6 listopada 2017

To tylko nasza, a nie gwiazd naszych wina.


O l g a    W a s i l j e w n a    S a c h a r i e w a 


      Kiedy przechodzę ulicami, a na moje ramiona pada zimny deszcz, powietrze zdaje się pachnieć żeliwem. Czasami mam wrażenie, że te wszystkie toporne  maszyny, których terkot dochodzi ze skrytego za parkanem zakładu, parują, a ciężka zawiesina unosi się między cząsteczkami tlenu, osadza się na wargach i wnika pomiędzy włókna tkanin. Płaskie, nieforemne buty klaszczą cicho o nierówny, ubłocony bruk. Wtedy jestem jeszcze tą dziewuszką z krzywym kosmykiem podpiętym spinką, tą ze zdjęcia, które ci pokazywałam. Niefrasobliwie podbiegam co kilka kroków, usiłując dotrzymać tempa matce. Jej ciepła, miękka dłoń grzeje moją. Nie rozumiem, czym jest ten wielki budynek, przed którym czekamy, ani dlaczego wargi mojej matki drżą. Przestępuję z nogi na nogę. Po raz drugi w ciągu jednego dnia rozdrapuję sobie ugryzienie komara i dostaję po palcach, gdy szkarłatna krew ścieka po boku szyi na nieskazitelnie biały kołnierzyk.
Nie wiem dlaczego, kiedy patrzę na  te ich przeklęte flagi, widzę właśnie tamten kołnierzyk, tamtą scenę. Może dlatego na ich widok czuję się jeszcze bardziej bezsilna.
Matka powiedziała mi, że tata do nas wróci. Pytałam ją o tamten moment wiele razy… Zawsze mówiła, że ojciec nas zostawił.

      Kiedy wchodzę do domu i uwalniam ramiona od ciężaru ciepłej jesionki, wita mnie zapach chrupiącej skórki świeżego chleba. Zsuwam buty, bose stopy plaskają o ciepłą podłogę, gdy z naręczem książek pod pachą wchodzę do kuchni. Twarde okładki wyślizgują mi się z ręki, gdy do moich uszu dobiegają dziwne słowa kołyszącej się na wyściełanym krześle matki. Może gdybym nie była tak zszokowana faktem, że się modli, zauważyłabym łzy ukryte w kurzych łapkach w kącikach jej oczu.
Stoję i nie wiem, co powinnam zrobić, bo właśnie wróciłam z zebrania Komsomołu, a moja rodzona matka wciąż wierzy w opium dla mas.

Kiedy ponownie przechodzę tymi ulicami, potrafię już milczeć. Miasto, w którym podobno się urodziłam, wydaje mi się zupełnie obce i gdyby nie znajomy zapach żeliwa, poddałabym w wątpliwość wszystko, co powiedział mi mój wuj, Anton Fiodorowicz. Przez chwilę naprawdę czuję się jak tamta dziewczynka, tonę w promieniach słońca, którego ciepłego blasku już nie pamiętam i przenoszę ciężar z jednej obutej w zbyt wysoką szpilkę stopy na drugą.
Kobieta, która wychodzi mi naprzeciw z drugiego końca ulicy nosi tę samą sukienkę, co moja matka, ale gdy wyginam wargi w wyuczony uśmiech, prócz imienia, zwraca się do mnie otczestwem. Gdy idę obok niej, zwalniając kroku, by nie musiała podbiegać, a na moje okryte białą koszulą ramiona spadają pierwsze krople deszczu, przez chwilę mam ochotę wsunąć palce w jej pomarszczoną dłoń.

Kiedy wchodzimy do domu, wita nas cisza i przykry zapach wilgoci. Zaglądam do swojego pokoju, próbując odnaleźć dziecko, które kiedyś tędy przechodziło. Zostały po nim tylko pusta półka na książki i wspomnienie parapetu, który kiedyś znajdował się zbyt wysoko, by na nim usiąść. Nawet w kuchni, na piecu leżą tylko czarne płatki spalenizny i próżno szukać przykrytego ściereczką chleba. W milczeniu zjadamy jakąś zupę. W palcach mnę obrus, na którym już od dawna nie ma plam. Kiedy stukanie łyżek przestaje rwać niezręczną, kłującą sumienia ciszę, wyciągam z walizki swój indeks.
- Pisałam pracę o roli ruchów robotniczych w gospodarce Francuskiej.
- O tym samym w tych ostatnich przemowach było… To ty to jeszcze raz piszesz?
Marszczę brwi, doskonale pamiętam wszystkie przemówienia, które podano do publicznej wiadomości i przez chwilę próbuję zrozumieć, co ma na myśli i w jaki sposób wiąże się to z moim wykształceniem.
- Nie – uśmiecham się w końcu. W wysiłku, z jakim to robię, jest coś przykrego. – To, o czym ja pisałam, działo się w XIX wieku. We Francji. A w przemówieniu Stalina było o naszej, obecnej gospodarce. 
Pamiętam, że spuściła wzrok i zajęła się obieraniem tych głupich kartofli, na które do dziś nie mogę patrzeć. Tamten wieczór spędzamy przy nalewce, odkopując przeszłość. 
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że ojciec był zdrajcą?
Moja matka milczy. Wysoko nad nami bura ćma parzy się o lampę. Jest dla niej za późno, a ja uświadamiam sobie, że żałuję jej bardziej, niż tego ojca, na którego czekałam przez dziesięć lat.
- Nie potrafiłabym zdradzić socjalizmu – stwierdzam nagle. Nasze spojrzenia się spotykają.
- A rodziny?
Mnę w palcach obrus. Po szklanej ściance naczynia spływa ciemna, prawie czarna kropla alkoholu i plami nieskazitelnie biały materiał.

