Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

14 kwietnia 2000

[KP] We are too young and immature to give up, you idiot



    Ryan Harris


                  | 25 lat | Grudniowe dziecko | Pasja | Zapał | Obiecujący student | Bystry umysł | 

 / - Więc za co tak właściwie wyrzucili cię z akademika?
   - Groziłem mojemu współlokatorowi śmiercią.
   - Auć, poważnie. Co zrobił?
   - Oglądał porno na moim pancernym laptopie w obudowie z magnezu. /
                 
       | Jak najdalej od rodziny | Rodzice hippisi | Zdrowe odżywianie | Tania whiskey | Słaba głowa |
        | Zainteresowanie teologią | Ale chciałby wierzyć w nordyckich bogów | Życie na walizkach |
        
/ - Wiesz, tak w sumie to jesteś bardzo...
  - Przystojny? Seksowny? Wiem, nie wysilaj się.
  - Podobny. 
  - Jeżeli znowu powiesz mi, że jestem podobny do typowego nerda, to skończysz gorzej, niż mój               poprzedni współlokator.

     | Słaba kondycja | Marna próba kursu samoobrony | Niecierpliwy | Cięty język | Miękkie serce |
                                                                  | Po części naiwny |
               | Wiara w lepsze jutro | Zgoda z naturą | Nic nie jest całkowicie złe | Bezstronny |

/ - Jak się czujesz z myślą, że swoje istnienie zawdzięczasz woodstockowi? 
  - Ogólnie źle się czuję myśląc o pożyciu seksualnym moich rodziców. 
  - Uczyli cię chodzić nago po łące? Śpiewać do księżyca?
  - Tak, urodziłem się wśród kwiatów, wychowywałem razem z sarnami, w lesie, tańczyłem pod                wodospadem i modliłem się do słońca. /
                  

20 komentarzy:

  1. Na swój własny indywidualny sposób był leniem. Nie chodziło wcale o to, że nie ćwiczył, czy nie pracował. Starał się ćwiczyć, pracował nawet przez dłuższy okres czasu, nawet na studia się wybrał, gdzie zrobił licencjat z historii. Pewnie mógłby z powodzeniem kontynuować naukę na uczelni, gdyby nie fakt, że po prostu mu się nie chciało. Stwierdził, że nie chce marnować czasu na naukę, skoro może robić tyle innych rzeczy. Z początku chciał swoim Fordem Mustangiem zwiedzić całe Stany Zjednoczone, jednak musiał skądś mieć na to pieniądze.
    Od rodziny nie dostał ani centa, sam jakoś uzbierał…na wynajem mieszkania, bo o żadnej dłuższej wyprawie jednak nie było mowy.
    Jednak za długo nie powynajmował mieszkania, nie pracował za długo w siłowni jako trener personalny, po naprawdę krótkim czasie stracił pracę, a później i właściciel wywalił go z mieszkania bo zalegał z czynszem. Jerry swój honor miał i nie zamierzał ani handlować narkotykami, czy też czymkolwiek podrabianym. Nie zamierzał też wracać z podkulonym ogonem do rodziców.
    Prawdopodobnie na całe swoje szczęście miał przyjaciela, który zgodził się go przekimać z początku na kilka nocy, ale kisi się już u niego jakiś dłuższy czas. Że też Ryan wytrzymuje z Jerrym, który no cóż…ma dosyć osobliwy charakter, pełen sprzeczności.
    Akurat brał prysznic, kiedy jego współlokator zdecydował się wpaść z najnowszymi wieściami. Miał szczęście, że nie wyszedł właśnie w tej chwili, kiedy Ryan wpadł do obskurnej łazienki, gdzie tylko do kompletu brakowało pełzających karaluchów. Chociaż Jerry przypuszczał, ze te małe żuki, czy czym one tam konkretnie są…że one gdzieś czyhają w jakimś zakamarku tej ogromnej łazienki. Czekają na odpowiedni moment, najlepiej na taki, kiedy po obejrzeniu horroru zechce mu się przyjść do łazienki i wtedy kiedy nie będzie światła, albo żarówka się wypali. Wtedy pewnie jakaś banda karaluchów przejdzie mu po bosych stopach. Albo po prostu nadepnie na te stworki. Za każdym razem w głowie Crossa pojawiał się inny scenariusz, jednak finał zawsze był ten sam…zawał na miejscu oraz krzyki jakby co najmniej ducha zobaczył.
    — Poczekaj, no! – krzyknął. Chciał nieco zagłuszyć lecącą ciepłą wodę. Zaraz zakręcił kurek, chwycił ręcznik i obwiązał się nim wokół pasa. Wyjrzał zza zasłony na podekscytowanego Ryana. Postukał się w czoło i uśmiechnął się do kumpla z pełnym politowaniem.
    — Hitman aka Agent 47, mówi ci to coś? – zapytał. – Poza tym, może to jacyś samobójcy byli, no wiesz…tacy samobójcy masochiści – powiedział pół żartem pół serio. Wyszedł z brodzika i trzymając prawą dłonią za ręcznik spojrzał na swojego rozmówcę. – Poza tym…no nie wiem jak ty, ale ja lubię brać ciepłe prysznice w samotności…chociaż wydaje mi się, że mając pierdyliard pierwotniaków, pantofelków oraz innych ameb usytułowanych w tym pomieszczeniu nie mogę mówić o samotności… Ale chodzi mi o to, ze nie lubię paradować nago w obecności osób trzecich. A co gdybym zechciał nago tańczyć kankana? – zapytał ironicznie. Oczywiście żartował…on nie potrafił tańczyć kankana, w ogóle nie potrafił tańczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uniósł brwi, pewnie jeszcze skrzyżowałby ręce, gdyby nie fakt, ze obawiał się że nagle ten ręcznik zechce zsunąć się z jego mokrego ciała. Nieco przygryzł wargę i spojrzał na swojego kolegę. Truł mu o tym od jakiegoś czasu, o ile to zadzierzgnięcie można było tłumaczyć wyjątkowo okrutną i dosyć idiotyczną próbą samobójczą, tak rozjechany przez kosiarkę facet zasiał ziarno niepokoju. A teraz to kolejne morderstwo. Kolejny podejrzany zgon w okolicy.
      — No dobra. Pojedziemy tam i sprawdzimy o co chodzi. Naoglądałeś się Sherlocka, że tak chcesz to sprawdzić? A może czegoś innego typu… eee… „Kosmici są wśród nas”? Albo „Morderstwa, za którymi stoi kosmiczna żydo-masoneria”? – lewą ręką poprawił swoje włosy, które powoli zaczynały go drażnić. – Najwyżej będziemy mieć fajna wycieczkę w nieznane. Dobra, a teraz wyjdź – lekko wypchnął kumpla z łazienki – ja się ogarnę, ty się spakuj, ja też zaraz się spakuję i jedziemy – dodał zamykając drzwi.
      Być może później będzie tego cholernie żałować, ale cóż…kumplowi się przecież nie odmawia. A w szczególności kumplowi, który dał dach nad głową i jakoś sprawia, ze twoje życie nie jest nudne. Oraz dba o dobre ciśnienie krwi i wiele, wiele innych rzeczy, za które można być wdzięcznym. No i przede wszystkim jak się również okazuje dba o poznawanie nowych ludzi no i oczywiście o to żeby samochód nie stał na podjeździe przed domem zbyt długo.

