15 lipca 2000

There was no future and there wasn’t even a tomorrow


Liam Gervasio Olivares 



Patrz mi w oczy

Liam nie zawsze czuł tę żądzę, rozchodzącą się po jego ciele niczym nieustępliwa toksyna; pragnienie, żar, palący od środka, uwrażliwiający skórę, przyśpieszający oddech. To się w nim przebudziło, zew krwi, spiętrzenie emocji, czysta cielesność. Pieszczenie języka smakiem słonych łez, potu, gorzkiej krwi, czy nasienia. Podniecająca deprawacja, namiętna destrukcja, następujące po niej spełnienie. To nie było nawet niewłaściwe, tylko zwyczajnie złe, dla postronnych oczu z pewnością obrzydliwe, grzeszna satysfakcja, uciszane wyrzuty sumienia.

Krzycz głośniej 


Ta chora fascynacja nie przeminęła, wręcz przeciwnie, zaczęła wzrastać, zmierzać ku apogeum. Kto by pomyślał, że igranie ze śmiercią może być aż tak przyjemne?


Jak chciałbyś umrzeć? 


Było stanowczo za późno, by temu zaprzeczyć. 




                             

8 komentarzy:

  1. Uśmiechnął się, spoglądając na Liama z uniesionymi brwiami. Cieszył się, że jego chłopak wydaje się na tyle rozluźniony, na ile było to możliwe w tej sytuacji. Sam również czuł się z tym dobrze. Chciał rozmawiać z nim o czymkolwiek Liam tylko miał ochotę mówić, byle nie skupiać się na nieprzyjemnych sprawach. Lecieli do Hiszpanii, żeby się odprężyć i właśnie o tym powinni myśleć. Na szczęście lot zapowiadał się dość spokojnie i gładko, bez turbulencji, więc to zdecydowanie sprzyjało pozytywnym myślom, pewnie nie zdążą się obejrzeć, a już będą lądować.
    – Jesteś pewny, że nie wywalą mnie… nas z wesela za takie zaskoczenie? Pamiętasz o mojej kruchej psychice? – zapytał z szerokim uśmiechem i chociaż w większości żartował o tej psychice, to rzeczywiście trochę niepokoiła go wizja zostania wykopanym ze ślubu za… właściwie to nie wiedział, za co, sprowadzanie Liama na złą drogę? Jakkolwiek śmiesznie by to brzmiało, nie można było przecież tego absolutnie wykluczyć, kto wie, co jego rodzina sobie o tym wszystkim pomyśli skoro nikt jeszcze nie wiedział, co ich łączyło. Z drugiej strony, Marcel również miał ochotę zobaczyć szok malujący na się kilku poważnych, ciotkowych twarzach. To była niebezpieczna mieszanka, chęć przypodobania się i umiłowanie do szokowania. Może to był całkiem dobry plan. Gdyby pierwszego dnia mógł wykazać się swoimi nienagannymi manierami bez żadnych dodatkowych atrakcji, jeszcze wyszłoby mu to na dobre? Marcel miał już pewne doświadczenie w udawaniu, że nic go z pewną osobą nie łączy, gdy byli razem w tym samym pomieszczeniu. Tak naprawdę nie wiedział, na ile jest w tym przekonujący, ale mógł się postarać.
    – Wiesz, słyszałem o udawaniu, że jest się czyimś chłopakiem albo dziewczyną, gdy tak naprawdę jest się tylko przyjaciółmi, bo na ślubie chce się pokazać rodzinie, że się kogoś ma, ale odwrotnie to jeszcze nie. – Spojrzał na Liama z rozbawieniem, wkładając sobie do ust sporą porcję ciasta. Było truskawkowe, a Marcel naprawdę za takim przepadał… no, właściwie to przepadał za wszelkimi słodyczami, kropka. – Ale w porządku, zgadzam się. Będziemy tylko przyjaciółmi, a potem zszokujemy ciotki, dasz mi buzi, przelecisz mnie na stole, czy co tam uważasz za odpowiednio gorszące – powiedział z zadowoleniem, lekko przechylając głowę w bok, po czym z pełną premedytacją oblizał dokładnie widelczyk i mrugnął do swojego chłopaka sugestywnie, już na zapas odbijając sobie swoje późniejsze grzeczne zachowanie.
    Marcel odłożył widelczyk i sięgnął po kieliszek z winem, żeby wziąć kilka łyków. No dobra, ta druga opcja nie wchodziła w grę, ale wizja wciąż była odpowiednio gorąca i szokująca, żeby mu się podobała.

