Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

30 października 2015

Baby, I'm a gangsta too

Virgia Coleman
Nie wiadomo, czyj to był pomysł, aby w ramach testu wrzucić ją na głęboką wodę i powierzyć od razu tego typu akcję. Może celem jest utarcie nosa i udowodnienie, że i tak nie podoła, a całą operację zwyczajnie zepsuje. Ona jednak nie ma zamiaru się poddać, a zamiast tego pokaże wszystkim, że nawet blondynka z nieodłączną szminką w torebce i pomalowanymi paznokciami nadaje się do takiej pracy. Przecież przyłożyć potrafi tak samo, a poza tym, kto mógłby tak dobrze omotać faceta, jak nie ona?
Szkoda tylko, że tak naprawdę Virgia nie jest ani prawdziwą wymuskaną laleczką, ani całkowicie twardą babą. I że jej słabością od zawsze były uczucia.

15 komentarzy:

  1. Jeszcze zanim psy zrujnowały jego najlepszą transakcję biznesową, jaką do tej pory miał, Travis przeczuwał, że coś będzie nie tak. Gdy szedł w umówione miejsce, o umówionej godzinie, mówił sobie nie idź tam, pierdol.. Oczywiście poszedł, bo to nie on jest szefem gangu. Fakt, faktem że jest jego bardzo istotną częścią, bo chociaż nie jest kucharzem, to właśnie on dysponuje towarem, dzięki któremu oni zarabiają tyle, a nie mniej.
    Adrenalina towarzysząca uciekającemu jest nie do pokonania. Tak było, na prawdę. Travis zauważył to już kilkakrotnie, kiedy wiał przed glinami. Mogą być wysportowani jak wojskowi, ale goniący nie ma szans złapać tego, który wie co z nim będzie, kiedy zwolni. Tak samo jest z każdą inną ofiarą. Filmy pokazujące dziewczyny, na chwilę przed i podczas gwałtu, które nie robią kompletnie nic oprócz lamentowania i wicia się niczym dżdżowniczka, są żałośnie sztuczne. Drapanie w każdym możliwym miejscu i szamotanie każdą kończyną wychodzi naturalnie. Podczas odpowiedniej ilości stresu, siła człowieka wzrasta co najmniej dwukrotnie.
    Gdy blondwłosa lalunia zatrzymała się tuż przed jego nosem, nie zwlekał ani na chwilę. Wsiadł, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwiczki.
    - Jedź, jedź! - ponaglił ją. Gdy odjeżdżali z piskiem opon, Travis obrócił się za siebie, by przez tylną szybę auta zobaczyć jak policjanci zostają w tyle. Rozejrzał się jeszcze, upewniając czy w pobliżu nie ma żadnego radiowozu.
    Powiedziała coś.
    Spojrzał na nią kątem oka. W sekundę sięgnął po swój pistolet, przykładając go dziewczynie do skroni. Chociaż nie odezwał się słowem, jego spojrzenie mówiło wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedy skończyła swój poruszający monolog, Travis naładował broń. Krótki, nieprzyjemny odgłos, a jak mocno alarmował.
    - Teraz stoimy, mógłbym Cię spokojnie zastrzelić - powiedział. Głos miał niski, szorstki, przepalony każdą możliwą używką, jaka kiedykolwiek przeleciała mu przez dłonie - i myślisz, że ile by mi zajęło wyrzucenie cię z auta i przejęcie kierownicy, hm? Martwe ciało wypada szybko z samochodu. – powiedział, po czym zamilknął na chwilę, mocno dociskając lufę do jej głowy. - Mówię poważnie blondi, nie wystawiaj mnie na próbę - ostrzegł. Nie chciał być zły. Mimo jego całego beznadziejnego życia, które toczył, nie był zły. Czy byłby w stanie ją zastrzelić? Nie. Nie byłby. Była kobietą i była śliczną kobietą. Pierwszego lepszego lamusa, czy chudego, czy przypakowanego zabiłby w sekundę. Ona tak naprawdę mu nic nie zrobiła. I chociaż nie miał co do tego pewności… i tak by jej nie skrzywdził. Nawet by jej nie uderzył, chyba że mowa o klapsach w sypialni. Przyglądał się jej długo. Miała delikatną, ładną buźkę. To było aż niemożliwe, żeby nie była jakimś tajniakiem. Jaka dziewczyna, tak wyglądająca, proponuje podwózkę murzynowi uciekającemu przed policją? Tylko taka, która coś knuje. Unosząc wzrok na sygnalizację świetlną, sprawdził ile jeszcze ma czasu do ruszenia.
    - Daj mi swój telefon – zabrzmiał stanowczo - i pamiętaj co ci niedawno powiedziałem. – dodał. Poczekał chwilę. Oczywiście musiał ją trochę ponaglić bronią. Nie dał jej szansy na wciśnięcie żadnego guziczka. Ani w telefonie, ani na panelu auta. Nie takiej kombinatorce.
    Odbierając od niej urządzenie, wyjął z niego kartę sim. Złamał ją na pół i razem z telefonem, rzucił na tylnie siedzenie – to mówiłaś, że po co tu jesteś?
    [ Ha, poprawiłam >D ]

