4 września 2017


Problem ze świadomością polega na tym, że twoja przeszłość zawsze żyje gdzieś w tobie.
 Jeśli zapędzisz psa do kąta i przestraszysz go, to wyjdzie z niego wilk i cię pogryzie.
______________________________________________________________________________________
Servius Leavinus
obywatel rzymski  | do niedawna centurion
31 lat 
______________________________________________________________________________________
dowódca formacji, która poniósła druzgoczące straty w walce z barbarzyńcami z północy
spadkobierca rodu po tym, jak jego familię zamordowali przeciwnicy polityczni
właściciel miejskiej willi i kilkunastu niewolników
starszy brat po dziecięcemu niewinnej Flavii
chroniczny brak empatii
fascynacja krwią
______________________________________________________________________________________

Siedziałem w bezruchu, utkwiwszy wzrok w jednym punkcie areny. Moje oczy nie błądziły nerwowo, jak te należące do otaczającej mnie ludzkiej ciżby. Twarze gladiatorów przestały mnie interesować, gdy tylko stało się dla mnie jasne, który z nich zwycięży. Przez chwilę śledziłem znudzonym wzrokiem trajektorię poszczególnych cięć, jakbym chciał zapamiętać, których z nich nie potrafią jeszcze moi legioniści… choć wspólne walki to już przecież przeszłość. Mdliło mnie od dusznego smrodu ludzkiego przejęcia, niemal czułem drżenie powietrza, poruszanego ich spoconymi oddechami. Przychodziłem na widowiska tylko z jednego powodu.
O pierwszej poważnej ranie poinformował mnie zapach. Zmrużyłem oczy, by znany od dziecka, słodkawy aromat połączył się z widokiem brutalnie rozcinanej skóry. Dwa białe płaty  rozchylające się, by uwolnić czerwień, były obrzydliwe; ukryte pod zbyt delikatną skórą niebieskie żyłki wiły się jak larwy, ale nie potrafiłem oderwać wzroku od krwi. Moje serce przyśpieszyło, czułem wzrastającą wewnątrz mnie ekscytację. Śledziłem spływający po silnym udzie gladiatora strumyk. Gęsta posoka sprawiała, że rysujące się pod skórą, mocarne mięśnie wydawały się jeszcze ciekawsze, niż wcześniej. Krople wsiąkające w piach…
Wrzawa.
Wyprostowany zwycięzca i rozciągnięty na ziemi przegrany… bo w walce na arenie wszystko jest żałośnie dualistyczne. 
Oderwałem wzrok od hipnotyzującej krwi i przeniosłem go na twarz mężczyzny, który miał zaraz skonać. Podniecenie jeszcze nie gasło. Lubiłem na nich patrzeć, w tych ostatnich sekundach, nim umierali. Nie wiedziałem, co czuli, kiedy widzieli uniesione nad ich obnażonym ciałem ostrze, ale w wyrazie ich oczu było wtedy coś fascynującego. To gwałtowne zwężenie źrenic. Drżenie warg, którego mógłbym nawet chcieć dotknąć, by wreszcie poczuć. Napawałem się momentem dominacji, z której wyrwało mnie słabe szarpnięcie za ramię.
-Servius, on go zabije? – Zabawnie przejęty głos Flavii wpadł wprost do mojego umysłu. Drobna, ciemnowłosa jak ja dziewczynka zaciskała drobne, tak łatwe do połamania palce na luźno wiszącej szacie.
- Jeśli taka będzie wola ludu – stwierdziłem, nie odwracając wzroku od areny. Zirytowało mnie, że tu podeszła. Na wpół świadomie zwilżyłem koniuszkiem języka spierzchniętą górną wargę. Kolejne, mocniejsze szarpnięcie.
-Servius, zrób coś!
Chwyciłem małą za ramię. Zobaczyłem zmianę na jej twarzy, źrenice w jej oczkach zmniejszyły się prawie tak, jak u pokonanego gladiatora. Zreflektowałem się. Poluźniłem uchwyt, obdarzając małą uśmiechem.
Zupełnie inny, ale równie pozbawiony znaczenia uśmiech, wsparty autorytarnym okrzykiem wystarczył, by przekonać otaczających mnie obywateli do uniesienia opuszczonych kciuków. 
Kiedy publika wyła, beznamiętnie patrzyłem, jak zmienia się wyraz twarzy czekającego na wyrok gladiatora. Tak naprawdę, nie obchodziło mnie światło w jego oczach. Ze znudzeniem patrzyłem, jak wraca do koszar, właściwie niesiony przez innych niewolników. Był dla mnie zwykłą, miałką kreaturą. Byłem rozczarowany, a otaczające mnie chude ramionka Flavii, których ciepły dotyk nauczyłem się znosić, sprawiały, że znów znalazłem na bolesnej granicy czucia. Wyuczonym, opiekuńczym gestem dotknąłem  jej pleców. 

