógł jednak ukryć, że to nie było fascynujące.

      Usuń
    2. - To naprawdę… Nie spodziewałem się takiego projektu i to pod moim nosem. Gdybym tylko mógł wejść tam i… - mówił sam do siebie, odwracając się od złodziejaszka. Pogrążając we własnych myślach i nowych planach. Ile ta organizacja, ta loża, cokolwiek to było… Ile by mu to dało możliwości! Bez ciągłego dopominania się o kolejne finanse i płaszczenia się przed władzami Akademii.
      Stanął jednak na środku pokoju, gdy uderzyła go jedna myśl. I to co powiedział wcześniej Robin:
      „Mógłbym być skłonny uwierzyć w to, że ten twój Duncombe nie pojawił się właśnie wtedy i w takiej formie, przypadkiem.”
      Czy to właśnie był ten znak? Duncombe jako złodziej niszczący jego marzenia o stopniu naukowym i dalszej, nieskrępowanej pracy ku postępowi… By nakierować go i przywrócić na łono dziadka oraz ojca z podkulonym ogonem, prosząc o możliwość dalszego eksperymentowania za wszystkie skarby świata? Czy wtedy nie wciągnęliby go w swoje własne plany, wykorzystując wiedzę oraz zapał?
      Archibald zacisnął pięści, uspokajając swój niedawny wybuch pasji.
      Byłby ich niewolnikiem, podobnie jak teraz był „sługą Akademii”. Robiłby to, co oni mu każą, a on naiwnie wierzyłby, że te wszystkie działania są kierowane jego ręką. Kolejne odkrycia zrobione przez niego, a nie prawdziwych marionetkowych mistrzów skrytych wśród cieni.
      Ta świadomość gwałtownie wywołała w nim odrazę i poczucie niezależności, którą chciał bronić niczym wściekły zwierz. O nie… Durniem był, że też przeszło mu przez umysł.
      Niemniej jednak.
      Przeczesał włosy, zgarniając je z pokrytego kropelkami potu czoła. Niedbale wytarł je wierzchem dłoni, oddychając spokojnej. Dziki ogień gdzieś umknął, ale nie zniknął całkowicie.
      - Musimy dowiedzieć się o nich czegoś więcej. O tym całym projekcie. Chcę się o tym czegoś dowiedzieć. Najpierw jednak… - skrzyżował dłonie i odwrócił się do Robina znowu na niego spoglądając – Chcę dowiedzieć się, co w stolicy robi Fairfax i wiem od kogo się tego dowiemy. Mam znajomego, jedynego który mnie nie zostawił po tych wszystkich latach, do którego mam pełne zaufanie. Zaproszę go tutaj, raczej nie zdziwi go twoja obecność. W sumie… Nie będziesz nawet musiał udawać, że jesteś kimś innym niż naprawdę.
      Podszedł do drzwi i guzikiem przywołał służkę. Poprosił ją, by nadała telegram do Gregora Monteliera z prośbą o spotkanie, jego starego przyjaciela jeszcze z czasów gdy studiowali razem. Jedyną osobę, której Blackwood okazywał coś na kształt ciepłych uczuć jeśli tak można było określić tą nietypową z jego strony przyjaźń. I miał nadzieję, że ten zjawi się tu rychło.
      Bowiem to właśnie Gregor miał kontakt z jego bratem i był maleńką wtyczką w społeczeństwie, której arystokraci nie traktowali jak zabaweczkę salonów, co działo się w przypadku Archibalda.
      Gdy służka zniknęła, by nadać telegram Archibald klasnął w dłonie.
      - Napijemy się jeszcze? Chcę byś coś sobie jeszcze przypomniał, a czuję że nie zrobisz tego na trzeźwo.

      Usuń
  84. [Nie wiem, czy obchodzisz ale mimo to - wesołych i spokojnych świąt! Odpoczywaj tam i zżeraj wszystko co się da, napełniaj brzuch a planem dietowym martw się później :D No i uważaj na mordercze króliczki...]

    Archibald skrzyżował ręce na piersi, leniwie obejmując dłońmi ramiona. Odwrócił się w kierunku Robina, gdy ten zamknął oczy i rozpoczął swój długi, ale nader ciekawy wywód.
    Złodziej zdawał się zdecydowanie zbyt dobrze bawić, gdy wymieniał tak kolejne zaobserwowane cechy jego charakteru, jakoby łączące go z widzianymi uprzednio chimerami. Nadal twierdził, że baron był efektem bardzo zmyślnego eksperymentu i nie różnił się niczym od obiektów hodowanych w jakimś dziwnym laboratorium grupki „arystokratów”, w tym i jego ojca.
    Jemu nadal się to nie łączyło. W żaden sposób. Musieliby całkowicie napisać jego wspomnienia od nowa, także te najwcześniejsze lata. Bo Archibald nie pamiętał niczego podejrzanego w swoim życiu, co mogłoby uczynić go tym „inteligentnym synkiem trzymanym na smyczy” jak określał to Akkarin. Żadnych tajemniczych wycieczek, spotkań, nawet zastrzyków czy specyfików, zamknięcia w czterech ścianach by zniszczyć i zbudować jego charakter od nowa.