      Usuń
  2. — No masz rację! Jesteś osobą czwartą! – krzyknął. – Albo sześćdziesiątą dziewiątą… to już jak uważasz – dodał. Przez chwilę się zastanowił kontemplując swoje odbicie w lustrze. – A widziałeś?! – zapytał zdziwiony. Czyżby czegoś nie pamiętał? Może jakoś, kiedyś się upił i biegał nago po ulicy, albo mieszkaniu? Albo po prostu wymyślił coś głupiego?
    To wbrew pozorom było bardzo możliwe. Może nie często upijał się do nieprzytomności… Ale jeśli już tak się działo, to zazwyczaj robił różne głupie rzeczy.
    Szybko się ubrał, poprawił włosy spojrzał na swoje odbicie w lustrze i wyszedł. Miał nadzieję, że jednak wybiorą się tam tylko na jakąś nic nieznaczącą przejażdżkę.
    — Jasne, jasne – powiedział i machnął ręką. Nie zamierzał przecież zabierać swoich wszystkich koszulek, oraz par spodni. Chwycił swoja torbę, do której wpakował dwa T-shirty, parę jeansów, jakieś krótkie spodenki, gdyby było zbyt ciepło na paradowanie w długich spodniach. Nawet wziął swoją starą (chociaż nie tak do końca) uniwersytecką bluzę. Najwyżej poda się za jakiegoś zagubionego studenta, czy coś. Albo będzie flirtować z jakąś ładną dziewczyną i będzie się chwalić, że jest studentem prawa.
    — Co znowu? Twoja kolej była – powiedział z niejakim oburzeniem. Po spakowaniu bielizny zapiął torbę sportową. Na wszelki wypadek wziął bandaż elastyczny, chociaż może mnie będzie potrzebny. – Bierz. W razie czego to powiemy, że jesteśmy studentami i gramy w szkolnej drużynie baseball’a – zażartował chowając telefon do kieszeni spodni.
    Nie zamierzał tam się zjawiać i mówić, coś pokroju „mój kumpel twierdzi, że te zgony są tajemnicze, i podejrzewa wszystko oraz wszystkich, przyjechaliśmy tutaj żeby to sprawdzić”. Nie. Wysłaliby ich do wariatkowa, albo gdzieś indziej. Wziął kluczyki od samochodu i spojrzał na Ryana.
    — Daleko to jest? – zapytał – No i masz jakiś plan jak się dowiedzieć tego wszystkiego?
    Wyszedł z mieszkania. Spojrzał na swoją dumę. Swoje pierwsze jedyne oraz niepowtarzalne dziecko, które większość nazywa Fordem Mustangiem. Dla niego to jednak coś więcej, to pierwszy samochód jaki miał i nie zamierzał go sprzedawać ani wymieniać na nowszy model.
    — Może powiemy, że jesteśmy… studentami, czy coś. Albo po prostu powiemy, że to nasz wujek, czy ktoś inny z rodziny – zaproponował. Zupełnie nie wiedział jak konkretnie mogą zrobić, a wolał mimo wszystko mieć jakiś wstępny plan.
    Otworzył bagażnik, schował do niego swoja torbę, kij i torbę Ryana, po czym zamknął klapę. Przeszedł kilka kroków, otworzył drzwi od „cudeńka” i usiadł za kierownicą. Przekręcił kluczyk w stacyjce i silnik po chwili przyjemnie zamruczał. Jerry uśmiechnął się na ten dźwięk, była to muzyka dla jego uszu. Otworzył schowek i wyciągnął jakieś płyty.
    — To co? Czego słuchamy? AD/DC, Slipknot, Mozart, Bach? A może zaszalejemy i posłuchamy One Direction? – zapytał śmiejąc się z tego wszystkiego. Oczywiście z One Direction żartował, praktycznie miał na każdej płycie po kilkanaście jego zdaniem najlepszych utworów danego zespołu, bądź wokalisty. No i oczywiście miał też na jednej płycie jakieś utwory z muzyki klasycznej. – Ale ty bierzesz pod uwagę to, że no…to może być jednak przypadek. Albo że po prostu…bo ja wiem, jakiś płatny zabójca-specjalista zabija tych ludzi.

    OdpowiedzUsuń
  3. Spojrzał na niego dosłownie na chwilę. Kilka godzin jazdy? Z przepisami? Przecież mógłby nieco w niektórych miejscach ponaginać ograniczenia i zamiast sześciu godzin dotarliby na miejsce w cztery. Ale z jednej strony benzyna…benzyna też była potrzebna, chociaż pierwszy raz od niepamiętnych czasów wskazówka na liczniku paliwa wskazywała „F”, tak co najmniej raz będą musieli zatankować. No chyba, że będą chcieli pchać samochód przez jakieś kilka, może kilkanaście kilometrów, to wtedy nie będą musieli tankować.
    — Wkręcanie się na urodziny, wesele, wieczór kawalerski albo i panieński to rozumiem. Ale żeby na stypę? – wywrócił oczami. Prowadził pewnie samochód miał niejaką nadzieję, że to wszystko nie okaże się wycieczką na marne. Po prostu chciałby żeby jednak coś się działo. Może był sceptycznie nastawiony do tego wszystkiego, ale jednak chciałby, żeby było jakoś ciekawie. Może pozna jakąś ładną studentkę? – Poza tym pole elektromagnetyczne? Co ty chłopie! W duchy wierzysz?! – prawie parsknął śmiechem.
    O sam jeśli chodzi o duchy i te sprawy był nieco…sceptycznie nastawiony. Nawet sceptycznie nastawiony był do Boga, w którego…średnio wierzył. Nie wierzył w żadne bóstwa i te sprawy. Wolał sobie wmawiać, że nie ma czegoś takiego, że na świecie nie ma nic poza ludźmi zwierzętami i innymi pierwotniakami.
    — Bo to musi być jakiś świr – odpowiedział. – I spokojnie będę ciebie bronić. Niczym damę z opałów, niczym ostatniej paczki chipsów na wycieczce szkolnej – westchnął. – Niczym mojego samochodu, mojego dziecka – skręcił na autostradę. Przycisnął pedał gazu, w związku z czym nieco nagiął przepisy obowiązujące na tym odcinku drogi.
    Po może dwóch godzinach jazdy zjechał z drogi. Musiał nieco rozprostować nogi. Poza tym może nieco zatankuje.
    — Nie wiem jak ty ale ja zamierzam trochę rozprostować nogi, może też trochę zatankuję – powiedział patrząc na licznik. – Albo nie, zatankuję później, jeszcze da radę – powiedział patrząc na licznik. Aż tak bardzo dużo nie spalił, było całkiem dobrze.
    — Poza tym… może korzystając z tego że tutaj jesteśmy, to spróbujemy uskubać trochę kasy? – zapytał. – Trzy karty i te sprawy? – zapytał. Od jakiegoś czasu miał przy sobie talię kart. Trochę trenował na różnych ludziach, wcześniej głównie z studentami grał, albo z licealistami. Teraz trochę w jakimś barze pogrywał, ale nie było tego wszystkiego za wiele. Z całą pewnością lepiej zarabiał jako trener personalny w siłowni. Jednak nie zamierzał narzekać, w końcu coś robił. Czasami też zakładał się o kilka rzeczy, ale tutaj to musiał być niestety ostrożny, bo mógł się przejechać na tym i to dosyć boleśnie.
    — No co? Może znajdzie się jakiś chętny, poza tym to zawsze kilka dolców w kieszeni, co nie? – pytanie retoryczne. Poza tym wcześniej czy też i później musieliby zdobyć jakąś kasę, bo z tymi pieniędzmi, które mieli przy sobie to daleko nie zajadą. No i musieliby później coś jeszcze zjeść, a to też kosztowało. Może Jerry miał inne podejście do życia, ale nie zamierzał okradać…ogólnie nie zamierzał kraść. Wolał już grać w te trzy karty. W końcu on tylko wtedy proponuje grę, ktoś chce to zagra, nikogo do niczego nie zmusza.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pokiwał głową, wiedział doskonale jak to z mentalnością ludzką jest. Nie zawsze, każdy będzie zadowolony, w końcu są obcymi i to oni powinni czuć respekt, przed zgraną „ekipą” tubylców, którzy podróżują harleyami po bezdrożach Ameryki. Teoretycznie to dwóch byłych studentów powinno trząść portkami na ich widok.
    — A masz lepszy pomysł? – zapytał. W sumie to była jeszcze opcja, ale szczerze powiedziawszy to Jerry nie widział dorabiać sobie jako mężczyzna do towarzystwa, nie żeby był brzydki, czy coś, ale po prostu nie widział handlować swoim ciałem. Jeszcze tak bardzo zdesperowany nie był. Już chyba wolał grać w trzy karty, pokera i ewentualnie w bilard. Nawet mógł zagrać na pieniądze w darty. Właściwie to zależało mu na tym, żeby zarobić chociażby drugie pięćdziesiąt dolców. Naprawdę nie wymagał za wiele od życia i od gry w trzy karty.
    Przeszedł kilkanaście kroków dalej. Kiedy Ryan złapał go za rękaw spojrzał na niego i lekko się uśmiechnął. Wiedział że mimo wszystko jednak zgodzi się na tą grę, w końcu Ryan wiedział jak stali z kasą. A jednak wypadałoby coś też w tym barze kupić, chociażby po piwie.
    — Spokojna twoja głowa. Wiem co robię, przecież to nie pierwszy raz – uśmiechnął się pod nosem i puścił mu oczko. Wszedł jako pierwszy do baru, schował talię kart do kieszeni i rozejrzał się po pomieszczeniu. Zbyt wielu motocyklistów…ale w sumie jak tacy nieco popiją to można zagrać z nimi w jakiś bilard, albo i w te trzy karty. Musi tylko zobaczyć, który z nich jest w najlepszym stanie do gry. Musi być ani nie za trzeźwy, ani nie zbyt pijany. Taki w sam raz.
    Zajął miejsce gdzieś w kącie, tak aby nie rzucać się w oczy a jednocześnie mieć dobry widok. Od niechcenia spojrzał na zegarek, musiał jakoś to wszystko rozegrać w miarę inteligentnie i sensownie pod każdym względem.
    — Nie – powiedział cicho biorąc kufel piwa. W sumie to jedno piwo nie zaszkodzi, a i może mniej będzie się wyróżniał? O to właśnie chodziło, aby możliwie nie wyróżniać się za bardzo. – Mam wrażenie, że na trzech kartach to kokosów nie zarobię – mruknął. Ale w głowie zaraz pojawił się dosyć sprytny plan. Wystarczyło przez chwilę poobserwować motocyklistów, którzy grali w bilard. Zauważył gdzie jeden z nich włożył portfel.
    Być może będzie musiał po prostu ukraść portfel, może kradzież to nie jest nic takiego trudnego? Przecież złodzieje jakoś żyli, no i nie mieli się jakoś źle. Sumienie chyba ich nie gryzło i takie tam. Więc dlaczego i on miałby nie spróbować?
    — Posłuchaj jeśli trzy karty nie wypalą, to spróbuję ich okraść – powiedział cicho i spojrzał na Ryana. – Mam już nawet pomysł, jak to zrobię – uśmiechnął się pod nosem. – Kiedy podejdę do nich to ty po może pięciu minutach wyjdziesz z baru i będziesz czekać przy samochodzie. Gdyby okazało się, że musimy się szybko ewakuować to każda chwila będzie na wagę złota – chociaż prawdopodobnie pozwoliłby sobie wklepać, tylko po to aby nie musieć uciekać.
    Wypił jeszcze trochę piwa. Spojrzał katem oka w kierunku motocyklistów. Po chwili przeniósł wzrok na Ryana, a właściwie na zawartość jego kufla. Wyciągnął rękę po pieniądze i po tym powoli mógł zacząć działać. Niespiesznie więc wstał, chwycił kufel z piwem i przeszedł do motocyklistów. Zaproponował wspólną grę w bilard, albo w trzy karty. No cóż, dawał im wybór. Jedna rundka w bilard powinna wystarczyć… Pod warunkiem, że wygra tą rundę. Jak nie, no to będzie musiał podpierdzielić portfel.

