2 czerwca 2014

[KP] You can’t keep dancing with the devil and ask why you’re still in hell.

Flavia
Włoszka | Dwadzieścia dwie zimy | Szóstą tylko cudem przeżyła | Od wtedy ukryte przekleństwo na nadgarstku
Szeptali.
Zawsze szeptali, ale teraz było tego więcej.
Nadgarstek miała, oczywiście, zakryty, ale to nie uciszało szeptów. Zdawało się, że lada chwila wezwą do niej księdza, albo gorzej – rycerza zakonnego. Owszem, bała się; jakże miała się nie bać? Wtedy nie byłaby już w stanie uciec. Najgorzej jednak, że nie wiedziała, czy pochwyciłby ją ten, którego po nią wezwano, czy jednak jej skalana natura.
Serce jej zadrżało, gdy znów uciekła w puste uliczki, mając nadzieję, że nikt za nią nie podąży.
Zawsze zostawała sama, ale teraz wszystko było inaczej.
Co prawda, jak zawsze, nie mieli nawet jednego mocnego dowodu na to, że cokolwiek było jej winą. Ale od zawsze coś podejrzewali, coś im w niej nie pasowało. Zresztą, ona sama sobie nie pasowała. Nie rozumiała wypalonego na jej nadgarstku symbolu, nie wiedziała, co działo się, gdy ten zaczynał się żarzyć. Jedyne, co wiedziała, to że kruki, których zawsze przy tej uliczce było pełno, tak jak zwykle nie uciekały. Tu nic się nie zmieniło. Wyjątkowo, wszystko było takie samo.
Uśmiechnęła się niemrawo na tę nienaturalną iskierkę naturalności i podciągnęłam sukienkę. Oczywiście symbol nadal żarzył się delikatnie. Jeszcze nie wiedziałam, jaka będzie cena tym razem, ale nie chciałam jej poznać.
Mimo to byłam pewna, że takowa istnieje.
Bo ta dziwaczna magia zawsze miała swoją cenę.










[Na zdjęciu Sophie Rundle; tatuaż stąd
Cytat: Tumblr
Wątek z Dino]

2 komentarze:

  1. Through the years seasons promise anew

    Szkarłatna, jasna łuna zachodu rozlewa się po niebie. Czerwone słońce powoli znika za horyzontem, rozjaśniając dachy i wieże kościołów, klasztorów i zamków Florencji. Słychać głośny śmiech dzieci, biegających gdzieś tam, nad brzegiem Arno, i rzucających do wody kamienie, krzyk płoszących się kaczek. Niemal nie słychać wiatru, zresztą niebo jest czyste i bez chmur. Jest tak ciepło, że dwaj mężczyźni siedzący w refektarzu konwentu Świętego Marka położyli swoje czarne, długie płaszcze z kapturami na ławach - ściany klasztoru zdążyły się już nagrzać na tyle, że mogą sobie na to pozwolić. Ich zresztą ogrzewa coś innego - wiara, duma i śmiałość.
    Jednym z tych mężczyzn jestem ja, drugim jest mój informator ukrywający się pod pseudonimem Ducha. Jego czerwone oczy, tak typowe dla albinosów, i widmowo wręcz blada twarz w połączeniu z czarnymi, długimi do ramion włosami związanymi czarną opaską i ciemnym ubiorem dają bardzo...nietypowy efekt. W dłoniach Ducha znajduje się jakiś list.
    Chwytam go w palce, wzdychając. Po zabójstwie wielkiego mistrza Borgiowie się wzmogą, wzmogą się inni wrogowie bractwa...
    -A więc kardynał Sforza ma spotkać się w krużgankach Świętej Marii del Carmine z kimś, kto nazywa się Sowa-mówię, marszcząc brwi. Nie podoba mi się to. -Cholernie niejasny ten list. Gdybyśmy wiedzieli coś więcej...
    - Przy zwłokach tego człowieka nie było nic więcej - Duch wzrusza ramionami. Uśmiecha się lekko, brakuje mu kilku zębów z przodu.
    Wzdycham ciężko. Wiem, że informator naprawdę zrobił wszystko, co mógł. Muszę coś z tym zrobić. Problem jest taki, że niewiele mamy wskazówek, które nam mogą pomóc. Gdybym wiedział, w jakim celu kardynał chce się spotkać z Duchem...
    -Charakter pisma przypomina ten z jednego z pism znalezionych w domu wielkiego mistrza-mruczę, wyłamując sobie palce. "Sowa" to najprawdopodobniej agent kogoś, dla kogo pracuje Sforza - ale dla kogo?
    Słowa, słowa, słowa. Treść listu, który otrzymałem kilka dni temu, jest chyba jedynym jasnym punktem w tej sprawie. Chowam papier do kieszeni. Wyjmuję sakiewkę, czas zapłacić Duchowi za to, co zrobił...
    -Ile?
    - Pięćset.
    Pieniądze przechodzą z rąk do rąk. Po chwili albinos wychodzi, zabierając płaszcz i uśmiechając się szeroko, ja zostaję dłuższy czas. Rozpatruję każdy możliwy szczegół, po raz setny odczytuję każde słowo. Coś mi umyka, coś tu jeszcze powinno być!
    Na innym stole w pustym w tej chwili, jasnym refektarzu znajduję nie zapaloną świecę. Kilka szybkich ruchów, płomień obejmuje papier...
    Na papierze pojawiają się śpiesznie ukryte słowa.

