Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

1 lipca 2016

Virginia Madrigal


Przyzwyczaiła się do myśli, że w przyszłości ma być przykładną żoną, rodzić dzieci i wyszywać serwetki. Ale to, że się przyzwyczaiła, nie oznacza, że jej się ta świadomość podoba. Problem w tym, że wcale nie ma na to ochoty, a przede wszystkim nie chce być damą. Nawet jeśli w dzieciństwie marzyła o księciu z bajki i pierścionku na palcu, to jednak zakładała, że będzie mogła sama go sobie wybrać, a nie, że wybranek zostanie jej narzucony przez rodziców.
Z pewnymi rzeczami nie jest łatwo się pogodzić, a bunt pojawia się sam.



Virginia Madrigal

5 komentarzy:

  1. Wieczory spędzane na wykwintnej kolacji zwykle pełne były ploteczek, lecz nie ten. W powietrzu wisiało coś ciężkiego i nawet Pani Madrigal nie kryła się ze swoją strapioną miną. Blada jak ściana, unikała spojrzenia córki, co rusz ponaglając wzrokiem męża siedzącego naprzeciwko, po drugiej stronie podłużnego stołu. Jedynie szczęk sztućców przemawiał w dłoniach gospodarzy, przerywając chłodną ciszę.
    Zniecierpliwiona, na skraju podenerwowania Pani Madrigal odchrząknęła, unosząc do ust kieliszek wytrawnego wina. Wina, acz już nie z najwyższej półki jak to niegdyś bywało.
    Pan Madrigal drgnął niezauważalnie, wyrwany z głębokiego zamyślenia. Jego podkrążone, zmęczone oczy skrzyżowały spojrzenia z małżonką i wystarczyło jedno udeżenie serca aby w mig pojął niemy przekaz.
    - Córko - zaczął sztywnym tonem, chociaż bardzo starał się brzmieć naturalnie - ja i Twoja matka mamy ci coś bardzo ważnego do przekazania.
    Pani Madrigal skakała teraz oczyma od córki do męża, nadal milcząc uparcie, chociaż wszystko w niej krzyczało.
    - Jak dobrze wiesz, nie wiedzie nam się ostatnimi czasy zbyt dobrze. Rewolucja przemysłowa bezlitośnie wżera się w rynek... .
    - Henryku! - Pani Madrigal nie wytrzymała, uderzając dłonią o stół. - Do rzeczy, proszę cię.
    Podeszłego już wieku mężczyzna wypuścił ciężko powietrze z ust, zupełnie jakby ten nagły ruch ze strony żony doprowadził go na skraj zawału.
    - Znasz swoje obowiązki, moja droga Virginio. Przez lata dawaliśmy ci wszystko czego pragnęłaś; drogie suknie, wykwintne dania i bankiety. Przyszła pora abyś nam się odwdzięczyła.
    - Małżeństwo. - Rzuciła nerwowo pani gospodarz, zmęczona przeciąganiem sprawy przez męża. - Znaleźliśmy dla ciebie idealnego kandydata.
    - Bogatego, z wyśmienitym rodowodem i wieloma tytułami. - Dodał poprędce Pan Madrigal.
    - Hrabia Earl von Duken. - Znowu wtrąciła się gospodarzowa, przystawiając kieliszek wina do ust. - Jesteście zaręczeni od wczoraj.

    [Znam ból. Przez trzy miesiące pisałem poprzez komórkę.]