    OdpowiedzUsuń
  5. Uśmiechnął się lekko, zupełnie tak jakby to miało w czymś pomóc, jakby miało to zapewnić motocyklistów o tym, ze naprawdę wypił nieco więcej niż zamierzał. Upił nawet jeszcze porządny łyk ze swojego kufla, w końcu jak szaleć to szaleć. Zauważył też to jak kobieta i mężczyzna spoglądali na Ryana, co jak co ale Jerry do ślepych nie należał. Zauważył, też że ci ludzie to najprawdopodobniej po prostu sympatycy jednośladów, gdyby byli jakimś gangiem, to mieliby jakieś naszywki, a tak to zupełnie byli pozbawienie tego wszystkiego.
    — Nie…jestem zupełnie trzeźwy – odpowiedział udając nieco zalanego. W końcu nie pierwszy i nie ostatni raz udawał nieco podchmielonego. Miał już w tym wszystkim jakąś wprawę. Napił się jeszcze trochę, po czym odstawił kufel z piwem na parapet, podszedł nieco chwiejnym krokiem do stołu. Nie jakimś szczególnie chwiejnym, ale takim jakim zazwyczaj chodzi się po pół litrze czystej wódki…jeśli ktoś jest niewprawiony w bojach alkoholowych.
    — Dobrze – powiedział po chwili biorąc kij. Spojrzał na stół, na powoli ustawiane bile. Zamyślił się lekko, musiał jakoś to inteligentnie rozegrać. Pierwszą rundę przegrać, kolejną wygrać i być może jeszcze kolejną. Albo po prostu iść z grubej rury i wygrać wszystko. Wyłożył wszystkie czterdzieści pięć dolarów jakie miał na stół.
    — Że tak powiem…na pierwszą rundę daję czterdzieści pięć. Bo co to za zabawa, kiedy od razu rzuci się wszystkie pieniądze na stół? – zapytał spokojnym głosem. Była to po części racja, poza tym nie chciał się przyznawać do tego, że nie ma więcej pieniędzy. Ktoś również rzucił czterdzieści pięć.
    Jerry ze spokojem zaczął, grał jak przeciętniak…przynajmniej teraz. Może nawet grał nieco poniżej przeciętnej, każde trafienie bil do łuzy wyglądało jak ogromny łut szczęścia. Jednak przegrał (zgodnie z założeniami), z kretesem. Spojrzał niezadowolony na to wszystko. Cicho westchnął, wyciągnął telefon, który położył na stół, nie był to najnowszy model, który wyszedł miesiąc temu, ale komórka była mimo wszystko wciąż nowa.
    — Chcę się odegrać – powiedział. W końcu telefon, to mimo wszystko wyższa półka. Poza tym więcej niż czterdzieści pięć dolców. Ten telefon wart był może jakieś dwieście. Więc było o co grać. – Mój telefon – powiedział. Panowie w skórach się zaśmiali, w końcu to dosyć dobry łup. No i chłopak sprawiał wrażenie, że naprawdę te trzy bile trafione to było wielkie szczęście.
    — Dobra synku. Ja w takim razie dorzucam… - zastanowił się i po chwili położył to swojej wygranej stówę. – Sto. Zaczynaj.
    Cross uśmiechnął się pod nosem i zaczął. Początkowo średnio mu szło, z czasem coraz lepiej. Udało mu się przy jednym trafieniu wbić dwie bile nawet, ale tutaj naprawdę było sporo szczęścia. W sumie to cała gra naprawdę wyglądała na spore szczęście. Szczęście, które zakończyło się wygraną. Jerry odebrał sto dziewięćdziesiąt dolców, oraz swój telefon. Uśmiechnął się pod nosem.
    — Ja cie…pierwszy raz wygrałem – powiedział cicho, ale tak aby tamci usłyszeli. Oczywiście było to kłamstwo. – Może chciałby się pan odegrać? Albo ktoś inny chciałby zagrać? – zapytał. Może uda im się o kolejną stówę wzbogacić?

    OdpowiedzUsuń
  6. Jerry nie mógł nic na to wszystko poradzić, że skoro mu tak dobrze szło to chciał ugrać jak najwięcej. Nie mógł z tym nic zrobić, było to silniejsze od niego, nie potrafił się oprzeć wizji, że może jeszcze trochę ugrać. Być może wygrałby tą rundę, zgarnął stówę albo i więcej i odpuściłby…chociaż chyba zarówno on i być może też i Ryan…zdawali sobie z tego sprawę, że tak łatwo nie odpuści wizji łatwego zarobku. Na benzynę, na jakieś jedzenie i może jakiś pokój w najtańszym moteliku. Musieli to wszystko ogarnąć, a obawiał się, że nie starczy tyle…ale w razie czegoś to się jeszcze najwyżej jeszcze więcej wygra w jakimś innym barze.
    Przez moment myślał nawet, że kobieta zagra z nim, miała tyle pieniędzy, aż żal byłoby tego nie wykorzystać… Albo po prostu mógłby, zbliżyć się nieco, udać że wpada na nią, zabrać z jej kieszeni kilka zwitków i odejść szybko, zanim się zorientuje. Z tego zamyślenia, z wymyślania konkretnego planu ewentualnej kradzieży wyrwał go Ryan.
    Nie bardzo rozumiał o co chodzi przyjacielowi. Zamrugał szybciej, przybrał minę jakby się zastanawiał co ma odpowiedzieć.
    — Tak, jasne, wytrzymaj tylko chwilę i nie zemdlej mi tutaj – powiedział „przejętym” głosem. W pośpiechu zabrał ze stołu wygrane rzeczy i upchnął je do kieszeni. Nie żeby Ryan go nabrał na ten numer, czy coś, ale skoro mówił, że się „źle czuje” to oznaczało jedno…kłopoty, albo coś co te ewentualne nieprzyjemności może zwiastować.
    Uśmiechnął się przepraszająco do motocyklistów, spojrzał nieco tęsknie na stół… miał wrażenie, ze to był po prostu jego szczęśliwy dzień. Ze jeszcze by wygrał i spaliby niczym królowie!
    — Chyba nici z gry, przepraszam…ale cóż, brat się źle czuje – skłamał i zaczął się wycofywać. Opcja z bratem zawsze była dobra, bo w końcu w razie czegoś to można widzieć zażenowane miny ludzi w różnych hotelach, albo i motelach, kiedy to żeby ciąć koszty prosi się o jeden pokój…i ten moment, kiedy pytają się o podwójne łóżko…
    Może było to po prostu chore, ale Jerry uwielbiał widzieć zmieszanie ludzi, kiedy mówił, że „to mój brat”. I te szybkie i ciche przeprosiny.
    Widząc jakiegoś dryblasa z brodą, Jerry przełożył do kieszeni Ryana wygraną oraz telefon. Korzystając z okazji wcisnął w dłoń przyjaciela też kluczyki od samochodu…tak w razie czegoś, to Ryan pobiegnie do samochodu i uruchomi silnik, a Cross będzie próbował nie oberwać tak bardzo, a później będzie spierdzielał i modlił się do Latającego Potwora Spaghetti o to, żeby nie jechali za nimi.
    Jednak udało im się wyjść.
    — Widziałeś dryblasa? – zapytał cicho, jakby w obawie, ze gości za nimi idzie. – W razie gdyby coś, to biegnij do samochodu i startuj, myślę, że przez chwile uda mi się kupić jakieś sekundy – dodał równie cicho. Obawiał się jednego, że gościu zechce zabrać im wygraną, oraz wszystko co mają…a na to nie mogli sobie pozwolić.