      Kiedy wiele lat później wchodzę do swojej kwatery operacyjnej w Warszawie, na zewnątrz pada zimny deszcz. Przeciskające się przez uchylone okno powietrze zdaje się pachnieć żeliwem. Czasami mam wrażenie, że te wszystkie toporne  maszyny, które nagrzewają się w pobliskiej odlewni metali, parują, a ciężka zawiesina unosi się między cząsteczkami tlenu, osadza się na wargach i wnika pomiędzy włókna tkanin. Pozbawionym uczucia, czujnym wzrokiem otaczam wnętrze mieszkania. Sprawdzam wszystkie drzwi. Dopiero po rutynowej kontroli zapadam się w fotelu i topię wargi w wysokoprocentowej goryczy. Wszystkim oprócz ciebie mówię, że nie ma już tamtej dziewczynki ze zdjęcia i miast innych, niż Moskwa. Udaję także, że jako kobieta mogę dojść do wszystkiego tą samą drogą, co mężczyźni, z którymi pracuję. Że nigdy nie zwątpiłam w komunizm. I, najczęściej, że nigdy nie złamałam niefortunnej, rodzinnej obietnicy. 
Czasami, zwłaszcza, gdy idąc na pocztę, widzę tę ich przeklętą flagę, żałuję, że nie ma już tamtego deszczu, płaskich butów i zapachu chleba. Nawet te książki, z których poznałam inne miasta niż moje, i politykę, musiały pozostać daleko ode mnie.
Chciałabym, żebyś powiedział, że teraz już rozumiesz, dlaczego walczę o komunizm.
Ale teraz ciebie także już nie ma.

____________________________________________________________________________________

   podporucznik GRU | lat 31 | komunistka | ideowiec

od niedawna nowy oficer prowadzący dla warszawskich agentów | polska tożsamość: Olga Iżyńska

 bezwzględna dla wrogów systemu | zakazany romans w przeszłości | samotność topiona w alkoholu
____________________________________________________________________________________
Cytat w tytule pochodzi z książki "Gwiazd naszych wina" John Green'a. Wizerunek z DeviantArtu, nie wiem, kogo przedstawia. 

Artemij Błagowieszczenski                                                                                                                  Wcześniejsze wydarzenia

2 komentarze:

  1. Wreszcie.

    Po ucieczce przed łapanką i ukryciu się w jakimś kościele udało mi się dotrzeć do lokalu kontaktowego. Nikt mnie raczej nie śledził, nie spóźniłem się - dobiegłem akurat idealnie w momencie, kiedy ona wchodziła do środka. Wszedłem za nią szybkim krokiem, zdyszany. Za pazuchą miałem coś, co mogłoby się nam przydać. Tak przynajmniej myślałem.

    -Priwiet - powitałem ją cicho, pośpiesznie. Konkrety, konkrety, konkrety, Tima. Wyciągnąłem szybko zza pazuchy dwa zdjęcia w przybrudzonej, nieco zmiętej kopercie, ale starannie zaklejonej. Nikt jej nie otwierał, nikt nie widział tych zdjęć...teraz zobaczy je ona. Zrobił je dla mnie mój informator, któremu mogłem ufać. Jednemu z nielicznych....
    Wręczyłem je kobiecie, po czym siadłem na chwilę na krześle.

    -Łapanka...-westchnąłem.-W kopercie masz zdjęcie naszej parki. Zrobił je dla mnie mój informator z ukrycia. Zdolnyj czieławiek, potrafi nie takie rzeczy... Poza tym dowiedziałem się od innego kontaktu, że dziewczyna nazywa się Michalska. Joanna Michalska. Kapitalistka, akowiec, jak oni wszyscy... Nazwiska mężczyzny nie znam, ale wiem, że posługuje się pseudonimem. "Promień". Ponadto dowiedziałem się, śledząc go, gdzie mieszka dziewczyna. To na Woli, taka mała klitka...Może to też jakiś ich lokal kontaktowy? Taki jak nasz?

    Zamknąłem na krótki moment oczy. Heili, heilu, heila!
    Tupotały pospiesznie podkute, żołnierskie buty. Słyszałem dźwięki piosenki. Echa niemieckich słów mieszały się z dziecięcym śmiechem, kołysanką, brzękiem tłukących się szklanek i krokami ludzi wyprowadzanych przez NKWD.

