Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

28 stycznia 2016

[KP]




JACKSON „JACK” BROCKMAN
26 lat, Ur. w Seatle, świeży pilot doświadczalny
Za młody na dziedzica, za stary na pupila. Wciąż gdzieś po środku z początku myślał, że tak powinno być. Ale wszystko się zmieniło — on się zmienił. Bez uwagi w domu, szukał jej gdzie indziej. Więc nabawił się. Bólu głowy od narzekań matki. Nienawiści do rodzeństwa, którym było łatwiej. Bo On starszy i mądry, a Ona młodsza i urocza. Narcyzmu od westchnień koleżanek. Bo Jack majętny i przystojny, nie ważne, że bystry. Egoizmu. Bo koniec końców bez względu na działania, i tak brali go za chama. No więc stał się nim. Gdzieś w trakcie. A na koniec wiedział, że do pokory nigdy już nie wróci. Nawet ślub wziął na złość bratu, bo ten jeden raz chciał być przed nim — lepszy. On z narzeczoną, więc Jack już z żoną. I tak żyje z rodziną jak pies z kotem. Tylko to już nie ten sam potulny kociak, nie domownik. Raczej kocur dachowy, co woli sam i bez nikogo. Bo tak łatwiej. Bo nikt mu nie truje nad głową, że pilot to musi być tylko faza przejściowa. Że to etap tuż przed dorośnięciem.

15 komentarzy:

  1. Klasyczna obrączka z białego złota drażniła jej naskórek za każdym razem, gdy tylko niecierpliwie poruszała lewą ręką w celu wygładzenia materiału zwiewnej sukienki. Kolejny taki ruch nadgarstka zakończył się tak samo, jak wszystkie poprzednie — niechętnie zerknęła w dół i przez chwilę obserwowała grę światła, jaką tworzyły odbijające się od pierścionka promienie słoneczne. Wcześniejsza próba ułożenia ręki tak, by wpadające do auta światło nie docierało do obrączki spalił na panewce, dlatego tym razem darowała sobie zabawę w kotka i myszkę, i wróciła spojrzeniem do obserwowania drogi. Bez względu na to, jak bardzo chciałaby wymazać ostatnie siedem dni ze swojego życia, nie miała na to wpływu. Chociaż żeby być dokładniejszym, to prawdopodobnie powinna wymazać całe czternaście dni i nigdy nie pozwolić swojemu nieokrzesanemu współlokatorowi na przedstawienie jej Jacksona Brockmana.
    Mimowolnie zerknęła na prowadzącego mężczyznę, który nota bene od siedmiu dni był jej mężem. Mężem, o którym nie wiedziała nic oprócz tego, jak się nazywa, ile ma lat i którego widziała dopiero po raz trzeci w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Za pierwszym razem spędziła z nim całe dziesięć minut w zatłoczonej kawiarni i w towarzystwie Mitcha nawijającego o korzyściach jego świetnego planu na walkę z urzędem imigracyjnym. Zdążyła jedynie zorientować się, że jest zadufany w sobie i gdyby nosiła aparat na zębach (albo inne oszpecające twarz przedmioty), to pewnie nie zgodziłby się na to przedstawienie. Już wtedy prawie się z nim pokłóciła, ale ostatecznie zgodzili się na ten paradoks i kilka dni później w gronie kilku osób wygłaszali przysięgę w urzędzie stanu cywilnego, wymieniając się obrączkami przyniesionymi przez Brockmana. Każdego dnia nałożony przez nieznanego jej mężczyznę pierścionek uwierał ją coraz bardziej, przypominając o niezliczonych problemach jakie może mieć, jeśli prawda kiedykolwiek wyjdzie na jaw. Dlatego też nie zaprotestowała odruchowo, gdy dostała wiadomość rozkazującą wyszykowanie się i wcielenie w rolę kochającej żony, którą powinna być po pierwszym tygodniu małżeństwa. Tylko raz miała ochotę trzasnąć telefonem o ścianę, kiedy w drugim smsie dopisane zostało, że ma ubrać sukienkę. Tak po prostu, bez wyjaśnienia gdzie ma z nim jechać ani tym bardziej dlaczego jej tam potrzebuje, skoro było sobotnie popołudnie, a urząd imigracyjny nie mógł niczego od nich chcieć o takiej porze. I z pewnością na spotkania z nimi nie byłyby potrzebne eleganckie ciuchy. Chyba myliła się, sądząc, że ich kontakty ograniczą się do udawania związku tylko przed urzędnikami.
    Poruszyła się na siedzeniu, przesuwając nieco pas, który uwierał ją w szyję. Czuła się nieswojo. Siedzenie samej z facetem, który teoretycznie jest jej mężem i pozwalanie mu na wywiezienie jej z miasta w odczuciu Carmeli nie było najlepszym pomysłem, ale wszystko wskazywało, że właśnie mu na to pozwalała, gdy mijali kolejne domy na przedmieściach Seattle.
    — Powiesz mi w końcu, gdzie jedziemy i po co jestem Ci tam potrzebna? — wyrwało jej się z wyrzutem zanim zdążyła ugryźć się w język. Dla odwrócenia swojej uwagi od mijanego krajobrazu po raz kolejny przejechała palcami po materiale w kolorze brzoskwiniowym. Chciała być opanowana, naprawdę! Nie podrygiwała ze zniecierpliwienia nogą, nie dotykała niczego ani nawet nie odzywała się odkąd tylko podjechał po nią i wsiadła do auta. Starała się nie naciskać ani tym bardziej nie wprowadzać napiętej atmosfery, która już dwa razy utrudniła im komunikację przed oraz nawet po ślubie. Problemem był jednak fakt, że naprawdę nie cierpiała niespodzianek, a w ostatnim czasie miała ich aż za dużo i potrzebowała chwili oddechu zanim jakiś urzędnik przyczepi się do nich, próbując sprawdzić prawdziwość ich związku. Nie miała ochoty na więcej tajemnic oraz traktowania się jak powietrze, ale z drugiej strony… o wiele łatwiej było jej znosić świadomość bycia mężatką, gdy sam zainteresowany nie był w zasięgu jej wzroku i nie oczekiwał od niej niczego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wystarczyła jedna wypowiedź Jacka, by natychmiast pożałowała próby pojednania się z nieszczęsnym małżonkiem. Starała się jednak nie dać sprowokować, jeszcze nie teraz, kiedy nie była pewna gdzie znajduje się cel ich wymuszonej wycieczki krajoznawczej. Jedyną oznaką irytacji Carmeli była jej dłoń zaciskająca się na tapicerce fotela w sposób, którym jasno sugerowała, że wolałaby raczej wbijać te palce w szyję kierującego autem mężczyzny niż bawić się w udawanie przykładnej pani Brockman, tolerującej wszelkie zachcianki niechcianego męża i przymilającej się do niego przy byle okazji.