Jestem przecież dobrym bratem.

Na co dzień jestem także szanowanym obywatelem, a do niedawna byłem dowódcą znamienitej części legionu. 
Zastanawiam się, czy ci wszyscy ludzie nie widzą, że coś jest nie tak. Czy nie zauważają, że utrzymuję pozory, bo mi się to opłaca, że śmieszą mnie ich strach i uwielbienie, że tak naprawdę najautentyczniejszym, co czuję, jest ta bezdenna, czarna pustka, która wypełnia mnie, gdy zupełnie sam tkwię nad przechowywanymi z pietyzmem resztkami minionych dni.

______________________________________________________________________________________
Cytat w tytule karty: 
Jonathan Carroll, Szklana zupa

Wizerunki:
Servius: Channing Tatum
Flavia: Anna Fausta Primiano

Kryjemy sporo tajemnic, które, mam nadzieję, wyjdą w wątku.
______________________________________________________________________________________
-> Cillian Isenhart

13 komentarzy:

  1. Las jęczał i szumiał tajemniczo. Silny wiatr ze wschodu przybył ledwie wczoraj, ale chmury które przygnał zwiastowały burze. Zapach palonego drewna, miodu i wilgotnych zwierzęcych skór był czymś co znał od dziecka. W milczeniu obserwował starszego brata, Bolta, ostrzącego topór. Mężczyzna miarowo pocierał zdobioną krawędź o płaski kamień. Wszyscy wojownicy i wojowniczki wydawali się spokojni.
    - Jutro staniemy u bram Vallhali. – powiedział Bolt, przesuwając opuszkiem palca po ostrzu topora. Pokiwał głową, uznając że jest już wystarczająco ostry.
    Cillian pokiwał głową, wpatrując się tępo w płomienie jednego z licznych ognisk.
    - Mówią, że gdy długo patrzy się w płomienie można dostrzec jak Surtr ostrzy swą broń.
    Bolt zaśmiał się i siadł na zwalonym pniu obok brata. Zawsze wspominał jego narodziny. Trwała burza, a wiatr niemal wyrwał chałupy z ziemi. Matka często mówiła, że to przybliżyło Cilliana do Thora, dając mu dar patrzenia poza to widzialne.
    - Widzisz bracie… Nasze życie to walka. Rodzimy się i umieramy dla walki i godnej śmierci. A ogień daje nam moc by sięgać dalej i widzieć więcej. – poklepał swój topór. – Jutro ziemia rozmięknie. Wróg nie umie walczyć w błocie. To da nam zwycięstwo. Sam Thor zesłał nam deszcz i pioruny. – poklepał brata po udzie i podniósł się. – Dalej bracie. Czas na strawę i sen. Jutro staniemy w obliczu przeznaczenia.
    ***
    Jarla Torkhel i wraz z jarlanką Astrid, matką Cilliana i dwójki z jego rodzeństwa raz jeszcze wyrysowali patykiem na ziemi plan. Nie było to konieczne, gdyż każdy znał swoje zadania. Jednak nikt nie miał zamiaru dyskutować. Cillian czuł jak wnętrza ściska mu lęk. Była to ledwo trzecia bitwa, w której zaszczyt miał walczyć, ale ta największa była ze wszystkich. Ojciec położył dłoń na jego ramieniu i kiwną głową.
    - Pamiętaj synu. Cokolwiek się wydarzy, cokolwiek usłyszysz i zobaczysz, czekaj na znak.
    - Nie zawiodę ojcze. – odparł młodzieniec, uśmiechając się łobuzersko.
    - Wiem, że nie zawiedziesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez chwilę obserwował jak rodzice i rodzeństwo rozchodzi się by stanąć na przedzie dowodzonych grup. Cill wskoczył na siodło niedużego wierzchowca. Poprawił cięciwę łuku, przepasającą jego pierś i machnął do pozostałych konnych. Jego oddział był najszybszy i najbardziej zwrotny. Zadanie było proste. Popędzić ile sił w końskich nogach do zagajnika i przemknąć między drzewami, w osłonie zieleni, na tyły wroga gdy rozpocznie się starcie. Potem czekać na znak, na odgłos rogu i zasypać gradem strzał nieprzyjaciela. A gdy strzał już zabraknie, zaatakować.
      Odziani na zielono, w powpinanymi w ubrania liśćmi i piórami byli niewidoczni. Cillian wetknął we włosy czarne pióra kruka, znaku Odyna. Na umazanej błotem twarzy wyróżniały się jedynie iskrzące podnieceniem niebieskie oczy. Uspokajał swój oddech i mocno bijące serce kiedy ledwie kilka kroków od niego przechodziły wrogie oddziały. Łucznicy trwali nieruchomo w zaroślach, czekając na znak. Odgłosy walki dochodziły ich z dala. Cillian zaczynał zastanawiać się, czy przypadkiem nie przegapił znaku. Ale gdyby on nie dosłyszał dźwięku rogu, zapewnie usłyszałby go ktoś z jego ludzi. Zerknął w bok, łowiąc spojrzenie Inger. Wojowniczka ledwie dostrzegalnie pokręciła głową. Pozostało tylko czekać.
      W końcu rozległ się upragniony, niesiony wiatrem dźwięk rogu. Przebijał się przez odgłosy bitewne, szum lasu i krzyki umierających i rannych. W końcu nadszedł czas na spotkanie z przeznaczeniem. Wskoczyli na siodła, ułożyli strzały na cięciwach i dołączyli do bitwy.

