Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

2 stycznia 1970

[KP] Basior

"Pozwól, że dokonam analizy sytuacji - albo my je zabijemy, albo one zabiją nas"
Jarek Owicz, Gorky17

Artem Nikolayevich Moroshkin

Zona - Kordon, Bar 100 Radów
33 lata / Stalker od 8 lat / Samotnicy / Poszukiwacz

Zdaje mu się, że od długich 8 lat niewiele się tu zmienia. Ciągle widzi te same rdzawe liście w Czerwonym Lesie, naukowców gnieżdżących się w Jantarze, "nie dogaduje się" z wojskowymi przy Kordonie, zabija zastawiających pułapki bandziorów i ciągle przyjmuje podobnie brzmiące zlecenia w Rostoku. Czasem tylko natknie się na nowego kota siedzącego przy ognisku i grzejącego się przed swoją pierwszą wielką wyprawą wgłąb dziczy.
Dlaczego więc zostaje tu pomimo niebezpieczeństw? Czy życie tam gdzieś w głębi kraju nie jest dużo bardziej satysfakcjonujące?

Zona chcąc nie chcąc stała się jego domem, bo nie ma do czego wracać poza nią - spalił wszystkie możliwe mosty i kontakty. A może one same zerwały się po tych wszystkich nieprzyjemnych zdarzeniach? Rodzina, przyjaciele, wrogowie...
Świat już nie pamięta o Artemie Nikolayevichu. Człowieku, który mieszkał w zawalającym się, dwupokojowym domu z młodą żoną, walcząc z poszerzającą się w kraju ekonomiczną klęską nieurodzaju dotykającą zwłaszcza niższe warstwy społeczeństwa. Pracował jako zwykły robotnik fizyczny na budowach, niejednokrotnie wspomagając budżet rodzinny dorywczymi zajęciami: strażnika na magazynach, wykidajła, człowieka "od wszystkiego" bez zawodowego wykształcenia. Nie było aż tak tragicznie, ledwo wiązali koniec z końcem, ale żyli i mieli siebie. Pomimo przeciwieństw świata, a zwłaszcza mieszkańców maleńkiej miejscowości w której żył.

Za zmęczonym i zrezygnowanym spojrzeniem kryje się tajemnica nie tylko jego prawdziwego imienia, ale także powód dla którego pierwotnie przybył do Zony. Choć po tylu latach wydaje mu się zdecydowanie zbyt idiotyczny, wtedy dał się ponieść emocjom jak dzieciak i zakochany głupiec - bo musiał znaleźć tą jedyną, która oszalała po poronieniu długo oczekiwanego dziecka i prawdopodobnie zamordowała dwójkę kolejnych. Wszyscy w maleńkiej miejscowości o tym gadali, plotkowali za plecami, wytykali palcami nazywając "morderczynią" i w końcu przeszli do złowróżebnych czynów. Valeriya złamała się pierwsza, nie potrzebowała już wiele, i zniknęła pozostawiając enigmatyczną wiadomość.
Komunikat, który skierował go do tego miejsca, które obecnie traktuje jak swój dom. Niebezpieczny, ale jednak. Miejsce dające ostrą szkołę życia takim żółtodziobom jak on podczas pierwszego starcia, gdzie trzeba wiecznie oglądać się za siebie i przemyśleć każdy najmniejszy nawet krok. Przywołujące koszmary, obdzierające z pierwotnego charakteru i zastępujące je ciszą oraz zimną kalkulacją. Zona, gdzie nigdy nie będziesz mógł nazwać się "zawodowcem", bo rzeczywistość wepchnie ci pychę głęboko do gardła.
Przyjął przydomek Basior, stał się milczącym łowcą artefaktów i pozostał tu, nadal szukając choć już z dużo mniejszym zapałem, bo stracił nadzieję oraz spojrzał w końcu realistycznie.

Mając wrażenie, że jakkolwiek morderczo by tu nie było - życie tutaj zdaje się dużo mniej skomplikowane niż "na zewnątrz".



Muzyka zalinkowana pod "Basior".
wątek z Bociek.
Wizerunek: STALKER Impression z bloga AirsoftGearStore [link]
Fanart: Stanislav Novarenko

15 komentarzy:

  1. [Jeżu…świetna karta :D Mam nadzieję, że nie spieprzę rozpoczęcia.]