    Pani Brockman. Nawet dla niej brzmiało to śmiesznie, ale nie dane było jej już od tego uciec. Nie, jeśli chciała wypaść wiarygodnie w urzędzie imigracyjnym i jeśli miało im się udać oszukanie kogoś więcej niż kobiety udzielającej im ślubu. Ostatecznie o to przecież chodziło w całej tej farsie przeprowadzonej w ekspresowym tempie przez ich wspólnego przyjaciela, gdy nie zastanawiając się nad tym zbyt długo ani nie rozważając ile problemów mogło z tego wyniknąć nie tylko dla niej, ale także dla niego, podjęli decyzję o małżeństwie. Dobrowolną decyzję, co było chyba bardziej zaskakujące dla samej Carmeli niż niestawiającego żadnych warunków przyszłego męża. Żadnych aż do teraz, o czym niechybnie zdążyła dość szybko się przekonać.
    Powody, dla których Jack zgodził się założyć obrączkę na dłoń nieznanej mu, pochodzącej z Meksyku dziewczyny pozostawały dla niej niezrozumiałe. Nie potrafił wytłumaczyć ich Mitch, ale od razu uznał, że to Brockman będzie idealnym kandydatem na jej udawanego męża. Wystarczyło mu kilka dni na wymyślenie tego przekrętu i zorganizowanie spotkania przyszłej pary, która nieszczególnie przypadła sobie do gustu. Gdyby nie zapewnienia współlokatora, pewnie nigdy nie zgodziłaby się spędzić z Jacksonem nawet piętnastu minut na osobności. Wywożenie jej z Seattle „chuj wie gdzie” tym bardziej nie wchodziłoby w grę. A już na pewno nie na dłużej niż kilka godzin, o czym chyba powinna poinformować go dużo wcześniej.
    W bujdę, że jest seryjnym mordercą zabijającym dla przyjemności swoje świeżo poślubione żonki nie planowała uwierzyć, a już tym bardziej jej komentować. Zaśmiała się za to głucho na wzmiankę o tygodniowym pobycie na odludziu z nim, jego rodziną oraz upierdliwą obrączką sugerującą, że łączy ich coś więcej niż tylko kilka kartek papieru i dzielone od tygodnia nazwisko. Nie mógł mówić poważnie.
    — Jeśli o mnie chodzi, to lepiej jedźmy na pogrzeb, bo na pewno nie zamierzam zaprzyjaźniać się z Twoją rodziną — uprzedziła, mając w duchu nadzieję, że Brockman rzucał tylko idiotycznymi żartami, nadal trzymając w tajemnicy to, gdzie i po co jadą. Nie mógł przecież wieźć jej na tygodniowy wypad gdziekolwiek bez rzeczy, bez wcześniejszego uzgodnienia wersji wydarzeń, bez przygotowania się do udawania przeraźliwie zadowolonych z życia nowożeńców.
    Przeciągająca się cisza oraz brak jakichkolwiek prób wyprowadzenia jej z równowagi sprawiły, że jednak spojrzała zaskoczona na Jacksona, a później na pustą drogę, którą zmierzali prosto do ich wspólnej trumny. Nie trwało to jednak długo. Zaraz ponownie utkwiła bursztynowe tęczówki w Brockmanie.
    — Tydzień? Oszalałeś? — syknęła, odwracając się nieco na siedzeniu. Nagle sprawa idealnie wygładzonej sukienki przestała mieć znaczenie, gdy stanęła przed nowym wyzwaniem. — Mam pracę. Muszę być w Seattle najpóźniej jutro o piątej i nie obchodzi mnie żadne Twoje rodzinne zobowiązanie, na które się zapisałeś. — Chciała zabrzmieć stanowczo, ale domyślała się, że na Jacku nie zrobi żadnej różnicy czy jest na niego wściekła ani czy ma ochotę wyśmiać jego głupotę. — Zamierzasz od razu wpakować nas w kłopoty i powiedzieć, że to jest tylko naszym kaprysem na nudę... — W tej chwili pomachała swoją uniesioną w górę dłonią, wskazując wymownie na swoją obrączkę. — … czy może znalazłeś jakieś genialne wyjaśnienie dlaczego przywiozłeś swoją żonę bez ubrań na tygodniowe spotkanie z teściami i swoim bratem, skarbie?
    Nawet nie próbowała wyzbyć się ironii.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tego właściwie Carmela nie rozumiała w całej tej maskaradzie. Powody, dlaczego ona potrzebowała obrączki na palcu były jasne, nieszczególnie ukrywała się z nimi, bo i nie miało to większego sensu skoro przez najbliższych kilkanaście tygodni będzie musiała wspólnie z Jackiem udawać szczęśliwe małżeństwo. Sama jej uroda sugerowała, że nigdy nie była i nie będzie Amerykanką. Nawet jako Carmela Brockman nadal pozostawała pełnokrwistą Meksykanką, nazwisko nic w tej kwestii nie zmieniało, przynajmniej nie dla niej. Do teraz pozostawało jednak dla niej tajemnicą, dlaczego Mitch uznał, że to właśnie Jackson nadawał się idealnie do ich absurdalnego planu i dlaczego zgodził się nałożyć akurat na jej palec ten upierdliwy metal, który równie dobrze mógłby dać połowie dziewczynom z Seattle jeśli potrzebowałby żony. Niejedna dałaby się pewnie pokroić, żeby być na jej miejscu, siedzieć obok — bądź co bądź — przystojnego faceta, jechać świetnym samochodem (przynajmniej w ocenie Carmeli, która w rodzinnej Zamorze jeździła tylko starymi, często psującymi się autami) na spotkanie z jego rodziną i na dodatek móc chwalić się, że według papierów od tygodnia jest częścią jego życia. Niejednej Carmela chętnie odstąpiłaby to zaszczytne miejsce, gdyby sama tak bardzo go nie potrzebowała.
