Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

1 lutego 2016

[KP] Prince James Greenwood


Future King of Norway
James Greenwood
Najstarszy syn królewskiej rodziny | ma młodszego brata i siostrę | prawie idealna rodzina | wuj zachowuje się jak Skaza | stara się być jak ojciec | w trakcie studiów medycznych | obowiązkowy | jeszcze korzysta z „wolności” i bawi się, póki może | owszem, posiada białego konia

#LongLiveTheKing | #PrinceJames

42 komentarze:

  1. Wizyty w centrum handlowym stawały się dla Noaha nieodłącznym elementem każdego dnia, nawet jeśli nie miał przy sobie żadnych pieniędzy, o co akurat nie było trudno. Sklepy stanowiły jednak jego główne źródło utrzymania, przy okazji pozwalając mu przeżyć kolejne, ciągnące się dni. Pomimo, iż od dobrego półtora roku mógł tytułować się mianem zastępcy posiadającego pozorne prawa przywódcze, w rzeczywistości wszystko odbywało się zupełnie inaczej. Jako jeden z najmłodszych nigdy nie miał zbyt wiele do powiedzenia, a jeśli zależało mu na noclegu u któregokolwiek z członków złodziejskiego gangu, musiał zacisnąć zęby i posłusznie wykonywać to, co tylko sobie zażyczyli. Oni lub szef, z którym choćby najmniejsza i najkrócej trwająca dyskusja nie wchodziła w grę. Czasami zastanawiał się, dlaczego jak do tej pory żaden z nich nie postanowił tego zakończyć i nie rozkazał mu odejść, lecz po chwili namysłu odpowiedź nasuwała się sama. Rzadko kiedy dawał się złapać, z biegiem czasu nabywając umiejętność przemieszczania się niczym cień przy kręcących się ochroniarzach, pracownikach bądź przechodniach na zatłoczonych ulicach, a nawet omijać zdradzieckie bramki, które jakimś sposobem nie piszczały, podczas przechodzenia obok nich z pewnym siebie wyrazem twarzy. Jedynie od czasu do czasu, gdy i jego dopadały gorsze dni - czyli w jego przypadku najgorsze z gorszych, tych przeżywanych codziennie - kiedy jakimś sposobem udało mu się wpaść prosto w ręce ludzi, nie mających zamiaru cierpliwie poczekać na wyjaśnienia, którymi i tak Noah w życiu by ich nie uraczył. Nienawidził uczucia, które niezmiennie towarzyszyło mu po każdej tego typu nieudanej akcji; wracanie do nich z pustymi rękami było ostatnią rzeczą na jaką miał ochotę, tym bardziej z drobnymi pamiątkami w postaci zadrapań, podbitego oka czy rozwalonej wargi - zemsty ze strony osób, dla których był niczym więcej niż złodziejem. A takich w końcu należało tępić. Tym razem szedł do centrum z odrobinę większymi nadziejami, planując zrealizować postawione przed nim zadanie za pomocą swojej tajnej broni, wykorzystywanej tak często tak jak tylko mógł. Nie wyglądał jak bezdomny złodziej, którego priorytetem było obrobienie kieszeni czy sklepowych kas i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Pod maską z pozoru zwyczajnego młodego chłopaka kryło się jednak coś niewidocznego na pierwszy rzut oka, ujawniającego się dopiero podczas rozmowy, nie przypominającej tej prowadzonej przez normalnych ludzi.
    Przeczuwał, że to skończy się źle. Okropny humor w połączeniu z typowym dla ulicznego życia zmęczeniem nie mogły sprzyjać sukcesowi, na który po cichu liczył. Próbował zachowywać się tak by nie wzbudzać jakichkolwiek podejrzeń, aczkolwiek sama jego obecność w jednym z renomowanych butików mogła je budzić. Wcisnął dłonie do kieszeni za dużej bluzy, pomału spacerując wokoło sklepowych alejek w poszukiwaniu czegoś łatwego do zabrania i późniejszego sprzedania. Potrzebował tych pieniędzy, ale wizja typowego dla jego paczki podziału nie uśmiechała mu się ani trochę; czuł się wykorzystywany, lecz próby protestu mógł zachować wyłącznie dla siebie. I nie sądził, że przez małą nieuwagę sprawy potoczą się tak szybko. Zdążył zarejestrować donośne "stój!" i zauważyć pędzącą w jego kierunku ochronę, w tym samym momencie zrywając się do biegu, wykonując skomplikowane slalomy wokół półek i stojaków. W pospiechu narzucił na głowę kaptur, tym samym ograniczając sobie widoczność i utrudniając ucieczkę, jednak nie to było najważniejsze; nie miał prawa dać się złapać i musiał jak najszybciej dopiec do wyjścia. I domyślałby się, ze udałoby mu się to bez problemu, gdyby nie kolejna przeszkoda, stojąca mu na drodze do upragnionego wyjścia na zewnątrz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Uważaj jak łazisz! — warknął do stojącego obok niego mężczyzny, chociaż wina ewidentnie leżała po stronie Noaha. Rozejrzał się nerwowo, kompletnie ignorując swoją ofiarę i bez zbędnych słów ponownie puszczając się biegiem. Depczący mu po piętach ochroniarz zawzięcie nie dawał za wygraną, zmuszając chłopaka do zrobienia tego, od czego z reguły trzymał się z daleka; zabawa w chowanego. Po około dziesięciu minutach trwającego wieczność sprintu oparł się plecami o kafelkową ścianę męskiej łazienki, oddychając głęboko i starając się odzyskać choćby połowę sił, potrzebnych do zakończenia trwającej wciąż misji. — To znowu ty? — mruknął, gdy niespodziewanie w tej samej łazience ujrzał osobę, którą nie tak dawno prawie udało mu się staranować. Zrzucił z głowy kaptur i zlustrował go podejrzliwym spojrzeniem, w międzyczasie zastanawiając się, czy mężczyzna nadawałyby się na cel. W końcu byle kogo nie miał w zwyczaju okradać.

      Usuń
  2. Może faktycznie nie powinien z nim rozmawiać. W końcu odkąd tylko sięgał pamięcią, odczuwał głęboką awersję w stosunku do osób jego pokroju. Nie miał zielonego pojęcia kim był ten człowiek i nawet nie wiedział czy chciał go poznać, dlatego też kompletnie nie zrozumiał rzuconych na pożegnanie słów. Jego zdaniem mężczyzna był zbyt pewny siebie, albo najzwyczajniej w świecie go z kimś pomylił, chociaż z drugiej strony intuicja podpowiadała mu, że w takim wypadku rozmawiałby z nim całkowicie inaczej. Nie znał jego imienia czy nazwiska, nie wiedział ile miał lat, czym się zajmował, w jakim celu przyszedł do galerii i dlaczego poprosił go o tego rodzaju dyskrecję, nie mniej wydało mu się to na tyle dziwne, by skutecznie wybić mu z głowy plan zakręcenia się koło jego portfela. Poza tym miał większe zmartwienia niżeli zastanawianie się nad tą dziwną i krótką wymianą paru zdań, którą skwitował jedynie wymownym okej, połączonym z posłaniem w jego kierunku podejrzliwego spojrzenia spod lekko zmrużonych powiek. Nie miał w zwyczaju się tłumaczyć ani opowiadać o swoim barwnym życiu, a męski kibel ani trochę nie nadawał się na miejsce zwierzeń. Nie rozumiał również co chodziło po głowie nieznajomego, który w opinii Carringtona był głęboko przekonany, iż ten odpowie na każde jego pytanie, ale sam Noah szczerze wątpił, by ktokolwiek otwarcie przyznał się do kradzieży. Bynajmniej on nie miał najmniejszego zamiaru. Z początku poczuł się jak na typowym przesłuchaniu, których w swoim życiu odbył już kilka, dlatego też przez jego głowę przemknęła myśl, iż stojący naprzeciwko niego mężczyzna tak naprawdę jest jednym z pracowników ochrony, którego głównym zadaniem było kręcenie się po centrum, wtapianie w tłum i wyłapywanie niczego nieświadomych drobnych przestępców, nie zdających sobie sprawy z obecności tych cichych informatorów. Życie na ulicy nauczyło go jednego: zawsze w tego typu sytuacjach nad jego głową automatycznie zapalała się alarmująca czerwona lampka, przypominająca o szybkiej ewakuacji. A Noah zrobiłby to z wielką chęcią, gdyby nie jeden malutki problem; czekający ze zewnątrz patrol sklepowej policji, który równie dobrze mógł już dawno zapomnieć o tym nieudanym epizodzie i dać sobie spokój z szukaniem niegroźnego gówniarza, bawiącego się w profesjonalnego złodzieja.
    — Zaczekaj — oparł się plecami o drzwi, uniemożliwiając mu wydostanie się z toalety. Lubił doprowadzać sprawy do końca i nie pozostawiać śladu po niedomówieniach, a te w dalszym ciągu wisiały nad nimi w powietrzu. — Przecież się nie znamy, czemu miałbym komuś powiedzieć gdzie jesteś — zaczął, wkładając dłonie do kieszeni bluzy. — Zresztą kogo to obchodzi — dodał, wzruszając ramionami. — Ja nie widziałem ciebie, ty nie widziałeś mnie. Zwijam się stąd — złapał za klamkę, narzucając na głowę kaptur i przez ułamek sekundy nawiązując z nim wzrokowy kontakt. Równie szybko przeniósł jednak spojrzenie w inny punkt, bez słowa kierując się ku tylnemu wyjściu z centrum handlowego i psychicznie szykując do powrotu do najprawdopodobniej zawiedzionych chłopaków, których reakcję już mógł zacząć sobie wyobrażać.
    Dalej miał pewne wątpliwości, czy miejsce do którego wysyłano go po każdej nieudanej wizycie w centrum powinien postrzegać w kategorii nagrody czy kary, którą poniekąd miała być. Nocny klub był idealnym miejscem jeśli chodziło o drobne kradzieże, ale ich realizacja była nieco bardziej skomplikowana. Za każdym razem gdy tylko wkraczał w tamto miejsce czuł się jak żywy kawałek mięsa, cierpliwie czekający na rozszarpanie. Ze względów oczywistych - dość wąskiego kręgu wpuszczanych do środka mężczyzn - nikt z obecnych nie mógł narzekać na tłok, a co za tym szło, wybrane jednostki bywały otaczane bardziej niżby tego chciały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noah nienawidził kiedy ktoś naruszał jego osobistą przestrzeń, dosiadając się przy barze czy wydzielonych w pomieszczeniu loży, nie cierpiał czuć na sobie ich wzroku, nudziła go każda wymuszona rozmowa i z trudem znosił tanie próby podrywu kończące się propozycjami wspólnego przejścia w bardziej ustronne miejsce. Jedynie na prośbę przyjaciół dawał się namawiać na stawiane mu przez nieznajomych mężczyzn drinki, by w trakcie ich picia po kryjomu zgarniać kolejne łupy i uśmiechać się pod nosem na samą myśl o poziomie naiwności okradanych ludzi.
      Kilkanaście minut później ściskał w palcach opróżnioną do połowy szklankę, przedzierając się w kierunku wypatrzonej sofy, ku jego uldze niezajmowanej przez nikogo. Poprzez przygaszone światła miał problemy z zidentyfikowaniem potencjalnych ofiar swoich złodziejskich sztuczek, do których mógłby podejść i w równie wyuczony sposób zacząć zwracać na siebie ich uwagę. Noah w takie wieczory nie przypominał już tamtego chłopaka z norweskich ulic czy galerii; wcześniej mało kto obróciłby głowę za podejrzanie wyglądającym dwudziestoparolatkiem, zmieniając ten stan rzeczy po przekroczeniu progu klubu. Przysiadł na brzegu jednej z kanap, zakładając nogę na nogę i czekając, aż tradycyjnie lada moment przysiądzie się do niego pierwszy lepszy cel, którego będzie mógł poddać wyjątkowo szczegółowej selekcji, następnie decydując się zrobić krok dalej bądź czym prędzej wycofać i zmienić własne położenie.

      Usuń
  3. Skąd miał wiedzieć, że ta cholerna loża była już przez kogoś zarezerwowana. W dodatku przez osobę, którą tego konkretnego, feralnego dnia spotkał już drugi raz. Dotychczas tego typu sytuacje wydawały mu się niewyobrażalne i niemożliwe do spełnienia, a wszystko to było zasługą uroku miejsca, do którego systematycznie przychodził. W klubie niezmiennie pozostawał kimś całkowicie anonimowym, kojarzonym raptem przez paru stałych gości, lecz i ich był w stanie zliczyć na palcach jednej ręki. Żadna z tych osób nigdy nie widziała go jednak poza skąpanym w mroku specyficznym klubem, w porównaniu z tym działającym mu na nerwy mężczyzną, parę godzin wcześniej o mały włos nie staranowanego w trakcie swojej widowiskowej ucieczki. W końcu Carrington nie przychodził tu dla własnej przyjemności, w dalszym ciągu nosząc przywdzianą plakietkę złodzieja, węszącego gdzie popadnie i dokładającego wszelkich starań, by nie wrócić do bazy z pustymi rękami. Nie zależało mu na zawieraniu znajomości, miał gdzieś kręcących się dookoła facetów, którzy tak jak cała reszta - z małym wyjątkiem - przybyli do klubu w wiadomym celu. Nie przysłuchiwał się ich słowom, stanowiącym element składowy wyjątkowo nieudanego podrywu, z tym samym zimnym i szyderczym wyrazem twarzy wypijając kolejne stawiane mu drinki, paradoksalnie ani trochę nie poprawiające mu humoru. Krzywił się przy każdym dotyku, z wielką chęcią pozwalając wyjść swojej pięści na spotkanie z nosem bądź okiem któregokolwiek z właśnie takich natrętów, jednocześnie powtarzając w myślach, by wbrew temu zachować profesjonalizm. Traktował powierzane mu zadania jak pracę, dawającą mu szansę na przeżycie kolejnych tygodni. W dodatku w dosłownym tych słów znaczeniu, gdyż narażanie się starszym od niego wspólnikom w ogóle mu się nie uśmiechało. Tak samo jak zmiana stylu życia, które pomimo wielu nieudogodnień posiadało swoje plusy. Czasami ciężko dostrzegalne, ale jednak. Dlatego też chcąc-nie chcąc musiał trzymać nerwy na wodzy i nie zmieszać z błotem tego zagadkowego klienta galerianych butików, nawet jeśli na język cisnęły się mu już pewne zwroty, argumentowane ich ostatnią i niezrozumiałą wymianą zdań. Nie wiedział czy James - w gruncie rzeczy poznanie jego imienia nie wpłynęło na zmianę jego podejścia - lada moment nie miał stać się jego ofiarą, aczkolwiek nawet jeśli nie miałoby tak być, nic nie stało na przeszkodzie, by trochę z nim posiedział. Ulotnienie się było tylko i wyłącznie kwestią czasu, a tych kilka minut i tak nie robiło mu praktycznie żadnej różnicy.
    — James? — powtórzył, przenosząc wzrok na wyciągniętą w jego kierunku dłoń, którą uścisnął z lekkimi obawami. — Czyli dopiero teraz mogę przyznać, że faktycznie się znamy — dodał, celowo nawiązując do wcześniejszego spotkania w męskiej toalecie. Póki co wolał nie drążyć tematu, nie chcąc zupełnie przypadkiem powiedzieć o jedno słowo za dużo. Przy okazji takiej okoliczności miał już pod ręką gotową alternatywną historyjkę, jedynie czekającą na jej opowiedzenie. — Noah — przedstawił się, równocześnie próbując robić wszystko, byle tylko nie nawiązać z nim wzrokowego kontaktu. Kłamstwo zawsze przychodziło mu z łatwością, jednakże był zdania, iż na wszelki wypadek powinien brać pod uwagę i taką opcję, wiążącą się z przejrzeniem jego kamuflowanej natury. Szczególnie po porannej wpadce w centrum handlowym.
    Po nadejściu kelnera wziął do ręki postawioną przed nim wysoką szklankę, nie marnując czasu na rzucenie w stronę Jamesa zwykłego dzięki. Zdążył przywyknąć do brania, z naciskiem na branie bez ówczesnego zapytania o zgodę. Upił małego łyka, czując jak przez jego przełyk przepływa z początku nieprzyjemna substancja, na którą obojętniał dopiero przy trzecim zetknięciu warg ze szklanką. Pochodzenie, warunki życia czy zawarte znajomości mogły zobowiązywać, nie mniej Noah nie był zaciętym fanem alkoholu; picie z konieczności po całodziennym, typowym dla człowieka ulicy zmęczeniu zazwyczaj nie kończyło się zbyt dobrze, ale nie chciał i nie widział sensu w zwalczaniu klubowej rutyny, do której po części się już przyzwyczaił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dziwne, prawda? — zapytał, obracając w palcach szklankę i lustrując wzrokiem nowo poznanego mężczyznę. Jak to bywało w klubach, tym bardziej takich, wszędzie panował sprzyjający kradzieżom tłok, który chociaż że nie obowiązywał w rezerwowanych lożach, zdaniem chłopaka zawsze mógł zostać wdrożonym w życie. Zgodnie z tym twierdzeniem przysunął się bliżej Jamesa, ignorując przy tym dziwne uczucie bycia obserwowanym przez jednego z jego towarzyszy, siedzącego tuż naprzeciw niego. — Też nie spodziewałem się ciebie tutaj spotkać — odrzekł, w międzyczasie powoli sącząc swojego drinka. — Liczyłem na ciekawsze towarzystwo — uśmiechnął się pod nosem, wyciągając nogi do przodu i rozsiadając się wygodniej na długiej sofie. Wiedział, że po części marnował czas, nie ważne iż tego wieczora zdołał już zarobić więcej w porównaniu z zeszłym tygodniem. Jeśli rzeczywiście chciał poznać Jamesa od nieco innej strony, musiał wreszcie zacząć działać.
      — Przyszedłeś tutaj w konkretnym celu? — zapytał, odkładając na stolik pustą już szklankę. Jakby ktoś czytał mu w myślach, już po upływie chwili stał przy nim trzymający tacę kelner, by po przyjęciu zamówienia wrócić z drugim, nieco mocniejszym napojem. Może i powinien być zadowolony z tak szybkiej i przewidującej obsługi, jednak świadomość bycia obserwowanym coraz bardziej go niepokoiła. — Nie wyglądasz mi na kogoś, kto szuka tu przyjaciela na jedną noc — zauważył, chociaż nie miał stuprocentowej pewności. W końcu sam Noah również nie wyglądał jak żywy społeczny margines, wychowany głównie przez ulice. Nieczęsto dawał to po sobie poznać, dla własnego dobra maskując się tak jak tylko potrafił. — A więc? Co tu robisz?

