Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

28 lutego 2017

[KP] Przeszłość jest niby krajobraz – zaciera się, w miarę jak się oddalamy.

Nathaniel Dantes, wicehrabia de Monte Christo
syn francuskiego mściciela i pięknej Maltanki
oficer angielskiej marynarki wojennej
w razie potrzeby pułkownik Claremont lub hrabia Michaił Wasiliewicz Sobolew










Nawet najlepszy plan miewa kłopotliwe luki, które trudno przewidzieć - tak też było z planem Edmunda Dantesa. Pragnąc pomścić ojca zmarłego z głodu i w rozpaczy oraz ukarać niewierną narzeczoną, zdobył majątek, uciekł z więzienia po czternastu latach katorgi w twierdzy d'If...a w trakcie podróży, które odbywał, na świecie pojawił się chłopiec, którego urodziła mu siostrzenica rycerza zakonu maltańskiego - efekt próby zapomnienia o Mercedes. Niestety, ani Mercedes nie dała się zapomnieć, ani rozpacz stłumić, jednak narodziny małego Nathaniela były dla Edmunda pomyślną okolicznością. Kochając małego na swój sposób, pozostawił go pod opieką matki, którą zresztą odwiedzał i zasypywał listami z podróży, ale w jego głowie wciąż dominował plan upokorzenia Villeforta, Danglarsa i zdradzieckiego Fernanda. Kiedy pod opiekę hrabiego trafiła grecka niewolnica Hayde, natychmiast się z nią zaprzyjaźnił - traktował ją jednak wyłącznie jak siostrę, ona zaś darzyła go braterskim uczuciem. Sam głęboko szanuje ojca, a znając historię rodzinnego dramatu i rozumiejąc cierpienia jego bohaterów, zdecydował się współpracować z nim w jego planie makiawelicznej zemsty. Nie jest on jednak sensem jego istnienia, tak jak sam Nathaniel nie jest i nigdy nie był narzędziem ojca - wręcz przeciwnie, Edmund początkowo miał opory, czy powinien zdradzać synowi swoje tajemnice, jednak młody wicehrabia go przekonał. Losy i licho zaniosły go do Anglii, gdyż ojczysta wyspa matki nie mogła dać mu zbyt wiele; wstąpił tam do marynarki i po czasie dosłużył się stopnia porucznika. Kiedy trzeba, zrzuca skórę eleganckiego młodzieńca z wyższych sfer, by przekształcić się w zgryźliwego Brytyjczyka na urlopie lub małomównego, za to skłonnego do dziwactw Rosjanina. Gotowość do poświęceń, uczciwość, chłodny rozsądek i niezgłębiona wiara w boską Opatrzność sprawiają, że młody Monte Christo jest cennym pomocnikiem swojego ojca...a jednocześnie korzysta z życia w taki sposób, aby nie mieć sobie nic do zarzucenia.


breathing ashes


one,  then two




(James Caviezel, cytat z książki "Hrabia Monte Christo", wątek z fenyloanaliną)

14 komentarzy:

  1. Wyjście do Opery dla kobiety tak młodej jak Elaine było wielkim wydarzeniem. Jej matka zadbała o to aby dziewczyna wyglądała jak najkorzystniej. Wybrała jej suknię, która według niej idealnie komponowała się z jej oliwkową cerą i ciemnymi włosami. Służąca upięła jej długie kręcone włosy w elegancki sposób. Większość suknii Elaine miała dekolt zasłonięty koronką lecz ta tego nie posiadała. Czy w tym momencie ktoś mógł uznać to za prowokację? Możliwe, choć według młodej dziewczyny był to niecny plan jej matki aby szybko wydać ją za mąż. Hrabia Mezzanato mówił już wiele razy, że to najwyższa pora znaleźć odpowiednią partię dla córki lecz nie miał serca gdy widział minę dziewczyny.
    Byli na miejscu na czas zajmując wyznaczone miejsca. Elaine siedziała prosto jak struna obok swojej matki. Młoda dziewczyna lubiła sztukę. Opera była czymś opowiadała historię tak samo jak książka tylko za pomocą pięknego śpiewu. Nie wiedzieć czemu nie była zauroczona nowym śpiewakiem o nazwisku Levasseur. Według młodej włoszki było o wiele więcej zdolnych ludzi, którzy byli po prostu mniej znani.
    Oczywiście jej uszom dochodziły uwagi na temat młodej pięknej kobiety o egzotycznych rysach oraz młodym mężczyźnie będących w towarzystwie Edmunda Dantesa. Spojrzenie panny Mezzanato skierowało się w ich stronę tylko raz, potem była zbyt zajęta przedstawieniem. Cały wieczór byłby naprawdę udany gdyby nie pojawienie się młodego Morcerfa. Poczuła jak jej żołądek się ściska, a bicie serca przyśpiesza. Jej smukłe palce zacisnęły się na jej sukni.
    - Wybacz. - szepnęła tylko do matki i wstała.Kobieta spojrzała na nią karcącym spojrzeniem.
    - Gdzie idziesz? - spytała chwytając dziewczynę za nadgarstek.
    - Przewietrzyć się. - powiedziała i nie czekając na odpowiedź przytrzymując materiał swojej sukni wyszła z rzędu siedzeń i ruszyła w kierunku wyjścia z sali.
    Szła dość szybkim krokiem co zwróciło uwagę kilku osób. Jej biust falował przy tym i podskakiwał a ona nie zwracając na to uwagi szybko ruszyła przed siebie korytarzami. Czuła jak narasta w niej gniew, wspomnienia wracały. Czuła, że musi być spokojna. Wiedziała, że gniew nic tu nie pomoże. Lecz w jej głowie pojawiała się wizja gdy ten porzuca ją u niej w ogrodzie zaraz przy pięknych krzakach róż. Na swojej drodze spotkała mężczyznę, o którym mówiono w trakcie spektaklu. Stał w korytarzu poprawiając swój mundur. Był młodym postawnym mężczyzną o mocnych rysach twarzy, skłamałby gdyby nie powiedziała, że jest przystojny. Swoją postawą pokazywał pewność siebie i albo jej się zdawało również zdenerwowanie. Ich spojrzenia się spotkały, Elaine poczuła dziwne uczucie którego nie była w stanie opisać. Wszystko byłoby dobrze gdyby za swoimi plecami nie usłyszała znajomego głosu, który powodował mdłości.
    - Pani hrabina wygląda dziś niezwykle czarująco! - zaczął jak zwykle próbując każdej kobiecie zawrócić w głowie - Zapewne większość mężczyzn nie mogła oderwać od Pani wzroku przez większość przedstawienia.
    Gniew narastał, uczucie ścisku w żołądku też. Nie zwróciła na to uwagi. Patrząc cały czas w oczy młodego nieznajomego mężczyzny ruszyła w jego kierunku. Albert wydał się nieco zmieszany.
    - Hrabino? - spytał idąc za kobietą, która nie okazywała mu żadnego zainteresowania.
    Gdy doszli do mężczyzny w brytyjskim mundurze mężczyzna zmierzył go spojrzeniem od góry do dołu.
    - Pan zapewne jest synem pana hrabiego de Monte Christo? Albert Morcerf. - przedstawił się.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gra na pianinie była ostatnią rzeczą jakiej teraz pragnęła. Oczywiście aby wyjść na przykładną córkę w towarzystwie tylu gościu uśmiechnęła się tylko do rodziców.
      - Z wielką chęcią. - powiedziała odgarniając chwilę później niesforny kosmyk włosów, który wypadł z jej starannej fryzury.
      - Będę zaszczycona panie wicehrabio jeśli będzie mi pan towarzyszył. - po tych słowach przeszła obok niego w stronę fortepianu niby to przypadkiem dotykając jego dłoni.
      Usiadła przy pianinie i podniosła klapę do góry. Spojrzała na swoje palce by chwilę później zacząć grać pierwsze co przyszło jej na myśl. Chwilę później dostając wskazówki od mężczyzny zaczęła grać i czekała aż usłyszy jego głos. Gdy to się stało poczuła dziwny dreszcz przechodzący po jej plecach. Wydawało jej się, że docierał on do wnętrza jej ciała, do duszy.
      - I will be there like mercy; I will find you through it all
      This do I swear, I will be there

      Nie wiedzieć czemu, nie czekając na zgodę przyłączyła się do śpiewu mężczyzny. Niedawno poznała tę balladę los chciał, że to właśnie tę chciał zaśpiewać wicehrabia Nathaniel.
      - In a language never spoken. Live the promises we’ve made.In the endless love that owned me heart and soul. In the certainty I will always be true and as near as my next prayer, you will find me there.