    OdpowiedzUsuń
  2. Siedzieli już na pokładzie drugiego samolotu i Marcel z uśmiechem spoglądał na drzemiącego, opartego o swoje ramię Liama. Trochę mu zazdrościł, bo sam był zdecydowanie zbyt zestresowany perspektywą zbliżającego spotkania z jego rodziną, żeby zasnąć. Ale jednocześnie czuł się niesamowicie dobrze z myślą, że dzięki temu, że Lima czuł się przy nim na tyle bezpiecznie, żeby w spokoju zasnąć, stanowiliby teraz chyba całkiem uroczy widok.
    Marcel jednak nie tylko się stresował, był również naprawdę podekscytowany. W końcu nigdy wcześniej nie był w Hiszpanii i z ulgą zostawiał za sobą angielską monotonię. W myślach powtarzał już podstawowe zwroty po hiszpańsku, starając się przypomnieć sobie jak najwięcej z zajęć w szkole i nawet nie miał zamiaru zaprzeczać, że chciał zrobić dobre wrażenie na rodzinie swojego chłopaka, chciał im zaimponować i właśnie dlatego musiał upewnić się, że angielski nie będzie jego jedyną opcją, w razie gdyby któraś ze starszych osób nigdy się go nie uczyła, lubił być przygotowany na różne możliwości.
    Starał się nie myśleć stereotypowo, ale z tego, co Liam zdążył mu opowiedzieć, jego rodzina po prostu była trochę typowo hiszpańska, to znaczy duża i zżyta, kompletne przeciwieństwo krewnych Marcela, a żadna ze sztywnych zasad savoir vivre, które rodzice wcisnęli mu do gardła, gdy był jeszcze małym chłopem, nie będzie pewnie miała dla nich wielkiego znaczenia. Mimo to Marcel wiedział, że właśnie tych zasad będzie próbował się trzymać, przynajmniej dopóki ktoś nie poczęstuje go jakimś porządnym alkoholem, nie znał innego sposobu na robienie dobrego wrażenia.
    Nawet się nie zorientował, jak szybko leciał czas, po prostu był zbyt zamyślony… i już sam nie wiedział, czy przez chwilę spał, czy nie, ale wiedział za to, w jakim momencie zaczęli powoli zniżać się do lądowania. Stewardessa poprosiła wszystkich o powrót na miejsca i zapięcie pasów, a Liam w końcu się obudził. Marcel uśmiechnął się do niego lekko, prawie niezauważalnie zataczając ramieniem małe koła, żeby rozruszać zesztywniałe mięśnie. Chociaż nie był szczególnie zmęczony, patrząc na swojego chłopaka sam również mimowolnie ziewnął, zakrywając usta wierzchem dłoni.
    Spotkanie z kuzynostwem Liama w teorii nie stresowało go aż tak bardzo, głównie przez to, że wyobrażał sobie, że nie będzie musiał martwić się o wielką różnicę wieku. Mimo wszystko trochę pociły mu się ręce, gdy już schodzili z pokładu i musiał przypominać sobie, że to nic takiego, nie ma powodu, dla którego miałby nie zostać polubiony przez krewnych swojego chłopaka. Przynajmniej na początku, kiedy to nikt nie będzie nawet wiedział, kim tak naprawdę jest.
    Na szczęście fakt, że wreszcie był w Hiszpanii przyjemnie go od tego wszystkiego rozpraszał. Owszem, na razie widział tylko kawałek lotniska, ale wystarczyło to, żeby stwierdził, że hiszpańskiemu powietrzu bliżej do tego francuskiego niż angielskiemu. Gdy myślał o Francji, zawsze przypominał sobie słonawy zapach morza, wszechobecny w jego wspomnieniach z dzieciństwa i tutaj czuł coś podobnego. Z zaciekawianiem rozglądał się po terminalu, jego wzrok przesuwał się po tabliczkach, oznaczeniach, napisach po hiszpańsku. Angielskie odpowiedniki były zaraz obok, jak to na lotniskach, ale on starał się sprawdzić i na nie nie patrzeć.
