Jeśli coś pomyliłam przy dodawaniu linków lub coś nie działa - dajcie znać, proszę! Trochę zamotana jestem ostatnio. - //V.

13 sierpnia 2016

Krew tęskni zamiast tętnić



Keiran Herbertson, 27 lat
sierota, stały bywalec zajazdów na rozdrożach i sklepów z papierosami spod lady, smutny człowiek z krzywym uśmiechem, pokaleczony, byt z bliznami na ciele i duszy, niespokojny duch niekontrolujący własnych emocji, odruchów i języka


KAROSERIA | BAGAŻNIK | TYŁ | SIEDZENIE PASAŻERA


Zemsta wypełnia jego spojrzenie, każde splunięcie krwią jest ofiarą dla Nich, dla tych wszystkich, których już z nim nie ma. Jest w nim tak głęboko zakorzeniona, że nic nie jest w stanie zatrzymać jego pędu, jego upartości. Jest wściekły, bo nie skończył studiów, bo jego siostra jest szalonym krwiopijcą, bo coś zabiło jego partnera, bo kończą mu się pieniądze na papierosy i benzynę. Spośród wszystkich powodów jego wściekłości potrafi jednak wyjrzeć ten sam człowiek, który uratował bezpańskiego kota i ten jeździ z nim i zakłacza tapicerkę. Przejawy łagodności objawiają się w nietolerancji laktozy i uśmiechu, kiedy wstaje rano i może wypić lepszą kawę niż ta z automatu. Wtedy nikt nie jest w stanie poznać, że w bagażniku ma cały arsenał, że śpi z pistoletem pod poduszką, że do pralni idzie z nożem przy nodze, że wczoraj w nocy zabił trzy wilkołaki i wciąż nie znalazł tego potwora, który zabił Jego.

17 komentarzy:

  1. Wiedział, że coś musi być na rzeczy już od jakiegoś czasu. Najpierw miał tylko przeczucie, które jednak potwierdziło się, gdy pewnego dnia włączył lokalne wiadomości i jego oczom ukazały się dwa pozbawione serc ciała. Wilkołaki. Gardził wilkołakami. Szczególnie tymi młodymi: były głupie, nie potrafiły się kontrolować i nawet nie myślały o tym, żeby po sobie posprzątać, kiedy nabrudziły.
    Poza tym, nie przeprowadził się do jednego z najnudniejszych miasteczek, jakie udało mu się znaleźć po to, żeby znów użerać się z czymś takim. Musiał coś z tym zrobić. Dlatego wziął ze sklepu parę potrzebnych ziół i zamiast do domu, skierował się do swojego ulubionego miejsca w pobliskim lesie – opuszczonego tartaku. Kilka wcześniejszych dni spędził na poszukiwaniu śladów wilkołaków w okolicy i rzeczywiście, znalazł w głębi lasu kilka odcisków, co wystarczyło, aby utwierdził się w przekonaniu, że to właśnie te istoty zakłócają jego przyjemne wakacje w spokojnej Alabamie.
    Zaklęcie lokalizujące było jednym z prostszych, a jednak to, że nie do końca wiedział, kogo właściwie szuka nieco wszystko utrudniało. Na szczęście zabrał nieco ziemi z miejsca, w których znalazł niecodzienne ślady, a w starym tartaku miał schowaną wystarczająca ilość wyposażenia, aby w spokoju odprawić rytuał. W końcu nikt tam nigdy nie zaglądał.
    Niemal skończył już pierwszą część zaklęcia. Mamrotał pod nosem końcówkę inkantacji, podnosząc się sprzed kilku ustawionych w rządku świec, po czym odwrócił się i odszedł kawałek dalej tylko na chwilę; chciał wyjąć trochę więcej piołunu, bo już prawie cały się wypalił.
    Był tak zaaferowany tym, co robił, że nawet nie przeszło mu przez myśl, aby sprawdzić albo chociaż nasłuchiwać, czy ktoś nie czai się gdzieś po kątach. Co okazało się wielkim błędem, bo gdy tylko zrobił kolejny krok, usłyszał wystrzał i poczuł nagły przeszywający ból gdzieś w okolicach prawego boku. Jęknął, z zaskoczenia potykając się o stojącą obok drewnianą skrzynię i narobił jeszcze większego hałasu. Poczuł metaliczny posmak krwi w ustach, znak wyraźnie wskazujący na to, że jego ciało już zaczęło przyśpieszony proces leczenia. Ktoś go właśnie, do kurwy nędzy, postrzelił! Prawie zapomniał, jakie to nieprzyjemne uczucie.
    Nie tracił czasu. Pomimo bólu, zerwał się na równe nogi, aby natychmiast sprawdzić, kto śmiał w tak bezczelny sposób przeszkodzić mu w odprawianiu rytuału. Założył, że był to jakiś zbłąkany łowca i wyglądało na to, że miał rację. I pomyśleć, że Elias poświęcał się dla tego miasta, że chciał pomóc i raz na zawsze pozbyć się grasującego tu wilkołaka albo i wilkołaków, że tak chciał być tym dobrym!
    – Idiota! Czy wy w ogóle kiedykolwiek myślicie?! – warknął z irytacją, pewnie zbliżając się do wciąż celującego w niego z broni mężczyzny. Musiał być jednym z młodszych łowców, jakich Elias kiedykolwiek miał w ogóle nieprzyjemność spotkać, do tego nie miał wokół siebie żadnej wyczuwalnej nadnaturalnej energii, co zdecydowanie ułatwiało całą sprawę. Widział, że facet znowu przymierza się do strzelania, więc wyciągnął rękę w jego kierunku i zacisnął pięść, wyginając spory kawałek jego lufy. Od razu lepiej, teraz nie zrobi mu już więcej dziur w ulubionej koszuli. – A gdybym był ciekawskim dzieckiem bawiącym się w starym tartaku? Młodą parą na ekscytującej zakazanej schadzce? Albo słodkim, bezbronnym kotkiem? Chciałbyś mieć ich na sumieniu? – zapytał ze zniecierpliwieniem, krzywiąc się lekko. Nie do wiary, że to on brał pod uwagę podobną ewentualność.
    Był wkurzony. Teraz będzie musiał zaczynać wszystko od nowa, zmarnował zioła… do tego był zmuszony włożyć dwa palce w ranę na swoim boku i siłą wyciągnąć z niej kulę, aby móc się wyleczyć. Srebro. A więc przynajmniej zgadzali się, że to wilkołaki.
    – No? Masz coś jeszcze, zabijamy się? – zapytał prześmiewczo, rzucając pokrywą krwią kulę na ziemię. Mógł zacząć się tłumaczyć, ale nie byłoby z tego przecież żadnej zabawy. Wiedział, że łowcy i tak nie są dobrymi słuchaczami, że chcą się bić i wygrać i Elias uwielbiał udowadniać im, że wcale nie są tacy dobrzy, za jakich się uważają.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chciał odpowiedzieć, ale kilka kolejnych wystrzałów skutecznie zamknęło mu usta, odciągnęło jego uwagę od wszystkiego i tylko się skrzywił, lekko się pochylając. Mężczyzna miał rację, wyciąganie kuli z mózgu było dużo bardziej problematyczne niż z innych części ciała, ale nie było wcale wystarczające, żeby zastraszyć Eliasa. Musiał jeszcze tylko przez chwilę pograć na czas, żeby nie musieć skupiać się już na leczeniu ran i móc włożyć całą swoją moc w pokazanie, co właściwie potrafi. Na razie tylko się przecież zgrywał.
    – A na co ci to wygląda? Przygotowywałem sabat, moje koleżanki wiedźmy będą tutaj w każdej chwili i oddamy się naszej comiesięcznej orgii – odpowiedział powoli, uśmiechając się tylko kątem ust. Spojrzał na nieznajomego wyzywająco, unosząc jedną brew. Mało co bawiło go bardziej niż wypatrywanie trwającego zaledwie ułamek sekundy zawahania, jakby facet próbował przypomnieć sobie, czy to rzeczywiście jeden ze zwyczajów wiedźm. Gdyby tylko wiedział, jak wiele ułatwia Eliasowi, stojąc tak blisko.
    – Poważnie, pomyśl. To nie ja próbuję zabić ciebie. Dzieliło mnie jakieś dwadzieścia minut od dowiedzenia się, kim i gdzie są te cholerne wilkołaki. Jestem tu na wakacjach i nie doceniam, że panoszą się po mieście i ściągają mi tu łowców. Także możesz wracać skąd przyszedłeś, załatwię to – zapewnił całkiem spokojnie, zerkając na przeciwległą ścianę tartaku.
    To wystarczyło. Kucnął gwałtownie, na wypadek gdyby mężczyzna rzeczywiście strzelił, jednocześnie skupiając się na mentalnym ściśnięciu przestrzeni wokół niego i odrzuceniu go do tyłu. Przez chwilę widział tylko cztery punkty na ścianie, które sam sobie wyznaczył dwa niżej, dwa wyżej, na których to zaraz znalazły się ręce i nogi nieznajomego. Siła uderzeniowa wytrąciła mu z ręki pistolet i teraz stał przyciśnięty do ściany, zapewne mając wrażenie, że przygniata go coś ciężkiego, uniemożliwiającego mu ruchy, chociaż naturalnie działo się tak tylko w jego głowie. Elias się uśmiechnął, stając prosto i podchodząc bliżej, bo to pomagało w podtrzymaniu zaklęcia. Utrzymanie kogoś w takiej pozycji, szczególnie gdy ten ktoś się opierał, nie należało do najprzyjemniejszych i najłatwiejszych, ale było za to całkiem satysfakcjonujące. Tak, kiedyś będzie musiał go puścić, ale w międzyczasie…
    – Powtarzam, żeby na pewno dotarło: nie próbuję cię zabić. A na brak okazji nie narzekam – mruknął, podnosząc z ziemi pistolet i obrócił go między palcami, nie odrywając jednak wzroku ani skupienia od mężczyzny. – Nie wiem, z jakimi wiedźmami miałeś do tej pory do czynienia, ale ja nie oddałem duszy za możliwość kreatywnej zemsty na niewiernym kochanku. Czary to sztuka, której po prostu nie zrozumiesz. Ale nic do ciebie nie mam, gdybyś nie wyskoczył ze swoimi spluwami i rozwalaniem mi głowy, to porozmawialibyśmy jak normalni, cywilizowani ludzie – powiedział, wzdychając ciężko, bo jego rozmówca cały czas próbował się wyrwać. Nadwyrężało to tylko cierpliwość Eliasa i sprawiało, że musiał bardziej się skupiać, ale nie pozwolił mu na nic poza nieznacznym przesunięciem nadgarstka. Pokręcił głową. – Jak widzisz, mam tu wszystko pod kontrolą. Mogę liczyć na to, że sobie pójdziesz i nie będziesz mi więcej przeszkadzać?