    A nikt… NIKT nie doszedł jeszcze do takiego rozwoju nauki, by móc wykreować istotę od nowa, niczym z glin jak Bóg w którego zresztą Archibald nie wierzył. Owszem odpowiednie połączenie ludzkiego materiału, swoista kompatybilność na poziomie przekraczającym ten fizyczny może doprowadzić do stworzenia „idealnego” człowieka. To jednak wciąż strzał szczęścia, a nie zamierzone, kontrolowane działanie – odrzuconych płodów i nieodpowiednich dzieci mogło być wtedy całe mnóstwo. Dotychczas znał przypadki, Robin również takim był z tego co zrozumiał, że kreowano coś z już dostarczonego przez los obiektu.
    Więc teoria o potencjalnej „chimerowatości” barona była co najmniej chybiona.
    I wciąż uważał, że to Maximilian spośród nich dwóch wydawał się bardziej godnym „pojemnikiem” na wszelkie chore ambicje głowy rodu Blackwood. Bardziej uległy, idealistyczny, oddany „słusznym” celom i zgodny do współpracy na niesamolubną rzecz.
    Ale co jeśli Akkarin ma rację? Co jeśli wszystko to, co go określa jest tylko konsekwencją odpowiedniego eksperymentu? Cały jego umysł, cechy jakimi odznaczał się każdego dnia, jego chora ambicja oraz perfekcja i dążenie do pogłębiania wiedzy…
    Co jeśli to tak naprawdę nie były jego naturalne cechy?
    Co jeśli całe jego życie było scenariuszem napisanym przez jego ojca?
    Blackwood zmrużył brwi, ale niczym innym nie dał po sobie poznać, jakie myśli kłębiły mu się w głowie. Poprzedni wybuch emocji zniknął już za zimną, zdystansowaną i wyrobioną latami fasadą. Ostatni raz pozwolił sobie na takie coś w towarzystwie Akkarina, to było zbyt niebezpieczne. Nienawidził się też odsłaniać przed kimkolwiek, żadnymi uczuciami jakiekolwiek by one nie były.
    Robin strzelał jednak zbyt celnie. Podkreślał to, co budowało charakter Archibalda.
    Na dźwięk jego śmiechu potrząsnął tylko głową. No tak, jak zwykle zeszli na temat ulubiony dla złodzieja. Czy on kiedykolwiek wyjdzie poza coś więcej jak własne erotyczno-fetyszystyczne zachcianki?
    - Proszę cię… Wymieniłeś właśnie cechy połowy kadry akademickiej, jeśli nie jeszcze większej ilości – powiedział pewnie i naprawdę wierzył we własne słowa. To co wymienił Robin było cechami wielkich oraz niespokojnych umysłów, geniuszy zapatrzonych w swoje dzieła niczym w święty obrazek . I Archibald należał do tego kręgu – Chcesz przez to powiedzieć, że cała Akademia Filozofii Naturalnej jest wypełniona chimerami? Posłuchaj sam jak surrealistycznie to brzmi. A może w cudowny sposób mój ojciec i jego tajemnicza grupa pozamieniali wiele tysięcy studentów na własne maleńkie dziełka pod okiem Izby Lordów? Może jeszcze pobierali finanse z ich kieszeni? Gdzie w tym czasie była opozycja? Powiedz mi, gdzie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [No chyba, że to króliczki Playboya - to wtedy bierz i nie patrz :D]

      Gdy Robin ponownie przerwał, by wkropić do oczu lekarstwo, Archibald znowu się odezwał.
      - Bawisz się w filozofa, próbujesz badać duszę niczym Goclenius, a tak naprawdę jesteś tylko obserwatorem. Dobrym, wyjątkowo pomysłowym to przyznam, ale nic poza tym. Twój wywód może i miałby sens, jednakowoż… - mężczyzna zaśmiał się pod nosem, odwracając wzrok w kierunku złodziejaszka – Przestał go posiadać, kiedy zacząłeś rozmawiać na typowe dla ciebie, prymitywnie zwierzęce tematy. Mógłbyś choć raz nie sprowadzać wszystkiego do poziomu seksualnych przyjemności? Byłaby to naprawdę miła odmiana.
      Ostatni raz zaszczycił go spojrzeniem i bardzo nieprzyjemnym uśmiechem.
      - Skoro nie chcesz więcej mówić… - wzruszył ramionami – Obsłuż się sam.
      Podszedł do biurka i chwycił za filiżankę z kawą, której nie dopił przed wyjściem do akademii. Napój był nieprzyjemnie zimny, ale mimo to upił łyka. Zaczął też grzebać po papierach, jakby ewidentnie czegoś szukał.
