Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

20 czerwca 2017

write me some sweet lines

Michał Sosnówka
Czasem odechciewa się wierzyć w tych wszystkich bogów i to całe przeznaczenie. Bo zdawałoby się, że powinien być jakiś limit zła, który może się przytrafić jednej osobie, a tobie, choć robisz wszystko co możesz, świat ciągle daje w ryj. Lista problemów jest za długa, żebyś zdążył rozwiązać je podczas dwudziestu czterech godzin doby, i jeszcze był naraz dzieckiem i rodzicem. Ale ciebie nikt nie pytał o zdanie, więc jakoś rozciągasz sekundy i złotówki, bo ktoś musi być odpowiedzialny. Nie pójdziesz w ślady tych, którzy zostawili czwórkę dzieci samym sobie, i dalej będziesz kradł, i walczył, i karcił, i uczył, i zmieniał pieluchy. Czasem, jak to choleryk, będziesz krzyczeć, walić w ściany i mordy, potem ukradkiem łzy ocierać, a o zmroku dalej iść tą samą ścieżką co świtem, z zaciśniętymi zębami i pięściami. 
Czasem kilka kieliszków wódki wywiezie cię na urlop, i wtedy tęsknota za wszystkim, czego nie masz, wyjdzie na wierzch. Ale szybko wytrzeźwiejesz, świat kolejnym uderzeniem cię otrzeźwi, co najwyżej zdążysz szaleńczo się zaśmiać i twarz ukryć w dłoniach. Starsza o sekundy siostra zastąpi cię na pięć minut, ale niedługo później podciągnie do pionu, bo kłopoty mniej gorzkie są po połowie.

wątek z: Wishbone

4 komentarze:

  1. Uwagę jego rodziców było niesamowicie trudno na siebie zwrócić. Gdy Wiktor był mały, wystarczyło, że porządnie się naburmuszył, odmawiając ruszenia się z miejsca, ale czym stawał się starszy, tym to wszystko było bardziej skomplikowane. Wiedział, co myślą o nim inni, znajomi, przyjaciele, wrogowie, wszyscy – że jest rozpieszczony, że nie ma prawa na nic narzekać, skoro ma pieniądze, dużo pieniędzy, za dużo jak dla jednej, małej, niewdzięcznej osoby.
    I nie chodziło oczywiście o to, że pieniędzy nie lubił, bo to dzięki nim nigdy nie martwił się o nic materialnego, nie był nawet skąpy, z chęcią wydawał ciężko zarobione wypłaty swoich rodziców na swoich kolegów i koleżanki, musiał w końcu w jakiś sposób upewnić się, że wciąż ich obchodzi. No, on, jego forsa, dużej różnicy nie było.
    Znajomi pomagali mu też w planowaniu kolejnych wyskoków, zawsze równie rozbawieni jego pomysłami, co on sam. Bójka na terenie szkoły? Złamanie komuś nosa? Pyskowanie dyrektorowi? Rozróba na mieście? Fajki pochowane w każdej jednej z szuflad? Pewnie, ale to wszystko było jednak wciąż za mało. Rodzice byli do tego już zbyt przyzwyczajeni.
    Dlatego gdy pewnego dnia Artur, jeden z jego kolegów, w żartach rzucił, że może się założyć, że Wiktor nie ma jaj, aby włamać się do domu mieszkającego blisko starszego małżeństwa, które niedawno wyjechało na urlop, sprawa była przesądzona. Wiktor nie tylko miał jaja, ale również nadzieję, że po czymś takim rodzice będą musieli się nic zainteresować. Nie było innej opcji.
    Założyli się o dwie stówy, ale on wcale nie myślał o pieniądzach, gdy kilka dni później ubierał się na czarno od stóp do głów, naciągał na twarz kominiarkę i zarzucał na plecy spory, czarny plecak. Miał wrócić z fantami, aby udowodnić, że na pewno to zrobił, nastawił się więc na poszukiwanie jakichś wartościowych przedmiotów, biżuterii lub innych kosztowności. Nie wiedział, jak rozbroić ewentualny alarm, ani też jak otworzyć zamek bez posiadania klucza, ale zrobił porządny research o wytrychach i czuł się całkiem przekonany, że sobie poradzi. W filmach nie wyglądało to na trudne.
    Gdy dotarł już na miejsce, zaczął siłować się z zamkiem, próbując powtórzyć to, czego nauczył się w Internecie. Czuł, że chyba nie idzie mu zbyt dobrze, ale gdy chwycił za klamkę, ta po prostu ustąpiła, drzwi się otworzyły, więc Wiktor pochwalił się w myślach, stwierdzając, że to musi świadczyć o jego niezaprzeczalnym talencie złodziejskim. Tak.
    No dobrze, może nie był aż tak bardzo profesjonalny, bo gdy wszedł do środka uświadomił sobie, że zapomniał o latarce i musiał wyciągnąć komórkę, żeby to jej użyć. Przeszedł przez kuchnię, ale nic go tam nie interesowało, bardziej, skupił się na salonie… w którym potknął się o ozdobną nogę od stołu, a potem nie mógł poradzić sobie z zamknięciem szuflady i chyba tak trochę nią trzasnął, więc przez chwilę stał w ciszy, nasłuchując, czy nic się nie dzieje. Ale nie, było cicho, może oprócz szaleńczego tempa bicia jego serca, ale do tego nie miał zamiaru się przyznawać. Poza tym, lubił adrenalinę. Udało mu się znaleźć trochę ładnej biżuterii, więc wybrał dwa najładniejsze i najdroższe według niego naszyjniki, które miały być jego dowodami na to, że to zrobił, po czym zachęcony dotychczasową zdobyczą udał się dalej, do uchylonych drzwi, które jak sądził prowadziły do sypialni.
    Owszem, miał rację, znalazł się w sypialni. Tyle, że nie był sam. Gdy tylko przekroczył próg, stanął twarzą w twarz z… kimś. Kimś, kto również wyglądał, jakby był właśnie w trakcie rabowania tego domu. W pierwszej chwili Wiktor tak się przestraszył niespodziewanego gościa w domu, że aż zrobił krok do tyłu i prawie przewrócił się przez wystający próg.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Kurwa mać – zaklął pod nosem, nie do końca wierząc w to, co się działo. Podniósł wzrok na chłopaka, który na oko, w tej ciemności, w której się znajdowali, wyglądał na mniej więcej jego rówieśnika i poważnie, czy to w ogóle było możliwe, że włamali się do tego samego domu w tym samym momencie? Czy to dlatego tak łatwo udało mu się otworzyć drzwi swoim samorodnym wytrychem? Bo przez cały czas były otwarte? Cóż, to było lepsze niż zastać tutaj właścicieli domu albo policję, prawda? Może nawet trochę… zabawne? Odchrząknął.
      – Zgaduję, że nie jesteś zaginionym synem państwa Piotrowskich, który przyszedł w odwiedziny, co? –– zapytał, lustrując go wzrokiem, usiłując ukryć swoje zdenerwowanie i brak pojęcia o tym, co powinien zrobić. Do tego czuł się w pewien sposób na wygranej pozycji, w końcu miał an sobie kominiarkę, w razie czego będzie trudniej go rozpoznać! – Będziemy musieli podzielić się łupem, wiesz?