    Cztery lata w Zonie to nie był bardzo słaby wynik. Ale też nie należał do najlepszych. W końcu znajdzie się jakiś kilku stalkerów, którzy przebywają 5.6.7.8 a nawet i 10 lat w Zonie. Pewnie będzie tutaj też ktoś kto przybył nawet i 11 lat temu, po drugiej katastrofie. Tylko był pewien problem w tym wszystkim…niewielu stalkerów żyło tle czasu. Było sporo kotów, które chyba zjawiły się tutaj dla niejakiej zabawy.
    Jakby nie doceniały Zony. Jakby wydawało się im, że to zwykła zabawa, która polega na przyniesieniu kilku artefaktów i tyle. - pomyślał Michaił.
    Przebywał tutaj cztery lata. Uciekł od życia w Moskwie. Tutaj dopiero poczuł się „jak w domu”…co było naprawdę sporym paradoksem, bo nie pochodził z biednej rodziny. Nie należał do ludzi, którzy mieszkali w najbiedniejszych dzielnicach, którzy przymierali głodem. Żył prawie niczym król. Miał wszystko czego dusza mogłaby zapragnąć. Wykształcenie, pieniądze, dom…z pozoru poukładane życie…
    Które okazało się niczym.
    Wszedł do baru 100 Radów, bo właściwie to chyba nie miał zbyt wiele do roboty… No dobrze. Powiedzieć, ze w Zonie nie ma się zbyt wiele do roboty byłoby przegięciem, bo tutaj zawsze się coś działo. W szczególności dla stalkera.
    Właściwszym określeniem byłoby to, że Michaił, którego często nazywano Moskalem przyszedł do baru w celach odpoczynkowo-handlowych. W końcu zmęczył się porządnie podczas szukania kilku artefaktów, należało jakoś porządnie odpocząć w jakimś suchym miejscu. A bar 100 Radów z pewnością należał do miejsc suchych…i ciepłych.
    Minął jakichś dwóch kotów, kilku żołnierzy Powinności, gdzieś tam chyba nawet mignęły mu mundury Wolności. Oczywiście w pomieszczeniu nie mogło zabraknąć też i doświadczonych stalkerów. Lekko uśmiechnął się pod nosem widząc swojego znajomego. Niby znał sporo innych jemu podobnych, ale zawsze jakoś tak cieszył się kiedy spotykał znajomą twarz. Zawsze oznaczało to, że Zona nikogo nie zabiła, a to był niejaki powód do świętowania.
    — Serwus Basior – powiedział kładąc mu rękę na ramieniu. Zaraz jednak Moskal usiadł naprzeciwko znajomego. – Jak tam poszukiwania? – zapytał. Właściwie to był jeden z neutralniejszych tematów. Poza tym…chciał jakoś przygotować grunt pod pewną historię zasłyszaną, od jednego stalkera. Wydawało się to interesujące i z wielką przyjemnością sprawdziłby, czy Ivan miał rację, ale nie chciał samemu wybierać się w tamto miejsce. Jako, że znał Basiora i miał do niego jakieś zaufanie, to wolał z nim pójść do opuszczonego hotelu. Przynajmniej istniał cień szansy, że obaj wrócą cali i zdrowi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Michaił pokiwał głową słysząc Basiora. Już nawet miał mruknąć coś w stylu dobrze znanego „Nic nowego”, ale powstrzymał się przed tym. Bo to jednak Zona jest i jeśli coś się powtarza to dobrze…nawet nie jest aż tak źle że bandyci zastawili pułapki, może jakieś mutanty się w nie złapią… Poza tym zawsze będzie można się przysłużyć innym stalkerom i pozbyć się tych bandytów, którzy utrudniają życie reszcie społeczeństwa. Ucieszył się kiedy Basior wlał nieco wódki do szklanki, miło z jego strony, Michaił najprawdopodobniej też by się podzielił, gdyby miał trochę alkoholu. Niestety trochę wyszło, trochę był zmuszony „pozbyć” się w celu pomocy jednemu stalkerowi… Właściwie to oddał mu wódkę w zamian za kilka informacji. Może nie były to rzeczy światowego formatu, ale z cała pewnością były równie ciekawe. W szczególności dla osób żyjących w Zonie; poszukiwacze artefaktów z cała pewnością ucieszyliby się na wieść, gdzie można znaleźć jakieś „cudeńka”… podobnie jak większość.
    Uśmiechnął się delikatnie w jego kierunku. Nie żeby było w tym wszystkim sporo racji, ale fakt. Pojawiał się rzadko kiedy, głównie wtedy kiedy działo się coś ciekawego. Chyba nawet większość stalkerów przywykła do tego, że Moskal aka Michaił pojawiał się i niekiedy też znikał w najmniej odpowiednich chwilach. Jedno było pewne, nie pojawiał się z pustymi rękami. Zawsze coś miał, czy to jakiś rzadki artefakt, czy może informacje…albo po prostu miał jakąś apteczkę, bądź jedzenie. Ktoś kiedyś zażartował, że Michaił to taki dobry duszek Zony, że jego PDA najprawdopodobniej jest tak zmodyfikowane, że wie kto, gdzie i kiedy ma kłopoty.
    Kuzniecov jednak zarzekał się że to czysty przypadek, bo praktycznie zawsze tak było, że to przypadkiem natrafiał na jakieś grupki, czy pojedynczych stalkerów w potrzebie.
    — A ja? – zapytał i napił się wódki ze szklanki. To w sumie było całkiem dobre pytanie, bo przecież mógł powiedzieć wszystko tutaj, albo po prostu część teraz, a drugą cześć później…o ile Basior zamierzał iść z nim w stronę Kordonu. Z początku myślał, że tutaj może komuś opchnąć jakieś artefakty, ale dosyć szybko zrezygnował z tego pomysłu. – Ja zmierzam w stronę Kordonu. Mam kilka rzeczy dla handlarza – nachylił się w stronę rozmówcy i jeszcze ściszył głos, jakby w obawie, że usłyszą go wszyscy zebrani. – Mam też całkiem ciekawe informacje przyjacielu. Powiedziałbym, że nawet bardzo ciekawe – uśmiechnął się pod nosem. Był zmęczony i w sumie to chyba chciałby odpocząć, ale skoro już podszedł i zagadał to wypadałoby porozmawiać. No i chyba co najważniejsze liczył też na to, że Basior się z nim wybierze na eksplorację; czułby się zdecydowanie pewniej mając przy sobie kogoś rozsądnego…może nawet rozsądniejszego od siebie.
    Michaił nieco odsunął się od Basiora i rozejrzał się po lokalu. Powinność rozmawiała ze sobą, Wolność podejrzliwie na nich łypała, ale poza tym to zachowywali się obojętnie a już z cała pewnością nie zwracali uwagi na stalkerów. A koty zajęte były przechwałkami kto zdobył cenniejszy artefakt, który z nich miał lepszą przygodę, kto zabił więcej mięsaczy…Zwykłe rozmówki wśród młodszych. Chociaż i weterani prześcigali się kto dokonał czegoś ciekawszego. W sumie pewnie chcieli się poprzechwalać i może nieco zyskać w oczach nowicjuszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ja też taki byłem? Czy też tak się przechwalałem zaraz po przybyciu do Zony? Nie…chyba nie. Musiałbym się kogoś zapytać, kogoś kto zna mnie od dawna, od moich początków w Zonie. - pomyślał, wpatrując się w kotów. Zaraz jednak odwrócił wzrok w stronę rozmówcy i dopił przy okazji wódkę, która lekko podrażniła jego gardło. Ale nie przeszkadzało mu to… W końcu niby każdy Rusek od urodzenia ma z jakieś pół promila we krwi, co czyni ich niemalże odpornymi na wszelakie alkohole i ciężej osiągają stan upojenia.
      — Natrafiłem na Ivana. Chyba go kojarzysz, ten niski blondyn, co to kolegował się z Wańką, kiedy tamten jeszcze żył – wyjaśnił szybko. Chociaż chyba nie było ważne to od kogo ma te cudowne informacje, którymi zamierza się dzielić. – Kojarzysz ten hotel, stary zapuszczony budynek, który jest jednym z co ciekawszych reliktów minionej epoki? Słyszałem bardzo ciekawe rzeczy odnośnie tego. Rzecz pierwsza i najważniejsza…prawdopodobnie idzie coś ciekawego tam dostać, jeszcze chyba wszystkiego nie rozkradziono…a jeśli nawet to pewnie znajdzie się jakieś ciekawe artefakty, co nie? – uniósł nieco prawą brew. – No i rzecz druga… niby coś tam jest… nie wiadomo co. Coś brzmi jak człowiek... ale chyba tą historyjkę znasz. Historyjkę o osobniku, który wali po rurach i woła o pomoc. To chyba nawet większość kotów zna – wzruszył ramionami. Teraz chyba należało przejść do propozycji. – No i mam pytanie. Chciałbyś się ze mną tam wybrać i zobaczyć, czy te pogłoski to tylko plotki, czy może jest w tym wszystkim nieco prawdy?