    OdpowiedzUsuń
  7. — Bo się źle poczułeś – warknął niemalże Jerry. Zajarzył, już zajarzył. Z opóźnieniem ale jednak zorientował się co jest grane. Szczerze powiedziawszy to chyba wolałby nie bić się z tym gorylem…chociaż nie, goryl przy tym mężczyźnie to wygląda całkiem normalnie. Facet bardziej przypominał ogra. Ale takiego uczłowieczonego ogra…
    — Z dwojga złego to chyba wolę się pobić z tym gościem – powiedział zupełnie szczerze. Naprawdę wolałby pobić się i wylądować w szpitalu na ostrym dyżurze niż spędzić z tym mężczyzną jakąkolwiek minutę za pieniądze. Nie był aż tak zdesperowany. Wygrał…niewiele bo niewiele, ale jednak wygrał i już było co do garnka włożyć.
    Kątem oka zauważył jak Ryan dociera do samochodu. Niech się tylko pospieszy, bo coraz bardziej powątpiewał w swoje umiejętności walki oraz wychodzenia cało z opresji. Wcale nie chodziło o to, że facet miał dwa metry wzrostu, ponad sto kilo, i był pewnie szeroki w barach na jakiś metr, może nieco więcej. A Jerry i jego nieco ponad metr siedemdziesiąt, oraz sześćdziesiąt dziewięć kilo? No nie miał żadnych szans, pomijając nawet to, że reszta motocyklistów nie włączyłaby się do ewentualnej walki.
    — Dokąd to malutki? – zapytał. Jego głos potrafił przyprawić o ciarki, śmiało mógł robić za potwora Frankensteina, bez jakiejś większej charakteryzacji oraz bez modyfikowania głosu.
    — No taka głupia sprawa…źle się brat poczuł – uśmiechnął się głupkowato i w ostatniej chwili udało mu się uniknąć ciosu. Gdyby trafił Jerry’ego w twarz, to przecież nawet najlepszy chirurg nic nie zrobiłby z tym wszystkim. Twarz poszłaby i już nie wróciła… - Ale spokojnie, po co te nerwy? – widział jednak, że chyba samą rozmową to nie zdziała za wiele. Zrobił jeszcze jeden unik, chwycił stojący nieopodal kufel z piwem i cisnął go w osiłka. Sam wybiegł z pomieszczenia i władował się do samochodu.
    — Jedź! Jedź! – krzyknął i spojrzał na wejście do baru. Nieco szarpnęło nim kiedy Ryan ruszał, ale to nic. Naprawdę woli pozwolić Harrisowi prowadzić samochód niż dać się zabić temu facetowi. Oddychał ciężko, musiał się jakoś uspokoić. – Gdyby mnie trafił to mógłbyś mi szukać jakiejś gustownej trumienki – powiedział po chwili. – Przyspiesz nieco i zjedź na najbliższym zjeździe. Zatankujemy się i może coś zjemy – dodał. Raczej nie pomyślą o tym, żeby szukać ich w pierwszym zajeździe. Każdy normalny to pewnie uciekałby prostą drogą, bo można się rozpędzić, no i chciałby znaleźć się najdalej od feralnego miejsca w jak najkrótszym czasie.

    OdpowiedzUsuń
  8. — I chwała budowniczym – powiedział cicho. – Jestem głodny – oznajmił z niejakim uśmiechem. Może nie miał jakiegoś żołądka bez dna, czy coś, ale mógł dosyć sporo zjeść. No a teraz to emocje wzięły górę, ten strach, adrenalina…to wszystko spowodowało, że chciał coś zjeść, jakoś odpocząć w MacDonaldzie albo KFC, opcjonalnie w Burger Kingu. Gdziekolwiek byle dali cos do jedzenia oraz picia…no i będzie musiał zatankować do swojego dziecka trochę paliwa. – Nie mówiłeś – przyznał. – Skoro to miasto z największą liczbą samobójstw to po kiego tam jedziemy? Chcesz się mnie pozbyć w taki sposób? – zażartował z tego wszystkiego. – Poza tym... Może te dziwne zgony to były takie jakieś wyjątkowo brutalne samobójstwa? – zapytał. – Albo coś… - spojrzał na Ryana, który chyba miał inne zdanie. – Tak. Ciągle nie wierzę, że to jakieś siły nadprzyrodzone.
    Był uparty niczym osioł. Do tego można było powiedzieć, ze był człowiekiem małej wiary, nie obraziłby się o to. Duchy i inne potwory były dobre do horrorów, w prawdziwym świecie niech lepiej się nie pokazywały. Chociaż jak coś mogło się pokazać skoro tego nie było?
    Ledwo Ryan się zatrzymał, to Jerry wysiadł. Jego nogi przypominały nieco watę, a przynajmniej on tak się czuł, jakby były z waty. Przeszedł do Harrisa. Odebrał portfel i uśmiechnął się lekko do niego.
    — Jasna sprawa – powiedział. Może miał w planach zatankować do pełna, może nie miał. Teraz to już nie było to ważne. Ważniejsze było to, żeby Ryan wziął mu cokolwiek z podwójnym mięsem. Ale na szczęście pamiętał…taki przyjaciel jak Ryan to skarb.
    Czasami to śmiał się, że byli trochę jak stare małżeństwo, które zna się na wylot, albo jak rodzeństwo. Bardzo zżyte ze sobą rodzeństwo, które nie ma przed sobą tajemnic oraz zna się na wylot. Nic tylko pogratulować sobie takiej znajomości oraz przyjaźni.
    Zatankował jakoś nieco ponad połowę baku. Powinno starczyć aby dojechać do Cleveland. Obszedł jeszcze swój samochód dookoła aby upewnić się, że wszystko jest w porządku i jego dziecko jest całe. Poszedł zapłacić do kasy za benzynę, a po tym podjechał bliżej Taco Bell. Zatrzymał się na jednym z wolnych miejsc, wyszedł z samochodu, który zamknął, no i przeszedł do restauracji. Rozejrzał się w poszukiwaniu Ryana, po chwili znalazł go jedzącego sałatkę w kącie sali.
    — A ty co? W królika się zamieniasz? – zażartował. Usiadł i zaczął jeść to co dostał. Jakieś burrito, albo taco, nie przyjrzał się dokładnie temu. Grunt, że miało w sobie dużo mięsa i było smaczne. – Wziąłbyś sobie coś normalnego, bo chłopie, no nikniesz mi w oczach – stwierdził. – A jak co? A jak ja zemdleję, czy coś, to kto mnie bronił, albo kto mnie odciągnie? – zapytał pół żartem pół serio.
    Nawet nie pytał się ile mu jest winny za jedzenie. Pod tym względem to nie musieli się między sobą rozliczać. Pieniądze zostały zarobione wspólnie, sprawiedliwie podzielone, wiec nie było powodów do dodatkowego rozliczania się.
    Nie odzywał się na razie, chciał w spokoju zjeść. Poza tym myślał nad jedną rzeczą…mianowicie zastanawiał się, czy może nie założyć się o coś z Ryanem. Ale o pieniądze z przyjacielem nie wypadało się zakładać, o rację się nie opłacało. O wyręczanie w obowiązkach domowych to też… Chyba wyjątkowo musiał dać za wygraną.
    — To co? Zwijamy się? – zapytał i spojrzał na Ryana, który kończył swoją sałatkę. – Dobra Ryan, bierz swoją sałatkę, zjesz w samochodzie. Ruszamy bo kurde jeszcze nas noc zastanie, a ja osobiście nie mam zamiaru wykłócać się późnym wieczorem, czy też w nocy z babą z jakiegoś motelu – naprawdę byłaby to ostatnia rzecz na jaką miał ochotę.
    Wyrzucił papierki do kosza na śmieci odłożył tackę i przeszedł do wyjścia. Skinął na Ryana i przeszli do samochodu. Jerry zajął swoje miejsce za kółkiem, poczekał aż kumpel wsiądzie i dopiero po tym ruszył. Wyjeżdżając zapiął przy okazji pasy. W końcu nie chciał płacić za mandat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po dwóch godzinach jazdy byli na miejscu. Jerry jakoś trafił do najtańszego motelu, być może tabliczka z napisem „tanie pokoje”, naprowadziła go na ten trop.
      Zaparkował samochód blisko wejścia. Mimo wszystko wolał mieć swój wózek blisko siebie. Przeszedł do bagażnika i wyciągnął dwie torby.
      — No to co? Bierzemy jedną dwójkę, co nie? – zapytał na wszelki wypadek. Spojrzał też na motel. Fasada mogłaby robić za jakiś nawiedzony motel bez charakteryzacji. Albo mogłaby robić karierę w jakimś filmie dokumentalnym typu „Ruiny tego miasta”. Nie miał nigdy wielkich wymagań, ale ta odłażąca farba oraz nieco zardzewiałe elementy metalowe, były po prostu odpychające. No i przyprawiały o ciarki. Brakowało tylko jeszcze deszczu i piorunów i już byłby dobry film grozy.