    Nocty as Adam ❤︎

    OdpowiedzUsuń
  2. Chłód kościelnej podłogi przeszył jego stopy kłującymi igiełkami wyziębienia. Nie przeszkadzało mu to. Mógłby ścierpieć nieopisane katusze, byleby móc od czasu do czasu siadać wśród ław, wśród witraży, w hali za dnia wypełnionej ludźmi. Mimo krzywd, jego serce biło szybciej ilekroć ogarniał wzrokiem drewniane siedziska i oparcia, i wyobrażał sobie te piękne istoty siedzące, zamrożone w cichej modlitwie.
    Adam nie przychodził do kościoła tak często jakby chciał. Mimo wyludnienia, było to nadal zbyt wielkim ryzykiem, nawet w nocy, aby zakradać się w święte miejsce zamieszkiwane przez mnichów. Zdarzyło się, że jeden z nich zderzył się z jego jestestwem zupełnie niefortunnie. Biedak wrzaskiem obudził cały klasztor i jeszcze przez tydzień szukano "diabła" po kościelnych kątach.
    Od tamtej pory potwór upewniał się za każdym razem, że hala jest w zupełności pusta.
    Jak zawsze zbliżył się do ołtarza, usiadł o ławkę dalej od centrum sali, dzisiaj czując się wystarczająco na siłach aby zmniejszyć dystans pomiędzy nim a rzeźbą Chrystusa na krzyżu. Potwór od miesięcy zbierał się na odwagę i małymi kroczkami, co jakiś czas podchodził bliżej. Najprościej w świecie nie czuł się godny aby móc siedzieć tuż przed obliczem rzeźby, nie mówiąc już o dłuższym wpatrywaniu się w nią. Miał wrażenie, że Chrystus obserwuje go, ocenia, niepewny tego co widzi.
    Dlatego omijał spojrzeniem ołtarz, głównie przyglądając się witrażowi po lewej. Był to jego ulubiony, przedstawiający anioła o jasnych lokach i jaśniejącej aureoli w okół głowy. Białe skrzydła miał rozpostarte, twarz łagodną, uśmiechniętą, o wyrazie zupełnie nie pasującym do czynności jaką wykonywał. Gromił smoka włócznią, a gad owijał się w okół niej w agonii.
    Kiedy skrzydło drzwi rozwarło się, serce podskoczyło mu do gardła. Rzucił się do ucieczki, zanurkował w cień i skrył za filarem, z początku nie mając nawet odwagi aby oddychać. Odczekał chwilę, aż intruz przebiegnie przez cały hol, minie go, odblokuje jedyną drogę ucieczki. I kiedy już miał przemykać w mroku, zamarł w półkroku. Ciche chlipanie przykuło jego uwagę, dostrzegł poszarpany, jasny włos i suknię rozwianą. Nim żal i współczucie wypełniło jego pierś, w głowie zrodziła się niedorzeczna myśl, jakoby Chrystus postanowił zesłać mu anioła. Na próżno dopatrywał się skrzydeł, chociaż jasne loki połyskujące w świetle tlących się kadzideł przypominały aureolę. Od tego wpatrywania potrącił stojak na świece a ten grzmotnął o ziemię, rozdzierając noc jazgotliwym hałasem.
    Wstrzymując oddech skoczył za filar, otulił się szczelniej prowizorycznym szalem, desperacko próbując osłonić szkaradną twarz, nawet jeśli w kościele było wystarczająco ciemno aby ciężko było dostrzec nawet najgłębsze z blizn.