      Usuń
  3. — Spokojnie, słuch masz jeszcze dobry – powiedział. Owszem „chyba”, nie wiedział tak dokładnie, czy aby na pewno coś tam jest ciekawego. Czy znajdzie się tam jakiś „rarytas”, który będzie można opchnąć za dosyć porządną sumkę. Jedno tylko przypuszczał…skoro mało kto tam się zjawia, to z cała pewnością tworzą się tam jakieś rzadkie artefakty. W końcu Zona miała to do siebie, że w jednej chwili potrafiła tak namącić podczas eskapady, że nie było do końca wiadome, czy wyjdzie się cało z opresji. Ale jak to ktoś kiedyś powiedział mądrze: „Zona przysłała, Zona ocaliła”. Czasami jednak te słowa się nie potwierdzały…
    Spojrzał na niego. Lekko się uśmiechnął.
    — Możliwe – odpowiedział z pokorą. Musiał przyznać Basiorowi rację, w końcu Zona niszczy takich porywczych i łasych na artefakty stalkerów. Czasami miał wrażenie, że Zona potrafi czytać niektórym w myślach i kiedy widzi, że ktoś za bardzo się zmienił pod względem charakteru oraz ideologii to postanawia go niszczyć na milion sposobów. A to anomalie, a to zima, albo mutanty…czasami po prostu też człowiek gubił się w Zonie, albo strzelał sobie w łeb bo nie wytrzymywał. Można było też zginąć z ręki bandytów albo innych ludzkich mieszkańców Zony.
    —Nie pożałujesz tej decyzji – powiedział z lekkim uśmiechem. Był tego pewny, chociaż w Zonie nie należało być nigdy niczego pewnym. Po prostu nie należało i już. – Oczywiście, dla ciebie wszystko. Wszystko co wiem ci powiem – wstał i przygryzł wargę. – Nie… jeszcze nie mam – odpowiedział zgodnie z prawdą. Jeszcze nie szukał miejsca do spania.
    ***
    Siedział razem z Basiorem. Opierał się o ścianę, miał nieco przymknięte oczy, prawdopodobnie tylko dlatego, ponieważ nie chciał widzieć jak Basior zszywa swoją kurtkę. Być może po prostu też właśnie w taki sposób najlepiej mu się odpoczywało. Z zamkniętymi oczami, z lewą ręką położoną na plecaku, a prawą położoną w pobliżu swojego Walkera. Kałacha najczęściej miał położonego pod plecakiem. Raczej nie wygodne było opieranie się o ścianę z karabinem na plecach, a też nie przepadał za trzymaniem broni na kolanach.
    Chcąc nie chcąc otworzył oczy i zaszczycił Basiora swoim spojrzeniem.
    — Znasz mnie – odpowiedział dosyć krótko. – Zysk i zwykła człowiecza ciekawość – dodał. Taka była prawda, zysk oraz ciekawość go napędzały. Nawet nie tyle ciekawość dotycząca artefaktów, co po prostu tego czegoś co to tam siedzi, krzyczy i wali po rurach. – A ciebie nie gryzie? Miejsce niemalże legendarne, owiane sławą…chyba nawet zyskało miano „nawiedzonego”. Nie ciekawi cię co jest tym całym „duchem”? – zapytał i spojrzał na Basiora.
    Poprawił się i podciągnął nieco prawą nogę. Oparł na kolanie swoją rękę. Chyba teraz wypadałoby opowiedzieć to co jeszcze wie, prawda?
    — A wracając do tego co jeszcze wiem… hm… - podrapał się lewą ręką po policzku. – Niewiele. Słyszałem, że ktoś poszedł zbadać tamto miejsce, ale jeszcze nie wrócił. Czekaj, czekaj. Znamy go – zastanowił się. Zapominał stalkera! Po prostu zapomniał człowieka! – Miszka poszedł. Z pewnością kojarzysz Miszkę. Byliśmy z nim na pewno dwa razy na rajdach po Zonie. Dwa razy w trójkę, później chyba ty sam z nim byłeś kilka razy, ja też dwa może trzy razy byłem – wzruszył ramionami. – Też się napalił... na to wszystko. Może coś nam zostawi w tym hotelu? – zapytał pół żartem pół serio. Moskalowi wydawało się że Miszka wróci cały i zdrowy z tego rajdu. Zjawi się w Rostoku, albo i w Kordonie, opowie o swoich przygodach, wypiją razem po szklance wódki, zjedzą konserwy, zagryzą czerstwym chlebem i za bardzo wysuszoną kiełbasą i będzie fajnie. Zawsze uważał, że Miszka jest nie do zdarcia. Chyba nie wyobrażał sobie Zony bez tego wesołego stalkera, który do tego był pomysłowym człowiekiem. Do tego też dobrym nauczycielem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale i Basior też nie był złym nauczycielem.
      — No i wracając do tego wszystkiego. Tereny owszem…są z mutantami, ale powiedz tak szczerze, czy w Zonie jest jakieś miejsce, gdzie nie natkniemy się na mutanta? – zapytał retorycznie. – Jednak niby w samym hotelu nie ma mutantów…tylko to coś co wyje i po rurach wali. W samym hotelu w pewnej części jest coś…jakby zapora zrobiona z desek i tego co było pod ręką. Ktoś jeszcze niby wyrył na ścianach napis „NIE SŁUCHAĆ”, oraz też chyba „NIEBEZPIECZNY” – powiedział, nieco przymrużył oczy jakby to miało pomóc w czymś. – To chyba tyle. Wszystko co wiem. Może jak będziemy iść, to natkniemy się na Miszkę i on powie nam coś?
      Oderwał swoje plecy od ściany i nachylił się do plecaka. Wyciągnął z jednej z przegródek chleb i konserwy. Nie zamierzał wychodzić na dupka i się nie dzielić. Podsunął więc jedną z puszek Basiorowi. Chleb też mu zaraz poda, bo w końcu nie samymi konserwami stalker żyje. Poza tym jakoś udało mu się dostać całkiem dobre pieczywo. Nawet z początku śmiał się, że chleb jeszcze ciepły i pachnący piekarnią.
      Oj jak chętnie wybrałby się do piekarni, tylko po to aby poczuć woń świeżo upieczonego chleba, albo po prostu tylko po to żeby popatrzeć na te wszystkie drożdżówki i ciastka.
      — Bierz stary – powiedział Moskal z lekkim uśmiechem.

      [Spoko, ja się nie gniewam :D Mam nadzieję, że "Miszka" może zostać tym Zaginionym Bratem, chyba że wolisz żeby był ktoś inny, np. wspomniany wcześniej Ivan ;)]