    OdpowiedzUsuń
  3. - Oh, serio. Wybijesz mi zęby? - powtórzył za nią lekceważąco. Dociskając lufę do jej skroni, chwycił ją za blond włosy i szarpnął lekko - powinnaś gryźć się częściej w język, wiesz? - to było ostrzeżenie. Uderzyć, może by jej nie uderzył, ale jednak zdenerwowany mógłby się posunąć do jakiegoś nieprzyjemnego czynu. Mimo to puścił ją, a broń schował na swoje miejsce. Obserwował ją badawczo, milcząc.
    Gdy auto ruszyło, Travis uderzył tyłem głowy o oparcie fotela. Nie mocno, ale jednak.
    - Jezus. - wyrwało mu się, w bardzo oceniający sposób spoglądając na blondynkę - dobrze, że nie mam pasów zapiętych, bo by mi żebra połamało... - mruknął, przenosząc wzrok na drogę. W samochodzie na chwilę zapanowała cisza, a on, zerknąwszy na tajemniczą towarzyszkę, uniósł lekko kącik ust w górę - skręć tu. - nakazał. Widząc, że blondi nie pali się do wykonania jego polecenia, westchnął ciężko, podnosząc się. Chwycił za kierownicę, obracając ją mocno w prawą stronę. Puścił tak, by się wyprostowała i dopiero, gdy jechali uliczką, którą miał w planach, rozsiadł się nieco wygodniej w fotelu.

    OdpowiedzUsuń
  4. - No to słuchaj, jak mówię! - odparł - gdybyś ładnie skręciła w prawo, jak kazałem, to byś nie dostała zawału - machnął na nią dłonią. Baby. Przecież sprawdził, czy mieli wolną drogę. Mieli, on w sumie też miał. Wtrynianie się w jej jazdę było łatwiejsze niż się spodziewał. Jeszcze z tego skorzysta, jak nadarzy mu się taka okazja.
    Wjeżdżając w północną część Bronksu, zaczęli mijać coraz to nieprzyjemniejsze miejsca. Dziwnych ludzi, ponure budynki, biedne sklepiki spożywcze... Travis był w domu. Tutaj się wychował. Przyzwyczaił się już do tego horror, jednak to nie znaczy, że go zaakceptował. Wcale nie uważał, że jest to raj na ziemi, nie był dumny z tego skąd pochodzi, w odróżnieniu do większości ludzi tutaj. Wstydził się tego, dlatego też rzadko kiedy udawał się np. na Manhattan, czy nawet do Queens.
    - Okej, zatrzymaj się tutaj.

    OdpowiedzUsuń
  5. Już chwytał za klamkę, kiedy nagle ponownie poczuł to niemiłe szarpnięcie i na dodatek o mały włos nie wyleciał z auta przez przednią szybę. I już miał rzucać się do niej z pretensjami, kiedy nagle poczuł jak zostaje dociśnięty do oparcia fotela. Cała ta akcja szczerze go zszokowała. Przestraszyć, nie przestraszyła, ale po jego wyrazie twarzy na pewno było widać, że tego się nie spodziewał. Opuścił, uniesione do tej pory brwi i zmrużył nieco oczy, patrząc na nią.
    - Postaram się zapamiętać. - powiedział spokojnie, może z lekką nutą ironii w głosie. I może nie powinien o tym myśleć teraz, ale bardzo ładnie pachniała. I aż szkoda było ją od siebie odsuwać... - a teraz... - dotykając palcem jej czoła, odsunął ją od siebie ne bezpieczną odległość. Ciągle miał wypisane na twarzy wielkie niezrozumienie, jakby chciał jej zapytać, czy nie ma ona ze sobą jakiś problemów psychicznych. Jakieś rozdwojenie jaźni, coś...? - znasz mnie, tak? A znasz mojego "szefa"? I czego od niego chcesz? Bo to, że cię do niego zaprowadzę, to wybij sobie z głowy - uprzedził.