      - Chciałbym też wiedzieć jedno, bo po twoich słowach i zachowaniu w akademii nie daje mi to spokoju – rzucił, przewracając kolejne kartki. Gdzie to położył? Po dłuższej chwili z nikłym uśmiechem wyciągnął świstek papieru z niezbyt równym, ale czytelnym i nader ładnym pismem Akkarina. Podszedłszy do Robina rzucił skrawek na stolik tuż obok niego – Skoro nasze ścieżki połączyły się osobą mojego ojca, Fairfaxa i wielu innych person wmieszanych w te eksperymenty… Zaczynam się zastanawiać, czy teraz nie obrócisz naszej współpracy na swoją korzyść, wykorzystując mnie niczym kukiełkę w teatrze. Czy nie roi się w twojej głowie pomysł, że wiedziony naukowym instynktem wpadnę do ojca by za wszelką cenę wyrwać z jego zimnych łap notatki o istotach takich jak ty? Nie powiem… Przeszło mi to przez myśl, ale nie jesteś idiotą. Wykazujesz potężne pokłady życiowej inteligencji, sprytu oraz samozachowawczości i nie można przy tobie działać bez planu, pod wpływem instynktu, nie biorąc cię pod uwagę. Gdzie ty będziesz, kiedy ja zacznę kłócić się z ojcem o możliwość tworzenia ludzi takich jak ty?
      Archibald skrzyżował dłonie za plecami i przeszedł na bok fotela w którym siedział Robin. Pochylił się by spojrzeć na niego.

      Usuń
    2. - Oczywiście. Będziesz tuż za mną. Jesteś tylko człowiekiem, jakkolwiek pokrzywionym i zranionym przez eksperymenty. Ty zanalizowałeś mnie, pozwól że teraz dodam coś na twój temat – odchrząknął jakby miał przemawiać na wykładzie - Impertynencki, bardzo pretensjonalny, zawadiacki, potężnie arogancki, bardzo pewny siebie, zaczepny, rezolutny, maksymalnie czujny… Hedonistyczny, nawet mogę pokusić się o stwierdzenie że swoiście sybarycki. Według mojej hipotezy szukasz celu w życiu i osobach, na chwilę lub na dłużej bo pragniesz miejsca na świecie za to że tak dawno ci je zabrano. Lgniesz do nich instynktownie, bo twoje własne dziecięce stado rozpadło się z pożarem ośrodka w którym cię przetrzymywano. To nie oznacza jednak, że nie chcesz się za nie zemścić z młodzieńczej buńczuczności, a gdzie są oprawcy jak nie w rodowym domu Blackwoodów…
      Baron oparł ramiona na zagłówku fotela, patrząc przed siebie i wzdychając.
      - Może mnie tak naprawdę śledziłeś? Odpowiedziałeś na zlecenie nie z czystego zysku, ale bardziej zawiłego planu? Czym więc są nazwiska na skrawku papieru, który mi tak dawno wręczyłeś jako część warunków wzięcia udziału w moim eksperymencie? Dwóch sędziów i prokurator. Czy to też chimery, które podpadły ci wiele lat temu? Może brali udział w nadzorowaniu eksperymentów i dręczyli nocami, gdy nie pozwalano ci zasnąć w chłodnej celi? – położył dłonie na bokach głowy Akkarina, zaciskając mocniej palce, więżąc czaszkę w nieprzyjemnym uścisku - Wgryzali ci się do umysłu poprzez ciało więc stąd w ramach autoobrony tak pragniesz normalnego ludzkiego kontaktu, bo możesz w nim pokazać jak bardzo jesteś górą? Może tylko jedno nazwisko to prawda bym niczego się nie domyślił, a resztę zmyśliłeś?
      Puścił go i bez cienia emocji powolnym krokiem wyminął złodzieja, gdy usłyszał pukanie do drzwi gabinetu. Uśmiechając się tajemniczo do siebie przyjął od służki wiadomość od Gregora.
      Poprosiwszy ją o kawę, przekazał Robinowi wiadomość:
      - Jest w drodze – jak gdyby nigdy nic, powrócił do swojego towarzysza zajmując miejsce w fotelu obok – Jak to jest więc z naszym układem, panie złodzieju?

      Usuń
  85. [Panie... Wybacz. Ale pisałam. I pisałam. I pisałam. I pisałam.
    I dlatego to taki potwór wyszedł ;_; Mam nadzieję, że cię nie zanudziłam!]

    Archibald zaśmiał się gardłowo na pomysł Robina. Czy zasiałby w ojcu ziarno niepewności? Nie jest tego taki pewny- nigdy nie wydawał się mu kimś kogo w łatwy sposób wybić z równowagi zaledwie kilkoma słowami czy intrygami, jakkolwiek nie były cenne. Z całą pewnością, gdyby Archibald zaczął grzebać ten zakopałby całą tajemnicę jeszcze głębiej i po prostu wyśmiał starania własnego syna. Jeśli młodszy Blackwood chciałby coś odkryć to z większym lub mniejszym pozwoleniem mistrza ceremonii. Nie uważał się absolutnie za mniej inteligentnego czy sprytnego od swojego ojca, ale starcie nie dokońca byłoby wyrównane z korzyścią dla niego. Znał go przeszło całe swoje życie i choć nie bywał ostatnio w rodzinnej posiadłości z całą pewnością senior nie zmienił się nic, a nic od dziecięcych czasów Archibalda. Wciąż tak samo jadowity, błyskotliwy, chytry i w większej części pozbawiony kręgosłupa moralnego.