      Usuń
  4. Wzruszył ramionami. Właściwie to nawet mięsacz mógł zabić. Pijawka też…nie ważne jak bardzo było się doświadczonym, w Zonie można było zginąć na sto różnych sposobów, o czym większość zdążyła się przekonać. Niekoniecznie na własnym przykładzie, nie zawsze na własne oczy, ale jednak każdy wcześniej bądź później dowiadywał się w jaki sposób kto zginął.
    — Nie masz za co przepraszać – powiedział Moskal. W końcu rozumiał go, pewnie na jego miejscu też zastanawiałby się intensywnie, ważył wszystkie za i przeciw. Chciałby wiedzieć możliwie jak najwięcej o lokacji. Też zadawałby pytania i oczekiwał konkretnych odpowiedzi…chociaż i te nie do końca konkretne też by uszły. Właściwie to każda informacja była na wagę złota, czy też na wagę jedzenia, naboi, lekarstw czy bandaży…wszystkiego co jest potrzebne w Zonie. – Rozumiem….chyba lepiej popaść w paranoję niż jakąś chorobę popromienną, co nie? – zapytał i spojrzał na niego. Teraz chyba uaktywniła się część charakterystyczna dla Miszki i tych, którzy kiedykolwiek przebywali z Miszką dosyć długi czas. Szukanie pozytywów w sytuacji, chociażby to wszystko nie było tak kolorowe.
    Słysząc Basiora Moskal uśmiechnął się i nawet cicho się zaśmiał.
    — Chciałbym. Chyba zbiłbym większą fortunę niż na artefaktach – odpowiedział. – Po prostu jakoś udało mi się zdobyć taki rarytas. Przypadek – wzruszył niedbale ramionami. Bo w końcu to był przypadek, nie zamierzał mówić, że Bóg wysłuchał jego prośby, czy też że po prostu dostał od kogoś, bo to nie byłoby prawdziwe. Nikt nie daje niczego w Zonie ot tak, z dobroci serca. Tak właściwie to każdy orze na siebie i swój byt. Jeśli natomiast ktoś po prostu nie może przez jakiś czas, to albo umiera, albo jakoś próbuje wegetować. Chyba nie spotkał się z częsta pomocą obcych osób.
    No może nie licząc Miszki, ale tamten to był ewenement na skalę Zony. Jeden jedyny w swoim rodzaju.
    Michaił wziął jednego papierosa, którego po chwili zapalił. Zwykłą zapalniczką. Kiedyś miał piękną wykonaną ze stali szlachetnej zapalniczkę. Cóż…zostawił jam w domu, bo stwierdził, że nie będzie mu w zonie potrzebna, zamiast tego kupił najzwyklejszą plastikową (która szybko się zepsuła), oraz benzynową firmy Zippo. Do tej benzynowej miał niejaki sentyment.
    Właśnie tą zapalniczkę uważał za swoisty talizman szczęścia. Wszędzie ją nosił ze sobą. Teraz też nie mogło być inaczej.
    — Luksus sam w sobie – uśmiechnął się i po chwili wypuścił szary dym z ust. – Widzisz…ja przynoszę chleb, ty papierosy. Otworzymy sklep w Zonie i będziemy sprzedawać takie ekskluzywne rzeczy – zaśmiał się cicho. To był pomysł na dobry i dochodowy biznes w Zonie… musiałby to przemyśleć. W końcu jakoś by się wzbogacił i nie musiałby się ruszać z miejsca i szukać artefaktów.
    Chociaż to właśnie artefakty; poszukiwanie oraz zdobywanie ich go najbardziej kręciło. Było w tym wszystkim coś co nie pozwalało zapomnieć. Porównywał to do sportów ekstremalnych. Jeśli raz się spróbowało i to się spodobało to pomimo niebezpieczeństwa z tym związanego to człowiek będzie i tak wciąż to robił. Ponieważ przyjemność w krótkim czasie przejdzie w uzależnienie.
    Uzależnienie od ryzyka. Uzależnienie od Zony.
    Spojrzał na Basiora. Cóż…przypuszczał, że był Ukraińcem i pewnie nie należał do bogatych. W końcu był dosyć spory kryzys gospodarczy, który jak zwykle dotykał tych najbiedniejszych.
    — Ja paliłem – zaśmiał się. – Ale jakoś nigdy mi to nie smakowało. W ogóle papierosy niet – dodał. – Dopiero tutaj jakoś to tak wyszło – pierwszy raz zapalił po spotkaniu z chimerą. Wtedy jakiś inny Stalker mu pomógł. Może to był Wańka? Tak chyba to był właśnie Wańka. Po tym wszystkim dał mu papierosa żeby jakoś się uspokoił. Moskal był wtedy młodym kotem, który chyba nie spodziewał się czegoś takiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Zawędrowałem… prawie pod granicę z Białorusią – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Zahaczyłem o Prypeć i obrzeża Elektrowni – odpowiedział. – A ty? W tych okolicach, czy może wybrałeś się na jakiś samotny rajd?
      Ciekawiło go to na swój sposób. Ciekawiło go też kilka innych rzeczy.
      — Nie myślałeś nigdy nad tym żeby…opuścić Zonę? – zapytał. – Ale tak na zawsze. Czy gdyby ktoś ci dał możliwość. Dostałbyś pracę, mieszkanie i co tylko byś sobie wymyślił… Zrobiłbyś to? – spojrzał na Basiora. Właściwie to nie wiedział dlaczego o to zapytał. Kiedyś Michaił miał chwile słabości i chciał wrócić do Moskwy, ale to chyba by oznaczało, że się poddał i najprawdopodobniej nie miałby czego szukać w rodzinnym domu. Rodzina najprawdopodobniej by go znienawidziła za to, ze najpierw znika a później po kilku latach się pojawia niczym duch.
      Pewnie już zdążyli go pogrzebać. Pogrzebali go z dniem, kiedy uciekł z Moskwy. Bo wyjazdem tego by nie nazwał, to była ucieczka od wszystkiego co znał. Od wygodnego życia, rodziny, narzeczonej, która nigdy go nie kochała…najprawdopodobniej tez nie szanowała…a on dałby się za nią pokroić albo i obedrzeć ze skóry. Kochał ja na zabój i pewnie ożeniłby się z nią i wychowywałby ich dziecko oraz pracował jako radca prawny.
      Tak jak oczekiwano.
      Życie jednak lubi płatać figle i przez kilka sytuacji życie Michaiła zmieniło się diametralnie. Czasami zastanawiał sie czy wolałby żyć w nieświadomości i najprawdopodobniej katować swoją żonę swoją obecnością, czy też może dobrze postąpił znikając z życia jej i rodziny.