    OdpowiedzUsuń
  6. Słuchał jej uważnie, ściągając przy tym mocno brwi. Odruchowo przeleciał wzrokiem po jej sylwetce, zaczynając od nóg i kończąc na delikatnej buźce. Jeśli to co mówiła, było prawdą, to dziewczyna była strasznie głupia. Kiedy skończyła, jedynie leniwie kiwnął głową.
    - Słuchaj... - zaczął po chwili - nie wiem jak to wyglądało tam u ciebie w Chicago, ale... - pokręcił delikatnie głową, nieznacznie się krzywiąc, po czym spojrzał na nią wymownie - nie wiem czy na prawdę chcesz się wkręcać w to, co jest tutaj. To nie jest jakaś firma, do której składasz swoją cefałkę - rzucił - jeśli tam szukały cię psy i przyjechałaś aż tutaj, żeby uciec, to czekam chcesz pakować się w kolejne łajno? Gorsze - podkreślił. Nie rozumiał jej - okej, rozumiem. Masz broń, silna jesteś dziewczynka, harda, pyskata .. - wymieniał, ironizując - ale jeśli masz okazję, to stąd spierdalaj - spojrzał na nią. Nie chciał jej postraszyć, ani pogonić. Jednak gdyby on sam miał taką możliwość i aż taki zapał, już dawno by go tutaj nie było - zaprowadzę cię, jeśli tak bardzo chcesz, ale... - urwał, bezradnie wzruszając ramionami. Co więcej pozostało mu do zrobienia? Nie był przecież jej niańką.

    OdpowiedzUsuń
  7. Miała go, w tych kilku słowach. Nie zamierzał się z nią kłócić, ani jej niczego tłumaczyć. Ktoś może i by stwierdził, że każdy może od tego odejść. Ale nie, jeśli taka grupka popieprzonych i niebezpiecznych ludzi podaje się jako twoja rodzina.Travis wcale ich tak nie traktował. Na prawdę uważał, że już jest martwy. Bo przecież co to za życie? No właśnie takie, gdzie wyjściem zdawał się być tylko nierealny świat, bo wciągnięciu tego i owego.
    - Wyglądasz na mądrą dziewczynę, na pewno znalazłabyś jakieś wyjście. - stwierdził niby to obojętnie. Na wieść o tym co takiego niesamowitego ma w bagażniku, wzruszył znów ramionami - więc spójrzmy na te skarby. - oznajmił, kolejno wysiadając z auta. Podchodząc do bagażnika, uniósł klapę w górę. Czy to było bezpieczne? Trochę tak, trochę nie. Policji wokoło nie było (no, no), i jakiś niepotrzebnych gapiów też nie. Poza tym, tutaj narkotyki to była codzienność. Ludzie stoją na rogach w kieszeniach wypełnionych amfetaminą. Faceci, kobiety, nawet dzieci. Przecież on tak zaczynał.
    Na widok całego stada narkotyków, zaskoczony spojrzał na blondynkę. Nie czekając dłużej, sięgnął do kieszeni spodni, z której wyciągnął telefon. Przyłożył go do ucha i przytrzymał go sobie ramieniem. W międzyczasie sięgnął do paczki po papierosach, wyciągając z niej blanta. Wsunął go do ust i odpalił.
    - Halo. - mruknął, bardziej niż zapytał - no gdzie jesteś...? Mam tu kogoś do ciebie - wypuszczając dym z ust, spojrzał znów na śliczną blondyneczkę - jak masz na imię? - mruknął do niej, kolejno powtarzając imię do telefonu. Przewrócił oczami, przetarł twarz. - okej... no, na razie. - rozłączył się. Jedyne co zrobił to kiwnął do niej głową, wracając do samochodu. Gdy wsiedli już do środka, uchylił sobie szybę. - jedź. Prosto, później w prawo.

