Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

28 kwietnia 2000

[KP] Ivar Raske

                                                                      Ivar Raske

Młody mag, który całe dzieciństwo spędził za murami uniwersytetu gildii magów. Jako jedyny w rodzinie przejawiał magiczne zdolności. Nauka przychodziła mu dosyć opornie, często stwarzał zagrożenie dla siebie i innych uczniów w pobliżu. 
Jego największą wadą jest niecierpliwość; nie potrafi odnaleźć się wśród ksiąg, bywa roztrzepany, przez co nie jest w stanie skupić się na kontroli magii i zaklęciach. Bywa też emocjonalny, łatwo ulega wybuchom złości, niemniej jednak posiada niezmierzone pokłady zapału i naturalnego zainteresowania światem. Z rodziną utrzymuje kontakt wyłącznie listowny. Jego relacje z innymi magami z uniwersytetu opierają się głównie na rywalizacji, czy chęci dorównania rówieśnikom. 
Nie uważa magii za dar, tylko za przekleństwo. 
Niewinny w każdym tego słowa znaczeniu; często odbywał kary za niesubordynację, albo (przypadkowe) wysadzenie biblioteki w powietrze, przez co nie zdążył jeszcze zaznać pokus życia codziennego. 
Nieustannie szuka okazji do udowodnienia, że potrafi dorównać innym adeptom. 

21 komentarzy:

  1. - Na czarne demony Cienia - wymamrotał do siebie, mocnej naciągając mokry kaptur na równie mokre włosy - Jak ja nienawidzę czekania.
    Moknąca obok niego senna gromadka gołębi odsunęła się na bezpieczną odległość. W końcu nie wiadomo, co może przyjść do głowy gadającemu do siebie wariatowi. Pociągnął nosem i rzucił ptakom nieprzyjazne spojrzenie. Gdyby umiał latać tak jak one, wszystko w jego życiu byłoby łatwiejsze. Przede wszystkim nie musiałby sterczeć godzinami na dachu, czekając by jakiś nadgorliwy strażnik wreszcie zrobił sobie przerwę. Ubrany w skórzaną zbroję wartownik, ziewnął szeroko i podrapał się pod hełmem, z chrobotem słyszalnym nawet w szumie deszczu. Przeklął pod nosem, życząc mu pcheł i schował zmarznięte dłonie pod pachy, jeszcze raz obrzucając ponurym spojrzeniem pobliską, przytwierdzoną do komina drabinkę. A właściwie przytwierdzoną kiedyś. Nie miał pojęcia, kto i dlaczego mógłby oderwać ją od ściany i rzucić na środek dachu, ale właśnie tak było. Gdyby to naprawiono, gdyby służby naprawcze bardziej przejmowały się swym zadaniem, już dawno byłby w środku, a tak musiał tkwić tu na deszczu, czekając na jakiś cud.
    Jego plan był prosty. Miał dachami pobliskich budynków przedostać się na szczyt Pałacu Pięciu Żywiołów i wsunąć się do środka przewodem kominowym. Nie sądził, żeby kapłani pomyśleli o tym, że ktoś mógłby przecisnąć się przez tak ciasne przejście. Osobiście chodził tędy już kilka razy i choć nie należało to do przyjemności, nie odstraszało go od wykonania zadania. Tylko okazało się, jak na pieprzoną złość, że drabinka na kominie nie nadaje do niczego, a każda próba dostania się wyżej mogła zakończyć się, jeżeli nie bolesnym, to na pewno hałaśliwym upadkiem. I gówno z całego planu. Pozostał jeszcze właz na dachu, ale ktokolwiek rozstawiał straże, pomyślał o tym samym. Wartownik siedział akurat nad nim, bębniąc butami o blaszane drzwiczki. Gdyby tylko wykorzystać hałas, jaki robi...
    Ale jak? Skulił się w cieniu komina, gdy mężczyzna wstał nagle i uniósł klapę włazu. Będzie wchodził? Jednak nie. Pochylił się tylko i spojrzał w głąb.
    - Już dobrze, dobrze - warknął do kogoś na dole - Będę ciszej. Wam tam jest dobrze, a ja tu moknę jak jakaś cholerna wrona - umilkł na moment, słuchając głosu z dołu - Bardzo śmieszne - wymamrotał w końcu i z hukiem opuścił drzwiczki. Wtedy zaatakował.
    Zdążył wykonać ledwie pół obrotu, zaalarmowany trzepotem skrzydeł spłoszonych gołębi, gdy z całej siły kopnął go wzmacnianym stalą czubkiem buta prosto w skroń. Było to mało subtelne i lekko przesadzone, ale nie miał najlepszego humoru. Chwycił bezwładne ciało, zanim upadło na drzwiczki i zaciągnął je w cień, szukając po drodze pulsu pod brodą.
    - Pokój z tobą - zamruczał, zamykając wytrzeszczone, zamglone oczy strażnika - Obaj mamy zły dzień.
    Pozostawił w cieniu mokry płaszcz oraz łuk z kołczanem, a potem poprawił sztylet tkwiący w pochwie u pasa. Deszcz natychmiast znalazł drogę pod czarną, skórzaną zbroję, ale nie martwiło go to już. Przyłożył ucho do klapy i nasłuchiwał. Jego słuch dzięki narkotykom był bardzo wyostrzony. Po chwili, spośród huku uderzającego w dach i metal deszczu, udało mu się wyłowić dwa męskie głosy. Chwila cierpliwego czekania pozwoliło mu także na upewnienie się, że ich właściciele nie stoją w jednym miejscu. W chwili, gdy wydawały mi się najcichsze, otworzył klapę i zawisł głową w dół na wąskiej drabince, zatrzymując się na chwilę aby zamknąć drzwiczki za sobą. Tam, w półcieniu krótkiego pionowego korytarzyka, znów zamarł, nasłuchując.
    - ... przegrał w kości - mówiący szedł w jego kierunku, ale niezbyt śpiesznie. Nic nie wskazywało, że dostrzeżono jego obecność - Niedużo, parę srebrniaków, ale baba ponoć wyrzuciła go za drzwi. Nakopała mu do dupy jak psu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byleby tylko mieć jeszcze kilka sekund. Znał Pałac dobrze. Widział jego plany, a poza tym będąc dzieckiem często biegał po tych korytarzach. Jeszcze zanim ojciec zabił swojego kochanka a potem siebie. Dostał się tam gdzie chciał. Mała galeryjka służyła do zapalania świec na wielkich żyrandolach gdy nadchodziło ważne święto, oraz do renowacji malowideł na suficie. Galeryjki biegły wzdłuż ścian. Miały tylko jedno wejście ale można było przejść między nimi, balansując po belkach stropowych.
      Westchnął cicho i powoli nabrał tchu, siląc się na spokój. Spojrzał dół. Stał na wąskiej belce jakieś dwadzieścia metrów nad posadzką i patrzył na równe rzędy drewnianych, bogato zdobionych srebrem ław. Świątynna sala Pałacu jak zwykle oświetlona była zimnym, lazurowym światłem z magicznych latarni i zupełnie pusta. Nikt prócz paru wybrańców nie miał prawa wchodzić do niej nocą, kiedy gmach był zamknięty. Bywał tu wcześniej o tej właśnie porze i siadał na belkach stropowych, przysłuchując się tajnym naradom i nabożeństwom. Ale było to za czasów, gdy żył jego ojciec, a on sam był młodszy i mniej ambitny. Teraz zwykłe słuchanie już nie wystarczało. Miał to, na
      co dzień. Wyrównawszy oddech, ruszył po krokwi w stronę ołtarza. Obelkowanie sufitu było tak gęste, że mało widział pomiędzy krokwiami. Odnalazł wzrokiem miejsce, w którym zasiadał jego ojciec, a po nim zaczął robić to on.
      Był już wystarczająco blisko ołtarza, by zacząć myśleć o dostaniu się niżej. Odwiązał zawiązaną wokół pasa linę, zacisnął solidnym węzłem na belce, a potem, gdy chwila
      nasłuchiwania pozwoliła mu się jako tako upewnić, że nikogo nie ma w sali, spuścił ją na dół. Mimo że była cienka niczym najmniejszy palec u dłoni, jedynie piętnaście metrów mogło zmieścić się na jego pasie. Pozostałych pięć, jakich zabrakło do posadzki, nie było dużym wyzwaniem. Zdarzało mu się skakać z większych wysokości. Nie zawsze z własnej woli. Wylądował bezgłośnie na podłodze i przykucnął w cieniu ław. Sala była pusta, ale wszystkie prowadzące do niej drzwi były otwarte. Z doskonale oświetlonych korytarzy, dochodził mnie szczęk zbroi strażników oraz przyciszone rozmowy. Uśmiechnął się pod nosem, czując zimne drżenie pod skórą.
      Uwielbiał ryzyko. Był od niego uzależniony.
      Kilka metrów ode niego, na prostym granitowym ołtarzu, stał delikatny szklany klosz. Sam pojemnik wart był fortunę, jednak przenosząc coś takiego poza Pałac ryzykowałby porysowanie go, a może nawet stłuczenie. Bardziej interesowało go to, co było pod spodem. Przeklął pod nosem, czując jak jeżą mu się włosy na całym ciele. Cokolwiek leżało na ołtarzu, musiało być cholernie drogie kapłanom. Zrobią wszystko, by to odzyskać. Wyszczerzył zęby, spoglądając w stronę klosza. Dopadł ołtarza i rzucił szybkie spojrzenie przedmiotowi pod szkłem. Rozczarowywał wyglądem, ale nie miał wiele czasu na wybrzydzanie. Zawęszył za magią i gestem zerwał zaklęcia alarmowe. Ostrożnie podniósł ciężki klosz, przestawiając go na bok.
      Czarny kamyk był niemal gorący, gdy ujął go w dłoń i wydawał się poruszać. Przycisnął go do piersi, delikatnie postawił klosz na miejsce i rzucił się między ławy.
      I wtedy zaczęło się piekło. Najpierw poczuł przeraźliwy ból w miejscu, do którego przyciskał nieforemną, czarną jak noc grudkę. Spojrzał zaskoczony w dół, ale nie potrafił oderwać dłoni z tym świństwem, przyciśniętej do ciała. Zanim zdążył się przerazić, w sali zaroiło się od kapłanów.
      Było ich blisko dwudziestu, wszyscy z laskami błyskawic w dłoniach. W milczeniu rozbiegli się po całej sali, zaglądając pomiędzy ławy i rzucając niespokojne spojrzenia w stronę ołtarza. Pierwszy, który do niego dotarł, przeklął cicho, uderzając pięścią w granit.
      - Musi jeszcze tu być - syknął - Szukajcie.