      Usuń
  5. Skrzywił się widząc ranę Basiora. Odruchowo dotknął się swojego prawego przedramienia, z niejaką ulgą stwierdził, że na całe szczęście on jest cały, że nie ma tam żadnej blizny ani rany. Nie wpatrywał się za długo w przedramię Basiora, wiedział jak niektórzy na to reagują. On sam nie przepadał za tym kiedy nawet podczas badania lekarskiego za długo kontemplowano nad jego raną/blizną/innym schorzeniem. Nie żeby wstydził się swojego siała czy coś…po prostu nie lubił tego.
    Nawet podczas najzwyklejszego seksu dziwnie się czuł kiedy jego narzeczona zbyt długo na niego patrzyła. Ale jakoś…jakoś przyzwyczaił się do tego wszystkiego…przynajmniej w sferze łóżkowej, to wpatrywanie się w jego ciało jakoś mu nie przeszkadzało. O dziwo nie przeszkadzało mu jak ktoś wpatrywał się w jego twarz, albo oczy. Nie drażniło go to…nawet na swój sposób lubił to.
    —Domyśliłem się – odpowiedział zgodnie z prawdą – Szczerze powiedziawszy to jeden jedyny człowiek jaki może mieć złote kible wysadzane diamentami a za papier robią mu studolarówki to Putin – powiedział pół żartem pół serio.
    Rozumiał go. Może nawet aż za dobrze, chociaż jego pobudki były zupełnie inne, jednak rozumiał Basiora w pełni. Może nie znał go jakoś doskonale, nie wiedział o nim wszystkiego, ale po prostu rozumiał tok myślenia tego człowieka. Pojmowanie świata, które nie różni się zbyt wiele od przekonań Michaiła. A to chyba nie powinno tak być, przepaść klas społecznych może powinna zadziałać tak, że Moskal powinien myśleć, że wszystko można kupić, że można dostać coś za darmo…
    Jednak prawda była taka, że nawet dobrego wpierdolu nie dostawało się „za nic”.
    — Zauważyłem – odpowiedział i przytaknął. – Ale wiesz…cele niektórych zmieniają się w miarę pobytu w Zonie. Zona zmienia ludzi o czym doskonale wiesz i wcale nie mam na myśli tego, że komuś wyrósł ogon, albo trzecie oko w pępku – uśmiechnął się. Może nie był to jakiś szczyt żartu, ale takie coś na rozluźnienie atmosfery było całkiem znośne.
    Spojrzał na Basiora z uniesioną brwią. Sam szczerze powiedziawszy nie wiedział. Może naprawdę coś w nim takiego było, że zmuszał ludzi do mówienia, chociaż paradoksalnie nigdy nie naciskał. Może byłby w normalnych warunkach dobrym psychologiem albo psychoterapeutą? W końcu niby był dobrym słuchaczem i jakoś posiadanie młodszego rodzeństwa nauczyło go tego, że czasami warto podpowiedzieć co innym. Że czasami warto posłuchać opowieści siostry o tym że jej były chłopak to najzwyklejszy dupek. Czasami też może podpowiedział bratu jak ma rozegrać kilka spraw, oraz wytłumaczył że przemocą nie załatwi zbyt wielu rzeczy. Być może swojemu rodzeństwu zastąpił na swój sposób rodziców, którzy chociaż starali się być obecni, tak jednak nie zapisali się we wspomnieniach Michaiła.
    — Sam nie wiem. Może mam po prostu jakiś taki dziwny dar? – zapytał. – Albo po prostu mówisz mi to, bo ciebie słucham i interesuje mnie to co tam mamroczesz pod nosem? – drażnił się oczywiście, nawet uśmiechnął się szczerze, zaraz jednak spoważniał. Przygryzł wargę, może nieco zbyt nerwowo. Na chwilę odwrócił wzrok i spojrzał na ścianę, z której płatami odchodziła farba. Przełknął ślinę, zastanawiając się co może odpowiedzieć. – Ja? Nie…raczej nie – odpowiedział po chwili. – Nie po to zjawiałem się tutaj - uciekłem od wszystkiego dodał w myślach – żeby teraz do tego wracać. To znaczy się może…może bym wrócił, tylko że mieszkałbym gdzieś na zachodzie. Niemcy, Szwajcaria, Francja, może nawet USA albo Kanada – wzruszył ramionami. Z cała pewnością jednak mieszkałby w jakimś podmiejskim domku, albo niewielkim mieszkaniu w mieście i próbowałby jakoś pracować. Miał skończone studia, więc może nawet pracowałby w zawodzie. Do tego znał angielski i niemiecki, wiec pewnie poradziłby sobie w wielkim świecie. W rzeczywistości, która towarzyszyła mu przez tyle lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie wiem. Chyba naprawdę nie chciałbym wracać…znaczy się może…gdyby okazało się, że jestem jakoś ciężko chory, to pewnie chciałbym wyjść poza Zonę i umrzeć właśnie poza nią. Nie chciałbym zostać pochowany w bezimiennej mogile – wyjawił. Spojrzał na Basiora i uśmiechnął się lekko, zupełnie jakby przed chwilą nie mówił o śmierci, mogile i chorobie. – Prześpij się lepiej. Ostatnie czego bym chciał to taszczenie twojej grubej dupy przez pół Zony – zaśmiał się. Miał nadzieję, ze Basior nie obrazi się za taka koleżeńską odzywkę.
      Sam przymknął oczy, stalker pewnie przyzwyczaił się do tego, że Moskal wbrew pozorom ma naprawdę bardzo wątły sen i nawet bardzo cichy szmer, albo złamana gałązka jest w stanie obudzić go i niemalże natychmiast jest gotowy do oddania strzału. Co jak co, ale wbrew pozorom jeśli ktoś był przygotowany na wieczorne pogawędki to mógł podróżować z Michaiłem przez Zonę…chociaż sam Michaił nie przepadał za towarzystwem, bo to jednak musiał też uważać na tego drugiego. A tak to w razie czegoś to miałby na sumieniu tylko siebie, no i nie myślał też, że „towarzysz strzeli za niego w tego mięsacza”. Podczas samotnych rajdów był cały czas skupiony…
      Jednak teraz do hotelu wolał z kimś. Basiora znał, no i przy nim czuł się pewniej. On chyba jako jedyny nie pozwalał mu się rozluźnić podczas rajdów. Nawet podczas wędrówek nie rozmawiali zbyt wiele. Tylko podczas takich wieczorów, albo podczas odpoczynków.