    — Prędzej podrapię Ciebie jeśli nie przestaniesz zachowywać się jak dupek — wyrzuciła z siebie zanim zdążyła ugryźć się w język. Jego ostrzeżenie było dla niej zwyczajnie irytujące i niepotrzebne, bo ani nie była pustą kretynką czekającą tylko na możliwość zniszczenia jego własności, ani tym bardziej nie miała fizycznie takich możliwości. Jej paznokcie nie były długie, co najwyżej mogła nimi przejechać po skórze bez zostawiania trwałych śladów, więc jego drogocenny samochód był w dobrych rękach. Zdarzyło się to pewnie po raz pierwszy od dawna, skoro Jackson odczuwał potrzebę pouczenia jej. Carmela mogła tylko domyślać się, że jakaś mało inteligenta dziewczyna kiedyś mogła już próbować w podobny sposób zemścić się na bezdusznym kierowcy. Chyba nawet nie potrafiłaby mu współczuć z tego powodu.
    Kolejne mało przyjemne uwagi cisnęły jej się na usta, gdy zatrzymali się w... cóż, szczerym polu i jedyne na czym mogli polegać, to Jacksona kiepska orientacja w terenie. Nie miała pojęcia, gdzie jadą, ale nietrudno było domyślić się, że bez pomocy Brockmana nie uda jej się wrócić do miasta przed upływem wspomnianego tygodnia. Z jawnym powątpiewaniem spoglądała więc na jego mapę i nawet nie chodziło jej o fakt, że nie korzysta z udogodnień obecnych w każdym lepszym telefonie, ale o to, że zgubili się, jadąc w jego rodzinne strony. Zresztą, na wzmiankę o zwolnieniu lekarskim mogła jedynie wściekle zacisnąć pięści, bo dziękować na pewno nie zamierzała. Kilka dni wolnego teraz oznaczało kilkanaście godzin więcej w ciągu następnych tygodni jeśli chciała mieć za co zapłacić czynsz i jeść. A wszystko przez jego widzimisię i nieuprzedzenie, że tydzień po rzekomym ślubie mieli grać farsę na kolejnym.
    — Nie próbuj traktować mnie jak zadufaną w sobie, amerykańską panienkę, bo zniszczysz cały ten bajzel zanim ktokolwiek nam w niego uwierzy — uprzedziła, rzucając tę cholerną mapę na tylne siedzenie, gdy tylko miała ku temu okazję. Nie wysiliła się i nie poskładała jej, przynajmniej nie całkowicie. Odczekała też chwilę dopóki Jackson nie wrzucił jedynki i nie wykręcił tak, by mogli jechać w prawidłowym kierunku. Spowodowanie wypadku nie było jej celem, nie chciała mieć więcej problemów, a już na pewno nie zależało jej na wykłócaniu się czyja niby byłaby to wina, skoro to nie ona siedziała za kierownicą. Tyle dobrego, że jedyne, w co mogliby wjechać to rów, ewentualnie stojące samotnie drzewo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Lepiej wyjaśnijmy sobie kilka rzeczy na starcie. Nie załatwiasz niczego za moimi plecami, nie zwalniasz mnie z pracy w moim imieniu i nie wywozisz mnie na żadne cholerne imprezy bez wcześniejszego uprzedzenia. — Carmela mówiła wyjątkowo stanowczo, niemal nie potrafiąc zapanować nad ogarniającą ją złością, co nie było do niej podobne. Dodatkowo wyginała po kolei kolejne palce i machała nimi w kierunku Brockmana, żeby mieć pewność, że „mąż” na pewno je zauważy. Jej wybuchowy temperament ujawniał się tylko w obecności tego jednego Amerykanina przy którym w teorii powinna zachowywać się najłagodniej i nie zrażać do siebie. W końcu wystarczyło jego jedno słowo, żeby ją deportowali albo nawet wsadzili do więzienia, ale w tej chwili zdawała się o tym nie pamiętać. — Poza tym nie mamy rzeczy, bo… — zawahała się i westchnęła. Nie miała logicznego wyjaśnienia. Na pewno nie takiego, którym chciałaby się podzielić, ale ostatecznie każde jedno było lepsze, od tego co on wymyślił, dlatego dokończyła bez większego entuzjazmu: — … bo wracamy z pieprzonego weekendu miodowego, na którym chyba powinniśmy być. — Wcześniej o tym nie pomyślała, a faktycznie powinni gdzieś wyjechać razem. Dla Urzędu wyglądałoby to wiarygodniej niż osobne mieszkanie i raptem dwójka gości na ich „ślubie”.
      — Co powinnam wiedzieć? — zapytała ogólnie, siląc się na neutralny ton głosu, gdy po kilku minutach skręcili na zasłoniętą krzakami drogę, którą wcześniej musieli pominąć. Im dalej jechali, tym bardziej była świadoma, że cała wyprawa skończy się prawdziwą katastrofą jeszcze tego wieczoru. A z każdym kolejnym dniem będzie tylko gorzej skoro jako zakochana w nim na zabój „żona” nie miała nawet pojęcia, że ma on rodzeństwo. Tak samo jak i on nie wiedział nic o jej rodzinie.

      Usuń
  4. Zaciśnięcie pięści na kończącym się przed kolanami materiałem sukienki wydawało się jedyną słuszną reakcją na słowa Jacksona. Nie pojmowała jak w ciągu kilku sekund po chwilowym uspokojeniu się mógł z taką łatwością wyprowadzić ją z równowagi i sprawić, że jedyne na co miała ochotę to rzucić się na niego z tymi cholernymi paznokciami, żeby chociaż na chwilę zetrzeć z jego twarzy ten pewny siebie, nieco zadziorny uśmiech, którym jasno sugerował, że to on jest tutaj Panem. Faktycznie, zajmując miejsce kierowcy kontrolował sytuację bardziej niż ona, gdy dobrowolnie pozwoliła wywieźć się z miasta bez uprzedniego zapytania gdzie ani po co jadą, nie oznaczało to jednak, że w milczeniu będzie akceptowała wszystkie jego decyzje. Albo będzie rumienić się pod wpływem jego kąśliwych odpowiedzi rzucanych na prawo i lewo. Jeśli chodziło o jej ewentualną uległość, to mógł o niej zapomnieć.
    — Ty pewnie z taką nawet nie kończysz.
