23 grudnia 2014

[KP] Miłosz Dobrowolski


Miłosz Dobrowolski
Dziecko niespełnionych marzeń swoich rodziców. — Student trzeciego roku Inżynierii Akustycznej. — Domorosły grajek, nie rozstaje się z harmonijką, a pod łóżkiem trzyma pudło z gitarą. — Od roku z uporem maniaka próbuje okiełznać fortepian. — Maratończyk z lekką nadpobudliwością. — Najbardziej na świecie nie znosi trzech rzeczy: rodzinnych obiadków, znajomych swojego brata, oraz samozwańczych poetów. — Buntownik z powodem. Nawet najmniejszym. — Problemy z agresją rozładowuje pokonując kolejne kilometry w starych adidasach. — Pali po kryjomu, ale tylko na rodzinnych wyjazdach.— Mam ochotę Cię te­raz uderzyć. Wy­mie­rzyć siar­czys­ty po­liczek. Jed­nak to nie wszys­tko... Za­raz po­tem chcę Cię po­całować. Na­miętnie, zachłan­nie. A jeszcze po­tem usłyszeć, jak wyk­rzykujesz, że mnie niena­widzisz. 

18 komentarzy:

  1. Kiedy przyszło mu wypakować swoje rzeczy z taksówki, był spokojny. Wnieść je na parter (po dość stromych, wejściowych schodach), lekko się podirytował. Swoje usta ułożył w ewidentnym grymasie, gdy recepcjonistka włożyła w jego zmarznięte, suche dłonie kluczyk z numerem dwudziestym piątym i rzekła, że rodzina już czeka. Wiedział, że czeka. Doskonale zdawał sobie sprawę z ich nerwowo podrygujących nóżek, powyginanych nerwowo palców i w napięciu nuconych piosenek. Chcąc nie chcąc znał ich, z przerwami na czas studiowania, całe dwadzieścia trzy lata – Dobrowolscy każdy rodzinny wyjazd traktowali jak chrześcijańskie święto bez Jezusa w centrum uwagi; tym razem padło na ciotkę, Elżbietę, która górskimi krajobrazami chciała przyświecić mijającej pięćdziesiątce. Aż dziw brał, również samego Franciszka, że najmłodsze pokolenie pokornie przyjeżdżało na takowe zjazdy, a i momentami, gdy nikt nie patrzył, zdawało się czerpać z nich niemą satysfakcję. Tegoroczne spotkanie było wyjątkowe nie tylko ze względu na nieubłaganie zbliżającą się starość samej Elżbiety, ale i wśród zebranych pojawić się miała najstarsza z dzieci Dobrowolskich – Joanna. Zawsze wycofana, tym razem chodząca pod rękę ze swoim trzydziestoletnim wybrankiem. Franciszek nie zapamiętał imienia mężczyzny, jednak wiedział, że nie zdąży otworzyć ust, by przydomek szwagra został na dobre wyryty w jego głowie.
    Pokój dwudziesty piąty mieścił się, a jakże, na piętrze drugim, tuż obok niewielkiego balkonu i, jak podejrzewał po podniesionych głosach, apartamentu przyszłych narzeczonych (tak, Joanny i jej partnera). Aż uśmiechnął się, delikatnie, niewymuszenie, gdy z ust jego siostry padło ostrzejsze, oskarżycielskie wyznanie. Swemu miśkowi zarzucała małe zaangażowanie, nudne współżycie i coś jeszcze; coś, co zagłuszone zostało pogłosem otwieranych drzwi.
    — Le Carbousier by wzgardził, aczkolwiek Jaruzelski byłby zachwycony — powiedział na wstępie, rozglądając się po dwuosobowym pomieszczeniu. — Widzę, że łóżka zdążyłeś już rozdzielić.
    To powiedziawszy zerknął na brata, którego obecność już na parterze wdarła się w jego kości. Jedni powiedzieliby, że to przypadłość bliźniaków, on obwiniał mrozy i nieustające zmiany temperatury. I teraz, kiedy przyszło mu obserwować rozwalonego na łóżku Miłosza, wzdrygnął się nieznacznie.
    — Kurewsko tu zimno, grzeją? — pytał retorycznie, chodząc energicznie po pokoju, szukając grzejnika, najmniejszego. — Będziesz chory.
    Mruknął na końcu, klęcząc przy biurku i zwracając się w stronę brata. Jakby dostając olśnienia zatrzymał się na moment, a wraz z nim cała jego sylwetka; ta okryta została zdecydowanie zbyt dużą ilością warstw materiału, od koszulki przez sweter i z płaszczem włącznie. Jedynie szalik, zapomniawszy zachować fason, osunął się na jego przedramię i odsłonił szyję, tak przecież podatną na najmniejsze podmuchy zimniejszego powietrza. Wiedział, czuł to przecież, że narażony został nie tylko na choroby swoje, ale i drugiego z nich, podobnego, z którym przyszło mu dzielić pokój w pensjonacie.
    — Miłosz, do cholery, czy ty mnie w ogóle słyszysz? — stwierdził podirytowany, z wolna wstając z podłogi, zdejmując szarą czapkę i rozsupłując się z wełnianego szalika w kratkę. — Masz, załóż to.
    Zajęło mu kwadrans by wydobyć z otchłani swej torby przyzwoity, granatowy sweter. Dość szeroki, nawet go lubił. Zanim go rzucił na drugie z łóżek, powąchał materiał, by zdać sobie sprawę, że dwa dni temu miał go na uczelni. Westchnął.
    — Muszę go wyprać, ale może, to jutro.
    Mówił do siebie często, jednak tylko wtedy, gdy zaaferowanie daną sytuacją nie pozwalało mu na oswojenie nowego miejsca. Wiedział, że już jutro, wieczorem najprawdopodobniej, rozłoży się w fotelu, który wpadł mu oko przy recepcji, i na parę godzin zatopi swój świat w rzeczywistości innego pisarza bądź pisarki.
    — Gdzie są wszyscy? — spytał już spokojniej, rozkładając na nocnym stoliku trzy, ledwo rozpoczęte lektury. — Zbliża się godzina kolacji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Działali jak w małym, irytującym zegarku z kukułką; jeden sięgał po kubek z kawą, drugi mu już ją podawał. Na twarzy jednego pojawiał się grymas, drugi zdążył go zinterpretować i znaleźć na chwilową nieprzyjemność antidotum. Nieświadome zazębianie się ich działań, nurtująca ludzkość bliskość jednojajowego rodzeństwa, dla nich była zwyczajną codziennością. Tak więc, gdy Miłosz niezgrabnie odłożył płaszcz brata, ten posłał mu wymowne, niemal obsesyjne spojrzenie. Wiedział przecież, że jego nienaganna równowaga znajduje swoje odzwierciedlenie w całym otoczeniu, toteż niedbale rzucone ubranie nie miało racji bytu. Zmuszony był, chcąc nie chcąc, przejąć inicjatywę i ze skupieniem tworzącym zmarszczki na jego czole, odwiesić płaszcz do drewnianej, niewielkiej szafy.
    — Oh, skończ z tymi konwenansami. Dobrze wiemy, że miło, że dzień dobry i długo cię nie widziałem — wymamrotał otrzepując spodnie z kłębku kurzu, który przyczepił się do jego nogawki. — Oni tu odkurzali? Zresztą, wracając, niepotrzebne mi jest twoje powitanie, jeszcze dzisiaj zdążę się na ciebie wkurwić, pewnie o drobnostkę. Zdecydowanie za dużo przeklinam, to rodzina, rodzina...
    Nie wiedział, kiedy personalne, kierowane do brata zdania transformowały się w indywidualne wynurzenia. Jedna wypowiedź gładko przechodziła w drugą, w myśl, która powinna zostać w jego głowie. Ale tak to podobno jest z pisarzami, że gdy nie mają pod ręką pustej kartki, ich słowa stają się lawiną nieprzemyślanych zwierzeń. Przynajmniej tak przeczytał Franciszek w jednej z literackich kobył, a że posiadał swe piśmienne aspiracje stwierdził, że i on pozwoli sobie na podobne zachowanie.
    Kiedy do względnego porządku doprowadzi własną sylwetkę, włączając w to zsunięcie okularów na niemal czubek nosa, spojrzał wymownie w stronę brata. Zbliżywszy się do niego westchnął cicho, po czym przeszedł do kolejnego rytuału. Skupiony na pożyczonym swetrze, wyprostował go na ciele brata, podwinął rękawy i schował wystającą spod wełny koszulkę.
    — Ta twoja kokieteria... — zaczął z dezaprobatą na moment spotykając się spojrzeniem z Miłoszem. — Dobrze wiemy, że rodzinne wyjazdy sprawiają ci niemal męczeńską przyjemność... To pewien rodzaj fetyszu, fetyszu społecznego, tak myślę.
    Gdy tak wygłaszał pod nosem kwazi-socjologicze tezy, zdążył ułożyć bratu grzywkę i zmierzyć się z jego niewdzięcznymi oczami. Przez głowę, w jednej sekundzie, o której chwilę później zapomniał, przeszła mu myśl, że aż tak długo nie widział bliźniaka, że ten nabrał w postawie iskrę butnej stanowczości. A być może miał tak zawsze, tylko wcześniej Franek niespecjalnie się tym przejmował.
    — Nadal jestem przystojniejszy — dodał odsuwając się na krok od ciała brata.
    Zlustrowawszy jego sylwetkę uśmiechnął się łobuzersko, niczym sprzed kilkunastu lat. Tak, zdecydowanie nie widział go parę miesięcy, ostatnio prawdopodobnie na urodzinach matki. Pamiętał, że wyjeżdżał z rodzinnego miasta z zadrapanym karkiem i poobijaną łydką. O co się wtedy pokłócili? Nie pamiętał. Nawet milczący fejsbuk zdawał się być dla niego normą, choć w rzeczywistości niejednokrotnie szpiegował wrzucane przez Miłosza zdjęcia. Zabawne, że jego troska działała na tak dużą odległość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Zacząłeś interesować się moim życiem po tak długim czasie? — odpowiedział wymijająco, gubiąc ciekawskie spojrzenie bliźniaka. — Wbrew pozorom mam swoje życie, swoich znajomych, o których zapewne nie muszę ci przypominać, więc i oni wymagają ode mnie trochę uwagi. Mówiąc prościej, miałem dzisiaj kaca. Moralnego też.
      Aż go skręciło na wspomnienie wczorajszej domówki, co skwitował zmrużeniem oczu i nieśmiałym grymasem. Jak zawsze, kiedy przyszło mu wracać myślami do idiotycznych sytuacji, odchrząknął głośno.
      — Jesteś głodny — stwierdził po chwili; wziął w dłonie własną parę kluczy i skierował się u drzwiom. — Mam ochotę na wino, grzane, myślisz że je tu mają?
      Nie czekając na odpowiedź wyszedł z pokoju, by dopiero przy schodach poczekać na brata. Jakby dając mu chwilę na moment intymności. Zresztą sam musiał odetchnąć przed tym, co go czekało — nie mylił się. Po przekroczeniu progu lokalnej stołówki, która w zasadzie była pomieszczeniem do wspólnego spędzania czasu dla wszystkich gości, naskoczyli na niego wpierw matka z ojcem, następnie Joanna z...
      — Pamiętasz Grzegorza? — zaświergotała oplatając Franciszka w pasie. — Może pogramy późnym wieczorem w karty?
      — Może, może...

