8 listopada 2017

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

Dmitrij Szewczenko

       26 lat | Ługańsk | zodiakalny Wodnik | emigrant 
      Ukraina wciąż żywa w pamięci | rzeźbiarz amator

Zanim ich mieszkanie osypało się, gdy na przebiegającej pod jego oknami ulicy wybuchła bomba, uwielbiał siedzieć na parapecie z twarzą zwróconą ku ciepłu promieni słońca. W pokoju unosił się zapaszek świeżo rozrobionej gliny. 
- Dima! A do tych leniwych, to co chcesz? Bo tak same...
Odwrócił twarz w stronę, z której dobiegał głos. Stłumił kolejne, ciche westchnienie rezygnacji. 
- Cokolwiek, mamo - odkrzyknął na odczepnego; chciał spokoju, czy to tak wiele? Zmarszczył brwi, słysząc znajomy odgłos zamykanych drzwi dobiegający zza uchylonego okna. Przecież Maksym nigdy nie wychodzi o tej porze. Z powrotem nałożył słuchawki, duże, z okrągłymi, wyściełanymi miękką gąbką nausznikami, pewnie nieco staromodne, ale kogo to w sumie obchodziło? Przesunął palcami po lekko wystającej, chłodnej ramce czytnika i wcisnął przycisk na dole, pierwszy z lewej strony. Potrzebował dłuższej chwili, by na nowo wczuć się w czytaną przez lektora książkę.
Gdyby tamtego dnia nie zabrakło cukru, po który uparł się iść, i gdyby matka nie uparła się iść z nim, zginęliby oboje, dokładnie wtedy, w piątek o szesnastej dwadzieścia.
Ale wyszli.
Po głupi cukier, do sklepu dwie przecznice dalej.
Kiedy mieszkali najpierw u koleżanki mamy, potem u wdowca po cioci i w końcu w jakimś państwowym ośrodku pomocy, uciekał na zewnątrz i opierając się plecami o stare drzewo o szorstkiej, porowatej korze, próbował nie słyszeć dobiegających z sąsiedniej dzielnicy wystrzałów. Dzień po dniu, kiedy nie mógł już wytrzymać, ukrywał się w parku i mocząc zmęczone stopy w popękanej fontannie kolejny raz odsłuchiwał ostatnie nagranie na poczcie głosowej. Młodszy brat powtarzał mu, że musi się trzymać, a że on właśnie dostał karabin, dokładnie taki, jakie mają prawdziwi żołnierze. Dmitrij uśmiechnął się, jeszcze raz słysząc, jak Iwan natychmiast się poprawia, prostuje, że oni też są prawdziwi, że walczą tak samo, ale chodziło mu o regularną armię i że Dmitrij wie. Odruchowo kiwnął głową. Wiedział. Zdążył nauczyć się nazwy każdej broni, o jakiej ktoś mu wspomniał, podobnie jak kiedyś zapamiętywał konieczne do programowania komendy. Był pewien, że gdyby dotknął danego sprzętu, potrafiłby powiedzieć co trzyma w rękach i z tego wystrzelić; przeładować i oczyścić także.
Ale nigdy nie dostanie w ręce niczego, co atakuje na odległość większą, niż końce wyciągniętej naprzód dłoni. Nikt o zdrowych zmysłach nie dopuści go do walki, nawet do zwykłej szarpaniny na pięści, więc lepiej, żeby momenty, w których dźgał nożem stary krawiecki manekin, a potem sprawdzał palcami, czy trafił tam, gdzie zamierzał, pozostały tajemnicą, podobnie jak wszystkie siniaki, które nabił sobie, ucząc się chodzić na słuch.
