Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

31 grudnia 2016

[KP] Człowiek - możliwość, rzeczywistość, konieczność.

Dwadzieścia cztery lata. Jedynaczka. Straciła matkę, gdy miała osiem lat. Dwa lata później zyskała macochę. Fanka szybkiej jazdy i Reese's Puffs. Prezent
Keira Costello 




A że Pan Bóg ją stworzył, a szatan opętał,
Jest więc odtąd na wieki i grzeszna, i święta,
Zdradliwa i wierna, i dobra i zła,
I rozkosz i rozpacz, i uśmiech i łza…
I anioł i demon, i upiór i cud,
I szczyt nad chmurami, i przepaść bez dna.
Początek i koniec – kobieta – to ja.






37 komentarzy:

  1. Bar był jego własnością. Ojciec w swojej łasce pozwolił mu założyć i prowadzić kilka barów i klub. Starał się w nich bywać jak najczęściej. To było jego główne zajęcie. Starsze rodzeństwo otrzymało bardziej skomplikowane zadania, które on sam porzucił już jakiś czas temu. Tak na prawdę miał nieco inne plany w życiu niż uganianie się za wierzycielami po mieście. Chicago było dużym miastem. Każdy miał swoje zadania. Alexander miał pilnować czterech barów, klubu i hotelu, który był w sumie nadzorowany przez Najwyższą Radę. Wszystkich obowiązywały pewne zasady. Honor był ważny o ile nie najważniejszy w tej branży.
    Ten bar chyba lubił najbardziej. Tak bardzo do niego nie pasował, że przychodził tu niemal codziennie.
    Wrzucił kostkę lodu do swojego drinka i obserwował jak tonie. Fireball zrobiony z tabasco, wódki i cynamonu był uważany za najgorszy drunk jaki został stworzony. Ale on go lubił. Lubił też obserwować reakcje ludzi, kiedy go pił.
    Zerknął na wyświetlacz telefonu. Kolejne potwierdzone zlecenie i to na całe 3 miliony dolarów. Zapewne szybko znajdą się chętni. Kiedy został dyrektorem hotelu przez pierwsze kilka miesięcy nie opuszczał budynku. Ktoś ciągle miał do niego jakąś bardzo pilną sprawę. Obecnie wiele się zmieniło, chociaż zasady hotelu pozostawały takie same.
    Zerknął w bok, słysząc pytanie. Kobieta wyglądała znajomo.Jednak chyba nie należała do "firmy" ani do "zawodu". Skoro zwraca się do niego z ten sposób to zalewne nie wie kim jest. Może to i dobrze?
    - Często kiedy mam czas. Dają tu mojego lubionego drinka i mają niezłe piwo. Chcesz się ze mną napić?

    OdpowiedzUsuń
  2. - Pije się z kimś dopiero kiedy ktoś stawia. Inaczej sprowadza się to do zwykłej konwersacji. - uniósł kąciki ust w delikatnym uśmiechu. Puknął trzykrotnie w blat baru, zwracając tym na siebie uwagę barmana.
    - Fireballa dla mnie i... - zerknął na to co miała w szklance. Znał kartę drinków na pamięć, w końcu sam wyrażał zgodę na to co podawali. Chociaż pozwolił też barmanom na tworzenie zamówień specjalnych. - ... americano dla pani. Na mój koszt.
    Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni paczkę papierosów, wyciągnął sobie jednego i położył paczkę miedzy nimi, oferując kobiecie poczęstowanie się.
    - Dziś jestem bez towarzystwa.
    Nie była to do końca prawda, bo pobliski stolik zajmowało samo jego towarzystwo. Kobieta ze ściętymi dość krótko włosami, co chwilę rzucała kolejne spojrzenia na kobietę, która odezwała się do jej szefa. Zupełnie jakby spodziewała się, że zaraz wyciągnie broń i odstrzeli mu głowę.
    - Czasem lubię się napić samemu. Ale nie gardzę dobrym towarzystwem.
    Na balacie pojawiły się nowe drinki. Lex do swojego znów wrzucił kostkę lodu. Był dość gęsty, przez co konsystencją oraz kolorem przypominał krew.
    - Wydaje mi się, że już cie tu widziałem. - zaczął, nie siląc się na tytułowanie jej "panią". Formalne stosunki były dobre na oficjalnych zabawach a nie w barach, przy alkoholu i papierosie. Zaciągnął się. Wypuścił kłęby dymu gdzieś przed siebie by nie "nadmuchać" na swoją nową towarzyszkę. Nie każdy palił i nie każdy lubił ten zapach.