      Usuń
  2. [Wolisz pisać w pierwszej czy trzeciej osobie? Dla mnie to bez różnicy :) Dostosuje się ]

    Czułem to radosne podniecenie, wypełniające każdy kawałek mojego ciała gdy już skończyły mi się strzały. Tak jak mówił ojciec, gdy grotów zabraknie odczekać przed atakiem chwil kilka, aż się odsłonią, ale nie na tyle długo by zorientowali się w sytuacji. Jakże trudno było odszukać tę chwilę.
    Czas nagle zwolnił. Ściągnąłem wodze, wymuszając posłuszeństwo i spokój. W oddali dostrzegłem matkę, walczącą z wrogiem. Jej jasne włosy wydawały się płonąć ogniem i złotem w blasku słońca, przebijającego się przez warstwę chmur. Wydawało mi się, że to właśnie ona najbardziej przerażała obcych wojów. Zupełnie jakby omijali ją, czmychali przed jej spojrzeniem i mieczem.
    Tuż przy mojej głowie coś świsnęło. Poczułem lekki ból i ciepło, pełzające po szyi. Uniosłem rękę. Przesunąłem palcami po rozpalonej skórze i wyżej,aż do ucha. Rozcięcie nie było duże, ale mocno krwawiło. To dziwne jak mocno takie odległe od serca miejsca jak uszy krwawią. Roztarłem juchę na twarzy ścierając z niej część błota. Oddział, który mieliśmy przed sobą ruszył się w końcu, depcząc po trupach własnych wojów, raniąc nogi o wciąż wbite w ścierwa strzały. Część jeszcze dogorywała ale i tak zginie pod kopytami naszych koni. W plątaninie warcz, włóczni i przerażonych twarzy wroga, dostrzegłem parę oczu, wpatrujących się we mnie ze złością. Przechyliłem głowę w bok, starając się zapamiętać tę twarz. Thor mi sprzyja. Odsunął ode mnie wrogą broń i dał mi tego człowieka, moje wyzwanie, mój cel.
    Wiatr targał krucze pióra w moich włosach. Odległy grzmot nie zwiastował burzy, chociaż jego dźwięk wywoływał dreszcze. To woda biła o skałę przy Urwisku Grzmotów. Wiatr się wzmaga. Niedługo zmieni się pogoda i przyjdzie przypływ. Machnąłem w powietrzu mieczem, w niemym rozkazie. Wszyscy posłuchali i ruszyli wraz ze mną na zachód. Niemal leżąc na końskiej szyi przegalopowałem dystans dzielący nas od żołnierzy wroga, szturmujących tarczenników dowodzonych przez Dongara, najstarszego z mojego rodzeństwa. Doskonale widziałem go, sotjącego dumnie na wielkim głazie. Wydawał się górować nad wszystkimi, niczym lodowy olbrzym. Ogromny topór, zbyt ciężki dla mnie, spokojnie spoczywał w jego dłoni. Czekał na mnie.
    Nim wróg zdołał dosięgnąć jego wojów, uderzyliśmy z boku, dezorientując i tratując wrogów. Wystarczyła chwila, kilka trupów i przerażone spojrzenia wlepione w nasze rumaki. Dongar uniósł topór i jego ludzie ruszyli do boju, na zdezorientowanego wroga. Spiąlem tańczącego pode mną konia. Drobne rozcięcie na uchu wciąż pulsowało bólem, choć krew już dawno zakrzepła. Tak, bitwa trwała. Zapach krwi i surowego mięsa wdzierał się w nozdrza, karmiąc umysł i ciało energią i siłą do walki. Robiąc nawrót, kierując się z powrotem do ostrzelanego wcześniej oddziału, słyszałem jeszcze śmiech Dongara. Jego postać kojarzyła mi się od zawsze z potężnym niedźwiedziem.
    Zatrzymaliśmy się by spojrzeć na pole bitwy. Ci wojownicy, z dalekiego południa walczyli zaiste dziwacznie. Tworzyli ścisłe grupy. Ich tarcze nie stanowiły wielkiego oporu dla cieżkich toporów i mieczy. Za każdym razem gdy rozbijaliśmy ich szyk, oni nie rozbiegali się, tylko szukali swoich by znów zebrać się w grupę. Dziwaczna strategia. Pozostało mi tylko osłabić i opóźnić nadciągające posiłki. Im więcej ich było, tym większe stanowili wyzwanie i tym szerzej otwierały się wrota Vallhali.