      Usuń
  3. Być może ich braterskie relacje nie były idealnym wzorcem, literackim, jak powiedziałby Franciszek, ale zdecydowanie wymagały szczegółowej analizy psychologicznej. A skoro od dawna rola psychiatry spoczywała na naszym niewyżytym pisarzynie, to ten notorycznie podejmował próby zrewidowania uczuć, jakie żywił do bliźniaka. Nie ukrywał, że chłopak jest mu jedną z najbliższych osób, jednak podążając za nieprzemyślanymi ciągotami do ranienia członków rodziny, Franek notorycznie wkuwał w brata werbalne szpile. Nie przemyślawszy konsekwencji własnych słów, najczęściej kończył z poobijanym ciałem, ale podirytowanie Miłosza warte było każdego siniaka, szczypiącego zadrapania czy nawet tę pamiętną, skręconą kostkę.
    — Magia i miecz — odpowiedział beznamiętnie, przelotnie zauważając naczynko z grzanym winem; uśmiechnął się nieznacznie. — Jestem w tym beznadziejny, Aśka. Nie moglibyśmy postawić na, nie wiem, państwo miasto?
    Mówił, choć myśli na dobre osiadły wokół bliźniaka, który dziwnie spokojny siorbał tłumiący alkohol. Niesmak sprzed kilku godzin nadal pozostawał na ustach Franiszka, a chcąc nie chcąc wspomnienie ich rozmowy niczym w zapętleniu odtwarzało się w jego głowie. W przeciwieństwie do większości ludzi chłopak zazwyczaj nie wracał, przynajmniej publicznie, w dialogach, do wcześniejszych kłótni. Raczej pozwalał im się rozpływać podczas długich, bezsennych wieczorów. Wiedział, że i dzisiaj będzie się musiał z takowym zmierzyć.
    — Oszalałeś, zawsze w to wygrywasz. Losuj postać i zaczynamy.
    Został krasnoludem, na co z jego gardła wydobył się przydługi jęk. Naprawdę nie w smak mu było z fantastycznymi światami – te pozostały jedynie licealnym, miłym wspomnieniem. Karty jednak rozdzielono monety również, a Franciszek sięgnął po własną porcję grzańca, po czym zgrabnym ruchem wślizgnął się tuż obok brata. Niski, ale szeroki fotel wydawał się idealny dla dwóch, szczupłych osób. Jednak nie do końca wyobrażenia te splotły się z rzeczywistością...
    — Posuń się trochę — stwierdził cicho, ignorując pozostałe, wolne miejsca.
    Tym sposobem nie tylko wymazywał z pamięci jego wcześniejsze przekleństwa, ale też i łagodził napięcie, które zdawało się dotykać tylko ich dwójkę. Siedząc dość pokracznie, ale nadal wygodnie, założył prawą nogę na uda Miłosza, w jednej dłoni dzierżąc gliniany kubek z wiem, drugą luźno kładąc na oparciu fotela. Nie musiał czekać długo, by tuż obok Grzegorz na nowo zapomniał jednej z podstawowych zasad gry, a mianowicie kierunku poruszania się figurek.
    — Całkiem uroczy, nie? — spytał szeptem upijając łyk wina i spoglądając na profil brata. — Aśki chłopak, dla jasności.
    Jeszcze chwilę pozostawał w niemej fascynacji, nie tyle fizycznością mężczyzny, co jego ułożonym, niemal flegmatycznym sposobem bycia. W tym samym momencie zdał sobie sprawę, że z wybrankiem siostry nigdy nie miał okazji porozmawiać. A to dziwne przy całej gwałtowności, a w tym gadatliwości rodziny Dobrowolskich.
    Chwilami, gdy przychodziła kolej Franciszka na rzut kostką, chłopak to nachylał się nad planszą, czując silny ucisk w prawym udzie, to nakazywał siostrze rzucać w jego imieniu. W pierwszych turach stracił całe złoto (został obrabowany), zyskał przyjaciela („Krasnolud na jednorożcu, to się kłóci z samą ideą bycia krasnoludem!”) oraz zdążył się na tyle znużyć, aby pod nosem komentować irracjonalne zachowanie zakochanej siostry.
    — Miłość jest idiotyczna, robi z nas tępych debili.
    W końcu jego ciało rozluźniło się na tyle, by niemal zlewać się z materiałem fotela czy sylwetką brata. Czuł się przyjemnie odprężony, kiedy jego dłoń zawędrowała na linię szczęki Miłosza.
    — Schudłeś — stwierdził z widoczną ciekawością, palcem zataczając krąg tuż nad uchem bliźniaka. — Ze stresu?