    OdpowiedzUsuń
  3. Zacisnął szczęki, skupiając się, żeby trzymać mężczyznę w miejscu. Mało kto tak niesamowicie wierzgał w podobnych sytuacjach, ludzie przeważnie próbowali się targować i nie był pewny, czy bardziej go to wszystko irytuje czy też zadziwia. Zwykle trafiał na trochę rozsądniejszych łowców, nie tak napalonych na zrównanie z ziemią wszystkiego, co miało w sobie chociaż małą cząstkę nieczłowieczeństwa, ale wyglądało na to, że tym razem jakieś znudzone bóstwo testowało jego cierpliwość. Nie widział innego powodu, dla którego akurat jemu trafił się ten facet. Przez myśl przeszło mu, że przecież prościej i szybciej byłoby go po prostu zabić tu i teraz i mieć z głowy cały ten cyrk. Miał do tego idealną okazję, a gdyby sytuacja była odwrotna, łowca by się nawet nie zawahał. To albo podrzucić mu worek złego uroku i trochę się z nim zabawić, bo dawno nie miał ku temu okazji. Ale Elias chciał mu udowodnić, że jest lepszy. Poważniejszy. Spokojniejszy. Że wie lepiej.
    – Racja, nie jestem, nigdy nawet nie byłem człowiekiem. Zabawne, że mimo to z nas dwóch to tobie bliżej do niekontrolującej swoich odruchów krwiożerczej bestii. Pomyśl o tym. Nie zdziwiłbym się, gdybyś miał więcej krwi na rękach niż ja – stwierdził całkiem poważnie, lekko mrużąc oczy. Nie był przecież szalejącym w mieście potworem. Dokładnie wiedział, co robi. Przełknął resztki krwi zbierającej mu się w ustach, oczywisty sygnał, że z jego ciałem już wszystko w porządku.
    Właśnie dlatego gardził łowcami. Z jego doświadczeń wynikało, że uważali się za bogów, sądzili, że to, kto ma prawo żyć, a kto musi umrzeć jest w ich rękach, że mogą o tym tak po prostu decydować. Roili sobie, że oczyszczają ten świat ze zła, rozpaczliwie łapiąc się tego jako całego sensu swojego mizernego, smutnego życia. Prawie im współczuł.
    – Jakbyś na chwilę przestał być taki uprzedzony, to mógłbym ci pomóc. Wiem, jak znaleźć wilkołaki bez tropienia ich godzinami po lasach. Mogę zrobić z nimi to, co robię z tobą, a wtedy… – Elias wyciągnął przed siebie pistolet, celując nim w głowę mężczyzny, ale nie pociągnął za spust. Jego siła w utrzymywaniu go w dokładnie tej pozycji zaczynała trochę popuszczać, musiał dać mu trochę się poszarpać, ale wciąż był bez szans na całkowite wyrwanie się. – Bum! Srebrna kulka i po nich. Byłoby miło, gdybyś przynajmniej nie próbował mnie już zabijać, nawet bym cię puścił i oddał ci twoją zabawkę. Co ty na to? – zapytał, kładąc spluwę na swojej otwartej dłoni i wyciągnął ją w jego kierunku. Był pewny siebie, w końcu wiedział, że nie ma szans, aby zginął od postrzału. Wątpił, że mężczyzna w ogóle miał pojęcie jak zabrać się za zabijanie wiedźmy jego pokroju.

    OdpowiedzUsuń
  4. [Przeprosiny przyjęte, ale niepotrzebne <3]