    OdpowiedzUsuń
  3. Podjeżdżałem do prawego skrzydła, zmuszając wroga do zwężania szyku. Czułem się cudownie wolny, chociaż krzyki, szczęk metalu i smród śmierci otaczał mnie, tłocząc do głowy szaleństwo - kropla po kropli. Drzewa zaczęły wyglądać jak rzędy zgarbionych postaci, wyciągających kostropate dłonie w kierunku walczących. Gdzieś z oddali dobiegły pierwsze odgłosy uczty padlinożernych ptaków.
    Tantos prychał i rżał, z trudem stąpając po ciałach poległych o porzuconej broni. To zwierze było nieustraszone i należało tylko do mnie. Nikt nie potrafił nad nim panować tak jak ja. Bitwa trwała, a ja wykonałem już wszystkie rozkazy. Pozostało tylko włączenie się do walk. Odszukałem wzrokiem matkę. Astrid wyglądała jak prawdziwa walkiria. Piękna i niezłomna. Znałem swoje słabości i umiłowanie piękna. Podziwiałem świat za jego piękno i niezwykłość. A teraz zbyt długo wpatrywałem się w promienie słońca tańczące we włosach rodzicielki. Straciłem równowagę. Ktoś naparł mocno na bok mojego wierzchowca. Tantos zarżał, ale nie zdołał wytrzymać i padł na bok a ja wraz z nim. Uderzenie w grunt wybiło mi powietrze z płuc. Przez kilka chwil nie mogłem złapać oddechu. Miecz wypadł mi z dłoni. Końskie cielsko miażdżyło mi nogę. Zwierz podniósł się i już po sekundzie zniknął mi z oczu. Leżałem jeszcze chwilę, dochodząc do siebie gdy coś przesłoniło mi światło dnia. Podniosłem wzrok.
    Ci najeźdźcy nie przypominają ludzi, których znam. Mają ciemne twarze i smutne oczy. Oczy woja, który podnosił na mnie dziwnie krótki miecz były pełne złości. Słyszałem świst powietrza, ciętego przez ostrze. Chyba ten dźwięk dodał mi sił. Przetoczyłem się na bok, unikając ciosu. Poderwałem się na nogi, stając na przeciw wroga o złym spojrzeniu. Skoczyłem w bok, łapiąc swój miecz. Wiatr rozwiewał mi, uplecione przez matkę, włosy i czarne pióra w nie wetknięte. Jeden z warkoczy obił mi się o policzek, łaskocząc przy tym. Wyschnięta krew na mojej wyschła całkiem i zaczynała się kruszyć.
    Uśmiechnąłem się. Oto na przeciw siebie stanęły dwie największe potęgi - człowiek żywy i człowiek umarły. Którym z nich będę, za chwilę się przekonam.
    Ten stojący przede mną różnił się od innych. Jego strój był bardziej zdobny a rysy twarzy ostrzejsze. Mój wzrok powędrował do niezwykle pięknej bransolety ze złota, zdobiącej jego nadgarstek. Rzeźbione w metalu rumaki, wydawały się niemal żywe.
    Uśmiechnąłem się szerzej.
    - Twoje spotkanie ze śmiercią od początku miało się odbyć tutaj. - rzekłem w ich dziwnym języku, którego wyuczał nas ojciec. - To będzie dobra śmierć. - dodałem. Przez jego twarz przemknął cień zdziwienia. Chyba nie spodziewał się by ktoś z nas mówił ich językiem. Jednakże tu, na mroźnej północy, wielu takich można było spotkać. Tym językiem posługiwali się kupcy, a tylko głupiec nie poznałby sekretów partnerów w handlu.
    To co się potem stało, trwało ledwie kilka tchnień wichru. Cięcie, unik, cięcie, parowanie, znów cięcie i ból.
    Patrzyłem jak życie uchodzi z ciała mego przeciwnika wraz z krwią. Szybko zgasł. To była dobra śmierć. Lepszej żaden wojownik nie mógł sobie wymarzyć.
    Zdjąłem bransoletę z ręki truchła. Potarłem ją kilkakrotnie o spodnie, oczyszczając z błota i krwi. Była piękna i teraz moja. Pasowała idealnie na moją rękę.
    Nie przejmowałem się Tantosem. O ile nikt go nie zabił, wróci do domu i tam poczeka na mnie. Wziąłem głęboki oddech i rzuciłem się w wir walk.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie byłem pewien tego co się wydarzyło. Moje wspomnienia były dziwnie mgliste i niepewne. Każdy mięsień w moim ciele pulsował i drżał ze zmęczenia. Inger usiadła obok, zaciskając zębami kawałek materiału, którym owinęła ranę na ramieniu. Ogień walki ustępował zmęczeniu i osłabieniu. Z moich łuczników przezyła większość. Straciliśmy kilka wierzchowców, ale po polach biegało wiele koni, których złapanie nie było wcale trudne.
    Uporczywe krakanie kruków i wron, docierało do nas z wiatrem. Ptaki ucztowały. Mężczyźni znosili rannych, których można było jeszcze odratować. Dongar uniósł wielki dzban z miodem. Przez chwilę obserwowałem jak płyn spływa po jego jasnej brodzie i barwi się kroplami krwi, które wciąż pokrywały jego twarz i tors.
    - Nie ma jej.
    Bolt odebrał od brata dzban i sam się napił. ciągnął od niego swąd przypalanego mięsa, a wszystko przez to, że stracił trzy palce i kazał je sobie przypalić rozpalonym żelazem, by krew się nie sączyła.
    - Znaleźliśmy ojca ale jej nie ma. - dodał gdy już odbeknął. Pokręciłem głową. Odyn nie zabrałby matki wraz z ciałem. Należało je spalić, bo w ziemi były robaki. Spojrzałem na Inger a potem na Dongara.
    - Zabrali ją. - wywnioskowałem. - Więc żyje...
    - Wzięli ją jak trofeum. - warknął Bolt, spluwając na trawę. - Co robimy? Nie możemy jej porzucić.
    - Nie porzucimy - postanowił Dongar. Był z nas najstarszy i to on po śmierci ojca, dziedziczył jego władzę. - Trzeba zaatakować, dopóki są rozbici. Nie znają tych ziem. Mamy przewagę... Wrócimy do domu i przegrupujemy to co nam zostało. Woje z północnych plemion powinni już przybyć. Zniszczymy wroga i pomścimy ojca.