Kiedy matka zadecydowała, że wyjeżdżają, nie miał się już z kim żegnać. Przez całą drogę pociągiem stał w korytarzu, opierając się łokciami o otwarte okno. Wiatr chłostał mu twarz, gdy pociąg przyspieszał. Słuchał zgrzytania szyn, świstu powietrza i chwiał się za każdym razem, gdy pociąg nagle zwalniał. Liczył stacje, więc gdy matka wyszła z przedziału, z którego pewnie go obserwowała, do toalety, prawdopodobnie polecając go uwadze komuś ze współpasażerów, na wypadek, gdyby się przewrócił, potrafił odpowiedzieć na pytanie mijającego go chłopaka. Słyszał terkot walizki, która musiała być bardzo ciężka i co chwilę zahaczała o coś z dobitnym stuknięciem, więc zaoferował się nawet pomóc przy otwieraniu drzwi. Szedł tuż przed nieznajomym, pilnując by chłodna, płaska ściana pociągu nie uciekła mu spod palców. Słuchał każdego słowa, jakie padało zza niego, a było ich na tyle dużo, że odwracanie się przez ramię w odpowiednią stronę przestało być problemem. Uśmiechnął się na chwilę przed tym, jak potknął się o jakiś pozostawiony w przejściu plecak i poleciał do przodu, dłońmi na podłogę i twarzą w ten nieszczęsny pakunek. Przydługie, łaskoczące włosy jeszcze bardziej zasłoniły oczy, kiedy zakłopotany śmiał się z tego, jaką jest łamagą. Nie zdążył otworzyć drzwi. Zdenerwowany głos matki zawrócił go tuż po tym, jak wykrztusił swoje imię.
Pół roku później pozostała mu jedynie przestrzeń ciasnego pokoju, jedynego, w którym czasem nadal udawał, że jego tożsamość nie składa się z zaprzeczeń. Siedział przy solidnym, niechwiejącym się biurku, wygładzając palcami nos wilgotnej, ciepłej od jego rąk rzeźby. Drgnął, słysząc, jak klamka ustępuje pod naporem matczynej ręki, a drzwi otwierają się bez szmeru. Wolałby, żeby zapukała, ale to tutaj nie ma znaczenia. Prosił już o to
Słyszał jej oddech i chwilę milczenia, wystarczająco długą, by uznał, że przygląda się temu, co właśnie rzeźbił.
- Dlaczego nie piszesz już tych programów? 
Nie odwrócił się, przy niej nie miało to sensu.
- Bo tutaj mają nowsze.
- Jak to nowsze? To to co się uczyłeś, to złe były?
- Oni tutaj pracują głównie w C++.
- Czyli to co piszesz, się nie nadaje?
Pokręcił głową, zastanawiając się, jak powinien jej to wytłumaczyć.
- To są różne... no, języki. Takie dla programistów. Tutaj wolą inne, a przy nich nie działa... 
- Masz zły komputer?
- Nie. Ten program, który mam na komputerze, nie chce z nimi działać. Znam komendy, mogę napisać kod, ale nie mogę sprawdzić, czy działa. Ale ta rzeźba jest na zlecenie. Facet chciał miniaturę Wenus z Mi... - Bardziej wyczuł, niż usłyszał, że się odwróciła. Zamknęła za sobą drzwi, nim skończył. Udał sam przed sobą, że nie rusza go, że woli słuchać o programach, na których się nie zna, niż o rzeźbieniu. Odczekał chwilę i raz jeszcze przesunął opuszkami palców po twarzy kupionej przez Internet plastikowej figurki, by zapamiętać kształt prawego skrzydełka nosa i przenieść go na swoją rzeźbę. Z przyzwyczajenia odwrócił głowę w stronę, po której w jego starym pokoju było okno. Oczywiście nie zobaczył pod powiekami ciepłych cieni, ani nie poczuł chłodu. Pozwolił sobie na grymas, nim z powrotem pochylił się nad biurkiem i zaczął jeszcze bardziej uparcie formować górną wargę. 
Przecież niewidomy nie potrzebuje okna.