      Usuń
  4. Nie przyszedł tam tańczyć i generalnie nawet nie był pewien, czy miał na to ochotę. Robienie z siebie idioty na samym środku parkietu nie było w jego stylu, chociaż gdzieś z tyłu głowy krążyła mu myśl, iż być może warto było spróbować. Natomiast całkowicie wybił sobie z niej pomysł odnoszący się do opuszczenia klubu z należącym do Jamesa portfelem, kiedy w dalszym ciągu czuł na plecach nieprzyjemny wzrok siedzącego na przeciwko mężczyzny. Z doświadczenia wiedział, by świadomie nie narażać się tego typu osobnikom, jego zdaniem będącym o wiele większym zagrożeniem niż jakikolwiek ze sklepowych ochroniarzy czy pozostałych stróżów prawa, z którymi w całym swoim życiu miał do czynienia przynajmniej kilkukrotnie. Nie miał zielonego pojęcia dlaczego ewidentnie zajęty mężczyzna proponował mu wspólny podbój pękającego w szwach parkietu, w dodatku robiąc to na oczach swojego partnera, który najwyraźniej w chwili zadania owego pytania miał w planach własnoręcznie wyprowadzić Carringtona z pomieszczenia i pilnować, by już nigdy nie zdołał choćby zbliżyć się do Jamesa. W innych okolicznościach chłopak bez wątpienia by odmówił, pospiesznie wymyślając pierwszą lepszą wymówkę pozwalającą mu na bezpiecznie opuszczenie loży, jednakże z każdym kolejnym łykiem drinka poziom jego odwagi rósł, nieproporcjonalnie do resztek rozsądku, którym kazał się zamknąć i dać mu święty spokój. Całe jego dotychczasowe życie składało się tylko i wyłącznie z tych mniej przyjemnych sytuacji i przeżyć, dlatego też spędzenie maksymalnie godziny w towarzystwie tajemniczego mężczyzny mogło uchodzić za nawet miłą odskocznię, których nie doświadczał praktycznie w ogóle. Zaraz po upływie wyznaczanego sobie czasu mógł z powrotem zająć się tym, co ściśle wiązało się z narzuconymi mu przez przyjaciół obowiązkami. Nie pamiętał kiedy ostatnio zrobił cokolwiek z myślą o samym sobie, a po cichu wierzył, że też miał do tego prawo. Nawet jeśli w oczach innych ludzi był jedynie złodziejem, prosperującym by za parę lat uchodzić za znacznie groźniejszego kryminalistę niż mogłoby się wydawać. Póki co nie miał zamiaru naśladować własnych znajomych, woląc trzymać się własnych tradycyjnych metod na zdobywanie pieniędzy, niżeli wykorzystywać innego rodzaju taktyki, w każdej chwili mogące obrócić się przeciwko niemu.
    — Nie trafiłeś — odpowiedział, wzruszając ramionami. Wciągnął głęboko powietrze na wzmiankę o goniącej go ochronie, jednocześnie mając naiwną, że czujne oczy pana zazdrosnego nie zdążyły zarejestrować tego krótkofalowego spięcia. — Po prostu lubię tu przychodzić. Sam. I tyle — kontynuował zarówno odpowiadanie na pytania jak i dokańczanie drinka, którego popijał w równomiernych czasowych odstępach. Czuł, że jeszcze dwie kolejki I jego język zacznie rozwiązywać się coraz bardziej, a nie chciał dopuścić do sytuacji, w której prawda o jego życiu wyszłaby na jaw. O wiele bardziej wolał przełamać się i przyjąć propozycję, niżeli przypadkowo wygadać się i żałować tego mocniej od tych kilku minut trwania pogrążonym w czynności, której samo obserwowanie działało na niego w ten prowokacyjnie, uruchamiając wszelkie pokłady kotłującej się w środku irytacji. — A to zajście w galerii było tylko nieporozumieniem. Nie pytaj — dodał z naciskiem na dwa ostatnie słowa, tym samym ucinając temat i dla dodania lepszego efektu rzucając mu przeciągłe spojrzenie. Wykrzywił wargi w lekkim uśmiechu, kiedy w ułamku sekundy atmosfera wewnętrz zmieniła się w nieco bardziej dynamiczną, za sprawą zdecydowanie szybszej, rozbrzmiewającej w głośnikach muzyki, zmuszających konwersujących klubowiczów do wstania z miejsc. Z jednej strony stała przed nim może i najlepsza tego wieczora okazja do pokazania tego co potrafi, mogąc do woli lawirować między tańczącymi mężczyznami, którzy najprawdopodobniej nawet nie zauważyliby kręcącego się koło ich kieszeni dwudziestojednoletniego chłopaka, lecz z drugiej coś powstrzymywało go przed odejściem od Jamesa, nawet jeśli nie przestawał patrzeć na niego z tą samą niezadowoloną miną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — I skoro zapraszasz — powoli wstał z sofy, rozglądając się po klubie i nie czekając na Jamesa kierując się w stronę tłocznego parkietu. Przystanął jednak przed jednym z przytrzymujących sufit filarów, mimo wszystko woląc nie wchodzić na sam środek sali samemu. Wirujące nad jego głową kolorowe światła sprawiały, że obserwował wszystko znad lekko zmrużonych powiek, ale nie stanowiło to dla niego zbytniej przeszkody. W końcu obiecał sobie, że to tylko jeden taniec. Jeden taniec i spada stamtąd możliwie jak najdalej, najlepiej na drugi koniec stosunkowo dużego objętościowo pomieszczenia. — Wiesz co? — zagadnął parę chwil później, nieznacznie nachylając się w jego kierunku w oczekiwaniu na ten pierwszy krok. — Nie wiem po co tak naprawdę tu przyszedłeś, ale ja nie mam zamiaru brać w tym udziału. Jeden taniec — zaznaczył, krzyżując obie ręce na klatce piersiowej. — Ten twój znajomy nie przestaje się na mnie gapić, więc albo jest zazdrosny, albo nie podoba mu się wizja trójkącika— nie mógł nic na to poradzić. Zazdrosny partner był pierwszą myślą, która przyszła mu do głowy, a innego równie racjonalnego wytłumaczenia niestety nie zauważał. — To co, idziesz? — ponowił pytanie, po cichu licząc na to, iż James rozmyślił się i zmienił zdanie po dopiero co usłyszanych słowach.

      Usuń
  5. Im dłużej go słuchał tym bardziej zaczynał się gubić. Nie był w stanie pojąć dlaczego pierwszy lepszy, mordujący go wzrokiem heteryk postanowił wejść do klubu, w którym zasadniczo mieli prawo przebywać wyłącznie mężczyźni. Noah nie wykluczał, iż jamesowy znajomy szukał nowych, nieznanych jak dotąd wrażeń, jednak jego zdaniem wybór miejsca był lekką przesadą. Równie dobrze mógł udać się gdziekolwiek, – w końcu stolica Norwegii nie posiadała tylko i wyłącznie jednego klubu – jednakże im intensywniej o tym myślał tym mocniej malały jego chęci do dalszego zagłębiania się w tej zagadce. Prychnął pod nosem słysząc dudniący mu w uchu śmiech. Nie znosił kiedy ktokolwiek jawnie drwił sobie z jego osoby, nawet jeśli tym razem miał ku temu powody. Jego teoria spiskowa odnosząca się do czekającej na niego propozycji trójkąta nie wypaliła, chociaż przynajmniej poprawił tym humor swojemu nowemu znajomemu, przy okazji ponownie pogarszając własny.
    Nie był też w stu procentach pewien czy polubił tańczącego z nim mężczyznę – przecież odkąd tylko pamiętał, nie darzył żadnym pozytywnym uczuciem żadnej osoby – ale nie mógł zaprzeczyć i powiedzieć, że moment zetknięcia ich dłoni nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia. Dziwny dreszcz porównywany do niegroźnego i ledwo zauważalnego spotkania z prądem poniekąd zmusił go do refleksji nad niezwykłością całego tego dnia, o czym doskonale wiedział już chwilę po jego rozpoczęciu. Składał się na to bieg coraz to bardziej zaskakujących go wydarzeń, zgodnie z przeczuciami Carringtona mającym odnaleźć swój punkt kulminacyjny właśnie w tym miejscu. Sugestywna wzmianka o byciu singlem spłoszyła go dodatkowo, ale nie dał i nie zamierzał dać tego po sobie poznać; nie miał zielonego pojęcia czy James nie był jednym z seryjnych morderców z wyjątkowo bogatą kartoteką, a jego znajomy, lustrujący wzrokiem wszystko co tylko się poruszyło, łowiącym na haczyk obserwatorem, a życie na ulicy przystosowało go do ciągłych ucieczek, co planował zrealizować zaraz po zejściu z parkietu. Nie obchodził go fakt, iż tę z pozoru normalną rozmowę z Jamesem mógł w ostateczności uznać za udaną, podobnie zresztą jak wspólne kołysanie się w rytm muzyki, które co najdziwniejsze nie wywołało w chłopaku przypływu potężnej fali agresji czy trudnego do okiełznania zirytowania. Nie ważne, że w dalszym ciągu nie wiedział o nim kompletnie nic; na pierwszy rzut oka widać było, iż pochodzą z dwóch różnych światów, a sukces polegający na wymianie tych kilku zdań był zaledwie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, nie mającym się już nigdy powtórzyć. Pomimo koniecznej przy tańcu bliskości starał się dotykać go możliwie jak najrzadziej, nie mogąc odeprzeć krążących mu po głowie myśli, iż coś musi być z nim nie w porządku. Był o tym przekonany, aczkolwiek perspektywa nierozwikłania tej tajemnicy wisiała nad nim jak czarne chmury, nie mogące oznaczać niczego innego.
    — Zaczekaj — odezwał się na tyle głośno żeby przekrzyczeć muzykę. Jeśli mieli się rozstać, musiał pożegnać się tu I teraz, nie na oczach czekającego w loży mężczyzny, z którym tego wieczora wolał się już więcej nie konfrontować. Najprawdopodobniej z wzajemnością. — Chyba będzie lepiej jeśli wrócisz do loży sam. Było fajnie, ale muszę spadać — nie uśmiechnął się ani nie wyciągnął do niego ręki, typowo dla siebie podsumowując ten spędzony we dwójkę czas jednym słowem. Nie miał w zwyczaju tłumaczyć się, dziękować czy przepraszać za to niespodziewane opuszczenie go mimo wizji pobycia razem dłużej; bez zbędnych słów odwrócił się na pięcie, wahając się jednej przez ułamek sekundy, kiedy jego prawa stopa na moment zawisła kawałek nad podłogą. — Każdemu kogo chcesz poderwać mówisz, że jesteś wolny? — zapytał, unosząc do góry jedną brew. — W takim razie udanych poszukiwań — dodał, nie rezygnując ze swojego zwyczajowego ociekającego ironią tonu głosu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie potrafił na dłuższą metę zachowywać się względnie kulturalnie, chociaż i tak jego sposób bycia w miejscach publicznych różnił się od tego, który reprezentował na codzień. Raz jeszcze rzucił na niego okiem, odwracając się i po wykonaniu kilkunastu kroków mieszając z tłumem.
      Wszystko potoczyło się tak szybko, że nawet nie zdążył się zorientować. To zdecydowanie nie był jego dzień, ale żeby wpaść aż dwa razy… Jak zwykle podczas picia drinka z napotkanym przy klubowym barze mężczyzną, wyćwiczone dłonie dwudziestojednolatka powędrowały w stronę kieszeni – gdzie jak zdążył zauważyć znajdował się schowany chwilę wcześniej portflel – kolejnych kilka dłużących się minut później przyciskając pięść do nosa, z którego jak gdyby nigdy nic ciekła krew. Miał to jednak głęboko gdzieś, tak samo jak rozchodzące się po klubie szepty o bójce, której powód wszczęcia był im na całe szczęście nieznany. Jedyne na czym mu zależało to ucieczka na zewnątrz i pokonanie dzielącej go od wyjścia drogi w spokoju, o ile to w ogóle było możliwe.