    – Jestem gotowy na wszystko, Liam, szczerze. Znalazłem, zupełnie przypadkowo oczywiście, swój stary podręcznik do hiszpańskiego i już zacząłem powtarzać, tak wiesz, na wszelki wypadek. – Marcel pokiwał głową spoglądając na swojego chłopaka. Próbował, ale potrafił powstrzymać się od dalszego komentarza. – Dobrze, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, przynajmniej nikt nie będzie mnie rozpraszał jak wieczorem będę szlifował swój hiszpański – dodał, unosząc brew i lekko przechylając głowę na bok.
    To był całkiem niewinny komentarz. Marcel pamiętał, że kuzyn Liama może być już na miejsc i na nich czekać, a brał swoją rolę tylko kolegi bardzo poważnie.
    – To co, nie dajmy twojemu kuzynowi czekać – powiedział z uśmiechem, biorąc swoją walizkę. Wiedział, że bardziej gotowy na to spotkanie nie będzie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Marcel obserwował, jak ciepło i przyjaźnie Liam wita się ze swoim kuzynem. Trochę mu, albo raczej im zazdrościł takiego rodzaju związku, gdzie było to dla nich takie proste i naturalne. Mentalnie przygotowywał się też już do odezwania po hiszpańsku, choć, jeśli miał być szczery, nie do końca sporą część rozmowy swojego chłopaka z jego krewniakiem, bardziej kierując się tymi kilkoma znajomymi słowami, które wyłapał… ale okazało się to nawet nie być konieczne. Bo gdy Andres zwrócił się do niego, odezwał się po angielsku, co było naprawdę miłe i pomocne, jako że jego angielski był prawdopodobnie lepszy niż hiszpański Marcela.
    – Tak, to właśnie ja. Nazywam Marcel, miło cię poznać – odpowiedział, uśmiechając się do niego uprzejmie i potrząsając jego dłonią.
    Kuzyn Liama wyglądał mniej więcej tak, jak go sobie wyobrażał, to znaczy bardzo hiszpańsko i Marcel nie czuł się tak onieśmielony jego osobą, jak sądził, że będzie. To był zdecydowanie dobry znak, choć nie znaczyło to, że potrafił wyzbyć się pewnego, oby niezbyt zauważalnego, napięcia ze swojej postawy. Zawsze nieco się stresował, gdy poznawał nowych ludzi, chciał, żeby go polubili, a teraz było to szczególnie ważne, bo wiedział, że to dopiero początek myślenia o tym, czy aby na pewno zrobił odpowiednio dobre wrażenie na każdym z osobna.
    – Nie tak długo. Mój ojciec jest prawnikiem tak jak Liam, więc często bywam w sądach i kancelariach, tak się poznaliśmy. Przez przypadek wyszło, że chciałbym pojechać do Hiszpanii, no i jestem – odpowiedział z uśmiechem, bez zawahania decydując się na tę samą wersję wydarzeń o poznaniu się, jaką przedstawił wcześniej Ruby. Nie brzmiało to chyba zbyt podejrzanie, Liam zawierający nowe znajomości zawodowe i tak dalej. Nie, żeby Marcela kręciło prawo, ale akurat to było w tej chwili najmniej istotne. Zerknął na swojego chłopaka, oczekując, że ten potwierdzi tę wersję zdarzeń lub doda coś od siebie, skoro naprawdę miał zamiar przekonać wszystkich, że wziął na weselę siostry swojego tylko przyjaciela, totalnie, nic w tym dziwnego.
    Wyszli poza lotnisko i znaleźli się na wielkim, tętniącym życiem parkingu, gdzie Andres prowadził ich do swojego auta. Marcel rozglądał się dookoła, po raz kolejny i na pewno nie ostatni napawając się tym, o ile cieplejsze było tu powietrze i jak bardzo przypominało mu to dom. Ten prawdziwy dom. Naprawdę mu się podobało.