    Wyrwało jej się. Zwyczajnie musiało jej się wyrwać w chwili, gdy tylko obiecała sobie, że już więcej nie odezwie się do niego. Przynajmniej nie do czasu, aż nie wysiądą przed domem jego rodziny i nie ustalą, że od tego momentu zachowują się jak szczęśliwe małżeństwo, którym rzekomo powinni być dla każdego, kto tylko nie zerknie w jej stronę. Nie potrafiła jednak powstrzymać się przed ciętą uwagą, co bardziej ją drażniło niż cieszyło. Zachowywała się jak gówniara, pozwalając by jej narwany temperament wygrywał w tym przypadku z rozsądkiem. Na dodatek działo się to przy jedynym mężczyźnie, przy którym w teorii powinna być przesadnie uprzejma i wdzięczna za uratowanie jej z najbardziej kryzysowej sytuacji w jaką tylko mogła się wpakować przebywając w Stanach, Jackson robił jednak wszystko, by wyciągnąć z niej te najgorsze cechy charakteru. Bycie posłuszną żonką nie wychodziło jej nawet przez jedno popołudnie, wolała więc nawet nie myśleć jak utrzymają tę farsę przez kilka kolejnych miesięcy potrzebnych, by Urząd Imigracyjny odczepił się od niej na dobre. Później każde z nich będzie mogło pójść w swoją stronę, a z czasem nawet rozwieść się polubownie. Tylko ta wizja pozwalała jej jeszcze opanować wściekłość. Już dawno żaden mężczyzna nie potrafił z taką łatwością wyprowadzić jej z równowagi jak Jackson. Z tej jednej kwestii mógł być dumny — rola dupka wychodziła mu perfekcyjnie od samego początku.
    Przemilczała aspekt paradowania przed jego bliskimi (i nie tylko, w końcu w domu na pewno przebywać będzie także część rodziny panny młodej) w bieliźnie, a jedyne czym zaszczyciła siedzącego obok mężczyznę to poirytowane spojrzenie jej ciemnych, mocno czekoladowych tęczówek, w których więcej było złości niż rzekomego zauroczenia. Przejście z bycia wściekłą do udawania zakochanej żony nie będzie wcale takie proste, jak początkowo jej się wydawało. Tym bardziej, że nie spodziewała się pomocy ze strony Brockmana. To jej zależało na utrzymaniu tej farsy, ona musiała postarać się, by wszyscy jego bliscy uwierzyli w siłę łączącego ich uczucia, na niej spoczywał obowiązek bycia miłą nawet wtedy, gdy jedyne na co będzie miała ochotę to oblanie go szklanką lodowatej wody. Jeśli uda jej się przetrwać tych kilka dni, to powinno się udać. Nie chciała robić tego wszystkiego na darmo, nawet teraz, kiedy wiedziała już, że trafiła na najgorszy egzemplarz męża ze wszystkich możliwych. To musiała być jej kara za oszustwo jakiego dopełniła się składając przysięgę przed urzędnikiem.
    Zamyśliła się, pozwalając by sekundy leniwie płynęły jej na podziwianiu przyjemnych dla oka krajobrazów. Tak naprawdę po raz pierwszy wyjechała poza Seattle, chłonęła więc każdą nowość, chwilowo nie domyślając się jeszcze, że nie jadą do żadnego małego domku, ale do posiadłości mającej za ogrodzeniem coś więcej niż tylko maleńki ogródek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Gdziekolwiek, gdzie mogliśmy dostać się autem — odparła w końcu w miarę miło, co spowodowane było pewnie faktem, że od dobrych pięciu (a może nawet więcej?) minut nie patrzyła na Jacksona i nie widziała jego pewnego siebie uśmiechu. Nie mogli odbyć żadnej innej podróży, bo nie mieli biletów lotniczych czy też autobusowych potwierdzających taką wersję wydarzeń. — I to był tydzień. Bardzo… przyjemny i zadowalający nas tydzień — oznajmiła, krzywiąc się mimowolnie na samą myśl o tym, że faktycznie mogłaby spędzić siedem dni w jego towarzystwie i nie wychodzić zbyt często z hotelowej sypialni. Tylko wariatka mogłaby tego pragnąć.
      Nie miała pojęcia czy Jackson przyśpieszył z własnej woli, czy może nie do końca dobrze oszacował odległość, ale nim się obejrzała jej oczom ukazał się zarys kolejnej farmy podobnej do tej, którą mijali wcześniej, z tą różnicą, że tym razem wyraźnie skręcili lekko w prawo, zmierzając zapewne na dróżkę prowadzącą bezpośrednio pod posiadłość.
      — Żartujesz, prawda? — zapytała tylko z jękiem, gdy przejechali przez otwartą bramę znajdującą się w sporej odległości od samego domu. W co ona, biedna dziewczyna z mocno ubogiej Zamory, się do diabła wpakowała…

      Usuń
  5. Jego propozycję przyjęła zwyczajnym skinieniem głowy. Na nic więcej nie było ją w tej chwili stać, bo po pierwsze nie miała pojęcia gdzie indziej mogliby udać się autem, a co jednocześnie mogłoby wyglądać na prawdziwą wyprawę nowożeńców – nie miała w końcu w tej kwestii ani żadnego doświadczenia, ani czasu na przemyślenie sprawy. Po drugie, i co było chyba ważniejsze, za bardzo skupiona była na przyglądaniu się posiadłości, do której jej zdaniem zbliżali się zdecydowanie za szybko. Auto co prawda toczyło się z prędkością jakichś dziesięciu mil na godzinę, ale dla niej równie dobrze mogło to być i pięćdziesiąt mil. Miała wiele pytań, na które nie było już czasu i wiele pretensji do Jacksona, o których nie omieszka mu wspomnieć przy pierwszej lepszej okazji. Wpakowanie jej w spędzenie tygodnia na odludziu to jedno, ale nie poinformowanie jej, że będzie musiała mieszkać w luksusowej willi, do której nie pasowała choćby z powodu prostej, zdecydowanie zbyt taniej jak na takie progi sukienki, to już zdecydowanie poważniejsza sprawa. Jackson być może pasował do tego świata ze swoją ignorancją w stosunku do innych, ale ona? Ona mogła tu tylko potykać się o kolejne kłamstwa, w które pewnie i tak nikt jej nie uwierzy ani nie będzie nawet próbował zrozumieć ich pokręconej relacji. Zakochanie się Jacka od pierwszego wejrzenia w biednej dziewczynie z Meksyku? Tylko idiota by w to uwierzył, a zamożni ludzie na pewno nie należeli do tych głupich.
    Zerknęła z wyrzutem na męża, gdy tylko stanęli w miejscu, ale na niewiele jej się to zdało. Jack pewnie nie zauważył nawet jej irytacji. Uciekł z auta przy pierwszej okazji, a jej pozostało jedynie mieć nadzieję, że nikt nie wypatrywał ich przyjazdu z licznych okien zwróconych na tę stronę posiadłości. Nienajlepszą prezentacją byłoby uciekanie przy pierwszej okazji, nie zamierzała jednak nic na ten temat mówić. Przecież ta farsa i tak im się nie uda i zanim minie ten pieprzony tydzień, ona dawno będzie mogła myśleć o kupowaniu biletu do Meksyku i wracaniu tam, skąd przybyła.
