2 czerwca 2014

[KP] You can’t keep dancing with the devil and ask why you’re still in hell.

Flavia
Włoszka | Dwadzieścia dwie zimy | Szóstą tylko cudem przeżyła | Od wtedy ukryte przekleństwo na nadgarstku
Szeptali.
Zawsze szeptali, ale teraz było tego więcej.
Nadgarstek miała, oczywiście, zakryty, ale to nie uciszało szeptów. Zdawało się, że lada chwila wezwą do niej księdza, albo gorzej – rycerza zakonnego. Owszem, bała się; jakże miała się nie bać? Wtedy nie byłaby już w stanie uciec. Najgorzej jednak, że nie wiedziała, czy pochwyciłby ją ten, którego po nią wezwano, czy jednak jej skalana natura.
Serce jej zadrżało, gdy znów uciekła w puste uliczki, mając nadzieję, że nikt za nią nie podąży.
Zawsze zostawała sama, ale teraz wszystko było inaczej.
Co prawda, jak zawsze, nie mieli nawet jednego mocnego dowodu na to, że cokolwiek było jej winą. Ale od zawsze coś podejrzewali, coś im w niej nie pasowało. Zresztą, ona sama sobie nie pasowała. Nie rozumiała wypalonego na jej nadgarstku symbolu, nie wiedziała, co działo się, gdy ten zaczynał się żarzyć. Jedyne, co wiedziała, to że kruki, których zawsze przy tej uliczce było pełno, tak jak zwykle nie uciekały. Tu nic się nie zmieniło. Wyjątkowo, wszystko było takie samo.
Uśmiechnęła się niemrawo na tę nienaturalną iskierkę naturalności i podciągnęłam sukienkę. Oczywiście symbol nadal żarzył się delikatnie. Jeszcze nie wiedziałam, jaka będzie cena tym razem, ale nie chciałam jej poznać.
Mimo to byłam pewna, że takowa istnieje.
Bo ta dziwaczna magia zawsze miała swoją cenę.










[Na zdjęciu Sophie Rundle; tatuaż stąd
Cytat: Tumblr
Wątek z Dino]

7 komentarzy:

  1. Through the years seasons promise anew

    Szkarłatna, jasna łuna zachodu rozlewa się po niebie. Czerwone słońce powoli znika za horyzontem, rozjaśniając dachy i wieże kościołów, klasztorów i zamków Florencji. Słychać głośny śmiech dzieci, biegających gdzieś tam, nad brzegiem Arno, i rzucających do wody kamienie, krzyk płoszących się kaczek. Niemal nie słychać wiatru, zresztą niebo jest czyste i bez chmur. Jest tak ciepło, że dwaj mężczyźni siedzący w refektarzu konwentu Świętego Marka położyli swoje czarne, długie płaszcze z kapturami na ławach - ściany klasztoru zdążyły się już nagrzać na tyle, że mogą sobie na to pozwolić. Ich zresztą ogrzewa coś innego - wiara, duma i śmiałość.
    Jednym z tych mężczyzn jestem ja, drugim jest mój informator ukrywający się pod pseudonimem Ducha. Jego czerwone oczy, tak typowe dla albinosów, i widmowo wręcz blada twarz w połączeniu z czarnymi, długimi do ramion włosami związanymi czarną opaską i ciemnym ubiorem dają bardzo...nietypowy efekt. W dłoniach Ducha znajduje się jakiś list.
    Chwytam go w palce, wzdychając. Po zabójstwie wielkiego mistrza Borgiowie się wzmogą, wzmogą się inni wrogowie bractwa...
    -A więc kardynał Sforza ma spotkać się w krużgankach Świętej Marii del Carmine z kimś, kto nazywa się Sowa-mówię, marszcząc brwi. Nie podoba mi się to. -Cholernie niejasny ten list. Gdybyśmy wiedzieli coś więcej...
    - Przy zwłokach tego człowieka nie było nic więcej - Duch wzrusza ramionami. Uśmiecha się lekko, brakuje mu kilku zębów z przodu.
    Wzdycham ciężko. Wiem, że informator naprawdę zrobił wszystko, co mógł. Muszę coś z tym zrobić. Problem jest taki, że niewiele mamy wskazówek, które nam mogą pomóc. Gdybym wiedział, w jakim celu kardynał chce się spotkać z Duchem...
    -Charakter pisma przypomina ten z jednego z pism znalezionych w domu wielkiego mistrza-mruczę, wyłamując sobie palce. "Sowa" to najprawdopodobniej agent kogoś, dla kogo pracuje Sforza - ale dla kogo?
    Słowa, słowa, słowa. Treść listu, który otrzymałem kilka dni temu, jest chyba jedynym jasnym punktem w tej sprawie. Chowam papier do kieszeni. Wyjmuję sakiewkę, czas zapłacić Duchowi za to, co zrobił...
    -Ile?
    - Pięćset.
    Pieniądze przechodzą z rąk do rąk. Po chwili albinos wychodzi, zabierając płaszcz i uśmiechając się szeroko, ja zostaję dłuższy czas. Rozpatruję każdy możliwy szczegół, po raz setny odczytuję każde słowo. Coś mi umyka, coś tu jeszcze powinno być!
    Na innym stole w pustym w tej chwili, jasnym refektarzu znajduję nie zapaloną świecę. Kilka szybkich ruchów, płomień obejmuje papier...
    Na papierze pojawiają się śpiesznie ukryte słowa.

