Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

11 maja 2000

[KP] Morten Ingvar

                                        

  Morten Ingvar 


Uwodziciel, spryciarz, wcześniej drobny złodziej. Do akademii trafił przez przypadek; jeden z nauczycieli przyłapał go na kradzieży pękatej sakiewki strażnika podczas targów. Morten miał wtedy niespełna dwanaście lat, młodszą siostrę i schorowanego ojca w domu. Zaproponowano mu przyłączenie się do Akademii Bohaterów, do czego z początku podchodził sceptycznie. Ku własnemu zdumieniu zdał jednak wszelkie egzaminy i testy, może nie wybitnie, ale tak, żeby zyskać przychylność innych herosów. Wierny danemu słowu, oraz oddany rodzinie i przyjaciołom, nauczył się czytać i pisać, wkrótce okazał się być dobrze zapowiadającym wojownikiem. 

| Rasista, uznaje wyższość ludzi nad innymi rasami | Nieufny w stosunku do magów | Uparty |
| Wierzy we Stwórcę | Prawdziwy przyjaciel | Walka na śmierć i życie | Honor |

Dla Mortena liczy się przede wszystkim zdrowie jego ojca, ciężko ranionego przez bandytów podczas obrony cnoty swojej córki, oraz Vivi, młodsza siostra, codziennie pisząca do niego listy. Dla rodziny Morten byłby w stanie zrobić wszystko, są jego siłą, ale też największą słabością. 
O swojej matce wie tylko tyle, że była kobietą nie do zdarcia, wojowniczką z wielkim zapałem, która opuściła rodzinę w imię wyższego dobra, bitwy, z której nigdy nie powróciła. 

7 komentarzy:

  1. [Zaczęłam, yay! Matko przepraszam, ale przeczytałam kawałek Twojego odpisu u Władcy i masz tak bogaty, piękny styl pisania oraz słownictwo, że aż się wystraszyłam umieszczania początku pod kartą Mortena i poprawiałam i poprawiałam i poprawiałam i... Nadal nie jestem dumna z tego początku. Naprawdę mam nadzieję, że cię nie wystraszę na dzień dobry i będzie nam się super pisało. Raz jeszcze przepraszam, że to tak długo trwało, no i z góry jeśli cię skrzywię swoimi wypocinami :)]