      Usuń
  6. Sam zamknął oczy, wiedział jednak, że nie zaśnie tak szybko. Deszcz uderzający o daszek kilkanaście metrów dalej uniemożliwi mu „odpłynięcie”. Ale kiedy się przyzwyczai do panujących warunków oraz do tego że należy przyzwyczaić się do kropel rytmicznie uderzających o metalowy daszek. Chociaż chyba nie do końca był to metal…nie pozostawiało jednak wątpliwości, że człowiek całkiem szybo przyzwyczaja się do zmiennej pogody. Michaił z początku nieco podświadomie zezłościł się na Zonę, że zechciała żeby padało. Ale wolał teraz niż żeby podczas ich drogi do handlarza musieli kryć się po ruderach tylko po to żeby nie zmoknąć jeszcze bardziej.
    Szybko jednak przestał się na nią złościć, jakby w obawie, że zechce przeczytać jego myśli i ześle na nich burzę, albo długotrwałe silne opady, które na jakiś czas zatrzymają tą wyprawę do wnętrza Zony, do tego hotelu, który obrośnięty jest legendami. Co jak co, ale ta wyprawa naprawdę nakręcała Moskala do granic możliwości, nie ze względu na to, że są artefakty i będzie mógł wzbogacić się na tyle żeby pozostawić Zonę za sobą… Ile rozchodziło mu się o samą możliwość dotarcia gdzieś, gdzie od dawien dawna nikogo nie było i być może nikogo nie będzie, bo w końcu różnie to bywa i legenda może nawet „po śmierci” być żywa. Przecież nie tak łatwo z ludzkiej świadomości wyplenić różne rzeczy. W jego głowie ciągle krążył stereotyp o tym, że blondynki są głupie... Poznał jakieś inteligentne blondynki, ale jednak mimo wszystko łapie się na tym, że ciągle szufladkuje. Oczywiście robi to podświadomie.
    Udało mu się zasnąć po jakimś czasie, nawet chyba nie był do końca świadomy, że udało mu się zapaść w dosyć głęboką fazę snu.
    Biegnę, uciekam, nie patrzę się za siebie. Chcę zniknąć, zapaść się pod ziemię. Nienawidzę ich, nienawidzę jej! Dlaczego to zrobiła?! Dlaczego nie pozwalali mi żyć tak jak chciałem?! To ONI mnie zmusili do tego wszystkiego. Może bym nie posunął się do tego? Może gdyby pozwolili mi na kilka rzeczy to nie stałbym przed Zoną? Nie stałbym w deszczu, z plecakiem i kupionym w jakimś demobilu mundurze oraz wojskowych butach tutaj. Może siedziałbym w ciepłym mieszkaniu w centrum Moskwy i popijał whisky z ojcem? Albo czytałbym książkę bo nie mógłbym spać? Nie ważne, liczy się tylko tu i teraz. Nie ma odwrotu, zniknąłem z ich życia, jestem martwym synem, bratem oraz niedoszłym mężem…
    Nagle się wybudził. Otworzył oczy, było jeszcze ciemno, deszcz wciąż padał. Była jeszcze noc… Przetarł dłonią twarz próbując zmyć resztki snu. Wziął kilka głębokich wdechów, które powinny go nieco uspokoić od tego wszystkiego. Niby bywały gorsze sny, ale nie podobało mu się to, że w trakcie tego pojawiały się twarze ludzi z jego rodziny. Twarze takie jak zapamiętał, jakby nic się nie zmienili przez te cztery lata. Ciekawiło go czy poznałby ich po tylu latach, czy oni by go poznali, czy uwierzyliby pewnemu Stalkerowi, mówiącemu że jest Michaiłem Kuzniecovem, ich synem/bratem/niedoszłym mężem.
    Zamknął oczy starając się o tym nie myśleć. Chciał jeszcze odpocząć, nie wiedział co czeka go rano, wolał więc być wypoczęty, w końcu martwy na nic nie zda się Basiorowi. Pół przytomny będzie stwarzać niejakie zagrożenie… W końcu może nie dostrzec snorka, albo pijawki, czy innego prypeć-kabana. Ludzie niewyspani/niedostatecznie wypoczęci byli w Zonie największym zagrożeniem…głównie dla samych siebie.
    Obudził się na dwie, może trzy minuty przed Basiorem. Leniwie podniósł oczy, kiedy usłyszał ciche pikanie PDA swojego kompana. Uśmiechnął się pod nosem, zaraz jednak zbeształ się w myślach za to że poprzedniego wieczora narzekał na Zonę i jej deszcz. Teraz dostał to czego chciał….może to jakaś ogromna ulewa nie była, ale jednak. Nie lubił chodzić w deszczu po ziemiach Zony. Krople wody go rozpraszały, no i później był cały mokry…a kiedy tak było to nie potrafił myśleć o niczym innym jak o jakimś suchym miejscu, gdzie mógłby wylać wodę, która napłynęła do jego butów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Cześć – odpowiedział powoli wstając. Przeciągnął się, przekrzywił głowę na boki niczym bokser, który staje na ringu. Rozciągnął szybko ręce i nogi, wszystko było zastane, czy też raczej zasiedziane. – Jasne – powiedział. – Albo nie myj się, pomyślą, że jesteś już jakieś zombie, labo że ogólnie zwłoki w zaawansowanej fazie rozkładu, to może nie tykną – zażartował. – Pomyślą, że krwi nie masz to co ciebie będą tykać?
      Był to trochę taki śmiech przez łzy, no bo jednak było to strasznie mało prawdopodobne. Moskal w całym swoim stalkerowskim życiu widział dwa razy pijawkę. Raz udało mu się po prostu uciec, drugi raz stanął do walki z jednym weteranem, człowiekiem który znał Zonę jak własną kieszeń. Udało im się po wielu trudach zniszczyć pijawkę. Nie mówił o tym, że dwa razy widział pijawkę. Niemalże wszyscy wiedzą tylko o jednym razie co to rozwalił ją na spółkę z Radem. Niech mu Zona lekką będzie…
      Sam się ogarnął, korzystając z deszczu umył się, nawet udało mu się nieco ogolić i nie wyglądał jak dziecko tarzana, albo daleki kuzyn Robinsona Crusoe. Chociaż nigdy nie miał jakiejś długiej brody, tak jednak po przeszło czterech dniach musiał się ogolić, ta szczecina na twarzy irytowała.
      Całość zajęła mu może jakieś dwadzieścia minut. Umycie się, ogolenie, sprawdzenie stanu apteczek, oraz stanu plecaka. Starczy mu tego wszystkiego na jakiś czas, więc nie ma o co się obawiać. Miał jakieś bandaże, jakiś antybiotyk, tabletki jodu…wszystko co powinien mieć przy sobie stalker.
      Na szczęście nie czekał na Basiora zbyt długo. Uśmiechnął się do niego słabo. Miał nadzieję, że albo deszcz szybciej przejdzie, albo oni dostaną się przed burzą do jakiegoś suchego miejsca…no dobrze nie musiało być jakieś bardzo suche, ale najważniejsze w tym wszystkim było to, żeby się na łeb nie lało.
      — Komu w drogę temu aviomarin – powiedział poprawiając kaptur. Pewniej chwycił swojego kałacha i uśmiechnął się pod nosem. Ruszył jako pierwszy, oczywiście zaczynając od prawej nogi. Każdy stalker miał jakieś przesądy, Moskal na przykład zaczynał każdą wędrówkę od prawej nogi. Taki Rad to zawsze przed wyruszeniem strzepywał z rękawa pyłki. Każdy miał jakieś swoje małe dziwactwa i przesądy.
      Szedł jako pierwszy, rozglądał się po okolicy nader często. Deszcz i on nie byli przyjaciółmi, jedyne na czym mógł teraz polegać to na swojej wiedzy oraz na swoich oczach. Raz po raz przecierał twarz; kaptur przemókł, deszcz chyba coraz bardziej zacinał. Szli z cała pewnością coś około dwóch godzin. Moskal mógł nawet przysiąc, że burza coraz bardziej się zbliża. Czego jak czego ale nie zamierzał spędzać burzy na otwartym terenie. Poza tym coś mu się nie podobało, bo ani żadnego ślepego psa, niby psa, prypeć-kabana. Niczego, jakby byli sami. Zatrzymał się i spojrzał na Basiora. Teraz był pewny, że deszcz coraz mocniej zacinał oraz, że większa ulewa to jest kwestia kilkunastu minut.
      —Nie podoba mi się to. Niczego tutaj nie ma…nawet ślepego psa z kulawą nogą – powiedział. – Poza tym burza się zbliża, nie wiem jak ty ale ja nie mam zamiaru na otwartym terenie spędzić burzę. Tam – wskazał na prawo, gdzie rysowały się jakieś budynki – przeczekamy to wszystko. Co ty na to?