      Usuń
  9. Wchodząc do motelu rozejrzał się po holu. Nie było az tak tragicznie, jeśli ktokolwiek będzie chciał kręcić film grozy w stylu „stare motele”, to to pomieszczenie ujdzie. Wystarczyłoby dodać tylko kilka elementów do scenerii… Ale i tak musiał przyznać, ze wnętrze prezentowało się lepiej niż to co było na zewnątrz.
    Staruszka za ladą z e-papierosem, który najprawdopodobniej byłby świetnym elementem komicznym. W końcu ta nowinka techniczna gryzła się ze wszystkim co tutaj było. Ten cały wystrój przypominał Jerry’emu lata 70 albo 80. Przynajmniej w dużej mierze się łapał w te lata, bo z cała pewnością abażur był starszy…albo był po prostu tak zniszczony i zdezelowany, że tylko im się tak wydawało, że jest starszy.
    Przez chwilę obserwował spasionego kota. Zastanawiał się czy zwierzak był spasiony z powodu, że łapał tak wiele myszy, czy może dlatego, że starsza pani (najprawdopodobniej właścicielka, bo kto inny?) tak dobrze go karmi.
    Nie ważne.
    Nawet nie próbował udawać kaszlu na słowa starszej pani. Po prostu parsknął śmiechem i spoglądał to na nią i jej palec, to na Ryana. Czy ona myślała….że oni razem? Nie no to było dobre. Hit wszystkiego…chociaż było to mimo wszystko możliwe, wszak teraz to dosyć sporo osób obnosiło się ze swoją orientacją. Ale Jerry to on w życiu by nie jechał do innego miasta, nie zatrzymywałby się w jakimś okropnym motelu, tylko po to aby spędzić upojną noc, albo i dwie noce z Ryanem. Miał go na co dzień i to naprawdę mu wystarczało. Poza tym…osobiście to wolał kobiety. Ale jeśli przez przypadek trafiłby z Ryanem do baru dla gejów i chciałby uniknąć wpierdolu, to z cała pewnością byłby gotów pocałować swojego najlepszego kumpla.
    — Taaak… Super – powiedział ironicznie. Nie był paranoikiem, ani nic w tym stylu. To nie tak, że bał się horrorów. Po prostu, jakoś średnio mu się podobało to wszystko. Jakoś obawiał się kilku rzeczy…które wcale nie były związane z niedawno oglądanym horrorem!
    Położył swoją torbę na łóżku przy ścianie. W sumie to i tak by to zrobił, nawet gdyby Ryan nie zajął mu miejscówki przy oknie. Wolał się trzymać z daleka od okna w tym motelu. Pokiwał głową. Jemu to było obojętnie, naprawdę. Wolałby skończyć jak najszybciej ta cała farsę i zmyć się do domu, no bo w końcu to chore że sprawdzają te tajemnicze morderstwa. Prawda? Przecież to nie istoty nadnaturalne. Ot splot nieszczęśliwych wypadków.
    Wyciągnął szybko swoje rzeczy, spojrzał w kierunku łazienki, której się na swój pokręcony sposób obawiał… Taka łazienka była chyba w jakimś horrorze i to nie wyglądało wesoło. Po prostu, miał złe skojarzenia, no ale wypadałoby się umyć i wyszczotkować zęby. Ogolić się…
    — Pierwszy – powiedział niemalże natychmiast. Po tych słowach poszedł do łazienki. Wziął naprawdę szybką kąpiel, szybko umył zęby. Naprawdę nie chciał przebywać zbyt długo w tej łazience. Zupełnie jakby obawiał się, że karaluchy wciągną go pod wannę.
    Wrócił do pokoju i spojrzał na Ryana. Miał jakieś takie niejasne przeczucia. Wyjrzał przez okno, samochód jak stał tak stał. Gdzieś tam po chodniku przeszła jakaś pani z psem. Kilka metrów dalej nie było nikogo, ale miał jakieś wrażenie, że ktoś tam stał i ich obserwował. Jerry przez dobrą chwilę wpatrywał się w ten punkt, dał sobie jednak spokój, kiedy naprawdę nic się nie pojawiło w tamtym miejscu. Pewnie był po prostu przewrażliwiony.
    Usiadł na swoim łóżku, spojrzał raz jeszcze na okno, które było pokryte kurzem i jakimiś starymi zaciekami. Spojrzał na zasłony, które miejscami były wygryzione przez mole, albo był to jakiś nowy trend. Chociaż patrząc po wystroju tego miejsca, oraz ogólnej kondycji to stawiałby na to pierwsze. Podszedł do okna z zamiarem zasłonienia go i wtedy zauważył jakąś postać, która wpatrywała się w ich okno. Jakiś chłopiec to był, zaraz jednak odszedł spokojnym krokiem. To było dziwne.
    — Ryan… Mam takie pytanie, czy to normalne, że jakieś dziecko patrzy się w okna motelu? – spojrzał na swojego towarzysza, który przed chwilą wrócił z łazienki. – Nie żeby coś…tak się tylko pytam.

    OdpowiedzUsuń
  10. To nie jest tak, że nie interesował się zjawiskami paranormalnymi… No dobrze nie interesował się i uznawał to za głupotę, a ludzi badających coś takiego uważał za wariatów. Podobnie było z opętaniami, brał to za jakieś choroby psychiczne, albo ogólnie za choroby, które można jakoś racjonalnie wytłumaczyć.
    Przymknął oczy na chwilę, Czasami powątpiewał w normalność Ryana, ale no cóż… Teraz to chyba zaczął zastanawiać się nad słusznością mówienia tego wszystkiego. Ale czy gdyby nie powiedział, tylko czekał, to czy Ryan później nie zacząłby się z niego śmiać? Pewnie tak, pewnie zacząłby się z niego naigrywać i mówić że zaczął bać się dziecka, które sobie jeździło na rowerku, albo jadło lizaka i patrzyło się na okno.
    Pewnie jeszcze przywołałby kilka żenujących kawałków z życia Jerry’ego. Scen, które miały miejsce po oglądaniu przez niego horrorów. Albo to jak oglądał horrory…niekiedy przez palce, albo z zamkniętymi oczami. Nie żeby się ich bał…po prostu nie przepadał za nimi, bo później jego wyobraźnia płatała mu figle.
    — O super. Piszcy, pika i co jesz… - tą dosyć ironiczną z początku wypowiedź przerwało głośniejsze pikanie urządzenia, a później cisza…całkowita cisza. To było dziwne, po prostu dziwne. – Może było to spowodowane jakimiś starymi kablami w których doszło do spięcia, albo faktycznie lampka się przepaliła, a miernik to wykrył – przytaknął. Usiadł na łóżku i lekko się wzdrygnął. Poczuł nagły chłód, ale to było dosłownie chwilowe uczucie.
    — Ja? Nie – odpowiedział i lekko się uśmiechnął jakby w zapewnieniu, że wszystko jest w porządku. Idąc przykładem Ryana położył się na łóżku. Spojrzał na niego tak jakby chciał go zabić. – Ha, ha, ha…bardzo śmieszne Ryan – mruknął i odwrócił się do niego plecami, tak aby mieć ewentualny widok na drzwi. Przez okno to raczej nikt nie wejdzie, prawda? Przecież ściany gładkie, na parterze nie są, drzewa żadnego w pobliżu nie ma. Wszystko było pod tym jednym względem w miarę normalne.
    Zamknął oczy i próbował zasnąć. W końcu udało mu się to niezwykle trudne zadanie. Jednak nie zbyt długo cieszył się snem. Może po jakiejś godzinie, albo półtorej, ktoś albo i coś zaczęło ściągać z niego kołdrę.
    — Ryan, przestań… - warknął okrywając się szczelniej. – Ryan…spać chcę… - dodał. Jedna zaraz przy twarzy poczuł coś zimnego. Powoli wyciągnął swoją prawą rękę i uderzył w miejsce gdzie prawdopodobnie stał Ryan. Co dziwne, poczuł tylko chłód w dłoni, po tym zdecydował otworzyć swoje oczy. Przed nim było coś co się właśnie rozpływało…
    — O shit! O fuck! – krzyknął z przerażeniem nim spadł z łóżka. Szybko sięgnął po telefon i załączył latarkę. Snopem światła sprawdził cały pokój. Przecież to nie możliwe, żeby tak nagle sam dostał tylu przywidzeń. No to przecież nie było możliwe! Wyraźnie czuł że w coś trafił! A później po tym trafieniu to taki….chłód. Gdyby trafił Ryana, albo kogokolwiek innego to przecież zaraz usłyszałby jakieś przekleństwo, a później słowa typu „mój nos”. A tutaj nic.
    Niespiesznie wszedł z powrotem do łóżka. Jednak przeczuwał, że chyba nie zaśnie tej nocy…