    OdpowiedzUsuń
  3. - Niestety nie mam czasu na alkoholizm. Chociaż patrząc na różnorodność alkoholi, mogłoby być ciekawą perspektywą.
    Wypił łyk. Ostry smak, palący każdą komórkę na języku i przełyku przypomniał mu jak bardzo powinien o siebie zadbać. Lubił ostre potrawy. Miał wrażenie, że pobudzają jego cały organizm do pracy.
    - W takim razie zapraszam częściej. Zapewne będziemy mieli jeszcze okazję się razem napić. chyba, ze będziesz miała ochotę potańczyć to zapraszam do "Czerwonego kręgu". Drinki też mają dobrę, ale tam jest głośniej i bardzie energetycznie.
    Należał do ludzi, którzy z zewnątrz wydawali się bardzo spokojni i zrównoważeni. Jednak kiedy coś lub ktoś go zdenerwował, potrafił wybuchnąć i być najzwyczajniej nieprzewidywalny. Możliwe, że dzięki temu cieszył się nieco większym szacunkiem niż rodzeństwo. Nawet jeśli kogoś szczerze nieznsił, nie pokazywał tego po sobie.
    Zastanawiał się, czy ta kobieta po prostu chciała z kimś porozmawiać, czy to wszystko miało głębsze znaczenie. Lubił kobiety. Uwielbiał seks niemal w każdej postaci. W tych sprawach nie bywał wybredny, bo wątpił by ktoś był złym partnerem, jedynie mógł być niedoświadczony a nad tym zawsze można było pracować.
    Jednak mimo wszystko, wątpił by ta rozmowa skończyła się inaczej niż kilkoma spojrzeniami i pożegnaniem. Chociaż łazienka była całkiem przyjemna i duża. Nie mówiąc już o obszernym tylnym siedzeniu auta, którym tu przyjechał. Zabrałby ją do hotel, jednak wolał by nit jej nie zapamiętał, tak dla jej dobra.

    OdpowiedzUsuń
  4. - Osobiście w tamtym lokalu najbardziej lubię światła i imprezy z ultrafioletem. Jest na co popatrzeć...
    Nie musiał i chyba nie chciał dodawać, że falujący barwny tłum w niebieskiej poświacie wygląda niesamowicie po zastosowaniu pewnych używek. Ludzie handlowali wszystkim a jemu samemu zdarzało się z tego skorzystać.
    Wiedział, że jutro wieczorem była rodzinna kolacja, na której musiał się pojawić, mimo że nie miał na to ochoty. Cała rodzina musiała obowiązkowo się zjechać. Ojciec chciał ogłosić coś bardzo ważnego. Takie rzeczy zawsze brzmiały źle. Cóż mogło byc tak ważnego, ze wszyscy dostali nakaz porzucenia pracy i przybycia na konkretną godzinę w konkretne miejsce, nawet jeśli obecnie pracowali na drugim końcu świata. On miał niejako szczęście bo podróżował głównie między Chicago, Nowym Jorkiem a Rzymem. Jednak zwykle był na miejscu.
    Uśmiechnął się, słysząc tę propozycję, która zabrzmiała trochę jak rozkaz. Łatwe kobiety bywały nudne i pretensjonalne. Ale ta tutaj, miała klasę.
    Podniósł się i udał wraz z nią na mały parkiecik. Pokręcił lekko głową, gdy mijał swoich ludzi, dając im znak, zwłaszcza Dainie, by nie reagowali. Czasem lubił poudawać zwyczajnego obywatela.
    - Zawsze tak podrywasz obcych mężczyzn czy mam wyjątkowe szczęśćie? - spytał, gdy już kołysali się w rytm muzyki.

    OdpowiedzUsuń
  5. - Zatem w twoich słowach, cóż ty ze mną czynisz?
    Mógł się z nią trochę podroczyć i poczuć się jak zwyczajny człowiek. A przynajmniej miał wrażenie, że tak zachowuje się i czuje zwyczajny szary obywatel. Potem znów wróci do hotelu, znów będzie pilnował porządku a w razie potrzeby skazywał ludzi na wygnanie lub śmierć. Cały sukces przedsięwzięcia, którego był częścią polegał na regułach i zasadach, które należało przestrzegać. Złamanie którejś z zasad kończyło się bardzo źle a kary były bezlitosne. Ludziom po prostu nie opłacało się ich łamanie.
    miał przy sobie broń. Nawet dwie sztuki. Liczył, że ich nie wyczuje. Później będzie mógł je dyskretnie wyciągnąć i oddać Dainie. Ale na razie wolał o tym nie myśleć.
    Objął ją w talii i przyciągnął nieco bliżej.
    - Napijesz się jeszcze ze mną czy zostawisz mi swój but czy inna część garderoby i każesz się szukać?