    Archibald oparł głowę na dłoni.
    Cóż, chyba jednak niewiele się od siebie różnili.
    - Może trochę bym miał. Sprzęt laboratoryjny kosztuje majątek, a ja nie mam kieszeni bez dna - uśmiechnął się diabelsko w kierunku złodzieja - Chyba, że masz w zamiarze dokładać się do mojego budżetu, a jeszcze o tym nie wiesz.
    Uniósł brew, gdy Akkarin oznajmił, że nie ma pamięci tak dobrej i trwałej jak fotografia. Cóż, nigdy tak nie twierdził, ale samo naszkicowanie bransolety, na początku ich znajomości, z dość dużą dokładnością wydawało mu się ciekawą umiejętnością. Po drugie nie chciało mu się wierzyć, że Robin nie myślał strategicznie - inaczej nie byłby złodziejem. Tacy ludzie, choć posiadają instynkt i "szósty zmysł", wiele by nie zdziałali bez dokładnego przygotowania się i obmyślenia wszystkich możliwych rozwiązań. Widział jak ten przygotowywał się do skoku na posiadłość Brama i nie - nie mógł "nie przecenić" jego zdolności. Robin mógł udawać, że jest głupszy i mniej roztropny niż naprawdę, ale po czasie spędzonym z nim Archibald raczej nie dałby się nabrać na tak oczywistą sztuczkę. Choć nie mówił tego na głos, to Robin zdawał mu się być osobą, której należy sie obawiać i respektować jej umiejętności, a także oczekiwać więcej bo w swej przewrotności złodziej mógł wywieźć cię na manowce jeśli odpowiednio do niego nie podejdziesz.
    Możliwym też było, że to Blackwood wszystko analizował zbyt dokładnie i wyolbrzymiał charakter Akkarina - wolał jednak myśleć, iż to wszystko to prawda. "Więcej" w przypadku podchodzenia do świata znaczy bezpieczniej.
    Naukowiec wzdrygnął się odrobinę, gdy Robin ledwie musnął nosem jego policzek. Nie lubił kontaktu fizycznego z kimkolwiek, jeśli nie był on zainicjowany przez niego lub tego wymagała zwykła uprzejmość oraz etykieta. Złodziej jednak już od dłuższego czasu łamał wszelkie zasady jeśli chodzi o czyjąś przestrzeń osobistą. Im bardziej Blackwood się jeżył tym sprawiał więcej radości Akkarinowi - już to przerabiali.
    Nie poruszył się więc, by nie dać mu żadnej satysfakcji. Dziecinne i naiwne zagranie, ale czekał na dalszy ciąg tej dyskusji, a złamanie jej teraz nie leżało w jego planach.
    Prychnął wyraźnie rozbawiony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Cała twoja wcześniejsza tyrada o zlikwidowaniu mojego ojca i utrudnianiu życia Fairfaxowi nie brzmiała jak "obietnica o nieszukaniu zemsty". Zdecyduj się na jedną wersję wydarzeń nim otworzysz usta - zadarł głowę, by spojrzeć na Robina i roztrzepując kosmyki poukładane w dziwnym ładzie przez niego. Przepuściwszy komplement obok uszu, nie było sensu tego komentować a także nagłej bliskości złodzieja, splótł dłonie i uniósł je do ust. Po chwili odpowiedział jakby nie wierzył, że Akkarin naprawdę zastanawia się nad tym wszystkim - Oczywiście, że go zdrapiesz. Już go naruszyłeś, choć nie z własnej winy to prawda. Znajdziesz sposób, by się tego wszystkiego pozbyć. Szczerze powiedziawszy... Zawiódłbyś mnie, gdybyś posunął się tylko do prostego morderstwa. Jesteś na to zdecydowanie zbyt makiaweliczny.
      Dotyk Robina drażnił go, rozchodząc się po jego ciele niczym wyjątkowo namolne mrówki. Mimowolnie napiął się, nawet nie wiedząc kiedy to zrobił. Nie chodziło nawet o to, że był zdegustowany, a nawet że Robin narusza kodeks dżentelmeński - czy naprawdę Archibald wyglądał na kogoś kto takowym podążał?
      Po prostu nie lubił tego. Westchnął ciężko, poruszając się odrobinę i dając bezsłownie Akkarinowi znać, by nie zapędzał się tam gdzie nie powinien.