    OdpowiedzUsuń
  11. Słyszał krzyk Ryana. Nie spał, właściwie to ledwo położył się z powrotem na łóżku, kiedy Ryan się wybudził. Nie podobało mu się to, ale chyba sam nie do końca potrafił powiedzieć co. Czy atmosfera panująca w tym miasteczku, łącznie z tym piekielnym hotelem, w którym pachniało maścią dla starych ludzi, oraz kurzem.
    Coraz mniej mu się to wszystko podobało. Niby on z tego duetu był tym, który nie bał się pająków, tym który ratował drugiemu tyłek, oraz tym który załatwia pieniądze na przeżycie kolejnych kilku dni. Jerry za to bał się horrorów, których nie potrafił oglądać, a nawet jeśli już dobrnął do końca to i tak przez najbliższe dni po seansie, nie potrafił spać i był bardzo łatwym celem jeśli chodzi o straszenie…co Ryan często wykorzystywał. Ale Cross mimo wszystko jakoś nie potrafił się gniewać na kumpla. On miał polewkę z tego, że Ryan bał się pająków, a Ryan, że Jerry bał się horrorów. Byli pod tym względem kwita.
    Wstał może pół godziny po tym jak Ryan wyszedł. Właściwie to przez pierwsze kilka minut bał się wychodzić z łóżka, które było dla niego w tej chwili oazą bezpieczeństwa. Wiedział jednak, że wcześniej, czy też i później będzie musiał po prostu wstać i wrócić do rzeczywistości. W końcu to mógł być też koszmar jakiś, prawda? To wszystko mogło mu się tylko śnić!
    Z całą pewnością tak było. To mu się tylko śniło. To był najzwyklejszy koszmar, a jego podświadomość po prostu płata mu niezłe figle. Przecież innego wyjaśnienia nie mogło być. Duchy, zjawy i strzygi nie istniały! I nic, ani nikt go nie przekona, że jest inaczej. Musiałby zobaczyć na własne oczy, żeby się przekonać.
    Wstał z łóżka, podszedł do okna i spojrzał w to samo miejsce, gdzie wczoraj stało to dziecko. Na całe szczęście bachora nie było. Chociaż tyle, bo gdyby był, to zacząłby się mocno niepokoić i zabrałby się możliwie najszybciej z tego miejsca. Już chyba wolał spać w samochodzie albo pod chmurką niż nocować w hotelu, w którym straszy.
    Przecież duchy i inne zjawy nie istnieją Jerry! To tylko i wyłącznie twoja wyobraźnia! - skarcił się w myślach. Przecież sam żył w świadomości, że nie ma duchów. On z tej dwójki był sceptykiem.
    Załączył telefon, musiał wyszukać pewnych informacji…Ryan będzie chodził po mieście i pytał o demony, a on może wybierze się do jakiegoś parku, albo biblioteki i będzie próbował poderwać jakąś studentkę? Albo wybierze się do muzeum, domu pamięci, czy czegokolwiek, gdzie mógłby się chwalić tym co wie z wykładów…albo tym co wyczyta w internecie.
    Widząc jednak tempo w jakim ładują się strony, zrezygnował z tego. Poszedł wziąć szybki prysznic. Opasał się ręcznikiem i przeszedł do pokoju, gdzie szybko się ubrał. W samą porę, bo po tym wszedł Ryan.
    — Ja? Nie… - skłamał. – Spałem jak zabity, a ty? – spojrzał na niego. Był ciekawy, czy Ryan coś powie odnośnie tych krzyków. Czy w ogóle poruszy ten temat, czy wręcz przeciwnie. Będzie udawał, że nic się nie stało.
    Odebrał bułkę od przyjaciela.
    — Dziwna jest ta kobieta. Jej kot też jest dziwny – powiedział siadając na łóżku, którego nie pościelił. Zrobi to później, teraz nie miał na to ani siły ani chęci. – Wiesz co Ryan… Tak sobie myślałem nad tym wszystkim… Zjedzmy, zajmijmy się tym i wracajmy do domu – mruknął. – Wrócimy do tego twojego mieszkania, ja zadzwonię to starych po pieniądze…może mi pożyczą, albo rodzeństwo mi pożyczy – nie wiedział dlaczego to powiedział. – Tak w ogóle to…może zostańmy YouTuberami? Prankujmy ludzi, zarabiajmy na tym? – spojrzał na niego i uśmiechnął się delikatnie.
    — Chociaż…jeśli udałoby się nam znaleźć tego mordercę…to może zostaniemy detektywami? Znajdziemy sobie jakiegoś psa, i dwie panie. Będziemy jak Scooby Doo, tylko że w realu – zaśmiał się. – Kurde. Chyba po tych preparatach na mole mi odbija, albo sam nie wiem… - westchnął cicho. – To od czego planujemy zacząć? Od tej nieszczęsnej ulicy, czy może od pobliskiego parku, gdzie o tej porze znajdziemy jakieś studentki, które biegają? – uśmiechnął się lekko. W końcu mogli połączyć przyjemne z pożytecznym, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  12. Spojrzał na niego zawiedziony słysząc o tym, że bez studentek. Jego mina mówiła mniej więcej „Ale, jak to bez?” Jak to zapomnij?”. Po chwili jednak się uśmiechnął, nieco niemrawo ale się uśmiechnął.
    — Ale wiesz…możemy połączyć przyjemne z pożytecznym, co nie? – zapytał. Mimo wszystko ciągle miał nadzieję, że pójdą do parku i poobserwują ćwiczące tam w skąpych strojach kobiety. Wziął kilka kęsów bułki i popił to wystygłą kawą, która dla niego była okropna w smaku. Może dałby sobie spokój z piciem tej kawy, gdyby nie fakt, że ta bułka słodka była trochę za sucha. Ale zjadliwa, a to było w tej chwili najważniejsze.
    — Może nawet nie musimy zakładać garniaków – powoli wstał z łózka i podszedł do swojej torby, przy okazji wziął jeszcze kilka kęsów bułki. – Wystarczy coś ciemnego, coś co wygląda w miarę dobrze i co nadaje się na „stypowe wdzianko”, w razie czegoś to najwyżej wypożyczymy same marynarki, co nie? – zapytał i spojrzał na Ryana. Stwierdził, że nie pójdzie na tą cała stypę w białej koszulce z oczojebnymi wstawkami koloru zielonego. Na szczęście miał czarny T-shirt, który natychmiast założył, wolał mieć go na sobie teraz i w razie czego w nim pójść na stypę, bo przecież mogą nie zdążyć się przebrać albo coś.
    Po może pięciu minutach wyszedł z pokoju, zamknął drzwi na klucz, który schował do kieszeni jeansów i szybko zszedł po schodach. Właściwie to skoczył z kilku ostatnich stopni, gdyż przed nim stał ten okropny kot właścicielki, a że bał się tego sierściucha, to wydawało mu się, że to była naprawdę najlepsza opcja ze wszystkich.
    Przez chwilę szli w milczeniu. Jerry’emu się to wszystko nie podobało, klimatem to wszystko przypominało jakiś horror, w którym nie wiadomo co ci tak właściwie zagraża. Czy jakiś psychopatyczny morderca, siły nadprzyrodzone, czy może twoja nad wyraz rozwinięta wyobraźnia, która nie daje ci spokoju i przypomina o tym, że przecież tutaj nie może być spokojnie. Te wszystkie czynniki napawały Crossa niepokojem.
    — Chciałbym się nie zgodzić…ale chyba chciałbym samego siebie oszukać – mruknął. Spojrzał na Ryana. – Stary… ale może to jednak było samobójstwo? – zapytał jeszcze na wszelki wypadek, może nie było zbyt szybko żeby się wycofać z tego całego interesu? – A tak właściwie to co powiemy? Że jesteśmy byłymi uczniami denata? A jeśli jego żona się zorientuje, że cos kręcimy? Albo będą tam też jego byli uczniowie? To co? Chyba, że szkoła w której uczył była tak ogromna, że uczniowie nie znali swojej całej klasy – westchnął. Wbrew pozorom jego obawy były słuszne. – A nie lepiej byłoby się podać za jakąś naprawdę daleką rodzinę? Taką siódmą wodę po kisielu? – zapytał. Może facet miał naprawdę liczną rodzinę, więc mogliby skłamać w tej kwestii.

    OdpowiedzUsuń
  13. — Fakt – powiedział oglądając domy. Teraz to podświadomie uruchomił swój „osiemdziesiąty dziewiąty zmysł historyka”. – Powiedziałbym, że maksymalnie pięć lat temu. No dobrze, może nie maksymalnie, ale z pewnością jest bliżej piątki jak trójki – uśmiechnął się pod nosem. – To takie trochę dziwne, nie sądzisz? Naokoło takie przygnębienie, smutek, zdecydowanie starsza oraz zaniedbana budowa, a to takie światełko w morzu gówna – westchnął.
    Zastanawiał się przez dobrą chwilę. Spoglądał na cyfry mieszkań. Zastanawiał się czy numeracja ma jakieś znaczenie odnośnie tych tajemniczych zgonów.
    — Pierwsze zabójstwo pod numerem 810? Później jak to było? Liczba rosła, czy malała? – zapytał, podrapał się po głowie, dopiero teraz do niego dotarło jak to zabrzmiało. – W sensie numery domów. Bo 810 oraz 826 to liczby parzyste, poza tym… Cleveland założono w roku tysiąc siedemset którymś… W roku tysiąc osiemset bodajże czterdziestym to było całkiem dobre miasto, więc – westchnął. – Może będziemy musieli poszukać, czy przypadkiem w roku 1810 albo 1826 nie było jakiś tajemniczych zgonów, albo katastrof. Wiesz oglądałem kiedyś taki horror, co to duch nie mogąc zaznać spokoju mordował ludzi w taki sposób w jaki sam zginął. Widziałem też horror gdzie wybudowano osiedle na cmentarzu, ale to bym wyrzucił z grona podejrzeń. To taki oklepany motyw, który nie tłumaczy tych wszystkich zdarzeń – westchnął ciężko.
    Zatrzymał się przed drzwiami domu o numerze 826. Spojrzał na Ryana, po czym zadzwonił do drzwi. Czekał aż ktoś otworzy, nie ważne czy uczyni to wdowa, czy ktokolwiek inny, chciał tam po prostu wejść przekonać się, że nie ma tam żadnej ektoplazmy, oraz innych anomalii, które normalnie nie powinny występować.
    — Dzień dobry pani – powiedział do kobiety. Najprawdopodobniej wdowy po zmarłym profesorze. – Jesteśmy byłymi uczniami pani męża…chcieliśmy złożyć nasze najszczersze kondolencje z powodu straty – wyczekująco spojrzał na Ryana, po czym chciał coś jeszcze dodać, ale kobieta odsunęła się.
    — Wejdźcie – powiedziała. Z jej głosu przebijały się wyraźne nuty smutku oraz przybicia. – Nie pamiętam was, kiedy mój mąż was uczył? Mogłabym przysiąc że znam większość jego uczniów.
    — Jesteśmy absolwentami…sprzed trzech lat – starał się zabrzmieć tak aby to pytanie, brzmiało jak stwierdzenie faktu, co chyba jakoś mu się udało. – Prawda Ryan? – szturchnął dyskretnie swojego kolegę. Przypuszczał, że jeśli zaraz kobieta o coś jeszcze się zapyta, to po prostu legnie na najłatwiejszym pytaniu.
    Obserwował ludzi, wiele rodziny, bardzo wiele osób czarnych w czerni. Nigdy nie był ani rasistą, ani przeciwnikiem koloru czarnego, ale teraz to chciałby znaleźć się wśród jakiejś gej parady. Przynajmniej na chwilę aby wyrwać się z tego kolorystycznego przygnębienia…nie żeby gej parady były szczytem marzeń, nawet nie wiedział dlaczego pomyślał o gej paradzie a nie o wesołym miasteczku. Może dlatego, że nie lubi klaunów? Pewien horror oraz wyjście z rodzicami do cyrku chyba za bardzo odbiło się na jego psychice.
    — To co Ryan? Zakręcimy się, coś zjemy i spadamy? – zapytał. – No i w między czasie będzie trzeba sprawdzić ten dom. W szczególności miejsce śmierci – szepnął tak aby tylko Ryan go usłyszał. Wysilił się na współczującą minę dla reszty ludzi. Czuł się naprawdę dziwnie wśród tylu ludzi. Nie żeby nie lubił, czy nie potrafił kłamać, ale teraz to nawet nie wiedziałby jak ma kłamać. Nie przygotował się na to wszystko. Najwyżej będzie się wykręcać od odpowiedzi, albo będzie krążył obok tematy nie udzielając jednoznacznej odpowiedzi…czyli będzie robił to co zawsze podczas odpowiedzi ustnych w szkole.