    OdpowiedzUsuń
  6. - Mógłbym przynajmniej próbować. Jestem dobry w szukaniu.
    Była to prawda, ponieważ sporą część pracy poświęcał na szukanie niepokornych i tych, z którymi aktualnie chciał albo musiał rozmawiać. Znalezienie człowieka nie było wcale takim trudnym zadaniem, jeżeli miało się umowę z ludźmi cieniami, których w każdym mieście było bardzo wielu. Nikt nigdy nie zwracał na nich uwagi. Dlatego byli tak niezbędni.
    Nie przywykł do takich kobiet. Zwykle miał do czynienia z niewiastami niebezpiecznymi i nieprzewidywalnymi. Obecna członkini Najwyższej Rady z włoskiej Camorry miała być jego żoną. Jednak oboje uznali, że prędzej się pozabijają niż wytrzymają w związku. Innym razem, bywał z kobietami które albo były albo tylko udawały swą głupotę. Wyuzdane, chichoczące panienek, które po prostu chciały przeżyć przygodę.
    - Podejrzewam, że nawet bez kolejnego drinka, nie uciekałabyś zbyt szybko. - odparł z uśmiechem. Utwór się skończył. Stali jeszcze chwilę na parkiecie nim się zdecydowali wrócić do baru i zamówić kolejną kolejkę. Tym razem wziął whisky. nie znał nawet jej imienia. Ta cała tajemnicza atmosfera chyba mu odpowiadała. Nie mogła wiedzieć kim jest. Gdyby wiedziała, zapewne zachowywałaby się zupełnie inaczej.
    - Jeśli będziesz miała ochotę znów się ze mną napić wpadnij tu po jutrze.

    OdpowiedzUsuń
  7. - Trudno mi wierzyć w to, ze jesteśmy przeciwnikami. Poza tym, nie zwykłem lekceważyć nikogo.
    Zamieszał zawartością swojej szklaneczki. Zderzające się ze sobą kostki lodu, zanurzone w płynie przyjenie grzechotały. Chciał się wyciszyć przed tą jutrzejszą rodzinną kolacją. Znów będzie musiał słuchać pierdzielenia starszej siostry i zapewne znów pokłóci się z byłą narzeczoną, Gianną. Lubił ją i kłótnie były wpisane w każde ich spotkanie. Amber regularnie przypominała mu że jest samotny i powinien znaleźć sobie kogoś na stałe. Mimo nacisków jej i ich rodziców, wiedział że związki w jego położeniu i zawodzie najprawdopodobniej się źle skończy o ile się w ogóle porządnie zacznie.
    Odwrócił nieco głowę, zerkając na stolik zajęty przez jego ludzi. Dana, bardzo intensywnie dłubała ostrzem krótkiego sztyletu w paznokciach. Tatuaże na dłoniach chyba bezsprzecznie informowały, że nie była o kobieta pokorna i spokojna.
    - Może też chce drinka... Albo po prostu zazdrości ci zgrabnego tyłka.
    Dana dostrzegła to spojrzenie. Schowała nóż pod blat. Wiedział, że chce go pilnować. Jako dyrektor hotelu nie powinien karać własnoręcznie. On tylko wydawał polecenia. Mimo to potrafił się obronić. Dlatego lekka upierdliwość Dany była dość irytująca.

    [ Chciałem wiedzieć, czy podoba ci się wątek. Zwykle pytam o to autorów, bo zauważyłem, że spora większość nie mówi kiedy coś im się nie podoba albo kiedy nie podoba im się jak piszę. Więc poproszę o opinie :D W razie czego się nie stresuj, bo można zawsze coś innego napisać :) ]

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Nie, nie XD Podoba mi się tan wątek, dlatego pytam :) Spotkałem się jednak z tym, ze niektórzy autorzy nie mówią od razu że coś im nie pasuje tylko albo olewają albo mają pretensję, że się upominam o odpis na przykład ]

    - Inny czyli jaki? - spytał z ciekawości. - Każdy ma mroczniejszą stronę. Moja jest całkiem ciekawa... Ale mogę ci pokazać inną stronę, która jest dużo bardziej interesująca.
    Napił się swojego drinka, zgrabnie łowiąc jadną z kostek lodu. Lubił zimne alkohole. Wszystko poza winem trzymał w zamrażarce. Wino leżało tylko w chłodni.
    - A jak zadbam by ta mała złośnica z tamtego stolika była czymś zajęta, to wybierzesz się ze mną po jutrze do "Czerwonego Kręgu"? Może nawet załatwie wejście VIP.
    Wejściówka VIP do Czerwonego Kręgu było czymś na prawdę nadzwyczajnym. Niewiele osób takie posiadało, mimo że do klubu wpadali często ludzie z konkretnych kręgów. Jednak to nie znaczyło, że nie można się było tam dobrze bawić. Klub podobnie jak hotel był miejscem, w którym nie można było załatwiać interesów żadnego rodzaju, może poza miłostkami.
    - Mam być zazdrosny o tych innych mężczyzn, których zazwyczaj tu spotykałaś, będąc tylko raz czy dwa razy w tym barze? - spytał, łapiąc ją za poprzednie kłamstewko.