    Westchnął głośno, prawie teatralnie, kręcąc głową. Za jakie grzechy?, pomyślał z niezadowoleniem, ale gdy cichy głosik gdzieś z tyłu głowy zaczął obszernie odpowiadać na to czysto hipotetyczne pytanie, musiał go szybko uciszyć. No dobra, może trochę sobie zasłużył na negocjowanie z kimś, kto nawet całkowicie zdany na jego łaskę wciąż próbował ustalać warunki ich współpracy.
    – I co niby pozwala ci sądzić, że zrobimy tak jak ty chcesz? – zapytał z nieukrywanym rozbawieniem, prawie niedowierzaniem. Nie miał zamiaru niczego obiecywać ani na nic się zgadzać. To nie on był tutaj dosłownie postawiony pod ścianą. Obrócił pistolet w dłoni i zręcznie wyjął z niego magazynek, który to schował do kieszeni spodni, tak po prostu, jakby było nie było w tym nic niecodziennego.
    Wiedział, że pożałuje jeszcze zanim się za to zabrał, ale wolną dłonią wykonał płynny, szybki gest, jakby odsuwał jakąś niewidzialną zasłonę i uwolnił nieznajomego od trzymającego go w miejscu zaklęcia. Zgadywał, że mężczyzna wciąż może mieć przy sobie jakieś potencjalnie niebezpieczne przedmioty, ale nie sądził, że są gorsze od pistoletu, więc nieszczególnie go to zajmowało.
    Odetchną głęboko, sam również uwolniony od ciężaru podtrzymywania niewidzialnych więzów i oddał łowcy jego chwilowo zupełnie bezużyteczną broń. Tej przynajmniej mu nie wygiął, a więc nie zniszczył, ale wątpił, że jego dobra wolna zostanie zauważona.
    – Skoro wciąż chcesz mnie zabić, dostaniesz magazynek dopiero jak będziemy się żegnać. Jeśli będę jednocześnie skupiał się na zaklęciu lokalizującym i nieumieraniu, to gówno się dowiesz – powiedział, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. Nie był przecież idiotą, zauważył jego niechęć do współpracy oraz obiecania czegokolwiek, co było zresztą w stu procentach odwzajemnione. Z tą małą różnicą, że Elias naprawdę nie planował go zabijać. Nie kręciło go to tak jak kiedyś. Jasne, gdy ktoś naprawdę mu przeszkadzał, jak właśnie te wilkołaki rozwalające mu urlop, miał ochotę go wyeliminować, ale to by było na tyle.
    Przez chwilę podświadomie czekał aż nieznajomy znów trochę za bardzo w siebie uwierzy i go zaatakuje, aby móc po raz kolejny przyszpilić go do ściany i tym razem być dużo mniej miłym i wyrozumiałym, ale nic takiego się nie stało. Zadowolił się więc rzuceniem mu ostrzegawczego spojrzenia.
    – Rzucę zaklęcie od nowa – podkreślił powoli, dobitnie dając mu do zrozumienia, że to wszystko przez niego i tylko to spowalnia. Jeszcze raz, czemu w ogóle pozwalał temu kolesiowi żyć? Żeby planował jego śmierć, pewnie zaraz po tym jak zabije wilkołaki? Elias zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo był ostatnio znudzony dopiero gdy dotarło do niego, że chętnie zobaczy, czy łowca w ogóle wykombinuje, jak poważnie go skrzywdzić. – Zostań, pooglądaj, jeśli chcesz. Ale byłoby miło, gdybyś tym razem mnie w trakcie nie postrzelił. Tak wiesz, ze względów estetycznych. Zostają mi po tym blizny – powiedział dość obojętnie, odwracając się, żeby wrócić do swoich teraz już nie palących się ziół. W myślach pogratulował samemu sobie, że miał w tartaku ich mały zapas, tak na wszelki wypadek.