      Usuń
    2. Oblizał wargi, walcząc z bólem i rosnącym strachem. Kapłani pojawili się ledwie parę sekund po tym, jak uniósł klosz. Musieli być przygotowani na podobną sytuację. Spojrzał w dół, na nieruchomą, przyciśniętą do piersi dłoń i wcisnął się głębiej w cień. Wiedział, że lada chwila go znajdą, ale nie był w stanie wspiąć się po linie, używając jednej tylko ręki.
      ~Ruszaj!
      Miał wrażenie, że ktoś szeptał mu wprost do ucha. Wzdrygnął się. Jednak przy nim nikogo nie było.
      ~Uciekaj!
      Zrobił to co kazał głos. Wyskoczył z cienia. Rozbiegł się, wskoczył na oparcie ławki i wybił się z całej siły. Złapał koniec liny. Śmigające tuz przy jego głowie ogniste kula, miotane przez kapłanów, dodały mu tylko sił by jak najszybciej się stad wynieść. Ból ustąpił, a w jego miejscu pojawiła się niezwykła energia i siła, dzięki której z niezwykłą szybkością wdrapał się po linie na galeryjkę i biegiem udał się do klapy, która wszedł do Pałacu.

      Usuń
  2. Dotarł do muru posiadłości i przeskoczył go zręcznie, jak setki razy w życiu. Ugryź i Urwij poznały go i podbiegły, ocierając się o jego uda potężnymi łbami. Żaden z nich nie zaszczekał, nauczony ciszy i opanowania, mimo ogarniającej ich radości. Potargał ich krótką sierść i bez słowa wskazał w stronę bud. Polizały go jeszcze po rękach i odbiegły bezgłośnie.
    ~Nie znam tej rasy.
    - Sam je stworzyłem.
    ~Alchemik i złodziej?
    - W pewnym sensie...
    Światła w pokojach służby i w kuchni paliły się jeszcze, jednak komnaty jego Matki i brata były ciemne. Odetchnął i obrzucił wielki, trzypiętrowy budynek uważnym spojrzeniem. Z okna jego laboratorium wydostawał się czerwonawy blask, zupełnie tak, jak chciał. Sąsiedzi zaświadczą, że pracował przez większą część nocy. Zastanawiał się dlaczego rozmawia z tym dziwnym głosem, niewiadomego pochodzenia. Jeszcze tego brakowało by zwariował. Wskoczył na parapet najbliższego okna. Zakręciło mu się w głowie, ale lodowaty deszcz nadal ratował go przed zaśnięciem na miejscu. Wspiął się wyżej, a potem przemaszerował po gzymsie do okna pokoju. Wsunął się do środka, z ulgą witając ciepło i uspakajający zapach kadzidła. Nie zapalając światła rozejrzał się po ciemnym wnętrzu. Ostatnie dawki lotosu we krwi pozwalały mu jeszcze w miarę dobrze widzieć w ciemności. Sypialnia była pusta, tak samo gabinet. Woda w przygotowanej balii już dawno wystygła, ale trudno.
    Zrzucił mokre ubranie i z westchnieniem wsunął się do chłodnej wody.
    ~Nie zasypiaj
    Otrząsnął się i wyszorował szybko. Znów zignorował głos, chociaż to nie było proste. Bezszelestnie wyszedł z sypialni i przemierzył dobrze oświetlony, bogato zdobiony korytarz. Niosąca bieliznę na zmianę służąca, drgnęła na jego widok.
    - Pan Kathan - dygnęła głęboko - Myśleliśmy, że pracuje pan w laboratorium. Czy przynieść może przekąskę?
    - Nie. Już kładę się spać. Księżna Matka dobrze śpi?
    - Nie prosiła o żaden środek.
    - Pytała o mnie?
    - Nie od czasu kolacji.
    Odetchnął w duchu.
    - Wynieście balię z mojego pokoju. Zamknę eksperyment i położę się spać.
    Dygnęła raz jeszcze i pobiegła przekazać rozkazy, rzuciwszy mu ostatnie spojrzenie. Chyba jednak powinien nałożyć koszulę. Ze względu na fach którym się trudnił, miał rozbudowane mięśnie klatki piersiowej, ramion, brzucha i nóg. Nie wyglądał jak większość arystokratów. Służba w jego domu nie wiedziała do końca dlaczego ich pan nosi dużo za duże ubrania na co dzień, które okrywają jego sylwetkę, upodabniając go do innych młodych arystokratów, których wysiłek fizyczny kręcił się głównie wokół kilkuminutowych konnych jazd.
    W laboratorium mocno śmierdziało siarkowodorem. Zatkał nos i otworzył okno, dobrze wiedząc, że zapach i tak nie ulotni się do jutra. I o to chodziło. Szkarłatny blask nie pochodził z żadnego eksperymentu, a z magicznej latarni, którą zgasił teraz i położył na półce, zmieniając szkło obudowy na niebieskie. Roboczy pentagram na posadzce nadal był ciepły i miał taki być przez najbliższych kilka godzin.
    Wyjrzał przez okno. Ulica wokół posiadłości nadal była pusta, ale to szybko mogło się zmienić. Był pewien, że kapłani zdążyli mu się dobrze przypatrzyć. Nie miał na sobie płaszcza, zatem bez problemu można było ocenić jego wzrost, znacznie przewyższający średnią u mężczyzn.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łóżko pachniało waniliowym kadzidłem i było ciepłe od wsadzonych pod materac nagrzanych cegieł. Zupełnie nagi okrył się kołdrą i westchnął z ulgą. Lotos nie uzależniał, ale efekty uboczne jego zażywania zniechęcały wielu. Jutro będzie rzygał, ale całe szczęście wiele alchemicznych eksperymentów służy zdrowiu w podobny sposób.
      Właściwie całą tę zabawę rozpoczął jego pradziadek. To on zaczął budować Fortune rodziny na kradzieżach. Był wielkim mistrzem złodziejskiej gildii w tym mieście, w wielkiej stolicy Arabel. Kupił sobie herb i szlachectwo. I stał się człowiekiem poważanym i cenionym jako rycerz i doradca. Nikt nie wiedział, że trudni się złodziejstwem. Bywał na dworze króla głównie po to by ocenić kogo i z czego może okraść. Tak samo postępował jego dziadek i ojciec. A teraz cała ta odpowiedzialność przeszła na niego. Właściwie mógłby porzucić złodziejski fach. Majątek rodzinny był duży i dzięki kilku dobrym inwestycją, powiększał się. Był wyznawcą Energii, zwanej też Eterem, jednym z pięciu żywiołów czczonych przez to królestwo. Energia wybrała właśnie jego. Był ostatnim z kapłanów tego żywiołów. Reszta zmarła ze starości, nie pozostawiając potomków albo zginęła na wojnie.
      Wciąż nie wiedział właściwie co ukradł. To coś, ta dziwna ruchoma grudka po prostu się w niego wtopiła i teraz do niego gadała. To strasznie…
      ~Mój brat jest niedaleko. Musimy go znaleźć!
      - Ja nic nie muszę. I coś ty właściwie za jeden? Jak we mnie wlazłeś?
      ~Musisz! Rozkazuje ci! Ja jestem Cień. Władca ziemności i cieni. Nie mogę istnieć bez mojego brata Światłości.
      - Moment… Jesteś tym stworkiem którego czczą ci…
      ~widzę, że słyszałeś o mnie. To dobrze. Jutro znajdziemy mojego brata i tego kto go porwał. Będzie blisko. Przyciągamy się do siebie… A teraz śpij.
      Tym razem posłuchał, bo naprawdę był zmęczony. Zastanawiał się tylko, jak rozpozna tego brata Światłość.