    Wysiadła trochę z ociąganiem, ciągle rozważając czy nie powinna przypadkiem usiąść za kierownicą i uciec z tej maskarady. Dawno jednak nie prowadziła auta, na dodatek nigdy takiego luksusowego, a już tym bardziej nie w Stanach, gdzie mogłaby się zgubić nawet w Seattle. Zamiast więc uciekać, zamknęła tylko auto i przyśpieszyła odrobinę kroku, żeby na czas zrównać się z Brockmanem. Całe szczęście, że miała nieco więcej niż metr sześćdziesiąt, bo musiałaby za nim biec, żeby zdążyć na czas przywitania z jego… matką. Oczywiście, że to sama pani domu musiała otworzyć im drzwi. Na dodatek prezentowała się nienagannie, przez co Carmela od razu pożałowała, że nie naciskała bardziej w kwestii dowiedzenia się czegoś o jego rodzinie jeszcze zanim zajechali pod bramy posiadłości. Być może zadbałaby wtedy o jakieś bardziej precyzyjne ułożenie rozpuszczonych, ciemnych włosów albo w ogóle ubrałaby inną sukienkę, bardziej stonowaną w porównaniu do tego morelowego koloru jaki miała obecnie na sobie. W ogóle była zbyt zwyczajna, by wpasować się do świata Jacka, do którego ten właśnie ją wciągał. I to dosłownie, bo nieoczekiwanie chwycił ją za rękę i nie dość, że wciągnął go środka domu, to jeszcze wysunął ją nieco do przodu, prosto pod czujne spojrzenie swojej mamy, która z całą pewnością nie spodziewała się takiego określenia kobiety stojącej u boku swojego syna. Zupełnie jakby zrobił sobie z niej żywą tarczę, chroniącą go przed uwagami dotyczącymi jego wyglądu i zwracającą uwagę rodzicielki na coś błyszczącego na placach ich lewych dłoni. Zaczęli swoją komedię, tak?
    Powstrzymała się od spoglądania na Jacka, bo wiedziała, że w tej chwili nie wysiliłaby się nawet na uśmiech zakochanej kretynki. Zamiast tego zajęła się więc wywieraniem jak najlepszego wrażenia na kimś, kto najbardziej powinien uwierzyć w to sztuczne małżeństwa. W końcu jak będzie miała za sobą teściową, to wszystko będzie okej, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  6. — Twoją… żonę? — Zaskoczenie wymalowane na twarzy kobiety nie było nawet potrzebne Carmeli. Domyślała się jak tylko zostały otworzone drzwi, że Jack nigdy nie wspomniał rodzinie o tym, co zrobili tydzień temu. Wtedy oni powiedzieli sobie głupie „tak”, a za kolejny tydzień to jego brat będzie stał na tym samym miejscu, co oni i… Nie, to było zbyt niedorzeczne, by porównywać do siebie te dwie sytuacje albo doszukiwać się w nich ukrytego podtekstu.
    — Dzień dobry. Jakoś nie było wcześniej okazji, ale… bardzo miło w końcu panią poznać. Nie mam pojęcia czemu Jack zwlekał z pierwszym spotkaniem — stwierdziła, gładko przechodząc w rolę uprzejmej , uśmiechniętej kobiety. Właściwie to nie była nawet rola, a zwykły powrót do tego, jak zachowywała się w towarzystwie wszystkich osób poza Jacksonem. Tylko on budził w niej ten nieokrzesany ogień, który dawno temu nauczyła się gasić przy obcych osobach.
    — W końcu? Ile czasu ją przed nami ukrywałeś? — Matka Jacksona wodziła spojrzeniem od niej do swojego syna oraz ich złączonych dłoni, ostatecznie jednak lokując je na swoim potomku. Niedobrze… Nie chciała przecież, żeby to tak zabrzmiało!
    — Bez obaw, całkiem krótko. Nawet nie będzie, co opowiadać — zapewniła szybko, zastanawiając się czy uda jej się przeżyć chociaż jedno popołudnie pod czujnym okiem tej kobiety. Albo czy Jackson zamierz jej chociaż odrobinę pomóc skoro nie raczył jej nawet poinformować kogo oprócz jego matki może spotkać w tym domu.

    OdpowiedzUsuń
  7. Usłyszała go. Oczywiście, że go usłyszała w tym przeklętym holu, gdy czekała na dalszy rozwój ich skomplikowanej od samego początku sytuacji. Ostatecznie kto normalny przyjeżdża do rodzinnego domu z poślubioną tydzień wcześniej, nieznaną nikomu żoną i na dodatek robi to w czasie, gdy jego brat już za chwilę ma zamiar stanąć na ślubnym kobiercu ze swoją, zapewne wieloletnią, narzeczoną? Pewnie nikt oprócz nich. Dowodziło to tylko ich głupocie oraz niedopracowaniu przez Jacksona wielu istotnych kwestii. Gdyby po ślubie usiedli chociaż przez dwie godziny w jakiejś kawiarni i ustalili szczegóły ich nieistniejącej, wspólnej przeszłości, to być może nie musieliby teraz wchodzić sobie bez sensu w słowo albo na poczekaniu wymyślać w jaki to magiczny sposób poznali się, przypadli sobie do gustu (o zgrozo!) i postanowili przypieczętować swoje uczucia szybkim ślubem, na który nie raczyli zaprosić nikogo z najbliższych im osób. Na tę chwilę nie mieli jednak żadnej wersji wydarzeń, nic więc dziwnego, że jedno pytanie potrafiło zbić Carmelę z tropu i zmusić do owijania w bawełnę.
    Stojąc samotnie w tym ogromnym domu usłyszała jednak coś więcej oprócz tej sztucznej radości, którą tylko głupi mógłby uznać za szczere zaskoczenie nowej teściowej. Usłyszała właściwie wszystko, co miała do powiedzenia matka Jacka i on sam, podczas tej ich króciutkiej wymiany zdań, chociaż wcale nie chciała tego słyszeć. Starała się zająć myśli czymś innym, myśleć o swojej rodzinie pozostawionej w Meksyku, byleby tylko nie podsłuchiwać, ale stojąc w tak przestronnym holu nawet najcichsze słowa odbijały się od ścian, gdy wokół panowała grobowa cisza. Nic nie zakłócało więc tego jakże subtelnego przekazu informacji. Nic ani nikt nie przygotował jej też na tego typu insynuacje, mimo to udało jej się nie zaczerwienić po korzonki włosów ani nie oburzyć słownie, chociaż w tym celu musiała ugryźć się mocno w język. Ona z Jackiem? Niedoczekanie. Nawet dla wizy nie pokusiłaby się o takie poświęcenie.