    ...znajdźcie dziewczynę, pobożny bracie. I przywiedźcie ją do mnie, który jestem sługą sług Bożych, aby zaś doprowadziła nas do najwyższej świętości ofiarowanej nam przez Pana naszego Jezusa Chrystusa.

    Dziewczynę? Jaką, kurwa, dziewczynę? W grze jest ktoś jeszcze? Przez głowę zaczyna mi przelatywać milion myśli. Zrywam się na równe nogi. Trzeba natychmiast powiadomić wielkiego namiestnika. Signore Savelli musi o wszystkim wiedzieć. I niemniej natychmiast zwołać zebranie tych, którzy byli wtajemniczeni w sprawę. Gdzie mógłbym zrobić coś takiego? I kiedy?
    Mamy 8 sierpnia 1476 roku. Może trzynastego? Zaciskam wargi. Tak, to będzie dobry dzień dla zakonu. Zgromadzimy tylu braci, ile się da, do reszty wyśle się listy. Jeszcze dzisiaj. Musimy podjąć decyzję bez ryzykowania, wielki mistrz musi zostać pomszczony.
    A to, czego szukaliśmy tyle lat, musi zostać przyzwoicie ochronione.
    Chowam starannie list za pazuchę. Narzucam na siebie płaszcz i wychodzę pospiesznie z klasztoru. Mijam obojętnie zakonników, przyspieszając kroku, skupiony jedynie na moim celu. Muszę wiedzieć.
    Gdybym tylko miał pewność...
    Muszę zobaczyć się z księżną. Klarysa Orsini, żona Lorenzo, jest zaiste świętą kobietą, bo ma siły znosić wybuchy i humory księcia, odkąd się pobrali. Do tego jest daleką krewną wielkiego mistrza Giovanniego Battisty. Lepiej będzie, jeśli z nią pomówię bez świadków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Up ahead, can't you see, how the future unfolds?

      Mijam kolejne domy kamieniczników, przechodzę śpiesznie przez Ponte alla Carraia, kierując się w stronę Palazzo dei Medici. Muszę tam się znaleźć przed zmrokiem. Trzeba będzie coś z tym zrobić. Jeżeli Sowie i jego patronom zależy na odzyskaniu tego, wówczas trzeba będzie zmobilizować jeszcze kilkunastu ludzi i otoczyć kościół. Wciąż zastanawiam się, o jakiej dziewczynie pisał Sowa do kardynała Sforzy. Czy to jakaś pułapka? Podpucha? Czy ta dziewczyna istnieje naprawdę? A jeśli tak, to kto nią jest i skąd się wzięła we Florencji?
      Tak, czy inaczej, trzeba szybko udać się do namiestnika. Jeśli wyszedł z Rocca Priori, to może zastanę go w którym z kościołów, gdzie zwykł chodzić na nabożeństwa wieczorne i modlitwą szlachetny umysł umartwiać. Toż przecież nie opuściłby miasta bez powiadamiania kogokolwiek.
      Skup się, Dino od świętej Anny. Skup się. Skup się. Skup się.
      Krakanie kruków jest bardzo...znamienne. I zaskakujące.
      Kiedy skręcam w ów ślepy, mały zaułek odchodzący od Via dei Banchi, mam dziwne przeczucia. Czerwone blaski padają na jasne mury, porośnięte gdzieniegdzie mchem ze starości. Echo moich kroków odbija się od twardego bruku. Czuję chłodny wiatr od strony Arno, trochę zmniejszony przez zabudowania miasta, ale jednak się to czuje...
      Dziewczyna.
      Stoi wśród kruków, nieczystych ptaków diabelskich, te wszystkie stworzenia teraz ją otaczają, jak jaką boginię, a ona...
      Ma taką jasną, młodą twarz. Nie wygląda na wiele młodszą ode mnie, ale jednak jest dość drobna, chyba że to moja ocena tak mnie zaślepia. Przecieram oczy, ale nie, nie przywidziało się, wyraźnie jak byk widzę dziewczynę otoczoną tymi ptaszyskami.
      - Co to za czarnoksięstwo?! Kim jesteś?
      Mój głos, momentalnie ostry, jest dowodem tego, jak niegodnie nie powstrzymałem uczuć, jak nie opanowałem swojego zdziwienia. Ale każdy byłby zdziwiony, nie tylko brat rycerz, widząc jakieś chore, brudne, ohydne ptaszyska żrące ścierwo końskie i padlinę zabitych ludzi zrzucanych w błękitne wody Arno, które obsiadają piękną dziewczynę.
      - Kim jesteś, kobieto?! Odpowiadaj!

      Dino dell'Anno


      Usuń