      Usuń
  3. [Wypacz opóźnienie. Skończyłem pisać pracę dyplomową i teraz będę częściej odpisywał. A tak w ogóle, to jak ci się ten wątek podoba? W razie czego pisz śmiało :) ]

    Obudził się blisko południa. Czuł się wypoczęty i rozluźniony. Usiadł i rozejrzał się po pokoju. Za każdym razem, gdy ktoś go widział podczas "pracy", czyli kradzieży, odczuwał niepokój że jednak ktoś go rozpozna. Kapłani widzieli go przez ledwie kilka sekund, ale to nie znaczyło że nie mogli go rpozoznać. Ale skoro w pokoju nie było ani wojska, ani kapłanów ani nikogo z tajnej policji, to znaczyło że jeszcze go nie znaleźli. Jednakże, był zdziwiony że nikt go nie obudził. Pewnie wieść o kradzieży tak cennego świętego artefaktu, musiała się szybko rozejść. Zawsze przy takiej okazji budził go brat. A potem zwykle pojawiał się komisarz tajnej policji, pytając go co robił w czasie domniemanej kradzieży. Nigdy go nie oskarżyli, bo zawsze miał alibi. Jednak ze względu na ojca, w końcu przez e kradzieże popełnił samobójstwo. Był pewien, ze ci z tajenj policji o tym wiedzieli. I dlatego przy każdej okazji poważniejszej kradzieży sprawdzali czy przypadkiem starszy syn nie poszedł w ślady ojca i nie został złodziejem. Dobrze zenie znali prawdy... Nie wiedzieli ze przewyższył i ojca i dziadka w swoich włamaniach i kradzieżach.
    Miał świetne alibi. Sąsiedzi potwierdzą, ze znów zasmrodził całą okolicę siarką i z jego okien sączyło się czerwone światło, znak dokonywanych transmutacji. Podniósł się i przeciągnął. Włożył szlafrok. W końcu nie powinien paradować nago po domu. Szybko sprawdzał w myślach, czy przypadki o czymś nie zapomniał. Laboratorium przygotowane, zbroja wyczyszczona, podobnie jak reszta jego rzeczy. Łuk i strzały pewnie spoczywają w zbrojowni. Nikt ze służby nie piśnie żadnego słowa, z resztą nie mają o niczym pojęcia. Jedynymi osobami, które mogłyby go o coś podejrzewać, były matka i brat, ale oni nie zdradzą go nawet na torturach. Poza tym nawet oni nie znają całej prawdy. Pewne rzeczy przekazywane były i zawsze będą tylko z ojca na najstarszego syna lub córkę. Jednak jeszcze w tej rodzinie, odkąd zyskali tak wysoki status społeczny, nie urodziła się żadna dziewczynka. Inni arystokraci aż kipieli z zazdrości.
    Przyodział się w jak zwykle zbyt duże ubrania i udał się na śniadanie. Matka siedziała w saloniku, popijając kawę. Podniosła spojrzenie gdy wszedł.
    - Dzień dobry. Nasi sąsiedzi znów mieli pretensje przez te twoje nocne eksperymenty, synu.
    - Mógłbym je robić w dzień, ale wyszłoby wtedy jeszcze gorzej. - odparł. - Coś ciekawego się dzieje w mieście? - spytał, chcąc połechtać trochę swoje ego.
    - Nie, raczej nie... Chociaż Kavadarom urodziła się kolejna córeczka. Mają już piętkę dzieci i same dziewczynki. Nic dziwnego, ze chcą wydać wszystkie jak najszybciej za mąż. Estera jest ledwo rok od ciebie młodsza. To dobra partia może jednak...
    - Nie było żadnej kradzieży? - spytał zdziwiony.
    - Kradzieży? Nie... - odparła. - Nic nie mówili w mieście. - odparła. W tym domu nigdy nie mówiło się wprost o kradzieżach i dziedzictwie rodziny.
    - Dziwne. - odparł Kathan. - Ponoć w Świątyni Pięciiu Żywiołów znajdował się jakiś bardzo cenny przedmiot.
    - Wiem. Ale nic o tym nie słyszałam. - odparła kobieta, sama lekko się niepokojąc. Skoro o tym nie mówili to możliwe, ze już namierzyli złodzieja i zbierali się do aresztowania. Kathan przymknął powieki. Jeśli go namierzą, nie będzie miał wyboru. Jak ojciec.
    - To ja chyba pójdę się napić jakiegoś podłego piwa. - mruknął. W gospodach zawsze były najświeższe plotki. Zwłaszcza w takich, do których chodzili strażnicy, żołnierze i policjanci po pracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po godzinie, odziany w skromne łaszki i długi płaszcz, jak zawsze za duże by ukryć wysportowaną sylwetkę, siedział w gospodzie. Usiadł bliżej paleniska. Wciąż odczuwał lekki uboczny skutek zażycia lotosu. Było mu po prostu zimno. Głos nie odezwał się od chwili gdy się przebudził. Dlatego uzna, iż był tylko wytworem wyobraźni. Siedział i słuchał. Postawił już kilka kolejek. Ale nikt nic nie mówił. Nikt nic nie wiedział o kradzieży. Coś było zdecydowanie nie w porządku. Aż nagle w sali pojawił się jakiś obcy. Wyróżniał się, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Kathan zmarszczył czoło. Walczył na wielkiej wojnie. Obcy a raczej jego ubranie przypominało mu tych ze wschodu.
      ~ To on! Jest tam!
      Wzdrygnął się, przestraszony przez nagły głos. Rozejrzał się zlękniony. Ale nie odezwał się nikt z jego towarzyszy przy pobliskich stolikach. A więc ten głos nie był jego wyobraźnią...
      - Źe co? - spytał półszeptem, by nie zwracać na siebie uwagi.
      ~Tamten człowiek... Ma mojego brata. Odbierz mu go!
      Kathan podniósł się, nie mogąc oprzeć się rozkazowi wydanemu przez tajemniczy głos. Stanął obok obcego przy ladzie.
      - Chyba masz coś, co pownieneś mi oddać. - odezwał się chrapliwym głosem.