    ...znajdźcie dziewczynę, pobożny bracie. I przywiedźcie ją do mnie, który jestem sługą sług Bożych, aby zaś doprowadziła nas do najwyższej świętości ofiarowanej nam przez Pana naszego Jezusa Chrystusa.

    Dziewczynę? Jaką, kurwa, dziewczynę? W grze jest ktoś jeszcze? Przez głowę zaczyna mi przelatywać milion myśli. Zrywam się na równe nogi. Trzeba natychmiast powiadomić wielkiego namiestnika. Signore Savelli musi o wszystkim wiedzieć. I niemniej natychmiast zwołać zebranie tych, którzy byli wtajemniczeni w sprawę. Gdzie mógłbym zrobić coś takiego? I kiedy?
    Mamy 8 sierpnia 1476 roku. Może trzynastego? Zaciskam wargi. Tak, to będzie dobry dzień dla zakonu. Zgromadzimy tylu braci, ile się da, do reszty wyśle się listy. Jeszcze dzisiaj. Musimy podjąć decyzję bez ryzykowania, wielki mistrz musi zostać pomszczony.
    A to, czego szukaliśmy tyle lat, musi zostać przyzwoicie ochronione.
    Chowam starannie list za pazuchę. Narzucam na siebie płaszcz i wychodzę pospiesznie z klasztoru. Mijam obojętnie zakonników, przyspieszając kroku, skupiony jedynie na moim celu. Muszę wiedzieć.
    Gdybym tylko miał pewność...
    Muszę zobaczyć się z księżną. Klarysa Orsini, żona Lorenzo, jest zaiste świętą kobietą, bo ma siły znosić wybuchy i humory księcia, odkąd się pobrali. Do tego jest daleką krewną wielkiego mistrza Giovanniego Battisty. Lepiej będzie, jeśli z nią pomówię bez świadków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Up ahead, can't you see, how the future unfolds?