    OdpowiedzUsuń
  3. Adam miał wrażenie, że jego serce nagle dostało ataku paniki, niepewne co ze sobą zrobić. Tętno potwora wręcz galopowało, a to nagle zatrzymywało się dęba pod wpływem strachu, to znowu rzucało się w dziki bieg. Spłoszony, rozkojarzony, cofnął się głębiej w cień aż jego plecy dotknęły lodowatej, kamiennej ściany.
    Anielskie istoty bardzo rzadko się doń zwracały, a jeśli już to z odrazą, wrzaskiem lub przekleństwami. Przez bardzo długą chwilę myślał gorączkowo co odpowiedzieć, jak zabrzmieć aby jej nie wystraszyć, lecz nieważne jak się starał, jego głos nadal był zachrypnięty i szorstki.
    - Ja.. wybacz, nie chciałem cię wystraszyć. - Drżące nutki przerażenia, uświadomiły mu jak żałośnie zabrzmiał i przez chwilę, pod kolejnym przypływem paniki po prostu chciał uciec. Jednak od wejścia dzieliły go jaśniejsze plamy światła, rzucane przez witraże i liczne świece, tedy pozostał w swojej prymitywnej kryjówce.
    - Co tu.. co panienka robi w kościele o tak później porze? W dodatku sama? - Oczywiście nie miał w zamyśle zabrzmieć niczym potencjalny gwałciciel i morderca, lecz jego aparycja, jak i głos, mu to mocno utrudniały. Nie mając odwagi na nią spojrzeć, w obawie, że ta dostrzeże świecące ślepia, wpatrywał się uparcie w podłogę, nasłuchując ewentualnej odpowiedzi, lub odgłosów wskazujących na nadciągające niebezpieczeństwo.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  4. Widząc nadciągającą w jego kierunku piękność, serce podskoczyło mu do gardła i przez chwilę go zadławiło. Wcisnął się plecami w lodowatą ścianę kościoła, nabierając w płuca powietrza niczym tonący, który lada chwila pójdzie na dno. Święcie przekonany, wręcz paranoicznie upewniony w myśli, że jego rozmówczyni próbuje wślizgnąc się w cień, dostrzec jego twarz, wyciągnął przed siebie desperacko ręce:
    - Błagam nie! - Szybko pojął jak głośno, gwałtownie i nieco nadgorliwie zabrzmiał, więc od razu się poprawił, przybierając nieco łagodniejszy ton. - Proszę, nie podchodź. Jestem... jestem chory. Nie chcę panienki zarazić.
    Kłamstwo przyjęło się nader dobrze, z racji jego zgrzytliwego głosu, który na myśl nasuwał zdarte kaszlem gardło. Starając się jakoś rozluźnić i prędko zmienić tor rozmowy ze swojej osoby, spytał:
    - Jakiż też straszliwy problem może spoczywać na barkach tak pięknej panienki? Jeśli mogę wiedzieć rzecz jasna. - Pytanie to nie było ironiczne czy sakrastyczne, a wręcz czysto intrygujące. Adam był święcie przekonani, że tak śliczne istoty problemów mieć nie mogą, wszak problem to niedoskonałość. A w jego małym, nieistniejącym światku niebiańskich aniołów nie było miejsca na niedoskonałości.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  5. Adam wstrzymał oddech, kiedy Virginia, nie zniechęcona nieistniejącą chorobą, jednak się zbliżyła. Wzrok ludzki jednak był słaby a głębokie mroki i cienie, chociaż niezwykle subtelne, stanowiły idealną kryjówkę, nawet dla tak potężnej maszkary jak on. Nie oszczędziło mu to jednak stresu, który opuścił go częściowo dopiero gdy Virginia wycofała się na ławkę.
    Potwór spojrzał na świecznik, zawahał się i ukląkł, wyciągając rękę po przedmiot. Wątły płomień przygaszonej upadkiem świecy owiał okute w łachmany, zgrubiałe palce, o szarej skórze i ciemnych paznokciach. Trwało to chwilę, bo zaraz po tym Adam postawił ostrożnie świecznik, uważając aby ten czasem nie oświetlił mu twarzy. Nie mógł jednak uniknąć nienaturalnego jak dla człowieka połysku źrenic, które niczym jak u kota, odbiły łunę płomyka.
    Adam nadal nie pojmował, jakiż to straszliwy problem musiał dręczyć tak idealną, niebiańską istotę jak Virginia. Jak w ogóle mogło do tego dojść, jak to było możliwe?
    - Przykro mi. - Wychrypiał i powoli osunął się do siadu, czując się nieco bardziej komfortowo w jej towarzystwie. - Może.. może zechcesz o tym porozmawiać, jeśli to ulżyłoby ci w cierpieniu? - Naprawdę bardzo chciał jej pomóc.

    OdpowiedzUsuń