> niewidomy {od urodzenia;} 
       > niesamowity talent w rękach
       > na ciele zawsze siniaki {po wyprawach w nieznane, bo 
         żyć warto tylko na: 100%} 

 > trudne relacje z opiekuńczą, ale wiecznie "podcinającą-
   skrzydła" matką
       > brat zginął na wojnie {name: "Iwan"; position: 
         separatist;}

 > w mieszkaniu troje Ukraińców: {on; matka; Stalker;}
 > ciasny pokój, {w którym panuje irytujący nieład, ale 
   absolutnie nie wolno w nim niczego ruszać;}



> W tytule fragment znanego cytatu, autorem oczywiście Antoine de Saint-Exupéry. 

Wątek z: Konstantin Geist (Bociek)

2 komentarze:

  1. Czuł się dziwnie w te święta. Raz, że spędzał je samotnie, po raz pierwszy od kilku jeśli nie kilkunastu lat. Ale to naprawdę spędzał je samotnie, co prawda niby poszedł odwiedzić Svena w szpitalu, bo jednak byłoby dobrze, żeby chociaż na kilka godzin chłopak wiedział, że ktoś o nim pamięta. Co prawda w dużej mierze siedzieli w milczeniu, a jeśli rozmawiali to o jakiś neutralnych tematach, prawdopodobnie dla obu ta wizyta była aż nadto męcząca. Normalnie Konstantin by to olał, ale zastanawiał się czy taki jeden barman nie miał jakiejś racji i czy nie powinien szczerze porozmawiać z chłopakiem. Ale na to przyjdzie jeszcze czas, jak wróci do domu. Jak wszystko się ustabilizuje i…jakoś to będzie.
    Należało kiedyś podjąć tą męską decyzję i porozmawiać z prawie siedemnastolatkiem. Chociaż mimo wszystko dziennikarz powątpiewał w to, że chłopak będzie chciał rozmawiać i wyżalić się akurat jemu. Chyba najlepszym rozwiązaniem będzie znalezienie jakiegoś psychologa i porozmawianie z nim, wysłanie Svena do profesjonalisty. Co prawda pewnie skasuje go na sporo koron, ale miał o gdzieś.
    Należało zadbać o swoją „rodzinę”, chociaż i tak zawsze spoiwem był Nils. To on sprawiał, że Sven słuchał Konstantina, to dzięki niemu Konstantin nie rozszarpał Svena na drobne kawałki.
    Szkoda, że nie wiesz Nils jak cholernie mi ciebie brakuje… - pomyślał siadając w fotelu. Sięgnął po laptopa i zaczął pisać jakiś artykuł. Przypuszczał że i tak to poprawi, ale mógł zacząć, przecież i tak nie miał nic innego do roboty, prawda? Teoretycznie to mógłby zrobić jakąś kolaję, ale miał kurczaka w lodówce, jak zgłodnieje to sobie odgrzeje. A teraz to lepiej było przysiąść przed laptopem, coś napisać, mieć wrażenie że to jedynie na co się nadaje to na zadrukowanie tym papieru toaletowego… i no cóż, wrogowie mieliby powód do radości, kiedy siedzieliby w toalecie.
    Konstantin nawet i widział to jak ci ludzie się cieszą z możliwości podtarcia sobie tyłka jego artykułem. Nawet zaśmiał się cicho z tego wszystkiego. Nie spodziewał się tego, że taka zwykła rzecz może go rozbawić. A tu proszę, coś pozytywnego dzisiejszego dnia.
    Napisał dwa zdania. Spojrzał na zegar, miał dość. Najchętniej to położyłby się spać, ale wiedział że ciężko mu będzie przysnąć na dłużej. Tabletki nasenne skończyły mu się jakiś czas temu, będzie musiał wybrać się do lekarza po receptę i później będzie musiał sobie tabletki wykupić. Ale to zrobi po nowym roku. Nie było powodu do pośpiechu. Nie musiał teraz przesypiać całej nocy, jeśli obudzi się o pierwszej to nic się na Boga nie stanie!
    Zapisał te dwa zdania, wyłączył Worda i wyłączył laptopa. Zadecydował, że prześpi się godzinkę, może dwie. Odłożył sprzęt na stół, przeszedł do barku. Wyciągnął z niego szklankę, wlał do niej taniej whisky i powoli wypił alkohol. Miał nadzieję, że to pomoże mu zasnąć.
    Odłożył szklankę na stół, zgasił światło w pokoju, położył się na kanapie. Pod głowę położył kawałek koca i spróbował przysnąć chociażby i na godzinkę. Zegar w telefonie wskazywał godzinę dwudziestą pierwszą z kilkoma minutami.
    Może i było to głupie, że niczym się nie przykrył, może wtedy pospałby nieco dłużej i obudziłby się dopiero nad ranem, albo wcześnie rano. Tak to przespał trzy godziny, czuł się względnie wyspany, przynajmniej na tyle że był w stanie siąść do dalszego pisania artykułu; chciał go skończyć, chociaż nie było powodów do pośpiechu.
    Zapalił światło, zmrużył oczy kiedy okazało się, że jednak jest za jasno. Zaraz jednak oczy przyzwyczaiły się do sztucznego światła. Przeszedł do lodówki, wyciągnął coś co mógł odgrzać w mikrofali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podszedł do stołu w salonie, chwycił szklankę do lewej ręki. Podszedł do barku, wyciągnął butelkę whisky i przeszedł do kuchni. Postawił to na blacie kuchennym, wyciągnął widelec, poczekał aż mikrofala się wyłączy, wyciągnął jedzenie. Nalał alkoholu do szklanki, zabrał wszystko i przeszedł do salonu. Włączył laptopa, w oczekiwaniu aż sprzęt się uruchomi zaczął jeść to co sobie odgrzał.
      — Smakuje jak jakąś breja…a może tylko mi się tak wydaje? – zastanowił się na głos popijając jedzenie whisky.
      Zjadł połowę, talerz odstawił gdzieś z boku. Sięgnął po pustą szklankę, obejrzał się w kierunku kuchni, gdzie została butelka. Westchnął cicho, postanowił później po nią pójść. Najpierw napisze trochę artykułu.
      Było to bardzo sensowne rozwiązanie, bo tez w sumie to miał i pomysł jak pociągnąć to wszystko (co z tego, że pewnie jutro wszystko wyrzuci, bo stwierdzi, że to jest okropne?).
      Za bardzo wciągnął się w pracę, w pierwszej chwili nie słyszał dzwoniącego telefonu, kiedy natomiast już dotarł do niego ten dźwięk, niemalże rzucił się na telefon.
      — Geist z tej strony – powiedział szybko. Nawet nie spojrzał na wyświetlacz. – Dima? Cześć… Stało się coś? Jeśli chciałbyś porozmawiać, to możesz do mnie przyjść – powiedział. – Albo ja do ciebie przyjdę, nawet teraz. I uprzedzając twoje pytanie, to nie obudziłeś mnie, pracowałem. Adres pamiętasz, prawda?

      [Sorka że tak w sumie o niczym, jakoś coś mi nie wyszło, następnym razem postaram się lepiej. I mam nadzieję, że nie masz mi za złe że tak "zrobiłem" tą rozmowę telefoniczną ;)]

      Usuń