      Usuń
  2. Przez chwilę poważnie myślał, że mogliby się po prostu jakoś dogadać skoro już znaleźli się wspólnie w tak problematycznym położeniu. Sam uważał tę sytuację za absurdalną, do tego nie zależało mu nawet na wyjątkowym obłowieniu się dzięki włamaniu, przede wszystkim chciał zaimponować znajomym i wkurzyć rodziców. Jednak nieznajomy zdawał się patrzeć na to w zupełnie inny, poważniejszy sposób, a jego komentarze sprawiły, że Wiktor automatycznie przyjmował postawę obronną. W porządku, dobrze, znał właścicieli domu, co prawda nie bardziej niż z widzenia, ale mogło chodzić o coś zupełnie innego. Mógł przecież po prostu obserwować ludzi, których chce okraść, dowiedzieć się o nich czegoś, ciekawe, czy to było zgodne z zasadami. Prychnął, urażony, chcąc głośno zauważyć, że to kompletnie bezsensowne, aby nawet zbrodnie miały jakieś z góry ustalone zasady, w końcu przygotował się do tego wręcz idealnie i gdyby tylko ktoś mu tutaj nie zawadzał…
    Ale wszystkie te przemyślenia musiał zostawić dla siebie, ponieważ chłopak dosłownie zwalił go z nóg, popychając go i wymierzając mu mocny cios w szczękę jeszcze zanim skończył się do niego odzywać. Wiktor po prostu dał się zaskoczyć, do tego zderzenie z drzwiami, a przede wszystkim ich klamką, było dwa razy tak bolesne, co głośne, a było naprawdę głośne. Dokładnie w tym momencie coś w nim przeskoczyło, całkowicie zmieniając jego nastrój. Sytuacja, w jakiej się znalazł przestała być śmieszna, a stawała się bardzo poważna. Krew zagotowała mu się w żyłach, gdy na oślep oparł się o jedną z pobliskich szafek, aby na powrót złapać równowagę. Natychmiast puścił się w pościg za nieznajomym, w głąb domu, do jakichś pokoi, których nie znał i ledwo coś w nich widział, ale nie obchodziło go to. W biegu wrzucił komórkę do kieszeni bluzy, nie kłopocząc się wyłączeniem latarki, ponieważ przyświecał mu tylko jeden cel – złapać tego skurwysyna, który może jeszcze myślał, że ujdzie mu to na sucho. Nie było takiej opcji.
    – Stój! Pojebało cię?! – wrzasnął, samemu też zachowując się raczej idiotycznie, bo żaden rabunek nie powinien chyba przebiegać tak głośno, ale miał to gdzieś. Ten chłopak nie mógł przecież uciekać w nieskończoność, dom nie był aż taki wielki, poza tym Wiktor miał całkiem niezłą kondycję, no i jako że nie przejmował się wpadaniem na meble i robieniem hałasu, już w drugim pokoju, w jakim się znalazł mignęły mu plecy nieznajomego.
    Wiedział, że to jego szansa. Chcąc go zatrzymać, wykonał dwa długie kroki, albo raczej skoki, oczywiście potykając się przy tym o jakieś gazety, które nie wiadomo czemu leżały w kupce na podłodze, bo łatwo być nie może, ale skoro już spadał tak na zbity pysk, to wyciągnął rękę i udało mu się złapać za tył bluzy nieznajomego i pociągnąć go za sobą. Obaj z hukiem runęli na podłogę, a coś w którymś z ich plecaków chyba się zbiło… a przynajmniej tak to brzmiało. Wiktor poczuł jak coś boleśnie przeskakuje mu w kostce i tylko bardziej go to wszystko rozwścieczyło. Zapomniał o bólu, łapiąc chłopaka za tył kaptura, gdy ten próbował się podnieść. Szczęśliwym przypadkiem trzymał w garści nie tylko materiał jego bluzy, ale też jego włosy i dało mu to trochę przewagi, chociaż nie był dumny z tego, że szarpie się z nim jak jakaś baba. Stać go było na więcej.