      Usuń
  6. Nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Był na siebie wściekły; głównie na to, że w tak prosty sposób dał się złapać, w dodatku nieźle przy tym obrywając. W prawdzie zdążył się już przyzwyczaić do powrotów z drobnymi zranieniami, siniakami czy zaschniętymi śladami krwi, lecz ani trochę nie przepadał za właśnie takimi pamiątkami po pracy. Czyjaś pięść pod jego okiem, nosem czy w okolicach szczęki nie wydawała się zachęcającą wizją, jednak tłumaczył sobie, że to nieodłączny element życia jakie z konieczności prowadził. Poza tym odczuwał tę samą irytację z kilku innych powodów, wiążących się z osobą poznanego w centrum handlowym mężczyzny. Nie wierzył w poziom własnego pecha, który tego dnia przekroczył wszelkie normy, lecz mimo tego słowa wypowiedziane przez Jamesa nie chciały opuścić jego głowy przez całą drogę powrotną. Wciśniętą mu do ręki chustkę schował do tylnej kieszeni spodni, woląc tamować powoli ustający krwotok na inne sposoby. Co jakiś czas odrywał jednak wzrok od szyby taksówki i wyjmował zwinięty skrawek materiału, uważnie przyglądając się dwóm widniejącym na nim literkom. W pierwszej chwili wydało mu się to nieco dziwne – w końcu w jego środowisku nikt nie oznaczał inicjałami własnych rzeczy, jednak nie zamierzał nad tym debatować i szukać argumentów świadczących o tym, iż Jamesem coś jest nie tak. Nie miał pojęcia co dokładnie, w związku z czym nie był pewien, czy chciał się z nim jeszcze spotkać. I tak nie miał się z nim jak skontaktować; nie znał jego nazwiska, adresu, nawet numeru telefonu, a nie planował spędzać całych dni w centrum handlowym z naiwną nadzieją, że być może raz jeszcze trafi na niego w męskiej toalecie. Mógł co najwyżej liczyć na nawrót pecha, który w jakiś sposób podświadomie wyśle go do miejsca, w którym będzie przebywał on. Dalej twierdził, że od samego początku James niezwykle go irytował, a towarzysząca mu aura tajemniczości działała mu na nerwy. Zdawał sobie też sprawę z tego, iż pochodzą z dwóch różnych światów, nawet jeśli nie potrafił określić w jakim żyje James; na swojej drodze dość często spotykał wiele różnych osób, czasami bardziej podobnych do niego, czasami mniej, jednak zazwyczaj kończyło się tak samo. Jednym, może dwoma spotkaniami, na finiszu wieńczonymi drobną, z reguły przechodzącą bez echa kradzieżą. Żadna z tych osób nie pożegnała się z nim w taki sposób, sugerując następne wyznaczone w bliżej nieokreślonym terminie spotkanie. Nie potrzebował nowego towarzystwa ani tym bardziej kogoś, z kim mógłby umawiać się na randki czy bez celu włóczyć po ulicach Norwegii. Skoro jednak nie potrzebował kogoś takiego jak James, dlaczego w takim razie nie przestawał myśleć o siedzeniu tuż obok niego w loży czy wspólnym wyjściu na parkiet, w trakcie których nie spuszczał z niego podejrzliwego, lekko kpiącego spojrzenia, jednocześnie powtarzając po cichu jak bardzo go nie znosi. Taksówkarzowi kazał zatrzymać się ulice przed tą, na której znajdowała się baza główna w postaci ulokowanego na górnym piętrze budynku małego mieszkania, w którym zazwyczaj nocował. Wolał aby żaden z jego kolegów nie zobaczył w jaki sposób wrócił z klubu, domyślając się, że nie skończyłoby się na samych wyrzutach czy pretensjach o to, iż wydał na to ich pieniądze. Nikogo nie obchodził fakt, że to Noah spędzał całe dnie na okradaniu ludzi, ryzykując i robiąc to, na co nie zawsze miał ochotę; łupy niezmiennie szły w ręce zleceniodawców, którzy w przypływie dobrego nastroju łaskawie oddawali mu małą część. Równie dobrze mógł ich oszukać i celowo oddać odliczoną wcześniej sumę, ale póki co nie planował wdrażać w życie aż takich przekrętów. Zamiast tego tak jak zwykle wszedł do środka i nie zważając na pytające spojrzenia kumpli udając się prosto do łazienki, by tam doprowadzić się do względnego porządku. Obmył twarz zimną wodą, by następnie wyjąć z kieszeni chustkę i raz jeszcze rzucić okiem na wyszyte inicjały. I po raz pierwszy w całym swoim życiu miał ochotę zwrócić coś właścicielowi, nawet jeśli w tym przypadku była to zwyczajna chustka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miał ochoty uczestniczyć w żadnym oficjalnym otwarciu nowo powstałego teatru, jednak zdawał sobie sprawę z tego, iż nie może przepuścić takiej okazji. Zwłaszcza, że wybierał się tam dobrowolnie i organizował to wszystko na własną rękę, bez wiedzy jakiegokolwiek z chłopaków. Ci nie interesowali się tego rodzaju wydarzeniami, sam Noah zresztą też, ale po przypadkowym usłyszeniu rozmowy dwóch przechodniów automatycznie podjął decyzję o pójściu w wyznaczone miejsce. Nie zrażała go obecność niezliczonej ilości ochrony oraz głów państwa mających robić za żywą atrakcję dla tłumu; ten mógł co najwyżej sprzyjać i ułatwić łowy, nawet jeśli wiązały się one z przepychaniem się na sam przód wpatrzonych w rodzinę królewską gapiów. Po dotarciu i ustawieniu się w możliwie jak najlepszym miejscu wytężył wzrok, wodząc spojrzeniem po otaczających go z czterech stron ludziach. Skupiony na swoim zadaniu nie usłyszał wypowiedzianej przez głośnik zapowiedzi, mimo iż ustawił się praktycznie przy samych barierkach, tyłem do głównych gwiazd wydarzenia.
      — A teraz książę Norwegii we własnej osobie, następca tronu James Greenwood przetnie wstęgę oraz wygłosi mowę — targany ciekawością odwrócił się w stronę wspomianego przez nieznaną Carringtonowi osobę kierunku, przez moment niedowierzając własnym oczom. Stał i wpatrywał się tak przez co najmniej dwie pełne minuty, prosząc w myślach o to, by tylko go nie zauważył, jednocześnie czując, jak jego wczorajsza irytacja względem jego osoby zaczyna rosnąć z niewyobrażalną prędkością.

      Usuń
  7. Nie chciał z nim iść i wcale nie potrzebował tłumaczeń, ale mimo całej tej złości ruszył do przodu, mijając tłumy osób i zgodnie z życzeniem Jamesa kierując się do małej kawiarni. Wiedział, że nie powinien mieć do niego żalu, tak samo jak nie powinien czuć się oszukanym; w końcu również nie powiedział mu o sobie wszystkiego, jednak dostrzegał subtelną różnicę pomiędzy wyjawieniem prawdy o byciu drobnym złodziejem a następcą norweskiego tronu. Przez chwilę żałował też, że nigdy specjalnie nie interesował się niczym poza opróżnianiem kieszeni nieświadomych ludzi; może w innym razie nie wyszedłby na skończonego idiotę, nie mającego pojęcia z kim tak naprawdę spędził wieczór. Miał dziwne przeczucie, że w klubie wiedział o tym każdy, każdy z wyjątkiem niego. Ale ta kwestia akurat dziwiła go najmniej. W końcu nie należał do poinformowanych osób, lecz jak dotąd jakoś nie stanowiło to dla niego żadnego problemu. Tym razem największy problem miał jednak ze samym sobą, chociaż póki co nie dopuszczał tego do świadomości. Nigdy wcześniej nie miał do czynienia z kimś aż tak znanym i dla własnego spokoju wolał, aby tak pozostało, ale wizja znajomości z osobą tak wysoko postawioną była kusząca nawet dla Carringtona. Poza tym widział, że najwyraźniej z jakichś powodów James go polubił, a nie byłby sobą gdyby tego nie wykorzystał. Nawet jeśli miałby się przy tym męczyć i udawać, że siedzenie z nim przy jednym stoliku sprawia mu przyjemność.
    Przez całą drogę szedł parę kroków za jego plecami, mierząc w nie morderczym spojrzeniem, nad którym nie umiał zapanować. Jego równie naburmuszona mina mówiła sama za siebie i nic nie wskazywało na to, by wyraz twarzy nie zmienił się po wkroczeniu do środka wybranego przez Jamesa pomieszczenia. Usiadł naprzeciwko niego, opierając się łokciami o blat stolika a podbródkiem o złożone w pięści dłonie. Domyślał się, że w oczach tych wszystkich elegancko wyglądających klientów uchodzi za niepasującego do otoczenia człowieka ulicy, którego mina w dodatku świadczyła o tym, iż najchętniej rzuciłby się z pięściami na najbliżej siedzącą niego osobę, chociaż w gruncie rzeczy nawet nie przyszło mu to do głowy. Zamiast tego ze spokojem mierzył go wzrokiem, ani na moment nie spuszczając z wyczuwalnego na kilometr ironicznego tonu, uwidocznionego przez najmniejszy gest i całą składająca się na tę frustrację resztę.
    — Wiesz co mnie zastanawia? — zapytał, nie oczekując odpowiedzi. Obrócił się przez ramie, patrząc na schowanego w kącie jamesowego towarzysza z klubowej loży. Właściwie to nie miał po co sobie z niego drwić czy obnosić się z własnym zadowoleniem względem poznanej dopiero co prawdy i nie sądził, by sprawiło mu to satysfakcję. Może taki po prostu był, chociaż i co do tego nie miał stuprocentowej pewności. — Na prawdziwe randki też zabierasz przyzwoitkę? — wskazał gestem na zakamuflowanego ochroniarza, ignorując zachwyty Jamesa nad tutejszymi ciastkami z karty menu. — Zapomniałbym, waszej wysokości nie wypada chodzić samemu — Nie potrafił się powstrzymać. Słowa same cisnęły mu się na język, a fakt, iż po raz trzeci w przeciągu niespełna tygodnia rozmawia oko w oko z najbardziej znaną, szanowaną i najbogatszą osobą w kraju z wolna docierał do jego świadomości, nie kojarząc się już z niemożliwym do spełnienia wymysłem jego wyobraźni. — I zamawiaj sobie co chcesz, ja przyszedłem tutaj tylko pogadać. I za chwilę już mnie tu nie będzie — dodał, gdy tylko nad swoją głową ujrzał sylwetkę kelnerki, trzymającej w ręku mały notesik służący do przyjmowania zamówień. Nie przysłuchiwał się wymianie zdań pomiędzy nią a Jamesem, a na ten czas sam musiał zachować swoje przemyślenia dla siebie, ponownie odzywając się dopiero wtedy, gdy kobieta zostawiła ich na rzecz pójścia do kolejnych, oddalonych o kilka stolików gości. — Ale najpierw wyjaśnij mi, dlaczego nic nie powiedziałeś — zażądał, odsuwające się wraz z krzesełkiem od stolika i krzyżując ręce na klatce piersiowej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Może i uważasz się za nie wiadomo jak sławnego, ale nie każdy musi wiedzieć kim jesteś. Ja nie wiedziałem — dalej był święcie przekonany co do słuszności własnych tłumaczeń odnośnie tego, iż pewnych rzeczy nie można było za nic w świecie przemilczeń i zataić. Akurat prowadzony przez chłopaka tryb życia i kontynuowane dzień po dniu zajęcia z zasady musiały pozostać tajemnicą, jednak królewskie pochodzenie i cierpliwe czekanie na to, żeby zająć miejsce na tronie było warte pochwalenia się nim przed osobą, którą porwało się na parkiet i zaprosiło do wynajętej przez siebie loży. — A to chyba należy do ciebie — ciągle nosił ją ze sobą. Po kilkunastu minutach od przybycia wyciągnął ten zwinięty w kostkę skrawek materiału z kieszeni i położył na stoliku tuż obok dłoni Jamesa, czując ulgę spowodowaną tym, iż pozbywa się czegoś noszącego znamiona dziwnej dla niego królewskości. — Nie martw się, nie używałem jej — zmusił się do wygięcia warg na kształt czegoś, co miało przypominać uśmiech. Powoli szykował się też do opuszczenia lokalu, jednocześnie gorączkowo zastanawiając się nad tym co robić. Dać mu szansę czy zwiewać możliwie jak najdalej stąd z nadzieją, że tym razem naprawdę więcej go nie spotka. Wykorzystując chwilę nieuwagi ze strony Jamesa sięgnął po jedną z serwetek, kładąc ją sobie na kolanach, by wyciągniętym z kieszeni długopisem nakreślić ciąg cyfr, tworzących rzadko kiedy podawany komu numer. — Muszę już iść. Ty… wasza wysokość na pewno też ma ważniejsze obowiązki — wstał i okrążył stolik, zatrzymując się za jego plecami. Po wciśnięciu mu w dłoń serwetki z tajemniczymi cyframi od razu ruszył przed siebie, w paru krokach dobiegając do drzwi i wychodząc, zanim Książę zdołał w jakikolwiek sposób zareagować.

      Usuń
  8. Nie miał po co podawać mu nieprawidłowego numeru telefonu, co nawet dla niego nie miało żadnego sensu. Ufał swojemu życiowemu pechowi przez co wiedział, że i tak prędzej czy później ponownie spotkałby na swojej drodze. Nie wiedział tylko, czy był to powód do smutku czy wręcz przeciwnie. Z jednej strony James – czy raczej Książę – w dalszym ciągu niesamowicie działał mu na nerwy, ale na pewno nie był w tym odosobniony. Carringtona denerwowała znaczna część społeczeństwa, chociaż każdy na swój własny specyficzny sposób. Mógł obrzucać znajomego następcę tronu całą masą epitetów i wściekać się za każdym razem gdy tylko go widział, ale w momencie w którym zostawiał mu swój numer telefonu nie naszły go żadne wątpliwości, choćby te trwające raptem kilka sekund. Miał do niego żal i wątpił, by kiedykolwiek udało mu się odezwać do niego z szacunkiem równym temu, jakim obdarzała go cała Norwegia, ale nie zmieniało to faktu, że coś najwyraźniej ciągnęło go w jego kierunku. I nie był pewien, czy tym czymś był jego pałac wraz z pozostałymi posiadanymi rezydencjami i płynące z tego wszelkie korzyści, czy może coś odmiennego, ani trochę nie wiążącego się z wyznacznikiem jego życia - notorycznymi kradzieżami. Nawet jeśli istniał cień szansy na to, że jakimś cudem go polubił, nie potrafił przestać myśleć jak złodziej; analizował i brał pod uwagę każdy istotny jego zdaniem szczegół, mogący w późniejszym okresie zaważyć na całej tej niecodziennej znajomości. Nigdy nie miał skrupułów przed oszukaniem jakiejkolwiek osoby i z reguły pomysły na przechytrzenie ofiary przychodziły mu do głowy w moment po ujrzeniu potencjalnego celu, a w przypadku Jamesa było zupełnie inaczej, co dziwiło samego Noah. Nie miał bladego pojęcia co robić; odpuścić, czekać na telefon czy może zadzwonić pierwszy. Musiał jednak powiedzieć o wszystkim przyjaciołom, nawet jeśli przed oczami miał już ich pełne niedowierzania wyrazy twarzy. Nawet jeśli domyślał się, że i tak żaden z nich mu nie uwierzy. Konsekwencje przemilczenia tak istotnej informacji byłyby zdecydowanie gorsze od chwilowego naskoczenia na jego osobę, co było nieodłącznym elementem życia wśród starszych przyszłych kryminalistów. Czasami denerwował go sposób w jaki traktowała go większość z nich; bycie chłopcem na posyłki bez prawa do własnego zdania z dnia na dzień denerwowało go coraz bardziej, ale nawet znajomość z przyszłym władcą Norwegii nie dawała mu perspektyw na coś lepszego, chociaż po minięciu pierwszego szoku został zalany falą zapewnień odnośnie tego, co może zyskać dzięki swojemu nowemu wysoko postawionemu znajomemu. A nikt nie chciał słyszeć choćby o zerwaniu kontaktów, w zamian za to bez zgody Carringtona rozplanowując przebiegi przyszłych wydarzeń, na które on sam póki co patrzył dość sceptycznie.
    Zawsze stawiali przed nim teoretycznie proste zadania, które przy ich realizacji okazywały się być trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Tak samo było i tym razem, kiedy po niekończących się negocjacjach i tłumaczeniach zmuszono go do zachowywania się względem Jamesa przynajmniej odrobinę normalniej niż miał to w zwyczaju. Noah nie chciał robić niczego na siłę, zmuszając się do posyłania w kierunku swojego Księcia nieszczerych uśmiechów czy rozmawiania z nim na niezobowiązujące tematy. Nie pamiętał kiedy ostatnim razem ktoś postawił go przed takim dylematem; zadzwonić, nie zadzwonić, aczkolwiek w tym konkretnym przypadku decyzja była oczywista, przynajmniej dla zebranych w pomieszczeniu osobników.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mógł cierpliwie poczekać na obiecany przez Jamesa telefon, pod presją członków bandy robiąc z siebie zdesperowanego idiotę, wykonującego ten pierwszy ruch. James najpewniej nie raz spotykał się z tego rodzaju zachowaniami, a w końcu to Noah miał być dla niego kimś innym, nie jednym z miliona zachwyconych jego królewskim pochodzeniem osób. W zasadzie miał to gdzieś, a po głębszym zastanowieniu uznał też, że nie będzie posłusznie wykonywał wszystkim poleceń, co do jednego. Przecież nikt nie będzie kontrolował go dwadzieścia cztery godziny na dobę, dlatego też miał prawo poprowadzić to wedle własnego uznania. I co z tego, że dalej nie wiedział co robić i co myśleć.
      — Dodzwoniłem się do księcia czy przed rozmową z nim muszę zgłosić się na przesłuchanie do służb specjalnych? — Zaczął teatralnie poważnym tonem głosu, tradycyjnie próbując go zdenerwować — Dobra, żartowałem. Tylko nie myśl sobie, że będę się do ciebie zwracał— odetchnął, na chwilę wstrzymując oddech — Jesteś jutro zajęty? Ostatnio nie było okazji pogadać, więc pomyślałem że możemy to nadrobić — nie miał ochoty rozmawiać i właściwie nawet nie sądził, że mieliby o czym. Pochodzili z dwóch różnych światów, jednak póki co na całe szczęście wiedziała o tym tylko jedna ze stron, nawet jeśli odmienność Carringtona rzucała się w oczy. — Więc jeśli znasz jakieś fajne miejsce… — sam wolał niczego nie proponować. James raczej również nie chciałby znaleźć się w miejscach, które notorycznie odwiedzał Noah, zatem w tym przypadku chcąc nie chcąc musiał zdać się na niego, powstrzymując się od narzucenia mu swojego zdania.