      - Myślisz, że będę siedział w laboratorium, bo mi każesz? Chyba tylko po to, żeby znaleźć sposób jak pozbyć się twojego zuchwałego języka - powiedział. Słowa Robina miały jednak w sobie ziarenko prawdy. Archibald znał te osoby tylko z widzenia i niewielu plotek, jakie docierały do jego uszu na salonach. Złodziej najlepiej wiedział, gdzie jest ich słaby punkt i z całą pewnością był lepiej przygotowany na potencjalne starcie z nimi jeśli takie nastąpi. Blackwood mógł mieć kilka asów w rękawie, przygotować wszystko według swojego planu, ale nie był "dzieckiem konfliktów". Ci bliźniacy, według tego co wyłapał z wielu wspominek Robina, mogli być diabelnie zmyślni, ale też odrobinę "zbyt agresywni". Robin potrafił zniknąć w cieniach w razie zagrożenia, a Archibald niekoniecznie.
      Po kolejnym cmoknięciu uniósł dłoń.
      - Mógłbyś przestać naprawdę - sam wstał, krzyżując dłonie na piersi i przyglądając się jak zwykle pewnemu siebie oraz krnąbrnemu mężczyźnie przed sobą. Przywoławszy służkę, Akkarin chciał opuścić gabinet, ale nie powstrzymał się przed kolejną wątpliwą propozycją. Archibald zmarszczył brwi i odwrócił się idąc w kierunku biurka. Rzucił tylko krótkie - Chyba śnisz.
      Został sam w pomieszczeniu w którym zaległa cisza, przerywana tylko od czasu do czasu bzyknięciem generatora. Wyciągnął na stolik stos papierów i szkice maski z ostatnich kilku dni. Musiał się im przyjrzeć, a przez wyprawę do Akademii nie miał zbytnio czasu nad zastanowieniem się jak zharmonizować własne dzieła z tym artefaktem przeszłości. Gdzieś leżała nitka, którą musiał pociągnąć, ale wydawało mu się, że gdy tylko ją chwyta to ta umyka. Po kilkudziesięciu minutach do pokoju weszła służka z kawą o którą poprosił. Archibald uniósł na nią spojrzenie, gdy ta niemalże nieśmiało i z aurą przestrachu stawiała tacę na biurku. Chciała odejść, gdy naukowiec ją zatrzymał prostym poleceniem "stój". Podszedł do niej i przyjrzał się metalicznej twarzy. Oczy skryte za maską wyrażały zaniepokojenie, ale mimo to jego "dzieło" stało nieruchomo.
      Skrzyżowawszy ręce za plecami, nadal analizował bez najmniejszego nawet słowa. Czarna maź uciekała spod nakładki nasercowej, brudząc lekko metal pokrywający jej pierś. Nie wyglądało to zbyt pięknie, ale na razie to najmniejsze zmartwienie Archibalda. Zastanawiał się, jak połączyć to słabe jeszcze ciało z innowacjami leżącymi w skrytce laboratoryjnej. Wiedział jak chce dopełnić zemsty, ale jego dzieła były niedoskonałe oraz słabe.
      Służka uniosła dłonie do serca samowolnie, jakby chciała pokazać coś swojemu stwórcy. Brudząc palce w mazi wydała z siebie brzydki, bulgoczący dźwięk. Nieszczelność musiała jej również doskwierać.

      Usuń
    2. Nie było sensu robić eksperymentów, jeśli wszyscy jego służący zniszczeją z powodu ubytków. Nie miał "materiału" do stworzenia nowego pachołka, a to wymagało też czasu. Sam nie wiedział czy go mają. Owszem idealny osobnik pewnie lepiej przyjąłby zmianę maski lub nałożenie jej bezpośrednio od razu, ale z całą pewnością będzie musiał przeprowadzić też próbę krytyczną. A do tego mógłby wykorzystać własnych służących.
      Jeśli nie padną mu na miejscu.
      Archibald westchnął i minął służkę, by podejść do oszklonej szafki i wyciągnąć ze środka narzędzia. Podejrzewał, który element przestał funkcjonować, ale musiał się do niego dostać.
      - Usiądź - nakazał jej, wskazując na krzesło. Służka niepewnie i drobnymi kroczkami skierowała się w tamtą stronę, siadając sztywno. Blackwood wyciągnąwszy śrubokręt, podszedł do niej i zaczął odkręcać uformowaną płytę na jej piersi. Gdy chciał ją ściągnąć, by odsłonić mechanizm napierśnik nie chciał ruszyć. Chwycił pewniej krawędzie i szarpnął, coś się musiało zaciąć. Nie było to proste, zaciek musiał zalać i stwardnieć na śrubach. Pociągnął mocniej, a płyta zluzowała przekrzywiając też lekko naplecznik chroniący plecy.
      Ból przeciął dłoń Blackwooda, gdy ostra krawędź wbiła się głębiej we wnętrze jego lewej dłoni. Krew popłynęła na podłogę i po napierśniku służki. Archibald wstał, spoglądając na ranę.