      Usuń
  4. [ To miło :) ]

    Kathan zmarszczył brwi. Może ten durny głos był objawem jakiejś choroby? Albo zaklęcia, którym przypadkiem został trafiony w świątyni? Albo była to wina Lotosu? Zbyt długie używanie tego narkotyku mogło źle wpłynąć na organizm...
    Już miał odejść gdy głos znów się odezwał
    ~Nawet się nie waż stąd ruszać bez mojego brata
    W głosie nie było słychać nawet jednej uprzejmej nuty. Był ostry i chłodny jak ostrze miecza.
    Zacisnął zęby. Ten głos był conajmniej irytujący.
    - nie mówię o pieniądzach... - warknął. Nie uniósł glowy, by kaptur dobrze ukrywał jego twarz. Przychodził tu czasem i liczył, że nikt nie rozpozna w nim Kathana Fearadacha, kapłana żywiołu Energii i arystokraty.
    - Poszukuje niedużego przedmiotu... Takiego jakby... kamyczka, który jeszcze wczoraj był w Świątyni Pięciu Żywiołów. Albo mi go oddasz albo zrobię awanturę i cie złapią, złodzieju.
    Nigdy nie zrobiłby czegoś takiego, bo to znaczyłoby że sam się podłoży. Nie mogli go złapać, nie w takim miejscu.
    Liczył na to, że młodzian się przestraszy. nie wyglądał na silnego i doświadczonego. Mógłby być zarówno w wieku jego młodszego brata jak w jego. Z doświadczenia wiedział że ta cecha może świadczyć o tym, iż mężczyzna mógł mieć magiczne zdolności.
    ~Po prostu mu go odbierz... Czuje że jest przy nim.
    Kathan zacisnął dłonie w pięści. Ten cały Cień był niebezpieczny, wyraźnie to wyczuwał chociaż wiedział że ta istota nie jest w pełni sił.
    Rozejrzał się dyskretnie, upewniejąc się że nikt ich nie obserwuje zbyt nachalnie. Jednak jedyną osobą, która zwracała na nich większą uwagę była córka gospodarza. Chyba młodziak ją zauroczył...
    - Prędzej czy później zaczną cie szukać... Pewnie znajdą szybko, bo nie jesteś stąd... Po co ryzykować? Oddaj Światłość...
    W tym momencie zrozumiał, ze powiedział zbyt wiele. Zamknął ja chwilę oczy, rugając się w myślach. Jak mógł być tak głupi i odsłonić swoje karty?! Teraz młodziak już pewnie wie, że nie ma doczynienia ze zwykłym wioskowym głupkiem i złodziejaszkiem.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Sam mi go odbierz?!" co za bezczelność! Kathan miał wielką ochotę zdzielić młodziaka w łeb i istotnie, zabrać co chciał. Ale nie spodziewał się tak nagłego ruchu. Dostał kuflem prosto w pierś. Ciężkie, twarde naczynie boleśnie uderzyło w splot słoneczny aż żebra zazgrzytały. Skąd on ma taką siłę?
    Stracił na chwilę równowagę, co wystarczyło by młodzieniec zbiegł. Nie przejął się kuflem, który spadł na podłogę i jedynie się ukruszył. Rzucił na ladę kilka monet i ruszył w pogoń. Z jego długimi nogami i sprawnością fizyczną nie powinien mieć większego problemu z dogonieniem młodzieńca, zwłaszcza że dobrze znał okolicę.
    Widział go przed sobą. Potem obcy gdzieś uskoczył i wtedy poczuł uderzenie dziwnej energii.
    ~ Pochłonął go... - mruknął głos wewnątrz niego. - ~ To źle, bardzo źle...
    Mężczyzna przeklął. Czyli co? Będzie musiał tego obcego zabić i wyłuskać z niego ten kamyk? O ile to w ogóle był kamyk...
    - Skoro wytwarza się przy tym taka energia, to nic dziwnego, że kapłani to poczuli i przyszli - mruknął do siebie.
    ~ To nie do końca nasza energia... To siła tego mężczyzny. My zwiększamy pewne naturalne zdolności nosicieli...
    Jednym z problemów jakie miał, nad którymi nie zawsze panował to było mówienie do siebie. Nie zawsze można było wyczuć kto akurat znajduje się obok i słucha. W tym mieście wszystko miało uszy. I oczy.
    Na końcu uliczki dostrzegł to, czego najbardziej się obawiał. Sześciu strażników miejskich i dwóch kapłanów. Rozglądali się uważnie, idąc szybkim krokiem. Najwidoczniej również poczuli tę fale energii.
    ~ Poprowadzę cie... Musisz iść w lewo. Jest gdzieś tam...
    Kathan poprawił kaptur wysłużonego płaszcza. Nie chciał zwracać na siebie uwagi, co nie było proste przy takim wzroście i posturze. Gdy tylko zniknął strażnikom w oczu, ruszył biegiem. Głos co chwilę wydawał mu komendy, w którą stronę się udać.
    W końcu z gracją wylądował na wąskiej ścieżce między dwoma budynkami.
    - Trzeba było mnie posłuchać. - warknął. Podniósł głowę by wyjrzeć za róg jednego z budynków. Strażnicy i kapłani byli blisko. Przeklął pod nosem. Wyszarpał zza pasa sztylet i machnął nim w powietrzu, nakazując mężczyźnie by się ruszył.
    - Wstawaj. I żadnych głupich sztuczek, bo wbije ci to między żebra. - warknął.
    Złapał mężczyznę mocno za ramię, drugą ręką przykładając ostrze do jego boku i pociągnął go w stronę szpitala miejskiego. Leczono w nim głównie biedaków. Ani strażnicy ani tym bardziej kapłani nie wchodzili do tego przybytku. Nikt nie chciał się zarazić. Sam smród rozkładu, choroby, fekaliów i leków potrafił zabić. Weszli do przyszpitalnej kapliczki, która miała służyć od modlitwy rodzinom chorych. W rzeczywistości kapliczka służyła pijakom do snu albo napalonym parom do dania upustu swoim namiętnością.
    Kathan wepchnął męczyznę do środka i zamknął drzwi. Wciąż nie opuszczając noża, odepchnął od siebie obcego na długość ramienia.
    - No dobra... Mam go. Zadowolony? - mruknął do głosu wewnątrz siebie.
    ~ Nie...
    - Co to ma kurwa znaczyć? - warknął zirytowany.
    ~Gdyby go nie wchłonął, mógłbyś go zabrać. A teraz, obaj jesteśmy uwięzieni. Musicie nam pomóc. Inaczej... obaj zginiecie.
    - Świetna motywacja... Brawo ty... głupi głosie. - mruknął znów do siebie i zwrócił się do obcego. - Coś za jeden, co? Bo na pewno nie jesteś stąd.

    OdpowiedzUsuń
  6. - Mógłbym, ale nie chce. Nie jesteś pielgrzymem. Nie z taką mocą. Nie trudno ją wyczuć. Ale czekaj... Ty wiesz że to może przez nią zaraz zaroi się tu od kapłanów? No coś takiego... - sarknął.
    Zerknął na trzymany w dłoni młodziaka kamień.
    ~ Jest pusty...
    - Jest pusty. - powtórzył po głosie. - Chce tego co w nim było. Tego... promyczka.
    ~Światłość! - warknął Cień.
    - Promyczek, światłość... jeden pies. skoro masz moc, to wsadź go z powrotem w ten kamień.
    ~ Nie może tego zrobić. Światłość się w niego wchłonął. Teraz chłopaczek jest nosicielem. Tak jak ty moim.
    Słowa Cienia wcale go nie pocieszyły. Westchnął głęboko i pokręcił głową.
    - Chcesz mi powiedzieć, ze twój szanowny brat wlazł w tego faceta i nie mogę go z niego wyłuskać nawet siłą i bólem?
    ~ Istnieje taka możliwość...
    - No to pięknie. - fuknął Kathan. - Ale inne pytanie... Jak mogę wyciągnąć cie z siebie? Nie chce cie w swojej głowie.
    ~ Dopóki nie pomożesz uwolnić mojego brata, dopóty cie nie opuszczę. Poza tym tu jest całkiem wygdnie... Masz ciekaw myśli i wspomnienia! Na prawdę tak na ciebie działa burza czy tylko..
    - Oj zamilcz. Hej ty. - pstryknął kilkukrotnie młodzieńcowi przed nosem. - Mam twojego brata i nie zawaham się go użyć. Pogadaj z tym dziwnym magiem. Nie mam czau ani nastroju na zabawy...