      Usuń
  9. Kręcił się po kampusie od dobrych kilkudziesięciu minut, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić, zwłaszcza że do umówionego spotkania pozostało mu jeszcze co najmniej pół godziny. Denerwował się i za bardzo nie chciał spędzić z nim swojego wolnego czasu, ale skoro musiał… Doskonale wiedział przecież, że znajomi nie dadzą mu spokoju, a on sam póki co wolał dobrowolnie nie pakować się w żadne kłopoty, a poza tym istniał cień szansy, że być może będzie całkiem w porządku, a James nie zdenerwuje go tak jak zazwyczaj. Kiedy znudziło mu się już bezcelowe krążenie to w jedną to w drugą stronę, przysiadł na murku i obserwował spieszących na zajęcia studentów, którzy swoją drogą wydawali mu się zabawni, głównie przez to, że w mniemaniu Carringtona wszyscy wyglądali identycznie. Jedynie on znacząco odróżniał się na ich tle, ale najwyraźniej każdy z nich był zbyt zajęty myśleniem o egzaminach czy przyszłej karierze, by zwrócić uwagę na schowanego w cieniu chłopaka, wyglądem przypominającego jednego z mieszkańców niebezpiecznych blokowisk niż kogokolwiek z ich kręgu porządnych studentów któregoś z tych bardziej prestiżowych kierunków. Co chwila spoglądał też na ekran telefonu, czekając na sygnał odnośnie konkretnego miejsca, w którym miałby znaleźć Jamesa; wśród mijających go non stop tłumów było to niemal niewykonalne, nawet jeśli dzień w dzień miał kontakt z jeszcze większą liczbą osób, które po dokładnie przeprowadzonej selekcji w miarę swoich możliwości okradał. Odetchnął z ulgą, gdy w końcu książę znalazł się w jego polu widzenia; jakby od niechcenia odmruknął formułkę powitania, wlekąc się tuż za nim w stronę samochodu, gdzie bez zastanowienia opadł na tylne siedzenie. Nie miał bladego pojęcia gdzie mężczyzna planował go wywieźć i jak na razie nie zamierzał o to zapytać, ale czuł, że może mu zaufać. W porównaniu z panem kierowcą bodyguardem, który najpewniej darzył go takim samym uczuciem jak Noah jego. Tego był w stu procentach pewien.
    — James — zaczął, gdy niedaleki czas później znaleźli się w nieznanej chłopakowi knajpce. Nie przepadał za takimi miejscami, ale na szczęście nie często miał okazję do przebywania w nich dłużej niż minutę, w związku z czym wolał nie marudzić i nie żądać zmiany lokalu na taki, w którym poczułby się bardziej swobodnie. Zamiast tego przysiadł na krześle naprzeciw niego, podpierając podbródek o złożone dłonie, by następnie nieznacznie nachylić się w jego kierunku. — Nie dałoby rady zrobić czegoś z tym twoim ochroniarzem? — rzucił, kątem oka wskazując na siedzącego kilka stolików dalej królewskiego pracownika. — Patrzy na mnie jakbym zamordował mu połowę rodziny — westchnął, wzruszając ramionami. — Gdybym chociaż wiedział o co mu chodzi — dodał bardziej do siebie niżeli do niego.
    Naprawdę starał się go poznać, jednocześnie samemu nie udając kogoś kim nie był. Zachowywał się tak jak zazwyczaj, sporadycznie przerywając mu ironicznymi komentarzami, dzieląc niezbyt subtelnymi uwagami czy mierząc w niego krytycznym spojrzeniem. Mimo tego uważał ten wspólny obiad za udany, a przynajmniej sądził, że mogło być gorzej. Zdał się na Jamesa i zamówił to samo co on, chociaż kwestia jedzenia, w dodatku darmowego o dziwo ani trochę go nie interesowała. Próbował traktować to spotkanie tak jak każde inne, mieszczące się w relacjach dwójki znajomych, którymi generalnie mogliby zostać. Noah wciąż nie był pewien czy tego właśnie chciał, ale postanowił nie skreślać go już na samym wstępie, chociaż na ten jeden dzień pozwalając zapomnieć sobie o odgórnym planie względem jego królewskiej wysokości i całkowicie zdać się na bieg wydarzeń. — Jak myślisz, nie śledził nas żaden psychopata z aparatem? — zapytał, zaciskając dłonie na szklance. — Dziwnie byłoby skończyć na pierwszych stronach gazet będąc oskarżonym o romans z przyszłym królem — założyłby się, że w tej samej sekundzie atmosfera wokół nagle zrobiła się gęściejsza, ale nie dawał tego po sobie poznać. To, że zgodził się z nim spotkać – właściwie sam to proponując – wcale nie oznaczało, że mieli randkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie posiadał jednak na tyle cierpliwości by odkręcać to drobne nieporozumienie, za to woląc zacząć kolejny niezobowiązujący temat, odganiający tą trwającą jego zdaniem przydługą niezręczną ciszę. — Opowiesz coś o sobie? Może o studiach? Bardzo możliwe, że widziałem dzisiaj twoich znajomych z roku. Wyglądali na strasznych nudziarzy — uśmiechnął się lekko, przez krótki moment nie spuszczając z niego przenikliwego spojrzenia. — I wiesz co? To miejsce też jest nudne. Gdybyś mógł choć na chwilę się wyrwać to moglibyśmy pójść gdzieś indziej… — zamyślił się, a kąciki jego ust automatycznie uniosły się ku górze na wspomnienie tamtej nocy w klubie. Tam chociaż coś się działo. — Nie zrozum mnie źle, bo jest miło i w ogóle, ale chyba zauważyłeś, że spokojne siedzenie przy stoliku i ja to na dłuższą metę kiepskie połączenie — to nie tak, że czym prędzej chciał się stamtąd ewakuować. Z minuty na minutę przyszła głowa państwa wydawała się być coraz bardziej znośna, ale nie mógł ukryć, że o wiele bardziej wolałby porozmawiać z nim gdzieś indziej, sam na sam, bez poczucia, że wzrok ochroniarza bez przerwy przewierca go na wylot. — Ale możemy po prostu wsiąść do tego twojego bajeranckiego samochodu i pojeździć po mieście. A później podrzucisz mnie do — zawahał się, prawie że zdradzając mu miejsce aktualnego pobytu, które zmieniał zdecydowanie za często jak na swój wiek — tam gdzie będę musiał wysiąść — dokończył, posyłając mu zagadkowe spojrzenie wraz z tym samym nieodłącznym i lekko zaczepnym uśmiechem.

      Usuń
  10. Nie strącił jego ręki, chociaż naprawdę mało brakowało. Wyraz jego twarzy mógł jednak sugerować, że kompletnie się tego nie spodziewał, ale starał się nie dać po sobie poznać, że ten śmiały gest niezbyt przypadł mu do gustu. I nie dlatego, że to ręka Jamesa. Wstrzymał oddech i przeniósł spojrzenie na miejsce, gdzie jeszcze przed sekundami spokojnie leżała jego własna dłoń; ostrożnie się wycofał, odsuwając się od niego o milimetr czy dwa. Przez głowę przemknęła mu myśl, iż James najwyraźniej traktuje to wszystko zbyt poważnie, chociaż nie był pewien, czy przypadkiem nie przesadzał. Zawsze mógł źle zinterpretować jego słowa czy sugestie, ale naprawdę nie chciał teraz wpakowywać się w zakazane romanse, tym bardziej z przyszłą głową państwa. Dla niego to nie była randka i miał naiwną nadzieję, że Książę również myśli podobnie jak on, jednak z minuty na minutę dochodził do wniosku, że powinien przestać się łudzić. Jedynym pocieszeniem była ciemna szyba, która odgradzała ich od rzucającego morderczymi spojrzeniami ochroniarza. W jego obecności Noah nie potrafił zachowywać się swobodnie, co skutecznie rzutowało na samych kontaktach z Jamesem, dlatego też każda chwila sam na sam, bez świadomości bycia obserwowanym, była dosyć cenna. Skrzyżował z nim swoje spojrzenie, lekko mrużąc przy tym oczy, jak zwykle gdy analizował czyjeś zachowanie. A było to przydatne podczas wykonywania codziennych zajęć, zwłaszcza kiedy miał podejmować ostateczne decyzje co do osoby, którą w danym momencie brał na haczyk. Zauważył, że jego aktualny towarzysz jest ograniczony. Nie musiał mu tego tłumaczyć, ale jeśli oczekiwał, że to Noah weźmie na siebie obowiązek zaplanowania następnego spotkania tak, by sprostać królewskim oczekiwaniom i jednocześnie zapewnić im chociaż odrobinę prywatności, to był w błędzie. Bo co mogliby robić w trójkę? Nie miał bladego pojęcia i wątpił, by kiedykolwiek zaznał w tym temacie pełnego oświecenia.
    — Czyli mam wybierać pomiędzy własnym spokojem a kolejnym spotkaniem z tobą, tak? — zapytał, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Ponownie mu się przypatrzył, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu, nawet jeśli niezmiennie kryło się w nim coś ironicznego. Czuł, że w jakimś stopniu ma nad nim kontrolę, a w końcu o to chodziło. Chyba. — Pierwsze rozwiązanie brzmi kusząco, ale myślę, że możemy się jeszcze raz zobaczyć. Jakoś uda mi się znosić te jego spojrzenia — mruknął, wskazując gestem na zasuniętą szybę, odgradzającą ich od kierującego pojazdem Jacka. Nie chcąc wzbudzać podejrzeń skierował rozmowę na zadane w knajpce pytania, na które wtedy nie zdążył jeszcze odpowiedzieć. Nie miał zamiaru zdradzać mu o sobie wszystkiego, ale parę wyciągniętych z jego życia faktów nie powinno mu w żaden sposób zaszkodzić. Zgodnie z prawdą powiedział mu między innymi o tym, że nie studiuje, chociaż przemilczał to, iż rzucił szkołę dobrych parę lat temu. O pracy wolał nie wspominać, w zamian udając zaciekawienie jego przyszłą kardiologiczną karierą, której prawdę mówiąc się po nim nie spodziewał. Spec od serc, który podrywa go w tak prosty i mało efektowny sposób? To ani trochę do siebie nie pasowało. — Nie wiem czy wiesz, ale poza szkołą czy uczelniami można nauczyć się o wiele więcej przydatniejszych rzeczy — kontynuował, przypominając sobie o tym, co sam wyniósł z pewnym miejsc. — Ale ty na pewno będziesz niezłym lekarzem. Jeśli tylko ten tam — raz jeszcze sugestywnie wskazał na ciemną szybę — nie będzie za tobą krążył po oddziałach. Pacjentom się to raczej nie spodoba. — kąciki jego ust lekko uniosły się ku górze, a sam Noah zauważył, że co najdziwniejsze coraz lepiej mu się z nim rozmawia. Powoli kończył z traktowaniem tego jako przykrego obowiązku, ale nie mógł ręczyć, że następnym razem sytuacja się powtórzy. Szczególnie przy jego zmiennych nastrojach, podporządkowanych pod sukces bądź porażkę codziennych wypraw po łupy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Opowiesz coś jeszcze? Może o życiu w pałacu?— zapytał po chwili milczenia, a w jego głosie po raz pierwszy dało się wyczuć zaciekawienie. Poza tym na wiedza mogła mu się później przydać, a w końcu o to chodziło. — Tego nie wyczytam z internetu — dodał tonem wskazującym na to, że i tak nigdy w życiu nie wpisałby w wyszukiwarkę jego nazwiska.
      — Muszę tu wysiąść — oznajmił kilkadziesiąt minut później, gdy chcąc-nie chcąc musiał wracać do innych zaplanowanych na dzień zajęć. Nie mógł powiedzieć gdzie tak naprawdę chciał wysiąść, a miejsce w którym się znajdowali nie bardzo było mu na rękę, ale co zrobić… — Stąd mam niedaleko, powiedz mu żeby się zatrzymał — co z tego, że tak naprawdę miał do pokonania kilka kilometrów i czekały go co najmniej dwie godziny spaceru. Wolał to niż zdradzenie czegoś, co w późniejszym czasie mogło zostać użyte przeciwko niemu. A James i jego ochroniarz chyba nie będą go śledzić… — A co do naszego kolejnego spotkania — zaczął, odpinając pasy i kładąc dłoń na klamce samochodu, przygotowującego się do zaparkowania w nieznanym chłopakowi miejscu — może w następnym tygodniu? Zadzwonię. Albo ty zadzwoń, jeśli mnie uprzedzisz i znajdziesz coś fajnego — zawahał się przez sekundę, ale w końcu otworzył drzwiczki i wysiadł, rozglądając się po okolicy. Faktycznie czekała go długa droga powrotna. — To do zobaczenia — dodał jeszcze już znacznie obojętniejszym głosem, by następnie ruszyć do przodu i zniknąć mu z zasięgu wzroku, nie odzywając się do niego przez kolejne kilka dni. Dopiero pod koniec tygodnia, gdy dalej nic konkretnego nie przyszło mu do głowy, ograniczył się do wysłania mu krótkiej wiadomości: Klub w środę wieczorem? Organizują jakąś dużą imprezę., bo przynajmniej tam, pomimo tłumu, nie czuł na sobie wzroku ochroniarza. A nawet jeśli, to nie przeszkadzało mu to tak bardzo jak podczas przebywania razem w innych miejscach.