    OdpowiedzUsuń
  4. — Biegasz, gdy się denerwujesz — skwitował będąc pewnym wcześniejszego spostrzeżenia. — Stres jest z tym ściśle powiązany. Przechodząc do meritum, miałem rację.
    Franciszek nadgryzał nasiąkniętą winem skórkę pomarańczy, gdy to przypadkiem natknął się na goździk, który niebezpiecznie zagnieździł się w owocu. Skrzywił się widocznie uważając, by czerwone wino nie spłynęło na kołnierz śnieżnobiałej koszuli, która elegancko wystawała zza ciemnego swetra. Coby nie mówić, nie wyrzucać mu najbardziej karygodnych z cech, poczucie galanterii zawsze plasowało się na odpowiednio wysokim poziomie. Zresztą nie tylko jego sylwetka zyskiwała na tej nieuświadomionej zdolności. Całość rodziny, jak i okazjonalnie znajomych, otrzymywała od Dobrowolskiego kunsztowne koszule, szale czy mniej wykwintne prezenty. Urodzony z ideą ratowania świata, chłopak skończył na zbawianiu wyglądu.
    — Dzieje się coś konkretnego?
    Kontynuował, gdy Joanna pożegnała ich jednym ze swoich milszych uśmiechów. Widocznie zadowolona, z dłońmi w kieszeniach dizajnerskiej, dłuższej spódnicy, odeszła w widocznie pozytywnym humorze. Dobrze, dobrze dla niej. Przynajmniej jedno z nich przestanie płakać po nocach i żalić się na samotny los każdego człowieka. A może to tylko on, naczytawszy się zbyt wiele na temat pokolenia Y, kończył z werterowską depresją w sercu. Odprowadził więc siostrę z ciepłem rozlanym po całym ciele, również na policzkach, które nieskromnie zabarwiły się od gorącego wina.
    Wbrew pozorom alkohol nie wpłynął na jego samopoczucie. Raczej stał się przyjemnym tłem dla głośnych okrzyków matki i niskiego śmiechu ojca. Uśmiechnął się, jakby od niechcenia. Oderwany od codziennej rzeczywistości na nowo znalazł się gdzieś; trwał poza studenckimi realiami. Ocknął się, gdy dłoń bliźniaka zacisnęła się na jego udzie. Twarze znajomych rozpłynęły się mu sprzed oczu, ich delikatne rozbawienie również. To dziwne, że potrafił aż tak stęsknić się za ludźmi.
    — Jadu?
    Teraz to od zaśmiał się cicho, gardłowo. Postępując zgodnie z, paradoksalnie, rozkazem, na nowo zawędrował dłońmi na szyję Miłosza. Bawiła go ta sytuacja, inna od ich ostatniej, nieco zbyt frywolna, ale przecież pozwalał sobie przy nim na dużo więcej.
    — Na siłę chcesz być złym chłopcem, prawda? Miłosz, jakiego jadu? Wbrew pozorom zgrywanie podirytowanego dzieciaka nie wychodzi ci najlepiej. Zmień ideę, powiedzmy... — tu zamyślił się na moment, by w końcu wpaść na jeden z mniej genialnych pomysłów. — Na zbuntowanego, ale względem życia studenta. To do ciebie znacznie bardziej pasuje.
    Wsuwając palce za, nota bene, swój sweter, a znajdując oparcie dla dłoni na karku chłopaka, zastopował swoje ruchy. Poczuł się znużony wcześniejszą grą, podróżą, być może i rozmową. Chciałby odwrócić się w stronę rodziny, która usadowiła się gdzieś dalej, za nimi, dziwnie pomijając ich obecność. Podirytowałby się, gdyby nie przyjemność sekundowej ciszy. Podrygujące przed nimi pozostałości gry, podświetlane przez światło komina, nadawały sytuacji efemerycznej atmosfery. Przymknął oczy, gdy ogień kominka odbił się w szkłach okularów.
    — Nie wybaczę ci tego, że nie masz wady wzroku — wymamrotał. — To dowód na to, że muszę być starszy. Wziąłem wszelkie niedogodności na siebie. Bądź wdzięczny.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jego słowa nie były przypadkowe. Niejednokrotnie matka pytała o życie Miłosza, przez telefon, w zdawkowych mejlach i, o dziwo, na fejsbuku. Rodzicielska troska skutecznie przelała się w głowę samego Franciszka, który zaczął szczególną uwagę zwracać na internetową aktywność brata. W końcu jednak poprzestał, pochłonięty własnymi sprawami, esejami, które miał do napisania, słowami, które z wyprzedzeniem szykował do towarzystwa, dłońmi, które pijacko błądziły po ciałach innych osób. Zwyczajnie, oddalony od bliźniaka, skupił się na studenckim, prywatnym życiu. Pomimo tego słowa Miłosza nie tyle zaatakowały jego myśli, ale zdawało się, że boleśnie wgryzły się w chłopięcą skórę. Wraz z wysupłującą się z jego dłoni sylwetką brata, Franek otworzył zmrużone oczy i parsknął gniewnie:
    — Ja pierdolę, nie będę się prosił o twoją uwagę. Nie zależy mi.
    Kłamał, świadomie. Nauczony życia w ciągłych sprzeczkach, nie tylko rodzinnych, takimi stwierdzeniami ryzykował budowane przez lata zaufanie. A być może, być może rzeczywiście powoli sobie odpuszczał? Sinusoida zachowań Miłosza wyprowadzała go z osiąganej przez dni równowagi. Przyszedł czas, aby przestać zabiegać o najmniejszą odpowiedź z jego strony.
    Tak podburzony, myślami, które utknęły na końcu jego języka, podniósł się nerwowo z fotela i zapomniawszy o grzanym winie, podszedł do rodziny. Wystarczyło mu parę minut, by uspokoić drgające dłonie. Sięgnąwszy więc po nalewkę, tę od Krzysztofa, wiśniową, zauważył, iż przyszło mu skrzyżować spojrzenie z siedzącym obok Grzegorzem.
    — Nigdy nie przepadałem za kawałami — wytłumaczył się widząc, że mężczyzna ocenia jego milczącą postawę. — Wszechobecny rasizm, seksizm i homofobia nie są dla mnie.
    Ostatnie zdanie dodał ciszej, niczym kilkuletni chłopiec. Nie przepadał za obnoszeniem się z własnymi poglądami, choć potrafił je solidnie obronić i poprzeć konkretnymi argumentami. Paradoksalnie władza ta ginęła, gdy trafiał w towarzystwo własnej rodziny. Uniósł więc dumnie podbródek, coby nadrobić stracony animusz, i wypił rozlewaną nalewkę. Przy trzeciej z rzędu kolejce, ponieważ sam nie przepadał za piciem, zrezygnował ze wspólnych rozmów.
    — Nie martw się, nie każdy musi podążać za grupą — powiedziała do niego Joanna, która najwidoczniej przesadziła z postawionym alkoholem. — Wyglądasz na zmęczonego, idź się połóż.
    Nie był ani znużony, ani śpiący, ale wizja swobodnego, niezwiązanego z jakimikolwiek konsekwencjami, odejścia od stołu wydawała się kusząca. Swobodnie podniósł się z drewnianego krzesła, rękę opierając na ramieniu ojca, po czym odsunął się od współczesnych biesiadników. Nie byłby sobą, gdyby na odchodne, na przekór, nie skierował w stronę Miłosza środkowego palca. Nadal wściekły, choć jedynie w głowie, odwrócił się od sylwetki siostry i szybszym krokiem powędrował w stronę wyjścia z sali.

    OdpowiedzUsuń
  6. — Śmierdzisz fajkami — powiedział, gdy przyszło mu wyjść z łazienki z mokrym ręcznikiem przerzuconym przez ramię.
    Nigdy też nie przepadał za pidżamami, więc na jego ciało narzucone zostały luźne dresy oraz znacznie mniejszy, czarny tshirt. Myślał, siedząc jeszcze chwilę temu na balkonie, że kolejne godziny spędzi samotnie, oglądając na telefonie mało zabawne filmy z jutjuba. Nie przyznałby się do tego; z pewnością nie przed znajomymi, którzy przez snem najprawdopodobniej spajali słowa Nabokova czy innego Kuczoka. Na rozleniwione ciało brata zareagował więc impulsywnie, tłumiąc złość we własnym zarodku.
    — Mógłbyś, dla dobra wspólnego, nie palić przynajmniej na tym wyjeździe?
    Miał dość, choć myślał, że zapomniał o ostrych słowach bliźniaka na moment po wyjściu z jadalni. Mylił się, znacznie, ponieważ nieprzyjemne, popychające go do gwałtowności uczucie uderzyło ze podwojoną siłą. Szkoda tylko, że ta zazwyczaj znajdowała odzwierciedlenie w słowach, stając się głuchą na żądania ciała. Z prawdziwą nonszalancją Franek łączył więc eleganckie zdania z przekleństwami, zakładał nogę na nogę, kiedy zwyczajnie wystarczyło przeciwnika mocniej kopnąć w krocze. I tym razem werbalizował kiełkującą złość, zamiast przemilczeć niepotrzebne słowa i zdzielić, po bratersku, Miłosza w łeb.
    — Wkurwiasz mnie, wiesz? — zaczął czując, jak jego ręce na nowo wpadają w nieopanowane drgawki. — Jestem tutaj niespełna kilka godzin, a ty już akcentujesz swoją obecność na wszelkie sposoby. Nie moja kurwa wina, że nie radzisz sobie z własną osobą (…).
    To mówiąc, stał naprzeciwko łóżka,z dłońmi założonymi za głowę. Chciał choć trochę przybliżyć źródło podirytowania, niemal agresji, ale czym bardziej się starał, tym częściej gubił potrzebne słowa, na siłę próbując znaleźć przyjemne synonimy. Jak każdy, tak wydaje się narratorce, młody człowiek, pogrążył spójny monolog w przedawkowanych przekleństwach.
    W końcu zamilknął, zmęczony sięgając po okulary odłożone na jeden z nocnych stolików. Wycierając je skrawkiem czarnego tshirtu, usiadł, w celu zaakcentowania swoich racji, na skraju własnego łóżka.
    — Jeśli ten sweter będzie jebał tytoniem obiecuję, że uduszę cię nim w nocy.
    Z należytą uwagą wyczyścił minusowe szkła, po czym uważnie założył je na nos. Idealnie wyprofilowane, drewniane oprawki zsunęły się po mokrej skórze, więc Franek kilkakrotnie podsunął je wyżej. Miał zamiar przeczytać parę zdań pierwszej lepszej lektury, choć podświadomie wiedział, że uśnie przy pierwszej dużej literze. Alkohol zdecydowanie negatywnie wpływał na jego ambicje. Mlasnął z niezadowoleniem.
    — Matka się o ciebie martwi, Miłosz.
    Ostatnie zdanie dodał po dłuższej pauzie, szukając w półmroku spojrzenia brata. Chciał oddać komuś poczucie odpowiedzialności, jakie spadło na niego przy okazji tegorocznego odcięcia się bliźniaka od rodziny.

