1 grudnia 2015

Bez ciała można żyć, bez duszy jedynie istnieć.

Miranda Langer
naprawdę
Beliar

Cichy szelest ubrania które zawsze układa się jak poruszany wiatrem aksamit.
Uważne spojrzenie czarnych jak węgle oczu, które nigdy nie mrugają.
Elegancki głos w którym czasem słychać echo innych.
Uniesienie jednego kącika ust. Uśmiech nie obejmujący oczu.
Idealnie białe zęby o zaostrzonych końcach.
Ciało które jest jedynie powłoką.

Niegdyś księżna piekieł, w czasach materialnego strachu walczy o byt. Istnieje tak długo, jak sama ludzkość, ale żeby żyć nadal, potrzebuje ludzkiej duszy.
Świat wygląda w jej oczach jak widziany przez noktowizor, pozbawiony większości barw
i emocji. Zna tylko rozum, zimną logikę i kontrakt. Każdy jej ruch cechuje nieludzka wręcz precyzja. Lubi kontakt cielesny, dąży do "przypadkowego" dotyku. 
Zainteresowana Tobą, milczy o sobie.

4 komentarze:

  1. Wprawdzie poważnej pani doktorantce przystoi przede wszystkim praca i badania, a nie wieczorne wizyty w pubach, jednak każdy musi się czasem odchamić. Vreer nie była aż taką sztywniarą, za jaką można ją było uważać, gdy widziało się ją w fartuchu i przy pracy. Też czasem wychodziła, choć zdarzało się to raczej rzadko, zważywszy na to, że nie miała tabunu znajomych. Tym razem było to zwykłe spotkanie z koleżanką na kawce. Z tą różnicą, że zwykła kawa zamieniła się w kawę z prądem, a że dobrze się gadało, to owe pogaduchy przeciągnęły się trochę zbyt bardzo. Vreer jednak wiedziała, że może sobie na to pozwolić, bo następnego dnia miała wolne. Kiedy wyszły z kawiarni, było już ciemno. I późno. Rozstały się i każda poszła w swoją stronę. Autobus uciekł jej sprzed nosa, a na taksówkę nie miała wystarczającej ilości gotówki. Stanie i czekanie na przystanku mijało się z celem, więc Vreer uznała, że po prostu się przejdzie. I tak dojdzie do domu szybciej, niż autobus w ogóle się pojawi.
    Miasto było dziwnie opustoszałe, co było o tyle zaskakujące, że przecież wszyscy powinni imprezować, skoro następnego dnia nie trzeba było iść do pracy. A może po prostu właśnie imprezowali, tylko nie włóczyli się po podejrzanie wyglądającym osiedlu. Vreer wybrała tę drogę, bo była krótsza i mogła dotrzeć do domu szybciej. Nawet jej do głowy nie przyszło, że cokolwiek mogłoby się stać. Nie wierzyła w statystykę, bo nie wiedziała, na jakiej podstawie jest ona badana i określana. Szła sobie tylko spokojnie, spacerkiem, złorzecząc trochę na baterię w telefonie, bo wyświetlacz pokazywał dokładnie dwa procenty. Kiedy szukała w torebce chusteczek, poczuła nagłe szarpnięcie, a telefon wypadł jej z dłoni i zgasł. Sama Vreer upadła, dosyć boleśnie się obijając.
    Nie zapamiętała wiele, prócz uderzenia w głowę. Kiedy się ocknęła, mogła tylko przyłożyć dłoń do czoła i jęknąć z bólu. Potem przesunęła ją na potylicę, pod palcami poczuła zaschniętą krew, ale i tak wytrwale próbowała się podnieść, choć świat trochę wirował. Leżała w jakimś ciemnym zaułku, na ziemi, brudna i obolała, z rozdartą bluzką, ale kiedy sięgnęła ręką między nogi, uznała, że nic więcej jej nie zrobili. O ile mogła mówić w liczbie mnogiej. Kręciło jej się w głowie i nie dała rady jeszcze wstać, więc opadła z powrotem na plecy. Dotarło do niej, że nie ma swojej torebki i telefonu, a to wyjaśniało, czego napastnicy od niej chcieli. Inna rzecz, że w portfelu też nie miała zbyt dużo kasy, telefon był stary, a w torebce nie nosiła żadnych cennych rzeczy. Wielkiego łupu więc nie zdobyli.
    Kiedy usłyszała hałas na końcu zaułka, spanikowała, myśląc, że wracają. Chciała odruchowo uciec, podczołgała się trochę do odrapanej ściany, ale na przeciwległej ścianie pokazał się cień zwierzęcia, które najprawdopodobniej zmierzało ku śmietnikom, by znaleźć coś do jedzenia. Vreer była przytępiona, skojarzyła to z jedynym stworzeniem, które naprawdę lubiła, a które siedziało teraz samotnie w domu, głodne, bo już dawno powinna była wrócić i napełnić mu miskę.
    - Beliar – jakoś tak samoistnie wyszeptała imię kociaka, nie zdając sobie sprawy z tego, że się przejęzyczyła. Tak naprawdę ledwo zdołała otworzyć usta i wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk.
    Stworzenie, które się pojawiło, było jednak brzydkim, rudym, brudnym i obdrapanym kocurem ani trochę nieprzypominającym jej ukochanego kota. Przebiegł szybko obok, kierując się do śmietnika, a Veer tylko westchnęła i opuściła głowę, opierając ją o zimne, betonowe płytki chodnika.