    OdpowiedzUsuń
  8. - Nie zmieniłem zdania. Ale chyba ty wiesz lepiej co jest dla ciebie dobre - posłał jej krótkie spojrzenie, jeszcze zanim ruszyli. W trakcie jazdy pozbył się resztki blanta, wyrzucając go za okno. Nie jechali jakoś strasznie długo i o dziwo Virgia skręcała tam, gdzie mówił. To m imponowało za każdym razem. Nie mógł się powstrzymać od uśmiechu, czy pokręcenia głową, czy nawet powiedzenia "wow", kiedy obyło się bez jego rzutów na kierownicę. Gdy dojechali na miejsce, Travis dał jej znać, gdzie może się zatrzymać. Znajdywali się przed jednym z wielu niewielkich domków, których stan był gorszy niż "zły". Już przy wysiadaniu z samochodu dało się słyszeć głośną muzykę. Na trawniku przed posiadłością było pełno ludzi. Dużo pijanych lasek, dużo hustlerów.. Idąc ścieżką, Travis przybijał piąteczkę z paroma osobami. Orientacyjnie spojrzał za siebie, by upewnić się czy Virgia za nim idzie. Przy okazji jeszcze sprawdził jak reaguje na nią otoczenie. Takie panie nie często pojawiają się w tym domu.
    W środku było jeszcze tłoczniej. Było ciemno, ponieważ wszystkie okna zabite były dechami. W powietrzu unosił się ciężki dym, zarówno ganji, jak i papierosów. Ludzie wokoło się bawili co tu dużo mówić. Co do Virgii, czarnuchy których mijali, obchodzili ją jak jakąś zwierzynę. Zatrzymując się na chwilę, poczekał aż blondynka wyrówna z nim kroku. Dotykając lekko jej pleców, pchnął ją delikatnie w przód. Szedł obok, dochodząc do czegoś w postaci salonu. Na kanapie siedział "szef", w towarzystwie nagich i na wpół nagich murzynek. Na stoliku obok znajdywało się kilka kresek, które czekały na kolejne wciągnięcie.
    - Travis!
    - Cześć, stary - mruknął w odpowiedzi. Gdy boss do nich podszedł, uścisnął z nim dłoń. Odszedł na bok. Jego rola w tej sytuacji już się skończyła.

    OdpowiedzUsuń
  9. Oczywiście nie musiał tego robić, ale zerkał na nią co jakiś czas, kontrolując jak sprawy się mają. Z resztą... przecież robił to odkąd wysiedli z samochodu. Nie przestał wierzyć w to, co jej powiedział. Ona nie pasowała do tego świata. Może do jakiejś białej gangsterki, gdzie dziewczyny biegają z bronią i tłuką się wzajemnie. Ale tutaj związana ze sobą była banda wielkich facetów, którzy nie liczą się z nikim i niczym, a takie dziewczyny jak ona, obracają na tyłach klubów - niekoniecznie za ich zgodą. On się nigdy do tego nie mieszał, zawsze trzymał się z boku, żył w swoim świecie. Robił to co mu kazali, bo dzięki nim każdy z jego rodzeństwa żyje do dzisiejszego dnia. No... nie dzięki nim, a dzięki pieniądzom za narkotyki. Gdy zniknęła mu z oczu, spuścił na chwilę wzrok. Zapalił crack, opadł plecami na kanapę i zamknął oczy.
    Za ścianą już zaczynało być nieprzyjemnie. Kiedy Virgia zagroziła mężczyźnie bronią, on wyśmiał ją na cały głos. Dał jej w twarz dokładnie raz i to wystarczyło. Blondynka upadła na ziemię, a on mógł spokojnie przejść do czynów. Obrócił ją na brzuch jeszcze zanim usiadł na niej okrakiem. Szamotała się mocno, więc kilka razy prawie z niej spadł. Drapieżnik i ofiara. Zdążył już zsunął dżinsy z jej pośladków i nieco rozciągnąć jasny t-shirt. W samą porę do pomieszczenia wpadła ciemnoskóra kobieta o bardzo, bardzo pełnych kształtach.
    - Co to, kurwa jest, Dre?! - oburzyła się - złaź z tej białej kurwy zanim ci pomogę!
    Travis nie słyszał tych krzyków, w końcu po całym mieszkaniu porozstawiane były ogromne głośniki. Od razu jednak dostrzegł Virgie, wybiegającą z pokoju obok. Stan w jakim była, mówił wszystko za siebie. Mężczyzna od razu poderwał się z kanapy i ruszył w jej stronę, zdejmując z siebie bluzę. Gdy znalazł się przy niej, narzucił czarny materiał na jej barki i owinął ją nim. Rozejrzał się, szybko wyprowadzając ją z domu.
    - Co ci mówiłem, barbie, hm? - szepnął, gdy znaleźli się przy jej aucie. Wpakował ją na miejsce pasażera, a sam usiadł za kółkiem.