    OdpowiedzUsuń
  7. Chciał jeszcze coś powiedzieć, przynajmniej jedno, złośliwe słowo, które w tym momencie przechyliłoby szalę zwycięstwa na jego stronę. Niestety dla ambicji Franciszka, stety dla ogólnej atmosfery wyjazdu, Miłosz nie stanął do zaproponowanego starcia. Gdyby nie przyzwyczajenie nakazujące brać każde zachowanie braci w zapobiegawczy nawias, jeden albo drugi wcześniej polegliby na stworzonym lata temu ringu. Jednak do tej pory działo się tak, że w odpowiednim momencie pasowano lub przechodzono do rękoczynów, tuż przed wyklarowaniem się poważniejszych, moralnych konsekwencji. Franek przyzwyczajony był do sinusoidalnych zachowań brata, raz kończył z podbitym okiem, w innym momencie z mizernym kwiatem wetkniętym za ucho, toteż i tym razem odetchnął głębiej i zakończył temat.
    Być może bliźniak miał rację, że z każdym kolejnym dniem on – niespełniony pisarz i obdrapany humanista – staje się miniaturą własnego ojca. To dziwne, bo jeszcze niedawno skutecznie powstrzymywał podobne odruchy; starał się tym samym gestem nie brać do dłoni kubka, nie spoglądać znad okularów z widoczną pogardą, nie podszywać słów filuterną megalomanią. Aktualnie już nawet nie pamiętał, czy dane zachowanie od początku przynależało do niego, czy może zapożyczył je od Jana Dobrowolskiego.
    Niezwykle drażniło go, gdy Miłosz popadał w, rzadkie bo rzadkie, melancholijne stany. Nie akceptował jego osoby jako biernego odbiorcy. W sytuacjach, gdy brat wycofywał się z rozmowy, on nie miał na tyle siły, czy być może odwagi, by na niego dłużej napierać. Rezygnował więc podirytowany. A chciał mu powiedzieć jeszcze wiele: że się użala, że ojciec jest, jaki jest i na cholerę się nim przejmować, że powinien przestać koncentrować się na wyimaginowanym, nieuzasadnionym żalu. Zamiast gwałtownej tyrady usłyszał jednak odgłos zamykanych drzwi, a chwilę później strumień wody, która zapewne była na tyle gorąca, że zostawiała na ciele brata zaczerwienione smugi. Zawsze z tym przesadzał.
    Wsunąwszy się pod cienką (szlag by to, będzie zimno w nocy) kołdrę, sięgnął po jeden z reportaży Czarnego. Tym razem o Ku Klux Klanie. Odnalazł zaznaczoną stronę, po czym trzy razy przeczytał zdanie wybranego akapitu, by zorientować się, że nic z niego nie rozumie. Dłonią przetarł zmęczone oczy.
    — Tak, chyba też tak myślałem.
    Nim odpowiedział potrzebował chwili, by wyostrzyć kształty: brzegu książki, wiszących, zdawało mu się, że w powietrzu, okularów, jeszcze delikatnie mokrego ramienia brata. Nie odebrał od niego oprawek czy reportażu, a niezdarnie uniósł górną część ciała podpierając się na zgiętej, prawej ręce.
    — Wydawało mi się, że za ścianą słyszę piechotę napoleońską, która szła na dół, na śniadanie — stwierdził półprzytomny siadając po turecku z dłońmi na udach; dopiero teraz, będąc już w pełni świadomy, zerknął na sylwetę bliźniaka. — Chłopcze, przecież ty się przeziębisz śpiąc w samych bokserkach.
    Gdyby nie chwilowa drzemka, już teraz szukałby obszerniejszej koszulki (wiedział, że Miłosz takie preferuje), by ten nie popełnił niechcianego samobójstwa. Zamiast tego jednak skupił się na jego ciele, delikatnie rozpływającym się w półmroku. Kilkakrotnie podchodził do wypowiedzenia kolejnego zdania, ale rezygnował, jakby słowa po raz pierwszy się od niego odwróciły.
    — Z kim tym razem?
    Widząc zdziwione spojrzenie brata, uśmiechnął się z ukosa, podbródkiem wskazując jego plecy. Dawniej oszalałby na samą myśl o bezpodstawnych bójkach, ale od przeszło dwóch lat przyjmował je z oczywistą akceptacją. Lepsze to niż dragi, wmawiał sobie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Obudził się na niecałe trzy minuty przed trzecią w nocy. Okulary, nie wiedząc kiedy, na nowo położył na nocnym stoliku. Książka znalazła się po jego prawym boku, a koszulka podsunęła powyżej pępka. Nigdy nie potrafił usnąć elegancko; tak, jak pierwotnie zakładał. Bolała go głowa. Delikatnie, jedynie poprzez rytmiczne pulsowanie w prawej skroni. Niespecjalnie przeszkadzała mu ta niedogodność. Zastanawiał się tylko, czy aby przypadkiem nie ma ona związku z wcześniejszymi nalewkami. Przetarł więc dłonią skroń, jakby za sprawą dotyku monotonny ból miał zniknąć. Nie zniknął.
    Kondycja człowieka obudzonego w środku nocy nigdy nie należy do najlepszych, ta Dobrowolskich również. Toteż pierwsze dwie próby ponownego zaśnięcia okazały się być idealnymi momentami do jeszcze większego rozbudzenia myśli, potem ciała. Nic więc dziwnego, że Franciszek już chwilę później krzywo balansował na nogach, na nowo, jak każdego ranka, próbując je opanować.
    Rozejrzał się po pokoju, było wyjątkowo jasno. Być może górskie noce są inne, milsze. Z mroku, poprzez poświatę księżyca, wyłaniały się skromnie umeblowanie pomieszczenia, fikuśne, kolorowe fragmenty pościeli i niemal żarzące się, jasne włosy Miłosza. Jego były niemal identyczne, choć dłuższe przy uszach i gorzej się układające. To dziwne, że ludzie widzieli w nich jedną i tę samą osobę. Sam Franciszek znajdował w bliźniaku mnóstwo różnic: inaczej rozkładały się pieprzyki na jego ramionach, kąciki ust chyliły się bardziej ku dołowi (przez co zazwyczaj wyglądał na niezadowolonego), a oczy miał gamę jaśniejsze. O te źrenice zapewne pokłócili się jeszcze będąc obrzydliwymi płodami, ale on przegrał, będąc tym słabszym fizycznie.
    Siadając na rogu jego łóżka prawie zemdlał, gdy dłoń brata wysunęła się spod poduszki. Uczulony na najdrobniejsze szmery, poczuł zimny, przeszywający dreszcz, który zainicjowany został na karku. Sekundę później już o nim zapomniał, jak mysz kładąc się tuż obok sylwetki brata. Cholera, i nikt mu nie przemówi, że nie jest starszy. Z pewnością był. Melancholijna troska, wyprowadzająca go momentami z równowagi, wszczepiła się nie tylko w jego myśli, ale i niewypowiedziane słowa oraz gesty. Jak ten na przykład.
    Nie kłopotał się zakładaniem na siebie kołdry; wiedział, że za moment na nowo wyląduje na swoim łóżku – czy to za sprawą podirytowanego Miłosza, czy własną. Na krótkie minuty pozwolił sobie przylgnąć do jego pleców, z nosem wetkniętym pomiędzy chłopięce łopatki. Szybko wyczuł, jak ciepły oddech osadza się na koszulce brata, więc odsunął głowę o parę centymetrów i odetchnął głęboko.
    Wbrew pozorom się martwił. Nie wiedział dokładnie z jakich powodów – Miłosz zazwyczaj dobrze radził sobie z codziennością. Lepiej niż on sam, choć to kwestia pozorów. Kwestia umiejętności odpowiedniego lawirowania między ludźmi. Ukrywania się za pieprzonymi maskami, jak kolokwialnie stwierdził jego znajomy, Iwo.
    Franek pociągnął głośniej nosem czując, jak zimny haust powietrza dotyka niezakrytych stóp.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zasnąłby, gdyby nie zmarznięte stopy, ocierane wciąż jedna o drugą, z mozołem i delikatnie. Myślał, że ciepło kołdry, ciepło drugiego ciała mu pomoże. Nie pomogło. Nadal przeszywające dreszcze jak igły wbijały się w jego mięśnie, paradoksalnie wywołując na ciele nieregularne zaczerwienienia. Choć ich nie widział, doskonale zdawał sobie sprawę kolejno z wypieków na policzkach oraz sinych plam na kolanach. Zniwelować niedogodność skóry mogły, a i prawdopodobnie chciały, dłonie, obce, które wpierw przyjemnie, potem mniej, poruszały się po chłopięcym ciele. Zataczając kręgi na szczęce, drażniąc jego usta, powinny wywoływać przyjemne mrowienie, które spod dotkniętych punktów rozlałby się na resztę kości.
    Tak się nie stało. Być może podobne uczucia towarzyszyły Franciszkowi na początku, gdy ramiona bliźniaka opiekuńczo oplotły jego biodra, jakby w kołysce układając chwilową słabość, ale z chwili na chwilę przybierały ciemniejszych odcieni. Przyzwyczajony, i tak, momentami prowokujący podobne sytuacje Franek, nie ostrzegł brata przed narastającą niepewnością. Dał się prowadzić, przez chwilę, z doświadczenia wiedząc, że Miłoszowi wystarczy chwila by się znudził, a w konsekwencji odpuścił. Dlatego w przytłumionym zdziwieniu, ze zmrużonymi oczami i delikatnie rozchylonymi ustami, przyjął jego palce na swojej szyi, a następnie zwilżone, chłopięce wargi na tych jego.
    — Miłosz, przestań.
    Zaoponował, choć nie gwałtownie, raczej wolno i z minimalną dozą ostrzegawczego tonu. Jego dłoń, wpierw ułożona pod policzkiem, teraz oparła się o klatkę piersiową brata. Chciał go odsunąć, jednak flegmatyczność ruchów jakimi się posługiwał, pozwoliła jedynie na zaakcentowania defensywnej postawy. Bliźniak nie brnął, przynajmniej teraz, z beznamiętnym wyrazem twarzy spoglądając na Franciszka. Ten o dziwo nie czuł się źle. Podobne sytuacje, może nie tak intensywne, kiedyś go szokowały. Teraz świadomie przerywał je w odpowiednim, jak mu się wydawało, momencie. Chociaż nie zdawał sobie sprawy, że wyznaczone granice z każdą kolejną chwilą przesuwały się, jakby sprawdzając możliwości Miłosza.
    Gorzki posmak na ustach, wprawdzie i tak nie przepadał za słodkim, pozostał. Dlatego przymknął oczy, nie chcąc spoglądać w te drugie, podobne. Zacisnął dłoń na koszulce brata zszokowany, że jeszcze jej stamtąd nie zabrał i przysunął go do siebie. Materiał wyślizgnął mu się z palców, więc skierował je wyżej, miękkim ruchem wplatając je we włosy brata, tuż za uchem.
    — Nie rób tak nigdy więcej.
    Wiedział, że samym zachowaniem przeczy nie tylko własnym słowom, ale i emocjom skrupulatnie zbijającym go z tropu. Ale nie chciał reagować inaczej, ostrzej. Podobnie delikatne oświadczenia składał wielokrotnie, mając na uwadze przede wszystkim drugą osobę. W tej sytuacji stanął w szranki, inne od tych powszednich, z własnym bratem. Nigdy nie analizował wychodzących poza normę zachowań Miłosza, raczej odbierał je za normę, za część gry, którą od dawna prowadzili.
    — Pójdę do siebie?
    Pierwotnie chciał mu to oznajmić, ale końcówka wypowiadanego zdania zaokrągliła się w niezgrabne pytanie. To przy niej otworzył oczy, w mroku, ponieważ księżyc w tym czasie zdążył oświetlić dalsze części pomieszczenia. W twarzy brata chciał odnaleźć odpowiedź na idiotycznie zadane pytanie – nie udało mu się.