    – Co ty, kurwa, wyprawiasz! – warknął, mocno, boleśnie łapiąc go za ramię i zmuszając go do odwrócenia się do siebie przodem. To nie było proste, cholerny idiota był od niego co prawda trochę niższy, ale za to potrafił się bić i wyraźnie nie zamierzał odpuszczać. O co mu w ogóle chodziło? – Wyjście jest w drugą stronę, debilu – dodał, wykorzystując jedyną przewagę, jaką miał, masę swojego ciała, żeby przytrzymać go w miejscu. Nie wiedział, co wyprawiał, co chciał osiągnąć, ale o ile jeszcze chwilę temu pozwoliłby nieznajomemu wyjść, uciec, wziąć, co jeszcze chciał, a potem uciec, tak teraz była to sprawa jego urażonej dumy i nie mógł tego tak zostawić.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cała ta sytuacja była wręcz abstrakcyjna. Gdyby Wiktor wiedział, że jego pierwsze włamanie potoczy się tak niefortunnie, wybrałby inną datę albo nawet inną posesję do obrabowania. To, że chciał narobić sobie kłopotów naumyślnie nie znaczyło, że podobały mu się aż takie komplikacje. Nie zależało mu przecież nawet na tym konkretnym domu i nie do końca dochodziło do niego, jak się w to wszystko wpakował.
    – Nie pochlebiaj sobie, ty… – zaczął z oburzeniem, na przekór nie rozluźniając uścisku, bo ten chłopak niesamowicie go wkurzał. Albo może bardziej wkurzało go, że w ogóle szarpie się z jakimś nieznajomym i nie zdążył nawet głośno kontynuować wyrażania swojej frustracji, bo ktoś zaczął dobijać się do drzwi.
    Wiktor szerzej otworzył oczy, zamarł w miejscu i wreszcie puścił chłopaka, starając się nie narobić za dużo hałasu. Bo starczył im już ten hałas z dołu, który wskazywał na to, że ktoś zdecydowanie właśnie wszedł do domu. Ten ktoś musiał coś usłyszeć albo zobaczyć i niech to wszystko szlag, absolutnie nic nie szło po myśli Wiktora. Miał tylko nadzieje, że to nie była policja… Jezu, ale się wpakował.
    Nie wiedział, co teraz, co robić. Nie miał w tym żadnego doświadczenia, tak naprawdę nie wiedział nawet, jak się zachowywać, kiedy włamanie szło dobrze, a co dopiero gdy wszystko sypało się tak jak teraz. Zastanawiał się, czy ten drugi chłopak był do tego lepiej przygotowany, czy może on dokładnie wiedział, co powinni zrobić, ale… ale spierdalamy nie wydawało się być zbyt profesjonalną czy dobrze przemyślaną propozycją. Nie, żeby mieli dużo czasu na przemyślenia. Do tego Wiktor obawiał się, że zostanie przez niego wydany… policji albo komukolwiek innemu, w końcu nieznajomy na pewno troszczył się przede wszystkim o siebie. Ufanie mu zdawało się być nierozsądną opcją. Wiktor powinien był wziąć ten głupi naszyjnik i wyjść, ominęłyby go te wszystkie dodatkowe problemy i miałby to, czego chciał, dowód dla znajomych i rodziców. Naprawdę był idiotą.
    – Niby którędy? – mruknął ze zniecierpliwieniem, podnosząc się powoli, najbardziej bezszelestnie jak tylko potrafił. Był szczerze przerażony i sprawiało to, że czuł się tylko coraz bardziej wściekły. Ale próbował się hamować i, co najważniejsze, nie panikować. – Oknem? – dodał cierpko. Życie wciąż było mu przecież miłe, to nie wchodziło w grę!
    Ktoś wciąż wyraźnie chodził po domu. Wiktor nerwowo sięgnął do kieszeni spodni i wyłączył wciąż świecącą latarkę w komórce. Sądził, że teraz ich najlepszą opcją byłoby działanie szybko i działanie razem, chociaż wcale nie uśmiechała mu się współpraca z kimś, kto dopiero co przywalił mu w ryj zamiast z nim pogadać jak cywilizowany człowiek. Rozejrzał się, chociaż wciąż gówno widział, albo nie przyzwyczaił się jeszcze do ciemności, albo był na to wszystko zbyt zdenerwowany, nie był pewny.
    – Musimy się schować. Poczekać – powiedział cicho, bo to było chyba najlogiczniejsze, co przychodziło mu w tej chwili na myśl. Nie chciał spotkać się z jakąś zaalarmowaną hałasem sąsiadką ani nikim takim. A presja czasu była niemała, ponieważ kroki były coraz wyraźniejsze, tym razem połączone z Halo, jest tu ktoś? Pani Piotrowska, wróciła pani wcześniej? i Wiktor czuł się jakby wpadał w jakiś cholerny stan przedzawałowy.

    [Dziękuję, cieszę się, że ci się podoba! Tak ogólnie to bawiłam się swoją ubogą wiedzą o html-u i tak stwierdziłam, że będę oryginalna z linkowaniem, z kim mam wątek c;]

    OdpowiedzUsuń