    [Hej! Jutro rano wyjeżdżam na winobranie. Nie będzie mnie plus minus dwa tygodnie, chyba będę miała internet, ale czas i głowę nie wiadomo, także w razie czego daję znać c;]

    OdpowiedzUsuń
  4. Marcel wsunął się na tylne siedzenie samochodu, zapiął pasy i westchnął głęboko, powtarzając sobie w myślach, że tak, to wszystko nie tylko dzieje się naprawdę, ale i teraz już z każdą chwilą będzie przyśpieszać. Sądził, że jest na to gotowy, naprawdę, ale teraz słuchając jak Liam rozmawia z kuzynem o swojej rodzinie, zaczynał się jednak trochę stresować. Przygryzł dolną wargę, jedynie kiwając głową z uśmiechem na zapewnienie Andresa o pięknych hiszpańskich kobietach, na których będzie mógł zrobić dobre wrażenie. Oczywiście miał zamiar się postarać zrobić to dobre wrażenie na wszystkich, niezależnie od płci, ale nie w takim celu, o jakim myślał kuzyn jego chłopaka.
    Przez chwilę Marcel prowadził z nim dość luźną i niezobowiązującą rozmowę, w większości o zbliżającym się ślubie i ich rodzinnej klinice, przy czym był wdzięczny, że dogadali się po angielsku, bo oczywiście z każdą chwilą też coraz bardziej wątpił w swoje zdolności utrzymania jakiejkolwiek rozmowy po hiszpańsku. Ale poza tym, było nawet miło, to znaczy dopóki tak jechali i Marcel mógł spokojnie a to wyglądać przez okno, a to wpatrywać się w zagłówek siedzenia Liama, który na chwilę przysnął. To chyba znaczyło, że czuł się tu dobrze. Tu, znaczy w Hiszpanii, ale też z rodziną.
    A potem dojechali na miejsce i Marcel przez chwilę miał ochotę zostać w samochodzie, ale naturalnie tego nie zrobił. Wiedział lepiej. Wyszedł na zewnątrz, znów odetchnął tym tak bardzo nieangielskim powietrzem i rozejrzał się dookoła, szybko oceniając, że dom Olivaresów jest naprawdę ładny, chociaż rzeczywiście wyglądało na to, że przygotowania do ślubu wciąż trwały. I jeśli miał odbyć się tu, na miejscu, a na to właśnie wyglądało, zostało jeszcze trochę pracy.
    No dobra, może nie aż tyle pracy, jeśli to odpowiednio rozdzielą, poprawił się w myślach, kiedy tylko zobaczył kilku młodych chłopaków śpieszących w kierunku Liama. To też musieli być jego kuzyni, rzeczywiście miał ich sporo. I już rozpoczął się ten wesoły, rodzinny gwar, tak bardzo obcy dla Marcela, który obserwował ich, stojąc z boku, bo nie był na tyle śmiały, żeby po prostu wpakować się w środek jego powitań z rodziną, zresztą byłoby to raczej w złym guście. Wciąż cieszył się jednak, że jego chłopak widział się z kuzynami i mamą, która byłą kolejną osobą, jaka wyszła z domu, żeby go przywitać i przytulić. Marcel wciąż się w nich wpatrywał, nie do końca rozumiejąc toczącą się właśnie rozmowę, bo była za szybka jak na jego zdolności, aż w końcu został zauważony przez panią Olivares.
    Od razu zaczął myśleć nad tym, czy dobrze wygląda, czy nie uśmiecha się przypadkiem sztucznie, czy nie palnie zaraz jakiejś głupoty i tak, musiał się szybko ogarnąć, bo to była matka Liama i choć jeszcze o tym nie wiedziała, właśnie poznawała chłopaka swojego syna. Lepiej, żeby nie miała mu nic do zarzucenia, prawda?
    – Dziękuję, bardzo mi miło i ja… tak, właściwie to jestem z Francji, przyłapała mnie pani – przyznał, uśmiechając się mimowolnie. Było to nawet lepsze powitanie niż się spodziewał. Nie wiedział, czy rzeczywiście nie wyglądał na Brytyjczyka, ale jeśli nie, to w jakiś dziwny sposób mu to pochlebiało. – A zjadłbym… obawiam się, że nie znam się za bardzo na hiszpańskiej kuchni, więc cokolwiek pani poleca – dodał uprzejmie, postanawiając wygodnie ominąć komentarz o tym, że jest chudy i najwyraźniej domaga dokarmienia. Osobiście nie sądził, żeby tak było, ale odmówić posiłku nie miał zamiaru. Zerknął tylko na Liama trochę pytająco, chcąc upewnić się, że jeszcze się nie wygłupił. Czuł się trochę dziwnie, jakby wszyscy się w niego wpatrywali, nawet jeśli wcale tak nie było i przypominały mu się od razu te wszystkie poważne, nudne lunche z rodzicami i ich poważnymi, nudnymi znajomymi obserwującymi każdy jego ruch. Na szczęście tutaj nic nie zapowiadało ani nudy ani szczególnej powagi, za co był naprawdę wdzięczny.