    OdpowiedzUsuń
  10. Choć z natury nie irytował się zbyt szybko, czego uczył się przez przeszło kilka lat, tym razem westchnął ostentacyjnie, niczym niewprawiony aktor na scenie. Nie tyle zagościła w nim złość, co rozgoryczenie i miałkość prowadzonej właśnie rozmowy. W zasadzie zachowanie Miłosza nie zrobiło na nim większego wrażenia; wiedział, a przynajmniej miał nadzieję, że w końcu doprowadzi do podobnej sytuacji. Przecież od dawna kierował tą grą bez określanego celu, jak i źródła. Zwyczajnie brylował w ich znajomości, rodzinnej czy nie, bawiąc się standardami i schematami. Zastanawiał się czasami, gdy jako taka powszechna moralność wypływała w jego myślach, czy brat w końcu zorientował się, że ma do czynienia ze znudzonym socjopatą; jednym z tych, którzy nie wyrządzają widocznych, cielesnych szkód. Jedynie skupiają całą swoją uwagę na tym, co daje im swobodną możliwość kreacji, zmiany, a przede wszystkim zabawy.
    — Jesteś nudny — skwitował w końcu, stanowczo, choć cicho.
    Wprawdzie nie opuścił jego łóżka, ale odwrócił się w drugą stronę, pociągając za sobą spory fragment kołdry. Był wkurzony, ale próbował przekuć tę emocję w coś bardziej namacalnego. W gest, słowo czy chociażby ułożenie ciała. Zamknął się więc szczelnie między ułożonymi pod poduszką dłońmi, podwiniętymi pod brzuch nogami i policzkiem wciśniętym we wzorzysty, zapewne popeerelowski materiał.
    — Myślisz, że tymi pytaniami retorycznymi coś zdziałasz? Że obudzisz we mnie, nie wiem, wątpliwości? — chrząknął z rozbawieniem, wcześniejsze słowa wypowiadając niewyraźnie, z widoczną chrypą. — Próbujesz bawić się w psychologa, ale chciałbym ci przypomnieć, że od zawsze to ja nim byłem.
    Kiedy już rozpoczął swój marny wywód, taplając się niemal z zachłannością w ostrych słowach, nie mógł przestać. Chciał wyłożyć tę relację na czynniki pierwsze, przedstawić Miłoszowi, że nie on gra tutaj pierwsze skrzypce, że od zawsze był jedynie drugorzędnym pionkiem. Ale sformułowane już sentencje przybrały formę zwerbalizowanych w głowie akapitów, zatrzymał się. Nie wiedział, czy to wewnętrzna przekora zatrzymała jego słowa, pewnie nie. Podejrzewał, że w końcu powrócił do rzeczywistości, wyobrażenia o własnym cwaniactwie na nowo chowając w sennych marzeniach.
    — Rozmasuj mi kark, cholernie bolą mnie ostatnio mięśnie.
    Wypowiedziane żądanie rozpłynęło się w cieple ich ciał, tracąc na ostentacyjności, a przybierając niemal efemerycznego charakteru. Zamiast więc wybrzmieć stanowczo, stało się łagodną prośbą, niemal błaganiem. W zasadzie też nie miało w sobie elementu kłamstwa — Franciszek od kilku dni zmagał się z niezauważalnym jeszcze przeziębieniem. Prawdopodobnie nie wyczuwał nadchodzącego bólu gardła oraz nasilającego się pulsowania skroni. Będąc starym, acz nadal przystojnym mężczyzną, skończy z migreną. Powiedział mu tak ojciec, kilka godzin temu.
    — Miłosz?