    OdpowiedzUsuń
  7. Kathan parsknął i odepchnął od siebie młodzieńca, jak natrętną muchę.
    - Uspokój się! Zaraz ściągniesz nam na głowę całą gwardię.
    Schował nóż. Prawdopodobnie i tak by mu się nie przydał. Światłość będzie chronił swojego nosiciela, łącznie z tym, że nie pozwoli mu umrzeć w zwyczajny sposób.
    - Nie mam zamiaru ci się tłumaczyć. Przynajmniej nie tutaj. Jeśli nas złapią, już nigdy nie zobaczysz nieba ani słońca. I to nie moja wina, że pojawili się strażnicy w świątyni. Przywołała ich twoja magia, nad którą najwyraźniej nie panujesz.
    Zbliżył się do drzwi i uchylił je lekko. Coraz więcej latarni rozjaśniało ulice. Zapalały się światła w oknach... Byli coraz bliżej. I najwyraźniej wiedzieli gdzie szukać.
    - Nie zginę przez kogoś takiego jak on - mruknął do swojego wewnętrznego pasożyta. Najchętniej zostawiłby tu tego dziwnego maga. Pozwoliłby kapłanom go znaleźć a potem pewnie uczestniczyłby w jego przesłuchaniu i procesie. Jednak Cień miał zupełnie inne priorytety. Czuł, że nie może zostawić maga. Nie może zostawić Światłości.
    Zamknął drzwi. Wsunął dłoń pod kaptur i podrapał się po głowie. Niedługo wpadną na to by sprawdzić umieralnię, jak tu nazywali ten przemiły przybytek, w którym właśnie przebywali. Była to tylko kwestia czasu...
    Zapalili zbyt wiele pochodni i magicznych świateł by mogli przemknąć się dachami w bezpieczniejszą okolicę. Zostało tylko...
    Westchnął przeciągle. Nienawidził, szczerze nienawidził kanałów.
    - Posłuchaj... jak ci tam... Magu. Nie pozwolę by przez ciebie mnie złapali. Jednak ten Cień bardzo kocha swojego brata i bardzo nie chce bym cie tu porzucił. Dlatego zapanuj nad emocjami, bo przez ciebie znajdą nas wszędzie. Pójdziemy dołem... Za mną. - rozkazał głosem, nie przewidując sprzeciwu.
    Ruszył w głąb kaplicy. Wąski korytarz prowadził w dół. Smród rozkładu był doskonale wyczuwalny i z każdym krokiem stawał się bardziej doskwierający. W końcu stanęli na dnie czegoś, co przypominało studnię. Magiczne kule rozświetlały pomieszczenie w zielonkawe odcienie. Dookoła leżały stosy nagich ludzkich ciał. Na środku pomieszczenia była metalowa kratka, do której spływały płyny wyciekające z ciał. Wszystko to trafiało do miejskiej sieci kanalizacji. A magazynowane tu ciała, o ile nie zgniły na tyle że rozpadały się w rękach, były wywożone za miasto i spalane. Jakieś luźne kawałki wrzucano do kanalizacji. Gdzie właśnie oni zmierzali...
    - Nawet nie próbuj. - mruknął do maga, widząc że otwiera usta by coś powiedzieć. Kathan wyszarpał kratę i wskazał na otwór.
    - Właź.

    W kanałach nie było przyjemnie. Unoszący się fetor wręcz wyciskał powietrze z płuc. Kathan wydobył w kieszeni mlecznobiały kamień. Ogrzewał go chwilę w dłoniach aż zaczął świecić jasny czystym światłem. Było to alchemiczne dzieło, którego tworzenia nauczył się od ojca. Szli wąskimi ścieżkami, które wybudowano po obu stronach kanału, w którym wiecznie płynęły ścieki.
    - Nie wpadnij tam. - mrunął do maga. - Nikt dokładnie nie wie jak bardzo jest tam głęboko...
    Kamienie były śliskie i mimo pośpiechu Kathan bardzo ostrożnie stawiał stopy. Liczył mijane symbole wydrapane w kamieniach, które służyły czyścicielom do odnalezienia drogi powrotnej.
    W oddali słyszał śpierwy i dźwięki harmonij. Widocznie bezdomni urządzili sobie w kanałach metę, aż do czas u kolejnego sprzątania. Dobrze znać taki fakt.
    W końcu zatrzymał się przy jednym z zakratowanych drzwiczek. Pociągnął za przymocowany do prętów sznur. Liczył na to, ze nie pęknie bo to oznaczałoby kąpiel w ścieku.
    - Wyjdziemy na powierzchnię tylko wtedy gdy się uspokoisz. - mruknął. - Ostrzegam cie, że jeśli ściągniesz na nas znów uwagę kapłanów, zostawię cie samego.

    OdpowiedzUsuń
  8. Spojrzał na młodzieńca z uwagą. Nie miał zamiaru mu ufać. Jednak teraz tkwili w tym razem. Musiał go zabrać w bezpieczne miejsce. A jedyne takie, które teraz przychodziło mu do głowy to jego własny dom. Jednak wtedy mag dowie się im jest. Będzie mógł go zdradzić... Cóż, najwyżej wtedy go zabije.
    - Nie mam powodu by cie zabijać. Chyba że to będzie konieczne by wyciągnąć ze mnie tego całego Cienia.
    ~ Nie będzie to konieczne - odparł cień.
    - Ciebie to ja nie pytałem. - mruknął Kathan. Właściwie powinien go zabić choćby za to że mag jest szpiegiem i wrogiem jego ojczyzny. Chociaż nigdy nie żywił głębszych uczuć do tego kraju.
    - Jesteś mi potrzebny. Nie pozbywam się użytecznych rzeczy... Wyglądasz tak groźnie, że aż się przeląkłem.
    Kilkukrotnie machnął ręką, w której trzymał kamień. Światło przygasło. Wsunął kamień do kieszeni i wdrapał się pierwszy po linie. Uchylił kratę i wyjrzał. Znajdowali się przy schodach, prowadzących do niższej części miasta. Czyli właśnie tam gdzie się chciał znaleźć. On mieszkał w wyższej części, której nie zalewały wody po obfitych opadach deszczu.
    - Wyłaź. - mruknął w dół do maga. - Tylko spokojnie...
    W oddali widać było jaśniejącą łunę powstałą od zalania coraz liczniejszych pochodni i magicznych lamp. Gdy w końcu, w łasce swojej, mag wylazł z kanału, Kathan zamknął kratę i ruszył w górę schodów. Lepiej było omijać latarnie z kulami z magicznego światła, by przypadkiem nikt nie zwrócił na nich większej uwagi. Gdyby był sam, przeszedłby dachami. Ale podejrzewał, że mag nie poradziłby z tym sobie.
    Przemykali między kamienicami kupców i drobnej szlachty. Dotarli pod mury, okalające jego rodzinną posiadłość. Otworzył ukrytą w roślinności furtkę i wszedł do środka. Zamknął drzwi za magiem. Momentalnie pojawiły się dwa wielkie psy.
    - Ugryź i Urwij, pilnować mi go. - mruknął do zwierzaków i wskazał na młodzieńca za sobą. Zwierzaki obwąchały maga a potem zajęły miejsca po obu jego stronach, i jak eskorta prowadziły go w stronę domu.
    - Masz być cicho. Udajemy że ciebie tu wcale nie ma.
    Wraz z psami zaprowadził swojego gościa do gabinetu w którym zwykle przyjmował gości. Mieścił się tuż obok jego sypialni. Psy zajęły miejsce przy drzwiach, jakby gotowe do ataku w każdej chwili.
    Kathan rozpiął swój płaszcz, zwinął w kłębek i wrzucił go kosza z faszyny, stojącego przy przejściu do jego sypialni. Zdjął rękawiczki i palcami przeczesał włosy. Odwrócił się wtedy do maga, krzyżując ramiona na piersi.
    - Zatem... Ivar, tak? Świetnie... I co teraz?

