Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

4 stycznia 2016

[KP] That's what we do it for - to reserve a space in history, it's just part of the human race



Artur 'Bruno' Brunczewski

Masz jakiś problem?! Lepiej, żebyś nie miał.
Nie obchodzi mnie kim jesteś, tak naprawdę próbuję tylko przetrwać w tym chorym świecie. A metody? Przestań oceniać. Dawno zapomniałem, co to moralność.
Sukinsyn z dwudziestką na karku.

3 komentarze:

  1. Niedziela oznaczała zawsze obiady w retauracji, więc Ada ubrała się ładnie i schludnie, niezbyt ekstrawagancko, tak, żeby nie przynieść wstydu rodzicom (jakby kogokolwiek to obchodziło, dodała w myślach, jak wyglądam), po czym wyszła ze swojego pokoju i zeszła na dół. Tata Tomasz, rwany adwokat w jednej z krakowskich kancelarii prawniczych, zmierzył Adę wzrokiem. Brak komentarza oznaczał uznanie, rzadkie z jego strony, bo zazwyczaj kazał się córce pięć razy przebrać zanim pozwolił jej wyjść z nimi w jakieś publiczne miejsce. Powtarzał zawsze, że on musi dbać o wizerunek, więc jego córka nie będzie się ubierać zgodnie z jakimiś głupimi nowoczesnymi standardami. Mama Monika, pani architekt, której całymi dniami nie było w domu kiedy zaczynała nowy projekt, stała już w korytarzu i paliła papierosa. Nie zwróciła uwagi na córkę, miała minę naburmuszoną, więc Ada uznała, że rodzice znowu się o coś głupiego pokłócili. Zresztą, tylko wtedy tata nie zwracał uwagi mamie na papierosy i tylko wtedy jej nie obchodziło, jak będą wyglądać jej zasłony za tydzień.
    Głupia tradycja, uznała Ada, patrząc na swoich milczących rodziców siedzących z przodu w ich samochodzie. Wcale nie musieli nigdzie jechać, wcale nie chcieli jechać, ale tata i mama chyba chcieli narzucić córce jakiś przykład. Świetny przykład, skoro jechali kupić jakieś żarcie, które będzie się jadło w milczeniu i okropnej atmosferze... bo tak.
    Restauracja była droga i byle jaka, jedzenie było drogie, kolorowe i byle jakie, atmosfera odbiegała od byle jakiej, bo ilekroć Ada usiłowałą jakoś nawiązać rozmowę, zbywano ją półsłówkami. Kilka razy chciała wstać, wyjść, może powiedzieć im kilka dosadnych słów, ale brakowało jej odwagi. Powiedzenie prawdy oznaczałoby szlaban, bo przecież siedemnastolatkowie to jeszcze dzieci. Jakby niby dziewięć miesięcy dużo zmieniało.
    W tym milczeniu rozległ się pierwszy huk – ogromny, piszczący, trzęsący szybami w ramach. Kilka z nich nawet pękło. Ktoś krzyknął, ktoś inny po prostu obojętnie się odwrócił, szukając sprawcy wypadku samochodowego. Zaraz jednak nadeszły kolejne huki, kolejne uderzenia, i rodzice wraz z Adą podnieśli się z miejsc, by dołączyć do tłumu patrzącego przez szyby. Na niebie pojawiły się wielkie, czarne chmury, ktoś krzyknął, że samolot musiał uderzyć w jakiś budynek. Zaraz były kolejne wybuchy i większość ludzi wyszła z budynku, by obserwować.
    Już wnet cała ulicę zalały tłumy. Wszyscy wpatrywali się w dym, w ogień, nasłuchiwali kolejnych wybuchów. Ktoś krzyczał, że zniszczono radę miasta i Kościół Mariacki. Podobno nikt nie wiedział, kto za tym stoi; podobno ISIS, podobno Muzułmanie. Ludzie zaczęli krzyczeć, gdy rozległ się kolejny huk, tym razem tuż nad nimi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ada patrzyła na wielkoformatową reklamę, która kilkanaście minut temu wisiała mocno przymocowana do budynku – i ta reklama leciałą wprost na nią. Zerwała się do biegu w ostatniej chwili, puszczając dłoń mamy, która odbiegła w prawo. Ada ruszyła w ich kierunku, ale tłum, przerażony wybuchem tuż nad nimi, zamiast ją przyciągać do rodziców, oddalał ją od nich. Krzyczała, płakała, najpierw przepraszała, potem zaczeła kląć. Szukałą wyjścia z tłumu, ale nie mogła, ogień był wszędzie, ktoś został staranowany, nadepnęła temu komuś na rękę, ledwie sama się nie przewróciła. Chciała biec dalej do rodziców, ale tłum pchał ją, więc ostatecznie podążyła za nim, nie wiedząc gdzie, biegnąc przed siebie, nie widząc nic przez łzy.
      Kiedy udało się jej w końcu znaleźć zaraz obok jednej ze ścian jakiegoś budynku, zatrzymała się i wtuliła w jakąs szczelinę, pozwalając tłumowi ją minąć. Wyszła dopiero, gdy ludzie przeszli i rozejrzała się, szukając wzrokiem taty i mamy. Zaczęła wołać ich, krzyczeć, ale nie widziała nic poza ludźmi, którzy albo biegli gdzieś, albo porzucali swoje samochody w korkach, albo wyrzucali swoje telefony. Ada szybko wyjęła swoją komórkę z drobnej torebki, ale zasięgu jak na złość nie było. Chwilę go szukała, ale znajdowała się całkowicie poza siecią. Wrzasnęła ze złości – ktoś chwycił jej komórkę i po prostu ją zabrał. Krzyczałą za tą osobą, biegła za nią, ale mężczyzna był szybszy. Rozpłakała się, wołając dalej rodziców, ale nie wiedziała, co się dzieje, dlaczego się dzieje. Kolejny tłum zbliżał się w jej kierunku, więc ponownie wtuliła się w ścianę, nie chcąc wpaść w ten motłoch.
      Gdzie miała iść? Jak miała iść? Co miała zrobić Dlaczego rodzice jej nie upilnowali i co, do kurwy, stało się z tym światem?