      - Cholera... - przeklął cicho. Siedząca służka poruszyła się niespokojnie. Gdyby miała w pełni wolną wolę pewnie uciekłaby nie zwracając uwagi na wyzierający na świat mechanizm na jej piersi. Przypominał on ten znajdujący się w środku zegarów, z gładko ułożonymi i połączonym ze sobą elementami. Pracowały niemalże bezszmerowo, łącząc ze sobą dwa duze cylindy oraz szklaną tubę w której pracował generator. Amperomierz mierzył pomiar natężenia prądu, a urządzenie obok niego kontrolowało nagłe skoki i spadki w obwodzie elektrycznym. Zastanawiał się, kiedyś czy do całości nie dołożyć rezonatora, ale to oznaczałoby wplecenie dodatkowego elementu do "charakteru" służących, który w gruncie rzeczy był zbędny. Zębatki wymagały przeczyszczenia, ale na ten moment z przytomnym obiektem nie mógł tego zrobić.
      Archibald nim wziął lupę, chwycił za kawałek szmatki i zakrył ranę, by nie zakrwawić całego mechanizmu. Nałożył okulary na nos i przyglądał się zza szkła powiększającego, gdzie mógł być wyciek.
      - Aha... Mam cię - wyszeptał do siebie widząc, że jeden z gwintów złącznych odkręcił się, pewnie w skutek silnych drgań. Mógł wcześniej pominąć dodatkowe zabezpieczenie na tym elemencie, co wywołało w nim zawód nad własną pracą. Jak on mógł tego nie zauważyć!?
      Potrząsnął głową i uniósł dłoń do ust. Musiał to czymś zabezpieczyć i uszczelnić gwint.
      W szafce znalazł pakuły i specjalną pastę ze stabilizatorem. Nawinął włókno lniane zgodnie z kierunkiem skręcania i docisnął złącze. To na jakiś czas powinno zabezpieczyć przeciek, a na czyszczenie oraz dokładne przyjrzenie się problemowi będzie musiał znaleźć dzisiaj więcej czasu. I wyłączyć mechanizm nim przejdzie do czegoś więcej.
      Archibald zakrył mechanizm płytą i dokręcił śruby. Odsunął się od służki i machnął ręką, że może już wyjść. Odrobinę przerywanym, mozolnym krokiem skierowała się ku wyjściu, mijając w drzwiach nikogo innego... Jak Gregora Monteliera, który pojawił się szybciej niż naukowiec przypuszczał.
      - Archibald, jak dobrze cię widzieć. Pozwoliłem sobie przyjść prosto do twojego gabinetu. Pracowałeś? - spojrzał na oddalającą się służkę po czym przywitał się ze starym przyjacielem, podchodząc do niego i wyciągając rękę. Blackwood wyprostował się i nawet, o dziwo, uśmiechnął przyjaźniej do znajomego ze studiów. Montelier po krótkim, braterskim uścisku spojrzał na owiniętą niedbale dłoń Blackwooda kiwając głową ze zrezygnowaniem - Jak zwykle nieuważny w wyścigu ku wiedzy, nie zwracający uwagi na własny organizm. Apteczka?

      Usuń
    3. Naukowiec kiwnął głową w kierunku szafek, a Gregory postanowił obsłużyć się sam. Wyciągnął niewielkie drewniane pudełko w którym Blackwood trzymał wszystkie mniejsze medykamenty. Montelier położył potrzebne specyfikanta na biurku tuż obok znajdujących się tam bandaży. Ściągnął też ciemny dopasowany płaszcz i podwinął rękawy idealnie skrojonej, czarnej koszuli skrytej pod prostą kamizelką
      - Nic się nie stało, drobne skaleczenie - powiedział Archibald, patrząc na Gregora ze skrzyżowanymi na piersi ramionami.
      Przyjaciel nie słuchał go jednak wcale, biorąc dłoń Blackwooda i rzucając zakrwawioną szmatkę na biurko.
      - Yhmm... Zwykła patyna tego stworzenia może zakazić ranę. Przestań zachowywać się jak dziecko i pozwól działać komuś, kto się na tym zna - mruknął mężczyzna wyższy od niego o pół głowy, przyglądając się wnętrzu dłoni naukowca, chwytając jednocześnie za jedną z buteleczek. Powąchawszy zawartość, zamoczył w niej kawałek wacika. Powoli i dokładnie oczyszczał ranę.
      Archibald przyglądał się Gregorowi. Niewiele zmienił się od czasu kiedy ostatni raz go widział, te pół roku temu. Jedyną różnicą było to, że czarne niczym węgiel, gładko zaczesane włosy przecinały pasma siwizny, ciekawa zależność dziedziczna, bo z całą pewnością nie nerwy - Montelier umościł sobie wygodną, dostatnią posadę w najlepszym ze szpitali Londynu, choć czasem sam zgłaszał się do wydziałów bardziej "ambitnych", badających zarazy i epidemie oraz chwiejności dziedziczenia pewnych cech. Wciąż posiadał ten niesłychanie spokojny wyraz twarzy, ale jasne niebieskie oczy zdradzały mądrość oraz zachłanność jeśli chodzi o ciągłe pogłębianie własnej wiedzy.
      - Max pytał o ciebie ostatnio - powiedział po chwili doktor, zmywając krew z okolic rany nim nie zabierze się za nakładanie opatrunku.
      Archibald nie zapytał "dlaczego". Nie chciał wiedzieć, po co brat zainteresował się jego bytnością. Może Fairfax coś podejrzewał?