    Udało jej się posłać coś na kształt nikłego uśmiechu, który tym razem był o wiele bardziej wymuszony niż początkowo. Spędzili w tym domu raptem pięć minut, a Carmela najchętniej już wsiadłaby z powrotem do auta i poprosiła o odwiezienie jej do Seattle. Właściwie byłaby nawet skłonna błagać o to Jacksona, pod warunkiem że istniałby chociaż cień szansy, że wyrazi on na to zgodę. Póki co takiej szansy nie było, dlatego też wyjątkowo potulnie szła odrobinę za nim, pozwalając się ciągnąć w niewiadomym kierunku i dyskretnie spoglądając z niedowierzaniem na perfekcyjnie zaprojektowany dom. Taki, jakie do tej pory widywała w gazetach czy w telewizji.
    — Nie jestem pewna czy jest co winszować, skoro jeszcze stąd nie wyjechaliśmy… — mruknęła raczej bardziej do siebie niż do samego Jacksona, który ewidentnie zmierzał w sobie tylko znanym kierunku. Ciężko było nawet nazwać to oprowadzaniem, bo żadne z pomieszczeń nie było określane przez niego ani jednym słowem. Ciężko było więc wywnioskować czy za zamkniętymi drzwiami mieści się czyjaś sypialnia, łazienka czy może drugi salon skoro miejsce to miało pomieścić przez tydzień co najmniej część z zaproszonych przez parę młodą osób. Carmelę głowa bolała od samego myślenia o tym, z iloma osobami przyjdzie jej poznać się w ciągu najbliższych godzin albo nawet i minut. — Jest tu miejsce, gdzie możemy pogadać? — zapytała ostatecznie z ciężkim westchnięciem. Tym razem z jej głosu zniknęła buntowniczość – nie chciała w końcu, żeby ktoś przypadkiem podsłuchał ich żywe zwykle dyskusje. — Dużo jeszcze osób będzie myśleć, że wzięłam Cię na dziecko czy to tylko Twoja matka będzie mieć o mnie marne zdanie?
    Naprawdę postarała się, żeby nie zabrzmiało to źle. I żeby nie pokazać jak bardzo zniesmaczona jest myślą ewentualnego poczęcia z nim jakiegokolwiek dziecka. Właściwie… Jeśli ktoś uwierzy w ich gorące uczucia, to będzie to największa farsa roku, bo oni ani nie wyglądali, ani tym bardziej nie zachowywali się jak para zakochanych głupców.

    OdpowiedzUsuń
  8. Cała ta sytuacja nadawała się do opowiadania przez komików. Nawet Carmela ubawiłaby się pewnie, słuchając jak jakaś wymyślona dziewczyna popychana jest z kąta w kąt i wrzucana na głęboką wodę bez wcześniejszej nauki pływania. Być może uznałaby nawet zachowanie mężczyzny za zabawne, ale… to nie była żadna opowiastka. I co gorsza, to ona była tutaj główną bohaterką, którą porwano, wywieziono na piękne i z całą pewnością holendernie drogie, ale jednak najprawdziwsze zadupie, z którego nie było żadnej ucieczki, a już na pewno nie takiej w postaci starego autobusu mogącego odwieźć ją do Seattle. Gdyby tylko widziała po drodze chociaż jeden przystanek, to już teraz mogłaby wyjść i przemaszerować tych kilka mil byleby tylko się stąd wydostać. Nic takiego jednak nie było w pobliżu i Carmela była tego niestety cholernie świadoma. Nawet w rodzinnej Zamorze nie czułaby się tak bardzo ograniczona i skazana na widzimisię swojego nieszczęsnego męża.
    A ono bywało różne. Z dupka w aucie potrafił się zamienić w ignoranta przed własną matką, po czym już po chwili wrócić do roli gbura i chama, za którego uważała go od samego początku. Zapewne powinna była wyjść po pierwszym kwadransie z ich wspólnego spotkania i zapomnieć o stwierdzeniu Mitcha, że to jest jej jedyna szansa i następnej takiej nie znajdzie. Nie zrobiła tego jednak, została i pomimo spierania się z nim o każdą bzdurę, jakoś wkręciła się w to wielkie przedstawienie z największym dupkiem jakiego miała okazję poznać odkąd tylko postawiła swoją stopę na amerykańskiej ziemi. W przeciągu tego tygodnia już kilka razy zdążyła zwątpić czy studia architektoniczne na pewno były warte tego poświęcenia. Albo czy ten ślub miał w ogóle jakiś sens, skoro nawet w towarzystwie nie potrafili udawać normalnej komunikacji.
    Tak jak teraz. W holu czuła się jak skarcone dziecko, czekające tylko na werdykt rodziców jaka będzie jej kara za poślubienie nie tego mężczyzny, co powinna, a teraz miała jedynie ochotę wściekła rzucić w Jacka pierwszą lepszą rzeczą, a byłaby to zapewne piłka do kosza skoro przystanęła akurat przy regale, na którym liczyła znaleźć coś sensownego, ale ilość płyt i czasopism nie pozwoliła jej skupić się na żadnym konkretnym tytule. Pierwszy raz była prawdopodobnie w pokoju, w którym było tyle oryginalnie zakupionej muzyki czy sprzętów, których na pewno nie kupiono na wyprzedaży w supermarkecie.
    Odwróciła się w jego kierunku, mając pewne problemu z wpasowaniem tego stojącego przed nią mężczyzny do pomieszczenia, w którym przebywali. Sugestia, że musi on należeć do niego wydawała się naturalna, biorąc pod uwagę fakt, jak swobodnie czuł się tutaj Jackson i jak nie miał żadnych skrupułów by cokolwiek tu dotykać.
    Carmela starała się naprawdę nie pokazywać jak bardzo irytuję ją uszczypliwe wypomnienie nazwiska jakie od tygodnia nosi. Powinna była na zawsze zostać Millandro i nie przejmować się, jak będą na to patrzeć urzędnicy kontrolujący ich małżeństwo.