    Ranek rozbrzmiał w Akademii głosami jej podekscytowanych uczniów oraz, od wczoraj już, absolwentów. Wielu domorosłych bohaterów gotowych było ruszyć na wielkie przygody, wypełnione sławą oraz chwałą. Każdy miał własny pomysł na to, gdzie wyruszyć ze swoim towarzyszem na ostateczny egzamin - pokazanie Mistrzom Akademii Bohaterów, że pierwsza samodzielna wyprawa nie jest trudnością i nauczyciele dobrze wychowali swoich uczniów.
    Właśnie... Wyprawa z partnerem. Kontynuatorzy dzieła założycieli postanowili w tym roku zmienić zasady "opuszczenia Akademii" i momentu nazwania się prawdziwym "bohaterem" - takim, który mógł sam pobierać zlecenia napływające do tego miejsca, wybierać te które mu odpowiadały i pracować na swoje życie oraz rozgłos po wsze czasy, a także miejsce w balladach bardów oraz sercach nadobnych dam oraz przystojnych mężczyzn. Przez wzgląd na nierozwagę niektórych z wychowanków i ich pakowanie się w śmiertelne kłopoty, tym razem postanowiono połączyć absolwentów w pary, by lepiej mogli wykonać swoje pierwsze prawdziwe zadanie w wielkim świecie. To miało także rozwinąć u nich zmysł kooperacji, zsynchronizować umiejętności oraz pokazać, jak ważne jest połączenie pozornie sprzecznych i zróżnicowanych zdolności. Co innego gdy działali w większej grupie, a sprawa odmienna, kiedy pozostawało się w niebezpieczeństwie z jedną tylko osobą, której należało zaufać i czasem też zawierzyć swoje życie.
    Deionarra stała w oknie pokoju, czując ciepło budzącego się słońca na bladej twarzy. Nie widziała głównego, brukowanego placu Akademii rozciągającego się pod nią, otoczonego wspaniałym i zawsze żywym lasem, ale słyszała szum kroków i pełne emocji rozmowy.
    Jeśli miała być szczera wobec siebie oraz swojego mistrza, Aehorna, to nie podobała jej się wspólna wyprawa z kimkolwiek. Wyraziła głośno swoje zdanie, zawsze to robiła, ale elfi mag próbował ją przekonać, że nie ma w tym nic złego. No i, że powinna "bardziej otworzyć się na innych", gdyż wielkie czyny o których jej opowiadał bohaterowie nie dokonywali w pojedynkę.
    Według niej mogliby, gdyby posiadali wystarczającą moc oraz umiejętności.
    Westchnęła, odwracając się i powoli przemierzając pokój w kierunku łóżka. Opadła na nie bezsilnie. Może i miał rację, a ona czasami zbytnio się jeżyła. Po prostu nie umiała przyzwyczaić się do zaufania innym ludziom. Stawiała tylko na swoje zdolności oraz własne decyzje, gdyż były dla niej najlepsze, wiedziała co jej się opłaca a co nie. Czasem miała wrażenie, że tu nie pasuje - tutaj całe zgromadzenie uczniów działało jak jeden organizm, a ona ciągle się z niego wyrywała niczym zmutowana cząstka. Zbywała jednak te zbędne przemyślenia gdy zakopywała się w stosach magicznych ksiąg migających do niej miękkim blaskiem pomimo braku zdolności widzenia. Aehorn bardzo jej pomagał w nauce odpowiadającej jej dziedziny magii i choć jeszcze wiele przed nią, wciąż czuła się jak uczeń, to chciała się wyrwać jak najdalej od tego miejsca.
    Bo czarna dziura w jej pamięci uwierała coraz bardziej, pytania mnożyły się w szaleńczym tempie, nieznany głód zakazanej magii był z każdym tygodniem coraz silniejszy - a Aehorn choć jej nie odsuwał od siebie, zdawał się być głuchy na słowa, prośby oraz groźby by nakreślił przed nią historię jej przeszłości. Naprawdę była mu wdzięczna, bo i miała za co, ale skoro nie zamierzał nic zrobić w sprawie jej amnezji - nie będzie się prosić.
    Jeśli ten elfi staruch nie chciał jej pomóc, poradzi sobie sama. Jak już stanie na nogi, zakończy ten ostatni egzamin i pozbędzie się towarzystwa tego "partnera".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mistrzowie, chyba ich to niezwykle bawiło, pozostawiali sprawę doboru uczniów w pary w tajemnicy przed nimi samymi. Tak, by się nie zaprzeć na samym początku i nie zjeżyć do potencjalnego partnera. Miała tylko nadzieję, że nie trafi na kogoś kto przywita ją słowami: "o, mag" w sarkastycznym tonie, bo długo nie pobędą we wspólnym towarzystwie.
      Podniosła się i macając spokojnie ścianę, przedostała się na drugi koniec pokoju po swoje rzeczy. Aehorn powinien być tu za moment, by przekazać jej z kim dzisiaj opuści Akademię na ostatni, finałowy egzamin poza jej murami.
      Palcami przesunęła po mięsistej, czarnej pelerynie z kobaltowym podbiciem, nakładając ją na ciemną i wygodną podróżną suknię. Gęsty ciemnoniebieski haft zalśnił na matowym materiale, tuż przy głębokim dekolcie oraz kostkach, oddając jednak pełnię blasku skrzącej się broszy spinającej fałdy kaptura. Przylegające do ciała rękawy zakrywały mistyczne, gorejące znaki jakie magia wyryła na jej przedramionach, znacząc je na zawsze misternym, drobniutkim wzorem.
      Pochyliła się ku niewielkiej torbie z miękkiej skóry w której trzymała grimoire towarzyszący każdemu z uczących się tu magów od początku ich studiów i uzupełniany przez nich sukcesywnie o kolejne receptury oraz zaklęcia, kilka zwojów, księgę o której Aehorn nie powinien wiedzieć oraz magiczne utensylia przydatne przy koncentracji magii w rytuałach oraz tworzenia prostych ale skutecznych "w starciu" eliksirów. Nie jest kapłanką ani uzdrowicielką, ale podstaw musiała się nauczyć, by nie zginąć jak nowicjusz w środku jakiejś puszczy od byle zakażenia.
      Drgnęła lekko, gdy usłyszała za sobą otwierane drzwi. Odwróciła się w kierunku Aehorna. Wiedziała, że to on. Pomimo własnej ślepoty, dzięki długiej pomocy elfiego czarodzieja i ciężkim treningom udało im się wykształcić coś, co niejako zastępowało wzrok. Teraz widziała poświatę otaczającą sylwetkę jej mistrza, miękką i lśniącą srebrzystym kolorem oznaczającym to, że osoba ta posługuje się magią. Deionarra potrafiła, choć wymagało to skupienia, rozpoznawać kształty istot i widzieć je w czarnej pustce jako delikatne mgiełki. Wszystko jednak zależało od strumieni magii płynących w ciele danej istoty, bo to wyczuwała jej "zdolność" - jeśli ktoś pod tym względem był pusty, nie wyczuwała go wcale. Większość istot posiadała w sobie jednak iskrę, pytaniem było jak szybko ona ją zauważała.