    OdpowiedzUsuń
  5. W pewnym sensie był pod wrażeniem tego, że facet miał siłę do bycia tak nieprzyjemnym i napiętym przez cały czas. Nie mówiąc nawet o niepotrzebnym, czy to nie było męczące? Tak nie cierpieć wszystkiego, co się spotka na swojej drodze? W odpowiedzi na jego nienawistne spojrzenie, Elias mógł się tylko uśmiechnąć, z zadowoleniem przyjmując rolę tego wręcz irytująco niezirytowanego. Lata praktyki. Zresztą i tak musiał się wyciszyć, inaczej rzucanie zaklęcia szło by mu dość opornie. To, że w pomieszczeniu był z nim ktoś, kto nie życzył mu za dobrze również nie pomagało, ale musiał pracować z tym, co miał.
    – Rób, co chcesz, ale się nie odzywaj dopóki nie skończę. Inkantacja musi być idealna albo zaczynam od nowa – powiedział, nawet nie starając się nie rzucać tego w formie rozkazu. To była najważniejsza i jedyna zasada, więc jeśli chciał się szybko pożegnać, łowca będzie musiał się dostosować.
    Elias rozpoczął zaklęcie, układając zioła na odpowiednich miejscach i wcale się nie popisywał, gdy zapalił zarówno te zioła, jak i wszystkie świeczki jednocześnie tylko jednym szybkim gestem. Tak było po prostu szybciej. Trochę to trwało, ale pierwsza część rytuału przebiegła bez zakłóceń, słowa płynnie, bez zająknięcia wydostawały się z jego ust, aż w końcu musiał skupić się na tej drugiej, poważniejszej części.
    Stanął, a potem powoli uklęknął pośrodku stworzonego przez siebie ołtarzyka, napawając się zapachem znajomej mieszanki ziół i wziął głęboki oddech, kładąc obie dłonie płasko na ziemi przed sobą. Prawie zapomniał o tym, że nie jest sam; czuł, zapewne kompletnie niepojęte dla większości śmiertelników, drgania magii pod samymi opuszkami palców, a gładka, przeźroczysta powłoka owinęła się ciasno wokół jego klatki piersiowej. Przymknął oczy i pewnie wypowiedział ostatnie słowa zaklęcia. Być może wyglądał w tym momencie na łatwy cel, ale dzięki sporemu doświadczeniu teoretycznie był w stanie w ułamku sekundy otrząsnąć się z podobnego transu. Na razie jednak nie wyczuwał żadnego zagrożenia, więc pozwolił sobie wejść głębiej.
    Nagle zamiast spoczywać na deskach tartaku, jego dłonie zanurzyły się w wilgotnej ziemi, a gdy uniósł głowę, zobaczył stojące zaraz obok, trzy pochylone nad martwą łanią osoby. Jedna z nich coś krzyczała, dwie pozostałe słuchały ze spuszczonymi głowami. Kojarzył te dwie pozostałe, albo raczej ich ludzkie postacie. Powietrze pachniało zbliżającym się deszczem. Był w lesie, na obrośniętej zbyt wysoką trawą polanie, którą kojarzył aż za dobrze. Potrzebował siedmiu sekund, żeby dokładnie skatalogować wszystko, czego się dowiedział. Potem znów z premedytacją zacisnął oczy i gdy je otworzył, znów był w tartaku. No, fizycznie nigdy tartaku nie opuścił, a dla gapia wyglądał po prostu jakby nieruchomo wpatrywał się w przestrzeń, ale nie w tym rzecz. Wszystkie świece zgasły jednocześnie, a zioła kończyły się dopalać. Elias wstał z klęczek i przeciągnął się nieśpiesznie, poszukując wzrokiem swojego nieproszonego gościa. Czuł się świetnie. Uwielbiał czarować.
    – Trzy wilkołaki, starszy facet i dwie kobiety. Moje sąsiadki, niestety. Szkoda, bo nigdy mnie nigdzie nie zapraszały i za to je lubiłem. – Westchnął głęboko. Teraz i tak było już za późno, żeby je uratować. – Mniejsza. Widziałem kiedyś coś podobnego, wygląda mi to na doświadczonego wilkołaka, który stracił stado i desperacko próbuje przemienić sobie nowe, z marnym skutkiem. W tej chwili są właśnie tutaj, w lesie, jakieś półtora kilometra stąd. Mógłbym cię zaprowadzić – zaproponował, zawczasu unosząc ręce w teatralnie obronnym geście. – Albo nie, jeśli masz naprawdę dokładną mapę okolicy, zaznaczę ci odpowiednią polanę. Mam nadzieję, że lubisz tropić wilkołaki po nocach.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wyglądało na to, że nie będzie mu dane wziąć udziału w tej najfajniejszej części polowania na potwory, czyli zabijaniu ich. Cóż, coś mu podpowiadało, że i tak niespecjalnie dogadałby się z łowcą, więc, co prawda z ostentacyjnym westchnieniem, ale zostawiał to w jego rękach.
    – Jak chcesz – powiedział obojętnie, rozkładając mapę. – To tutaj – dodał, kreśląc na niej palcem mały krzyżyk, a papier pod jego dotykiem zbrązowiał nieco, lekko przypalony, ale nie wypalony na wylot. No co, nie miał pod ręką długopisu. Kiedy to było już załatwione, wyjął z kieszeni magazynek i jego również przekazał właścicielowi. – Proszę. Tylko nie zapomnij go odkazić czy coś, bo jeszcze zamienisz się w żabę, nigdy nic nie wiadomo – dodał, unosząc brwi, choć nie był to potrzebny komentarz. Nie jego wina, że facet zachowywał się tak zabawnie, jakby serio mógł coś od niego złapać.
    W każdym razie dotrzymali swoich części umowy. Elias znalazł wilkołaki, co miał zamiar zrobić tak czy inaczej i nawet nie został już więcej postrzelony, choć wyobrażał sobie, że łowcy trudno było zostawić go tak całego i zdrowego, no i się pożegnali. W miarę bezbolesne spotkanie, choć jego koszula nadawała się już tylko na śmietnik.
    Nie spodziewał się, że zdąży jedynie wrócić do domu, nakarmić czekającego na niego przed drzwiami kocura, który brał się nie wiadomo skąd, a potem znikał też niewiadomo gdzie i trochę się przespać zanim los zabawi się jego kosztem, ale właśnie tak się stało. Ledwo zaczynało świtać, gdy ktoś zaczął zacięcie dobijać się do jego drzwi. Gdy stało się jasne, że to nie jakieś dzieciaki, które bawią się w pukanie do drzwi nieznajomych, a potem uciekają, Elias zwlekł się z łóżka. Przez myśl przeszło mu, że może znowu tak długo nie sprawdzał skrzynki pocztowej, że listonosz nie ma już miejsca, żeby zostawiać mu w niej listy i w takim wypadku mógł za tę niedogodność winić jedynie siebie.
    Mrucząc pod nosem idę, no już, nie pali się przecież, przeszedł do drzwi wejściowych i otworzył je zamaszystym ruchem. Był przygotowany na wiele ewentualności, ale nigdy by nie zgadł, że zastanie w swoim progu tego samego łowcę, którego kilka godzin wcześniej naprowadzał na miejsce pobytu wilkołaków. Mężczyzna wyglądał… źle. Okropnie. Cholera. To by chyba było na tyle, jeśli chodziło o jego wczorajsze nie martw się o mnie, wiedźmo.
    – Pogryzły cię? – zapytał szybko, bo było to dużo ważniejsze niż jakiekolwiek inne adekwatne w podobnej sytuacji pytanie. Elias znał się na czarach, ale nie był cudotwórcą i po prostu nie mógł sobie pozwolić na kolejne wilkołaki grasujące po okolicy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zaklął pod nosem, rzucając się, aby złapać mężczyznę pod pachami zanim ten do kompletu rozbije sobie głowę na betonowych schodkach przed jego domem. Nie miał czasu, żeby poważniej przemyśleć sytuację, musiał po prostu sam mu pomóc. Dlaczego? A dlaczego nie? Wolał nie mieć go na sumieniu, w końcu rozstali się wcześniej pokojowo… albo no, cywilizowanie.
    Wciągnął go do środka, trochę pomagając sobie magią, żeby go podtrzymać i ułożyć na sporej, beżowej (ale już niedługo pewnie czerwonej) kanapie w salonie. Odwrócił się, żeby machnąć ręką i zamknąć drzwi wejściowe, ale jego wzrok spoczął na obwąchującym próg biało-rudym kocie. No nie, następny?
    – No chodź, kici, kici – mruknął, tonem, a zwierzak posłusznie pośpieszył w jego stronę. Westchnął, wreszcie zatrzaskując drzwi i od razu skupił uwagę na rannym.
    Zaklęcia uzdrawiające nigdy nie były jego najmocniejszą stroną, ale wciąż był zdecydowanie lepszą opcją niż znajdujący się kilka godzin drogi dalej szpital. Szczególnie dla kogoś zaatakowanego przez wilkołaki. Najpierw musiał ocenić szkody i zająć się tymi najpoważniejszymi, więc upewnił się, że mężczyzna wciąż oddycha, po czym rozebrał go do bielizny i od razu stało się jasne, co wymaga natychmiastowej uwagi. Łowca miał sporo mniejszych i większym ran i zadrapań, ogólnie miał też sporo starych blizn, ale Elias dawno nie widział kończyny w gorszym stanie niż jego rozszarpana prawa ręka. Szczerze mówiąc, na pierwszy rzut oka wyglądała na kompletnie nie do odratowania. Zmusił się jednak do myślenia w zupełnie wypranych z emocji kategoriach. Odkazić, zszyć, zrobić opatrunek… zaklęcia mogły pomóc, ale nie go wyręczyć, więc musiał wziąć się do roboty natychmiast.
    To też zrobił. Nie miał pod ręką profesjonalnego zestawu do zakładania szwów, dla siebie do niczego ich nie potrzebował, ale zszywał już kiedyś czyjąś ranę zwykłą sterylną igłą i nitką. Tyle, że tym razem jego pacjent był wygodnie nieprzytomny i nie rzucał się jak opętany. Odkażanie nie zajęło mu dużo czasu, głównie dlatego, że nie miał dużo czasu. W międzyczasie potrafił zrobić małe rzeczy, jak na chwilę powstrzymać krwawienie, o ile naprawdę się skupił, przywołać z szafki w kuchni pasty z ziół oczyszczających, ale głównym punktem programu, szwami, musiał zająć się własnoręcznie.
    Jakąś godzinę, kilkanaście brzydkich przekleństw rzuconych pod nosem i kilka przesiąkniętych krwią ręczników później panował już nad sytuacją. Ręka łowcy nie wyglądała i pewnie już nigdy nie będzie wyglądać jak nowa po tym ataku, ale Elias oczyścił ją i założył szwy najstaranniej jak tylko potrafił i właśnie kończył zakładać mu opatrunek, który dzięki kilku pomocnym ziołom powinien mieć właściwości przeciwbólowe. Reszta świeżych obrażeń nie wymagała szycia tylko kilku porządnych opatrunków, którymi również się zajął i czuł się z siebie wyjątkowo dumny, gdy skończył.
    Cóż. Klatka piersiowa mężczyzny unosiła się i opadała powoli, kanapa, na której leżał wyglądała jakby ktoś został na niej zadźgany, po całym salonie walały się opakowania po gazach i słoiki po ziołach, a Elias czuł się magicznie wyczerpany, ale nie to było teraz ważne. Może zrobienie czegoś dobrego raz na jakiś czas nie było wcale tak przereklamowane, jak mu się wydawało.
    Kot nieprzerwanie siedział przy sofie, spoglądając na nich i został tam również gdy Elias wyszedł do kuchni, aby zmyć z siebie krew. Przygotował też wywar z ziół, który był pewny, że zadziała nawet lepiej niż przeciwbólowe kroplówki w szpitalu i wrócił do salonu z miksturą wyglądającą (ale nie pachnącą) jak zwykła herbata. W momencie, w którym stawiał ją na stoliku usłyszał pierwszy nieco przytłumiony jęk dochodzący z kanapy, więc natychmiast odwrócił się w tamtą stronę. Mężczyzna mógł poczekać jeszcze chwilę z budzeniem się, przynajmniej aż Elias posprząta, ale niech będzie. Przynajmniej żył. Dzięki pewnej bardzo miłej wiedźmie. Jeśli to nie sprawi, że będzie trochę mniej życzyć tej wiedźmie śmierci, to Elias miał zamiar bez skrupułów wykopać go ze swojego domu.