    [Nie ma sprawy, mam nadzieję, że już się zadomowiłaś <3]

    OdpowiedzUsuń
  5. Marcel przygotowywał się na to, że w domu Olivaresów powita go ciepła, rodzinna atmosfera, żywe rozmowy i tak dalej, ale dopiero, kiedy wszedł do środka i ujrzał rozsypane na podłodze buty, ściany pokryte dyplomami i zdjęciami i, co najważniejsze, jeszcze więcej kręcących się wszędzie osób, naprawdę był w stanie zobaczyć różnicę pomiędzy sobą a swoim chłopakiem, różnicę w tym, skąd pochodzili i wcale nie chodziło o kraj. Ściany zapełnione jedynie drogimi obrazami, idealnie zaścielone łóżka i ustawione w równym rządku obuwie w jego własnym domu wydały mi się nagle jeszcze zimniejsze niż zazwyczaj. Nawet dominujące w pomieszczeniach kolory, u niego biele i błękity, mówiły chyba trochę o mieszkańcach.
    Naprawdę próbował zapamiętać imiona kuzynów Liama. Carlos, Enrique, Cortez, Vito, który był na zewnątrz, Andres, którego poznał jako pierwszego… i przez chwilę wydawało mu się nawet, że to ogarnia, ale szybko zorientował się, że gubi się w tym, kto co właściwie mówił i kogo powinien w danej słuchać. Chyba właśnie o to chodziło, że należało słuchać wszystkich naraz i jeszcze coś z tego wynieść, a to chyba go trochę przerastało. Ale wiedział, że nikt nie miał tutaj wobec niego złych zamiarów, więc miał nadzieję, że początkowe uśmiechy i kiwanie głową na wszystko, co usłyszał chwilowo wystarczy. A potem się rozkręci. Czy coś.
    Chyba lubię dawać sobie wchodzić na głowę, pomyślał Marcel z rozbawieniem, obserwując jak kuzyni podbierają Liamowi jedzenie z talerza, bo biorąc pod uwagę jego dotychczasowe życie, była to jak najbardziej prawda. Nie należał do najbardziej asertywnych osób… być może gdyby dorastał w innej rodzinie, lepiej by sobie teraz radził. A tak, to słyszał podobne przekomarzanki jak te tutaj tylko w szkole, ale nigdy tak naprawdę ich nie rozumiał, szczególnie pomiędzy przyjaciółmi albo rodziną. Nie znaczyło to jednak, że go to nie interesowało.
    – Och. Połowę? – zapytał ze szczerym niedowierzaniem, odwracając się do swojego chłopaka. Więc było jeszcze raz tyle kuzynów do poznania? Niesamowite. Westchnął, po czym sięgnął po sztućce i tak, przynajmniej jedzenie smakowało nawet lepiej niż pachniało, przepadał za kuchnią pani Olivares już po pierwszym widelcu sałatki. – Świetna Escalivada – pochwalił z uśmiechem, spoglądając na mamę Liama, która obecnie zmywała naczynia.
    – Nie, nie. Tak właściwie, to naprawdę mi się tu podoba – przyznał też zaraz w odpowiedzi na ostatni komentarz pod swoim adresem, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że więcej niż jedna osoba patrzy na niego wyczekująco. No tak, oni przecież nie mieli pojęcia, czemu przyjechał. To znaczy no oprócz tego, że umawiał się z Liamem, bo o tym nie miał zamiaru ich informować. – No bo… hm, mam dosłownie dwie kuzynki i jednego kuzyna. Których nie widziałem od lat, mieszkają we Francji i, jeśli mam być szczery, nie jestem nawet pewny, czy pamiętam, jak się wszyscy nazywają. Nigdy nie byłem blisko ze swoją rodziną, no i chciałem zobaczyć, jak to jest. To prawda, że… całkiem przyjemnie. Macie szczęście – powiedział, kiwając głową bardziej do swojego talerza niż kogokolwiek w szczególności, bo wciąż był wśród praktycznie nieznajomych i potrzebował trochę czasu (albo alkoholu), żeby się do tego przyzwyczaić. Miał też nadzieję, że to nie było zbyt poważne wyznanie, był po prostu szczery, no i zakończył pozytywnie tak czy inaczej, czuł się tu miło przyjęty.