    ***

    Astrid czuła nieprzyjemny ból w barkach. Zupełnie inaczej wyobrażała sobie Vallchalę. Otworzyła oczy. Płomienie licznych ognisk i pochodni rozpraszał mrok. Doskonale znała zapach świeżej krwi, jadła, ziół i tę atmosferę smutku i zmęczenia. Wojowie po walce. Jednak to nie jej oddziały. Nie jej wojowie.
    Silne więzy krępowały jej ramiona. Miała wrażenie, że zaraz barki wypadną jej ze stawów. Poruszyła się, szukając wygodniejszej pozycji.
    Nie była tu sama. W zasięgu jej wzroku było jeszcze dwóch jej wojowników i cztery wojowniczki, wodzące podejrzliwym spojrzeniem po poruszających się w obozie mężczyznach. Strup zakrzepłej krwi pozlepiał włosy Astrid. Nie znała wyniku bitwy. Jednak wiedziała, że jeśli chociaż jeden z jej synów przeżył, przyjdzie tu po nią.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wszyscy wiedzieli, że potrzebny był nam odpoczynek. Leczenie ran, zebranie sił, zgromadzenie ludzi i posilenie się przed bitwą. Jednak im dłużej zwlekaliśmy, tym więcej czasu mieli nasi wrogowie.
    Leżałem w głównej izbie, wpatrując się w ogień. Czułem jak ogarnia mnie błoga senność, której bardzo chciałem się poddać.
    Słyszałem rozmowy braci i hersztów plemion z północy. Plan był banalnie prosty. Moim zdaniem, zbyt prosty. Miałem zebrać resztkę swoich jeźdźców i wyruszyć na zwiady. Wolałem nie mówić głośno, iż prawdopodobnie nie utrzymałbym się w siodle. Moje rany zostały oczyszczone i zszyte, niezbyt zgrabnie. Zapach ziół, przyprawiał o mdłości zwłaszcza w połączeniu z niezbyt przyjemną wonią odparowanego krowiego moczu.
    Usnąłem, nim zakończyły się narady.