    OdpowiedzUsuń
  8. Skrzywił się i zacisnął zęby, patrząc jak mężczyzna zrywa się do siadu, najpewniej rujnując część jego ciężkiej pracy przy opatrunku. Nikt dawno tak strasznie nie wystawiał jego cierpliwości na próbę, i to raz za razem.
    – Oszalałeś? – zapytał z nieukrywanym wyrzutem. – Przestań się spinać i się kładź. Albo chociaż się oprzyj, masz – dodał, podając mu poduszkę z pobliskiego fotela. Normalnie gorzej było się z nim dogadać niż z dzieckiem, pomyślałby kto, że dorosły facet będzie wiedział, że może nie powinien się przemęczać zaraz po tym jak prawie zszedł z tego świata przez, jak Elias zgadywał, własną głupotę i przekonanie, że sam sobie ze wszystkim poradzi. – Uważaj, bo jak puszczą ci szwy, to następne założę ci bez znieczulenia i dwa razy grubszą igłą.
    Westchnął głęboko, przyglądając się swojemu pacjentowi. Dziwne, jakoś lubił go bardziej, kiedy był nieprzytomny. Ale przynajmniej byli w jego domu, gdzie czuł się dużo lepiej i pewniej niż wcześniej w tartaku. Powoli podszedł do kanapy i ukucnął, żeby mniej więcej zrównać się z łowcą i nie patrzeć na niego z góry, w końcu nie o to chodziło.
    – Zdziwiony, że ci pomogłem? To, że ty byś mnie dobił nie znaczy, że ja też mam ochotę to zrobić. Ale już nie musisz mi tak dziękować, serio, tylko uratowałem ci rękę – powiedział, wywracając oczami. Był bardziej rozbawiony niż urażony, w końcu widział już naprawdę wiele i mało rzeczy wciąż go naprawdę ruszało. Z jakiegoś powodu jedną z tych rzeczy było życie tego łowcy, chociaż nie miał pojęcia, czemu. Może chciał mu udowodnić, że nie jest potworem takiej samej kategorii jak cała reszta potworów, że jest od nich lepszy i ważniejszy… nie był pewny.
    – Daj rękę, zobaczę, ile zepsułeś – zarządził, wyciągając dłoń w jego stronę. – Dobrze, że jeszcze nie posprzątałem. Masz szczęście, że jakimś cudem przywiało cię akurat do mnie, bo w okolicy nie ma żadnych prawdziwych lekarzy, a w przydługiej drodze do najbliższego szpitala jak nic straciłbyś kończynę albo w ogóle życie. Tak na marginesie, wisisz mi nową kanapę – dodał, sugestywnie spoglądając w dół, na krew rozsmarowaną na beżowym obiciu.
    Tak naprawdę nie obchodził go mebel, bardziej starał się trochę odwrócić jego uwagę, bo jego przesadna ostrożność nie była konieczna. Przecież nie miał zamiaru go zabijać, na wszystkich istniejących bogów, gdyby chciał to zrobić, to po jaką cholerę męczyłby się przy jego ranach i marnował na niego zioła? Znał lepsze sposoby na sprawdzenie swoich umiejętności chirurgicznych niż coś takiego.

    OdpowiedzUsuń
  9. [Słuchaj, ja tyle odpisuję jak jestem w domu.]

    Skinął głową na wiadomość, że łowca jest mu winny przysługę, bo, szczerze mówiąc, było to i tak więcej niż spodziewał się od niego usłyszeć. Poza tym, dłużnicy zawsze się przydawali, wciąż pamiętał wszystkie osoby, które obiecały mu przysługi. Prawdopodobnie kiedyś to wykorzysta.
    Na razie jednak zajął się sprawdzaniem, czy z opatrunkiem wszystko w porządku. Zdawał sobie sprawę, jak bolesne musiały być te świeżo zszyte rany nawet gdy ich nie dotykał, a jego celem nie było przysporzyć mu jeszcze więcej niepotrzebnego bólu, więc był delikatny. Nie zrobił wiele, odwinął tylko kawałek bandaża, aby sprawdzić, czy krew nie przesiąka przez gazy w zbyt alarmującym tempie, ale wyglądało na to, że nie. Ponownie, mężczyzna miał szczęście, szwy nie puściły, były na miejscu. Elias poprawił opatrunek i zabrał ręce, opierając je na własnych kolanach.
    – Wygląda dobrze… no wiesz, jak na ranę po ataku szalonego wilkołaka. Chyba nie muszę nawet mówić, że na jakiś czas zostajesz leworęczny? – zapytał całkiem poważnie, bo było to raczej oczywiste, że prawa ręka łowcy była chwilowo dość bezużyteczna. A jeśli będzie próbował od razu się na niej opierać albo nawet zacznie za bardzo ją machać, o zginaniu nie wspominając, tylko sobie zaszkodzi.
    – Nie tak szybko, nie wywiniesz się z przysługi nową kanapą. – Zaśmiał się, chyba po raz pierwszy w trakcie ich rozmowy po prostu rozbawiony, bez sarkastycznej nuty w głosie. Odwrócił się i spojrzał na stół, gdzie stał przygotowany przez niego wcześniej wywar. Ach, rzeczywiście, jeszcze by zapomniał. Obowiązkowe trzy minuty parzenia ziół już minęły. Uśmiechnął się.
    – Nie. To dla ciebie – powiedział, wstając, żeby zdjąć kubek ze stołu. – To nie herbata, no… nie do końca. Bardziej naprawdę porządnie przeciwbólowy wywar z ziół, pomyślałem, że możesz być zainteresowany. Powinien też trochę przyśpieszyć gojenie – wyjaśnił, podając wciąż gorący napój swojemu gościowi. – Oczywiście nie musisz go pić, jeśli nie chcesz. Jest gorzki jak cholera, no i przygotowałem go ja, fuj – dodał, unosząc jedną brew w nieco wyzywającym geście, jakby zachęcał go do zgodzenia się i udowodnienia, że zachowuje się jak dziecko.
    Chociaż był pewny, że jego wywar pomoże, pozostawiał decyzję łowcy, w końcu nie wleje mu tego do gardła siłą. Westchnął, robiąc krok w tył i rozglądając się po tym całym bałaganie. Biało-ruda kulka futra drzemała zwinięta na nogach mężczyzny, co przypominało o czymś Eliasowi.
    – Jeszcze coś. Przyniosę ci twoje rzeczy. Ale ubrania już się raczej do niczego nie dają, masz gdzieś jakieś na zmianę? Przyjechałeś tu samochodem? – zapytał, bo dopiero teraz w ogóle o tym pomyślał. Zdawało się to dość logiczne, bo wątpił, że ranny dałby radę dojść z polany, na której znajdowały się wilkołaki aż tutaj, do jego domu. Pewnie powinien wyjść na zewnątrz i się rozejrzeć za autem, ale cóż, do tej pory był zbyt zajęty.

    OdpowiedzUsuń
  10. Wziął od niego pusty kubek i zrobił kilka kroków w tył, całkiem jakby dawał mu możliwość pójścia sobie, jeśli właśnie takie było jego życzenie. Wiedział jednak, że to raczej nie wchodziło w grę, szczególnie po tym, jak mężczyzna wypił cały wywar duszkiem. Powinien całkiem wyraźnie poczuć jego efekty już w każdej chwili i choć będzie mu się pewnie zdawało, że nagle nic go nie boli, ozdrowiał i może ruszać, Elias poczuwał się do obowiązku wyłożenia mu jasno i wyraźnie, że jest naćpany i jak nic kogoś, może i siebie, zabije, jeśli wsiądzie za kierownicę.
    – Spokojnie, jak wolisz sam iść po rzeczy, to idź, jak tylko twój kompan ci pozwoli – powiedział, spoglądając na wciąż wygodnie rozłożonego kota. Dobrze się składało, że łowca zdawał się być do niego przywiązany, przynajmniej nie wstał i mu nie uciekł zanim Elias dokończył, co miał do powiedzenia. – Ale nie powinieneś teraz wyjeżdżać. Nie po to cię zszywałem, żebyś się rozbił na drodze, bo za bardzo odleciałeś na mojej ziołowej herbatce. Poza tym, nawet nie chcę pytać, kiedy ostatnio spałeś, tak oprócz leżenia nieprzytomnie na mojej kanapie. – Skrzywił się, bo doszło do niego, że zaczyna brzmieć jakby się martwił, na co przecież nie mógł sobie pozwolić. Po prostu nie chciał, żeby jego starania poszły na marne, to wszystko! Tylko on i kot łowcy zdawali się być tutaj logicznie myślącymi istotami, do których docierało, że ta wizyta nie była jeszcze skończona.
    – Ale jeśli naprawdę tak bardzo ci się śpieszy, to proponuję chociaż się ubrać, bo jeszcze sąsiedzi pomyślą, że się puszczam i co gorsza, że coś ze mną nie tak skoro uciekasz – dodał, nawet nie próbując kryć, że go to bawi. Nie mógł pozwolić, żeby wyglądało na to, że za bardzo mu zależy, w końcu zrobił już wszystko, co powinien, a nawet więcej.
    Jakimś cudem wpakował się w tę sytuację, w której pomaga łowcy, do tej pory nie do końca docierało do niego, jak to się stało, ale przynajmniej działo się coś ciekawego. Elias utrzymywał, że jest na wakacjach i chce wreszcie mieć spokój, że nie interesuje go, co dzieje się w nadnaturalnym, wiecznie polującym na siebie nawzajem świecie, co również w pewnym sensie było prawdą. Ale jednocześnie wiedział, że gdyby mógł cofnąć czas i mieć możliwość nie pojawiania się wczoraj w tartaku, nie skorzystałby z niej.