    OdpowiedzUsuń
  9. - Może możnaby to tak nazwać. Chociaż ja nie uzywam tego słowa. Mierzi mnie. Jest bardzo trywialne. Uznajmy, to za miłe spotkanie ponowne.
    Pogryzł kostkę. Gryzł chwilę kawałeczki lodu. Przełknął i uśmiechnął się lekko, czując rozkoszny chłód, który po poprzednim ostrym drinku był pewną ulgą i odmianą.
    - Mam w zwyczaju uważnie słuchać rozmówców. Zwłaszcza kiedy mi się podobają.
    Zamieszał zawartością szklaneczki. Wypił na raz prawie połowę. Nie zwykł się umawiać na ponowne spotkanie z obcymi kobietami, których nawet nie znał imienia. Mimo to, czuł się trochę tak jakby zaraz miał zrobić coś na prawdę szalonego.
    - Zazdrość to jedno z tych uczuć, dzięki którym można robić różne, czasem dziwne rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  10. [Kiedy się rozstaną to wolisz by się jeszcze spotkali na tej swojej "randce" czy przerzucamy akcje już na tą kolację, na której zostaną ogłoszone ich zaręczyny? ]

    - chciałbym móc mówić to co myślę, ale nie zawsze moge. Ale zwykle jestem szczery. Nie lubię się okręcać bawełną. Znam lepsze zabawy.
    Opróżnił swój kieliszek. Zaczynał czuć już przyjemne szumienie w głowie. Alkohol rozluźniał i pozwalał na pewnego rodzaju relaks. Dodatkowo poprawiał humor, co obecnie było mu bardzo potrzebne.
    - Ostatnio nie mam o kogo być zazdrosny, więc nie niszcz mojej ochoty do bycia zazdrosnym.
    Wziął do ust resztę nierozpuszczonych kostek lodu. Pogryzł je wszystkie i przełknął. Często z kobietami bawił się używając kostek lodu. Takie odczucia bywały bardzo intensywne i dość niezwykłe.
    - O 20 przy głównym wejściu do klubu? Tylko nie stój w kolejce. Zgarnę cie bez czekania. Najgorsze jest tylko to, że jutro jem kolację z ojcem i nie wiem czy to przeżyję. - uśmiechnął się szelmowsko. - Najwyżej umówisz się z duchem... albo zombi.

    OdpowiedzUsuń
  11. [ Lepiej chyba ich zszokować od razy XD ]

    - Tworzenie iluzji jest sztuką.
    Pewnie mógłby spędzić z nią więcej czasu. Ale takie krótkie spotkania sprawiały, że przyjemnością stawało się czekanie na kolejne.
    - Więc jednak ci się podobam? - złapał ją za kolejne słowo. Odprowadził ją spojrzeniem. I wtedy sobie uświadomił, że nie spytał jej o imię. Swojego też nie podał. Trudno. Pozna ją. Znajdzie pod klubem i tam się dowie szczegółów.

    Wieczór zapowiadał się dość kiepsko. Był pewien, że się spóźni. Napisał nawet wiadomość do ojca, ale jak zwykle nie dostał wiadomości zwrotnej. Straszliwie go to drażniło. Nigdy nie wiedział, czy wiadomość doszła czy ją przeczytał ani nawet czy w ogóle żyje.
    Włożył czarny garnitur do pary z ciemnoniebieską koszulą. Dana jak zawsze kroczyła u jego boku, ciągle naburmuszona. W apartamencie ojca krąciło się już wiele osób. Był nieco zdziwiony bo spodziewał się tylko rodziny. Części osób nie znał. Inni pracwali w firmie albo jako wolni strzelcy, których widywał w hotelu albo klubie. Wszyscy tu go znali. Przytiwał się z paroma osobami i od razu udał się do baru. Wziął od barmana szklaneczkę z whisky. Mógłby poszukać ojca i usprawiedliwić spóźnienie. Jednak... wolał poczakać aż sami go znajdą.
    - Tu jesteś.
    Westchnął, słysząc za sobą kobiecy głos. Jego siostra Amber pojawiła się za nim, jakby wyrosła z podziemi. Liczył na to że nieco dłużej pozostanie niewidoczny.
    - Jetem, jestem. Dlaczego miałoby mnie nie być?
    - Chodź, ojciec cie szuka.
    - Pysznie... - odparł. Poszedł za nią do drugiego saloniku. Ojciec siedział w jednym z foteli.
    - O jesteś. - zaczął, podnosząc się. - Siadaj, musimy porozmawiać...

    Nie wierzył. Na prawdę nie wierzył w to co usłyszał. Patrzył na ułożone na podramienniku nowoczesnego fotela pudełeczko oklejone czarnym aksamitem. W środku był pierścionek i to na prawdę paskudny.
    - Miałem już jedną narzeczoną. Ją przynajmniej znałem.
    - Wiem. Ale ta młoda dama jest na prawdę śliczną dziewczyną i bardzo inteligentną. Szybko się dogadacie. Poza tym... nie musi was łączyć żaden płomienny romans. To tylko interesy... Na papierze będziecie małżeństwem a w rzeczywistości... to jak już będziecie chcieli.
    - i tak uważam, że to kiepski pomysł. Nie można nikogo zmuszać do małżeństwa.
    - Masz już swoje lata. Ona też... Po co się męczyć i narażać na samotność na starość? - pasknął ojeciec. Lex znał Winstona bardzo dobrze. Jednak w odróżnieniu od reszty rodzeństwa, on był bardziej podobny do matki. Odziedziczył po niej urodę i niezwykle czarne oczy.
    - Zaraz powinni przyjść. Staraj się zorbić jakieś lepsze wrażenie. W końcu poznasz swojego przyszłego teścia i małżonkę.
    - Marzenia się spełniają. - odparł. Zgarnął pudełeczko do kieszeni. Podniósł się by podejść do barku i dolać sobie alkoholu do opróżnionej szklaneczki. Także dziś się zaręczy a jutro ma randkę. No trudno...