      Usuń
    2. Kobieta uśmiechnęła się kątem ust gdy młody mężczyzna ucałował jej dłoń. Był przystojnym mężczyzną pełnym gracji. Zdawało jej się jakby w ciągu chwili odkrył, że nie miała ochoty rozmawiać z Albertem. Traktował go jak powietrze, tak samo jak ona. Zawarł z nią niemy sojusz, który znaczył dla niej w tym momencie naprawdę dużo.
      -We własnej osobie.- odparła do mężczyzny posyłając mu uśmiech. Zdawała sobie sprawę z tego, że w tym momencie zapewne w Albercie się gotuje. Przecież jeszcze rok temu kobieta patrzyła na niego maślanymi oczyma i była gotowa zrobić wszystko dla niego. Zapewne gdyby postarał się dłuższej wszystko mogłoby się przerodzić w ognisty romans. Kolejny raz musiała się wyłączyć na komplementy hrabiego, które sprawiały, że coraz bardziej bolała ją głowa. A może była to chęć krzyku i rozładowania swoich emocji? Sama nie wiedziała.
      - Powinniśmy być dumni, że mamy takich ludzi jak Pan wicehrabio Monte Christo. - powiedziała słuchając na temat jego podróży. Wydawało jej się to nawet interesujące gdyby nie to, że Albert cały czas tu był.
      Nie pozostało jej nic jak jej stały numer czyli potężna migrena. Używała tego od wielu lat, potrafiła w chwilę robić się blada oraz udawać otumanioną.
      - Pan wicehrabia wybaczy.. - powiedziała nieco ściszonym głosem niby zawstydzona przykładając rękę do czoła. Tak naprawdę tylko jej służąca była w stanie rozpoznać kiedy Elaine udawała migrenę a kiedy rzeczywiście ją miała. Chwyciła mężczyznę pod rękę czując swojego rodzaju ulgę. Szła powolnym krokiem udając, że wcale za nimi nie idzie wicehrabia. Czuła narastający gniew, miała nadzieję, że chociaż dzięki tej migrenie uda jej się od tego uciec.
      Szła obok mężczyzny w mundurze czując wścibskie spojrzenia ludzi na sobie. Kto by się spodziewał, przecież jeszcze chwilę temu siedział koło pięknej greczynki. Elaine musiała przyznać, że chyba nigdy nie widziała piękniejszej kobiety. Czuła to oceniające spojrzenie matki na sobie. Sama nie wiedziała co jest gorsze, wicehrabia Albert czy spojrzenie Adele Mezzanato. Elaine szła bez słowa trzymając cały czas pod rękę porucznika. Greczynka z bliska była jeszcze piękniejsza. Teraz już się nie dziwiła dlaczego tyle osób to właśnie na nią patrzyło. Wszystko zapowiadało się świetnie. Miała wrócić do domu, udawać migrenę i pójść spać. Jednak plany się zmieniły co wcale jej nie odpowiadało. Jeszcze sama obecność nowopoznanego mężczyzny byłaby całkiem obiecująca jednak sama świadomość, że będzie musiała siedzieć w jednym pomieszczeniu z Albertem. Na tę myśl chyba zaraz dostanie prawdziwej migreny.
      - Ależ ojcze nie ma czym się chwalić. - powiedziała jak to miała w zwyczaju a chwilę później można było dostrzec ciepłe spojrzenie hrabiego na córce, błysk w oku i uśmiech, który był przeznaczony tylko dla niej.
      Kolacja była sztywna, wystawna jedynym plusem było to, że nie siedział obok niej wicehrabia Morcerf. Co jakiś czas nawet zażartowała z wicehrabią Monte Christo co sprawiało, że Albert robił się cały czerwony. Elaine uznała to jako grę, zabawę, która polegała na wyprowadzeniu mężczyzny z równowagi. Może wykorzystanie do tego celu nowo poznanego mężczyzny nie było zbyt miłe jednak w miłości jak na wojnie, nie ma zasad.

      Usuń
  3. Dla Elaine śpiewanie nie było problemem. Robiła to często, ojciec lubił zabawiać gości w ten sposób. Tak też było tym razem. Wszystko co się teraz działo było pewnego rodzaju fikcją. Przypominało jej to raczej jakiś romans, który zwykła czytać niż prawdziwe życie. Nigdy, ale to przenigdy nie sądziła, że ktoś zaśpiewa jej taką piosenkę jeszcze tak wczuwając się w jej tekst. Z jednej strony czuła się nieco zakłopotana, ponieważ dopiero co poznała tego mężczyznę a on dawał jej do zrozumienia, że jest nią zainteresowany. Z drugiej zaś gra Alberta na fortepianie a raczej jego walenie w klawisze dawało do zrozumienia, że jest wściekły. Świetnie, o to właśnie chodziło. Miał cierpieć tak samo jak ona, kto wie może nawet bardziej.
    Poczuła dziwny dreszcz przechodzący po jej ciele gdy wicehrabia Monte Christo ujął jej dłonie. Jego spojrzenie również dawało jej dziwne odczucie, nikt poza wicehrabią Morcerf dotąd tak na nią nie patrzył. Chociaż nie była w tym momencie nawet pewna czy jego spojrzenie było choć w połowie takie jak spojrzenie porucznika. Wszystkie słowa ballady zdawały się przeszywać jej duszę, jego gesty wprawiały ją w pewnego rodzaju zawstydzenie choć ciało pragnęło więcej. Jej oddech nieznacznie przyśpieszył gdy ją do siebie przysunął. Silne objęcie mężczyzny spowodowało, że serce Elaine zabiło mocniej a jej ciało poczuło uderzenie gorąca. Nie wiedzieć czemu wzięła głębszy oddech by móc poczuć zapach swojego towarzysza. To wszystko było jeszcze do zniesienia jednak to pocałunek wprowadził pannę Mezzanato w zakłopotanie. Nigdy dotąd nikt tego nie zrobił. Kiedyś myślała, że to wicehrabia Morcerf będzie tym pierwszym i ostatnim, który będzie dotykał jej usta. Teraz stała u siebie w bawialni i nowo poznany mężczyzna skradł jej pierwszy pocałunek. Już chciała coś powiedzieć ale zauważyła jego reakcję. Odruchowo zrobiła krok w tył. Jej policzki paliły a rumieniec dało się się zauważyć mimo jej ciemniejszej karnacji.
    Spojrzała niepewnie na matkę. Znała tę minę, zapewne w jej głowie tworzył się już jakiś plan, o którym Elaine dowie się jako ostatnia. Potem jej spojrzenie przeniosło się na ojca a na końcu na zdenerwowanego Alberta. To właśnie wtedy wstał od pianina i zaczął się zbierać. Elaine nic nie powiedziała tylko się uśmiechnęła w kierunku rodziców. Poczuła sporą ulgę kiedy rodzice odprowadzali wicehrabiego do wyjścia. Miała dosyć tej całej szopki. Marzyła o tym aby zdjąć tę suknię, uczesać długie włosy w warkocz i położyć się do łóżka.
    Słysząc słowa mężczyzny uniosła lekko brew i skierowała swoje spojrzenie w jego stronę. Na początku jakby sama niedowierzając w to co słyszy.
    - Myślę, że to bardzo ciekawa interpretacja. - odpowiedziała krótko, można by było pomyśleć, że nieco oschle. Czasem jej spojrzenie mówiło więcej niż ona sama, innego razu wydało się zupełnie nieobecne. Przyjrzała się mu uważnie obserwując mimikę jego twarzy, jak i jej rysy. Chciała ją jak najbardziej zapamiętać. - Czyli mam rozumieć, że nie jest to nasze ostatnie spotkanie Nathanielu? - spytała używając jego imienia tym samym dając mu do zrozumienia, że zgadza się na jego propozycję.