    — A jak Ci się wydaje, o czym możemy rozmawiać w domu pełnym ludzi, o których istnieniu rano nie miałam najmniejszego pojęcia? — zapytała w końcu poirytowana, dawno temu porzucając miły ton głosu, który Jackson miał okazję usłyszeć, kiedy witała się z jego matką. Starała się wtedy dobrze wypaść i nie brzmieć jak rozwścieczona osa, niemniej gdy byli już sami.. nie zamierzała ukrywać swojego niezadowolenia. Ani udawać, że jest szczęśliwa i wdzięczna za wpakowanie jej do świata luksusów i drogich rzeczy, o którym nie miała najmniejszego pojęcia. Takie domy mogła sobie rysować na projektach, a nie przechadzać się po nich za rękę z obcym facetem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie mam pojęcia jak chcesz to rozegrać, skoro nie mamy nawet głupiej wersji wydarzeń jak się poznaliśmy,al infierno!*. Gdzie się poznaliśmy, ile się znamy, ile jesteśmy razem, mieszkamy razem? Co mam odpowiadać, gdy Ciebie nie będzie obok, a potem nasze wersje nie będą się zgadzać! No te entiendo**, nie wiem na co liczyłeś jak tu przyjedziemy. Mam Ci czytać w myślach? Albo wiedzieć jakiej dziewczyny syna oczekują Twoi rodzice? I przede wszystkim, ¡hostia***… w co jest w stanie uwierzyć Twoja rodzina? Jak bardzo powinniśmy się kochać, żeby nam uwierzyli? — zapytała zdenerwowana, kręcąc się wzdłuż ściany ze schodkowym regałem, wyliczając na palcach kolejne ich przewinienia i jak zwykle mówiąc wtedy za dużo, za szybko, wciskając pomiędzy angielskie zdania hiszpańskie słówka, z których Jackson niczego pewnie nie rozumiał.
      Była jednak zła na niego, na to całe wesele i na przepych tego miejsca, w którym dodatkowo czuła się przytłoczona w swojej prostej sukience, bez jakiejkolwiek biżuterii za wyjątkiem kupionej przez Brockmana obrączki, w niewyszukanych sandałkach na koturnie i… właściwie bez niczego innego, w czym mogłaby się pokazać następnego dnia. Była wściekła też na samą siebie, że zamiast ustalać cokolwiek z nim wolała zniknąć zaraz po ślubie i nie kontaktować się z nim, dopóki sytuacja by od nich tego nie wymagała. No i miała teraz za swoje.

      * – do diabła
      ** – nie rozumiem cię
      *** – cholera

      Usuń
  9. Być może gdyby poznali się w innych okolicznościach, gdyby nie została z góry skazana na dostosowywanie do jego humorów, gdyby jej przyszłość w tym kraju nie była zależna od tego czy on wywiąże się ze swojej części umowy – być może mogłaby wtedy zwrócić na niego swoją uwagę. W końcu była jedna rzecz, której odjąć mu nie mogła: Jackson należał do grona tych mężczyzn, za którymi obejrzałaby się na ulicy, choćby tylko po to, by spojrzeć na jego szerokie barki i umięśnione ciało wystające spod fragmentów prostej koszulki. Był przystojny, a przez to tym bardziej nieznośny, bo aż zbyt świadomie wykorzystywał to na swoją korzyść. Zapewne niejednej musiały mięknąć nogi, gdy tylko zlustrował je spojrzeniem, a inne mogłyby już wtedy zdejmować dla niego bieliznę, ale nie Carmela. Nie przy okazji relacji, do której Jack nawet przez sekundę nie starał się podejść w przyjaznej atmosferze. Więc i ona ostrzyła pazury od samego początku, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że zgodził się na tę ślubną farsę z tylko jednego powodu: była wystarczająco ładna, by mógł uznać ją za swoją udawaną żonę. Gdyby tylko czegokolwiek jej brakowało… nie poszedłby do tego urzędu i nie zabrałby jej na to cholerne, mające ciągnąć się przez tydzień przyjęcie.
    Dobitnie zrozumiała to, gdy podminowana (w końcu jego ironiczne i krótkie odpowiedzi ani trochę nie rozjaśniły sytuacji, a jedynie zirytowały ją do takiego stopnia, że gdyby nie wyszli z tego pokoju, to Jack na pewno nabawiłby się jakiegoś guza lub zadrapania) zeszła z nim na dół i pozwoliła przestawiać się z miejsca w miejsce dopóki ostatecznie nie usiadła obok niego przy stole, przy którym wszyscy byli tak samo skrępowani i zaskoczeni jej obecnością, jak ona sama. Tym bardziej, że odbierała uwagę przyszłej pannie młodej, która nie była z tego powodu zbytnio zadowolona. Naburmuszona brunetka siedząca naprzeciwko Jacka na pewno była piękna i zwracała na siebie uwagę każdego mężczyzny. Idealnie błyszczące od doskonałej pielęgnacji włosy, makijaż podkreślający każdy aspekt jej urody, paznokcie zrobione zapewne w jednym z najlepszych amerykańskich salonów kosmetycznych i idealna, wszędzie odpowiednio zaokrąglona lub wklęsła figura… niczego jej nie brakowało i Carmela doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Wiedziała też, że nie dorasta jej nawet do pięt, ale na pewno powinna, bo Jack.. cóż, nawet po jego nonszalanckim zbywaniu dociekliwych pytań rodziny, szczególnie starszego brata, można było domyślić się, że właśnie tego po niej oczekiwał. Albo to przynamniej chciał pokazać, gdy opowiadał o bzdurach dotyczących ich małżeństwa i rzekomego związku.
    — I tak po prostu wzięliście ślub? Nie zapraszając nikogo? — zapytała w końcu siostra Jacksona, która do czasu wniesienia przez kucharkę kaczki milczała jak zaklęta i jedynie z niedowierzaniem, ale i wyraźnym zadowoleniem przyglądała się Carmeli.
    — Tak wyszło. — Jackson się nie wysilał, a ona… cóż, nie przeszkadzała mu w tym. Przecież miała milczeć i to zamierzała robić do czasu, aż ktoś nie zada jej bezpośrednio pytania. Do tej pory zdarzyło się to tylko dwa razy i jedno dotyczyło kwestii czy mieli spokojną podróż, a drugie tego czy jedzenie jej smakuje. Jej odpowiedzi nie były wtedy o wiele dłuższe od tych, jakimi raczył rodzinę sam Brockman, ale była zbyt zestresowana siedzeniem przy dwunastoosobowym, prawie w pełni zapełnionym stole, żeby się tym przejmować.
    Teraz też grzebała trochę widelcem w talerzu, bo chociaż nigdy wcześniej nie miała okazji jeść tak wykwintnych potraw, to żołądek miała ściśnięty i nie miała pojęcia czy uda jej się przełknąć chociaż połowę nałożonej na jej talerz porcji.