    OdpowiedzUsuń
  12. - Nie, właśnie skończyliśmy naszą małą rodzinną debatę.
    Winston natychmiast podszedł i uścisnął serdecznie dłoń danego rywala a jeszcze wcześniej, przyjaciela z młodych lat.
    - Dobrze cie widzieć w dobym zdrowiu.
    Przeniósł spojrzenie na kobietę.
    - Oh, widzę, że mój syn będzie miał ogormne szczęście. Piękna młoda dama...
    - W twoich ustach to pewnego rodzaju obelga. Nie masz za grosz gustu... Ani do biżuterii ani do kobiet. Wystarczy tylko spojrzeć na moją najnowszą macochę by to wiedzieć.
    Wiedział, ze zdenerwuje tym Winstona. Jednak miał wrażenie, ze obecnie ma d o tego prawo. Był poirytowany i to bardzo.
    - Nie przesadzasz trochę? - Winsotn uniósł brew, patrząc na syna uważnie.
    - Nie. Ja jestem w połowie Włochem. I mam tę lepszą część po matce. Gust również...
    Lex podszedł powoli do swego przyszłego teścia i kobiety, którą poznał od razu, gdy tylko przekroczyła drzwi pokoju. Mimo, że stał z drugiej strony przy barku i widział ją tyko od tyłu. Stanął obok ojca, patrząc odważnie w oczy kobiecie, z którą miał się żenić i z którą miał nie-randkę jutro.
    - Dobry wieczór. Nie wierzę w przypadki. Bóg ponoć nie bywa aż tak leniwy... Ale w tym przypadku jestem w dość trudnej sytuacji. - uśmiechnął się ciepło, chociaż na prawdę miał ochotę się roześmiać. Nie wierzył w to wszystko.
    - Pozostaje mi tylko zapytać... Jutro aktualne?

    OdpowiedzUsuń
  13. - Po co marnować dobre kule? - odparł, popijając alkohol ze szklanki. Tak jak poprzedniego dnia pogryzł kostki lodu.
    - Tak... skądś to znam. - westchnął Winston. Poklepał syna po ramieniu. - Zostawimy was samych, byście mogli spokojnie porozmawiać. Powodzenia Lex...
    Obaj mężczyźni wyszli z saloniku, rozmawiając pogodnie z uśmiechem. Alexander odstawił szklaneczkę na barek.
    - Więc... Nie był to przypadek, że pojawiłaś się w barze wczoraj, prawda? - zaczął. Przechadzał się po saloniku, szukając czegoś co zajęłoby jego uwagę. W końcu odwrócił się do niej przodem i uśmiechnął się spokojnie.
    - Od dawna to planowaliście? Ja dowiedziałem się kilka minut temu, że mam brać ślub.
    Wyciągnął z kieszeni aksamitne pudełeczko, otworzył je i skrzywił się widząc zawartość.
    - Pierścionek jest szpetny... Kupię ci jutro inny, dobrze? Nie chce robić problemów sobie ani tobie. Jestem zirytowany, chociaż to zbyt słabe słowo na określenie mojego obecnego stanu. Jednak proponuje... byśmy się trochę lepiej poznali. Wczoraj byłaś bardzo czarująca. I mam nadzieję, że zwykle taka jesteś. Wtedy byśmy się zapewne szybko dogadali.

    OdpowiedzUsuń
  14. Uniósł brew. Widocznie kobieta była w gorszym humorze niż on. Albo po prostu on lepiej panował nad emocjami. Później wyładuje się na worku trenigowym przeklinając cały ten świt.
    - Tak... Czyli rozumiem, że wczoraj dobrze się bawiłaś urabiając mnie. no cóż, każdy ma jakieś hobby.
    Otworzył pudełeczko i podał go jej.
    - Skoro cie nie interesuje pierścionek, to będzie ci wszystko jedno czy będziesz nosić ładny czy brzydki. Zatem proszę. Tak na prawdę... czy tego chcemy czy nie, musimy współpracować. Chociaż jakiś czas.
    Dolał sobie alkoholu a do drugiej szklanki wlał porcję dla kobiety. Podszedł podając jej szklaneczkę.
    - Uznajmy to za interes. dla obcych się pouśmiechamy i będziemy udawać że obchodzą nas te ich bzdurne komplementy. A póżniej... Będziesz robiła co będziesz chciała. W granicach zasad... Nie wiem czy wiesz co co cie wrobiono. Pewnie nie wiesz czym się zajmuję...