      - Co dziwne, spytał o to na kolacji w której uczestniczył również Fairfax. Zaskakujące, czyż nie? - Gregor uśmiechnał się uprzejmie, spoglądając na przyjaciela. Blackwood zamrugał patrząc na niego ze zdziwieniem, które tak rzadko gościło na jego twarzy - Najpierw pojawia się on, później ty do mnie telegrafujesz.
      No tak, jak zwykle wyprzedzał jego myśli.
      Spokojny, miękki grymas nie opuścił twarzy doktora, kiedy owijał precyzyjnie dłoń naukowca w czysty bandaż. Gdy skończył spojrzał na niego z uwagą i chwycił jego ramię. Blackwood cofnął się odrobinę, sztywniejąc, co nie zraziło jednak Gregora.
      - W co ty się pakujesz, Archibald? - spytał.
      Blackwood patrzył na niego zupełnie bez żadnych emocji. Może i Montelier zasługiwał na odpowiedź nim zacznie pytać o cokolwiek, ale nie teraz. Pogadać o tym mogli prywatnie, nie dzisiaj jednak.
      - Później, Gregor. Chcę cię zapytać o Fairfaxa, skoro o nim wspomniałeś. Zresztą ja i mój wspólnik, który... - odpowiedział, chcąc strącić dłoń Monteliera z własnego ramienia. Mężczyzna chwycił nadgarstek Archibalda nim ten go uniósł.
      - Nie rób ze mnie idioty. Pomagam ci, bo jesteś moim przyjacielem, ale nie będę uczestniczył w czymś, co może zaprowadzić cię do grobu. Przyjazd Fairfaxa nie jest przypadkiem i wiesz o tym - Gregor powiedział pewniej. Baron patrzył na niego z ledwo skrywaną wściekłością, że znowu miesza interes z tym czym nie powinien. Szanował Monteliera, widząc w nim swojego jedynego bezinteresownego sojusznika i równie inteligentnego rozmówce, ale czasem jego "troska" przeszkadzała mu w trzeźwym odbiorze rzeczywistości. Ten prymitywizm nie pasował do niego, doktora z ambicjami.
      - Zachowujesz się irracjonalnie. Potrzebuje tylko twojej pomocy, a nie krótkowzrocznej oceny moich działań. Puść mnie - wzrok Archibalda był stanowczy, a słowa kryły w sobie bezdyskusyjność. Wiedział jednak, że nie złamie tak łatwo Gregora jeśli nie wyjawi mu czegoś więcej, bo ten zaprze się i po prosty wyjdzie.
      I niewiele spłynie ze skarbnicy informacji z pierwszego frontu.

      Usuń
    4. [Spóźnione dziękuję za życzenia świąteczne :D Co do ustalania, to nie wiem... W sumie możemy jakiś szkic ustalić, bo ja na razie mam to że zemsta Archibalda w Izbie Lordów i próbuje połączyć to z jego nowymi "zabaweczkami", ale możemy też zając się tymi bliźniakami o których Akkarin wspomina.
      Chyba że wolisz na żywioł, dobrze nam to póki co idzie :D]

      Usuń
  86. [Haha no już nie obiecuj mi takich przyjemności jak długie znęcanie się nade mną bo się rozpłynę z ekstazy <3
    Co do macania Archibalda to czy mam na to jakiś wpływ hahaha? :) Hmm... Nie wiem czy chce, żeby Archi był taką samą chimerą jak te które pouciekały z laboratorium, może być jakąś "ćwierć-chimerą" lub efektem ubocznym eksperymentów. Chciałabym mu, jak coś, dać dużo dziwnych dolegliwości które się uaktywnią w odpowiednim momencie :D
    Pomysły z bliźniakami i Rose są mega ok, może zaczniemy od bliźniaków? Zaczną się kręcić tu gdzie nie powinni? Tylko jak chcesz się nimi zająć? :)
    Odpis krótki, ale mam pomysł jak rozegrać info od Gregora w kierunku Fairfaxa jeśli pozwolisz - chciałam jednak dać ci trochę akcji! :)]

    Gregor nadal patrzył na Archibalda wzrokiem w którym mieszało się zarówno współczucie, jak i niewzruszoność na jego ostre słowa. Naukowiec wiedział, że ten mężczyzna tak łatwo nie odpuści i nie podzieli się informacjami, póki nie dostanie czegoś w zamian - tym razem miała być to pewność, że Blackwood nie pakuje się w jakieś bagno z którego nie wyjdzie.
    Przynajmniej nie w jednym kawałku.
    Archibald chciał wyrwać rękę, jakkolwiek nie wyszedłby wtedy na nieuprzejmego, gdy drzwi do gabinetu otworzyły się, a do środka wślizgnął Akkarin. Gregor zamrugał zdziwiony, jakby nie spodziewał się gościa lub przepuścił koło ucha komunikat przyjaciela dotyczący "wspólnika".