    [nie jestem zachwycona, ale pociesz mnie i powiedz, że wyszło w miarę dobrze, okej? chyba, że naprawdę jest kiepsko...]

    OdpowiedzUsuń
  2. [jak uważasz, jak Ci lepiej. Dotychczas zwykle wszyscy pisali w trzeciej osobie, ale nie ma to większego znaczenia, jeśli tylko Tobie jest wygodniej pisać w pierwszej.]

    Bezpański kot nie miał nic wspólnego z Berialem. Był rudy, brzydki i przebiegł czym prędzej, znikając w ciemności. A Vreer doznała ogromnego uczucia rozczarowania, choć myśl, że kot mógłby jej w jakikolwiek sposób pomóc w tej sytuacji była głupia sama w sobie. Trochę jeszcze ją ćmiło w głowie, choć starała się myśleć w miarę przytomnie. A najważniejsze w danej chwili to było wstać i zorientować się, gdzie w ogóle jest. Kiedy usłyszała kroki, spanikowała. Chciała uciec, nawet jeśli równało się to czołganiu się po brudnej ziemi. Byle dalej od jakiejkolwiek żywej istoty. Przecież mogli wrócić… Choć niewiele mogliby jej jeszcze zabrać.
    Ale przecież nie nosiliby obcasów, prawda? To była jedyna logiczna myśl, jakla pojawiła się w głowie Vreer. Głos też nie pasował. Był miły, zainteresowany… Choć równocześnie z dystansem. Ale to mógł być podstęp. Choć trudno byłoby sobie wyobrazić, by miała ją teraz (albo w ogóle kiedykolwiek) zaatakować elegancka kobieta.
    - Nie… Nie wiem. Może – wykrztusiła z trudem, siadając. I tak była brudna, więc nie miało znaczenia, czy posiedzi lub poleży jeszcze kolejną chwilę, nie było sensu czym prędzej się zrywać. Ale i tak chciała wstać. I wrócić do domu. Była na tyle przytomna, aby wiedzieć, że to jest najważniejsze na ten moment.
    Spróbowała wstać, wspinając się po ścianie budynku. Dosyć mocno się przy tym chwiała.