      Mijam kolejne domy kamieniczników, przechodzę śpiesznie przez Ponte alla Carraia, kierując się w stronę Palazzo dei Medici. Muszę tam się znaleźć przed zmrokiem. Trzeba będzie coś z tym zrobić. Jeżeli Sowie i jego patronom zależy na odzyskaniu tego, wówczas trzeba będzie zmobilizować jeszcze kilkunastu ludzi i otoczyć kościół. Wciąż zastanawiam się, o jakiej dziewczynie pisał Sowa do kardynała Sforzy. Czy to jakaś pułapka? Podpucha? Czy ta dziewczyna istnieje naprawdę? A jeśli tak, to kto nią jest i skąd się wzięła we Florencji?
      Tak, czy inaczej, trzeba szybko udać się do namiestnika. Jeśli wyszedł z Rocca Priori, to może zastanę go w którym z kościołów, gdzie zwykł chodzić na nabożeństwa wieczorne i modlitwą szlachetny umysł umartwiać. Toż przecież nie opuściłby miasta bez powiadamiania kogokolwiek.
      Skup się, Dino od świętej Anny. Skup się. Skup się. Skup się.
      Krakanie kruków jest bardzo...znamienne. I zaskakujące.
      Kiedy skręcam w ów ślepy, mały zaułek odchodzący od Via dei Banchi, mam dziwne przeczucia. Czerwone blaski padają na jasne mury, porośnięte gdzieniegdzie mchem ze starości. Echo moich kroków odbija się od twardego bruku. Czuję chłodny wiatr od strony Arno, trochę zmniejszony przez zabudowania miasta, ale jednak się to czuje...
      Dziewczyna.
      Stoi wśród kruków, nieczystych ptaków diabelskich, te wszystkie stworzenia teraz ją otaczają, jak jaką boginię, a ona...
      Ma taką jasną, młodą twarz. Nie wygląda na wiele młodszą ode mnie, ale jednak jest dość drobna, chyba że to moja ocena tak mnie zaślepia. Przecieram oczy, ale nie, nie przywidziało się, wyraźnie jak byk widzę dziewczynę otoczoną tymi ptaszyskami.
      - Co to za czarnoksięstwo?! Kim jesteś?
      Mój głos, momentalnie ostry, jest dowodem tego, jak niegodnie nie powstrzymałem uczuć, jak nie opanowałem swojego zdziwienia. Ale każdy byłby zdziwiony, nie tylko brat rycerz, widząc jakieś chore, brudne, ohydne ptaszyska żrące ścierwo końskie i padlinę zabitych ludzi zrzucanych w błękitne wody Arno, które obsiadają piękną dziewczynę.
      - Kim jesteś, kobieto?! Odpowiadaj!

      Dino dell'Anno


      Usuń
  2. Posyłam dziewczynie miażdżące spojrzenie pełne gniewu i pogardy. Szatańska córka, pomiot diabła po prostu, jak ona śmie tak się do mnie odzywać?! Podchodzę szybkim krokiem do dziewczyny, jesteśmy teraz tak blisko siebie, że gdybym chciał, mógłbym jej skręcić kark. Po chwili wszakże gniew znika, zastępując to uczucie spokojem i chłodną dumą szlachcica i rycerza.
    -Ogłada jest nieistotna, gdy idzie o twoją głowę-zauważam z uśmiechem. Ma takie piękne oczy, niewinną, dziewiczą twarz - tak mogłaby wyglądać Madonna z aniołami, gdybym miał ją malować. Na tle jasnego, nieco obłego muru i czarnych ptaków ta dziecinność Flavii rysuje się jasno.
    Zbyt jasno, bym nie miał jej podejrzewać.
    -Kościół Santa Maria del Carmine jest piękny o tej porze-wzruszam ramionami lekko, jakby nie miało to większego znaczenia. Po chwili wracam do siebie. Postanawiam zadać jej kilka pytań.
    -Jak je do siebie wabisz?-pytam.-Skąd się tu wzięłaś? I byłaś wczoraj w okolicy Palazzo Vecchio około pierwszych kurów, lub, jak to uczeni mówią, o dwudziestej pierwszej godzinie?
    Ciekaw jestem, co powie. Czy skłamie? A może powie prawdę? Medyk powiadał, że o tej godzinie zginął Lucaverde. Nie wierzę wprawdzie, by zrobiła to Flavia in personam, ale może tam była, może...?
    -Odpowiedz mi na moje pytania szczerze jak na spowiedzi, a i ja na twoje odpowiem-proponuję spokojnie.
    Ciepłe promienie ślizgają się po rękojeści szabli. Jest zdecydowanie chłodniej, niż było. Czy to ja zmroziłem powietrze słowami, czy to Bóg chłodzi znękany upałem świat, dając mu wytchnienie? Przypomina mi się zdanie przypisywane świętemu Piotrowi: "Odpocznienie i gościnność znajdę dopiero w domu Pana".
    Może to prawda. A może nie.