      Usuń
  11. Noah domyślał się, że bez Jamesa nie wszedłby do środka tak prędko – o ile w ogóle - zamiast tego czekając pod klubem w kilometrowej kolejce podobnie jak reszta ludzi, którym nawet trochę współczuł. Ale tylko troszkę, bo o wiele bardziej chciał wyśmiać ich za brak takich momentami przydatnych kontaktów jakie on sam od niedawna posiadał. Bez Księcia nie mógłby również siedzieć w jednej z lepszych loży, skąd miał widok na wszystko to, co działo się na zatłoczonym parterze, chociaż tego wieczora, czy raczej nocy, nie miał najmniejszego zamiaru nikogo okradać. Chciał jedynie odreagować, dobrze się bawić i przestać myśleć o wszystkich powierzonych mu zadaniach, których realizacje mimo wszystko kosztowały go nie mało stresu. Przybył na miejsce kwadrans przed czasem, rozglądając się za Jamesem, który na szczęście nie kazał mu długo na siebie czekać. Noah spuścił głowę gdy przedzierał się przez tłum psychofanów przyszłego króla Norwegii, woląc by na drugi dzień nikt nie rozpoznał w nim towarzysza najważniejszej osoby w kraju. W ciągu ostatniego tygodnia unikał patrzenia na pierwsze strony gazet zatem nie wiedział, czy jego twarz nie zdobiła przypadkiem którejś z nich, ale i tak dla zasady postanowił nie rzucać się zbytnio w oczy. Zwłaszcza, że po raz pierwszy od dawna przyszedł na imprezę całkowicie prywatnie, a nie w obowiązkach służbowych, rozumianych jako obrabianie kieszeni nieświadomych ludzi.
    — Zamów mi to samo co sobie — rzucił od niechcenia, rozsiadając się wygodnie na sofie, bokiem do Jamesa. Byle nie musieć patrzeć na pana ochroniarza, który tradycyjnie już nie był zadowolony z jego obecności. — Tylko coś mocnego — dodał, uśmiechając się kącikiem ust. Bo to co wypije było mu obojętne. Na dobry początek mogło być nawet zwykłe piwo. Mimo iż puszczana przez DJ’a muzyka była głośna, nie miał problemów ze słuchaniem tego, co opowiadał James. W trakcie jego krótkiej historyjki o szkole średniej i mundurkach do ich stolika podszedł kelner, przynosząc zabrane wcześniej zamówienia. Jedną z wysokich szklanek wypełnionych różnokolorowym płynem postawił tuż obok chłopaka, a Noah chwycił ją bez mrugnięcia okiem, nawet nie patrząc na obsługę klubu, która najwyraźniej chciała zrobić dobre wrażenie przed tak nietypowym gościem jakim był Książę. Ale Carringtona ani trochę to nie obchodziło: najważniejsze, że w końcu mieli co pić i mogli oficjalnie rozpocząć ten wieczór.
    — Serio, kręcili cię chłopcy w mundurkach? — zapytał, unosząc brew w geście niedowierzania. Mówiąc to skrzywił się teatralnie, jakby właśnie zobaczył gdzieś w pobliżu siebie jakiegoś wielkiego robaka. Ale naprawdę nie spodziewał się, że James ma – lub miał – tak fatalny gust. — Hawaje mogę zrozumieć, ale tamto — potrząsnął głową, tym samym pozbywając się obrazu tego, co podsuwała mu wyobraźnia. Prywatne szkoły i mundurki to na pewno nie były jego klimaty, doskonale o tym wiedział. — Zastanawiam się, czemu mówisz mi akurat o czymś takim — obrócił w dłoniach szklankę, by następnie upić z niej kolejnego łyka. Po każdym z nich czuł, jak jego nastrój nieznacznie się zmienia i to był chyba jeden z plusów chodzenia do tego typu miejsc. — Spotkaliśmy się wtedy w tamtym klubie, ale to nic nie znaczy. Tam może wejść każdy — nie chciał mu przez to powiedzieć, że nie jest gejem oraz zasugerować, że w związku z tym nie zgadza się na żaden tani podryw. Po trochu się z nim bawił. Obserwował reakcje, myślał nad tym co zrobi potem, po przetrawieniu takiego newsa. Nie miał w tym żadnego interesu, ale przez chwilę było zabawnie. — A dlaczego chciałem się z tobą spotkać? — powtórzył, kończąc drinka i w międzyczasie zamawiając następnego. Oczywiście nie marnował czasu na zapytanie Jamesa, czy może, chociaż wszystko szło na jego książęcy rachunek. — Sam nie wiem. Po prostu, bez żadnego powodu. — odpowiedź nie była wyczerpująca, jednak na nic więcej nie mógł sobie pozwolić. A przecież nie powie mu, że tak naprawdę kręci go coś zupełnie innego. Coś bezpośrednio związanego z Jamesem, acz nie będące nim samym. Tak, pałac i pieniądze wydawały się być nieco bardziej pociągające.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chodź na dół! — krzyknął mu nad uchem kilkadziesiąt minut później - i kilka szklanek później - chcąc przekrzyczeć panujący wokół hałas. Jak dotąd wieczór w klubie upłynął im na siedzeniu w loży i rozmawianiu przy procentowych napojach, głównie zamawianych przez chłopaka, zatem przyszła pora na zmianę. Poprowadził go daleko w tłum, gdzie nawet wzrok ochroniarza miałby problem z wypatrzeniem ich.
      — Zatańczysz? — uśmiechnął się do niego w typowy dla siebie lekko ironiczny sposób, nie wiedząc, czy już zaczął przemawiać przez niego alkohol czy jeszcze nie, chociaż bardziej obstawiał przy tym pierwszym. Przybliżył się do niego i bez zastanowienia oparł wyprostowaną rękę o jego ramię, czego normalnie nie zrobiłby chyba nigdy w życiu. — Jak myślisz? — szepnął na tyle głośno, by Książę nie miał problemów ze zrozumieniem go. — Tamci grzeczni chłopcy w mundurkach z twojego liceum całują się lepiej niż inni? Chyba, że nie miałeś okazji porównać… — kontynuował, robiąc dwa małe kroczki do przodu tak, że wyraźnie czuł na swojej szyi jego oddech, a wargami prawie że dotykał jego ust. — Są lepsi… — zawsze był pewny siebie, zwłaszcza w takich sytuacjach jak teraz. Kiedy był wstawiony i zaczynał tracić panowanie. Przeniósł rękę za jego plecy i zacisnął palce na materiale jego marynarki, chcąc udowodnić mu, że jego licealne fascynacje były stratą czasu. Przechylił głowę i delikatnie przycisnął wargi do jego ust, całując go i zastanawiając się, czy zaraz nie dostanie w twarz od pana ochroniarza. Bo wiedział, że wygrał z licealistami w mundurkach.

      Usuń
  12. Pamiętał wszystko jak przez mgłę, chociaż na początku nie był pewien, czy przypadkiem tylko mu się to wszystko nie przyśniło. Przez jego głowę, która swoją drogą bolała jak po uderzeniu nią w ścianę, przelatywały strzępki obrazów, przez które na samą myśl zaczynało robić mu się głupio. A coś podpowiadało mu, że miał ku temu powody. Noah nie był pewien, czy faktycznie bez najmniejszych oporów wszedł z nim do samochodu, dał zaciągnąć się do łóżka – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało – i co najgorsze, czy naprawdę całował się z przyszłym królem Norwegii. Wiedział jednak, że najbezpieczniej będzie po prostu udawać, że nic takiego nigdy nie miało miejsca oraz zaprzeczać każdemu słowu, które ewentualnie miałby wypowiedzieć James. W końcu wielokrotnie wychodził już z o wiele gorszych i trudniejszych sytuacji niż ta, a przy nich udawanie chwilowej amnezji i zasłanianie się ilością wypitego w klubie alkoholu nie powinno sprawić mu żadnego problemu, zwłaszcza jeśli chciał wyjść z tego na swoich zasadach. Nie podniósł się z łóżka zaraz po przebudzeniu, przez dobrych kilka minut ograniczając się do leżenia z zamkniętymi oczami i nasłuchiwania w celu wychwycenia czegoś, co pozwoliłoby mu na ocenienie szans na ucieczkę i pozostanie niezauważonym, w co jednak wątpił. Z jednej strony był wściekły i najchętniej udusiłby Jamesa gołymi rękami za co to zrobił korzystając z nadarzającej się okazji, a z drugiej był tego wszystkiego ciekaw. Praktycznie od razu zorientował się gdzie jest i nigdy nawet nie sądził, że kiedykolwiek uda mu się znaleźć w tak niedostępnym dla normalnych ludzi miejscu, w dodatku wbrew własnej woli. Był ciekaw i chciał to wszystko zobaczyć na własne oczy, acz nie sądził, by udało mu się to ze względu na rosnący z minuty na minutę poziom zdenerwowania. Dał znać o tym, że już nie śpi dopiero w momencie, w którym poczuł gdzieś w pobliżu oddech dyszącego mu nad głową zwierzaka. Zignorował go, tak jak miał to w zwyczaju, obracając się na drugi bok i automatycznie krzyżując spojrzenie z Jamesem, który w jego opinii wyglądał jak ktoś, kto również dopiero co wstał. Zupełnie nie jak Książę, który chyba powinien pokazywać się jedynie od tej najlepszej, oficjalnej strony. Ale to były tylko rozmyślenia Noah, w końcu co on tak naprawdę wiedział o byciu arystokratą…
    — Wyjaśnisz mi to jakoś? — wolał nie zaczynać rozmowy od krzyków i tradycyjnego wylewania na niego swoich żali, ale na zwykłe, nawet pasujące do okoliczności dzień dobry również nie było go stać. Zlustrował go za to wzrokiem, dając mu jasno do zrozumienia, że ani trochę nie podoba mu się to co zrobił. — Bo nie wiem czy wiesz — zaczął, powoli wyślizgując się spod kołdry. Wstał i podszedł do ciągnącego się przez całą długość wielkiej sypialni okna, na krótką chwilę wstrzymując oddech. Musiał przyznać, że to co jak dotąd zobaczył, chociaż póki co był to raptem książęcy pokój i widoki na zewnątrz, robiło wrażenie, szczególnie dla kogoś przyzwyczajonego do kompletnie innych standardów.
    — Ale nic by się nie stało gdybyś zostawił mnie pijanego pod klubem, poradziłbym sobie. Nie musiałeś mnie tutaj od razu zaciągać — raz jeszcze spojrzał na niego z wyrzutem, przynajmniej starając się, by jego głos nie brzmiał tak jadowicie. Po trwającym jakiś czas obarczaniu go winą i sugerowaniu, że najpewniej chciał go jedynie rozebrać odwrócił się od okna by rozejrzeć się po pomieszczeniu, przy okazji próbując zlokalizować, gdzie podziały się jego ubrania, chociaż stanie przed Jamesem w samej bieliźnie wcale mu nie przeszkadzało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — I gdzie są moje rzeczy? — usiadł na brzegu łóżka plecami do księcia, ponownie zostając napadniętym przez psa. Westchnął pod nosem i pogłaskał go po łebku, przeciągając tę czynność na kolejne minuty zanim nawet zdążył się zorientować co robi. Trochę kusiło go, by nieco bardziej pozwiedzać pałac bądź też zajrzeć do chociaż jednego z zapewne kilkudziesięciu pomieszczeń, ale równie mocno chciał już stamtąd wyjść. Najlepiej niezauważonym. Perspektywa stanięcia oko w oko z Królem czy Królową mimo wszystko była przerażająca, szczególnie teraz, kiedy wyglądał jak po imprezie życia.
      — Fajnego masz psa — rzucił w jego kierunku kilkanaście minut później, kiedy wreszcie z powrotem miał coś na sobie. Teraz pozostało mu już jedynie opuszczenie pałacu i znalezienie sposobu na dotarcie tam skąd zazwyczaj przychodził, a zważywszy na specyficzne umiejscowienie siedziby władz kraju mogło mu to sprawić mały problem. Lub zająć sporą ilość czasu, ale właściwie to jedno i to samo. Nie zamierzał prosić Jamesa o pomoc. I tak był już na niego wystarczająco zły, a poza tym był zdania, że skoro znalazł się tutaj z jego winy, to wyłącznie James powinien martwić się o to, jak go stąd wyprowadzić. — O, ale to bardziej mi się podoba — wstał i podszedł do drewnianej komody, przymrużonymi oczami spoglądając na zdjęcie, zapewne z czasów liceum. I nawet nie skrzywił się na widok mundurka, ale nie miał też w planach przyznać, że wcale nie były tak tragiczne jak sobie wyobrażał. Dopiero po dłuższej chwili, gdy przypomniał sobie o tym, że powinien już iść, spojrzał na niego znacząco, jakby dając do zrozumienia, że czegoś oczekuje. A w trakcie jego nerwowego oczekiwania pogłaskał jeszcze Simbę, który według Noah wydawał się być jedynym normalnym mieszkańcem tego miejsca.

      Usuń
  13. Albo zwariował albo kompletnie mu odbiło, ale zgodził się z nim pójść, mimo że dalej był na niego wściekły. I wcale nie musiał tego demonstrować, w zupełności wystarczyło mu to co sam odczuwał i myślał na widok Księcia. Przyzwyczaił się do trzymania ludzi na dystans – jak dotąd pozwolił przekroczyć tę granicę raptem jednej osobie, z którą po części zerwał już dawno temu – i nie cierpiał kiedy ktoś zaskakiwał go tak jak zrobił to James ostatniej nocy, acz zawsze mógł złościć się na niego w ciszy, niekoniecznie robiąc mu już kolejne z rzędu awantury. Po szybkim zjedzeniu przygotowanego przez królewską obsługę śniadania i jeszcze szybszym ogarnięciu się w łazience ruszył za nim pomimo początkowych wątpliwości i nieustępującej potrzebie powrotu do siebie, z daleka od pałacu. A na widok tego co przygotował dla niego James zaczął żałować, że w ogóle go posłuchał i nie uciekł póki jeszcze mógł. Lot samolotem na dość ciężkim kacu raczej nie był dobrym pomysłem, chyba że ten zamierzał go wykończyć, jak domyślał się Noah na zlecenie ochroniarza, który ewidentnie za nim nie przepadał. Zresztą z wzajemnością. Wizja katastrofy lotniczej nie była zachęcająca, ale w końcu zawsze twierdził, że niczego się nie boi, a skoro jeszcze nigdy nie latał, a teraz miał najprawdopodobniej jedyną taką okazję, to może wbrew osobistym uprzedzeniom warto byłoby chociaż spróbować…
    — Na pewno potrafisz tym sterować? — zapytał zanim do reszty zagłuszył go ryk silnika, spoglądając na niego z wyraźną podejrzliwością i niepewnością. Na wszelki wypadek zacisnął dłonie na oparciu fotela, dopiero po dwóch, może trzech minutach przenosząc wzrok na małe okienko. Te widoki również robiły wrażenie i niestety ale musiał przyznać, że James też radził sobie całkiem nieźle, co nie zmieniało jednak faktu, że w dalszym ciągu miał ochotę otworzyć kabinę samolotu od strony pilota i zafundować Jamesowi darmowy lot w nieco odmiennych warunkach za to niechciane zaciągnięcie go do łóżka. Powstrzymał się i zamiast tego skupił na oglądaniu malejących w oczach obiektów i tej podniebnej wycieczce, do której z każdą kolejną chwilą powoli zaczynał się przekonywać. I która na szczęście nie trwała zbyt długo, bo to jak się domyślał ciężko byłoby mu wytrzymać. Odetchnął głęboko gdy było już po wszystkim, po krótkim zastanowieniu uznając, że jednak było całkiem w porządku i nawet mu się to spodobało, ale w żadnym razie nie powiedziałby tego na głos, pozostawiając Jamesa z poczuciem satysfakcji. Chyba, że James sam wyczyta coś w jego spojrzeniu, ale na to nie miał już wpływu. Jakoś jednak musiał to skomentować, dlatego też postanowił ograniczyć się do wyrzucenia z siebie masz szczęście, że nas nie rozbiłeś, jednocześnie szykując się do powrotu. I nie bardzo obchodziło go już to w jaki sposób się tam dostanie.
    — Muszę spadać. Jak tylko będę potrzebował żebyś mnie gdzieś podrzucił tym samolotem to dam znać — uniósł kąciki ust w typowym dla siebie lekko kpiącym uśmiechu, odwracając się na pięcie i robiąc dwa kroki do przodu. — I pamiętaj, że już nigdy więcej z tobą nie piję — dodał przez ramię ledwo słyszalnym szeptem, by po parunastu dłuższych sekundach prawie że zniknąć mu z pola widzenia. Umiejętność szybkiego ewakuowania się coraz częściej mu się przydawała.
    Wiedział, że już niedługo James ponownie wsiądzie na pokład samolotu, tym razem wylatując w obowiązkach, których podobno głowa kraju miała dużą ilość. Jemu było to nawet na rękę; mógł w spokoju skoncentrować się na własnych, również ważnych obowiązkach, polując na kieszenie wybranych przechodniów bez obawy, że jakimś sposobem dowie się o tym Książę. Teoretycznie zgodził się, aby na czas jego nieobecności kontaktować się z nim za pomocą smsów, ale nie był pewien, czy faktycznie to zrobi. Dalej był zdania, że ani trochę nie interesuje go jego prywatne życie; nie planował spoglądać na pierwsze strony gazet czy oglądać wiadomości; w zupełności wystarczyła mu wiedza na temat tego, że najbliższe dni James spędzi u boku brytyjskich arystokratów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z jednej strony był zadowolony, że przyjaciele chcieli go czegoś nauczyć, ale z drugiej nie za bardzo mu się do tego spieszyło. Znał dobrze ich metody i zdecydowanie bardziej preferował swoje, z reguły nie wyrządzające większych szkód. Zgodził się wyłącznie dlatego, że miał co najwyżej obserwować. I dlatego że obiecali, iż nie ma możliwości by coś nie poszło zgodnie z planem. Zaraz po otwarciu wybranego przez nich niedużego sklepu ruszyli w jego kierunku całą grupą, na końcu której trzymał się Noah. Przez pierwszych parę minut stał z boku z założonym na głowie kapturem, patrząc jak zastraszany właściciel posłusznie wykonuje to, co tylko chcieli. A dopiero potem wszystko zaczęło iść w zupełnie odwrotnym kierunku.
      — Włączył alarm?! — nie usłyszał już odpowiedzi na własne pytanie, bo puścił się biegiem za kumplami, którym udało się uciec z opróżnioną do połowy sklepową kasą. Dla bezpieczeństwa skręcił w mniejszą uliczkę, przyspiszając i spuszczając ich z oczu, co jak mu się wydawało było dobrym pomysłem. I był o tym przekonany do czasu, aż nie spostrzegł, że ktoś ewidentnie go goni.
      Nie chciał dzwonić do Księcia, ale nic innego nie przychodziło mu do głowy. Zwłaszcza, że już po raz kolejny dał się złapać, jak się domyślał jako jedyny z grupy. Miał też już dosyć małego komisariatu, na którym siedział od paru godzin, non stop oskarżany o jedną i tę samą rzecz, z którą po części nie miał za bardzo nic wspólnego. Ale z tym akurat nie mógł się nijak uporać, jako że poszkodowany właściciel rozpoznał go bez problemu. Był zdenerwowany i nie czuł się tu dobrze, a nie było to związane wyłącznie z długą ucieczką, podczas której zaliczył bliskie i spektakularne spotkanie pierwszego stopnia z chodnikiem. Chciał już stąd wyjść i móc opieprzyć przyjaciół za to, że go w to świadomie bądź nie wkopali. A tylko jedna osoba mogła pomóc mu stąd wyjść.
      — Co robisz, wróciłeś już? Bo jeśli nie jesteś zajęty, to musisz mi w czymś pomóc… — wyrzucił przez telefon na jednym wydechu, pokrótce opowiadając mu gdzie jest. Musiał kontrolować czas, w końcu nikt nie pozwoliłby mu tutaj na spokojne rozmawianie ile tylko chciał.