    Nawet jakby gospodarz próbował zasłonić prawdę dotyczącą nieznajomego lekarzowi gościa to na niewiele by się to zdało. Kłamstwo dotyczące kuzynostwa nie miało tu sensu - Gregor znał rodzinę Archibalda nawet lepiej niż on sam. Częściej bywał na kolacjach, zapraszany nie tylko przez Maximiliana, ale też ojca braci. W końcu znajomość z tak prominentnym doktorem mogła przynosić tylko same zyski. Skoro jeszcze wyszła sprawa z potencjalnymi eksperymentami seniora rodu to kto wie, czy Gregor nie jest kolejną osobą do wciągnięcia w te tajemnicze badania. Pytaniem jest jednak, czy ten by się zgodził - lekarz nie należał do osób całkowicie kryształowych, ale jednak miał swój honor oraz kręgosłup moralny których się trzymał.
    Prędzej Archibald dołączyłby do tych nowych badań, złakniony wiedzy oraz przeżarty ambicjami, nie tak honorowy jak Montelier.
    Archibald wyszarpnął miękko dłoń z uścisku przyjaciela, rozmasowując nadgarstek. Nie znosił czegoś takiego i Gregor dobrze o tym wiedział już od dawna. Mimo to jakby nigdy nic naruszał jego prywatną przestrzeń zupełnie jak Robin - ta "zabawa" naprawdę nie miała dla niego żadnej rozrywki, a tym bardziej sensu. Tylko im sprawiało to jakąś sadystyczną radość.
    - A to jest...? - lekarz zawiesił głos, krzyżując dłonie na piersi i patrząc na Archibalda.
    Blackwood oparł się wygodniej o biurko, odwracając się w kierunku złodzieja.
    - To mój... Kuzyn - uśmiechnął się przewrotnie, na co Gregor pokiwał głową w geście bezradności. Jakby chcąc zrzucić z siebie nieprzyjemne uczucie spowodowane kontaktem fizycznym, nawet z o dziwo lubianym przez nim Montelierem, roześmiał się cicho wzruszając ramionami - Mówiłem ci, że mam wspólnika. Może ci się przedstawi skoro już zdążył mnie pouczać.
    Blackwood wstał, podchodząc do srebrnego, misternie grawerowanego serwisu do kawy. Dekoracyjna zaparzarka po chwili znalazła się w jego dłoniach nalewając kawy gościowi oraz gospodarzowi. Spojrzał kątem oka na Akkarina zalał jeszcze jedną filiżankę. Zabielając kawę Monteliera mlekiem oraz dodając dwie łyżeczki cukru, podał mu spodeczek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - A więc to jest ten "śliczny kuzyn" o którym rozpowiadała ostatnio tłuszcza, która zdążyła go zapamiętać przed pijaństwem? - mruknął lekarz, dziękując za napój i mieszając w nim delikatnie łyżeczką. Mruknął upijając łyk jakby w synchronizacji z Archibaldem, który również zamoczył usta w kawie. Cmoknął raz - Niektórzy byli zachwyceni twoim młodym towarzyszem, mówiąc o nim jako o całkowitym przeciwieństwie. Młodziutki, uroczo naiwny, czarujący i ponoć rozkosznie mrugający rzęsami. Ideał w ich oczach. Zastanawiałem się kto w twojej rodzinie może być tak... Dziecinny.
      Archibald poczuł wzrok Gregora na sobie.
      - Twój brat myślał nawet, że sprowadziłeś sobie jakiegoś chłopca z egzotycznych krajów "do pomocy". Widać dawno nie miał z tobą do czynienia, bo przecież ciebie oziębia nawet najmniejsza forma kontaktu międzyludzkiego - zażartował.
      - Będziesz mnie teraz uzewnętrzniał? - prychnął, wstając i powoli zmierzając na środek gabinetu.
      - Nie, zbyt dużo historii musiałoby wyjść na światło dzienne - zaśmiał się, nie zaszczycając już Robina uwagą. Usiadł na krześle za biurkiem Archibalda i westchnął - Więc? W co się wpakowałeś?
      I znowu, jego ciekawość! Ta ocena krążąca w zakamarkach umysłu lekarza od której zależały informacje "z pierwszej ręki". Powinien być całkowicie obiektywny, Blackwood gotowy nawet był mu zapłacić żeby tylko przestał zadawać tak irracjonalne pytania. Czy ta wygodna posadka obdarła go z naukowej ekscytacji i szukał emocji gdzie indziej, byleby tylko mógł głośno wypowiedzieć swoje zdanie, które w tym momencie było im zbędne?
      Archibald wiedział, że nie ma nic za nic, ale naprawdę - wolałby żeby poprosił o cokolwiek z jego wynalazków, pieniądze, przysługę... A nie zaczynał czymś tak prymitywnym i emocjonalnym. Nie byli już w Akademii i nie mieli lat dwudziestu.
      Westchnął, przecierając wolną dłonią skronie.
      - Jestem winny mu przysługę, ale Fairfax zbytnio się nami interesuje byśmy mogli cokolwiek zdziałać - powiedział krótko.
      - Yhhmm... A czemu jeśli mogę spytać?
      - T