      Usuń
    2. Kiedyś jednak wyleczy tą magiczną ślepotę...
      Choć nie mówiła tego głośno, miała nadzieję, że nie będzie musiała polegać na tej drugiej osobie pod względem własnej ułomności. To było upokarzające i żałosne!
      - Gotowa? - spytał Aehorn. Wysoki elf o długich srebrzystych włosach oraz lśniących niczym szmaragdy oczach, z pociągłą twarzą oraz drobną posturą odziany w bogatą, purpurową szatę aż skrzącą się od magii. Pomógł Deionarrze nałożyć torbę i podając kostur z czarnego gładkiego drewna, rosnącego w samym sercu Mrocznej Doliny, a pomagającym nekromantom w rzucaniu zaklęć dzięki własnemu demonicznemu pochodzeniu.
      - W ręce jakiego gbura się oddaje? - zapytała krótko, podnosząc ku niemu twarz. Elf westchnął tylko, na co ona wyszła z pokoju pewniej niż zamierzała. Znała Akademię więc nie potrzebowała jego pomocnej dłoni.
      Westchnęła jednak w połowie drogi i odwróciła się, ponownie widząc aurę Aehorna.
      - Dziękuję za wszystko - odparła, mocniej zsuwając kaptur na czoło. Rzadko kiedy przepraszała i dziękowała, ale jej mistrz jednak zasługiwał na coś więcej niż odejście bez słowa wdzięczności. Mimo to, były to niezbyt przyjemne w wyrażaniu uczucia.
      Usłyszała lekki śmiech Aehorna i już miała dodać coś niemiłego dotyczącego jego zachowania, kiedy ten chwycił jej dłoń i położył na zgięciu ramienia, powoli prowadząc ją do sali w której miała spotkać się ze swoim partnerem.
      - Proszę, nie zabij go kiedy tylko otworzy usta. To bardzo zdolny absolwent, miał jedne z najwyższych wyników na zakończenie egzaminów. Jego ostrze wspaniale uzupełni twoją magię. Polubicie się - mówił do niej swoim spokojnym, melodyjnym głosem który słyszała już tyle lat. Chyba nigdy nie podniósł go do krzyku.
      Deionarra prychnęła krótko. Szczerze w to wątpiła.
      Weszli do niewielkiej sali, której "pilnowali" wielcy bohaterowie dawnych czasów. Posągi ludzi zasłużonych dla tych krain, mężczyzn i kobiet co dokonali historycznych czynów na zawsze wpisując się w jej karty. Wojownicy, magowie, łotrzykowie, bardowie... I wieli, wielu innych. Tonęli oni w ciepłych promieniach słońca i kwiatach składanych ku pamięci. Okrągła sala była głównie miejscem spotkań oraz medytacji, a także lekcji o dawnych herosach.
      W ciemności mignęło jej dwie aury o różnych kolorach, której zwiększały swoją intensywność kiedy podchodzili bliżej.
      Po jej lewej stronie rozległ się głos.
      - Aehornie, dobrze że przyprowadziłeś swoją uczennicę - poznała niskie i przeżarte dymem fajkowym tony Wielkiego Mistrza - Moi uczniowie poznajcie się nim wyruszycie na ostateczny egzamin.
      Nekromantka milczała, patrząc na dziwnie kotłującą się aurę szerokiego mężczyzny przed nią. Naprawdę niepokojące.
      - Deionarra - przedstawiła się po chwili miękkim szeptem, nie wyciągając jednak dłoni ku swojemu towarzyszowi.