      Usuń
  7. Skinął głową. Mimo wszystko ufał Basiorowi, wiedział że był w Zonie dłużej i znał ją zdecydowanie lepiej niż on sam. Więcej przechodził po jej ziemi, z całą pewnością gdyby kiedyś musieli się ukrywać przed kimś, jakimiś żołnierzami wolności/powinności/czy kimkolwiek innym, to Moskal bez ani chwili wahania pozwoliłby się prowadzić Basiorowi przez wszystkie zakamarki Zony. Ale cóż, sam po chwili zorientował się, że chyba tylko Basiorowi pozwoliłby się „prowadzić”, tylko jemu, nikomu innemu…nawet gdyby od tego miało zależeć jego życie, oraz życie towarzysza, który Basiorem nie jest.
    Michaił był chyba jakimś dziwnym stalkerem, w końcu sam znał (w swoim mniemaniu) Zonę w stopniu co najmniej dobrym, ale chyba jednak nie zawsze było tak że dokładnie wiedział gdzie jest. Miał jakieś swoje „utarte” ścieżki, oraz jakieś swoiste kryjówki i schowki, tak w razie gdyby coś się działo takiego, że musiałby z tego wszystkiego korzystać. Ale mimo wszystko wolał się powołać na wiedzę oraz znajomość terenu Basiora. Sam chyba nie do końca potrafił tego w sposób racjonalny wyjaśnić. Po prostu tak to wszystko było.
    Moskal lekko przetarł twarz, deszcz go już naprawdę drażnił, woda zalegająca w jego butach przyprawiała o wściekłość, krople wpadające co jakiś czas do oczu sprawiała że musiał coraz częściej mrugać, oraz prawie że cały czas miał przymrużone powieki tylko dlatego aby móc cokolwiek widzieć. Ruchy upośledzone, wzrok ograniczony a cała reszta przemoczona…no i nogi które miały już dosyć marszu w tym deszczu, oraz głowa, która kazała tym nogom iść, stawiać kolejne kroki, „mówiąc” im, że za chwilę odpoczną w suchym miejscu. Dodając że jeszcze tylko trochę i będą w tej małej przeklętej wiosce, pod dachem.
    Szedł za Basiorem i nawet mu to odpowiadało. Przynajmniej chociaż trochę sobie „odpocznie”, nie będzie musiał się aż tak bardzo wysilać i zachowywać skupienie. Ale jednak mimo wszystko ważne jest to żeby był przytomny i wiedział co się wokół dzieje. W razie czego musi przecież pomóc Basiorowi…albo nawet i będzie musiał sam sobie pomóc. Nie mógł teraz za bardzo dawać na wyluzowanie. Jeśli Zona się zorientuje, że nie uważa dostatecznie to „przyśle” mu jakiegoś mięsacza, snorka albo innego ślepego psa. A na potyczkę ze którymkolwiek z nich nie miał najmniejszej ochoty. Spojrzał na towarzysza, miał nieco mieszane uczucia odnośnie tej wieży. Może nawet nie tyle chodziło o to, że była w takim stanie w jakim była, ale jeśli tutaj pojawią się jakieś mutanty to będzie trzeba po prostu czekać aż sobie pójdą, a to może przecież potrwać kilka godzin…albo i nawet dni. Raz przeżył coś takiego i chyba na więcej razy nie miał ochoty. Wtedy Czarny Stalker miał go w opiece, ale czy teraz też tak będzie?
    Nie ważne…
    Krzyk przerwał ten wewnętrzny Moskalowy wywód. W momencie napiął wszystkie mięśnie, wycelował w drzwi, a po chwili delikatnie muszką od kałacha powłóczył po oknach wieży, no i po ich najbliższej okolicy. Mnie trzymał palca na spuście jak to miały w zwyczaju koty, czy nawet i niektórzy z przebywających dłużej w Zonie. Palec wskazujący spoczywał nieco ponad spustem. Powoli starał się uspokoić i później chciał wmawiać że wcale się nie wystraszył. Chociaż przypuszczał, że gdyby tak mówił, że on się wcale nie bał, to Basior na przekór mógłby się z niego naigrywać. Niektórzy Stalkerzy tak po prostu mieli, że mówili, że niczego się nie boją, że niczego się nie bali, że taki krzyk to słyszą codziennie i przywykli, podobnie jak do „co chwila” wyskakujących ni stąd ni zowąd snorków. Słyszał też o takim jednym gościu, który to opowiadał młodym kotom jak to oswoił kontrolera, ironią losu chyba było to że później ów Stalker zginął z ręki kontrolera właśnie. Zona to ma dosyć pokrętne poczucie humoru…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę powiedziawszy to nie był pewny tego, że był to ludzki krzyk. Przecież mutanty mogły nie raz nie dwa razy słyszeć jak Stalker krzyczy i błaga o pomoc. Mogły się nauczyć, tak jak papuga może się nauczyć kilku fraz, pies też może mówić jakieś proste dwa słowa, a kot może udawać skrzeczenie wron. Nie był przekonany odnośnie słuszności użycia słowa „ktoś”, on osobiście chyba powiedziałby „coś”. Po prostu „coś tam było” albo „coś tam jest i krzyknęło”. Ale może to tylko on by tak zrobił, tylko on Michaił Kuzniecov tak by powiedział. Tego nie mógł wykluczyć w zupełności, prawda?
      — Ktoś lub coś – odpowiedział. Nie żeby nie był jakimś altruistom, czy po prostu był psycholem, który uwielbia patrzeć na zwłoki innych stalkerów. On po prostu wolał się nie mieszać w to wszystko, deszcz strasznie ograniczał ruchy oraz pole widzenia, jego nogi to miały własne prywatne jeziorko w butach… W przypadku jakiejś potyczki to raczej nie za daleko byłby w stanie uciec. Nie był nawet dostatecznie pewnym, czy zdążyłby zrobić jakiś unik i w porę uskoczyć przed szarżującym mięsaczem, albo przed ślepym psem, który chce rozszarpać jego gardło.
      Spojrzał na chwilę na twarz Basiora, przeniósł też wzrok na wieże, po chwili spojrzał w kierunku, gdzie prawdopodobnie była studzienka, oraz był kawałek wydeptanej trawy. Wolałby w tej chwili żeby Basior powiedział na przykład „idźmy to sprawdzić”, albo „dajmy sobie spokój”. Chociaż przypuszczał ze drugiego zdania nie usłyszy od niego. Nie teraz i nie w takiej chwili.
      W mniemaniu Moskala, Basior w życiu nie zrobiłby czegoś takiego, no chyba, że jakiś Stalker byłby otoczony przez chordę zombie, albo ślepych psów i nie byłoby większych szans na ratunek. To wtedy Basior, Moskal oraz prawdopodobnie większość z tych „porządnych” Stalkerów dałaby sobie spokój z ratowaniem towarzysza, czy może też i nawet przyjaciela. Moskal może nie za często używał słowa o wdzięcznym brzmieniu „przyjaciel”. Podświadomie obawiał się, że Zona odbierze mu tego przyjaciela. A kogo jak kogo, ale Basiora mógł z czystym sumieniem nazwać takim przyjacielem. Lubił go, ufał mu no i był pewny, że z własnej woli nigdy by go nie okradł ani nie zabił.
      — Dobra, sprawdźmy to – powiedział cicho. Może zdanie było krótkie ale z całą pewnością można było usłyszeć tą niepewność w głosie. Niepewność zmieszaną z ciekawością oraz być może nawet z jakąś obawą. – Chyba, że wolisz dać sobie spokój z tym wszystkim – rozejrzał się po okolicy. Niemalże w momencie podniósł broń do ramienia i złożył się do wystrzału. Oto na horyzoncie pojawił się mięsacz, który jednak chyba nie miał najmniejszej ochoty na podchodzenie do Stalkerów. Czyżby pojawienie się mutasa było znakiem od Zony mówiącym, że to coś, lub ten ktoś w studzience już należy do niej? Albo ostrzeżenie dla nich, że nie powinni ratować kogoś, kto może być straconym dla świata?
      Albo po prostu był to najzwyklejszy przypadek. Przypadek, który powoli przemierza polanę i dopiero po może jakichś dwudziestu metrach przyspiesza, by po chwili zniknąć z pola widzenia. Moskal miał mieszane uczucia odnośnie tego wszystkiego. Po prostu to wydało mu się dziwne.
      Krzyki, studzienka, miesacz który po chwili znika no i ten deszcz. Deszcz, który jest po prostu wszędzie i drażni każdego na zewnątrz.

      [Tak inspiracja "Ołowianym świtem", ale chyba nie powiedziałbym, że Michaił tak bardzo przypomina głównego bohatera tej książki :D Ale mogę się mylić, bo momentami nieświadomie robię postacie podobne do jakiegoś innego bohatera :)]