    [A z tego wszystkiego, to muszę Ci pokazać mojego kiciusia :D
    https://www.instagram.com/vincent.vega.cat/]

    OdpowiedzUsuń
  3. Może słowa o tym, że nie musi się bać i nic jej nie grozi byłyby wiarygodne, gdyby osoba je wypowiadająca była albo kimś znajomym, albo jakimś funkcjonariuszem, czy to policjantem, strażakiem lub ratownikiem, nieważne. Ale byłaby godna zaufania. Natomiast obca osoba nie wzbudzała zaufania, nawet jeśli brzmiała uspokajająco. Nie atakowała jednak Vreer, a to uspokoiło ją na tyle, by nie odskakiwać w panice, uznać, że jednak nieznajoma kobieta chciałaby pomóc i pozwolić się postawić do pionu i podprowadzić.
    Aczkolwiek dziwne było to, że ktoś taki jak ona, tak elegancko ubrany i wyglądający na kogoś pokroju dobrze zarabiającej prawniczki (chyba się za dużo seriali naoglądała) znalazł się w takim miejscu. Szemranym i brudnym.
    - Do szpitala? – zjeżyła się jakoś tak odruchowo. Nie lubiła szpitali, nawet mimo tego, czym zajmowała się na co dzień.- Prędzej na… - chciała powiedzieć, że na policję, bo przecież ukradli jej portfel, telefon najprawdopodobniej też, właściwie to chyba całą torebkę, ale zamilkła, słysząc, co mówi kobieta. Z opóźnieniem, ale jednak dotarł do niej sens słów.- Zemścić na kimś? – wykrztusiła z trudem, wyraźnie zaskoczona.
    Skąd taki pomysł? Najwyraźniej wcale nie była prawniczką niosącą dobro. Vreer oprzytomniała w tym momencie na tyle, by się odsunąć i to dosyć stanowczo, nawet jeśli nadal kręciło jej się w głowie, mnóstwo miejsc na ciele ją bolało i miała mały problem ze staniem idealnie prosto.
    - Kim ty jesteś? – spytała, sygnalizując głosem, że chciałaby zachować dystans.

    OdpowiedzUsuń
  4. - Śmiertelnik na łańcuchu? – powtórzyła po kobiecie. A tak właściwie, ledwo to wykrztusiła. Stwierdzenie, że to wyrażenie „brzmiało dziwnie” byłoby sporym niedomówieniem. Vreer w tym momencie nie do końca wiedziała, czy uderzyła się w głowę i ma omamy albo może zaćmiony umysł, czy coś źle usłyszała lub ktoś robi sobie żarty z niej i z jej stanu, w którym to można by wmówić jej wszystko. Nic z tych rzeczy, nie miała zamiaru dać się nabrać.
    - Przywołałam? – znów powtórzyła, tym razem z niedowierzaniem.- Nikogo nie przywoływałam! – wykrzyknęła, choć słabo. Z chęcią by przywołała jednak. Policję. Albo ratowników medycznych. A nie jakąś obcą babę, która wygaduje niestworzone rzeczy.
    To musiały być żarty. Zamiast panikować, powinna to zdemaskować, zakończyć zabawę i wrócić do domu.
    - Księżną piekieł? – zaśmiała się. Kto wygaduje takie bzdury? Ciekawe, kto tutaj się uderzył w głowę, Vreer, czy ta nieznana kobieta. Już prędzej ona, skoro gadała takie rzeczy.- To jest niemożliwe, nic takiego nie istnieje – stwierdziła stanowczo.- A Beliar to mój kot. Znaczy, Berial. A, nieważne!
    Na koniec przewróciła jeszcze oczami, dziwnie zirytowana tą wymianą zdań, przez co zakręciło jej się w głowie. Chciała się stamtąd wydostać, więc ruszyła chwiejnym krokiem w stronę wyjścia z zaułka. Udawała, że nie zwraca na kobietę uwagi, bo nie chciała kontynuować tej dziwacznej sytuacji. Im szybciej każda pójdzie w swoją stronę, tym lepiej.

    OdpowiedzUsuń