    Dino dell'Anno

    OdpowiedzUsuń
  3. Przypatruję się uważnie Flavii, zaciskając wargi i obserwując uważnie ptaki, które do niej lgną. Moje spojrzenie jest teraz zimniejsze niż lód pętający wody Arno zimową porą. Coraz bliżej jest do godziny zmierzchu. Co mam z nią zrobić? Jest kilka możliwości. Mógłbym rzucić ją na pastwę tortur, kata i biskupa Riario, krewnego rodu Riariów, ale nie zamierzam tego robić; im mniej o tym wiedzą Borgiowie, tym lepiej. Orsini mogliby ją wykorzystać....Klarysa jest łagodna, aż zbyt łagodna, ale Andrea i Donato są pazerni i chciwi. W ten sposób być może stracilibyśmy ważne informacje, których tak bardzo potrzebuje bractwo. Nie mówiąc już o tym, że Andrea sławny jest w całej Florencji ze swoich bezeceństw czynionych z niewinnymi niewiastami...
    Decyzja jest szybka. Być albo nie być.
    - Pójdziesz ze mną.- oznajmiam twardo, nie dopuszczając żadnych sprzeciwów, protestów ani odmów. - I lepiej, byś mi nie uciekała. Jeśli wpadniesz w ręce Borgiów albo Orsinich, wyprowadzą cię na szafot albo zakatują w piwnicy, uprzednio oddawszy katom. A co do tego, co tam się stało...
    Moja twarz na chwilę łagodnieje. Posyłam jej krótki, lekki uśmiech.
    - Kiedyś się tam plątała owego wieczoru, w tym samym miejscu zginął pewien wysoko postawiony człowiek. Mnie obarczono zadaniem odkrycia, kto jest jego mordercą - wyjaśniam. - A ty jesteś najprawdopodobniej ostatnią osobą, która coś widziała lub słyszała.
    To rzekłszy, prowadzę ją szybko ulicami, marszcząc brwi. Po drodze, na via dei Banchi, wpada na mnie wystraszony chłopak, mój wysoki, złotowłosy służący o rezolutnych, niebieskich oczach i sylwetce stracha na wróble, ubrany w ciemny, ale dobrze dobrany strój, który niedawno mu zafundowałem wraz z wypłatą należności za pierwszy rok służby (wcześniej, dla pokory i skromności, nie zatrudniałem służącego).
    - Panie! Signor Savelli chce was widzieć, i to natych... - milknie, ujrzawszy dziewczynę. - Co to jest? Czarownica?
    - Nie co, a kto, Michele. - karcę go stanowczo. - Tego dowiemy się dopiero, gdy zobaczy ją namiestnik.
    - Ale, panie, ona i te ptaki...
    - Dość! - podnoszę głos ostro. - Rozesłałeś listy?
    - T-tak, panie - mamrocze zbity z tropu chłopak. Kiwam głową; czyli istnieje szansa, że do święta Annunziaty uda mi się coś ustalić z bractwem. Nie liczę wprawdzie na wybór swój albo Savellego, zresztą nigdy nie widziałem siebie jako przywódcy Zakonu. Jam jest Dino dell'Anno, Dino od świętej Anny, lupus Dei - wilk Boży. Wilk, który w imię Pana rozszarpie templariuszy niczym owce.
    Na miejscu, w Rocca Priori, jak zawsze jest tłok, ale to lepiej. Przebijam się z nią przez tłumy pijanych ludzi, włóczęgów i tubylców pijących cienkusza, i wchodzę z nią po schodach; Michele został na dole.
    Pukam cicho, trzykrotnie.
    - Wejść.
    Otwieram drzwi. Pokłon, krótki, ale z szacunkiem...
    - Chyba coś drgnęło, signore.