    ***

    Czuła jak ciasne więzy podrażniają skórę na nadgarstkach. Zdjęto jej skórzane osłony z nadgarstków, jak i większość pancerza bojowego. Prychnęła pod nosem. Ciekawe po cóż przyda się kobiecy pancerz tym barbarzyńcom z południa.
    Prowadzili ją przez obóz. Szła z głową wysoko uniesioną, dumna z bycia prawdziwą wojowniczką. Czuła na sobie ciekawe spojrzenia, które bardzo jej pochlebiały. Odchylono przed nią poły namiotu, a potem ciężka łapa i kopniak w zgięcie kolana, zmusił ją do uklęknięcia. Zakręciło jej się w głowie, ale nie upadła na bok. Syknęła wściekle, po czym spróbowała się znów podnieść na nogi, co zostało udaremnione przez ciężką łapę, wciąż spoczywającą na jej ramieniu.
    Podniosła wzrok, gdy w powietrzu zawisło pytanie. Jej błękitne, niczym najczystsze niebo, oczy świdrowały oblicze rozmówcy. Uniosła kąciki ust w lekkim uśmiechu.
    - Mogłam cie zabić gdy miałam okazję. - odparła wyniośle. - A teraz muszę znów czekać na tę chwilę.
    Nie znała języka kupców tak dobrze jak jej małżonek i młodszy syn. Jednak zrozumienie jej słów, nie było trudne.
    - Macie jeszcze szansę odejść żywi. My urodziliśmy się dla walki, wojny i śmierci. A wy jesteście na nią gotowi?
    Zerknęła w bok, a jej uśmiech powiększył się widząc hełm z czerwonymi piórami. Skoro tak przyozdobione hełmy nosili dowódcy to oznaczałoby, że jej młodszy potomek dokonał czegoś do prawdy honorowego i wielkiego, w dniu swojej pierwszej bitwy.
    Znów wbiła lodowate spojrzenie w oczy rozmówcy.
    - Czego chcecie? - dodała kolejne pytanie.

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Nie ma sprawy :) ]

    - Jestem Astrid Brannhart, jarl wschodnich grani. Nędzną kobietą możesz wołać swoją matkę, najeźdźco z południa. - prychnęła. Uniosła brew w ironicznym wyrazie. Zabawni byli ci z południa. Żałośni w swej prostocie.
    - Przewodzę armii zjaw. Są wszędzie jak cienie, niewidoczni dla waszych oczu, które bez słońca niczego nie mogą dostrzec. Zacznijcie bać się duchów, bo was otaczają. To nasza ziemia a wasze ścierwa tylko ją użyźnią.
    Nie była pewna czy w oczach młodego dowódcy dostrzegła złość, lęk i zaskoczenie. A może wszystkiego po trochu.
    - Mój syn zabił jednego z twoich wodzów w dniu swej pierwszej bitwy. Za ten czyn trafi do wiecznej Vallhalii - dodała z dumą i uśmiechem. Żałowała, że nie mogła napełnić kufla najmłodszego syna, jako wyraz swojej dumy. Będzie miała na to czas później, gdy wszyscy spotkają się przy stole Thora.

    [Dziś dostaniesz krótki odpis, bo chciałem trochę ustalić dalszą akcję. Proponuje by rzymską armię jeszcze przez jakiś czas szarpały podjazdy wikingów aż do wybicia prawie wszystkich albo by doszło do jeszcze jednej wielkiej bitwy ze zjednoczonymi plemionami wikingów i po niej dopiero zebrali jeńców.
    Ja byś wolała dalej poprowadzić akcję?]

    OdpowiedzUsuń
  7. To dobry pomysł :)
    Możemy przejść do momentu w którym twój pan odwiedza targ niewolników i kupuje jednego z nich, albo spotyka go jako niewolnika w domu jednego z przyjaciol czy wrogów.

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Spoczi. Ja też mam zawirowania. Zmieniłem pracę i konam z nudów...
    Dobrze, ze to odnalazłaś, bo ja już zapomniałem jak to miało być XD To możemy przejść do akcji w Rzymie. Może właśnie od tego jak twój pan proponuje odkupienie mojego? Albo może od elementu jakiegoś spisku? Do reszty możemy wracać w retrospekcjach.
    Dostosuje się także pisz co uważasz :) ]

    OdpowiedzUsuń
  9. Długo nie mogłem zrozumieć tego co się wydarzyło. Przecież wygraliśmy. Nasi wrogowie ginęli jeden po drugim. Czułem jak rozpiera mnie duma a moc we mnie rośnie z każdą kolejną śmiercią. Ci z południa nie potrafili się przystosować do mojego świata. Drażnił ich deszcz, burze i chłód, z którym ja żyłem niemal każdego dnia. Thor o nas dbał wraz z Wszechojcem. Czułem ich obecność przy każdym podjeździe, każdym ataku, każdej wypuszczonej strzale i każdym pchnięciu mieczem.
    A potem to się nagle skończyło. I trafiłem tutaj, do tej wściekle upalnej krainy, pełnej ludzi w dziwacznych strojach i ich ciemnych twarzy. Nie było tu cudownie chłodnych deszczy ani soczystej zieleni lasów i pól. Ziemia wydawała się jałowa i sucha. Żar bijący z nieba był zabójczy tak dla mnie jak i dla kilku innych mieszkańców północy, których sprowadzili tu wraz ze mną.
    Przez długi czas, pełen bólu i upokorzeń, byłem pewien że ten upał mnie zabije. Lecz potem moja blada skóra zaczęła nieco ciemnieć, co niezmiernie ucieszyło człowieka, który mnie zniewolił. Był pewien, że najgorsze już minęło. Chyba miał racje, gdyż upał przestał być tak doskwierający.