      Usuń
  2. [Sesja to zło! Ale mam nadzieję, że poszła ci perfekcyjnie - trzymałam mocno kciuki <3 Ej komplementy są, bo naprawdę fajnie piszesz! Te opisy i sama kreacja Mortena są naprawdę ultra ciekawe i wierzę, że nasi bohaterowie świetnie się dotrą :D Ten wątek będzie best!]

    Deionarra nawet nie ukryła grymasu zniesmaczenia jaki wywołały słowa tego człowieczka. Jej nauczyciel odkaszlnął lekko, czując jak nekromanka puszcza jego ramię i śmiało podchodzi do młodego wojownika. Aehorn spojrzał na Wielkiego Mistrza z ledwo ukrywanym zwątpieniem w oczach, czy połączenie tej dwójki było aby na pewno dobrym pomysłem. W tym momencie ścierały się dwa silne, całkowicie niechętne sobie charaktery - czy pozostawienie ich samym sobie w głuszy to bezpieczne podejście do egzaminu? Czy przez to chcieli ograniczyć śmiertelność tego wyzwania?
    Kobieta stanęła pewnie przed postawnym, wyższym od niej o pół głowy mężczyzną. Bez przestrachu, że górował nad nią znacznie, a jego jedno ramie było szersze niż jej dwie razem zaciśnięte pięści.
    - Czy powinnam przyklasnąć ci za spostrzegawczość, włóczęgo? - zadarła głowę, spoglądając na niego spod kaptura białymi, mętnymi oczyma. Zacisnęła mocniej palce na kosturze, by magia nie uciekła z niego niepowołana. Jego opinia znaczyła dla niej tyle co kurz na książkach w bibliotece, ale nie zamierzała pozwalać mu na jakiekolwiek ubliżanie na jej osobę.
    Ledwo rozpoczęli współpracę, ale nie spodziewała się, że przekują ją na coś więcej. Nie chciała tego i jej również nie leżał ten egzamin. Zwłaszcza jeśli miała mieć do czynienia z tak krótkowzrocznym, ograniczonym mężczyzną.
    Rozchyliła ponownie wargi, ale Aehorn znowu odchrząknął wiedząc, że gdy Deionarra wejdzie w trans to powie jedno słowo za dużo. Nie na tym polegać miała ich współpraca. Nawet jeśli nie nawiążą między sobą nici porozumienia to przynajmniej powinni ugłaskać się na tyle, by nie zabić się minąwszy bramy Akademii. Bał się też o samą kobietę, nad której naturą spędził tyle czasu. Każdy zły ruch mógł skumulować się z innymi i poruszyć coś, czego tak długo unikał. Przekazał swoje obawy Wielkiemu Mistrzowi, nie wszystkie bo sam wielu spraw się wstydził, ale ten oczywiście postawił na mniej bezpieczne rozwiązanie. Jakby przez swą wieloletnią mądrość widział więcej i bardziej dalekosiężnie.
    Pytanie tylko, czy nie przeliczył możliwości tej dwójki.
    Deionarra potrząsnęła głową, odwracając się gwałtownie i podchodząc do Aehorna, który jej przerwał. Stanęła przy nim i zwróciła się do migoczących w ciemności aur Mistrza oraz nieznajomego wojownika.
    - Domagam się zmiany partnera - powiedziała, prostując się by dodać sobie choć kilku centymetrów w tym zgromadzeniu.
    - Deionarro, nie możesz to wbrew... - zaczął Aehorn, rozkładając dłonie w szerokich rękawach, ale nekromantka nawet się do niego nie odwróciła. Wciąż mierzyła nieobecnym spojrzeniem dwójkę mężczyzn, a zwłaszcza tego który śmiał ją obrazić swoim protekcjonalnym, bufońskim tonem. Jego aura zakotłowała się ponownie, co znowu ją zaniepokoiło, ale to nie jej problem.
    - W takim razie pójdę sama - oznajmiła hardo - Zakończę zadanie bez niego.
    Po napiętej chwili ciszy do uszu dobiegł wszystkich krótki, gardłowy śmiech Wielkiego Mistrza. Skrzyżował dłonie za plecami, próbując znowu nie dać się pochłonąć dziwnej wesołości. Zdawał się być całkowicie pewny swojej decyzji, nieprzekonany o niechęci tej dwójki do siebie. Znowu się zirytowała - czy on traktował to jak igraszki dwójki dzieciaków nad jakąś zabawką? Niemożliwy staruch!
    Nie powiedziała jednak ich, a na twarz wrócił zimny, wyniosły wyraz. Pozbędzie się tego mężczyzny i to prędzej niż im się wydaje. Skończą to zadanie nim minie tydzień, niezależnie jak daleko będą musieli podróżować i jakie przeciwności pokonać. A jeśli będzie umierał... Pomoże mu tylko jeśli ten głośno ją ubłaga.