    OdpowiedzUsuń
  4. Starała się w tym momencie nie okazywać żadnych emocji. Nie chciała aby na jej twarzy było widać zawstydzenie, zmęczenie, zażenowanie, ulgę, zaciekawienie i wiele innych emocji, które towarzyszyły jej w tym momencie. Kiedy mężczyzna spojrzał jej w oczy nie oderwała swojego spojrzenia mimo, że czuła się nieco niepewnie po pocałunku, który miał miejsce zaledwie chwilę temu.
    - Zapamiętam. - odpowiedziała krótko. Chwilę później ich gość wyszedł a Elaine mogła pójść do sypialni i zrzucić z siebie maskę.
    Ostatnie dni przyniosły w życiu hrabiny Mezzanato wiele pozytywów. Wicehrabia de Morcerf wyjechał przez co miała jeden problem z głowy. Chociaż nie uważała, że zemściła się wystarczająco i miała nadzieję, że będzie jeszcze ku temu okazja. Jej serce nadal dawało znać o tym, że jest zranione i koniecznie potrzebuje brutalnej zemsty. Od poznania wicehrabi Monte Chirsto życie Elaine nie zmieniło się aż tak bardzo. Nadal była grzeczną córką gotową reprezentować swoją rodzinę w każdym momencie. Zajmowała się tym co zwykle, siedziała na tarasie czytając książki, grała na pianinie, spacerowała po ogrodzie. Czasem wybierała się do miasta by pokazać ludziom, że żyje i ma się dobrze. Jej matka mówiła jej zawsze, że nieważne co by się w życiu nie działo zawsze trzeba mieć dobrą minę do złej gry.
    Ten ranek był jak każdy inny. Dzień zaczął się jak zwykle od wiązania gorsetu, którego tak bardzo nienawidziła. Jednak nie miała prawa sprzeciwu co do tej sprawy. Ciemnozielona suknia uwydatniała jej oliwkowy odcień skóry i dodawała bardziej egzotycznej urody. Wspólne śniadanie z matką a następnie czytanie książki w ogrodzie.
    Nie wiedzieć czemu odczuwała dzisiaj pewnego rodzaju pustkę i nudę. Może było to spowodowane pogodą, ponieważ słońce mocno świeciło i temperatura była dość wysoka. Siedząc w altance popijała lemoniadę i wertowała kartki książki. Podszedł do niej służący, który wręczył jej list. Pozwoliła mu odejść by potem zapoznać się z jego treścią. Odruchowo uniosła brew czytając. Niby mogła w tym momencie wstać i pójść do wicehrabiego Monte Christo lecz chciała mu zagrać nieco na nerwach. Pojawiła się dopiero po godzinie w towarzystwie służącej. Została zaprowadzona do ogrodu gdzie ponoć Nath na nią czekał. Mężczyzna siedział do niej tyłem.
    - Nathnielu. - powiedziała jego imię w pewnego rodzaju przywitaniu oraz oznajmieniu o swojej obecności. Gestem pokazała służącej, że ma zostać tam gdzie stała a kobieta powolnym krokiem ruszyła w stronę mężczyzny.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedy spojrzał na nią posłała mu uśmiech, którego następstwem były dołeczki w policzkach. Odgarnęła kosmyk ciemnych włosów za ucho i ruszyła w kierunku mężczyzny powolnym krokiem. Usiadła na ławce chwilę wcześniej poprawiając materiał sukni. Siedziała na niej lekko bokiem, tak by móc patrzeć na wicehrabiego Monte Christo.
    - Witaj Nathanielu. - powiedziała swoim niskim jak na kobiecy głos. Jej oczy bacznie go obserwowały jednak przez ich ciemny kolor nie dało się z nich wyczytać za wiele. - Przepraszam, że musiałeś czekać. - dodała jedynie z grzeczności. W końcu jej spóźnienie było zamierzone.
    Na wzmiankę o baronie Danglars aż zaśmiała się pod nosem. Jej ojciec był na tyle szanowanym człowiekiem w towarzystwie, że znał wszystkich ważnych ludzi a co za tym szło, znała i ona. Zastanawiała się do czego mężczyzna zmierzał, nie musiała jednak długo czekać by się dowiedzieć. Jej brew mimowolnie się lekko uniosła a na jej twarzy pojawił się uśmieszek z lekką nutą ironii.
    - Pod dachem wroga powiadasz. - stwierdziła bardziej niż zapytała. - Rozumiem, że ja mogę uważać Alberta za kogoś takiego, zdaję sobie sprawę z tego, że słyszałeś co nie co. Zastanawia mnie jednak fakt dlaczego Ty i twój ojciec widzicie w de Morcerfach wroga? - patrzyła mu bacznie w oczy by nie umknęło jej nawet najmniejsze drgnięcie jego twarzy. Może i była wścibska ale jeśli miała już brać udział w czymś takim chciała znać wszystkie szczegóły.
    Jego słowa wywołały w jej głowie pewien mętlik. Na początku może wierzyła w bezinteresowność zachowania Nathaniela lecz teraz widziała tu zupełnie inaczej. Zdawało jej się, że wszystkie czułe gesty i okazywanie zainteresowania były tylko po to by kobieta pomogła mu w tej sytuacji. Nie poczuła się tak zdradzona jak z Albertem, w końcu nawet przez chwilę nie traktowała wicehrabiego Monte Christo poważnie. Jednak jej duma nieco ucierpiała, ponieważ był to kolejny mężczyzna, z którym nie mogła wiązać swojej przyszłości.*
    - Bądźmy ze sobą szczerzy Nathanielu..- powiedziała patrząc mu w oczy i niby to przypadkiem przejeżdżając kciukiem po jego dłoni. - Oboje mamy swoje cele, moim jest wicehrabia de Morcerf, twoim zaś jego matka. Pomogę Ci lecz pragnę Ci powiedzieć, że jest to możliwe bez twoich zalotów. - jak na swoje czasy Elain była konkretną kobietą i zapewne gdyby jej matka to usłyszała to chyba resztę swojego życia spędziłaby w ich posiadłości.