    OdpowiedzUsuń
  10. To, że nie powinien prowadzić, nie było dla niego istotne. Tutaj wszyscy tak robili i zdziwił się, że ktoś w ogóle zwrócił mu o to uwagę. Oczywiście, było ciężko, ale przez całą tę sytuację, mocno otrzeźwiał. Skupiał umysł jak mógł, a w razie przywidzeń, po prost je ignorował.
    - Okej, Barbie. To już ostatni raz. - mruknął, unosząc kąciki ust w słabym, lekko widocznym uśmiechu - i nie ma za co... - dodał ciszej. Wbijając kierunek, zjechał na stację benzynową. Zaparkował gdzieś z boku, po czym zgasił silnik. Spojrzał na nią, wzdychając lekko. - Bagażnik masz opróżniony, więc w razie jakiejś kontroli nie będziesz musiała trząść portkami - poinformował od razu. Przyjrzał się jej uważnie. Do niczego poważniejszego chyba nie doszło, widział dziewczyny wybiegające od Dre w o wiele gorszym stanie. - Idę po jakieś picie, chcesz coś? - zapytał, wskazując kciukiem sklepik stacji. Właściwie to mocno było po nim widać, że się stara. Takie grzeczności i takie sytuacje były dla niego czymś nowym. Z kobietami raczej nigdy nie rozmawiał. Robił to co miał do zrobienia, później ubierał się, nawet na nie nie patrząc. Taki był, wstydził się świata i ludzi. Często przykrywał twarz, rzadko kiedy spoglądał w oczy. Tym bardziej nie wiedział jak rozmawiać z roztrzęsioną kobietą i jak się nią zajmować. Podbiegnięcie do niej i okrycie jej było impulsem. - N-nie? - był trochę skonsternowany, nie chciał jej naciskać po tym co przed chwilą przeżyła. Wysiadając z auta, schylił się jeszcze na chwilę - jak wrócę to odwieziemy cię do domu, nie? Chyba, że będziesz chciała... tam wrócić. - popatrzył na nią badawczo.

    OdpowiedzUsuń
  11. Opierając się łokciami o dach auta, zaglądał do środka. Gdy wspomniała o alkoholu, uniósł lekko brwi w górę, rozchylając przy tym wargi. Takie zonki łapał przy niej dosyć często. Jego znajomości paradoksalnie były niesamowicie nudne w porównaniu do jej osoby. Parsknął krótko, nawet szerzej się uśmiechając.
    - Myślałem o jakimś soczku, ale okej, może być i tak - powiedział, prostując się, więc nie do końca był pewny, czy Virgia dosłyszała te słowa, wypowiedziane ze sporym rozbawieniem. Wsuwając dłonie do kieszeni ciemnych spodni, ruszył w stronę sklepiku. Gdy wszedł do środka, kiwnął głową do ciemnoskórego kasjera. Ruszając w głąb półek, zerknął jeszcze przez ramię w stronę samochodu. Zgarnął paczkę Cheetos'ów, oraz jakiegoś energetyka. Gdy stanął przed kasą, przeleciał wzrokiem po wystawie alkoholi. Podrapał się po głowie, spoglądając na kolorowe butelki. Z daleka można było widać jak Travis płaci za zakupy i nawet śmieje się lekko, reagując na to, co powiedział mu znajomy.
    Wychodząc z łupem, wrócił do samochodu. Wsiadł i zamknął za sobą drzwi, po czym z wymownym spojrzeniem podał blondynce buteleczkę z alkoholem. Sam, odłożył na bok sztuczny napój, a zabrał się za otwieranie paczki z chrupkami.

    OdpowiedzUsuń
  12. Trzeba było przyznać, że spodziewał się tego. Widział jak siłuje się z tą butelką, ale oczywiście nie poprosi go o pomoc. Trudno, zamierzał czekać, zajadając się cheetos'ami. Widząc, że zrezygnowała, uśmiechnął się lekko.
    - Daj. - wyciągając dłoń w jej stronę, wziął od niej buteleczkę. Bez problemu ją odkręcił, po czym oddał właścicielce. Z zaintrygowaniem przyglądał się jak Barbie pokonuje setkę wódki. Zaśmiał się na głos, widząc jej skrzywioną minkę. Każdy by tak zrobił, nawet on. Przecież alkohol smakuje paskudnie! I śmierdzi! I pali! - chcesz popić? - zaproponował, machając lekko butelką 7Up'a. - mogę też dać ci chrupka jak chcesz.