    Oczywiście nie brała pod uwagi tego, że ona ze swoją fizyczną wadą może potrzebować go bardziej. Zamknęła umysł na to ostrzeżenie.
    Poradzi sobie, nie będzie od nikogo zależna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Cieszy mnie, że się zapoznaliście - zaczął Wielki Mistrz, jakby zupełnie niezrażony całym zamieszaniem. Wciąż emanował spokojem tak głębokim, że udzielać się on mógł każdemu w tym pokoju. Deionarra mogła nawet stwierdzić, że było to swoiście niesamowite jak nie ulegał żadnym furiackim emocjom tylko podchodził do wszystkiego nad wyraz harmonijnie - Deionarro, Mortenie... Wierzę, że poradzicie sobie z tym zadaniem, a także z wątpliwościami jakie na ten moment was trapią. Nic nie dzieje się bez przyczyny, także wasze spotkanie. Musicie współpracować, gdyż czeka wasz poważne zadanie.
      Nekromantka prychnęła cicho. Z całą pewnością los musiał mocno z nich zakpić, a jedynie Mistrz tego nie dostrzega.
      - Wszystkie sprawy rozwiążą się z upływem czasu, podczas podróży. Miano egzaminu... Wasze zadanie jest najważniejszym jakie przekazuje podczas tego testu. Dostajecie je przez wzgląd na wspaniałe wyniki i umiejętności jakie reprezentujecie - kontynuował, podchodząc do wciąż niepewnego Aehorna i kładąc mu dłoń na ramieniu. Potrząsnął nim lekko, chcąc dodać otuchy, że naprawdę nic złego tych wychowanków nie spotka. Poradzą sobie ze wszystkim, także z samymi sobą - W Piaskowej Gęsi, wiosce niedaleko Lasu Wiedźm, dzieją się przeokropne rzeczy. Burmistrz poinformował nas, że są nieustannie nękani przez stada wilkołaków. Co gorsza ich łowca został porwany przez bestie i słuch o nim zaginął, choć jego zaginięcie zapoczątkowało nowe ataki oraz pojawienie się ogromnego szarego wilkołaka o krwiożerczości tak wielkiej, jakiej nikt w tamtych okolicach nigdy nie doświadczył. Zbadacie tą sprawę oraz uwolnicie Piaskową Gęś od widma wilkołaczej klątwy.
      Umysł Deionarry wypełnił się wspomnieniami książek o tych monstrach, jakie kiedyś czytała w bibliotece. Nie to, żeby nagle zwątpiła we własne umiejętności, ale to zadanie wydawało się szalenie trudne jak dla dwójki ledwo wypuszczonych z gniazda uczniów. Mistrz, jakby odczytując i łapiąc w lot jej myśli, dodał:
      - Zdaję sobie sprawę, że zadanie jest wymagające, ale na miejscu będzie na was czekało wsparcie. Na razie Thoihunn, nasz krasnoludzki barbarzyńca, zajęty jest obroną samej wioski i nie może zająć się źródłem tego kłopotu, gdyż ataki się nasilają. Wierzę, że mu pomożecie.
      Starszy bohater podszedł do Mortena i Deionarry, wręczając im mały kamień z wyrytym na nim magicznym symbolem. Napełniony był magią, która iskrzyła się w ciemności otaczającej nekromantkę. Jak maleńki ognik na bagnach, pulsował miłym oraz opiekuńczym ciepłem. Sama nie wiedziała dlaczego jej serce oraz dusza zrelaksowały się, wypełniając ją falą bezpieczeństwa.
      - W razie problemów, dzięki temu możecie wrócić do Akademii przez portal. Przywołajcie w swoim umyśle obraz Akademii i skupcie na nim, a kamień to wyczuje - wyjaśnił, uśmiechając się wspierająco. Bez większych zażyłości, pożegnał ich krótko - Powodzenia.
      Deionarra schowała kamień do torby, mając nadzieję, że Aehorn nie zauważył nieodpowiedniej księgi w jej posiadaniu. Elf jednak nie powiedział nic, tylko zacisnął dłonie na jej szczupłych ramionach, żegnając się z nią:
      - Uważaj na siebie - wyszeptał, po czym głośniej zwrócił się do młodego Invara - Ty również, Mortenie.
      To trwało zbyt długo, a tego nie znosiła. Kiwnęła lekko głową i nie odwracając się za siebie, podążyła w kierunku otwartych wrót Akademii, stukając lekko kosturem.
      - Idziemy - zwróciła się w pustkę, chcąc mieć jak najmniej kontaktu z tym całym Mortenem.