    Dino dell'Anno

    OdpowiedzUsuń
  4. I dokładnie w tej chwili temperatura w pomieszczeniu spada o dwieście gradusów, co najmniej, w dół, a ciężka ręka Gerarda Pessavento, strażnika signore, wymierza Flavii tak silne uderzenie w twarz, że słyszę chrupnięcie złamanych chrząstek nosa. Krzywię się.
    Wielki, masywny Pessavento jest wyższy nawet ode mnie, a swego czasu budził grozę w kalabryjskiej przestępczości.
    Nie pochwalam jego metod, ale jeśli ma to złamać dziewczynę...tyle że...
    - Pohamuj ten rozlatany języczek - warczy twardym, wibrującym basem pełnym gniewu brat Gerard. - Albo będę musiał...
    - Dość, bracie Gerardzie! - przerywam gniewnie. - Zostaw dziewczynę, jest nam potrzebna.
    Przenoszę spojrzenie na krwawiącą Flavię, a potem na siwowłosego, wysokiego, opanowanego signore o szlachetnych rysach i orlim nosie, odzianego w czerń i błękit. Wręczam jej swoją białą, prostą chusteczkę z inicjałami "D. d. A.", aby mogła zatamować krew, po czym oddaję mu list Ducha.
    Namiestnik Savelli kiwa głową.
    - Dzięki ci, bracie - mówi, po czym otwiera kopertę i czyta dokument z uwagą. Raz. Drugi. Trzeci. Siódmy. Przykłada go do ognia, odczytuje ukrytą wiadomość, po czym zaczyna coś zapisywać uważnie na jednej z kart leżących na biurku. Kiedy kończy, pali starannie list, marszcząc brwi. Wskazuje Flavii krzesło.
    - Usiądź, dziecko - rzymski akcent sześćdziesięcioośmioletniego mężczyzny jest łagodny, subtelny, sączy się delikatnie w uszy. - Opowiedz wszystko, co widziałaś o tej porze, nawet jeśli sądzisz, że nie widziałaś nic. Zauważyłaś coś dziwnego? Kogoś? Ptak nie chciał lecieć w jakieś konkretne miejsce, reagował na coś inaczej niż zwykle?
    Ja stoję obok Flavii z rękami założonymi na piersiach. Gerard, pozornie niezainteresowany, zezuje wrogo na dziewczynę, przerywając dla niej oględziny rzadkiej urody obrazu przedstawiającego Arno o wschodzie słońca i jej jasne brzegi. Czekając, aż coś powie, patrzę na namiestnika, mimowolnie myśląc o moich małych bratanicach, o dziesięcioletnich bliźniaczkach Catalinie i Veronice, które własnymi rękami wyhaftowały dla mnie te inicjały i ofiarowały mi chusteczkę przed odjazdem do Ziemi Świętej. Trzymam ją zawsze przy sobie i ilekroć ocieram nią z twarzy krew, kurz, pot czy łzy wysiłku, widzę przed oczami ich pucołowate, radosne buzie, czuję miękkość ich czarnych włosów, które głaszczę po wieczornej modlitwie i cichej rozmowie z ich ojcem o finansach. Gdyby tylko Marco był trochę mniej liryczny, a bardziej rzeczywisty...Przypominam sobie dorosłą, zbyt dorosłą twarz Dantego, mojego bratanka, który ma teraz trzynastego wstąpić do zakonu. Będzie to dobra okazja, by...
    Tak czy inaczej, ciekaw jestem jej odpowiedzi.

