Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

20 stycznia 2016

[KP] Janek Kalina


Janek Kalina

22 lata, prawie prawnik, prawie artysta


Smętnawy pan, bawią go suchary w stylu "co robi 9,50 w portfelu?", wiecznie podpity, z cieniami pod oczami od wkuwania kodeksu karnego, niespełniony malarz (nie stać go na sztalugi, maluje plakatówkami po papierze do kserokopiarki), z paniami mu nie idzie, z panami tym bardziej, a jego największa miłość (koty) jedyne co robi to depcze mu po twarzy.

4 komentarze:

  1. Pan Aleksander umówił się z Panem Przyszłym Prawnikiem w jego mieszkaniu. Zgubił się już na początku krętych informacji. Zostawił mu je kolega-idiota, który pewnie nie potrafiłby powiedzieć, jak trafić do własnego domu. W dodatku był wysoki, szczupły i z piegami na twarzy, co odbiorcy mąciło w głowie. Uważał go za przesadnie mądrego. Rzeczywiście zdarzało mu się inteligentnie mówić, jeśli postacie, o których tak często wspominał, w ogóle istniały. Powszechnie znane są niepodważalne dowody na to, że niekoniecznie.
    Olek poprawił sobie czerwoną, lśniącą muchę, która wyglądała na nim co prawda obłędnie,  lecz zdecydowanie gardził jej materialnością oraz charakterem, który mu nadawała. Musiał wyjść na kogoś, kim właściwie nie jest i obronić sprawę w sądzie,  bo tak mu mama kazała. Jakby nie był dorosły! Jakby nie skończył dwa lata temu osiemnastu lat, jakby nie miał prawa jazdy, jakby co tydzień w piątek nie zaliczał innej dziewczyny, jakby był jakimś cholernie nieodpowiedzialnym dzieckiem. A nie był.  Był przecież nieodpowiedzialnym dwudziestolatkiem, którego słucha codziennie połowa Polski, dokładnie od dziesiątej do dwunastej.
    Mógłby iść nawet do więzienia, by obserwować tam zamkniętych ludzi w dzikich warunkach, gdzie każdy zmysł się wyostrzał, a przepychanki zamieniały się w coś zwierzęcego, ale nie.
    Musiał teraz biec po brudnych uliczkach do jakiegoś mężczyzny, który najprawdopodobniej i tak będzie niezdolny, by mu pomóc, a co najgorsze zapewne gruby, obrzydliwie patrzący tymi swoimi,  zmróżonymi oczkami, które tak mocno cechują przemądrzałych prawników.
    Kamienica odpowiadała wyobrażeniu Ola i niezwykle pasowała mu do osoby Pana Druzgoczącego Prawnika. Była szara, brudna i ciemna. Do środka prowadziły skrzypiące drzwi, o mosiężnej, wytartej klamce oraz zielony korytarz, który próbował upodobnić się do kanału ściekowego. Gdzieś w kącie, w głębi, pośród ciemności kryły się zapewne myszy i stwory wyobraźni. Olek szczerze śmiał wątpić w jego osobę. Mimo to bardzo potrzebował pomocy, nawet jeśli tylko i wyłącznie miało to być wsparcie psychiczne ze strony głupca.