      Usuń
  8. Michaił pokiwał głową. Zgadzał się z nim w zupełności, do tego jak tak sobie teraz pomyśli o tym mięsaczu, co to przed chwilą biegał sobie szczęśliwie na tych pajęczych odnóżach, to chciał możliwie najszybciej zobaczyć kto to tam się tak drze. Mógł więcej tych przeklętych mutasów zwołać, a to nie było ani jemu, ani Basiorowi na rękę. Może Moskal nie miał mani oszczędzania amunicji, ale jednak wolał nie wdawać się w bezsensowne strzelaniny z innymi Stalkerami, czy żołnierzami Powinności lob Wolności. Do tych Bandytów i oszołomów z Monolitu to może strzelać bez ostrzeżenia. Z wojskowymi to stara się żyć, przynajmniej na neutralnej stopie. O reszcie woli głośno nie mówić, ani nie myśleć, bo to niby przynosi pecha i jeszcze spotkają się z jakimś człowiekiem z tej frakcji.
    Chociaż tych oszołomów z Monolitu, to by ubił…bo to wariaci są i debile.
    Sekta religijna, debile i idioci. Brakuje tylko tego żeby niczym świadkowie Jehowy chodzili od domu do domu, tylko po to żeby „porozmawiać o takim czymś, sami w sumie nie wiemy o czym, bo guru zakazał…chociaż w sumie to chyba pogadalibyśmy z panem o takim kamieniu za który walczymy. Chcemy przy tym dodać, ze jesteśmy całkowicie normalni.” - czasami wyobrażał sobie takie różne scenki, głównie przed snem po ciężkiej wyprawie. Tylko wtedy pozwalał sobie „zluzować”. Tylko i wyłącznie po wyprawach i przed snem, i tylko wtedy, kiedy miał chociaż niewielką pewność, że nikt nie pójdzie do niego i go nie okradnie. Chociaż z tym to było różnie, wiedział jednak że nawet jeśli ktoś by go okradł i zabił, to inni Stalkerzy pewnie wymierzyliby sprawiedliwość. A jeśli nie oni, to Zona.
    Tak, ona jest zmienna niczym kobieta w ciąży. W jednej chwili potrafi się od ciebie odwrócić i uprzykrzyć ci życie, tak że będziesz ją błagał o szybką śmierć. Ale ona nie zawsze była tak łaskawa. Czasami umierało się długo i w męczarniach, a czasami…długo w mniejszych męczarniach… To już zależało od przewinienia.
    Szedł jako pierwszy, z bronią gotowa do oddania strzału. Był skupiony na wszystkim co działo się z przodu, po bokach oraz częściowo na tym co działo się z tyłu, za ich plecami. Pocieszał się tą świadomością, że w razie czegoś to może liczyć na Basiora. Z nim to jeszcze nigdy nic złego mu się nie stało, miał może i głupią nadzieję, że teraz też nic im się nie stanie podczas tej krótkiej wędrówki do studzienki.
    Kiedy dotarli na miejsce, szybko ściągnął z siebie plecak i położył tuż obok nogi. Muszką karabinu raz po raz otaczał okolicę. Było spokojni, może nawet za spokojnie. Powoli przyklęknął i wyciągnął linę w plecaka. Nie jakąś cienką żyłkę, tylko całkiem dobrą i grubą linę. Może daleko jej było do tych lin, których używa się na statkach, ale była wystarczająco dobra żeby móc się na niej powiesić…albo żeby wyciągnąć kogoś z dołu. Raczej na pewno nie powinna się zerwać.
    — Wyciągamy go? – zapytał. Odezwał się po raz pierwszy od momentu w którym zgodził się na to aby iść do tej studzienki. – Mam, całkiem porządną – dodał cicho, po czym zasunął plecak i podniósł się z klęczek. Jeszcze raz omiótł szybko i w miarę możliwie dokładnie najbliższe otoczenie.
    Cisza i spokój. Wyglądało to zupełnie tak jakby…
    Zona tego chciała. Chciała żeby pomogli temu człowiekowi wyjść.
    Podszedł powoli do dziury w studzience i spojrzał w dół. Nieznacznie się skrzywił widząc tylko lekkie kontury człowieka. Mógł poświecić tam latarką, ale nie uznawał tego za jakąś wielką konieczność. Nie przypuszczał żeby było tam jakoś bardzo głęboko, skoro człowiek jeszcze dychał i był w stanie mówić całkiem składnie i wyraźnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Basior – powiedział cicho, po czym nieco opuścił broń i mocniej chwycił linę. – Jak robimy? Wejścia za cholerę nie znajdziemy, ja tam nie mam zamiaru schodzić, pewnie ty też nie – przerwał na chwilę. Nie po to tutaj przychodzili, nie po to wyciągał linę, żeby teraz się wycofać. – Ma jakieś widoczne złamania, albo skręcenia? – zapytał, to było ważne. Jeśli miał złamana nogę, to było źle, jeśli rękę, to już nieco lepiej…ale przypuszczał, że człowiek na dole miał niebywałe szczęście, jeśli okazałoby się, ze nie ma połamanej miednicy. A noga w najlepszym wypadku jest skręcona, albo złamana w jednym miejscu. Jeśli jeszcze byłoby to złamanie proste, to można mówić o ogromnym wręcz szczęściu.
      Westchnął cicho, zupełnie tak jakby to miało mu pomóc w myśleniu nad tym wszystkim. Jakby to westchnięcie miało go naprowadzić na jakiś świetny i w ogóle to genialny pomysł.
      Nie było tak, o czym doskonale wiedział. Każdy plan jaki mu przychodził, mógł się powieść tylko i wyłącznie wtedy jeśli mężczyzna miał chociażby jedną nogę jakoś sprawną, no i nie miał połamanej miednicy, bo wtedy to byłoby naprawdę źle.
      Moskal, nie chciał temu człowiekowi jeszcze bardziej zaszkodzić, bo to nie leżało w jego naturze. Jeśli mógł, to starał się przy pomaganiu innym nikomu nie szkodzić jeszcze bardziej.
      — Jeśli ma połamaną miednicę, to co zrobimy? – zapytał. Nie chciał człowieka zostawiać tutaj na pastwę losu, nie teraz. Nie kiedy zrobili mu nadzieję. – Jeśli jest połamany, to będziemy musieli go zanieść, gdziekolwiek, gdzie będziemy mogli go opatrzeć…w razie czegoś to chyba mam jakiś artefakt, który pomoże mu się zregenerować – oznajmił. On sam czasami używał kotleta albo kamiennego kwiatu w celach dojścia do siebie. Ale zazwyczaj były to jakieś zwykłe rany. Nie stosował tego na złamania i szczerze powiedziawszy nie wiedział, czy to jakoś pomoże na rozległe złamanie. Nawet jeśli to i tak musieliby nastawić złamane kończyny tego Stalkera.
      — Proponuję rzucić linę w dół, ja wezmę za drugi koniec i jakoś go wyciągnę, ty pomożesz mu się wydostać dopiero pod sam koniec – powiedział. – Jeśli jest za bardzo połamany, to będzie ciężko – mruknął bardziej do siebie jak do Basiora. Niby chciał pomóc i tak dalej, ale obawiał się tego strasznie. Było wiele powodów, bo jednak Zona może pomyśleć, ze to byłoby ciekawe zobaczyć, co dwaj Stalkerzy zrobiliby, gdyby w trakcie zobaczyli mięsacza, który na nich szarżuje. Albo gdyby pojawiła się sfora ślepych psów. Zaczęliby strzelać do nich i pomogliby człowiekowi w potrzebie, czy może zostawiliby lezącego i sami zaczęliby ratować swoje życie. W tej chwili to nie wiadomo co byłoby dla nich najlepsze.
      Jedno było pewne, mniej ryzykują działając, niż stojąc w miejscu i oczekując na jakiś cud. Moskal wiedział, że powinni się spieszyć z wyciągnięciem tego kogoś i zabraniem do jakiegoś suchego miejsca, gdzie w spokoju jakoś go połatają. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jak już go połatają, to Michaił przez jakiś czas nie zostawi tego człowieka samemu sobie, bo później będzie rozmyślał, czy nic go nie pożarło w nocy, albo za dnia. Jak już pomagał, to od początku do końca. Inaczej nie potrafił.

      [Tak a propo Monolitu, z którego śmieszkowałem
      https://i.ytimg.com/vi/kAJR8WvJBEE/hqdefault.jpg]

      Usuń