    OdpowiedzUsuń
  14. Był zdziwiony tym wszystkim. Nie tyle słowami Ryana ile tym co w ich trakcie nastąpiło. Nie spodziewał się, że córka nieboszczyka weźmie ich za kogoś z tęczowych oszołomów. Mógł jednak powiedzieć, że są z tej gwardii, ale czy to uchroniłoby ich przed czymkolwiek? Może jeszcze by musieli powiedzieć coś o zmarłym, czy cokolwiek. A tak to jako byli uczniowie mieli większą szansę na skłamanie. W czym jak w czym ale w kłamstwach to Jerry był dobry, czasem go fantazja ponosiła, ale to nic takiego przecież, prawda?
    — Wiem… - mruknął do Ryana. – Mogliśmy powiedzieć, że jesteśmy byłymi uczniami jej ojca. Dlaczego tego nie powiedziałeś? – zapytał z niejakim wyrzutem. – Mielibyśmy więcej czasu – niemalże warknął. Wcale nie chodziło o to, że mogliby więcej się dowiedzieć, tylko o to, że Jerry był głody i z wielką przyjemnością coś by wszamał. Taka stypa może nie była najlepszą opcją, ale jednak to w końcu też była możliwość i zaoszczędziłby nieco na obiedzie, co w ich przypadku było jedną z ważniejszych rzeczy.
    — Dobra. Przejrzę rzeczy nieboszczyka, może tam coś się jednak znajdzie? – zapytał ni to siebie ni to Ryana. Po chwili zniknął wśród żałobników. Miał całkiem dobry plan, który jednak mimo wszystko miał słaby punkt, bo jeśli ktokolwiek go przyłapie na tym że grzebie w cudzych rzeczach, to może równie szybko pożegnać się z życiem.
    Poszedł schodami do góry. Przypuszczał, że tam znajdzie się sypialnia i być może gabinet nieboszczyka. Musiał to wszystko jakoś ładnie i zgrabnie przejrzeć. Może teraz studenckie umiejętności związane z szybkim przeszukiwaniem stert książek na egzaminy się przydadzą? A także umiejętność szybkiego i cichego poruszania się po campusie?
    Na piętrze szybko podszedł do pierwszego pokoju i ostrożnie uchylił drzwi, pokój najprawdopodobniej należący do córki. Dwa kroki dalej znalazł niewielki składzik na środki czystości, oraz pralnię. Na samym końcu korytarza były drzwi, które w tej chwili wydawały mu się jego miejscem docelowym. Chociaż i tak były tutaj jeszcze dwie pary drzwi.
    — Co tutaj robisz? – odwrócił się i przed sobą zobaczył dziewczynę, która jeszcze chwilę temu wzięła go i Ryna za tęczowych oszołomów.
    — Ja…yyy… Łazienki szukam – powiedział. Tak, łazienka była pierwszą a zarazem ostatnią rzeczą, jaka mu przyszła w tej chwili do głowy. Miał nadzieję, ze to jakoś kupi.
    — Przedostatnie drzwi na lewo. – powiedziała uprzejmie i jeszcze wskazała ręką, kierunek. Jerry nic nie odpowiedział i niemalże natychmiast wszedł do łazienki. Odczekał chwilę po czym wyszedł i szybko przeszedł przez drzwi do pokoju, który był sypialnią.
    Możliwie najszybciej przejrzał rzeczy, starał się to zrobić najdokładniej i tak aby nie pozostawić po sobie żadnych zbędnych śladów. Miał właśnie zabierać się za myszkowanie po ostatniej szufladzie komody, ale usłyszał kroki. Zastygł w miejscu i nasłuchiwał. Kroki były szybkie, być może też i nieco nerwowe, zupełnie tak jakby ów ktoś go szukał. Mógł to być albo Ryan, albo ktoś z żałobników. Ryan by zadzwonił, a on nie miał niczego. Czyli być może jakiś żałobnik.
    Kroki niebezpiecznie się zbliżały, Cross podjął szybką decyzję i schował się w szafie. Przez szpary widział dość dokładnie pomieszczenie, miał niejaką nadzieję, ze nikt nie zechce sprawdzać szafy. Odczekał może dwie minuty, nikt się tutaj nie zbliżał, nikt nie wchodził, zupełnie tak jakby ktoś po prostu spieszył się do łazienki. Nie czekając dłużej wyszedł z sypialni i przeszedł na dół. Podszedł jak gdyby nigdy nic do stołu i zabrał jedną przekąskę, przy okazji rozglądał się za Ryanem. Zauważył go jak schodzi po schodach i niemalże natychmiast podszedł do niego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Stary, zwijamy się – szepnął. Miał coraz większe obawy, a to że nie widział ani córki ani żony denata, tylko utwierdzało go w tym fakcie. – Mam złe przeczucia, wiesz? – powiedział równie cicho co szybko. – Mam wrażenie, że się połapali, byłem na górze i chyba ktoś mnie szukał…chyba że to byłeś ty – zastanowił się przez chwilę, było to możliwe, ale czy Ryan tak nagle by wtedy zniknął w którymś pokoju? Czy może najpierw by zadzwonił, albo napisał jakiegoś smsa? Takie szukanie, siebie po całym domu było nieroztropne.
      Usłyszał jak jakieś drzwi zamykają się z hukiem, zupełnie jakby był przeciąg. Ten dźwięk dobiegał z góry. Spojrzał na Ryana, miał nadzieję, że już się zabiorą z tego miejsca. Podejrzewał, że większość się połapała, że tak nagle zniknęli w tym samym czasie, jeden poszedł w jednym kierunku, drugi w przeciwną stronę, to nie mogło się skończyć dobrze.