    * Oczywiście to tymczasowe rozkminy :D

    OdpowiedzUsuń
  6. - Wątpię aby pana wrogiem był wicehrabia de Morcerf. Może i jest specyficznym człowiekiem lecz wątpię by zdążył zrobić coś co mogłoby Cię urazić. - powiedziała to niby z przesłodkim uśmieszkiem. - Zresztą, nie moja sprawa. - dodała.
    Przyglądała mu się uważnie. Gdy poniósł jej dłoń do swoich ust nie cofnęła jej. Patrzyła na niego jedynie, była bacznym obserwatorem, chciała zarejestrować wszystko. To właśnie patrząc na gesty i ogólnie poczynania ludzi można było ich poznać. Słowa były dla Elaine niczym po tym jak Albert złamał jej serce. Do dzis gdy przypomni sobie jego wypowiedzi ściska ją w żołądka, w końcu jak ktoś kto mówił tak piękne rzeczy mógł ją tak potraktować.
    Po jej minie mógł wywnioskować, że nie jest zbyt zadowolona, że wspomina o wicehrabi de Morcerf. Jego temat nadal był ciężki dla kobiety i powodował swojego rodzaju mdłości.
    - Ich małżeństwo byłoby dobrym rozwiązaniem dla ich rodzin. - odezwała się nieco obojętnie. W końcu w takich kategoriach myślało się najpierw. Mężczyzna posiadający kilka milionów nie mógł za żoną wziąć kobiety, która sobą nic nie reprezentowała. - Wicehrabia de Morcerf jest człowiekiem niestabilnym emocjonalnie. Każda kobieta jest mu w stanie zawrócić w głowie. Nawet jak kiedyś będzie miał małżonkę śmiem sądzić, że nie będzie jedyną kobietą w jego życiu. - ton jej głosu był niby obojętny ale było słychać pewnego rodzaju ironię. Nie da się udawać, że nie ma się złamanego serca.
    Kiedy jego dłoń znalazła się na jej policzku poczuła dziwne uderzenie gorąca. Na pewno dało się to zauważyć na jej twarzy, ten fakt powodował, że zawstydziła się jeszcze bardziej.
    - Uważam, że kobiety i wojna to złe połączenie. - czując jego spojrzenie na sobie wytłumaczyła: - Jedna będzie zazdrosna o drugą.