    OdpowiedzUsuń
  11. Poranek dnia następnego obfitował w krzyki i groźby. Dla odmiany nie padły one z ust Franciszka czy Miłosza, tym razem przekleństwami dyrygował inny, jednak równie zdolny, koncermistrz – ojciec Doborowolski. Mężczyzna złorzeczył wszystkiemu, co żywe. Począwszy od recepcjonistki, której trzęsące się dłonie (Franek dowiedział się, że podejrzewano panią Helenę o alkoholizm) rozlały kawę na dokumenty ojca, a skończywszy na Joannie opieszale wybierającej cel dzisiejszej podróży. Ah, tak — rodzina, ta najliczniejsza w hotelu, cały poranek, począwszy od godziny dziewiątej rano, poświęcić miała na swobodne zwiedzanie pobliskiego miasteczka. Jednego z tych, które urzekają dachami pokrytymi śniegiem i marznącymi ludźmi przy obficie zdobionych straganach. Wieczorem natomiast czekał ich tradycyjny kulig z śpiewającymi kwazi góralami, którzy wszystkich gości pensjonatu Przystań zawieźć mieli na niemal baśniową polanę z centralne ułożonym ogniskiem.
    — Obiecujące, prawda? — spytał Franiszek, zaspanemu bratu prezentując dzisiejszy plan dnia.
    Jak to zazwyczaj bywało obudził się dużo wcześniej od pozostałych członków rodziny, nagie stopy odważnie kładąc na drewnianą posadzkę. Wysuwając się spod swej części kołdry, zerknął na Miłosza, którego równomierny oddech rytmicznie unosił grube okrycie. Gdyby należał do osób pamiętliwych, łatwo się żenujących, pewnie schowałby w dłoniach spłoszoną twarz, na nowo odtwarzając swe wczorajsze zachowanie. Obecnie czuł jedynie znużenie. Pozostając więc w luźnych dresach i czarnym tshircie, zszedł na dół, by w jednym z foteli spotkać spokojną, niemal statyczną sylwetkę matki. Ucałował ją w skroń, jak zawsze przejmując rolę opiekuna i zapoznał się z detalami wczorajszych rozmów.
    — Jestem prawie pewien, że Grzegorz klęknie dzisiaj przed Aśką i flegmatycznym gestem włoży jej pierścionek na palec. To takie typowe, idealna wizja zaręczyn dla naszej siostry.
    Mówiąc to spojrzał na brata, którego zdawało się, że przed momentem obudził. Wchodząc do pokoju, po spotkaniu z matką i zaznajomieniu się z jej wizją przechadzek, kuligu i rozśpiewanych, starych facetów, nieintencjonalnie trzasnął drzwiami. Jednak od tego momentu minął przeszło kwadrans. Zdążył w tym czasie wyciągnąć dobrze przemyślany komplet ciuchów, ułożyć włosy, przeczyścić okulary, przy okazji racząc Miłosza bezcelowym gadaniem. Nadal jednak przyjemnym, o nieco zniekształconym rytmie — nocna chrypa nadal się utrzymywała.
    — Poza tym pomyślałem, że moglibyśmy pojeździć na sankach. — Zastopował na moment swoje ciało, wpatrując się w odbicie twarzy brata, które pojawiło się w rogu lustra. — Tak, nie znoszę większości aktywności, które angażują wspinanie się, bieganie i ogółem rzec biorąc wymagające aktywności, ale obserwowałem dzisiaj parę dziewcząt, chyba młodszych, które z niebotycznie drażniącym śmiechem wspinały się na ten pagórek obok pensjonatu. Poza tym, że rzeczywiście mam ochotę zjechać na tych cholernych sankach, pasowałoby również poznać nowych ludzi. Umrę tutaj z nudów, jeśli przyjdzie mi rozmawiać z kilkoma osobami.
    To powiedziawszy na nowo przeniósł spojrzenie na własną twarz. Wyprostował plecy, zniżył nieco podbródek i niesfornie uśmiechnął się do wyraźnego odbicia. Motyw ten od zawsze kojarzył mu się z historią Narcyza — nie twierdził, że akurat z tym bohaterem literackim nadzwyczaj się utożsamia, ale gest spoglądania na siebie samego niezwykle go pociągał. Miał w sobie coś z zawłaszczenia, ale nigdy nie określił czego dokładnie.
    — Wracając, jeśli będziesz wyjątkowo przyjazny, bez nudnych fochów czy łajzowatego charakteru, może dam ci się pocałować.
    Spojrzał na niego przez ramię, widocznie rozbawiony, ale też i z wyzywającymi ognikami w oczach. Jakby postawił przed nimi na wpół rozegraną partię szachów czy innej, bardziej wymagającej gry. Uchwycenie oczu brata nie było trudne; zresztą — utrzymywał z nim kontakt wzrokowy przez krótką chwilę. Następnie niczym rozleniwiony kot wyciągnął swoje ciało na twardym, drewnianym krześle.
    — Szykujmy się.

    OdpowiedzUsuń
  12. Zapragnął, co prawda dopiero po dłuższej chwili, odtrącić dłoń brata. Na przestrzeni ostatnich lat wyjątkowo nieznośnie i bez żadnych oporów Miłosz przecierał sobie ścieżkę ku gestom i ruchom mniej lub bardziej odważnym; czasami jego udo ocierało się o to drugie, bliźniaka, innym razem palce ochoczo wędrowały po obojczykach Franciszka. A sam odbiorca tego zachowania, gdy już czuł na sobie inne ciało, wzdrygał się nieznacznie. Być może uchodził za ciekawego rywala, w różnego rodzaju rozgrywkach, ale zdecydowanie nabierał pasywnej postawy, gdy przychodziło mu fizycznie odzwierciedlić własne słowa. Lubił wodzić za nos, wprowadzać rozmówcę w labirynty werbalnych podtekstów, raczyć drugą osobę rozmarzonym spojrzeniem spod przymrużonych powiek. Jednak obecnych zachowań nigdy nie ciągnął dalej, w sekundę potrafiąc zaoponować i wykrzyczeć defensywne słowa. Pogrywał z ludźmi, a oni, jak najbardziej tego świadomi, ochoczo na to przystawali.
    — Powodzenia — parsknął podirytowany, na brata spoglądając z widoczną niechęcią.
    Nie przewidywał, aby w zbliżających się dniach miał jakkolwiek zmienić swoje podejście do bliźniaka. Wprawdzie nie analizował jego zachowań, przypisując tę rodzinną relację chwilowym zachciankom, ale jednocześnie wiedział, że nie straci na stanowczości przy bliższej formie fizycznego kontaktu. Z językiem w jego ustach włącznie.
    Zaprzestając czczej gadaniny, spojrzał po raz ostatni we własne odbicie, by następnie, niemal z namaszczeniem, założyć na siebie czarne dżinsy oraz koszulę z nałożonym na nią, ciemnym swetrem. W sytuacjach rodzinnych, kiedy wymagano pewnej powściągliwości w ubiorze, powstrzymywał zachcianki w postaci ultramarynowych skarpet czy równie ciekawych, barwnych czapek. Pozostawał przy stonowanych, odpowiednich kolorach, od czasu do czasu przemycając w kieszeniach płaszcza różowe Black Devile.
    Kiedy wychodził z pokoju, wcześniej wrzucając do podręcznej torby najpotrzebniejsze rzeczy (książkę, telefon, wiele cierpliwości), przelotnie zerknął w stronę Miłosza. Zatrzymał się przy drzwiach, by skoncentrować na bracie beznamiętne spojrzenie, po czym westchnął odchylając do tyłu głowę.
    — I nie, nie chcę wiedzieć kim jest Igor. Wspominałem już, że twoi znajomi są dla mnie niewiele warci. Szczególnie wtedy, gdy relacja ta zaczyna się od bitwy na śnieżki. Chłopcze, serio?
    Wyszedł. Nie czekał na odpowiedź brata, którego mina z chwili na chwilę stawała się coraz bardziej negatywna, niemal agresywna. Taka postawa bliźniaka nie była mu obca. Średnio kilka razy w ciągu jednego dnia potrafił natrafić na jego bluźniercze spojrzenie, czasami dłonie. Już go to nie peszyło, już się nie stopował. Jedynie odcinał się od życia Miłosza na tyle, na ile mógł sobie pozwolić. Nie chciał wiedzieć z kim sypia, o czym rozmawia, kogo kocha i co myśli. Wystarczyła świadomość, że w pewnym stopniu zawsze będzie do niego przynależeć.
    — A twój brat? Jak zwykle ostatni! — wykrzyknęła matka, gdy zamaszystym ruchem schował dłonie w duże kieszenie płaszcza.
    Postanowił nie skomentować jej bezcelowych sentencji, a jedynie przylgnąć znudzonym wzrokiem do twarzy Grzegorza; mężczyzna wydawał się dziwnie nieobecny, trochę zdenerwowany. Łapiąc spojrzenie chłopca uśmiechnął się niemrawo (Franciszek przysiągłby, że i przepraszająco). Najwidoczniej nie odnalazł się w rodzinie Dobrowolskich — jego charakter został stłumiony przez wyraźne i dominujące osobowości pozostałych członków klanu. Nawet go to bawiło. Franka, oczywiście.
    — A ciotka Elżbieta... zgadnij, mój drogi, co ciotka Elżbieta zrobiła! — rozpoczęła Joanna, zbliżając się do brata w niemal zalotnych podskokach. — Zasponsorowała naszej czwórce, wnukom w sensie, i Grzegorzowi naturalnie, po jednym zabiegu w tutejszym SPA i możliwość skorzystania z sauny. Wiedziałeś, że mamy tutaj saunę?!