      Usuń
  15. Spojrzał na niego. Może panikował, może Ryan miał rację, że słyszał kogokolwiek. To by się nawet zgadzało. Zgadzałoby się ale de facto niczego nie wyjaśniało; przynajmniej dla Jerry’ego. Dla niego to wszystko było jakieś dziwne. Ta stypa, oni szukający duchów czy innych zmór albo strzyg. Te kroki, to trzaśnięcie drzwi a po nim kroki…a właściwie ich brak. Tylko trzaśnięcie.
    Cross pokiwał głową i spojrzał na Harrisa. Na twarzy bruneta zaczęło się malować zdziwienie. Przez chwilę stał i po prostu oglądał żałobników jakby w nadziei że ci coś zrobią, że ktoś cos do kogoś powie. Że wybuchnie jakaś panika,. Ale nie że będzie tak…normalnie.
    Nie czekając jednak dłużej chwycił Ryana i wyszedł razem z nim przed dom. Podrapał się po głowie i po raz ostatni dzisiejszego dnia spojrzał na fasadę domu. A przynajmniej tak sobie zamierzał wmawiać, że po raz ostatni, nie zamierzał tutaj wracać. To byłaby ostatnia rzecz jaką zamierzałby zrobić.
    — Nie znalazłem nic. Żadnych leków, jakiś dziwnych rzeczy. Facet może w ostatniej chwili zechciał ze sobą skończyć? – zapytał. – Miałem zabrać się za ostatnią szufladę, kiedy usłyszałem szybkie nerwowe kroki. Myślałem, że ktoś wejdzie do sypialni…ale nic. Kroki tak nagle ucichły.
    Przygryzł wargę, pogrzebał po kieszeniach jak to zazwyczaj robi palacz, który upewnia się że na pewno zabrał paczkę papierosów oraz zapałki albo zapalniczkę. Sam chyba dokładnie nie wiedział skąd wziął mu się taki odruch.
    — Myślałem też nad jedną rzeczą. 810,816 i 826. Pomiędzy pierwszym i ostatnim numerem jest szesnaście… - zamilkł na chwilę tylko po to żeby znaleźć odpowiednie słowo - …jednostek? Może odpowiedź leży gdzieś po środku? Może właśnie w tym domu o numerze 816 powinniśmy coś znaleźć? Może to też czysty przypadek i doszukuję się sensu tam gdzie go nie ma – pociągnął Ryana za sobą. Zamierzał jak najszybciej wyjść z tego całego osiedla. Nie chciał tutaj być zbyt długo, jeszcze ktoś pomyśli że są jakimiś włamywaczami, którzy oglądają mieszkanie przed włamem.
    — Musimy się jakoś dostać do archiwum i zobaczyć czy w przeciągu ostatnich lat miały miejsce podobne zdarzenia. Najlepiej by było gdyby w okolicy wydarzyło się coś podobnego. Albo sprawdźmy co stało tutaj przed tym osiedlem… Biblioteka albo archiwa miejskie…coś powinno nam pomóc – oznajmił. Wolał być w tej chwili w bibliotece i szukać czy coś podobnego miało miejsce. Cieszyłby się gdyby nic nie znaleźli, bo to wtedy by oznaczało że to najzwyklejsze samobójstwa są. Dosyć dziwne i niezrozumiałe ale jednak samobójstwa. – Ryan…a jak działa voodo? Może jakiś początkujący szaman voodo chciał się ich pozbyć, czy coś? Tych ludzi coś musiało łączyć, musimy się dowiedzieć co to było – zadecydował. Dla niego było to niczym kryminał. Zwykła zagadka, gdzie musieli znaleźć jakiś punkt wspólny, coś co naprowadziłoby ich na właściwy trop. Dla Crossa wciąż były to dziwne samobójstwa. Ale jeśli udałoby się znaleźć kogoś, kto źle życzył nieboszczykom, to zacząłby wierzyć w wersję że to morderstwo. Jednak nie dopuszczał do siebie wiadomości z tym że za tym wszystkim stoi jakiś duch.

    OdpowiedzUsuń
  16. Spojrzał na Ryana, zamrugał szybko. Uśmiechnął się dość nerwowo i rozejrzał po okolicy, czy aby na pewno nikt ich nie słyszał.
    — Żartujesz sobie? Ryan, to jest włam, za to można iść siedzieć – powiedział cicho jednakże stanowczo. Chyba w życiu nie przypuszczał, że to on w tym duecie będzie kiedykolwiek głosem rozsądku. Z jednej strony to podobało mu się to, że teraz to on będzie piłował zapędy Ryana, z drugiej jednak przerażało, że za bardzo się do tego przyzwyczai.
    — Stary…nie wierzę w żadne zjawy, duchy demony oraz inne byty wiesz? –zapytał tak na wszelki wypadek. – Po mojemu to po prostu był ktoś kto gorączkowo musiał iść do łazienki, albo coś. Nie wiem…może jakieś halucynacje słuchowe? – zapytał. Słysząc dalsze słowa swojego kumpla Jerry wywrócił oczami. Spojrzał na niego niemalże wściekle. – W nocy Ryan, teraz to może nie jest najlepszy moment – westchnął.
    Przeszedł kilkanaście kroków dalej, kiedy zauważył znowu tego dzieciaka na rowerku. Uściślając: na tandetnym czerwonym rowerku. Trochę wyglądał jak ten chłopiec sprzed motelu. Jerry w momencie puścił się biegiem w kierunku dzieciaka. Krzyknął do chłopaczka tylko „Zaczekaj!”, ale on go nie słuchał i pojechał przed siebie, po czym skręcił w lewo. Nie jechał jakoś specjalnie szybko, jednak miał nad Crossem przewagę, nie trudno więc stwierdzić, że zanim Jerry dotarł do tego skrętu, to po dziecku i jego rowerku nie było śladu. Zmęczony biegiem oparł się o ścianę i starał się szybko wyrównać oddech.
    — Powiedz że ty widziałeś tego dzieciaczka na tym tandetnym czerwonym rowerku – powiedział zziajany. Miał nadzieję, że nie zwariował, a dzieciak nie był tylko wytworem jego chorej wyobraźni. Łudził się że i Ryan go widział. Przecież chłopiec wyglądał tak realnie, a duchy przecież tak nie wyglądają, prawda? Duchy są lekko przezroczyste i takie tam, tak przynajmniej mówią horrory.
    Powoli się wyprostował i rozejrzał po ulicy. Przetarł twarz dłonią i powoli ruszył przed siebie.
    — Mam pomysł Ryan. Sprawdźmy, czy nasi denaci znali się wcześniej…oraz, czy miało miejsce coś szesnaście lat temu – powiedział. - Jeśli dowiemy się co ich łączyło, to może też zdobędziemy jakąś odpowiedź…co przyczyniło się do ich śmierci. Jaka zjawa – spojrzał na Ryana. Mówiąc to, można przyjąć że skapitulował i zacznie wierzyć w różne zjawy, albo i duchy. Nic bardziej mylnego, chciał po prostu wynieść się z tego miejsca. No i być może miał też ochotę znaleźć się w bibliotece miejskiej gdzie mógłby odpocząć oraz popatrzeć na jakieś piękne i młode miłośniczki czytania.
    — Ryan…powiedz mi tak w sumie…czy my wyglądamy jak para gejów? – zapytał. – Starsza pani nas wzięła za gejów, teraz tutaj też wzięto nas za członków tęczowych oszołomów. Czy razem wyglądamy gejowsko, czy jak? Czy tylko ty z naszego duetu wyglądasz niczym homoś?

    OdpowiedzUsuń
  17. — Aha super – powiedział może nieco zbyt oschle. Ale chciał się upewnić, że zwariował, albo wręcz przeciwnie. – Bo ten rowerek był taki dziwny…no kurde miałem wrażenie że spoglądam na ten rowerek i jakbym widział zdjęcie moich starszych. Taki stary rowerek, ale wyglądał jak nowy, jakby dopiero co wyjechał ze sklepu, albo i fabryki rowerków – wyjaśnił pokrótce. – Taki trochę tandetny czerwony rowerek jak na nasze czasy – stwierdził ciszej.
    Spojrzał zdziwiony na Ryana. On po alkoholu?! Taki?! No niemożliwe! Po horrorach to owszem, bał się i udawał twardziela, ale nic poza tym. No dobrze…może kiedyś tak strasznie się bał, że nie wiedział co ma ze sobą zrobić.
    — Od czego. Sprawdźmy, czy nie wspominano czegoś o ofiarach wcześniej. Może chodzili do tej samej szkoły? Albo coś…może wychowywali się na tym samym osiedlu. No i proponuję sprawdzić jeszcze, czy coś się stało szesnaście lat temu. Albo kiedy oni mieli szesnaście lat... – zaproponował. – No i też popytałbym w miejscach pracy. Czyli tak…szkoła i co? Wiemy że jeden to nauczyciel, a reszta? Mówiłeś chyba coś, że jeden to mechanik chyba – spojrzał wyczekująco. Może się pomylił, czy coś.
    Jerry mimowolnie spojrzał na dwie dziewczyny, które szły z naprzeciwka. Uśmiechnął się widząc ich długie i proste nogi. No i te zgrabne tyłeczki, przez dosyć dłuższą chwilę szedł patrząc się na ich tyły. Odwrócił się w ostatniej chwili przed bliskim spotkaniem z lampą.
    — No i wiesz…musimy coś wykombinować – spojrzał na Ryana. – Może nawet będziemy musieli wejść do tego domu, o którym mówiłeś – wzruszył ramionami.
    Ciągle przerażała go wizja jakiegokolwiek włamu, ale może nie było wyjścia? Może po prostu tak musieli zrobić? Włamać się przetrząsnąć cały dom, po czym się ulotnić i udawać, że nic się nie stało? To była bardzo dobra opcja z tym udawaniem, ale czy możliwa?
    — W ogóle...jeśli to duch, to jak się go pozbędziemy? Odmówimy jakiś różaniec, czy coś? Czy może wssamy go do odkurzacza? – zapytał. – Albo nie wiem…posypiemy go solą, czy czymś – rzucił mimochodem widząc przez szybę jak w barze jakiś facet soli swoje frytki. – A może powiemy, że nie żyje i uświadomimy, go że nie powinien zabijać? – oho, komuś włączył się tryb „człowiek trochę wredny”.
    Po kilkunastu minutach zatrzymali się przed wejściem głównym do biblioteki. Cross lekko się uśmiechnął, bo jeszcze chyba nie spotkał się z jakimkolwiek horrorem, który miałby miejsce w bibliotece. Biblioteki wydawały mu się w tej chwili najbezpieczniejszymi miejscami.
    — Proponuję też wizytę na cmentarzu – powiedział cicho zanim weszli do środka. – Może tam coś ciekawego się znajdzie? – chyba sam do końca nie wierzył w to co mówił, co proponował.

    OdpowiedzUsuń