    OdpowiedzUsuń
  7. Gdy zadał jej pytanie spojrzała na niego i uśmiechnęła się nieco ironicznie. Przecież wiadome było to, że tacy ludzie jak wicehrabia de Motne Christo czy hrabina Mezzanato dobrze znali takie utwory. Odgarnęła kosmyk włosów i spojrzała znacząco na służącą, która podała im lody. Ta szybko zniknęła z zasięgu ich wzroku.
    Następnie rozkoszowała się smakiem lodów. Była to idealna przekąska na tak gorący dzień jak ten. Lato to była specyficzna pora roku, która nie była łaskawa dla kobiety. Biorąc pod uwagę jej strój, zazwyczaj było po prostu gorąco. Warstwy sukni, bielizna pod spodem prosiły się o to aby je ściągnąć. Sama Elaine marzyła o tym by to zrobić bądź usiąść w zimnym pokoju w ich posiadłości.
    - Ciężki los kobiety jeśli musi konkurować z kimś innym. - powiedziała bardziej do siebie niż do niego. Tutaj w głowie młodej hrabiny pojawiły się bolesne wspomnienia związane z Albertem. - Czy chcesz ze mną siedzieć na ławce całe spotkanie? - spytała dając mu do zrozumienia, że jest nieco znudzona. Było to zresztą widać po jej minie. - Może zechciałbyś mi pokazać ogród? - to nie było pytanie lecz raczej propozycja, mogłoby się nawet wydać że pewnego rodzaju polecenie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Spacer po ogrodzie był ciekawym doświadczeniem. Był piękny, zaplanowany. Ich ogród nie posiadał może tylu egzotycznych roślin lecz służba wkładała w niego całe serce. Taki spacer był miłą odskocznią od przymiarki sukni, którą szyła jej krawcowa na zbliżający się bal.

    ~*~

    Przygotowania do balu trwały od rana. Matka była niezwykle poruszona. Uważała, że to wydarzenie tego miesiąca. Musiała wyglądać fenomenalnie a jej córka miała czarować mężczyzn, szczególnie jednego, który posiadał spory majątek. Jak nie nie patrzeć matka Elaine nie kryła tego, że byłaby zainteresowana zawarciem związku pomiędzy tą dwójką. W końcu ktoś taki przydałby się dla jej córki, miałaby dobre życie. W końcu tego dla niej pragnęła.
    Przyszła nieco wcześniej niż Nathaniel. Jej rodzice zajęli się rozmową a ona pozostała pozostawiona sama sobie. Aby nie natknąć się na Alberta stanęła w grupie młodych dziewcząt, które właśnie plotkowały na temat młodego oficera. Jej mina nie była do końca zadowolona. Była pewna, że gdy od nich odejdzie zapewne usłyszy też plotki na swój temat. Jej suknia odbiegała nieco od tych, które miały na sobie jej towarzyszki. Miała żywy kolor podkreślający jej ciemniejszy niż reszty kolor skóry oraz ukryty temperament. Było to zamierzone działanie hrabiny Mazzanato, jej córka miała szokować. Uśmiechała się pod nosem gdy mężczyźni zerkali na nią ukradkiem.
    Widząc wicehrabiego de Monte Christo posłała mu nieco wyzywające spojrzenie i lekki uśmiech. Jednak trwało to zaledwie kilka sekund bo potem wróciła do rozmowy z dziewczętami, które chwilę później wzdychały o tym jaki to Nathaniel nie jest przystojny i miały nadzieję, że poprosi je potem do tańca. Czuła się już znużona tym towarzystwem dlatego też postanowiła udać się na taras. Nie było jej to jednak dane, ponieważ zaczepił ją Albert.
    - Dobry wieczór, hrabina wygląda dziś fenomenalnie. - powiedział kłaniając się jej lekko z tym swoim uśmieszkiem. - Połowa mężczyzn w tej sali spogląda na Ciebie pani. - dodał. Spojrzała na niego jakby chciała w tym momencie go spoliczkować. Wzięła głębszy wdech aby się uspokoić, na jej usta wkradł się niby to miły lecz ironiczny uśmiech.
    - Wicehrabia ma tam całkiem sporą zgraję młodych dziewcząt, którym może złamać serce. - powiedziała dość cicho tak aby Albert tylko usłyszał. Jego mina zrzedła lecz nie dawał za wygraną. - Wicehrabia wybaczy. - po tych słowach go wyminęła. To wypowiedziała głośniej by więcej osób mogło usłyszeć. Ruszyła w kierunku tarasu jednak mężczyzna nie dał za wygraną i ruszył za nią.