    Dino dell'Anno

    OdpowiedzUsuń
  5. Patrzę na nią uważnie. Zapadła głucha cisza, signore Savelli zdaje się o czymś intensywnie i długo myśleć. Brat Pessavento siada na wolnym krześle, strzelając irytująco palcami. Posyłam mu długie, ostrzegawcze spojrzenie, co sprawia, że zaprzestaje tego nawyku.
    Jedno jest pewne: jeśli nasze podejrzenia się potwierdzą...
    Nawet jeśli Flavia nie jest kobietą opisaną w onym piśmie, to lepiej ją i tak zatrzymać. Nie powinna wpaść w ręce Orsinich ani naszych innych wrogów. Mrużę powieki. Jako komandor Florencji mam za sobą pewne prawa. Firenze jest mi winna wdzięczność, skoro powstrzymuję rozruchy, zapewniam ludziom spokojny byt i jak dotąd nie pojawiło się tu żadne zło. Uśmiecham się delikatnie.
    Czas zagrać kartami, z których nie korzystałem, ślubując służyć pokorze.
    -Signore, jako komandor Florencji biorę na siebie pełną odpowiedzialność za Flavię-stwierdzam spiesznie, widząc, że brat Gerard już otwiera usta. Namiestnik unosi wysoko brwi. Nie spodziewał się po mnie takiej decyzji; wilki Boga zwykle żyją samotnie, bez stad, i nigdy nie przyjmowały samic na krycie, by stworzyć nową sforę...nie, one żyły w martwej, drżącej samotności nasączonej zapachem leśnego igliwia, miękkiej pościeli i wonności wschodnich, których używa żona Marco, Cirilla. To szansa dla ciebie, Dino. Dla ciebie i dla bractwa.
    -Wezmę wszystko na siebie, signore. A jeśli nawet diabeł mnie opęta albo coś się stanie...Bóg jest panem moim i stoi po prawicy mojej, a któż mu się oprze?
    Nie mówię otwarcie o starej umowie obowiązującej bractwo i członków mojej rodziny: jeśli jeden z nas okaże się odstępcą, ginie z ręki drugiego. To prawo odwetu, choć nie jest najmilsze Panu, przynajmniej jest zabezpieczeniem dla zakonu i dla nas wszystkich. W ten sposób eliminuje się ryzyko naszego upadku. Tyle że...
    -Dobrze więc - głos namiestnika wydaje się nagle zmęczony, starczy, jakby przebył setki mil pieszo, szukając nieznanego. Gerard zaciska pięści.
    - Pozwalasz mu utrzymywać kurwę dla siebie?!
    Signore posyła mu rozbawione spojrzenie. Nie przeszło mu nawet przez myśl...Prawdę mówiąc, mi też, więc patrzę na niego jak na wariata. Czy on oszalał już do reszty? Zapomniał o najważniejszym?
    -Przypominam ci, Gerardzie, że ślubowałem czystość-zwracam mu uwagę zimno.-To, że on nie poszedł naszą drogą, nie znaczy, że ja nie pójdę. I przestań wreszcie mieć do niego za to żal.
    Gerard parska z pogardą.
    - Jak zawsze go bronisz, bracie dell'Anno. Czegóż innego mogłem się...
    - Dość. Dino, zaprowadź panienkę do jednego z wolnych pokoi. Potem odwiedź naszego przyjaciela. A ty, Gerardzie, nie waż się nawet spojrzeć na tą kobietę.
    - Spojrzałem - uśmiecha się zwycięsko brat Pessavento. Domyślam się, że nie tylko spojrzał, skoro ma taki lubieżny uśmiech, a wrogość w jego oczach łamie się z ocenianiem wdzięków Flavii.
    Jak na targu - myślę z irytacją. Wstaję szybko.
    -Wyjdź-mówię zimno.-Pomówimy o tym wieczorem.
    - Hej, nie bądź taki świętojebliwy. Mam ci przypomnieć może, do kogo uśmiechała się Ivetta de Casola na odpuście na święty Sebastian? I do kogo lepiły się panny Mancini? - śmieje się Gerard. - Jak zwykle twój ur...