      Usuń
  14. Chyba po raz pierwszy Noah tak bardzo ucieszył się na widok Jamesa, chociaż tradycyjnie nie dał tego po sobie poznać. Mógł nawet przyznać, że rzeczywiście go potrzebował, ale było to głównie związane z tym, że nie znał żadnej innej równie wpływowej osoby, która bez zastanowienia wyłożyłaby za niego pieniądze, przy okazji przyspieszając ten ciągnący się godzinami proces męczącego przesłuchiwania przez tak samo uciążliwych policjantów. Tylko James był gotów wyciągnąć go z tych małych kłopotów, a Carringtonowi wykorzystywanie jego osoby dla własnych korzyści powoli zaczynało coraz bardziej wchodzić w nawyk. Przez krótką chwilę było mu głupio z powodu tej kilkudniowej ciszy, kiedy to świadomie odkładał telefon zaraz po przeczytaniu wiadomości dostarczonej prosto z Wielkiej Brytanii, ale przecież nie zamierzał go za to przepraszać ani tym bardziej się z tego tłumaczyć. Postanowił jednak być chociaż odrobinę milszym i mniej wrednym niż zazwyczaj, tak w ramach podziękowania za przyczynienie się do jego upragnionego powrotu na wolność. Bo nie ukrywał, że miał dosyć przebywania wśród osób patrzących na niego jak na najgorszego kryminalistę już po upływie paru minut od momentu złapania. Ulżyło mu dopiero po wyjściu na świeże powietrze, gdzie wreszcie mógł odetchnąć i pozbyć się wrażenia, że już nigdy nie opuści tamtego pomieszczenia. Lubił takie podnoszące poziom adrenaliny zajęcia, a sama ucieczka przed ścigającymi go ochroniarzami czy jakimikolwiek innymi ludźmi zaliczana była przez niego do całkiem niezłej rozrywki, natomiast przetrzymywanie w jednym i tym samym miejscu z całą pewnością nie było w porządku. I wiedział, że na drugi raz musi uważać jeszcze bardziej i w żadnym wypadku nie dać się złapać. Bo to było oczywiste, przynajmniej dla niego, że nie zniechęci się tym jednym niepowodzeniem i przez to odpuści sobie dalsze tego typu przygody, może jedynie ograniczając poziom ich ryzyka na nieznacznie mniejszy.
    — Tak, byłeś potrzebny. Możesz czuć się ważny — uśmiechnął się kącikiem ust, zastanawiając się czy zaraz nie padnie ze zmęczenia prosto na chodnik. Z jednej strony najchętniej od razu wróciłby do domu, zamknął w swoim małym pokoju i poszedł spać, a z drugiej trzymał z dala od tamtego miejsca tak długo jak tylko się dało. W końcu nigdy nie mógł być pewien jak w danym momencie zareagują jego przyjaciele, a nawet jeśli nie byliby źli to i tak wolał nie rozmawiać z nimi jeszcze przynajmniej przez tych kilka godzin, póki do reszty nie ochłonie i nie przestanie myśleć o nich jak o skończonych kretynach. Stanął naprzeciwko Księcia, wkładając obie dłonie do kieszeni i kątem oka spojrzał na jak zwykle czujnego pana ochroniarza. Domyślał się, że prędzej czy później padnie seria pytań na temat tego zdarzenia, a nie było mu za bardzo na rękę odpowiadanie na nie przy Jacku. Znajomości z przyszłymi królami były przydatne, ale z ich ochroniarzami już nie koniecznie.
    — Każda inna osoba na twoim miejscu by to olała i pewnie musiałbym tam nocować — czuł, że jak tak dłużej pójdzie to zacznie kręcić, a nie miał pojęcia jak miałby mu to wszystko wytłumaczyć, w związku z czym w grę wchodziło tylko jedno: zmiana tematu. I naprawdę nie sądził, że kiedykolwiek będzie wstydził się tego jak żyje, zwłaszcza przed osobą, która tak strasznie go denerwowała.
    — Ale może wykorzystajmy to, że musiałeś się ruszyć z pałacu i chodźmy coś zjeść. Na posterunku nie dają kolacji, a znam jedno fajne miejsce — bez jego zgody ruszył w kierunku zaparkowanego niedaleko samochodu, po dotarciu opierając się plecami o maskę i cierpliwie czekając, aż James zjawi się by wpuścić go do środka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybrane przez chłopaka miejsce mogło nie przypaść do gustu Księcia, ale Noah nie chciał dawać mu wolnej ręki domyślając się, że pewnie wylądowaliby w jakiejś mniej lub bardziej renomowanej restauracji. Wolał tego i tak już skazanego na porażkę dnia postawić na coś, co znał i na coś co najważniejsze nie wymagało rezygnowania z przebywania na zewnątrz. A mała budka z niekoniecznie zdrowym jedzeniem plus schowane w jej cieniu rzędy drewianych krzeseł i stołów nie były wcale takie złe. I kto wie, może Jamesowi spodoba się taka odmiana.
      — Nie boisz się? — zapytał po kilku minutach ciszy, w trakcie których koncentrował się wyłącznie na zamówionym przez siebie jedzeniu. Nie planował poruszać tego tematu, ale był ciekawy i chciał dowiedzieć się co James sobie tak naprawdę o tym wszystkim myśli. Pewnie i tak nie uda mu się dłużej udawać, że kolejna podejrzanie wyglądająca sytuacja to pomyłka i dziwny zbieg okoliczności, a jeśli tylko mógłby wreszcie zaspokoić ciekawość, to może warto. — Na przykład pogorszenia wizerunku, jeśli tylko wydałoby się z kim się spotykasz — zmierzył go wzrokiem, próbując wyczytać cokolwiek z jego twarzy. W końcu nie mogło zależeć mu do tego stopnia, by ryzykować utratę dobrego imienia, które przyszłemu królowi było niezbędne do prawidłowego zarządzania krajem. — Przecież wiesz o co mi chodzi. Książę i złodziej? — zapytał, robiąc przy tym minę sugerującą, że samo brzmienie tego zestawienia brzmi absurdalnie. — Czemu nie odpuścisz. W tej całej Anglii nie było ani jednego niesprawiającego kłopotów arystokraty czy co.

      Usuń
  15. Przed poznaniem Jamesa nie wierzył, że ktoś mógłby wywoływać w nim aż tyle skrajnych emocji naraz, w dodatku w tak krótkim czasie. Ale jednak wyszło na to, że było to jak najbardziej możliwe. W końcu dopiero co cieszył się na jego widok po ujrzeniu go w budynku komisariatu, a teraz miał ogromną ochotę własnoręcznie go udusić, najlepiej w miarę szybko i bez świadków. Chociaż przy siedzącym parę stolików dalej ochroniarzu byłoby to raczej niewykonalne, a z całą pewnością nie chciał ponownie trafić do aresztu, tym razem skazany za zamordowanie przyszłego króla. I tak nikt nie uwierzyłby w to, że naprawdę miał ku temu powody. Mógł co najwyżej posłać w jego kierunku jedno ze swoich charakterystycznych dla stanu głębokiego zdenerwowania spojrzeń, dając mu w ten sposób jasny sygnał co do tego, że nazywanie go słodziakiem było zdecydowanie nie na miejscu. W żaden sposób nie zareagował na wypowiedzianego pod jego adresem złodzieja bądź na określenie go mianem człowieka którego zachowanie znacznie odbiegało od normy, bo z tym akurat w stu procentach się zgadzał. Ale słodziak? Gdyby tylko James poznał go trochę bardziej to na pewno by to odwołał, acz mimo tego Noah nie wykluczał, że Książę będzie miał jeszcze ku temu okazję. I to nie jedną. Opinię ludzi na jego temat od zawsze miał gdzieś, przez co wiedział, że najprawdopodobniej przeszedłby obojętnie obok stoiska z gazetami, na których pierwszych stronach widniałaby fotografia ukazująca właśnie jego. Może w jakimś stopniu utrudniłoby mu to pracę – nic tak nie pomagało w obrabianiu kieszeni jak pozostawanie niezauważalnym i zlewanie się z tłumem – ale nie, nie bał się tego. Poza tym jego relacjom z Księciem w dalszym ciągu bardzo dużo brakowało do stania się przynajmniej odrobinę pozytywnymi, na wielką przyjaźń raczej też nie mieli co liczyć, więc póki co mógłby spokojny. Chyba, że James znowu go czymś zaskoczy, do czego jak Noah zdążył już zauważyć, mężczyzna był zdolny.
    — Nic mi nie jest. I lepiej zabierz te ręce albo przekonasz się jaki naprawdę jestem słodki — powiedział przez lekko zaciśnięte zęby, nieprzerwanie mierząc go wzrokiem. To chyba denerwowało go w Jamesie najbardziej. Może i miał władzę oraz mógł pozwolić sobie na praktycznie wszystko, ale przy nim mógł chociaż zachowywać pewne granice. Irytowały go te wieczorne zaproszenia do pałacu, które w opinii Carringtona miały wyłącznie jeden cel: ponowne zaciągnięcie go do łóżka, nie ważne że bez większych podtekstów. A chyba w tak wielkiej posiadłości mieli całkiem sporo sypialni przeznaczonych dla gości, o których istnieniu James najwyraźniej już po raz drugi zapominał. Noah nie wykluczał, że była w tym także jego wina. Nie miał też pojęcia czy James rozpamiętywał tamten pocałunek i za jego sprawą zachowywał się właśnie tak, jednak dla niego samego to nic nie znaczyło. Całował już w klubie wiele różnych osób, a jeśli Książę czuł się z tego powodu wyjątkowo, to nie mógł zrobić nic poza stopniowym wyprowadzaniem go z błędu albo pozwoleniem mu na spokojne życie z tym nieco mylnym poczuciem.
    — Widzisz, nie pomyślałem o tym, na pewno się o mnie martwią. Umierają ze strachu — dodał z wyczuwalnym w głosie sarkazmem, uśmiechając się na samą myśl o tym, że którakolwiek z osób dzielących z nim mieszkanie mogłaby się martwić albo zastanawiać o której godzinie wróci. I czy w ogóle wróci. — Dzięki, że mi pomogłeś stamtąd wyjść, serio to doceniam, ale odwieź mnie już, James — wstał i bez słowa ruszył w kierunku zaparkowanego nieopodal samochodu, by po przebytej w ciszy drodze wyjść z auta równie prędko jak do niego wszedł i za bramą jednej ze starszych kamienic zniknąć mu z zasięgu wzroku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie za bardzo rozumiał jak się tam znalazł, ale uczelnia medyczna była pierwszym miejscem jakie tego dnia przyszło mu do głowy, dlatego też bez namysłu skierował się właśnie tam. Od ostatniego spotkania z Jamesem minęło parę długich dni, w trakcie których zdążyło już wydarzyć się trochę rzeczy; kłótnie w miejscu jego zamieszkania były normą, ale takiej awantury skoncentrowanej na nim jeszcze nie widział. Tradycyjnie nie był bez winy, jednak sądził, że i tak poważnie przesadzili. Nie miał pojęcia o której James kończył zajęcia i czy w ogóle był tego dnia na uczelni, bo również dobrze mógł czekać na marne, ale chyba lepsze to od powrotu do siebie, a tam nie zamierzał zajść nawet na noc. Siedział na jednej z ławek skąd nawet przez zarzucony na głowę kaptur bluzy dobrze widział główne wejście. Robiło się coraz zimniej i beznadziejniej, a Jamesa jak nie było tak nie ma. Nie wiedział czemu chciał się z nim spotkać i po co czekał na niego przy tak niskiej temperaturze, przez którą zaczynał się już lekko trząść. James dalej go wkurzał, ale czuł się przy nim bezpiecznie, a chyba tego właśnie po całej tej akcji potrzebował.
      — Ile oni was trzymają na tych zajęciach? Nareszcie — podszedł do niego szybkim krokiem jak tylko go zobaczył, ustawiając się bokiem tak, by Książę nie zorientował się, że coś jest nie tak. Sam Noah nie był dokładnie pewien co tak właściwie nie grało; ogólnie nie czuł się zbyt dobrze, ale poza przeciętą wargą i zapewne podbitym okiem nie umiał określić, czy ta mała kłótnia jeszcze jakieś inne niewychwycone skutki. — Miałeś jakieś plany na resztę dnia?