    OdpowiedzUsuń
  9. Elaine czuła jak powoli w niej wszystko buzuje. Nie mogła tak po prostu tu teraz wybuchnąć, musiała stwarzać pozory, że się świetnie bawi. Przełknęła głośniej ślinę i przymknęła na moment powieki wydychując nieco głośniej powietrze. Otworzyła oczy i spojrzała na młodego oficera, którego złapała pod ramię. Zeszła w jego towarzystwie do ogrodu powoli się uspokajając. Czuła jednak, że ta sytuacja wywoła u niej dość długi niesmak. Przyglądała się wszystkim zadbanym roślinom. Uwielbiała naturę, szczególnie kwiaty. W jej ogrodzie wiele osób dbało o to by wyglądał jak najlepiej.
    - Kilka razy w rodzinne strony. - odparła spokojnym tonem idąc wraz z mężczyzną przed siebie. - Nie miała okazji być w innych miejscach. - dodała.
    Spotkanie z Nathanielem sprawiło, że cała sytuacja z Albertem zdawała się odejść na bok. Zdenerwowanie jego osobą minęło, a działał na nią jak płachta na byka. Jednakże hrabina Mezzanato zdawała sobie sprawę z tego, że ponowne zobaczenie mężczyzny przywróci negatywne emocje.
    Z wicehrabią rozmawiało jej się naprawdę dobrze ale potrzebowała jeszcze chwilę samotności. Chciała poukładać swoje myśli. Nathaniel wrócił do środka a Elaine postanowiła pooglądać jeszcze kwiaty w dużych donicach. Jednak jej uwagę przykuło coś zupełnie innego. Kobieta w ciemnej sukni dość szybkim krokiem, niemalże biegnąć weszła do swojego powozu. Chwilę później odjechał nie zostawiając po sobie śladu. Wywołało to u dziewczyny nieco mieszane uczucia, ponieważ przyjęcie nie trwało zbyt długo i spodziewała się, że to raczej ona będzie pierwszą osobą, która wróci do domu. Poprzyglądała się jeszcze chwilę kwiatom i wróciła do środka. Jednak nie spodobało jej się to co zobaczyła. Widać było, że wicehrabia de Morcerf ma jakąś sprzeczkę z wicehrabią de Monte Christo. Ruszyła szybko w tym kierunku.

    OdpowiedzUsuń
  10. Dla niej cała ta sytuacja była nieco niezrozumiała. Owszem miała na pieńku z Albertem i to bardzo lecz według niej nie był to wystarczający powód by usprawiedliwić zachowanie wicehrabiego. Może i traktowała go źle, udawała, że go nie widzi lecz gdyby to właśnie jemu ktoś złamał serce zapewne zachowywałby się tak samo. Człowiek jest w stanie znieść wiele lecz gdy ktoś go upokarza i pęka jego serce w ramach zemsty jest w stanie zrobić wiele rzeczy. Elaine uważała, że jej kara i tak nie była wystarczająca dla mężczyzny.
    Osoby zainteresowane zajściem na wzmiankę o kobiecie przenieśli swoje spojrzenie na hrabinę Mezzanato. Wszyscy dobrze wiedzieli, że wicehrabia de Monte Christo i hrabina Mezzanato mają się ku sobie. Pamiętają również dobrze czasy gdy to wicehrabia de Morcerf biegał za włoszką i próbował zdobyć jej względy. Wszyscy uważali, że się pobiorą lecz na horyzoncie pojawił się młody oficer.
    Odruchowo młoda kobieta zrobiła krok do przodu jakby chcąc pomóc rozwiązać ten problem lecz chwilę później mężczyźni zostali rozdzieleni. Matka Elaine spojrzała na nią zimnym, nieco karcącym spojrzeniem. Nie chciała aby jej córka była na językach ludzi. Młoda dziewczyna czuła jak jej serce przyspieszyło. Czuła pewnego rodzaju zdenerwowanie, którego nie mogła opanować. Spojrzała na młodzieńców karcącym spojrzeniem. Chwilę później jej wzrok zatrzymał się na Nathanielu i wcale nie był miły. Widać było w nim pewnego rodzaju złość oraz rozczarowanie, że dał się w to wszystko wplątać. Przecież wiadome było to, że Albert będzie szukał każdego sposobu by wtargnąć w życie Elaine z buciorami. Już otworzyła usta by coś powiedzieć lecz usłyszała męski głos zza swojej głowy. Czuła się niezwykle niezręcznie, miała nadzieję, że taka sytuacja nigdy nie nastąpi. Widziała po Albercie, że jest zdeterminowany a jego uśmieszek dawał do zrozumienia, że coś będzie kombinował. Spokój wicehrabiego de Monte Christo wcale też nie był pocieszający. Zachowywał się jakby był pewien wygranej lecz nigdy nie wiadomo co los może przynieść.
    Wzięła go pod ramię i ruszyła z nim wgłąb ludzi. Świadomie prowadziła go w miejsce o mniejszym zagęszczeniu ludzi. Pod pretekstem zobaczenia innego obrazu, który znajdował się w drugiej części domu ruszyła z mężczyzną korytarzem.
    - Wicehrabia wybaczy moje pytanie ale czy nie dało się inaczej? Obawiam się, że pojedynek to nie jest dobry pomysł.