    OdpowiedzUsuń
  13. Z chwili na chwilę oddalali się coraz bardziej, lawirując między kolorowymi, niemal świątecznymi straganami. Ich zmysły wystawione były na intensywniejsze bodźce: zapach pieczonych oscypków, podniesione głosy sprzedawczyń czy zimno dotykające nagich fragmentów chłopięcych ciał. Na twarzy przechodniów, jak i samych bliźniaków, dostrzec można było zaróżowione, nierówne wypieki. Podobne do tych po oparzeniach, chociaż znacznie bardziej przyjazne i w pewien sposób urzekające. Pomniejsze grupki ludzi plątały się na głównej drodze, momentami ślizgając się na nierównej ziemi. Zmieniały się kolory ich szali, krzywe uśmiechy, a przede wszystkim to nieco znudzone to rozweselone twarze.
    Franciszek należał raczej do tych chłodnych sylwetek, choć przyjemnie zadowolonych. W jego oczach odbijały się zarysy brzydkich pocztówek oraz małych, rzeźbionych w drewnie figurek. Nieszczególnie dbał o kierunek podróży – wiedział, że podążają wraz z tłumem. On i Miłosz, reszta rodziny rozpierzchła się po kątach Szczawnicy. Nie miał im tego za złe, a wręcz spodziewał się, że prędzej czy później wyląduje z dłonią uczepioną prawej ręki brata. Wraz z tą myślą, a i natłokiem wciąż powtarzających się pamiątek, mętnym spojrzeniem odszukał sylwetkę bliźniaka. Ten nie stał daleko, dzieliły ich dwie osoby. Prawdopodobnie matka z córką. Bardzo do siebie podobne, o niestandardowej urodzie. Gdy odchodziły, uśmiechnął się w stronę dziecka.
    — Przepiękne.
    Komentował, gdy jego dłoń wsuwała się pod ramię brata. O ile dobrze pamiętał, zazwyczaj chodzili spleceni rękoma, a i widzowie ich braterskiego porozumienia jedynie kiwali głowami z widocznym rozczuleniem. Bliźniakom pozwalało się na więcej, ponieważ łączyła ich, tak słyszał, nienazwana i niesprecyzowana więź jednojajowego rodzeństwa. Idąc pod ramię z Miłoszem nie odzywał się dłuższą chwilę. Dławiło go szczypiące zimno, które nieproszone wpełzało w podatne na choroby gardło.
    — Może kawa?
    Spytał, gdy mijali małą, choć zapewne drogą kawiarnię o brytyjskim wnętrzu. Typową, jak na turystyczne miasteczka, lecz nadal przyjemną i wizerunkowo ciepłą. Nawet szyld, prawdopodobnie wzorowany na dawnych westernach, poruszał się pod wpływem delikatnego, zimowego wiatru.
    — A później możesz mi kupić małą ciupagę.
    Jego mimowolny i niezaplanowany żart rozbawił go na tyle, że zaśmiał się cicho, usta chowając w szeroko rozstawiony szalik. Ciepły oddech osadził na materiale wilgoć, co przyjął z niewysłowionym niesmakiem. Komfort odzyskał w momencie, gdy ich stopy przekroczyły próg wcześniej wspomnianej kawiarni.
    — Kanapa.
    Zasugerował wskazując podbródkiem mebel pokryty zielonym, zamszowym obiciem. Opadł na niego z widoczną ulgą spostrzegając, że we wnętrzu znajdują się głównie, choć w niewielkich ilościach, starsze małżeństwa. Raczej półślepe zważywszy na grubość szkieł, które towarzyszyły niemodnym, kolorowym oprawkom.
    — Ja stawiam.
    Na myśl o okularach przetarł swoje własne – niewielką ściereczką, którą od zawsze nosił w prawych kieszeniach wszystkich płaszczy. Dopiero gdy opanował zamglone szkła, spojrzał na brata z dołu. Niedbale zakładając nogę na nogę, jedną z dłoni umieszczając na wibrującym telefonie.
    — Napiszę ojcu, gdzie jesteśmy.
    I rzeczywiście, napisał. Parę słów połączonych w nieskładne, acz grzecznie informujące zdanie. Przy okazji zerknął w nieodebrane wiadomości, połączył się z wifi (hasło wypisane zostało na ulotkach zdobiących pojedyncze stoliki) oraz zerknął na fejsbuka. Uśmiechnął się parę razy, westchnął przy jednym poście, po czym położył telefon tuż koło prawego uda.
    — Pamiętasz, jak wspominałem, że nie chcę wiedzieć kim jest Igor? - Odchrząknął. — Jednak chcę. Być może jest to informacja, którą bezczelnie wykorzystam przy następnej okazji, a bądźmy ze sobą szczerzy – nic bardziej cię nie bawi, niż możliwość usłyszenia moich słownych potyczek. Tak... więc, hm, słucham.

    OdpowiedzUsuń
  14. Składając zamówienie jedynie skinął głową, delikatnie, opierając policzek na wyprostowanej dłoni. Zapragnął dokładnie tej samej, mielonej, brazylijskiej, nie mając pojęcia, czym różni się od zwykłych ziaren z kuchennego stołu. Nigdy nie uchodził za kawosza, również w oczach własnej rodziny — ten hołd oddawano Miłoszowi skrzętnie składając w jego dłonie czarne, zdobione karty z bardziej dostojnymi napojami. Podążył tym śladem i teraz, nawet nie wczytując się w odpowiednią stronę. Być może — z nogą założoną na nogę, okularami podciągniętymi na kraniec nosa — wydawał się być bardziej kurtuazyjny. Niestety.
    — Perkusista? — powtórzył po bracie z wyjątkiem przeciągnięcia ostatniej sylaby. — Pytam grzecznościowo, może twoi nowi znajomi mają więcej do zaoferowania, niż przeciętni chłopcy, którzy do tej pory bywali w domu. Jacek na przykład. Choć ładna twarz, wolałbym, żeby powstrzymywał swoje zapędy w dookreślaniu każdej kwestii. Potrafił całe minuty spędzić na szczegółowym opracowywaniu jednej historii. To było męczące.
    Siedzieli w ciszy, gdy przed ich sylwetkami postawiono ładnie wypalone, ceramiczne kubki. Choć estetyką w zupełności nie wpisywały się w otaczające środowisko, to własnym urokiem urzekały. Franiszek wziął w dłoń swoją porcję arabiki, jeśli dobrze zapamiętał, po czym wyuczonym, teatralnym gestem zdmuchnął dym unoszący się nad naczynkiem.
    — Powróżyć ci z fusów?
    Choć stwierdził to całkiem serio, jego kolano w chłopięcy, zawadiacki sposób uderzyło to drugie, brata. Dopiero chwilę później zwrócił spojrzenie, które przekształciło się z wojowniczego w nieco zamglone, patrzące gdzieś poza sylwetkę rozmówcy, na okno. Za zaparowaną szybą nadal ciągnęły się podłużne rzędy straganów oraz ludzi w kolorowych płaszczach.
    — Zmieniłem zdanie, wolałbym skarpetki.
    Bo co on by zrobił z taką ciupagą? Wziął do siebie, do miasta? Na samą tę myśl zmarszczył czoło, wchodząc w stan widocznego zamyślenia. Wokół niego działy się rzeczy niezwykłe: mężczyzna obdarowywał małżonkę żonkilem, a Miłosz spoglądał wpierw na jego dłonie, później lustrował okolice ramienia (prawdopodobnie nieświadomie, podobnie jak brat zapętlając się we własnych myślach). Dla równowagi Franek zrównał się z nim wzrokiem, unosząc brew w niemym zapytaniu. Sam nie wiedział, czego chciałby się dowiedzieć. Był to raczej symboliczny gest kwestionujący całą tę sytuację – kawiarnianą, rodzinną, sytuację w ogóle. Rysowała się w jego głowie jako sprawa coraz większa, pochłaniająca wszystko wokół, aż w końcu, w nieograniczonej ciemności, zaistnieli tylko oni; jak dwa małe, jarzące się punkciki.
    Poeta, pomyślał, po czym uśmiechnął się w przechylony właśnie kubek.
    — Rozleniwiłem się, czuję na duszy przyjemne ciepło, chociaż nie wiem, czy potrwa one dość długo — zaczął wypowiedź, nachylając się nieznacznie ku rozmówcy. — Wykorzystaj sytuację zamiast niebezpiecznie mnie podjudzać. Obaj skończymy bowiem na bruku, zaraz przed tą kawiarnią.
    Półuśmiech, zakrawający o złowieszcze tony, pojawił się zaraz nad ceramicznym naczyniem. W jego okularach przez ułamek sekundy zaświtało odbicie pobliskiego zegarka – należał do mężczyzny w średnim wieku, niewielkim cylinderku, z nierównym zarostem. Przeglądał codzienną gazetę, wizerunkowo przenosząc lokal w całkiem inne czasy. Franciszek powiedziałby, że dwudziestolecie przedwojenne.