      Usuń
  16. Noah nie spodziewał się, że Książę będzie odnosił się do niego w tak obojętny i oschły sposób, ale chyba na nic innego nie powinien liczyć. W końcu pewnie każdy na jego miejscu zachowałby się tak samo i nawet ktoś taki jak James po tym wszystkim nie mógłby w nieskończoność uśmiechać się na jego widok, mając już serdecznie dość jego zmiennych humorów. Wiedział, że od czasu do czasu mógłby odpisywać na jego wiadomości i nie robić z tego wielkich problemów i najprawdopodobniej chyba da sobie chwilowo spokój z ciągłym, świadomym olewaniem jego królewskiej osoby; nie sądził też, że kiedykolwiek przyzna to przed samym sobą, ale znoszenie jego dość często irytujących komentarzy czy patrzenie na to, jak zdaniem Carringtona James ewidentnie go podrywa było zdecydowanie lepsze niż to, w jaki sposób traktował go teraz. Przywykł do tego, iż zazwyczaj to on traktował ludzi w taki a nie inny sposób, podporządkowując ich sobie pod własne potrzeby, dlatego ta nagła zmiana ról niezbyt przypadła mu do gustu. Może i faktycznie zazwyczaj nachodził go wtedy gdy potrzebował jego pomocy, ale osobiście nie widział w tym nic złego. Przecież nie naciągał go na kasę – nie licząc więziennej kaucji, z której istnienia w momencie wybierania jego numeru nie zdawał sobie sprawy – a za plany własnych przyjaciół odnoszących się do przechwycenia części królewskiej fortuny póki co nie odpowiadał, nie wiedząc nawet czy kiedykolwiek je zrealizuje. Po trochu nie rozumiał zatem dlaczego James był na niego zły; równie dobrze mógłby zamknąć go na dzień i na noc w jakimś małym, pustym pomieszczeniu, gdzie nie mieliby ze sobą żadnego kontaktu. Nie chciał mu przeszkadzać czy psuć jego planów, a zależało mu jedynie na tym, by nie musieć wracać na noc do domu. I gdyby tylko miał dokąd pójść to z pewnością nie zawracałby mu głowy, ale tę informację raczej wolał i powinien zachować dla siebie. Wszedł za nim do samochodu, niepewnie spoglądając w kierunku apteczki, którą James trzymał już w ręce. Nie zdążył jednak zaprotestować, odsunąć się czy powiedzieć, że nic mu nie jest i swoją medyczną wiedzę może spokojnie wypróbowywać na kimś innym; poczuł lekkie pieczenie, które ustało równie szybko jak się pojawiło, w związku czym nawet tego nie skomentował. Pozwolił mu robić swoje, mając przy tym nadzieję, że może wtedy przestanie się na niego wkurzać, przynajmniej chociaż trochę.
    — Skoro miałeś plany to dlaczego z nich zrezygnowałeś? Przecież i tak jesteś obrażony — westchnął cicho i zatrzymał wzrok na jego twarzy. — Ale jeśli już mnie stamtąd zabrałeś… — kontynuował, powoli zmierzając do sedna sprawy. W końcu przecież musiał przyznać, że rzeczywiście czegoś potrzebuje, a jego odwiedziny pod budynkiem uczelni po części nie były bezinteresowne i argumentowane tęsknotą za siedzącym obok niego Jamesem. — Przenocujesz mnie przez jedną noc? Gdziekolwiek — James traktujący go normalnie, jak znajomego – z czasem może i kumpla – był w porządku i jeśli tylko zachowywałby się względem niego tak przez cały czas to Noah również odpuściłby sobie te wredne odzywki czy ignorowanie jego wiadomości, dlatego też miał cichą nadzieję, że James przynajmniej zaoferuje mu jakiś fotel, podłogę, cokolwiek, byle nie musieć spać z nim w jednym łóżku. Chciał się z nim zaprzyjaźnić, ale na własnych zasadach, które Książe musiał zaakceptować, jeśli tylko faktycznie zależało mu na utrzymywaniu z nim kontaktów. A kto wie jak sprawy potoczyłyby się później, nic nigdy nie było pewne, chociaż teraz i tak nie musiał się nad tym zastanawiać. James był zły i miał do tego prawo.
    W końcu jednak udało im się dojechać na miejsce, a Noah nie odzywał się już przez resztę drogi. W samym pałacu natomiast trzymał się blisko Jamesa, ściskając kciuki za to, by nie zostać przez nikogo zauważonym. Nie chciał, by ktokolwiek, nawet służba, dowiedziała się o jego wizycie, dlatego też odetchnął z ulgą, kiedy znaleźli się w jego sypialni, docierając tam w miarę bezproblemowo. I miał nadzieję, że jego dalszy pobyt w tym miejsce również minie bez większych rewelacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co prawda raz już tutaj był, ale nie miał wtedy za bardzo głowy na rozglądanie się i trochę nadrobił teraz, co chwila przenosząc też wzrok na Jamesa. Domyślał się, że pewnie muszą sobie wyjaśnić parę kwestii skoro mają przebywać ze sobą jeszcze przez kilkanaście godzin, ale nie wiedział co powinien mu powiedzieć i od czego zacząć. — Mogę pójść na chwilę do łazienki? — chociaż był to niezły sposób na odłożenie w czasie tej wymiany zdań to wyszedł stamtąd również szybko jak wszedł. Przez patrzenie na własne odbicie i wyraźne ślady bójki zastanawiał się, dlaczego wciąż się z nimi zadawał, a nieznajomość odpowiedzi na to pytanie denerwowała go dodatkowo. — Co zamierzałeś robić? — zapytał, zatrzymując się nieopodal okna — Nie musisz przecież z niczego rezygnować, nie będę ci przeszkadzać. Albo może jednak lepiej będzie jeśli już sobie pójdę, niepotrzebnie tutaj przyjeżdżałem — dodał po chwili ciszy, ukradkiem rzucając spojrzenie na drzwi.

      Usuń
  17. Był niemal pewien, że James odwiedzi go w tym gościnnym pokoju co najmniej dwukrotnie, dlatego tak bardzo zdziwił się, kiedy nie zobaczył go ani razu. Wtedy był już pewien, że Książę jest na niego zły jak jeszcze nigdy wcześniej, zwłaszcza że powiedział coś, co dało mu trochę do myślenia. W końcu jak dotąd nie dał mu odczuć, że jest kimś gorszym, a jego zdaniem to całe ostrzeżenie mógł zachować dla siebie. Nawet był ciekaw czy od teraz podczas każdego spotkania będzie zamiast zwykłego powitania podkreślać żeby nie próbował nic ukraść i trochę go to rozbawiło. Przejmowanie się takimi słowami nie miało najmniejszego sensu, bo przecież wiedział, że prędzej czy później i James zacznie mu to wypominać. Na wszelki wypadek wolał jednak uważać i niczego nie dotykać, w razie gdyby przypadkowo coś zepsuł, upuścił czy uszkodził w jakikolwiek inny sposób. Nie chciał być o nic oskarżonym, szczególnie o zabranie stąd jakiejś rzeczy, która z pewnością była warta więcej niż mógłby sobie wyobrazić. Przez cały ten czas siedział zatem na łóżku, sporadycznie wstając żeby wejść do łazienki czy podejść do okna i popatrzeć na ogród. Z godziny na godzinę coraz mniej kusiło go żeby opuścić pokój i sprawdzić co takiego robi James, ale skoro ten nie chciał rozmawiać i był zbyt zajęty – albo obrażony – by do niego przyjść, to sam tym bardziej nie zamierzał mu się narzucać. Poniekąd też z tego powodu położył się spać dość wcześnie, w porze kolacji, korzystając przy okazji z tego że może i nikt mu w tym nie przeszkadza. Rozebrał się do bielizny a ubrania rozwiesił na oparciu krzesła nieopodal łóżka, zasypiając niemal od razu. Rano był już gotowy do ewentualnego szybkiego opuszczenia pałacu o tradycyjnie jak dla siebie wczesnej porze, ale mimo to czuł się wypoczęty i wyspany. Ślady po bójce też zaczęły powoli zanikać, więc przynajmniej wyglądał mniej więcej tak jak zazwyczaj, a nie jak ofiara domowej przemocy czy czegoś w tym rodzaju. Pozostało mu jedynie cierpliwie czekać na Jamesa, co na szczęście nie trwało długo. Chyba że to tylko czas w tym miejscu tak szybko mu upływał, to też było całkiem możliwe.
    — Wychodzę z tobą — odpowiedział i w tym samym czasie wstał i ruszył w stronę drzwi, co mogło wyglądać jakby bał się, że Książe się rozmyśli i każe mu tu zostać. Przez ten prawie cały dzień i noc co prawdą nie narzekał, ale dalsze przebywanie w zamkniętym pokoju nie mogło skończyć się dobrze dla kogoś, kto większość swojego czasu spędzał w ruchu, na zewnątrz. — A spało się dobrze, dzięki — dodał, głaszcząc psa, który od jakichś trzech minut próbował zwrócić na siebie uwagę. Ominął Jamesa i zatrzymał się tuż za jego plecami, nagle przypominając sobie o czymś co miał mu powiedzieć. Nie chciał być złośliwy – chociaż może i chciał – ale tym razem był zdania, że mu się należało i zasłużył sobie na przynajmniej jeden tego typu komentarzy. Bo Noah jeśli chciał to potrafił się powstrzymać, nawet przy Jamesie.
    — Chcesz mnie przeszukać zanim pójdziemy? — zapytał, nieznacznie unosząc w górę lewy kącik ust — Nie krępuj się, możemy to zrobić tutaj — miał ochotę pociągnąć to dalej, odwracając się do niego plecami i stając w lekkim rozkroku, tak jak na przeszukaniach bywało, ale zamiast tego zaśmiał się krótko na znak, że żartuje. Kolejne spięcia z Księciem przecież nie były mu potrzebne.
    — A tak na poważnie to dzięki za nocleg. Nie musiałeś — domyślał się, że spotkają się jeszcze nie raz, więc może to była najwyższa pora na rozejm. Dogryzanie mu na każdym kroku trochę zaczynało go nudzić i chociaż wątpił by zrezygnował z tego całkowicie – w końcu charakteru nie zmieni, a ten do łatwych nie należał – to oboje mogli postarać się odzywać do siebie normalniej, głównie jednak Noah musiał nad tym popracować. — To co, zawieszenie broni? — kontynuował po chwili ciszy, biorąc wcześniej głęboki oddech. — Chyba nie chcesz się na mnie wściekać jeszcze nie wiadomo jak długo — przełamał się i po kolejnej chwili namysłu wyciągnął w jego kierunku rękę, co jak dla niego było naprawdę dużym wyczynem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie widział się z Jamesem przez jakiś czas, ale zgodnie z danym sobie słowem kontaktował się z nim smsowo, czasami odzywając się jako pierwszy. Nawet zaproponował mu kolejne spotkanie, wybierając miejsce jego zdaniem odpowiednie na taką porę roku. W końcu mieli już grudzień, a nim się obejrzą nastaną święta – których Noah i tak nigdy nie obchodził – i nowy rok, więc pewnie James w związku z tym miał sporo pracy i obowiązków. Ale o to zdąży go jeszcze zapytać, bo jak dotąd nie mieli okazji tak naprawdę pogadać, a pewnie i sam Książę miał w zanadrzu jakieś pytania.
      — Chodź, wejdziemy tam na górę — właśnie podczas tego spotkania zaprowadził go do niedużej, staroświecko wyglądającej kafejki, również dobrze mogącej robić za bibliotekę; ściany pokrywały półki z książkami, przez co miejsce wyglądało na jeszcze bardziej specyficzne. Ale chociaż był tam spokój dzięki czemu był pewien, że żaden fotoreporter śledzący przyszłego króla nie stanie im przed twarzami z aparatem. — Przychodziłem tutaj jak nie miałem dokąd pójść — wyjaśnił, rozsiadając się na jednym z foteli, na którym też powiesił zdjętą dopiero co kurtkę. — Ale nie, nie przeczytałem niczego co można tu znaleźć — dodał, uprzedzając ewentualne pytania. Książki nigdy go nie interesowały i wątpił by miało się to kiedykolwiek zmienić. — Dają tu dobrą gorącą czekoladę. Zresztą zaraz sam zobaczysz — wskazał głową na idącą ku nim starszą właścicielkę, którą przez ten czas zdążył już całkiem nieźle poznać. I naprawdę starał się być miły – w granicach rozsądku, nic na siłę – ale znał swoje możliwości i domyślał się, że prowadzenie rozmowy musiało iść mu tragicznie.

      Usuń
  18. Poczuł się nawet usatysfakcjonowany kiedy James przyznał, że podoba mu się kawiarnia, do której postanowił go przyprowadzić. Od samego początku wiedział, że będzie pod wrażeniem; tutaj odkąd tylko pamiętał panował spokój, więc o natrętnych fotoreporterach i innych łowcach sensacji nie musieli nawet myśleć. Mało kto znał to miejsce, a dotychczas Noah uznawał je za swoje własne, jednak o dziwo nie miał problemu z podzieleniem się nim z Księciem. Lubił go na swój pokręcony i specyficzny sposób, który mógł objawiać się właśnie przez zabieranie go w miejsca, które coś dla niego znaczyły. A tych miał całkiem sporo i kto wie, może następnym razem pokaże mu któreś z nich. Oczywiście na tym nie planował poprzestać. Starał się ograniczać niezbyt miłe odzywki do minimum, panując nawet nad tonem głosu, by wyeliminować z niego zazwyczaj słyszalny jad. Ostatnia noc spędzona w pałacu jednak trochę na niego wpłynęła, co nie znaczyło, że nagle stanie się najmilszą osobą żyjącą w ich kraju. Do takiego poświęcenia raczej nie byłby zdolny i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nie zamierzał dać się sprowokować czy wyprowadzić z równowagi, ale wzmianka o jego kumplach sprawiła, że mimowolnie zmarszczył brwi, wlepiając w niego wzrok. Zupełnie się z nim w tej kwestii nie zgadzał, ale nie wiedział też czy tłumaczenie mu tych zawiłych relacji miało jakikolwiek sens. Nie uważał, by traktowali go jak psa, na to na pewno by nie pozwolił. Może idealnie nie było, ale przecież kłótnie się zdarzały, nawet takie z użyciem pięści, a przynajmniej w środowisku, w którym żył Noah. Był do tego w jakimś stopniu przyzwyczajony, ale domyślał się, że Książę może tego nie zrozumieć.
    — To nie tak — odpowiedział, dalej nie spuszczając z niego wzroku. Zacisnął palce na wysokiej szklance, która podobnie jak jej zawartość miała dość wysoką temperaturę, ale przynajmniej przez ten bodziec mógł przypomnieć sobie po co tak właściwie tutaj przyszedł. A żeby nawiązać jako taki w miarę dobry kontakt potrzebował opanowania.
    — Traktują mnie normalnie, to była tylko jednorazowa akcja. Poza tym powiedzieli, że więcej już mnie nie uderzą, możesz być spokojny — I oczywiście, że święta spędzi z nimi, co również powiedział Jamesowi. Nigdy nie miał innych planów na ten konkretny okres, może oprócz częstszych wyjść do galerii handlowych, mniejszych sklepów czy pozostałych równie zatłoczonych miejsc, mogąc przy tym trochę zarobić. Samą wigilię miał jednak całkowicie wolną, ale wątpił by tego dnia robił coś o czym warto by opowiadać. Nie obchodził świąt, jego przyjaciele tak samo; przed laty nawet trochę żałował, że nie może sobie pozwolić na to co większość, ale obecnie miał całe to przereklamowane świętowanie gdzieś.
    — Oni nie są tacy źli jak myślisz. Gdyby faktycznie tacy byli to nie pozwalaliby mi u nich mieszkać, więc mimo wszystko mi pomagają — na tym póki co wolał poprzestać, bojąc się, że nieświadomie powie coś czego nie powinien mu zdradzać. Nie posiadał wiele i to akurat było jasne od samego początku, ale zawsze wolał mówić, że jest w porządku, tym bardziej jemu.
    — Dlaczego w ogóle pytasz o coś takiego? Jakoś sobie ze wszystkim radzę, zawsze tak było — ktoś na jego miejscu mógłby wykorzystać sytuację, próbując wziąć Księcia na litość i dzięki temu w łatwy sposób naciągnąć go na przykład na kasę, ale Noah w gruncie rzeczy nic od niego nie chciał. W porównaniu do jego kumpli, których plany względem ich dwójki były bardziej złożone. — Bo jeśli myślisz, że nie radzę sobie z niczym przez tamtą bójkę… — urwał na moment, unosząc głowę i nieznacznie uśmiechając się do niego kącikiem ust — Szkoda, że nie widziałeś ich twarzy. Ale nie mówmy o tym, lepiej opowiedz jakie ty masz plany — podparł podbródek o złożone dłonie, dając mu do zrozumienia, że chętnie posłucha co ma mu do powiedzenia. Lubił słuchać, zwłaszcza o tym, co mógł poznać wyłącznie z czyichś opowieści. A te królewskie musiały być ciekawe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wyjeżdżasz gdzieś? Bo pewnie od tych wszystkich oficjalnych świąteczno-noworocznych przemówień się nie uwolnisz — nie znał się na tym i poza pamiętnym otwarciem teatru nie widział Jamesa w akcji, ale domyślał się, że czeka go sporo pracy. I może nawet posłucha jednego z jego wystąpień, tak z czystej ciekawości, z żadnego innego powodu. — Więc może następnym razem jak będziesz chciał gdzieś razem wyjść to napisz, na razie nie będę ci się wciskał w grafik — przez moment pomyślał, że skoro nauczył się go tolerować to fajnie byłoby zrobić coś innego niż dotychczas. Spotykanie się w knajpach czy kawiarniach zaczynało go nudzić, ale z cieniem w postaci ochroniarza i fotoreporterów mieli dość ograniczone pole do popisu. A szkoda.