      Usuń
  3. Prychnęła, gdy poczuła opór drzwi i zauważyła w ciemnościach migoczącą aurę dłoni tego wykidajły. Przytrzymywał skrzydło na tyle mocno, by nie uciekła na zewnątrz nim ten nie skończy swojej "przemowy". Nie miała szans w starciu siłowym z nim, więc na ten moment odpuściła, przy okazji odwracając się do niego przodem z co najmniej niezadowolonym grymasem i krzyżując ręce na piersiach.
    Oby miał coś ciekawego do powiedzenia niż tylko stek bzdur na temat magów, tego jak bezsensowne jest to zadanie czy czegoś w tym rodzaju. Sama chciała odepchnąć jego dłoń sprzed swojej twarzy.
    "Bezczelny warchoł" dodała w myślach.
    Kiedy skończył mówić swój genialny plan, przekrzywiła lekko głowę jakby w zamyśleniu, ale gdyby tylko jej oczy mogły wyrażać cokolwiek z całą pewnością byłoby to lekkie powątpiewanie. Miał co prawda odrobinę racji jeśli chodzi o drogę przez rzekę, ale nie poradzą sobie tam we dwójkę. Jak sam podkreślił, zbliżał się nowy księżyc, utopców będzie więcej i jeśli wpakują się w nieodpowiednie miejsce to i garstka ich skutecznie zakończy życie dwójki domorosłych bohaterów. Może nie były groźne pojedynczo, ale w grupie stanowiły niemałe zagrożenie. Mogła przywołać ścianę szkieletów, ale kto powiedział, że w ogóle zdąży? Albo kto powiedział, że żaden z tych zwilgotniałych trupów nie zaciągnie tego wojownika w głębiny, gdzie nie będzie miał żadnych szans?
    Deionarra złapała sarkastyczny ton w głosie Mortena, nawet nie próbował się z tym kryć. Ciepłe słońce połaskotało ją po twarzy, ale nadal nie odwracała głowy od swojego towarzysza. Wyprostowała się, wbijając palec w jego wielką jak beczka klatkę piersiową, a przynajmniej migoczące miejsce które ją przypominało.
    - Ktoś musi prowadzić, skoro ty wolisz gdybać nad tym, że dzielisz to zadanie z magiem i marnować czas na uprzejmości - odparła równie kąśliwie co on, odsuwając dłoń nim nie złapie jej w swoje grubiańskie palce. Poprawiwszy kaptur na głowie, zaczęła iść po brukowanej ścieżce prowadzącej od Akademii w wielki świat o którym niektórzy nowicjusze mogli jeszcze marzyć przez wiele lat.
    Poruszała się o wiele wolniej niż kiedy była w murach Akademii, ale starała się wymierzać każdy swój krok. Mimo tego jednak, bardziej subtelnie płynęła do przodu niż przerywała chód by wystukać kosturem, gdzie powinna postawić stopę. Aehorn na szczęście po tych terenach jeszcze ją oprowadzał, więc czuła się pewniej. Widziała drobne nitki magii w różnych miejscach i ludziach, którzy w nielicznej ilości ich mijali. Kupcy, wieśniacy proszący bohaterów o pomoc, kilkoro dzieciaków mających nadzieję na zobaczenie prawdziwego herosa, no i ten opowie im o przygodach w mrocznych zamkach i wilgotnych podziemiach. Nawet niektóre rośliny roztaczały wokół siebie leciutką aurę. Mogła powiedzieć, że widziała świat przed sobą, ale jakby był złożony z rozsianych drobinek srebrzystego pyłu, a nie ostrych i strzelistych kształtów oraz krawędzi.
    Zrównała krok z wojownikiem. Gryźć mogli się później, ale taktyka musiała być omówiona - w ten czy inny sposób. Wtedy szybciej zakończą zarówno to zadanie, jak i parszywie kreującą się znajomość. Rozejdą się w swoją stronę, kreując własny los.