      Usuń
  2. Nie miała pojęcia, co się dzieje, dopóki ktoś nie chwycił jej za ramię i nie odciągnął na bok. Płakała jeszcze mocniej, gdy znalazła się w bezpieczniejszym miejscu, nie mogła się uspokoić. Oddychała szybko, kręciło się jej w głowie, powoli przestawała kontaktować ze światem. Zaraz opadła na ziemię i dopiero uderzenie tyłka o chodnik, i ból z tym związany, z jakiegoś powodu ją uspokoił.
    Przestała płakać i spojrzała na mężczyznę, który ściągnął ją z ulicy. Kilkakrotnie chciałą wstać, ale było jej ciężko, zataczała się, więc po trzech próbach tylko skuliła się na podłodze. Nie miała pojęcia, gdzie była, co się działo, i powoli zaczynała bać sie każdego budynku. Fakt, że otaczały ich wysokie bloki wcale nie pomagał. Nie mogła się zebrać. Wszystko rozmywało się, rozpływało, wyglądało identycznie: szary bruk, szary mur, jednakowe graffiti, przerażony ośrodek niej samej.
    - Nie wiem, gdzie jestem – powiedziała w końcu, opierając się o ścianę i zaraz jak oparzona siadając prosto w obawie, że ta się zawali na nią jak domek z kart. Wstała z trudem, chwytając się jego ręki i odsuneła się, spoglądając na ścianę, upewniając się, że wcale nie pęka, że nic na nią nie leci. – Moi rodzice... Nie wiem... Ja muszę ich znaleźć... Byliśmy w restauracji greckiej na skrzyżowaniu X i Y... Ja... Reklama... Wybuchy... I ja nie wiem... Ja chcę do domu...!
    Znowu zaczynała chlipać, zaraz znowu się rozpłakała, ale ze wszystkich sił próbowała tym razem to w sobie zdusić; nie wychodziło ani trochę. W jej umyśle obrazy przedstaawiały martwych rodziców albo spadające budynki, spadające kamienie czy reklamy przygniatające ludzi, ogromne reklamy z uśmiechniętymi twarzami rozpłaszczające ludzi pod sobą, jej własna śmierć, tłumy, które ją rozdeptują, wielkie miasto-labiryynt, które dotychczas zdawało się być znajome, a nagle stało się obce i zupełnie nieludzko wrogie.
    - Mieszkam na Z – rzekła w końcu, ale nie dodała nic więcej. Nie wiedziała, co się dzieje. Znowu do jej głowy wkardła się specyficzna słabość odbierająca czucie w nogach. Jednocześnie całe ciało spinało się, Ada rozglądała się nerwowo, zukając kolejnych pęknięć i ewentualnej drogi ucieczki przed jednym niebezpieczeństwem w drugie.

    OdpowiedzUsuń