Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

14 września 2016

[KP] Lorelei

lorelei erylis vernier lautrec
ALCHEMIK // ZIELARKA // WAMPIR WYŻSZY

Lorelei swoim dość młodym wyglądem nie przypomina wiekowej staruszki, którą niezaprzeczalnie powinna być. Ponad trzysta lat rachunku ludzkiego nie odbiło się zbytnio na jej urodzie. Ta jest dosyć kontrastowa: czarne włosy, oczy, jak i ich oprawa wybijają się jeszcze bardziej na porcelanowej skórze, przypominającą tą szlachecką. Ciągnie się za nią mocny kwiatowy zapach perfum, wytwarzanych z roślin pielęgnowanych właśnie przez nią. Często widziana z wonnym wiankiem na głowie. Mieszka w małym domku na obrzeżach Toussaint, otoczonym z każdych stron ogrodem pełnym kwiatów i ziół. Uśmiecha się często, aczkolwiek niepełnie, bojąc się ukazania kłów. Głównie wychowana przez Regisa - stąd zielarstwo, lojalność i abstynencja. Podróżując z przyjacielem zmuszona do ubierania czerni, by przy nim nie rzucać się zbytnio w oczy. To pozostało do tej pory, chociaż zawsze ma przy sobie coś w swoim ulubionym kolorze - czerwonym. Porywcza i romantyczna, daleko jej do rozważności, którą tak bardzo chciałaby posiąść. Cierpliwa, aczkolwiek wybuchowa, gdy zdenerwowana. Potrafi jednać sobie ludzi, czasem działa to i na zwierzęta - z roku na rok coraz lepiej.




wątek z Kwas Solny

2 komentarze:

  1. Serce Toussaint nigdy nie przestawało bić. Czy to wojna, czy pokój ludzie wiecznie krzątali się po ulicach, przyozdobionych kwiatami, muzyka cały czas rozbrzmiewała z różnych zakątków miasta, a wytworne bale nawiedzały stolicę za dnia i nocy. Zawsze w kosztownych strojach, z wachlarzami, rozmawiali o sprawach nader przyziemnych, omijając pewne tematy. Nie obchodziły ich bowiem losy wojny, kłopoty innych krajów, wołanie nędzników. Oni sami żyli jak w bajkowej krainie, nadając sobie role, przywdziewając maski, powoli gubiąc się, kto jest kim i czy owy jegomość dawno nie stracił swojej prawdziwej twarzy, przywdziewając liczne stroje. Nigdy nie masz pewności czy malarz nie jest przypadkiem mordercą, upamiętniającym swoje ofiary na płótnie, czy błędni rycerze nie dorabiają na boku, handlując nielegalnym towarem. Wszystko było tu kolorowe, jakby ujednolicone, przepełnione słodyczą. Zatem gdzieś tu musiały szerszenie uwić sobie gniazdo, spijając lukier raz za razem, wymazując niektórych mieszkańców z kart historii, kontrolując miasto.
    Za każdym razem kiedy mijał kolejną bramę na Volpenie i ktoś się do niego uśmiechał, z niepewnością odwzajemniał gest, masując ręką kark. Wiedział, że ściągnie na siebie dużo uwagi, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach. Geralt z Rivii był tu niemal czczony, odznaczony najwyższym orderem za uratowanie Xsiężnej Anarietty, więc każdy wiedźmin ze szkoły Wilka winien być podobnie traktowany. Rollo nie przywykł do tych wszystkich miłych uśmiechów, serdecznych spojrzeń, a nawet do słyszenia ,,Miłego dnia, panie Wiedźmin". To wszystko wydawało mu się zbyt... wymuszone. Jakby w duszy przeklinali jego obecność, jego odmienność, wyrażając zupełnie co innego na zewnątrz. Marollin pokręcił głową. W mieście takim jak to, nigdy nie winno się opuszczać gardy, bowiem cios w plecy będzie rychły. Słodkie słówka potrafią uśpić czujność, dobre traktowanie uświadomi o przynależności, a przywileje o wzniosłości ponad zwykłą, ludzką strefę. Fałszywość mógł dostrzec niemal w każdym geście, a... Może był już przewrażliwiony? Tak długo wędrował, tyle dni i lat, nie opuszczał szlaku, znosił obelgi, marne płace, pogardliwe spojrzenia ludzi, iż teraz za każdym miłym gestem kryć się będzie zło? Może tu po prostu ludzie zachowują się po ludzku, traktując go jak równego z równym. Nie dziwota, że nikt jeszcze nie najechał Toussaint, całkowicie pozbawionego armii. Nikt nie skorzystał z okazji. Nikt nie złupił lennika Złotego Słońca. Możliwe, iż żaden jegomość nie doświadczył tej magii nigdzie indziej, nawet w świecie Aen Elle, postanawiając jej nie naruszać.
    Zaczynało już zmierzchać, kiedy Marollin włóczył się od karczmy do karczmy, gawędząc z mieszkańcami i podpytując o jakie zlecenia. Bajkowe królestwo czy nie, wszędzie lęgną się potwory, a profesjonał pracy szukać musi, jeśli marzy mu się porządny napitek. Przysiadł zatem w ,,Pawim Oku", nieco zrezygnowany, zamawiając od uroczej karczmarki piwo i wpatrując się w kufel. Pił i nasłuchiwał głośne rozmowy, co jakiś czas zerkając w stronę ciemnowłosej piękności, myśląc, że ten dzień nie musi wcale zakończyć się nieudany, kiedy do jego uszu doszedł podniesiony głos, wybijający się ze szmeru, a potem kolejne, prawdopodobnie jego kompanów.
    - Mówim ci, Kaspar, Deraecius nie żyje!
    - Jak to nie żyje? Sprawdzaliście?
    - Gdybym nie sprawdził, to bym nie mówił! Na podłodze leżał, cały we krwi ufajdany, z ranami na piersi, jakoby go jakie licho poharatało.
    Rollo nawet nie drgnął, przysłuchując się dalej, obracając pusty kufel między dłońmi.
    - Jakeż, się pytam? Jego domostwo strzeżone przez rycerzy, sakiewki ze złotem porządnie schowane, a ludzi nie dopuszczał do siebie, przecie wiesz.
    - To musiała być jaka siła nieczysta! Może winniśmy po duchownego wezwać? Może Wieczny Ogień da spokój jego duszy?
    Wiedźmin uśmiechnął się pod nosem, rzucając parę miedziaków na blat i ciężkim krokiem podchodząc do trzech jegomości, siedzących w kącie karczmy, nie chcąc ich nadto przestraszyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Profesjonała wam trzeba, nie duchownego. - Powiedział niskim tonem, dając im chwilę na napatrzenie sobie w kocie źrenice, wywołujące wszelką sensację. Przysiadł się do nich, splatając ręce na stoliku i patrząc na każdego z nich przeszywającym spojrzeniem. - Zatem, który z was pokaże mi ciało waszego przyjaciela zanim kolejne ofiary się zbiorą? W nich możecie znaleźć się i wy, mości panowie, zalecam więc rychło podjąć odpowiednie kroki...
      Wkrótce potem pędził na Volpinie wśród gąszczu drzew, doszukując jakichkolwiek śladów bytu wilkołaka. Jego wierny rudy rumak z gracją omijał wszelkie przeszkody, podatny na jakąkolwiek, choćby delikatną, zmianę kierunku, gdzie mógł iść trop. W domostwie zmarłego, Deraeciusa Longerda, Rollo znalazł ślady wilczych pazurów, rozcięcie na klatce piersiowej pasowało niemal do tych, na stronicach wiedźmińskich podręczników, zrobione w przypływie szału, a swąd wilkołaka unosił się w powietrzu. Tak jak i teraz. Ściągnął wodze rumakowi, opadając po chwili na ziemię i klepiąc go po boku. Koń trącił go głową, jakby chcąc pospieszyć wiedźmina, nie dając mu czas na jakiekolwiek wyrazy uznania. Należał do zasadniczych wierzchowców, nie mógł pozwolić swojemu człowiekowi na chwile zachwytu i zdumienia. Zatem ponaglony Rollo, szybko wyciągnął z juków Kota, otwierając butelkę i wypijając ją jednym tchem. Skrzywił się, mrugając parokrotnie oczami, przyzwyczajając się do jasności panującej nocą, zmarszczył podrażniony nos i udał się prosto za wilkołaczą wonią. Baczył na wszelkie wyodrębniające się zjawiska. Złamaną gałąź, duże, głębokie ślady, cięcia pazurów zostawione na korze drzewa. To wszystko zaprowadziło go pod pieczarę, gdzie zapach był nie tyle mocniejszy, ale również wymieszany z innym, delikatniejszym i zdecydowanie przyjemniejszym dla nosa. Sięgnął po srebrny miecz, cicho brnąc do kryjówki potwora, mocno trzymając klingę broni. Nie stawiał kroków zbyt długo, oparł się o jedną ze ścian pieczary, nasłuchując warknięć, sapania i innych dźwięków walki. Równie długo nie czekał, wyłaniając się z cienia i odrzucając obie istoty znakiem Aard.
      - Przykro mi, że ucinam jakże uroczą pogawędkę, ale księżyc już świeci na niebie, a do tego czasu każdy szanujący się wilkołak winien kogoś zagryźć. - Przeniósł wzrok na wampirzycę, z początku jej nie rozpoznając, ba!, nawet nie starając się zobaczyć w niej kogoś znajomego. Przyświecał mu cel, odbijający się w ostrzu jego miecza, a nagroda czaiła się tuż w głowie wilkołaka. Ugiął nogi, stając w pozycji bojowej, szykując się do ataku. - A każdy grzeczny wampir, powinien już spać. - Mówiąc to, rzucił się na wilkołaka, przewidując jego ruchy, pogrążone w chaotycznym szale, zostawiając głębokie cięcia na jego ramionach, klatce piersiowej i plecach. Unikał, rzucał znaki i ciął, co jakiś czas zmieniając sekwencję. Używał również otoczenia, nie raz przeskakując nad skałą, o którą obijał się potwór, czy w rozpędzie wbiegając na ścianę jaskini i wykonując salto, znajdował się tuż za plecami przeciwnika. Dla obeznanego wiedźmina walka wydawała się niemal dziecinnie prosta. Wyczekał dogodnego momentu, kiedy to wilkołak od utraty sporej ilości krwi, zaczął spowalniać swe ruchy, puszczać determinację i nadzieję, przesmykującą mu się między palcami, finalnie uciekając i zahaczając o miecz Marollina. Wiedźmin uniósł ostrze, gotów do wykonania ostatecznego cięcia.

      Usuń