      Usuń
  19. Noah nie wiedział kiedy tak dokładnie w ich relacjach nastąpił niewielki przełom – obstawiał pierwsze dni nowego roku - ale na pierwszy rzut oka dało się zauważyć różnicę. James nie irytował go już tak bardzo jak na samym początku znajomości – praktycznie nie denerwował go w ogóle – a na jego widok Carrington nie miał już nieodpartej ochoty zawrócić by znaleźć się możliwie jak najdalej od niego. Mógł nawet powiedzieć, że jakimś sposobem udało im się zaprzyjaźnić, nawet jeśli ta przyjaźń była dość specyficzna. Noah niezmiennie unikał poruszania pewnych tematów, trzymał wyznaczony przez siebie dystans i dopuszczał go do siebie na tyle na ile mógł, głównie ze względu na to czym dalej się zajmował. Nie miał zamiaru rezygnować z prowadzonego od lat życia i cieszył się, że James jak dotąd nie wydał żadnego królewskiego polecenia zakazując mu tym samym dalszego okradania ludzi. Znajomość z przyszłym królem nie była gwarantem czegoś lepszego, tym bardziej że nic nie wskazywało na to, by pomiędzy nimi miało dojść do czegoś więcej, więc nawet nie brał pod uwagę odstąpienia od opróżniania cudzych kieszeni. Może na samym początku miał dziwne wrażenie, że James go podrywa, jednak wraz z upływem czasu zaczął w to wątpić tłumacząc sobie, że tylko mu się wydawało; nie ukrywał też, że ulżyło mu z tego powodu. Polubił go i naprawdę mu zaufał, ale do związków kompletnie się nie nadawał, źle się w nich czuł i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Poza tym praktycznie przez cały czas towarzyszyła mu presja wywoływana przez kumpli, którzy jak sądził z tego właśnie powodu nie mieli nic przeciwko jego spotkaniom z Księciem. A tych od nowego roku ku jego własnemu zaskoczeniu było całkiem sporo.
    Teraz także miał się z nim zobaczyć, aczkolwiek tym razem z nieco innego powodu niż zazwyczaj. Co prawda już wcześniej słyszał o planowanej przez Jamesa imprezie – chociaż dla Noah to i tak miałoby być spotkanie arystokratów i przyszłych głów państw, nie ważne jak nazwałby to Książę – ale dzisiaj chciał dowiedzieć się czegoś więcej. Wciąż nie dał mu jednoznacznej odpowiedzi i dalej twierdził, że
    zaproszenie go na tego typu imprezę mogło przybrać miano największego błędu jaki James kiedykolwiek popełnił. Nie miał wyobrażenia lecz był pewny, że nie będzie przypominać to tych zwyczajnych imprez w klubie, w którym to poniekąd się poznali. A naprawdę nie chciał znaleźć się w królewskim salonie pełnym ubranych w ciemne garnitury książąt i innych równie ważnych osób, z którymi nie miałby szansy się dogadać. W końcu dzieliła ich zbyt duża przepaść by to przeskoczyć i na pewno James również o tym wiedział.
    Poszedł po niego pod uczelnię, dzień wcześniej powiadamiając go o tym w smsie. W miejscu, w którym studiował James było dość sporo wolnej przestrzeni, gdzie mogli usiąść i w miarę spokojnie porozmawiać bez obawy, że przyłapie ich któryś z natrętnych fotoreporterów; Noah nie przestał unikać spoglądania na pierwsze strony gazet, chociaż istniało małe prawdopodobieństwo, by się na nich znalazł. Maskował się jak tylko potrafił i miał w związku z tym nadzieję, że były efekty. Jak zwykle czekał na niego tych kilkanaście minut, znajdując sobie miejsce na tyłach budynku, gdzie ustawione były rzędy ławek. Usiadł na jednej z nich, co jakiś czas spoglądając w telefon i wypatrując, czy James się nie zbliża, lecz na szczęście ten nie kazał mu długo na siebie czekać.
    — Nareszcie jesteś, dłużej się nie dało? — dogadywali się o wiele lepiej, ale najwyraźniej Książe musiał przyzwyczaić się do jego odzywek, które dla Noah nie brzmiały ani trochę niemiło czy nieodpowiednio. — Siadasz? — spojrzał na niego i przesunął się by zrobić mu miejsce, jednocześnie starając się zamknąć to spotkanie w miarę szybko. Nie miał zbyt wiele czasu i domyślał się, że James również nie; w końcu studia medyczne nie należały do najłatwiejszych, przynajmniej tak zawsze sądził Noah.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Pamiętasz jak ostatnio pytałeś czy przyjdę na tą twoją królewską imprezę? Chyba, że trochę zmądrzałeś i już nie chcesz mnie tam widzieć — z jednej strony nawet ucieszyłby się z takiego obrotu spraw, ale przecież nie powiedział mu, że się zgadza. Na chwilę obecną chciał znać szczegóły, a niewykluczone że wtedy poprosiłby go – a raczej postawił go przed faktem dokonanym – by przyjechał po niego w wyznaczone miejsce i o określonej godzinie.
      — Opowiesz coś więcej? O tym jak to będzie wyglądało — podciągnął kolana pod brodę, mierząc w niego pytającym spojrzeniem. Zastanawiał się też jak James ewentualnie przedstawiłby go przed swoimi wysoko postawionymi znajomymi, którzy na pewno będą ciekawi gdzie James poznał kogoś takiego jak on. Bo nie dało się ukryć, że siłą rzeczy będzie się wśród nich wyróżniał. Chociaż może opinia innych nie powinna go obchodzić i w zasadzie nie obchodziła, ale był najzwyczajniej w świecie ciekaw. — I dlaczego chcesz żebym tak był?

      Usuń
  20. Siedząc w samochodzie tuż obok Jamesa zaczynał powoli żałować, że zgodził się wziąć w tym wszystkim udział. Miał dziwne przeczucie, że coś pójdzie nie tak, chociaż tak właściwie nie miał pojęcia co. Przecież nie zamierzał kręcić się po pałacu, okradać zaproszonych gości – nawet jeśli to była jedyna taka okazja – i nie planował wdawać się w żadne dyskusje, wyprowadzając się tym samym z równowagi. Wiedział jednak, że prędzej czy później i tak coś zepsuje, być może tym razem nieświadomie. Przyjęcia w towarzystwie królów, książąt i pozostałych podobnie ważnych arystokratów nie były dla niego, ale skoro oboje jechali już na miejsce to nie było mowy o rezygnacji. Najwyżej jakimś sposobem wyrwie się stamtąd po maksymalnie dwóch godzinach; pretekst zawsze się znajdzie, chociaż tym razem wątpił w to by James próbował go zatrzymywać i przekonywać do pozostania tam trochę dłużej. Miał tylko nadzieję, że nie narobi mu zbyt dużego wstydu przed przyjaciółmi i znajomymi, bo mimo iż cudza opinia na jego temat nigdy nie miała dla niego najmniejszego znaczenia nie chciał, żeby odbiło się to na Księciu. Królewski wizerunek nie powinien zostać nadszarpnięty, a nigdy nie wiadomo do czego zdolni są ci wszyscy potomkowie władców pochodzący z innych krajów. Po części też z tego właśnie powodu wolał trzymać się od nich wszystkich z daleka, nie zamieniając z nikim ani jednego słowa – chyba, że będzie to już naprawdę konieczne, ale w to też nie wierzył. Najlepszym rozwiązaniem było zmieszanie się z tłumem i ignorowanie wszystkich dookoła, sprawiając przy tym wrażenie kogoś, kto doskonale wie co robi. Czyli w zasadzie jak zwykle. Równie dobrze mógł udawać, że pochodzi ze znanej rodziny związanej z którymś mniej znanym arystokratycznym rodem, robiąc to tylko po to by popatrzeć sobie na ich miny i mieć poczucie małej satysfakcji. Nie był pewien jak zareaguje James na wieść o tym, że jego dobrzy znajomi zostali przez niego tak wkręceni, więc chyba jednak wolał pojawić się tam jako Noah niż jako ktoś inny. Przynajmniej będzie mógł poczuć się wyjątkowo, będąc jedynym złodziejem wśród tylu ważnych osobistości.
    — Ale teraz nie jesteśmy w klubie, więc będziesz musiał zatańczyć z kimś innym — czuł na sobie wzrok innych, chociaż najprawdopodobniej tylko mu się wydawało i zaczynał wpadać w lekką paranoję. Taniec z Jamesem mógłby jednak zostać źle odebrany, a przecież byli tylko dwójką znajomych bez cienia szans na coś więcej.
    — Twoi rodzice i rodzeństwo będą tu zaglądać, chcesz się później przed nimi tłumaczyć odpowiadając na pytania z kim spędziłeś większość czasu? — Książe nawet nie musiał mu odpowiadać. Noah tradycyjnie wiedział swoje, w związku z czym nie chciał dopuścić do pojawienia się na ich temat żadnych plotek. Stanie się osobą o której dużo się mówi było ostatnim czego potrzebował.
    — Zresztą nieważne. Chodź po coś do picia — ruszył pierwszy, mijając po drodze jakiegoś wysokiego mężczyznę w wieku Jamesa, którego skądś kojarzył. Pewnie zapamiętał go z okładki którejś z gazet czy z wiadomości puszczanych w telewizji, innej opcji nie było.
    — Kim są na przykład… tamci dwaj? — ściszył głos, rozglądając się jednocześnie po sali balowej. Kiedy stał sam i czekał na Jamesa niespecjalnie miał na to ochotę, aczkolwiek teraz mógł trochę poobserwować. A skoro nie planował poznać nikogo osobiście mógł chociaż powypytywać Jamesa o to kogo zaprosił do swojego pałacu. Chyba, że to Książę pierwszy go komuś przedstawi, acz liczył na to, że tak się nie stanie. — Albo tamten facet? — wybrał sobie jakiegoś drinka, wypijając go szybko nawet jak na siebie. Nie stresował się, ale potrzebował się uspokoić. James był w porządku, ale od samego patrzenia na jego zagranicznych – i nie tylko – przyjaciół zaczynał się źle czuć. Chociaż wyobrażał sobie jak James zareagowałby poznając jego znajomych; zapewne byłoby jeszcze gorzej, mógł się założyć. — Często musisz uczestniczyć w takich imprezach? — specjalnie zaakcentował ostatnie słowo, wcześniej powstrzymując się by nie zamienić uczestniczyć na męczyć się. To pasowałoby o wiele bardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie wkurzaj się, ale to musi być ciężkie. Nie minęła nawet godzina, a ja mam dosyć — widząc przechodzącego obok kelnera zgarnął z jego tacy kolejne dwa wysokie kieliszki, nie zastanawiając się nawet nad tym co pije. — Poza tym wyglądam jak idiota, nie jak ja — poświęcił się i ubrał elegancko czego nigdy dotychczas nie robił, ale w końcu nie mógł przyjść do pałacu wyglądając tak jak zawsze. — A ty? — zaczął, szturchając go lekko w ramię — Będziesz tak ze mną chodził przez cały ten czas? To twoja impreza, znasz tych ludzi. Nic się nie stanie jeśli mnie tu na trochę zostawisz, serio. Boisz się, że stąd ucieknę?

      Usuń
  21. Ten cały baron Alex zaczynał go już denerwować, więc nawet ucieszył się, gdy James na swój sposób go spławił. Sam najchętniej rozegrałby to inaczej, od razu odsyłając go z powrotem do Anglii, ale przecież miał trzymać język za zębami i starać się zachowywać tak jak powinien. Z jednej strony był z siebie dumny, że tym razem nikomu nie udało się go sprowokować, ale jednocześnie wiedział, że mało brakowało. I w porównaniu do Jamesa wcale nie twierdził, że za dużo wypił; po tych dwóch czy trzech kieliszkach czuł się zupełnie tak jak przed przybyciem do pałacu, jednak dla świętego spokoju postanowił dać za wygraną i więcej nie zbliżać się do kelnerów trzymających tacę z drinkami. W końcu nie chciał dawać mu powodów do późniejszego ewentualnego obwiniania go za niepowodzenie imprezy, która zdaniem Noah nie należała do najlepszych. Oczywiście nie miał nic do samej jej organizacji, bo do tej kwestii nawet on nie mógł się przyczepić, jednak sądził że panująca atmosfera była dosyć przytłaczająca i chyba mało prawdziwa. A przynajmniej takie odniósł wrażenie. Dalej jednak obserwował poszczególne osoby, w myślach zastanawiając się z kim lepiej nie zadzierać. Właściwie to oni nie powinni zaczynać z nim, ale dla dobra tego przyjęcia musiał odpuścić i przez chwilę udawać kulturalnego chłopaka z nieco wyższych sfer niż naprawdę. Nie miał pojęcia jak mu to wychodziło i przez moment chciał zapytać o to Jamesa, ale równie dobrze mógł odłożyć to na później; przecież nie miał pewności, czy nikt nie przysłuchuje się ich rozmowom, w każdym razie lepiej było uważać.
    — Wydawało mi się, czy on był o ciebie zazdrosny? — spojrzał na niego, nieznacznie unosząc w górę kącik ust. — Inaczej chyba nie wspominałby o tym, że spaliście w jednym łóżku — czuł, że ma nad tym denerwującym baronem lekką przewagę. Sam również obudził się w łóżku Jamesa, nie pamiętając za wiele z poprzedniej nocy. Akurat on nie widział w tym powodu do dumy i nie obraziłby się przecież, gdyby Jamesa i Alexa coś połączyło. Chociaż może jednak byłoby lepiej, gdyby nic takiego się nie wydarzyło; nie chciał dawać temu anglikowi satysfakcji, mogąc być od niego lepszym chociaż w tym jednym: Książę wolał spędzać czas z nim, a nie z wysoko postawionym znajomym.
    — Kręciliście kiedyś ze sobą czy o co chodzi? — zapytał, kiedy zbliżali się do długiego stołu z jedzeniem. Noah rzucił okiem na te wszystkie dość dziwnie wyglądające przystawki czy potrawy dochodząc do wniosku, że chyba jednak nie jest głodny.
    — Możesz mu powiedzieć, że między nami nic nie ma i że nie musi się tak denerwować — nie prowokował go tym zdaniem celowo, chociaż chciał wiedzieć co tak naprawdę jest grane. Nie miał zbyt dobrych doświadczeń jeśli chodzi o związki i z tego też powodu nie planował się w żaden angażować, ale zawsze dobrze było przynajmniej wiedzieć na czym się stoi. Przez resztę wieczora poznał kolejnych kilka osób, które tak jak w przypadku barona rozmawiały głównie z Jamesem. Noah było to na rękę; mógł udawać zainteresowanego, w tym samym czasie myśląc o czymś innym. Głównie o tym, by już stamtąd wyjść.
    — Idę na chwilę na zewnątrz, możesz później dołączyć — zobaczył, że w kierunku Księcia zbliża się któryś z członków jest rodziny – nie był pewien kto to był – i był to doskonały moment do oddalenia się. Ruszył przed siebie i już po paru minutach stał w jakiejś części ogromnego ogrodu, którego dokładne zwiedzenie zajęłoby mu chyba ze trzy godziny. Zbliżył się do stojącej w jednej jego części drewnianej altany, siadając i odwracając się przez ramie dopiero po jakimś czasie, kiedy usłyszał za plecami znajomy już głos angielskiego barona.
    — Nie wiem po co kręcisz się koło Jamesa, ale daj już sobie spokój. On na dłuższą metę nie będzie interesował się kimś takim jak ty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żałował, że nie załatwił tego po swojemu, bez zastanowienia konfrontując swoją pięść z jego okiem. Ta wymiana zdań i tak nie należała do najprzyjemniejszych, ale chociaż miał okazję wytknąć mu to co o nim sądził. Lubił wyzwania i tak poniekąd potraktował słowa, które padły z ust barona. Chciał udowodnić coś jemu, sobie i Jamesowi, nawet jeśli w związku z tym miałby wylądować z nim w łóżku. Nie widział w tym nic złego, bo przecież póki co nie zamierzał się z nim przespać. Chyba.
      — Nareszcie jesteś — westchnął na jego widok kilkanaście minut później, patrząc na niego tak jak jeszcze nie tak dawno na barona Alexa. Już miał naprawdę dość tej całej imprezy, a skoro zostali sami to mógł w końcu trochę ponarzekać, tak jak miał to w zwyczaju. Dokładnie skomentował wszystko, szczególną uwagę poświęcając zaproszonym gościom, w tym oczywiście swojemu nowemu angielskiemu znajomemu. James mógł mówić, że znowu pluje jadem, ale nic nie mógł na to poradzić. Mówił i mówił, co jakiś czas wtrącając jedno i to samo pytanie, mianowicie kiedy to całe przyjęcie wreszcie oficjalnie się skończy. I tylko czekał, aż James każe mu się zamknąć i przestać obrażać jego znajomych. — I tak nic ani nikt nie przebije tego kretyna Alexa, skąd ty go wziąłeś, przecież on jest straszny…

      Usuń