    OdpowiedzUsuń
  9. Milczał chwilę, zachowując kamienny wyraz twarzy. Dla arystokratów była to umiejętność podstawowa i niezwykle ważna. Wewnątrz mogli się gotować ze złości, nienawiści czy oburzenia ale na zewnątrz pozostali niewzruszeni, jak skamieniali. Przeczekał wybuch złości maga.
    - Po pierwsze. Nie unoś głosu. Jesteś w moim domu a nie w jakieś podrzędnej gospodzie. Żyjesz tylko z mojej łaski i przez to, że Cień bardzo kocha swojego brata, który akurat siedzi w tobie. Jesteś szpiegiem i do tego marnym magiem. Mógłbym cie wydać strażnikom albo po prostu wsadzić do lochów, które znajdują się w tej posiadłości. I wież mi, nie są przyjemne. Nie jesteś moim gościem. Ty nie okazujesz szacunku mnie więc ja nie muszę się tym samym odwdzięczać. A teraz zamilcz...
    ~ Młodzieniec jest wzburzony. Ma w sobie silną magię.
    - Bardzo się ciesz, drogi Cieniu. Tylko widzisz, jestem w patowej sytuacji. Nie powinienem ukrywać we własnym domu szpiega. Prędzej czy później przyjdą przeszukać mój dom, jak zawsze gdy dojdzie do większej czy mniejszej kradzieży.
    Nie przejmował się tym zbytnio. Sąsiedzi na pewno dadzą mu alibi na noc kradzieży. Widzieli czerwone światło, sączące się z laboratorium. Z resztą rodzina i służba równiez potwierdzą. A w ukrywaniu dowodów, był najlepszy.
    - Skoro jesteście już z bratem razem, może wymyślicie jak ciebie ze mnie wyciągnać? Byłbym wdzięczny... Nie chciałbym cie urazić, drogi Cieniu, ale gdyby wiedział czym jesteś, nie ukradłbym cie.. Ale niestety, ciekawość kiedyś mnie zgubi...
    ~ Porozmawiam z bratem nocą, gdy będziecie spać. Będziecie musieli położyć się w jednej izbie, byśmy nie musieli do siebie krzyczeć
    -Żartujesz sobie? Mam położyć się spać w jednym łóżku z tym domorosłym, nie panującym nad sobą magiem?
    ~Inaczej ciężko będzie nam rozmawiać... A jutro, powiemy wam co ustaliliśmy i będziemy mogli działać
    - Jutro ma być burza. Nie mogę wyruszać...
    ~Wiem. Właściwie to zawsze chciałem zobaczyć jak Łowca Burz pochłania pioruny. To nie jest częsty widok.
    - Nie przepadam za obserwatorami. - mruknął Kathan. Zamilkł na chwilę, przymykając powieki. Nie było zbyt dużego wyboru. Na szachownicy kończyły się wolne pola a on musiał odpowiednio to rozegrać.
    Wyciągnął rękę i pociągnął wiszący przy biurku sznur. Nie usłyszeli dzwona, jednak był pewien że służba słyszała go bardzo dobrze. Po kilku chwilach pojawiła się Elena. Uśmiechnęła się i dygnęła.
    - Przygotuj dwie kąpiele. Przygotuj czyste ubranie pazia dla tego tu młodzieńca. Zaanonsuj mojej matce, że będziemy mieli nie do końca chcianego gościa i poinformuj mnie gdy mój brat wróci do domu.
    - Oczywiście, proszę pana. - znów dygnęła i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
    - Jeśli jeszcze raz podniesiesz głos w moim domu, odrąbie ci jeden palec. Zakazuje ci wspominania komukolwiek kim jesteś i skąd pochodzisz. Mam prawo, bo to mój dom i tylko ode mnie zalezy to jak długo będziesz żył... A teraz...
    Wstał z miejsca. Poprowadził swego gościa do łaźni dla gości. Korzystał z niej jego brat, gdyż jak sam twierdził, była lepsza od niego. Ale Kathan wiedział, że młodziakowi zalezy na tym, że łaźnia ta jest na końcu korytarza tuż obok schodów dla służby...

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Nie szkodzi :) Ja też mam urwanie głowy. Zaraz kończę studia a jednak ciągle coś ktoś chce XD ]

    OdpowiedzUsuń
  11. Odwrócił się w jego kierunku. Przesunął spojrzeniem po jego sylwetce,zatrzymując się na dłużej na jego twarzy.
    - Ja sie nikomu nie muszę tłumaczyć. Strażnicy nie wejdą tu siłą. Muszą zostać wpuszczeni za zgodą moją, a jeśli mnie nie ma mojej matki. Zawsze daje to czas na reakcję. I nie złapią cie w moim domu. Zadbam o to w razie potrzeby. Ale jeśli będziesz współpracował pewnie szybko wrócisz do swojego domeczku z kominkiem, kochającą żonką i gromadkę gówniarzy, którzy tak samo jak ty nie potrafią panować nad mocą.
    Skrzyżował ramiona na piersi.
    - O twojej obecności tu wiedzą tylko domownicy. W razie czego wszystkiego się wyprę, a nikt nie ma prawa mnie o nic oskarżać bez dowodów. Czyli innymi słowem... mogliby cie znaleźć gdyby weszli tu bez zapowiedzi ale nie mogą tego zrobić bo nie mają dowodów na bezprawne wtargnięcie. I wszystko się ładnie zamyka... Masz szczęście Ivar, że trafiłeś właśnie na mnie. Wezwę cie za godzinę... - wskazał na dobową klepsydrę. Było to niezwykłe urządzenie w szklanych tubach, w których przesypywał się jasnoróżowy gruboziarnisty proszek. Linie na szkle wskazywały godziny i minuty, a gdy proszek przesypał się do końca, klepsydra przestawiała się w drugą stronę i cały cykl rozpoczynał się od nowa.
    Po tych słowach udał się do swojej łaźni. Kąpiel była już gotowa i z rozkoszą położył się do gorącej wody.
    ~ Jaki masz plan?
    - Nie mam konkretnego planu. - westchnął. - Chociaż lubię je mieć... Dziś porozmawiasz z bratem, może do czegoś dojdziecie. W tym czasie dopilnuje by ten szalony mag nie wpakował sie w kłopoty, co nie będzie proste.
    ~ Ciekawy z ciebie człowiek... Nie spodziewałem się spotkać tu kogoś takiego jak ty. Jak to się dzieje, że rodzina złodziei, stała się arystokratami? Król o tym wie?
    - Wie... Moja rodzina zawsze była do, jakby to nazwać... zadań specjalnych. A w zamian król toleruje kradzieże... Chyba że dowie się o tym ktoś niepożądany. Wtedy nawet król nas nie obroni.
    ~ Szanują cie tu
    - Owszem...


    Między Kathanem a jego młodszym bratem Albertem było niemal 10 lat różnicy. Ich rodzice zdecydowali się na drugie dziecko całkowicie świadomie. Jednak to Kathan jako starszy, zstąpił ojca jako głowa rodziny oraz na w fachu.
    Albert siedział na fotelu i obserwował krążącego po pokoju brata. Zawsze lubił go obserwować przy pracy. Jako małe dziecko z zapartym tchem patrzył jak Kathan trenuje z ojcem albo oddaje się całkowicie swoim badaniom i eksperymentom. Oddałby za niego życie gdyby to było konieczne.
    - Czyli... o ile dobrze rozumiem... W naszym domu ukryłeś szpiega od magów, który ukradł jeden z dwóch przedmiotów, które ty chciałeś ukraść, ale nie wiedziałeś że w tych przedmiotach są umieszczone bóstwa magów i teraz jeden siedzi w tobie a drugi w tym magu.
    - Dobrze rozumujesz, bracie. - odparł Kathan, zatrzymując się w końcu. - Dlatego, gdy mnie nie będzie, jesteś odpowiedzialny za naszego gościa.
    Ledwie rozmowa się zakończyła, rozległo się pukanie do drzwi. Służka wprowadziła Ivara już czystego i przebranego w czyste odzienie.
    Obaj bracia otaksowali maga wzrokiem.
    - Ciekawy jegomość. - oznajmił w końcu Albert. - Dobrze się nim zajmę.
    - To mój brat. - przedstawił Ivarowi młodzieńca. - Będzie cie pilnował gdy jak będę zajęty. Masz się go słuchać... Chyba ze wolisz byc pilnowany przez moje pieski. I inne zwierzęta...
    - Nie zrobilibyśmy mu tego. Wszystkie te twoje bestie strasznie śmierdzą. Do zobaczenia. - Albert opuścił pokój, odwracając się jeszcze by zerknąć na pośladki Ivara ładnie opięte przez dopasowane spodnie, może nieco zbyt małe.
    - Mój brat ma specyficzne... wymagania. - wetchnął Kathan. - Ale nie trzeba się tym zbyt mocno przejmować. Zjesz z nami kolację. Matka tego wymaga... jednak chce wiedzieć kogo będzie ukrywać.