    [W porządku, zeszły rok poszedł mi w miarę gładko, więc teraz nie przechwalając liczę na coś podobnego :D A u Ciebie?]

    OdpowiedzUsuń
  6. Marcel przygryzł dolną wargę, powstrzymując uśmiech cisnący mu się na usta. Właściwie to nie działo się nawet nic zabawnego, przeciwne, czuł skupione na sobie ciekawskie, oczekujące odpowiedzi spojrzenia, a to sprawiało, że serce podchodziło mu do gardła i chwilowo blokowało dopływ powietrza. Ale z drugiej strony, sposób, w jaki Liam go, z braku lepszego słowa, bronił, dodawał mu pewności siebie. To nie tak, że nie był w stanie sam o sobie opowiedzieć, ale perspektywa pozwolenia Liamowi się wyręczyć również mu nie wadziła. Właściwie to uważał, że to miłe z jego strony. Pomimo wszelkich starań jego rodziców, żeby to zmienić, Marcel nigdy nie przepadał za byciem w centrum uwagi, jeśli mógł tego uniknąć.
    Teraz nie mógł jednak wiecznie udawać, że jest bardzo, bardzo zajęty swoim praktycznie skończonym posiłkiem, więc w końcu podniósł głowę i postarał się nie wyglądać na przerażonego perspektywą odpowiedzi na pytania o swoją przyszłość.
    Jasne, rodzice uczyli go przedstawiać się w jak najlepszym świetle odkąd miał zaledwie kilka lat, radzili mu nawet, jak ewentualną wadę obrócić w coś fascynującego, wartego zachodu lub godnego podziwu. Chodziło o pewność w głosie i brak zawahań w wypowiedzi, chodziło o obojętne, ale jednocześnie przyjemne nastawienie, jakkolwiek miałby w ogóle osiągnąć coś takiego. Rodzina Liama na szczęście nie była sztywniackimi znajomymi jego rodziców, więc i zasady imponowania im nie mogły być takie same... ale Marcel nie znał nic innego, więc skąd miał wiedzieć, co na nich zadziała? Znowu za dużo myślał, prawda? Odetchnął głęboko. Okej, nie chciał wyjść na całkowicie bez charakteru.
    – Cóż, to prawda – potwierdził powoli, przelotnie zerkając na Corteza z uniesioną brwią, ale ostatecznie wybił spojrzenie w Liama, chcąc dodać sobie trochę otuchy. – Zastanawiam się. Skończyłem szkołę średnią i zrobiłem sobie rok przerwy, żeby nie wybrać pochopnie. Mój tata jest prawnikiem, mama tłumaczem przysięgłym, więc jakiekolwiek miejsce w sądzie... nie byłoby szczególnym problemem – powiedział, ani trochę nie mijając się z prawdą. Uśmiechnął się jednak, wzruszając ramionami. – Ale za dobrze znam prawników, żeby chcieć jednym zostać. Bez urazy – mruknął w stronę swojego chłopaka. – Po prostu się nie nadaję, nieważne, jak dobry jest mój ojciec. Wolałbym...
    Zawahał się. Powinien? Pochwal się, no dalej, wyrzuć to z siebie, naglił go jakiś cichy głosik z tyłu jego głowy. Chciał go posłuchać, ale chciał też spróbować wreszcie trochę wyluzować. Rozważył swoje opcje.
    – Wolałbym pójść na medycynę – przyznał, właściwie czując się z tym wyznaniem całkiem dobrze. Jego rodzice nigdy nie mieli nic przeciwko medycynie jako takiej, problem polegał na tym, że Marcel nie chciał wybrać się na uczelnię, na której mieli oni znajomości. Wydawało mu się to nie fair, co tylko pokazywało, jak beznadziejny byłby z niego prawnik. W sądzie fair właściwie nie istniało, albo istniało kilka różnych fair w zależności od strony, której się zapytało.
    – No, to jest, jeśli miałbym wybierać z dwóch jedynych godnych szacunku zawodów. Jeśli nie, totalnie zostałbym psychoseksuologiem. – Uśmiechnął się szeroko, chociaż wiedział, że dla nikogo poza nim samym, no i może Liamem, nie mogło być to zbyt zabawne. Może nie powinien tego mówić, może jednak zrobił złe wrażenie, ale cóż ze swoją kartoteką, miał chyba marne szanse tak cyz inaczej. Nie jego wina, że był to fascynujący kierunek. W końcu kto jak kto, ale Marcel by zrozumiał wszystko, z czym przyszliby do niego klienci. To, że sam też potrzebował pomocy było tylko nieważnym szczegółem.