    OdpowiedzUsuń
  15. Przynależy do tych osób, które swawolnie, z ustami wetkniętymi między gorący napój a podgrzaną przez niego porcelanę, przymykają oczy i dają się ponieść własnemu jestestwu. Z dłonią szczelnie chwytającą kubek, zaparowanymi od kawy okularami i poparzonym językiem stwierdzają, że zimna pogoda sprzyja i rodzinnym wyjazdom i rówieśniczym relacjom. Przez te koce poutykane między nogami oraz panoszące się zapachy świeżo pieczonych ciast z kandyzowanymi skórkami pomarańczy. Zima w swym pięknym, internetowym wydaniu, które przez kontrast nadany w iphonowych aplikacjach staje się nieosiągalną utopią młodocianych turystów. Hipsterów, z którymi sympatyzował oraz skrytych romantyków poukrywanych za grzywkami i czarną garderobą.
    Franciszekj spogląda na brata, który nijak wpisuje się we wcześniej opisane światy. Raczej lawiruje pomiędzy wyobrażeniem niesprecyzowanego licealisty a zbuntowanego studenta. W oparach oddechów własnych znajomych przybiera bojowniczą postawę, jego oczy stają się niewielkimi kurwikami, a zmęczone od codziennych biegów nogi wiotczeją. Rozsiada się na kanapach – skórzanych, powlekanych niewyszukaną czerwienią bądź miłych w dotyku, ikeowskich – i daje się ponieść procentom alkoholu czy zakupionej tydzień temu trawki. Jest beztroski i myśli, że wie dużo więcej niż wszyscy jego znajomi. Do takiego wniosku dochodzą wszystkie osoby w opisywanym pomieszczeniu, ale żadna z nich się do tego nie przyzna. Franek wzdycha wiedząc, że jego brat jest zbyt mdły i posłuszny temu światu by uwolnić się od wszechobecnej tępoty.
    Niemal rytmicznie popijają trzymaną kawę, ocierając się kolanami i chłopięcymi, wyzywającymi spojrzeniami. Obaj milczą, z wypiekami od panującego ciepła bijącego z poukrywanych kaloryferów i parzącej wargi arabiki. Brak odpowiedzi ze strony Franciszka skrapla się w postaci panującego zniecierpliwienia. Chłopiec nie widzi potrzeby wyrywkowego zakreślania elementów swojego codziennego życia. Jego historie przychodzą naturalnie, przelewane do Worda w postaci krótkich historyjek i miałkich dialogów. Cmoka.
    — Czasami Miłosz przyprawiasz mnie o dreszcze zażenowania — mówi, przechylając trzymany kubek na tyle, by pozostałości kawy spłynęły na jedną stronę naczynka; spogląda na brata zza zaparowanych szkieł. — To twoje potulne przymilanie się, swoją drogą całkiem do ciebie niepasujące, jest na tyle wymuszone, że i kawa przestaje smakować. Wiem, że najchętniej wtargnąłbyś w te moje książki i kino, w moje miłości i nienawiści tylko po to, aby mieć świadomość, że znasz mnie lepiej i pełniej. Pytanie zasadnicze, po cholerę?
    Milknie, gdy we wspomnieniach wraz z bratem wdrapują się po wysokim drzewie, by przy pierwszej gałęzi spaść jeden na drugiego. Wieś, letnia pora. Fragmenty słomy wbijające się w opalone plecy i prawie niewidoczne piegi Miłosza na wiotkich ramionach. Złość w nim buzuje.
    — To całkiem nienaturalne, robisz się życiową łajzą pozbawioną charakteru, szukającą zrozumienia i miłości tam, gdzie nie powinieneś. Jesteś spalony na starcie nie tylko w moich oczach. Wydawało mi się, że wiesz, iż nie znoszę nudnych i przewidywalnych osobowości. Byłbyś pierwszym, który zginąłby w mojej powieści i tę, drogi bracie, dałbym ci przeczytać.
    Choć brnie w słowa ostre, nie czuje skrępowania. Wypowiada je gładko i spokojnie, zniewieściale bawiąc się trzymaną porcelaną; unosi ją nad czubek nosa, zagląda pod jej spód, zmienia ułożenie palców na uchwycie. Nie wie dlaczego w ciągu kilku chwil stał się wrogi. Źródło, bardzo nieświadomie, chce znaleźć w zachowaniu brata. Zarzucając mu monotonię, czuje się spełniony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Zapewne chciałbyś… — Franek nieruchomieje, dłoń z kubkiem umieszczając na udzie, wzrokiem atakując oczy bliźniaka. — Zapewne chciałbyś wyjechać ze mną nad morze, do letniego domku, gdzie upał byłby tylko pretekstem do naszej nagości, słonych zachłyśnięć Bałtykiem i naszą chorą relacją. Gdzie zaszyłbyś się na tyle ze swoimi fantazjami i wybujałą wyobraźnią, że po wyjeździe wpisałbyś całość w marzenia senne, prawda?
      Ostatnie słowa mówi gwałtownie, choć wstrzymując je do ledwie słyszalnego szeptu. Niemal syczy ten chłopiec o jasnych oczach, nienagannej marynarce i spodniach wdzięcznie opinających jego łydki. Potem prostuje się z lekko uchylonymi ustami, przełykając nadmiar śliny zebrany w ustach i zerka we własne fusy.
      — Widzę ponuraka.

      Usuń
  16. Na nowo lawirują między kątami drewnianych budek, dłońmi sięgając ręcznie rzeźbionych figurek i piór wplecionych w liche wisiorki. Śnieg skrzypi pod ich stopami, osadza się na skórzanych butach drwiąc z pokracznego kroku rodzeństwa. W tym samym rytmie i zdawałoby się, że i kierunku, podąża lawina turystów wpisanych w jasne twarze lokalnych mieszkańców. Większość spojrzeń skupionych jest na wystawionych towarach – lekko kiczowatych i na wskroś powszechnych, ale czasami spośród wypływają tłumu oczy skupione na zobojętniałych minach bliźniaków. Ich mokre oddechy osiadają na ciasno owiniętych szalikach, Franciszkowi również wkradając się na szkła okularów. Mozolnie przeciera więc on cienkie oprawki; zamiera przy tym na moment, powietrze zatrzymuje w płucach, a wyrwany pociągnięciem na wysokości nadgarstka, rusza powolnie w kierunku wyznaczonym przez brata.
    Ma płytki, nieuważny oddech. Z wyraźnym znudzeniem przygląda się kolorom kolejnych skarpet. Nie jest ich pasjonatem. Od zawsze preferował ucisk mokrego piasku na skórze kostek czy miękkość włochatego dywanu zakradającego się między palce. Poddaje się jednak woli Miłosza; jego dziwnej wizji sprawienia mu przyjemności na bardzo płaskim, codziennym stopniu. Wcześniejszą rozmowę odrzuca w niepamięć, poddając się medytacyjnym zdolnościom brata do łagodzenia wypowiedzianych słów. Na nowo wchodzi w siebie spokojnego, ze zdenerwowaniem rysującym się jedynie w zaciśniętych, spierzchniętych od zimna ustach. Policzki ponownie nabierają cieplejszych odcieni, a każdy powiew mroźnego powietrza zdaje się dodawać im koloru. Jest mu zimno.
    — Weź te, w paski — wchodzi w niewyszukany dialog, przyglądając się kobiecie stojącej w prowizorycznym domku; ją też przejmuje chłód, ale oczy sięgają gdzieś dalej, poza zgromadzonych ludzi i potencjalnych klientów.
    Jagoda Minkiewicz szlocha, gdy monotonnie wypowiada ceny pojedynczych przedmiotów. Przypadkowo wzrok zawiesza na twarzy urokliwego blondyna. Nie wie, że patrzy na Miłosza. Jego poddenerwowanie odbiera całkiem opacznie. Myśli, że ma do czynienia z nadzwyczaj zaangażowanym chłopcem, choć wybór pary skarpetek w rzeczywistości jest odskocznią od parszywych, rodzinnych konotacji. Podaje Miłoszowi pasiaste skarpety, uśmiecha się miło i ponownie ucieka w świat aktualnie czytanej powieści.
    Bliźniacy oddalają się od natłoku ludzi. Luźna ręka Franciszka łapie przedramię brata, splatając się z nim w mimowolnym zbliżeniu. Choć tego nie omówili, zmierzają w kierunku postoju reszty rodziny — zapewne jest to głośny, ale przyjemnie ciepły pub z tłustym jedzeniem i tłustymi klientami. Milczący Franek odbudowuje poruszone fasady samokontroli; nieodparte argumenty brata traktując jak gorzką przystawkę do późniejszych wydarzeń. W dłoni ściska pasiasty prezent, mruczy coś o błahych sprawach, czasami odpowiadając na zdawkowe pytania brata. Z każdym kolejnym krokiem czuje zbliżającą się katastrofę, rodzinną czarną dziurę, w którą wejdzie i skruszy się jak potłuczony szczeniak.
    Oddycha ciężko, niezgrabnie. Poczucie powolnego duszenia się spowodowane jest przylegającym do ust szalikiem. Wraz z prostowaniem szyi wciska dłoń w kieszeń kurtki Miłosza. Niemal arogancko wsuwa palce między te jego, zaciska opuszki na chłopięcych knykciach. Dopiero w tym momencie przeszywający chłód zderza się z mdłym ciepłem docelowego pubu. Powietrze utkane jest z ciężkiego zapachu piwa i woni niedopieczonych żeberek. Zwierzęcy tłuszcz osiada ludziom w kącikach ust, kotłując się w mimowolnych krzykach.
    Matka dostrzega ich dość szybko. Ojciec, zajęty rozmową z przyszłym zięciem, nieco później. Przysuwanie krzeseł, dłonie odklejające się od siebie, plany na wieczór i zatrzymywanie wymiotów w gardle — Franek gładko wchodzi w prowadzoną właśnie dyskusję.

    OdpowiedzUsuń