    OdpowiedzUsuń
  12. - On jest wręcz czarujący. I będziesz mógł mu to powiedzieć, gdy przyjdzie cie odwiedzić w nocy.
    Znał swojego brata i wiedział doskonale, że Albert lubi urodziwych młodzieńców równie mocno co piękne kobiety, a może nawet bardziej.
    - Matka sobie życzy cie poznać. Nie mamy prawa jej tego odmawiać.
    Podszedł do sporej wiszącej na ścianie szklanej tarczy. Był to barometr, skonstruowany jeszcze za czasów jego pradziadka. Wskazówka nieuchronnie przesuwała sie, zwiastując nadejście deszczu. Popukał w szkło, upewniejąc się do położenia wskaźnika.
    Odwrócił się znów w kierunki Ivara.
    - To tkanina bardzo wysokiej jakości. Najlepsze włókna bawełny i jedwabiu. Zupełnie co innego od tej szmaty, którą nosiłeś... Dzisiaj się przemęczysz, a jutro znajdę ci coś innego.
    Służka pojawiła się po kilku chwilach. Dygnęła i powiedziała:
    - Kolacja, panie.
    - Dziękuję Roxenn.
    Wyszli za kobietą z gabinetu i udali się w niezbyt długą podróż do jadalni. Przy dużym stole spokojnie zmieściłoby się 12 osób. A obecnie siedziały przy niej dwie, Albert i Evangelina, ich matka.
    Kobieta mimo swojego wieku, który dodawał jej szacowności i dostojności, była piękna. Miała niezwykłą, dziewczęcą urodę i długie rudo-brązowe włosy, naznaczone kilkoma pasami siwizny. Miała oczy niemal identyczne z tymi, które posiadał Kathan. Inteligentne, świdrujące spojrzenie i przyjemny szaro-niebieski kolor. W młodości musiała być niezwykła pięknością.
    Kobieta podniosła się z miejsca, gdy obaj się zbliżyli. Albert ostentacyjnie otaksowywał spojrzeniem dolna partie ciała młodego maga.
    Kathan ucałował matkę w dłonie, jak zwykle to czynił.
    - Matha, przedstawiam ci Ivara. Naszego... gościa.
    - Jak zawsze miło mi poznać znajomych mego syna... Mag i to potężny. Zawsze potrafisz mnie zaskoczyć synu. - pocałowała Kathana w policzek. Uścisnęła dłoń młodzieńcowi i usiadła przy stole na honorowym miejscu. Po jej prawie stronie, siedział Kathan a po lewej Albert. Ivara usadzono obok Kathana, dlatego Albert bez przeszkód mógł sie wgapiać w swój nowy obiekt westchnień.
    - A więc... - zaczęła, gdy położono przed nimi talerze z kolacją. - Pochodzisz ze wschodu? Ja też się tam urodziłam... Ten kraj wydał mi się niezwykle egzotyczny gdy przybyłam tu po raz pierwszy. A tobie jak się tu podoba? Zupełnie inny klimat, nie sądzisz? Dużo cieplej. - zwróciła się do Ivara, popijając jedzenie winem.

    OdpowiedzUsuń
  13. - Staram się, dziękuję. - odparła.
    Albert w głowie opracowywał już plan, dobrania się do młodego gościa. Nie zdarzało się zbyt często, aby został odprawiony. Uważał się za człowieka bardzie atrakcyjnego, tym bardziej że niektórzy byli bardzo ciekawi jego brata, który nieczęsto pokazywał się publicznie. Zaszywał się w swoim laboratorium na całe dnie i noce. Jednak wciąz pozostawał jedną z najlepszych partii wkraju i budził ogólne zaciekawienie i fascynację. Albert podniósł spojrzenie znad posiłku na brata. Kochał go, zrobiłby dla niego wszystko. Jednak nie rozumiał, dlaczego ten jeszcze nie ma żony i dzieci.
    Kathan parsknął i napił się wina.
    - Masz skłonność do fantazjowania. - westchnął.
    - Po prostu jest kulturalny. - powiedziała Evangelina - Dobrze o to nim świadczy. - uniosła spojrzenie i uśmiechnęła się ciepło. - Wiem kim jesteś i dlaczego tu jesteś. Prawdę mówiąc, jestem ciekawa przyszłości. Nie znam szczegółów i poznać ich właściwie nie chce. Ufam moim dzieciom i pozwalam im na samodzielność.
    Kathan podniósł się i dolał wszystkim wina. Był to jego obowiązek, jako najstarszego mężczyzny w domu.
    - Jednak ciekawi mnie to, czy dyrektorem uniwersytetu gildii magii wciąż jest Elevnar?
    - Dałabyś matko spokój. - westchnął Kathan, zajmując z powrotem miejsce przy stole. - Ivar jest na pewno zmęczony...
    - Raczej spragniony. - odparła kobieta, pijąc wino. - Ale nie zmienia to faktu, ze miło spotkać kogoś z własnej ojczyzny, kto nie chce cie zabić ani nawet opluć.
    Jedli w spokoju, popijając winem zacne jadło. Dla Kathana było za słabe, dla Alberta zbyt gorzkie ale i tak ostateczną decyzję dotyczącą trunków do kolacji podejmowała matka.
    - Będzie padać - oznajmiła Evangelina. Obaj jej synowie jak na komendę, podnieśli na nią spojrzenie. Zapewne u zwyczajnych rodzin, temat pogody nie był istotny i służył głównie do rozpoczęcia miałkiej rozmowy, gdy zaczyna brakować tematów.
    - Chyba jutro. - dodał Kathan. - Noc będzie chłodna. Poranek też. Wiatr zgoni chmury pod wieczór.
    - Nie dobrze... Gdyby burza była rano, moglibyśmy być pewni, ze nikt nie przyjdzie. Lady Luna pewnie znów zechce cie zobaczyć. - westchnęła, patrząc na starszego syna. - Wie jaki jesteś... pobudzony, gdy nadchodzi burza.
    ~ Sam chciałbym to zobaczyć. To twoja narzeczona?
    Zignorował pytanie. Wolał nie wspominać jednak rodzinie o tym, ze rozmawia z Cieniem, który zaląkł mu się w ciele.
    - Ja mogę to pokazać Ivarowi. Zapewne nie wie jakie my tu mamy zdolności... - zaoferował się Albert. Jednak jego zapał szybko wyparował pod ciężkim spojrzeniem Kathana.