    OdpowiedzUsuń
  2. To, że Ignacy był nieco roztrzepany, wiedzieli wszyscy, nawet ci, którzy widzieli go po raz pierwszy w życiu. Dało się to przecież zauważyć już na samym początku! Jego włosy nigdy nie były zbyt dobrze ułożone, koszule zazwyczaj wymięte, a buty rzadko kiedy zasznurowane, bo nie miał nigdy czasu, aby je dobrze zawiązać, co często kończyło się bliskim spotkaniem z podłożem. Dlatego nic dziwnego, iż kompletnie zapomniał o tym, że wczoraj miał się zjawić w swoim nowym mieszkaniu. Jego rzeczy leżały tam już od jakiegoś czasu i właściwie tego dnia już szedł w stronę budynku, gdzie miał zamieszkać, ale w połowie drogi zadzwoniła do niego znajoma z zapytaniem czy nie chciałby się z nią zobaczyć. Ignacy oczywiście odmówić nie mógł. I chociaż teoretycznie spotkanie miało trwać dwie lub trzy godziny, to w rzeczywistości trwało do białego rana. Czy Wieczorowski miał z tego powodu poczucie winy? Nie, oczywiście, że nie.
    Właśnie dlatego zjawił się pod drzwiami Janka (a od teraz także swoimi) dopiero następnego dnia z szerokim uśmiechem na twarzy. Jak zwykle wyglądał tak, jakby przed chwilą trafił w niego piorun, chociaż właściwie Ignacy sam zachowywał się jak piorun. Raz był, a moment później znajdował się w zupełnie innym miejscu. Był niczym huragan – niemożliwy do okiełznania, gwałtowny i często niszczycielski. A przynajmniej tak właśnie wyglądała jedna strona jego osobowości. Kiedy więc Janek otworzył mu drzwi, Ignacy wszedł do środka i objął go ramieniem, zastanawiając się nad odpowiednią wymówką.
    – Miałem bardzo poważne sprawy do załatwienia, wybacz! – odpowiedział, chociaż natłok pytań troszeczkę go przytłoczył. – Poza tym telefon mi się rozładował, więc nie miałem jak odpowiedzieć. A ładowarkę oczywiście zgubiłem, więc gdybyś był tak miły, mógłbyś pożyczyć mi swoją – uśmiechnął się lekko, po czym odsunął od chłopaka tylko po to, aby móc przyjrzeć się lepiej mieszkaniu. – No, no! Pięknie tu! Chociaż… – spojrzał na jedną ze ścian, a potem odwrócił się gwałtownie w stronę Janka. – Będzie trzeba nanieść drobne poprawki! Ale wszystko w swoim czasie! Teraz muszę coś zjeść, bo inaczej umrę z głodu, a na to nie mogę sobie pozwolić. Moim przeznaczeniem jest zginąć w obronie jakiegoś przystojnego księcia! – puścił oczko do swojego współlokatora, po czym skierował się do kuchni i otworzył lodówkę, szukając czegoś smacznego do zjedzenia.
    Już po kilku minutach wirował między półkami i blatami, a chociaż nóż w jego dłoni mógł wydawać się naprawdę niebezpiecznym narzędziem, to jednak sprawnie kroił nim ogórka. Co jak co, ale gotować potrafił.

    OdpowiedzUsuń
  3. [Nawet nie wiesz, ile mam frajdy z pisania Ignasiem. Po przyszłym tygodniu powinnam odpisywać bardziej regularnie. c:]

    – Skądże, poradzę sobie sam! – odpowiedział, nie odrywając wzrok od ogórka, którego kroił. Po chwili jednak odwrócił się, zaprzestając tej czynności. – Chociaż nie, możesz puścić jakąś muzykę! Albo nie, nie, ja puszczę, będzie bezpieczniej dla moich uszu – i jak gdyby nigdy nic, wziął telefon leżący nieopodal, który wcale nie należał do niego, po czym wszedł w odpowiednią aplikację, wpisał nazwę, a potem odłożył telefon. Po chwili po pomieszczeniu zaczęły rozbrzmiewać pierwsze dźwięki piosenki „Sassy”, wykonywanej przez Kat Graham. Właściwie Ignacy nie znał za bardzo tej piosenkarki, ale utwór idealnie opisywał jego osobę, dlatego go lubił. Poza tym przyjemnie się do niego tańczyło, więc właśnie to zaczął robić. Najpierw zaczął ruszać głową, a potem całym ciałem, dlatego teraz, kiedy poruszał się po kuchni, robił to, wykonując różnego rodzaju obroty i inne tego typu rzeczy.
    – To co tam, Janek? – zapytał w pewnym momencie, nieoczekiwanie, przygotowując kolejne składniki do sałatki. Wszystko przyniósł sam, bo spodziewał się tych pustek w lodówce. Większość studentów żyła jedynie z zupek chińskich lub innego tego typu rzeczy. Do tej grupy nie zaliczał się Ignacy. On lubił zjeść porządnie, naprawdę porządnie, dlatego właśnie przyniósł trochę jedzenia ze sobą. W pewnym momencie otworzył lodówkę, a kiedy zobaczył tam tylko samotne jajko, westchnął. Zapomniał kupić marchewki, więc będą musieli obyć się bez niej. – Nie martw się – powiedział, nie dając chłopakowi czasu na odpowiedź na zadane przez Ignacego pytanie. – Widzę, że odżywiasz się marnie, ale od dzisiaj się to zmieni. Zostanę twoim osobistym kucharzem – puścił do niego oczko i wrócił do przygotowywania sałatki.
    Po kilkunastu minutach wszystko było gotowe. Przez chwilę Ignacy podziwiał swoje dzieło z dumnym uśmiechem na ustach i dopiero po tym wziął miskę w dłonie, po czym postawił ją na stole. Następnie przeniósł swoje spojrzenie na Janka, zabrał ładowarkę i podłączył swój telefon. Kiedy go włączył, okazało się, że rzeczywiście ma kilkanaście nieodebranych połączeń i nieodczytanych wiadomości. Zamierzał odpowiedzieć na tą, która została napisana przez jego mamę, kiedy uniósł wzrok i zarejestrował z przerażeniem, jak chłopak ma zamiar nałożyć sobie trochę sałatki.
    – Stop! – krzyknął, jakby się przynajmniej paliło. – Zwariowałeś?! Muszę zrobić zdjęcie! – spojrzał na chłopaka gniewnie, pokręcił głową i zrobił sałatce piękne, wręcz artystyczne zdjęcie. – Okej, możesz już jeść – powiedział, jak gdyby nigdy nic i wrócił do odpisywania na wiadomość.