    OdpowiedzUsuń
  11. Elias odetchnął z zadowoleniem i pewnego rodzaju ulgą, gdy zdał sobie sprawę, że zioła zaczęły już robić swoje. Teoretycznie nie były nawet narkotykami, sprzedawał wszystkie u siebie w sklepie całkowicie legalnie, a te, które podał łowcy były przez niego tylko trochę magicznie ulepszone, w końcu obrażenia, na które miały pomóc tego wymagały. Co przypominało mu, że chyba będzie musiał odpuścić sobie dzień pracy na rzecz pilnowania swojego gościa. Gości, jeśli liczyć też kota.
    – Nie zaprzeczam, jestem dość znudzony, do wczoraj nikt nie próbował mnie zabić już od lat – potwierdził, wzruszając lekko ramionami. Niby się do tego przyzwyczaił, przepadał na samotnością i spokojem, ale kto nie potrzebuje jakiejś rozrywki raz na jakiś czas? – Zwykle nie lubię się wtrącać w wasze sprawy, ale co mam zrobić jak dosłownie dobijacie mi się do drzwi – dodał, a poprzez wy miał na myśli naturalnie łowców. Właściwie to dawno nie wymienił z żadnym tyle słów, na tym etapie można to już było chyba nazwać po prostu rozmową, co rzeczywiście było trochę dziwne.
    Mężczyzna wyglądał i brzmiał na dużo bardziej odprężonego, więc Elias gratulował sobie w myślach dobrze wykonanej roboty. Co prawda działanie ziół ustąpi w ciągu kilku godzin, ale dzięki ich właściwościom do tego czasu rana powinna zagoić się przynajmniej na tyle, by ból nie był wszechogarniający. To jest o ile zrobił wszystko dobrze, tak, jak dawno temu uczyła go znajoma starsza i bardziej doświadczona wiedźma, ale wszystko wskazywało na to, że tak. I pomyśleć, że tan sam koleś całkiem niedawno próbował go zabić. Teraz chyba porzucił ten pomysł, nawet jeśli wciąż żywił do niego jakąś głęboko zakorzenioną nienawiść, jaką odczuwał też do całej reszty nieludzi. Elias też nie przepadał za niektórymi gatunkami, które prawie spieprzyły mu całą resztę egzystencji, więc to nie tak, że kompletnie tego nie łapał.
    – Racja, to proszę, osiągnęliśmy impas. Chyba, że pożyczyłbyś jakieś moje ubrania, żeby pójść po te swoje – zaproponował, bo oczywiście dla niego nie był to problem, tak się szczęśliwie składało, że miał w sypialni szafę pełną ubrań. Coś takiego. – Są tylko trochę przeklęte – dodał, niby całkiem poważnie, ale nie powstrzymał uśmiechu powoli wpływającego mu na usta. Żartował, dobra? Po prostu żartował.
    Oprócz ludzi, których spotykał w sklepie, rzadko miał jakiekolwiek towarzystwo i teraz rzeczywiście nie kwapił się do wyrzucenia od siebie łowcy. Nie przeszkadzałoby mu nawet, gdyby został tu do jutra, co nie było chyba takie niezwykłe biorąc pod uwagę to, że prawie zginął, potrzebował odpoczynku i tak dalej. Nie był pewny, czemu go to obchodziło, było to trochę dziwne, ale raczej nieszkodliwe. Chyba, że mężczyzna jakimś cudem zabiłby go we śnie, co wymagałoby od niego tyle zaangażowania, że Elias nawet nie byłby zły, tylko pod wrażeniem.

    OdpowiedzUsuń
  12. – Chciałem tylko być miły i pomocny, nie będę cię powstrzymywać, skoro chcesz, żeby sąsiedzi sobie popatrzyli... – zapewnił, rozkładając ręce w zupełnie niewinnym geście. Obserwował go, kiedy mężczyzna powoli przygotowywał się do wstania z kanapy, aż w końcu to zrobił, chyba wolniej niż mu się wydawało, ale najważniejsze, że mu się udało. Mógł iść dokładnie tak, jak stał, na bieliźnie, gdzie tylko chciał. To nie tak, że Eliasa naprawdę obchodziło, co jego sąsiedzi myślą o tym, kogo u siebie gości. Zresztą pewnie i tak nie zauważą, najbliższy dom nie był wystarczająco blisko, żeby zaglądać sobie nawzajem przez okna przy każdej okazji. Z wiadomych powodów nieraz potrzebował prywatności, nie uśmiechali mu się sąsiedzi zaglądający mu przez ramię do księgi z zaklęciami. Którą oczywiście miał, przecież był wiedźmą, musiał sobie jakąś skombinować chociażby tylko po to, by robić odpowiednio poważne wrażenie na… nie był do końca pewny, na kim, ale z pewnością kiedyś tego kogoś znajdzie.
    Na usta zaraz cisnęło mu się nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz, tak a propos tego półnagiego łowcy na kanapie, ale w ostatniej chwili odpuścił sobie ten komentarz, nie zamierzając przeciągać struny. To nie on był tutaj tym lekko pod wpływem, żeby nie musieć uważać na słowa.
    – Elias – odpowiedział zamiast tego i dopiero wtedy dotarło do niego, że rzeczywiście nawet się sobie nie przedstawiali. Cóż, był chyba po prostu przyzwyczajony do tego, że łowcy najczęściej nazywali go po prostu wiedźmą i dawno przestał zwracać na to uwagę. Miło było jednak dopasować twarz do imienia Keirana, dopełniało to niejako obraz jego osoby w mniemaniu Eliasa. No i niedobrze tak nie znać swojego dłużnika nawet z imienia.
    Mężczyzna najwyraźniej naprawdę wcale nie przejmował się tym, co ma na sobie, wychodząc, więc pozwolił mu po prostu sobie pójść. Niech weźmie ze swojego auta, co chce, skoro najwyraźniej miał tam jakieś ważne rzeczy, których nikt inny nie mógł dotykać. Elias w międzyczasie zaniósł do kuchni kubek i wziął wszystkie ręczniki i puste opakowania po bandażach, które nadawały się już tylko do kosza. Zostawała jeszcze jego biedna beżowa kanapa, na której czystym od krwi fragmencie obecnie spał kot.
    Próbował przypomnieć sobie jakieś zaklęcie, zioło, cokolwiek, co doprowadziłoby mebel do poprzedniego stanu, ale nie mógł. I zdawał sobie sprawy z tego, jakie to zabawne, że ze wszystkich rzeczy, jakie mogłyby znajdować się poza jego zasięgiem, pokonało go wyczyszczenie kanapy. Co mógł poradzić, nigdy wcześniej nie miał takiego problemu. A więc jednak były rzeczy, które mogły go jeszcze zaskoczyć.