    OdpowiedzUsuń
  11. jeśli ktoś choć trochę znał Elaine to wiedział, że była zła. Jej uroda zazwyczaj była nieco surowa przez mocne rysy twarzy, ciemniejszą karnację oraz ciemne włosy. Dużo osób właśnie przez to uważało ją za osobę o silnym charakterze. Dała się wprowadzić do palarni. Skrzywiła się lekko czując zapach wcześniej palonego tu tytoniu. Wymuszony, delikatny uśmiech zszedł z jej ust by mogła patrzeć na niego swoimi ciemnymi oczyma.
    - Ja wszystko doskonale rozumiem Nathanielu, upokorzył nas i nasze rodziny...- zaczęła cały czas mu się przyglądając. Poczuła uderzenie gorąca gdy ten splótł ich dłonie ze sobą. Przyjemne uczucie, którego nie była w stanie opisać przepełniło jej ciało. Jednak gniew nie dawał za wygraną, wyłaniał się zza błogiego uczucia, które było odpowiedzialne za szybsze bicie jej serca. - Albert nie jest człowiekiem honorowym, znajdzie nieuczciwy sposób by z Tobą wygrać Nathanielu.
    Chwilę później siedzieli na fotelach naprzeciwko siebie. Panna Mezzanato z przyzwyczajenia przygładziła materiał swojej sukni. Westchnęła głośno patrząc na młodzieńca o ciemnych włosach. Jego rysy twarzy były również mocne lecz jego spokojny głos powodował, że stawał się idealną całością.
    - Dlatego żałuję, że to uczyniłam. - powiedziała patrząc mu prosto w oczy. - Może i chciałam mu zrobić na złość lecz nie kosztem życia żadnego człowieka. - słuchała go cierpliwie jak ją nauczono. Jednak było widać, że jej południowy temperament nie chce dać za wygraną. - Wybacz, ale pewność siebie w takich sytuacjach nie jest mocną stroną. Lepiej obmyśl plan awaryjny gdyby Albert jednak postanowił oszukiwać. - skomentowała to krótko i wstała ze swojego fotela. Jego słowa były naprawdę czułe i powodowały u Elaine dziwne uczucie w brzuchu lecz gniew nie dawał za wygraną. Bała się, że może coś mu się stać. Nie chciała również aby od jej wyboru zależało życie Alberta. Może i nienawidziła go całym sercem za to jak ją skrzywdził, codziennie czuła ból, którego nie była w stanie opisać. Nie była jednak w stanie wyobrazić sobie, że to jej wybór wpłynął na to, że nienawiedziony Albert lecz nadal człowiek bądź Nathaniel może zginąć.
    Słysząc głosy rozchodzące się od jakiegoś czasu zamyśliła się na dłuższą chwilę. Stała chwilę nieruchomo mając nieco nieobecne spojrzenie. Dopiero po momencie potrząsnęła lekko głową i spojrzała na swojego towarzysza.
    - Widziałam dziś coś dziwnego. - przyznała. - Gdy poszedłeś do środka by wdać się z Albertem w dyskusję widziałam w ogrodzie kobietę. Biegła niczym sił w nogach, wsiadła do powozu i odjechała. Ciekawe co jej stało się dzisiejszego wieczora.. - zadała pytanie bardziej do siebie niż do niego by chwilę później móc wyjść z nim z palarni.

    OdpowiedzUsuń
  12. Elaine miała mieszane uczucia. Nie wiedziała co ma czuć do Nathaniela. W jego towarzystwie czuła się wyjątkowa, był przystojnym mężczyzną o którym marzyło większość dziewcząt na organizowanych bankietach. Była wyróżniona, ponieważ to właśnie z nią je spędzał. Nie odrywał wzroku gdy rozmawiali, wysyłał znaczące spojrzenia gdy znajdował się w innym końcu sali. Okazywał należyte zainteresowanie i prawił komplementy. Nie patrzył na wiele ładniejsze kobiety od niej na sali o typowo europejskich cechach. Nie interesowały go blond loki jej towarzyszek i niebieskie oczy, ich ułożone charaktery i duże posiadłości. Czy to, że czasem jej serce waliło jak oszalałe w jego towarzystwie można było nazwać miłością?
    Próbowała zachować jak najlepsze pozory na zabawie jednak fakt, że wicehrabia de Monte Christo ma stoczyć pojedynek z wicehrabią de Morcref i to z jej powodu wprowadzało ją w lekkie zakłopotanie. Owszem, chciała aby Albert cierpiał lecz nie by mógł zginąć. Nienawidziła go z całego serca lecz wróżyła mu największego cierpienia, nie śmierci. Zawsze istniała również możliwość, że mogło coś stać się Nathanielowi, a tego by nie chciała.
    Całą noc nie mogła spać. Miała koszmary, budziła się zaniepokojona. Wstała skoro świt ubierając się w jedną ze swoich wygodniejszych sukni z pomocą służącej. Krzątała się po domu nie mogąc znaleźć sobie miejsca, jej matka nawet się do niej nie odzywała. Nie chciała wprowadzać córki w jeszcze większe nerwy. Ojciec umiejętnie schodził z oczu nie chcąc widzieć cierpienia swojej córki.
    Nie byłaby sobą siedząc w domu. Jej temperament nie mógłby na to pozwolić. Nic dziwnego, że wybrała się konno do lasku Vincennes. Była już niedaleko kiedy usłyszała strzały. Jej serce ścisnęło się i podeszło do gardła. Niemalże zeskoczyła z konia gdy tylko ujrzała mężczyzn. Ruszyła w ich stronę trzymając suknię w rękach by łatwiej było jej przejść przez trawę.

    OdpowiedzUsuń