    OdpowiedzUsuń
  4. [Od teraz będę odpisywać regularnie, bo jestem wolnym człowiekiem, nareszcie. <3 Co ty na to, aby niedługo jakoś troszkę akcję przesunąć? Nie o zbyt wiele.]

    Kiedy skończył odpisywać, wszedł w odpowiednią aplikację i dodał zdjęcie na Instagrama, okraszone pięknym podpisem i oczywiście hasztagami. Dopiero potem odłożył telefon, który po chwili zaczął wibrować co chwilę, co oznaczało kolejne powiadomienia, które najprawdopodobniej oznajmiały, że kolejne osoby klikały serduszko przy jego zdjęciu. Następnie nałożył sobie trochę sałatki i spróbował jej. Nieskromnie musiał przyznać, że była przepyszna, co zakomunikował cichym pomrukiem. Najbardziej jednak zastanawiało go to, co Janek o niej myśli.
    – I jak? Może być? – zapytał, wkładając sobie kolejną porcję dania do ust i zaczął przeżuwać sałatę lodową. Od kiedy ją odkrył, innej nie używał. Właściwie to zapomniał już, jak smakowała ta zwykła. – A tak w ogóle to nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Wiesz, zapytałem co u ciebie, a ty mi nic nie odpowiedziałeś. Sądzę, że to niegrzeczne – wskazał na chłopaka widelcem, patrząc na niego wręcz oskarżycielsko. Cóż, z pewnością miał go o co oskarżać, bo jak to tak, żeby kompletnie zignorować Ignacego?
    To nie tak, że chłopak nie znał tego uczucia albo chociażby uczucia odrzucenia, ale tak czy siak nie było to zbyt miłe. A mimo to wiele osób widziało go właśnie w ten sposób – jako kogoś, kto przyzwyczajony jest do tego, że wszyscy chcą go słuchać, jako kogoś kto ma wszystko i niczego mu nie brakuje, a poza tym lubi bawić się innymi i jest egoistą. Kto wie, może było w tym trochę prawdy, ale sam Ignacy nie uważał, że jest człowiekiem złym. Bardziej określiłby się jako kogoś, kto… hm, po prostu bardziej znajdował się ponad ziemią niż na niej. W chmurach, niesamowicie lekki, zdolny do wielu rzeczy. Ale kiedy tak myślał, śmiał się za chwilę, bo myślenie w ten sposób o samym sobie było dla niego zabawne. To tak, jakby próbował być poetą, a poetą zdecydowanie nie był. Z polskiego zawsze miał same tróje i to ze ściągami, a jego nauczycielka w liceum ubolewała nad tym, że nie rozumiał głębokich prawd, które Mickiewicz chciał przekazać późniejszym pokoleniom. Cóż, kiedy Ignacy czytał „Dziady”, to nie widział żadnych głębokich prawd, a jedynie Gustawa, który był dla niego zwykłą ciotą.
    – Co studiujesz? – zapytał nagle, wyciągając nogi. – Bo chyba studiujesz, co nie? O ile dobrze pamiętam. Ja jestem na biologii. Tak, tak, tak! Wiem, nie wyglądam, ale mogę ci pokazać, że jestem naprawdę!

    OdpowiedzUsuń