    [Po spędzeniu zaledwie 2 tygodni na 3 semestrze studiów przyznaję, że jednak ten semestr zapowiada się mi też nie za ciekawy, no ale przeżyję, bo przecież muszę! Trzymam kciuki za znalezienie pracy w takim razie, no i zazdroszczę psiaka... chociaż ja mam kotka, na którego też nie narzekam ;)]

    OdpowiedzUsuń
  7. Być może dla niektórych brzmiało to naprawdę dziwnie, ale Marcel nie był przyzwyczajony do towarzystwa. Wyłączając szkołę i wszelkie instytucje publiczne, rzadko przebywał w miejscach, w których musiał dzielić uwagę na więcej niż dwoje i tak naprawdę nie zdawał sobie z tego sprawy dopóki teraz nie otoczyło go nagle tak wiele osób. Wyłapanie wszystkich wymienionych słów, śmiechów i prychnięć było praktycznie niemożliwe i tylko utwierdzało go w przekonaniu, że nie powinien nawet próbować, że lepiej spokojnie odpuścić… ale co byłby z niego za masochista, gdyby serio to zrobił?
    Liam nawet pomimo długiej rozłąki wydawał się wciąż mieć naprawdę dobry kontakt z kuzynami, a jego mama patrzyła na niego ze szczerym uczuciem, które nie opuściło jej wzroku nawet, kiedy przeniosła go na Marcela, zupełnie jakby dla niego też chciała jak najlepiej, chociaż przecież ledwo go poznała. Właśnie ten szczegół naprawdę go uderzył i pomyślał, że chyba trochę zazdrościł swojemu chłopakowi rodziny.
    – Jasne, dziękuję. Do zobaczenia – powiedział jeszcze, zeskakując z krzesła i uśmiechając się do kuzynów i mamy Liama, którzy zostawali w kuchni. Opuszczał ich z pewnego rodzaju ulgą, że robienie pierwszego wrażenia ma za sobą.
    Podszedł za swoim chłopakiem do jego starego pokoju, po drodze spotykając kolejna nową osobę, żonę Andresa, Andreę, której imię rzeczywiście łatwo było w ten sposób zapamiętać… Zdążył tylko pomachać jej na powitanie zanim Liam pociągnął go dalej za sobą. Nie opierał się.
    Weszli na górę, gdzie z zaciekawieniem rozglądał się po korytarzu, po raz kolejny zauważając różnice pomiędzy swoim domem a rodzinnym domem Liama. W porównaniu, jego własny dom wypadał tak… szaro. Pusto. Przeciętnie. Nawet pokój, w którym mieli spać, w przeciwieństwie do tego Marcela w Londynie, naprawdę wyglądał jakby ktoś w nim mieszkał i sypiał. Włącznie z dziećmi, bo na podłodze leżało trochę zabawek, co tylko dopełniało cały ten przyjemny domowy obrazek. Nic nawet nie sprawiało wrażenia na tyle delikatnego, żeby należało się obawiać tego dotknąć.
    – Okej – mruknął trochę nieobecnie, kiwając głową i Liam wyszedł po ich bagaże.