    Zaczęła:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Co do rzeki, owszem przyznaję ci rację i szanuję, że jakaś iskra błyskotliwości nie zanikła w twoim umyśle - położyła dłoń na torbie, by przytrzymać stukające w niej szklane fiolki z eliksirami. To akurat mu się udało, ale przecież nie powie tego na głos, bo ten bufon jeszcze popadnie w samozachwyt lub zadławi się własnym kpiarstwem. I nie będzie mogła go znieść do końca całego tego przeklętego zadania, a kreowało się ono na wyjątkowo trudne oraz długie. Skupiając się na drodze przed sobą, nadal mówiła do niego miękkim, cichym głosem - Nie poradzimy sobie jednak tam sami. Utopce w ilości większej niż trzy to już zagrożenie, a podczas pełni będzie ich dużo, dużo więcej. O ile dobrze kojarzę, popraw mnie proszę zawadiako, że ani ty ani ja nie jesteśmy przygotowani na starcie z nimi lub wilkołakami. Twoja broń to pewnie ledwo przekute z żelaza ostrze, natomiast ja nie wyczarowuje ognia na zawołanie. Jakbyś nie zauważył, param się jednak nekromancją.
      Zamiotła długą peleryną o wytarte przez koła wozów oraz kopyta koni kamienie, stając przed rozstajem dróg. Nie widziała co prawda znaku znajdującego się naprzeciwko, ale nie mało to znaczenia - wiedziała dokąd najpierw powinni pójść, jeśli chcą wrócić do Akademii w jednym kawałku. Pomimo tego, że i tak pójdzie tą drogą jaką podjęła to wolała poinformować o tym swojego towarzysza, by nie zaczął zalewać ją bezcelowymi pytaniami:
      - Kamienna Altana - mruknęła, kierując mętne spojrzenie na Ingvara. Jakiś dzieciak przystanął przy nich i się przysłuchiwał, ale umknął z piskiem gdy tylko Deionarra spojrzała groźnie na niego - Tam ja przygotuje eliksiry i uzupełnię składniki, a ty w tym czasie poszukasz karawany. Z najemnikami szybciej i bezpieczniej przedrzemy się przez rzekę. Z całą pewnością ktoś musi kierować się w pobliże Piaskowej Gęsi, choćby do Wrzosowa i pobliskiej kopalni złota. W odpowiednim momencie po prostu odłączymy się do grupy, resztę drogi pokonując samodzielnie.
      Uśmiechnęła się do niego zaczepnie, ale z całą pewnością nie dało się w tym grymasie ujrzeć żadnej uprzejmości:
      - Myślisz, że sobie poradzisz z tym prostym zadaniem?
      Kamienna Altana była dobrym miejscem, by gdziekolwiek zacząć. Niewielkie, ale dobrze prosperujące miasto pełne kolorów, czego nie widziała, i ludzi, co niestety słyszała i czuła. Często to właśnie tam bohaterowie z pobliskiej Akademii prezentowali swoje trofea w postaci odciętych głów groźnych bestii czy wydawali góry zdobytych skarbów. Wielki, nadkruszony mur okalał to miejsce, ale potężna fortyfikacja kryła w środku całkiem urokliwe domki, ciepłą zieleń i wydawałoby się uczciwych ludzi.
      Nic bardziej zwodniczego, zwłaszcza po zmroku - stąd też natknąć się tam można było na wielu strażników pilnujących prawa i porządku na rozkaz pani burmistrz, Lady Laurel Silverton. Chyba kobieta zdawała sobie sprawę na jakiej historii wyrosło to miasto: opowieściach o sadyzmie, bandytach i wojnach o jakieś marne sukcesje. Dlatego też odcięła dzielnicę arystokracji od śmierdzącej biedoty, żeby znowu nie powtórzyć przykrych legend. Aehorn nie miał jednak o kobiecie dobrego zdania, więc Deionarra też nie zamierzała podchodzić do niej jeśli nie musiała.
      Powoli i z gracją, nekromantka zaczęła schodzić z górki w dół dobrze wyrzeźbionej, równej drogi w kierunku miasta. Odwróciła się tylko lekko, uważając jednak, żeby się nie poślizgnąć:
      - Idziesz? Nie mamy całego dnia - znowu się skrzywiła widząc maleńkie, skrzące aury krążące w bezpiecznej odległości za nimi. Dzieciaki złaknione atrakcji. Co to cyrk?

      Usuń