    OdpowiedzUsuń
  15. - Jetem dyrektorem hotelu Continental. Przy okazji też tego baru w którym tak zgrabnie mnie podeszłaś i klubu Czerwony Krąg. Poza sprawami między nami ustalonymi, nie wolno ci robić interesów z kimkolwiek innym. Zastanawiam się tylko... czy kiedy twój staruszek, dogadywał szczegóły z moim to o tym wiedział. Pewnie gdyby zapytali mnie o zdanie to bym ich oświecił.
    Wytrzymał jej bliskość, nie dając po sobie niczego poznać. Wciąż wrzała w nim złość. I jeśli nie zrobi dziś niczego, co można uznać za głupie, to będzie prawdziwy cud.
    - Nie jestem częścią firmy ojca. Pracuje dla kogoś zupełnie innego... Więc kiedy ty zostaniesz moją żoną... nie będziesz już częścią firmy swojego ojca. Wszystkie twoje umowy stracą ważność. Będziesz, jak ja, pracować dla Najwyższej Rady. Może przekaż to ojcu. być może zmieni zdanie... Bo jeśli uważacie, że mimo zasad będziesz mogła być łącznikiem i załatwiać sprawy w ich imieniu to się mylicie. Za złamanie zasad są sankcję. Często jest to śmierć...
    Opróżnił zawartość swojej szklaneczki.
    - Gdybym tylko nie był synem swego ojca... - mruknął, bardziej do siebie niż do niej. Miał obowiązek zrobić to czego on chciał.

    OdpowiedzUsuń
  16. - Mogę ich uświadomić. Trzeba było o to spytać wczoraj w barze. Lubię uświadamiać ludzi.
    Odstawił swoją opróżnioną szklankę na jeden ze stolików. Zajął miejsce na drugim fotelu. Założył nogę na nogę i z uwagą przyglądał się kobiecie. Wciąż mu się podobała. Mimo jej obecnej miny zirytowanego chochlika. Cóż, dopóki nie pozna jej imienia, będzie ją tak własnie nazywał.
    Milczał chwilę. Potem na jego twarzy pojawił się delikatny ale miły uśmiech.Zupełnie taki jak wczoraj w barze.
    - Jestem dorosły. Nie bawie się w intrygi. Nie planowałem i nie planuję małżeństwa. Szczerze żałuję, że jesteś kim jesteś. Chyba miałem jakąś dziwną nadzieję, że jednak trafiłem na kogoś... zwyczajniejszego. I zaczynam odnosić dziwne wrażenie, że dzisiaj tym całym pomysłem ze ślubem zaskoczyli również ciebie. Masz to w oczach. Takiej złości nie można udawać...

    OdpowiedzUsuń
  17. - Tylko nie odcinaj żadnej z nóg. Całkiem nieźle tańczysz.
    Milczał chwilę, znalizując wszystko czego się dowiedział. Wyglądało na to, że wczorajszy wieczór był zupełnie przypadkowy. To, że ona pojawiła się w tym barze właśnie o tej godzinie oraz to, że przypadli sobie do gustu. Przecież nawet umówili się na jutrzejszy dzień. Akurat w "Czerwonym Kręgu" była impreza z ultrafioletem.
    - Po ślubie nie będziesz mogła być im wierna. Tak jak ja swojej rodzinie. Właściwie mamy kilka wyjść z tej sytuacji. Możesz iść do ojca i mu uświadomić, że po ślubie nie będziesz już jego własnością i nie będzie miał prawa niczego od ciebie żądać. I wtedy zobaczymy co powie... Albo zwyczajnie odmówimy. Albo weźmiemy ślub a potem zobaczymy co się stanie. Chociaż mnie ta perspektywa się nie uśmiecha... Ale tak... za tymi drzwiami - wskazał drzwi, którymi niedawno weszła z ojcem. - Jest wygłodniałe stado, któremu zostaniemy rzuceni na pożarcie. Jest nawet gorzej niż zwykle bo poza mą rodzinną watahą jest tam również twoja, czyli podwójny problem. Mimo tego, że nie znoszę takich ckliwych rodzinnych kolacyjek, na których zawsze ktoś się z kimś pożre i śmiertelnie obrazi, przychodzę bo jestem coś winien ojcu i duchowi matki, który wciąż tu krąży. Ale zawsze jestem przygotowany i zapewniam sobie wyjście awaryjne. Dlatego też jest jeszcze opcja odroczenia wyroku, czyli ulatniamy się razem. Mogę cie podrzucić gdzie będziesz chciała albo w ostateczności dam ci pokój w Continentalu. I wtedy bez presji, zastanowimy się co robić dalej.
    Wyciągnął znów z kieszni pudełeczko. Postawił je na ławie obok nich.
    - Wybierz swoją opcję.