    OdpowiedzUsuń
  13. Po odwiezieniu Virgie do domu, pozostało mu wrócenie na imprezę... spacerem. Na szczęście działały środki komunikacji, takie jak metro, więc dużego maratonu nie miał przed sobą. Na zabawie nie posiedział długo. Może z godzinę, lub dwie. Po tym musiał jeszcze wrócić do domu i zająć się młodszym rodzeństwem. Ojciec alkoholik wykitował, a mamusia parę lat temu gdzieś zniknęła z młodszym od siebie facetem. Nie miał pojęcia, czy żyje, czy może leży gdzieś w rowie. Zostawiła go samego z siódemką dzieciaków na głowie. Jakoś musiał na nie zarabiać, więc na drugi dzień stawił się pod domem, w którym ostatniego wieczora miała miejsce wixa. Ponieważ było w miarę ciepło, wszyscy stali przed drzwiami, gaworząc, ustalając i paląc. Travis opierał się o niewielki murek, znajdujący się przy drzwiach. Gdy pod dom podjechała Barbie, bacznie obserwował jak wychodzi z auta. Kiedy tylko się zbliżyła, uciekł wzrokiem w ziemię.
    - Jest nasza blondyna z Chicago - odezwał się Dre. Gdy Virgia znalazła się przy Carterze, ten wyciągnął do niej blancika, wzrokiem grzecznie pytając czy ma ochotę na buszka.
    - Od kiedy pracuje dla nas jakaś białaska? - odezwał się jeden z ekipy.
    - Odkąd ja tak zarządziłem. - odparł hardo przywódca tej całej bandy. - dzisiaj dostaniesz pierwszą robotę. Pójdziesz z Travisem, on ci wszystko wyjaśni. A jak skończycie... - przerwał, by wypuścić z ust dym - to wrócicie do mnie.

    OdpowiedzUsuń
  14. Travis był pewien, że Dre o wszystkim zapomniał. Gdyby pamiętał, zupełnie inaczej traktowałby Barbie i to by się absolutnie rzucało w oczy. Każdy by wiedział, że musiałaby mu grubo podpaść ostatniej nocy. Kiedy blondi kiwnęła do niego głową, Carter rzucił na ziemię resztkę skręta, kolejno przydeptując go podeszwą buta. Ruszył za nią w stronę samochodu, kolejno oczywiście wsiadając do środka. Kiedy Virgia zrobiła to samo, chłopak zerknął na nią.
    - Jak się czujesz? - zapytał. Martwił się? Może trochę. Może bardziej niż trochę. Ciągle tylko sobie mówił, że do niczego poważniejszego nie doszło, więc przez cały czas bił się z myślami, czy zadawać jej to kretyńskie pytanie. Z jakiegoś powodu nie chciał się przed nią wygłupić.

    OdpowiedzUsuń
  15. Z głową spuszczoną w dół, podrapał się w kark. Machnął dłonią przed siebie, kolejno zapinając pasy bezpieczeństwa.
    - Jedź na razie prosto, a później na skrzyżowaniu w prawo. Poprowadzę cię. - mruknął pod nosem, na koniec męcząc się z lekkim kaszlem, wynikającym oczywiście z palenia. Ludzie podobno się do tego przyzwyczajają, bo on raczej nie mija. No nie, nie mija. I tak -ludzie się do niego przyzwyczajają. Jak można się domyślić jakiś tam kaszelek nie stanowił dla Travisa problemu. Jedyna rzecz, która mogła być problemem, to były właśnie takie spotkania jak to, na które się udawali. Mogły się one potoczyć bardzo różnie. Rzadko kiedy były przyjemne i sympatyczne. Zwykle to było wahanie się między złym potoczeniem się sytuacji, a bardzo złym, czasami nawet tragicznym.
    Gangi w Nowym Jorku to nie była włoska mafia. Spotkania dilerskie nie odbywały się w barach i restauracjach, a na ulicach, w domach, podejrzanych zaułkach. Travis, razem z Barbie musieli zajechać na jakiś pseudo parking w pobliżu wiaduktu. Dopiero pod wiaduktem spotkali się z dilerem innego gangu.
    - Siema.
    - Siema. - odparł Carter, ściskając dłoń czarnoskórego mężczyzny.
    - I co? Będziemy ubijać tego targu? Słyszałem, że dostaliście jakąś w chuj dostawę wczoraj.
    - Tak, trochę tego jest.
    - Lepiej, żeby było na co czekać, Travis. - ostrzegł - Lamar nie będzie zadowolony jeśli opchniesz mi jakieś ścierwo.

    OdpowiedzUsuń