    Czas mijał bardzo powoli. Każdy dzień wydawał się trwać nieskończenie długo. W nocy przychodziły ochłodzenia. Rozgrzana ziemia oddawała ciepło i dopiero wtedy odczuwałem ulgę. Moja skóra, mimo tego że stała się ciemniejsza od słońca, wciąż była dużo jaśniejsza od ciał tubylców. Wszyscy przyglądali mi się z nieukrywaną ciekawością. Nie było to dla mnie dziwne. Tak bardzo się od nich rózniłem, że uznawali mnie za coś nadprzyrodzonego.
    Wiedziałem kim się stałem. Na północy również mieliśmy niewolników i traktowaliśmy ich dość podobnie jak ci tutaj.
    Wiele razy, wśród tych wielu dni, miałem możliwość odebrania sobie życia. Jednak za każdym razem czułem paraliżujący strach przed śmiercią. Gdybym sam odebrał sobie życie, nie otrzymałbym miejsca przy stole Odyna, tuż obok moich braci, sióstr i rodziców. Bałem się umrzeć. I to była moja największa hańba.
    Wykonywałem polecenia mojego pana bez entuzjazmu. Ociągałem się jak tylko mogłem, ale nie na tyle by pan miał pretekst do ukarania mnie. Wszystkie te dni są takie same. Różnią się tylko temperaturą.
    Często wracałem myślami do czasów przed tą wojną. Wtedy wszystko wydawało się proste i uporządkowane.
    Wśród pozostałych niewolników mojego pana, najbardziej fascynująca była Kara. Miała bardzo ciemną, niemal czarną skórę, czarne włosy i cudownie piękny głos. Od słuchania jej śpiewu człowiek wpadał w trans. Miało się wrażenie, że cały realny świat znika, ustępując miejsca temu co nadzwyczajne i nadnaturalne. Podczas jednej z takich chwil, gdy Kara czarowała swoim głosem, ocknąłem się i uświadomiłem sobie, że teraz mam szansę.
    Cofnąłem się w głąb domu. A gdy już byłem pewien, że nikt nie zwraca na mnie uwagi zarzuciłem na głowę chustę, którą zwykle chroniłem sie przed nadmiarem słońca i wyszedłem z domu.
    Wiele razy chciałem zabić mojego pana. Zaźgać, udusić gołymi rękami... przecież mogłem tego dokonać. Byłem wojownikiem. Kiedy gdybym to zrobił, na pewno zabiliby mnie. A ja tak bardzo chciałem żyć.
    A teraz była noc. Chłód i ciemność mi sprzyjały. Problem polegał tylko na tym, że bardzo szybko zauważono moją nieobecność.
    Minąłem targ. Kilka straganów było otwartych, a pijani klienci pod półprzymkniętych powiek oglądali towary, kołysząc się na boki. Zgubiłem się kilkukrotnie. Nie znałem dobrze tego miasta. Było ogromne! Patrzyłem w czyste gwieździste niebo, szukając jakiejś pomocy. Gwiazdy wyglądały nieco inaczej, ale odnalazłem na niebie te znaki, których szukałem.
    Tam jest północ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żołdacy byli coraz bliżej. Zaglądali wszędzie, gdy tylko młodzieniec moich rozmiarów mógłby się zmieścić. Byłem pewien, że wkrótce mnie zajdą. To już nie pierwsza moja próba ucieczki, ale jeszcze nigdy nie udało mi się zbiec na taką odległość do domu. Kluczyłem między budynkami. Co chwila trafiałem w uliczki, które kończyły się ślepo. Już nie wiedziałem gdzie jestem.
      Słyszałem ich głosy, byli już blisko. Rozejrzałem się. Mur oddzielający ulicę od ogrodu jakiegoś bogacza był na tyle wysoki, by zwykły śmiertelnik zwątpił w swoje zdolności. Ale ja nie byłem zwykłym śmiertelnikiem. Byłem wojownikiem z północy.
      Wylądowałem w jakimś krzaku. Gałęzie nieco poraniły mi skórę na nogach, ale to nic wielkiego. Wyprostowałem się i rozejrzałem. W świetle księżyca dostrzegłem zarys roślin i posągów. Wsłuchałem się w cisze. Odgłosy kroków i głowy zza muru stawały się coraz cichsze. Żołnierze poszli dalej. Odetchnąłem z ulgą.
      Możliwe, że tym razem mi się uda.
      Gdybym tylko zdobył konia i jakąś broń...
      Wszedłem na żwirową alejkę, by dostrzec nieco więcej szczegółów w nikłym świetle. Zdjąłem z głowy chustę. Przeczesałem palcami włosy pozbywając się resztek liści i gałązek z krzewów w które wpadłem. Przez krótką chwilę wpatrywałem się w swoją dłoń. Kropelki potu na bladej skórze lśniły jak perły w blasku księżyca.
      Przeszedłem jeszcze kilka kroków nim zamarłem w pół ruchu. Tuż przede mną na ławce, siedział mężczyzna i patrzył wprost na mnie. Nagle zrobiło mi się zimno. Już po mnie...