    OdpowiedzUsuń
  18. Uniósł kąciki ust w uśmiechu. Miał nieodparte wrażenie, że zdołają się dogadać i jeszcze wszyscy będą szczerze żałować, ze kazali im sie związać.
    - Oczywiście, że mam doby gust. W końcu dałem ci się poderwać, prawda?
    Podniósł się. Z wewnętrznej kieszeni wyciągnął telefon i wybrał numer z pamięci. Miał zapisanych bardzo wiele kontaktów. Te najwazniejsze zwykle pamiętał. Zapiął guzik marynarki, czekając na połączenie.
    - Możesz słuchać? - spytał rozmówcy, kiedy dźwięk oczekiwania minął. Dwa cmoknięcia potwierdziły, że tak.
    - Widzisz gdzieś mojego ojca?
    Kolejne dwa cmoknięcia.
    - A ojca panny Costello?
    Znów dwa cmoknięcia.
    - Świetnie. Wyjdziemy sobie tyłem. Wymknij się i zejdź do garażu. Zaraz przyjdziemy...
    Rozłączył się i schował telefon. POdszedł do wiszącego na ścienie gobelinu i odsunął go nieco. Za nim była ściana, ale dla tych którzy lepiej przypatrzyliby się boazerii nie była zwyczajna. Jedno połączenie między ułożonymi równiótko deskami było nieco węższe. Alexander wcisnął mocniej jedną z ozdób. Sprężyna odskoczyła a drzwi stanęły otworem.
    - Zapraszam. - skłonił się, zaproaszając gestem do ich przekorczenia. Oboje znaleźli się w jadalni. dość długie pomieszczenie, którego centum stanosił długi zdobiony stół i krzesła da jakichś 20 osób. Nielicznie wiedzieli, ze ten mebel dało się jeszcze rozłożyć i wcisnąć jeszcze praiwe drugie tyle krzeseł. Oboje przeszli przez jadalnie, potem korytarz aż dotarli do windy. Kiedy zjeżdżali do garażu z głośników sączyła się głupawa piosenczka z gatunku ukochanego przez najnowszę macochę Lexa.
    - Cunty... - mrukął - Mogło być gorzej.
    W garażu panował specyficzny półmrok. Ojciec dawno temu nakazał założenie niebieskich lamp. Nikt nie wiedział po co właściwie, jednak niebieskie światło było tu już od lat. Ledwo drzwi windy się otworzyły a tuż przed nią pojawił się czarny Ford Mustang. Od strony kierowcy drzwi się otworzyły i wysiadła Dana. Zmarszczyła brwi widząc kogo też przyporwadził jej pracodawca.
    - Nie patrz tak. Siadaj z tyłu.
    Lex odtowrzył drzi swojej przyszłej żonie i zamknął je kiedy wsiadła. Potem obszedł auto i otworzył drzwi naburmuszonej nieco Danie. Potem zajął miejsce za kierownicą.
    - Napisałaś chłopakom by się zebrali? - spytał swojej pracownicy, zapinając pas. Zerknął we wsteczne lusterko. Kobieta pokiwała głową. Więc byli wolni.
    Wcisnął pedał gazu. Ogromny silnik z ponad 500 konnym silnikiem zamuruczał a samochód wyrwał do przodu. Brama garażu była otwarta. Jeden z pracowników Lexa o to zadbał. Pędząc ulicami Nowego Jorku, Lex znów poczuł się wolny. Nienawidził tych rodzinnych obwiązków.
    Dość szybko dogoniło ich dwóch motocyklistów oraz Jaguar, który trzymał się tuż za nimi. Motocykliści puścili się przodem, znikając gdzieś w między innymi pojazdami.
    - Zatem... gdzie cie podwieźć? - spytał swojej przyszłej narzeczonej.

    OdpowiedzUsuń
  19. - Dana to mój Cerber. Od razu ci powiem, ze sobie z nią nie poplotkujesz. Jest niemową.
    Mimo, że Dana nie mówiła, mówić jak najbardziej mogła. Nie robiła tego z tylko sobie znanych powodów. Poznała swojego obecnego szefa i przyjaciela w Rzymie. Lex biegle posługuje się jezykiem włoskim i jest częstym gościem w tym kraju. Spotkała go w Rzymskim Hotelu Continental. Była po ciężkiej robocie i ledwo doszła do swojego pokoju. A on po prostu przysanął i pomógł jej wstać. Od tamtej pory, nie mogłe przestać o tym zdarzaniu myśleć aż przypadek chciał, że była we właściwym czasie we właściwiym miejscu i mogła uratować mu zycie. Zgłosiła się na osobistą ochornę i tak już razem podróżowali od pięciu lat.
    Lex wjechał na podziemny parking pod budynkiem hotelu. Miał swoje własne miejsce, a nawet trzy plus miejsce na motocykle. Hotel był jdnym z najbezpieczniejszych miejsc w mieście.
    Wjecheli windą na parter. Wnętrze było przyjemne i urządzone w dość luksusowy sposób. Na kanapach siedziało kilka osób, czytających gazetę albo rozmawiających półszeptem. Jednak kiedy pojawił się Alexander, każdy kogo mijał skinał mu uprzejmie głową. Lex odpowiadał na tę uprzejmość tym samym. POdeszi do recapcji. Mężczyzna za kontuarem był olbrzymim ciemnoskórym człowiekiem ubranm w bardzo eleganki garnitur z logiem hotelu.
    - Dzień dobry, panie dyrektorze.
    - Dzień dobry. Są dla mnie jakieś wiadomości?
    - Jak zawsze. - recepcjonista podał Lexowi stosik zaklejonych, nieopisanych kopart przewiązanych niebieską wstążeczkę.
    - Dziękuję. Potrzebuje pokoju. Apartament numer 3 jest wolny?
    - Owszem. - recepcjonista, nie musiał sprawdzać w systemie. Znał wszystkie rezerwacje i zajęte pojone na pamięć. Podał dyrektorowi klucz w postacie elektornicznej karty.
    - Za jakiś czas powinien pojawić się tu taki... mężczyzna, nie z naszej branży. Nie wszczynaj alarmu. Poproś któregoś z chłopców by zaniósł przyniesioną przez niego torbę do apartamentu numer 3.
    - Oczywiście, panie dyrektorze.
    - Aha, przyślij mi Goldbauma. Muszę obejrzeć jego najnowsze dzieła. Miłego dnia, panie Charon.
    - Miłego dania, panie dyrekorze.