    OdpowiedzUsuń
  14. Evangelina uniosła nieco brew.
    - właściwie... Jak to możliwe, ze przysłano cie tu, nie udzielając informacji o zdolnościach magicznych mieszkańców tego królestwa?
    - Dziwisz się, matko? To ignoranci... - odburknął Kathan, znów wstając by naleć wino do opróżnianych kielichów.
    - Nie bądz taki wstrętny. - westchnął Albert. - Jesteś zły bo zbliża się burza, rozumiem. Ale nie powinieneś się wyładowywać na gościach... Nawet jeśli są złodziejami i szpiegami z wrogiego królestwa. Gość jest gość.
    Eva pokiwała głową.
    - Zgadzam się z Albertem.
    Kathan nie skomentował słów matki ani brata. Możliwe, że przesadzał. Nie powinien dać się zakoczyć ani pnieść emocjom. nie był zachwycony tą sytuacją, ale to nie znaczyło, że miał tracić nad sobą kontrolę.
    - W naszych stronach istnieją zdolności magicznych żywiołów ale moim zdaniem największą magią tego królestwa jest alchemia. - zignorował pomruk niezadowolenia brata. Nie raz już się o to kłócili. - Żywiołów jest pięć. Ujawniają się mniej więcej w wieku 10 lat. Zwykle występują u wysokich rodów, czyli arystokracji ale zdarza się że rodzą się z nimi ludzie z biedoty. Wtedy znajdują ich kapłani i zabierają do siebie na nauki. Każdy obdarzony może władać tylko jednym przypisanym sobie żywiołem. - zaczął Kathan, zajmując swoje miejsce. Napił się wina. Smakował chwilę intensywnie kwiatowy i korzenny smak alkoholu. - Najczęściej pojawia się ogień i ziemia. Z kapłanami ognia spotkałeś się na pewno w świątyni. Tacy są najczęściej strażnikami. Kapłani ziemi zajmują się zwykle rolnictwem, ogrodami królewskimi i szeroko pojętą ziemią. - znów przerwał by napić się wina. - Potem kapłani wody. Chociaż ten żywioł najczęsciej objawia się u kobiet. Kapłani wody mają potrzebę przebywania blisko wody a najlepiej w wodzie. Obsługują porty, okręty... Wielu mieszka przy jeziorach na północy, tam gdzie rzadko topnieją śniegi. To zdradliwy żywioł... Ci którzy najlepiej opanują zdolności wody, czasem porzucają ciało i przenoszą swój umysł do postaci z ciekłej wody. Dlatego jeśli chce się napoić konie w rzece czy jeziorze, trzeba zapytać czy można bo bywają drażliwi... - Znów napił sie wina. Zaczął odczuwać już to przyjemne szumienie w głowie. - Potem kapłani powietrza. Potrafią latać i stawać się niewidzialni... Świetni szpiedzy, jednak kapłani powietrze starzeją się może dwa albo i trzy razy szybciej niż zwykli ludzie. Ich ciało poddawane jest wielu przeciążeniom i potrzebują więcej energii by żyć. A żyją średnio 30 lat. Piątym i najrzadziej występującym żywiołem jest żywioł energii, zwany też eterem. Jest najbardziej... pożądany, najbardziej... wyjątkowy...
    - Zgadnij ilu obecnie jest kapłanów eteru? - spytał Ivara Albert, widocznie poruszony.

    OdpowiedzUsuń
  15. Albert uśmiechnął się szerzej. Duma i niejaka pycha maga coraz bardziej mu się podobała. Lubił wyzwania.
    Kathan znał brata i wiedział, że ten nie podda się szybko. Jednak miał nadzieję, że się opanuje. Ivar był szpiegiem i poszukiwanym złodziejem. Musieli uważać.
    - Eter to najwyższa potęga. Energia porusza ciałem, wytwarza się podczas ruchu i daje życie. Płynąca woda napędza żarna energią, eterem właśnie. Eter napędza też każdy z żywiołów. Eter napędza i spina żywioły i życie.
    Dopił wino. Podniósł się i napełnił kielichy obecnych. Odstawił pustą już karafkę na stół. Po kolacji, przenosił się do laboratorium, w którym sam opróżniał butelkę.
    - Do tego alchemia opiera się na działaniu eteru. - dodał, zajmując z powrotem swoje miejsce. - Wasza magia też opiera sie na eterze, chociaż wy nazywacie to inaczej.
    Dopili wino. Pojawiła się służba, zbierając naczynia. Kathan czuł przyjene szumienie w głowie. Alkohol cudownie odprężał.

    Zaprowadził Ivara do swojego laboratorium. To było jedyne miejsce w którym czuł się pewnie i bezepiecznie na tyle, by mógł spokojnie rozmawiać o tym co im się przydarzyło.
    - Nie wiem, co będzie dalej. - wyznał. - Nie wiem co się stanie gdy przyjdzie burza. Nie wiem jak nagły skok energii wpłynie na tego całego Cienia.

    OdpowiedzUsuń
  16. - Nie jest mi wrogi. - odparł. Podsedł do szafy, w której trzymał fiolki i menzurki, wypełnione róznymi płynami. Otworzył najniższą szufladę i wyciągnął z niej butelkę wina. Wiedział co matka sądzi o pijaństwie. Nie gardziła kieliszkiem czy dwoma do posiłku, ale picie dla samego picia było jej zdaniem haniebne. Jednak Kathana ratowała to, że matka nie zaszczycała odwiedzinami jego laboratorium.
    - Jest całkiem interesujący.
    Napełnił dwa miedziane kufelki. Jeden z nich wcisnąl Ivarowi. Wiedział, że robi źle. Nie powinien rozmawiać z magiem. Powinien go zamknąć w jednym z gościnnch pokoi i tyle. Bez rozmów, zdradzania tajemnic, pozwalania by mag poznał bardziej istotne fakty z życia mieszkańców tego kraju...
    Wzruszył ramionami, pociągając kilka łyków wina. Obaj mieli się w szachu. Jeśli złapią Ivara, ten go zdradzi. Kapłani dowiedzą się, że to właśnie Kathan jest złodziejem, który tak bezczelnie ich okrada. Honor rodziny zostanie splamiony a jemu pozostanie tylko samobójstwo. Zupełnie jak ojciec...
    - Zazwyczaj... - mruknął. -Zazwyczaj, powietrze wokół mnie zaczyna iskrzyć jeszcze zanim zacznie padać. Wtedy muszę znaleźć się w takim miejscu by mieć nad sobą gołe niebo. Podczas jednej burzy, uderza we mnie zwykle... pięć czy dziesięć piorunów. Wyzwala się bardzo duża energia. Nikt z kapłanów tak na prawdę nie wie, jakie zdolności daje władza nad eterem. A my nikogo o tym nie informujemy... Zbyt duża wiedza szkodzi.

    OdpowiedzUsuń
  17. - Z różnymi rzeczami. - wyznał. - Jestem alchemikiem i to jednym z lepszych. Tworze hybrydy... Jeszcze nie widziałeś mojego konia. To prawdziwe dzieło sztuki. Wszyscy mi go zazdroszczą.
    Wypił niemal połowę wina na raz. Wciąż był zły. Nie docierało do niego to co się wydarzyło i co się wydarzy. Miał w domu szpiega, którego powinien trzymać pod kluczem a chodzi z nim po własnym laboratorium, opowiadając o swojej pracy.
    Zmarszczył brwi, uświadamiając sobie że i tak powiedział już zbyt dużo. Gdy tylko Ivar wróci do swojego kraju, opowie wszystko swoich znajomkom i nie będzie już tajemnic.
    Chociaż z drugiej strony... Co go to właściwie obchodzi?
    - Magazynuję ją. Mogę ją też przenosić na różne rzeczy albo osoby. Dawniej mówiono, że kapłani eteru tacy jak ja, mogą ożywiać umarłych. Jakoś nie próbowałem... To byt duża ingerencja w naturę, w porządek chaosu.
    Usiadł na fotelu. Skóra bicia była przetarta, obdarta i przypalona w wielu miejscach. Jednak to bylo jego ulubione miejsce do rozmyślań. Ileż to genialnych planów, pomysłów i tworów stworzył, siedząc w tym fotelu?
    Uśmiechnął się i parsknął. Dopił wino. Złączył opuszki palców, towrząc z dłoni piramidkę.
    - Albert jest zboczeńcem. - wyznał, co było z resztą prawdą. - Bardzo lubi wszelkie stosunki płciowe... i to właśnie wina eteru. Pierwszy raz gdy doznał objawienia, znaczy gdy dowiedzieliśmy się że też ma tę zdolności, miał 14 lat. Czyli dość późno... Kiedy uderzył w niego pierwszy piorun, doznał tak intensywnego... podniecenia, że uzależnił się w pewnym sensie, od rozkoszy fizycznych.
    Nie wiedział jak ubrać to wszystko w słowa. Nie wypadało mówić głośno o takich rzeczach.
    - Domyślam się, że chciał ci pokazać jakie rozkosze może ci dać. Ja...- podniósł się z fotela. - Zostałem spłodzony w burzę! Największą burzę jaka trwała w tym kraju.

    OdpowiedzUsuń