    Został w pokoju i nagle zalała go fala nostalgii, bo przypomniał sobie własny pokój we Nicei, zanim się przeprowadził i wszystko się skomplikowało. Tam też musiał utrzymywać ścisły porządek, prawda, ale to nie miało znaczenia, bo jednak to właśnie tam czuł się jak w domu. Zawsze tam. Wciąż trochę tęsknił. Westchnął, zastanawiając się, czy Liam też jest tak samo przywiązany do właśnie tego miejsca, w którym się wychowywał. Jeśli tak, dobrze, że miał szansę trochę tu pobyć.
    Marcel był tak pogrążony w myślach, że nawet nie zauważył, kiedy jego chłopak wrócił z ich torbami. Odwrócił się do niego dopiero, kiedy ten się odezwał, sugerując, że jeden z jego kuzynów przespał się tu z jakąś dziewczyną. Uśmiechnął się i prawie przewrócił oczami, uważając ten pomysł za zabawny i nieprawdopodobny, ale wtedy Liam wyciągnął spod materaca otwarty lubrykant i opakowanie po prezerwatywie. Marcel zamrugał, zaskoczony, ale wcale nie mniej rozbawiony. Jakim cudem Carlosowi udało się to w domu pełnym ludzi, nie do końca mieściło mu się w głowie, ale był pod wrażeniem.
    A potem zrobiło się jeszcze lepiej. Liam po raz kolejny sięgnął pod materac i tym razem znalazł pod nim plakaty z nagimi facetami. Wyglądały na… cóż, używane, trochę pogniecione, ale ogólnie w dobrym stanie. A więc leżały tam, wciśnięte pomiędzy sprężyny odkąd Liam się wyprowadził? A wcześniej robił sobie do nich dobrze? Niesamowite. Marcel z umiarkowanym zainteresowaniem przyjrzał się ciałom mężczyzn prężących się na plakatach, a potem jego wzrok już z większym zainteresowaniem spoczął na trzymającym je Liamie. Uśmiechnął się do niego, lekko przechylając głowę w bok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Biedna Beatriz. I biedne to łóżko, przeszło tutaj aż za dużo z tobą i Carlosem – zauważył, z przekorą unosząc brew i przez chwilę przygryzając dolną wargę. Próbował nie łapać się za bardzo tej wizji, w której jego chłopak leżał w łóżku i… to nie był dobry moment. Upominał się, że do jutra są tylko przyjaciółmi. Tak. Totalnie. – Zmienił ci się typ czy to dla mnie zrobiłeś wyjątek? – dodał, sugestywnie spoglądając na zdjęcia. Wiedział, że to nie miało znaczenia, a wybór co do podobnych plakatów na pewno był ograniczony; to był jak najbardziej niewinny przytyk. Marcel po prostu nigdy nie przeszedł przez fazę papierowych gazetek pornograficznych ukrywanych pod łóżkiem, jego zainteresowanie od razu skupiło się na komputerze rodziców, bo mamy i taty i tak nigdy nie było w domu, a w internecie wybór był większy. Może właśnie dlatego, że nie miał z tym doświadczenia, uważał to za tak fascynujące.

      Usuń