    OdpowiedzUsuń
  13. – Poradzę sobie – zapewnił, odwracając się do wracającego ze swojego samochodu Keirana. Wyglądało na to, że przyniósł sobie tylko ubrania na zmianę, Elias nie widział żadnych spluw czy innych ciekawych broni w jego rękach, co zaskakiwało go tylko trochę.
    Na tym etapie pogodził się już z wyrzuceniem kanapy. Zastanawiał się tylko jak to zrobić bez wzbudzania większego zainteresowania, w końcu wyglądało jakby na niej kogoś rozszarpał. Cóż, coś wymyśli, znał się na czarach i miał numer do kogoś, kto mógłby pomóc.
    – Nie pochlebiaj sobie za bardzo, sprawdzałem, czy nie połamałeś nóg czy coś. Z wami, ludźmi, to wszystko jest możliwe – powiedział całkiem szczerze, bo na przestrzeni lat był już świadkiem nabawiania się przez pewne osoby naprawdę przedziwnych obrażeń w naprawdę przedziwnych sytuacjach. – Nie, kąpiemy się raz na miesiąc w blasku księżyca w pełni i to by było na tyle – dodał, krzyżując ręce na piersi. Domyślał się, że łowca tak naprawdę nie kwestionował posiadania przez niego łazienki, ale jakie pytanie, taka odpowiedź. – Tam, drugie drzwi na lewo. – Skinął głową w odpowiednim kierunku. Zresztą dom nie był na tyle duży, aby się w nim zgubić, do tego miał tylko jedno piętro. – Pierwsze na lewo to moja sypialnia, a pierwsze na prawo to pokój gościnny, jeśli chcesz zostać na noc. Używaj w łazience, czego chcesz.
    Skinął głową, bardziej do samego siebie, stwierdzając, czy to już wszystko, co powinien powiedzieć. No, może prawie wszystko.
    – Jesteś głodny? Tak, wiedźmy mają kuchnie i jak nie zamawiają pizzy, to nawet czasem w nich jedzą – powiedział, unosząc brwi.
    Teraz, gdy żaden z nich nie był już w śmiertelnym niebezpieczeństwie i gdy się o nic nie sprzeczali, wszelkie tematy ewentualnej rozmowy nagle wydawały się dość nudne i o wiele za banalne. Elias był tym wręcz zdegustowany, ale nie przemyślał tego, nie do końca był na to przygotowany i właśnie dlatego poszedł z tą okropną banalnością na całość, prawie jakby był jakiś normalny.
    Może był też staroświecki, sam już nie wiedział, do czego to sformułowanie się właściwie odnosi, ale po raz kolejny, miał gościa, więc czuł, że po uratowaniu mu życia w dobrym guście było zaproponować mu nocleg i coś co jedzenia, skoro sam również miał zamiar jeść. Wbrew temu, co wcześniej wspominał o nigdy nie byciu człowiekiem, tak naprawdę było mu do tego bardzo blisko, posunąłby się wręcz do stwierdzenia, że ze wszystkich nadnaturalnych istot, wiedźmom było najprościej wtopić się w otoczenie. W znacznej mierze były tylko ludźmi, których pasja do zielarstwa wymknęła się trochę spod kontroli, a lepsze to niż żywienie się ludzkim mięsem.

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie spodziewał się, że ze wszystkich opcji ucieczki z jego domu, gość wybierze sobie akurat łazienkowe okno, i to tak bez pożegnania, ale tak na dobrą sprawę wiedział, że nie powinien być szczególnie zaskoczony. Gdy tego dnia kładł się w swoim własnym, wygodnym łóżku, przekonany, że był to zdecydowany koniec jego dziwacznej znajomości z tym łowcą, stwierdził, że w pewnym sensie mu współczuł. Wiedział, jak męczące było życie w ciągłe drodze, jak przez większość czasu nie miało się nawet do kogo gęby otworzyć, a każda napotkana osoba zdawała się być najgorszym wrogiem, z jakim miało się do czynienia. Kiedyś też właśnie tak funkcjonował. A potem poznał Elizabeth, która uświadomiła mu, że istnieje wiele starszych i mądrzejszych od niego wiedź gotowych mu pomóc, tak po prostu, nie oczekując żadnej zapłaty. Właśnie w tamtym okresie, prawie dwieście lat temu, zmienił się do tego stopnia, że myślał o sobie z tamtych czasów jako o poprzednim wcieleniu, bo inaczej nie potrafił tego nazwać.
    Kilka kolejnych dni, albo może tygodni, bo liczenie czasu nie było jego mocną stroną, minęło mu w miarę spokojnie. W każdym razie zdążył już zostawić całą sprawę z wilkołakami w mieście za sobą i zdecydować, że zostanie w Alabamie jeszcze kilka lat. Właśnie wtedy jego spokój znowu został dość brutalnie zakłócony. Z dnia na dzień sąsiedzi zaczęli wyjątkowo dziwnie się do niego odzywać, nagle przestali również pojawiać się w jego sklepie. Wywnioskowanie, że ktoś próbuje zrujnować mu interes nie było trudne, ale utwierdził się w przekonaniu, że to nie jakiś zwykły nastoletni żartowniś roznoszący o nim dziwne plotki dopiero, gdy pewnego pięknego, słonecznego dnia wrócił do domu i został powitany kulką między oczy.
    Jak można się domyślić, nie był zbyt szczęśliwy, gdy kilka minut później obudził się z rozdzierającą mu czaszkę migreną i kończynami skutymi żelaznymi łańcuchami. Wyglądało na to, że kolejny łowca, który złożył mu wizytę odrobił zadanie domowe: wiedział, że należy użyć żelaza, żeby go powstrzymać lub, cóż, w jego przypadku spowolnić… ale popełnił kilka kardynalnych błędów. Po pierwsze, nie zakneblował Eliasa, a więc pozostawił mu możliwość wypowiadania inkantacji, a po drugie, zamiast zająć się natychmiastowym ćwiartowaniem go i spalaniem kawałek po kawałku, tylko go związał i zaczął opowiadać mu niesamowicie nudną historię swojego życia, gdy Elias się ocknął. To było wręcz komiczne, jakby potrzebował upewnić się poza wszelką wątpliwość, że jego ofiara wie, kto i dlaczego ją zabija.
    Naturalnie właśnie to go zgubiło. Nie spodziewał się chyba, że Elias okaże się na tyle potężny i wściekły z powodu zaistniałej sytuacji, żeby wyswobodzić z łańcuchów jeden nadgarstek i szybkim zaklęciem wtrącić mu z rąk broń, ale właśnie tak się stało. Zwykle starał się nie zabijać zwykłych ludzi, w tym łowców, ale ten facet wkurwił go do samych granic możliwości i absolutnie nie było dla niego nadziei, gdy Elias dostał go wreszcie w swoje ręce. Szczególnie, gdy zdołał wydobyć od niego, że wiedział, w jakim mieście go szukać od Keirana, który najwyraźniej w jakimś podrzędnym barze chwalił się swoim spotkaniem z wiedźmą. Co za sukinsyn. A on jeszcze niedawno mu współczuł!
    Tego samego dnia, którego musiał pozbyć się ciała w pobliskim lesie, stwierdził, że Alabama, to miasto, ten dom nie są już dłużej dla niego. Nie mógł pozwolić na to, by przypałętało mu się tutaj więcej ciekawskich łowców, a skoro gdzieś tam był taki Keiran kompromitujący całą jego dotychczasową przykrywkę, nie miał wyboru. Jego też musiał znaleźć i unieszkodliwić. Poczynił już w tym kierunku odpowiednie kroki.
    Dał sobie kilka kolejnych dni na próbę zminimalizowania widoczności nowonabytej blizny na środku swojego pieprzonego czoła, no i zapakowanie się do swojego czarnego SUVa, żeby wyruszyć w drogę, całkiem jak za starych dobrych czasów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy dotarł do baru, którego adres zdobył od swojej ostatniej ofiary, nawet się nie zawahał zanim wszedł do środka. Nie obchodziło go, ile łowców tam siedziało i popijało piwka, był gotowy podpalić im tę żałosną budę jednym cichym pstryknięciem zręcznych palców, jeśli będzie musiał. Poza tym, w swoim obecnym nastroju całkiem pasował do tych wszystkich wyglądających na wiecznie niezadowolonych facetów. Nikt nawet nie rzucił mu więcej niż pół niezainteresowanego spojrzenia, gdy zaczął się rozglądać. Było mu to na rękę, bo i chociaż raz dopisało mu szczęście: przyuważył Keirana samotnie siedzącego przy jednym ze stolików. Był odwrócony do niego tyłem, ale Elias zmarnował jakikolwiek większy element zaskoczenia, po prostu bezceremonialnie siadając na miejscu naprzeciwko niego.
      – Keiran – zaczął rzeczowo, kładąc na stoliku splecione ze sobą dłonie. Spojrzał na niego z wyraźną groźbą czającą się w spojrzeniu. Wcześniej był dla niego za miły. Stanowczo za miły i popełnił taki błąd pierwszy i ostatni raz. – Masz taką ładną buźkę, powiesz mi, czemu kłapiesz nią co popadnie i komu popadnie jak skończony debil?