    — A jak się poznaliście… Carmela, prawda? — dopytywała najmłodsza z Brockmanów, wyraźnie ignorując tym razem mało wygadanego brata, na co Carmela miała ochotę tylko kopnąć swojego męża za wcześniejszy brak współpracy. Tego jednego pytania nie mogli przecież uniknąć skoro było kluczowym dla ich… relacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmusiła się do posłania dziewczynie przyjaznego uśmiechu, który na szczęście został odwzajemniony, co dodało jej nieco otuchy. Łatwiej kłamało się przecież komuś, kto z miejsca Ci ufał, a nie czekał tylko na Twój błąd.
      — Właściwie przez Mitcha, naszego wspólnego znajomego. Nic wielkiego, zwykła impreza niedługo po tym jak przyleciałam do Stanów i od tamtej pory… wszystko jakoś samo wyszło — przyznała na półprawdzie. Nie chciała gubić się w milionie kłamstw, które musieli wymyślać na poczekaniu, dlatego najprościej było trzymać się faktów na tyle, na ile było to tylko możliwe.
      — Aż ciężko uwierzyć, że nasz Jack nie przepuścił okazji na pierwszy normalny związek i zdobył się do tego na taki ostateczny krok akurat z Tobą. Zwykle miał o wiele… niższe wymagania względem swoich partnerek, prawda braciszku? — wytknęła Mia słodkim głosem, bawiąc się przy tym kieliszkiem, w którym miała nalane wino do kolacji i za którym schowała swój szeroki uśmiech. Nie było wątpliwości co do tego, kto próbował wprowadzić nieco luźniejszą atmosferę. Cała reszta towarzystwa – rodzice panny młodej, rodzice Jacka i przyszli nowożeńcy oraz chłopak Mii – nie była taka chętna do przełamywania pierwszych lodów.

      Usuń
  10. Mylił się. Mówiąc o niej „kobieta wyższej klasy” wcale nie prawił jej komplementu. Właściwie prawie ją obrażał, jednocześnie depcząc tożsamość, z której na swój sposób była dumna. Pochodzenie z biednej, licznej rodziny, posiadanie w swoich żyłach meksykańskiej krwi z prowincji było czymś, co stało za całą jej osobowością. Tworzyło jej wizerunek silnej kobiety. Wychowywana właściwie wyłącznie przez matkę potrafiła przedostać się na jednej z lepszych amerykańskich uniwersytetów i studiować jeden z trudniejszych kierunków. To było jej dumą i celem; siedzenie przy bogato zastawionym stole z poważną rodziną nigdy nie było jej marzeniem. Podobnie nie chciała wcale być traktowana ani kojarzona jak kolejna pusta dziewczyna, bawiąca się pieniędzmi na prawo i lewo. Do kobiety z wyższej klasy było jej tak samo daleko, jak Jackowi do skromnego życia z jakim ona mogła się utożsamiać.
    Tym bardziej zmuszała się do udawania potulnej, gdy w środku wszystko mówiło jej, że już dawno powinna wstać od tego stołu, zabrać Jackowi kluczyki do auta i przejść ekspresowy, telefoniczny kurs nauki jazdy, po którym wróciłaby do Seattle. Zamiast tego dłubała dalej widelcem w talerzu, po części żałując, że pod stołem nie kręci się żaden pies, któremu mogłaby podrzucić niektóre przysmaki. Przynajmniej nikt nie zarzucałby jej braku apetytu. Gdyby nie nerwy na pewno już dawno wszystko zniknęłoby z jej talerza, bo z reguły nie należała do tych dziewczyn, które najedzą się małą sałatką.
    Z drugiej strony, gdy już przymusiła się do wzięcia do ust kawałka idealnie przyrządzonej, rozpływającej się na podniebieniu kaczki… akurat wtedy musiała paść odpowiedź matki Jacka. Jak zwykle bardzo po złości, bardzo niekorzystnie dla niej, bardzo… szalenie? Ona w jednym pomieszczeniu z Brockmanem przez cały tydzień? Zwariują. Albo oboje, albo ona sama, koniec będzie jednak jeden – za nic nie uda im się podtrzymywanie tej farsy jeśli będzie musiała spędzać z nim dwadzieścia cztery godziny na dobę. A gdy z trudem popijała sporą ilością wina kęs, który utknął jej w gardle miała tylko jedną nadzieję: oby w tym pokoju nie było żadnych średniowiecznych (ani hiper nowoczesnych!) pokoi, w których brakuje drzwi do łazienki lub jedna ze ścian jedna ze ścian zrobiona jest z grubszego szkła przez które widać byłoby tylko zarysy sylwetki, ale mimo wszystko… Widziała takie projekty na zajęciach. Już wtedy nie wyobrażała sobie mieszkać w takim domu. Tym bardziej nie z mężem, który był nim tylko na papierku.
    — To… miło z Państwa strony. A jak przygotowania do wesela? — udało jej się w końcu wydusić, gdy już przełknęła swoją prawie zabójczą kaczkę. Zmiana tematu była potrzebna, bo raz, że Carmela nie mogła już znieść pytań o swoje małżeństwa, a dwa, że dawała szanse na włączenie się do rozmowy narzeczonej brata Jacka oraz jej rodziców, tym bardziej że cała trójka czuła się ignorowana, więc chętnie skorzystali z okazji do wychwalania Annabell i jej planów weselnych.
    Carmelę nic to nie obchodziło. Nieszczególnie nawet udzielała się, gdy przyszła panna młoda chwaliła się czego to nie zamówiła czy jak planowała urządzić przyjęcie w ogrodzie. Wysiedziała tam (nie)cierpliwie tyle, ile musiała, a gdy tylko nadarzyła się okazja by wymówić się zmęczeniem podróżą – oczywiście już po podaniu podwójnego deseru oraz obowiązkowym wypiciu jeszcze jednej lampki wina – to skorzystała z niej bardzo chętnie.
    — Ach, tak, oczywiście. Jackson, jesteście trzy pokoje dalej od Twojej dawnej sypialni. Może pokieruj żonę, a później wróć do nas omówić kilka spraw? — zasugerowała, a raczej podyktowała matka Brockmana, na co Carmela niemal przewróciła wymownie oczami. W jej ustach słowo „żona” brzmiało niemal jak oznaka niechęci. Dyktatorski ton sugerujący omawianie jego małżeństwa nie sugerował Jackowi niczego dobrego, to jednak nie był jej problem. Jemu przecież też musiało zależeć na utrzymaniu tej parodii związku w oczach bliskich. Chyba, że wolał dzisiaj od tego uciec… Nawet by go za to nie skrytykowała.

    OdpowiedzUsuń