    - Co więcej, niespodziewanie zmienili termin spotkania. Chcą spotkać się dzisiaj o 16:00, w tym samym miejscu, co zawsze. Pójdziemy tam we dwoje? - zaproponowałem, po czym dodałem z lekkim uśmiechem: - Mogę zarezerwować tam stolik, wkupiłem się w łaski jednego kelnera. Udamy, że mamy randkę czy coś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znacznie wcześniej, w przytłumionych szelestem pomieszczeniach sortowni listów, pracownicy mieli fajrant. Michał Abramczyk, kapuś, wyszedł ze spokojem zapalić papierosa. W myślach układał sobie już treść donosu na kolejnego z pracowników. Hm...kogo by tu wziąć na odstrzał? Może piegowatą, chudą, kiedyś rudowłosą jak ogień Lidkę, która odmówiła pójścia z nim do kina i dała mu w delikatny sposób do zrozumienia, że jest już zajęta? A może zgrabną listonoszkę Krystynę, której polski pysk już mu się zdążył opatrzyć? Może uda mu się wyłapać jakąś pięknotkę i wstawić ją na jej miejsce. Ta małomówna, kształtna i ładna Iżyńska też nie wyglądała najgorzej. Ostatnio jakby wolniej rozdzielała paczki; wobec tego może należałoby zainteresować się nią?
      Nikt nie zauważył, że przy owej Iżyńskiej znajduje się list nadprogramowy, którego stanowczo nie powinno być w pocztowych wykazach. List ten nadany został z Rosji w szarej, matowej kopercie bez większych ekstrawagancji, był zaadresowany na Artemija i Nadieżdę Błagowieszczenskich, Władywostok, władywostockaja obłast', Nadmorskij Kraj, Rassija drżącą, starczą ręką jego ojca - Fiodora Pawłowicza Błagowieszczenskiego. List brzmiał krótko i był bardzo...specyficzny, choć na pozór niczego nie można mu było zarzucić.

      Nadiu moja droga,
      Jestem w obozie na Kołymie. Jest mi tu dobrze, ubieram się ciepło, jest też ze mną nasz mały Liosza. Karmią mnie tu dobrze i pracuję ku chwale naszej socjalistycznej ojczyzny.
      Mam nadzieję, że ty sama miewasz się dobrze i że nasz Timka też sobie radzi. Że pracuje ku chwale partii i socjalistycznej, pięknej ojczyzny, ku chwale towarzysza Stalina.
      Zostało mi jeszcze pięć lat wyroku, tak przynajmniej mi tu mówi towarzysz Zajcew. Jeśli będziesz chciała pisać listy, to pisz na adres kołymski z odwrotu koperty.
      Przyślij mi tylko trochę machorki i dla Lioszki chleba i cebuli. Przydałyby się nam też nowe rękawice, byśmy lepiej pracowali na chwałę partii i towarzysza Stalina.
      Twój na zawsze, Nadieczko,
      Fiodor Pawłowicz Błagowieszczenski
      PS. Kochana mamo, tu pisze Liosza, konwojent dał mi i tacie ołówka. Ja pracuję w biurze, a tata na brygadzie. Żyjemy i mamy się dobrze. Czy u Timy jest ciepło, bo u nas jest bardzo chłodno. Kochamy Was.
      Leonid


      Ponadto do owego listu dołączona była zakodowana starannie depesza, której treść dotyczyła głównie szpilek do włosów i konfekcji damskiej, a po rozkodowaniu brzmiała następująco:

      Każcie "Striełokowi" zebrać więcej informacji na temat tego pociągu. Włączcie się aktywnie w sprawę, jeżeli uznacie, że sprawa jest warta zachodu i pomoże w walce o socjalizm.
      "Szakal" pracuje dla nas od 1937 roku. Członek partii, aktywny bolszewik, walczył razem z nami. W sorok pierwom awansowany na współpracownika stałego NKWD. Kontaktować mógł się tylko z "Biełką" i z Kawiarnią. Matka, ojciec, żona i syn rozstrzelani w więzieniu za poglądy trockistowsko-rewolucyjne. Obserwujcie go, a jeśli trzeba, nie wahajcie się podjąć odpowiednich działań. Stałe raporty jak najczęściej"


      Autorami pierwszego listu byli Fiodor i Leonid Błagowieszczenscy, nieszczęśliwi ojciec i syn, których aresztowano i umieszczono wśród przerażającego skowytu wichrów Kołymy, z dala od cywilizacji, a teraz nagle, po latach uwięzienia, dano im prawo do napisania jednego jedynego listu do żony i matki oraz do syna i brata. Może dlatego białawy, pomięty papier, wydarty na szybko z jakiegoś notesu (zapewne z notesu litościwszego od innych konwojenta) miał na sobie ślady łez?
      Autorem drugiej depeszy był człowiek znany jako Wasia-Wasiliok, zgodnie ze starą, żołnierską piosenką, który odpowiadał za koordynację i działania siatki szpiegowskiej w Warszawie.

      Tima

      Usuń