      [Poniosło mnie z długością, nie wiem do końca, jak to się stało, więc przepraszam. Albo nie ma za co, zależy jak spojrzysz na moje wypociny ;)]

      Usuń
  15. Nie było mu już ani trochę do śmiechu. Teraz wyraźnie widział swój wcześniejszy błąd: pozwolił na to, żeby pierwszy lepszy łowca poznał jego twarz, imię i adres. W jakiś pokrętny sposób mu zaufał, jakby widział w nim coś innego, specjalnego, nawet nie biorąc pod uwagę tego, że idiota jest alkoholikiem, jak i cała reszta tej jego żałosnej bandy, a więc nie będzie miał oporów przed snuciem pijackich historii nad butelką piwa, wódki, czy czym tam się truł. Nie był nawet zły, to mało powiedziane, był wściekły. Nie tylko na łowcę, ale również na samego siebie, powinien był wiedzieć lepiej. Gdyby coś takiego przydarzyło mu się te sto lat wcześniej, już by nie rozmawiali, już byłoby po wszystkim. Teraz również musiał siłą odciągać wzrok od zapalonego papierosa w dłoni Keirana. Ogień zawsze pociągał go najbardziej ze wszystkich sposobów na sianie zniszczenia. A tutaj, wśród drewnianych krzeseł i stolików, dziecinne prosto byłoby przypadkowo go rozniecić. Potrząsnął głową. Jego myśli zbaczały na dość niebezpieczne tory, gdy był niezadowolony.
    – Nie pytałem go o imię, ale za to chętnie wyśpiewał mi twoje – odpowiedział, lekko pochylając się do przodu. Cała jego postawa była napięta, wyrażała wrogość: miał zaciśnięte szczęki, zmrużone oczy, a jego ramiona gotowe były do reakcji w zaledwie ułamku sekundy. Miał wrażenie, że w pewnym sensie zamienili się miejscami, teraz to łowca siedział sobie spokojnie, a Elias był nastawiony zdecydowanie nieprzyjaźnie.
    – Powinien był wiedzieć, że będziesz równie niewdzięczny, co cała reszta twojego pierdolonego gatunku. Mam nadzieję, że lubiłeś kumpla, którego na mnie nasłałeś, bo już nigdy więcej go nie zobaczysz. Kutas sam się prosił – powiedział, albo raczej wypluł, krzywiąc się lekko.
    Tak, przyznał się do morderstwa. I co z tego? Był przygotowany na każda ewentualność, gotowy natychmiast zniszczyć i sto wymierzonych w siebie pistoletów zanim choć jeden wystrzeli. Było coś, czego łowcy wciąż zdawali się do końca nie rozumieć: najczystsza, pierwotna postać magii była ściśle związania z emocjami. Karmiła się nimi, pobudzała je, ciągle wołając o jeszcze, przy niej głośne inkantacje często okazywały się nagle zbędne. Właśnie dlatego Elias przez większość czasu wykazywał raczej uprzejme niezainteresowanie lub ironiczne rozbawienie, na ogół nie lubił czuć się pochłonięty przez własne emocje. Teraz był jednak gotowy złamać tę zasadę. Nie wiedział, czemu akurat ten łowca wzbudzał w niej tak wyjątkowo skrajne emocje, ale na dłuższą metę miało to nie mieć już żadnego znaczenia.
    – Gdybyś pomyślał o konsekwencjach i nie rozpowiadał ludziom o naszym niedawnym przemiłym spotkaniu, pewnie już nigdy więcej byś mnie nie zobaczył – powiedział zimno, kładąc dłonie płasko na blacie i ułamek sekundy później trzymał w ręce nóż, którym wcześniej bawił się Keiran. Nie miał zamiaru zabijać go tu i teraz, choć pokusa była spora. Irytowanie wstawionego łowcy nie było aż takie ekscytujące jak trzeźwego, ale i tak podobało mu się oburzenie wpływające na twarz mężczyzny, gdy ten zorientował się, co właśnie się stało. Uśmiechnął się pod nosem, choć nie było w tym nic wesołego. – Teraz mogę co najwyżej zostać ostatnim, co kiedykolwiek zobaczysz.

    [Dziękuję! I będę miała to na uwadze, nie przejmuj się, podobno czekanie wzmaga apetyt.]

    OdpowiedzUsuń
  16. Zazgrzytał zębami z frustracji. Nie, nie tak miało być, inaczej to sobie wyobrażał. Nie rozumiał, jakim cudem ten sam facet, który jeszcze nie tak dawno wykazywał całkiem sporą wolę przetrwania, teraz nagle nie miał nic przeciwko własnej śmierci i nie obszedł go też los jednego ze swoich. Czy w ciągu tych tygodni, kiedy się nie widzieli stało się coś, czym można by to wyjaśnić? Może blefował, domyślając się, że go w ten sposób zniechęci, że Elias nie będzie miał ochoty na zakończenie jego żywota z litości, że oczekiwał oporu, wyzwania, a nie wystawiania mu się jak na tacy? Nie podobało mu się to. Ani trochę. Niewykorzystana na nic energia wciąż w nim buzowała, wręcz błagając o jakieś ujście. Jakiekolwiek, byle brutalne i agresywne, miał ochotę warknąć jak jakieś pieprzone zwierzę, co normalnie było dużo poniżej jego godności. Nie wiedział, co ze sobą zrobić.
    Zadziałał instynktownie. Wyciągnął rękę w jego stronę i chwycił w garść przód jego koszulki, szarpiąc go jeszcze bliżej siebie. Nie siedział już na krześle, stał, pochylając się nad stołem. Keiran sam go podpuszczał, sam się prosił, dosłownie… Elias patrzył mu prosto w oczy i wiedział, jak gładko mógł zakończyć to, po co tu przyszedł dokładnie w tej chwili. Przeprosiny jednak kompletnie wybiły go z rytmu. Na co mu teraz cholerne przeprosiny? I czemu podświadomie go to ruszało, czemu to w ogóle miało coś dla niego znaczyć? Chyba kompletnie odbijało mu na starość.
    – Nie będziesz miał nic przeciwko – powtórzył po nim, jakby była to najdotkliwsza obelga, jaką kiedykolwiek słyszał. Poniekąd właśnie tak było.
    Słyszał jak siedzący blisko łowcy niespokojnie poprawiali się na swoich miejscach, zapewne gotowi wkroczyć do akcji, jeśli sprzeczka wymknie się spod kontroli, czuł na sobie ich spojrzenia. Żarówka przy barze zamigotała niebezpiecznie, grożąc przepaleniem i Elias wiedział, że to przez niego. Magia buzowała mu pod skórą, odbierała oddech, popychała do działania. Co to za różnica, że facet nie chciał się stawiać? Tym lepiej dla niego, prawda? Nie warknął na samego siebie w myślach, nie, kurwa, lepiej. Zamknął oczy, biorąc głęboki wdech i puścił Keirana. Opadł na swoje krzesło, przeklinając się siarczyście za tę dziwną słabość. Ze wszystkich ludzi…
    – Przeprosiny przyjęte – rzucił z niezadowoleniem. Pieprzony łowca. Co on sobie myślał. – Teraz to mam wielką ochotę na danie ci w ryj, może byś trochę wytrzeźwiał. Jak mam cię zabić jak już zachowujesz się jak pieprzone zombie – prychnął, rzucając mu poirytowane spojrzenie. Nienawidził się. Dokładnie, nie jego, nienawidził siebie.

    OdpowiedzUsuń