      Usuń
  10. [ Nie ma sprawy :) Każdy ma swoje życie :) ]

    Nie poruszyłem się, wygrywając z siłą instynktu. Mieszanka ulgi i rozczarowania kłębiła mi się w głowie. Nie przemyślałem tej ucieczki, nie przygotowałem się. Powinienem lepiej poznać miasto, zgromadzić jakieś zapasy i znaleźć miejsce, w którym mógłbym bez większego problemu skraść konia. Jednak mimo wszystko chyba liczyłem na to, że uda mi się uciec.
    Patrzyłem temu mężczyźnie w oczy, chociaż surowo mi tego zabraniano. Nawet gdy pan lub ktoś z jego gości chcieli przyjrzeć się moim niebieskim oczom, ja musiałem patrzeć w innym kierunku. Jednak teraz ten odruch był silniejszy. Mierzyłem swojego przeciwnika, oceniając swoje i jego szanse. W moim domu, patrzenie wojownikowi w oczy było wyrazem szacunku i poczucia własnej mocy.
    Miałem wrażenie, że gdzieś już tego człowieka widziałem. Jego obraz jak przez mgłę pojawiał się w mojej głowie. Chociaż z drugiej strony... Oni wszyscy są do siebie jakoś podobni.
    - Zgubiłem się. - skłamałem. Odwróciłem spojrzenie od jego oczu i zacząłem się przyglądać jego stopom. Bylem pewien właściwie tego co się za chwilę wydarzy. Każe mnie pojmać. W takim domu musi mieć dużo służby. A potem odda mnie w ręce strażników albo od razu odstawi do Hostusa Crassusa. Mogłem spróbować powstrzymać go przed wezwaniem służby, jednak mogłoby mi się to nie udać. Wystarczy głośniejszy odgłos i zlecą się ludzie. Wyjść miałem niewiele. Najrozsądniej byłoby spokojne czekanie na rozwój sytuacji. Kara za ucieczkę nie może być równa śmierci, zwłaszcza że ponoć jestem cennym okazem. Ta wiedza mi wystarczyła by podjąć decyzje. Okazji na ucieczkę się na pewno jeszcze kilka pojawi.

    OdpowiedzUsuń
  11. Miałem wrażenie, że moja twarz zapłonęła. Zacisnąłem dłonie w pięści. Całe moje ciało rwało się do walki i zemsty. Kilka nocy wcześniej, ten człek z południa drżałby na mój widok. Jeszcze całkiem niedawno to ja byłbym panem. Ja mógłbym zrobić z nim wszystko, co tylko wpadłoby mi do głowy. Tamto życie, proste życie, wydawało mi się teraz sennym marzeniem. Nie uniosłem dłoni by dotknąć policzka. Dopóki nie czułem zapachu krwi, nie musiałem się przejmować takimi klepnięciami. Spojrzałem na swojego przeciwnika z tak czystą nienawiścią, jaką tylko mogłem z siebie wykrzesać.
    - Nie jest twoją sprawą to co robię. Miernym jesteś wojownikiem bez cierpliwości. - prychnąłem.
    Chłodne nocne powietrze, połaskotało mnie w kart wywołując dreszcze. Bogowie musieli mieć wobec mnie plan. Stawiali przede mną kolejne wyzwania. Czułem ich obecność, ich wsparcie i wolę. Nabrałem do płuc chłodnego powietrza. Wyminąłem tego człowieka i ruszyłem w stronę domu. Nie wiedziałem dokąd mam iść i jak się wydostać z posesji. Nikt mi tu nie pomoże. Większość wzniesionych tu budynków mieszkalnych miały bardzo podobny rozkład. Poruszanie się w nich nie było skomplikowane. Spiąłem mięśnie, czekając na cios. Wątpiłem by pozwolił mi stąd wyjść. Podniecenie, jakie przywoływało to wyzwanie było silniejsze niż strach.

    OdpowiedzUsuń