    Nie kończy, ponieważ zostaje silnie uderzony w twarz i pchnięty na drzwi. Wychodzi pospiesznie, zapewne planując zemstę, ale mam to już gdzieś. Signore Savelli nic już nie mówi, wraca do swoich dokumentów, listów, papierzysk. Nie patrzy już też na Flavię, ale jestem pewny, że właśnie o niej sporządza notatki. Na pewno by mnie to nie zdziwiło.
    Wyprowadzając dziewczynę na zewnątrz, zastanawiam się, gdzie będzie bezpieczniejsza. W domu mojego brata, przy boku jasnowłosej, pięknej Cirilli, budzącej podziw ognistością swych zielonych oczu, z roześmianymi dziewczynkami, czupurnym Dantem i małym, uczącym się chodzić Remigio? Marszczę brwi. Nie, lepiej, by na razie została przy mnie. Nie mogę ich narażać aż tak, im mniej wiedzą, tym lepiej. Dante zresztą to zupełnie inna sprawa. Jego stopień wtajemniczenia nie pozwoli mu dowiedzieć się o Flavii i o innych...sprawach. Tak będzie najlepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wychodzę z Flavią na zewnątrz. Mijamy kilkoro zamkniętych na głucho drzwi - pokojów dla gości karczmy i dla innych braci, którym udziela gościny namiestnik w swojej łaskawości, jakiś pokój, z którego dobiegają podejrzane jęki grzesznej rozpusty, i wreszcie docieramy do jednego z ostatnich dwóch. Otwieram drzwi po prawej stronie i wpuszczam dziewczynę do środka, pozwalając, by weszła jako pierwsza.
      Ciemnozielone ściany tłoczone złotą nicią we wzór liści i owoców winogradu zdobne są tylko jednym obrazem, jakimś portretem prezentującym kobietę w niebieskiej sukni i z rozpuszczoną kaskadą jasnobrązowych włosów. Kobieta ta z jakiegoś powodu ma dwukolorowe, niebiesko-zielone oczy. Nigdy nie pytałem Savellego o znaczenie tego obrazu i tej heterochromii, może rzeczywiście miał powód, by przechować akurat ten obraz...Meble są zadziwiająco proste, nie ma tu królewskich łóż ani wspaniałych, posrebrzanych toalet. Jest tylko zwykłe łóżko zasłane czystą pościelą, niewielki kredens, stolik i dwa krzesła oraz stojak na broń. Nic więcej.
      Okna są czyste, aż zbyt czyste, i dają widok na Florencję - słodką, pełną wdzięku, ale i kusicielkę, jak każda córka Ewy. Przez grzech pierworodny niewiasty zostały skalane i nie można o tym zapominać...tak...Ale urok słodkiej buzi Flavii, łagodność wypisana na jej filuternych rysach, delikatność i rysunek ramion na chwilę każą mi nie myśleć o niej jak o potencjalnym wrogu. Co, jeśli to wszystko to tylko gra? Co, jeśli Savelli mi ją podstawił dla wypróbowania moich cnót ducha przed powierzeniem mi świętych tajemnic chrześcijaństwa? Co, jeśli to ma być test Borgiów, jak daleko posunie się bractwo w swoim poszukiwaniu prawdy i sprawiedliwości? Jak bardzo można nas zgnieść i ukorzyć?
      O ile o nas wiedzą.
      -Rozgość się - uśmiecham się lekko.-Powiadam ci od razu jedno i lepiej, byś dobrze mnie zrozumiała: nie jesteś tu na prawach więźniarki. W każdej chwili możesz opuścić bractwo, ale wtedy na samą siebie bicz ukręcisz. Pomijając już fakt, że będziemy cię ścigać, będziesz ścigana też przez Riariów, Orsinich et consortes, a jeśli nie daj Boże wpadniesz w ręce Borgiów albo kata, już po tobie. Masz przed sobą wybór: albo dożyjesz starości w cnocie i bezpieczeństwie, albo skończysz jako kurwa przydrożna. Albo stos wyprutych flaków. Wybieraj.
      Cofam się kilka kroków, czekając na odpowiedź. Na reakcję. Może na głos rozsądku?
      -Jeśli te kruki tu przylecą, nie wpuszczaj ich do środka-dodaję jeszcze.-Ale możesz je karmić. Dostaniesz trochę chleba od kucharzy.

      Dino dell'Anno

      Usuń