    Apartament numer 3 był duży. Składał się z dwóch pokoi. Saloniku i sypialni. Był jednym z tych, położonych na najwyższym piętrze, więc widok z okien był czarujący. Wnętrze było utrzymane w nowoczesnym, eleganckim stylu. Gazowy kominek dodawał przytulności całemu wnętrzu.
    - To będzie na razie twój pokój. Może później przeniesiesz się do mnie. Mieszkam wyżej. Przy telefonie leży menu. Jeśli jesteś głodna... barek jest niestety pusty. Możesz zamówić to na co masz ochotę. Jeśli chcesz, odśwież się i poczekaj na swoje rzeczy. Potem zapraszam do siebie na rozmowę, opowiem ci czym jest hotel. Chyba, że chcesz drinka i nie chcesz czekać to zapraszam teraz. Twojego... kolegi, nie wpuszczą na górę. Może wejść tylko do recepcji. Takie zasady... Jeśli chcesz z nim porozmawiać, będziesz musiała zejść do recepcji albo do baru, obok recepcji.
    Kartę do pokoju położył na stolę i uśmiechnął się.
    - Do mnie jedzie się windą, ta którą przyjechaliśmy tutaj. Najwyższe piętro.

    OdpowiedzUsuń
  20. - Słyszałem, że ponoć mnie nie lubisz. A tu znów takie triki...- westchnął. Mimo to odpiął zamek. Zawsze miał pewien szacunek do kobiet, który wpoiła mu matka. Poza tym, często się zdarzało, że kobiety były dużo bardziej bezwzględne niż mężczyźni. Tak, gdyby Hitelr był kobietą, świat nie wyglądałby tak jak teraz.
    Korzystając z okazji zerknął na jej nagie plecy. Nie był pewien powodu, ale podobały mu się kobiece plecy, na których widać było wyraźnie linię kręgosłupa.
    - Więc czekam u siebie. Idę zanim zechcesz bym pomógł ci zdjąć buty. Albo rozpiąć pończochy. - puścił jej oczko i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Dana stała na korytarzu. Uniosła wysoko brew, gdy w końcu wyzedł.
    - Co znowu?
    Zamigała coś energicznie. Lex tylko przewrócil oczami.Nie skomentował. Chyba skądś wiedział, ze i tak wylądują razem w łóżku. Po co przyspieszać wydarzenia, skoro można było poczekać i patrzeć jak atmosfera robi się caraz bardziej napięta.
    Wszedł do windy, wsunął swoją kartę w ukryty otwór, a winda pojechała w prost do jego apartamentu. Otworzył drzwi kluczem. Był podobny do tego który zamówił dla narzeczonej. On miał nieco więcej udogodnień. Własną kuchnię, większą łazienkę i basen. Uwieliał ten basen. Woda zawsze go uspokajała.
    Zdjął marynarkę, odwieszając ją na przygotowany stojak. Odpiął szelki z kaburą. Szelki powiesił obok matynarki a broń położył na stole. Odpiął pasek z magazynkami i położył je obok. miał trochę czasu, więc wziął prysznic.
    Włożył czarne spodnie i białą koszulę, którą zapiął tylko do połowy. Nie chciało mu się wycierać. Wlał sobie wina do kieliszka i zasiadł na kanapie, z korespondencją. Wiadomości zwykle dotyczyły tego samego. Ale jedna była inna. Zapraszano go do Wiecznego Miasta na zaprzysiężenie nowego członka Najwyższej Rady. Cóz, może pojedzie tam z żoną...

    OdpowiedzUsuń
  21. Zgarnął ze stołu listy, umiszczając je bezpiecznie w jednej z szuflad. Broń też zabrał z pola widzenia. Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak się pokłócili.
    POdniósł się i oworzył drzwi. Wpuścił kobietę do środka. Miał podgląd na windę oraz korytarz. Wiedział kto przychodzi i z kórej strony. Nie lubił kiedy klienci kręcili się tu, kiedy korzystał z wolnej chwili dla siebie. Głównie dlatego porzucił swoje wygodne mieszkanie i wprowadził się do tego apartamentu. Nie opłacało mu się jeździć ciągle do hotelu i wracać.
    - Napijesz się czegoś? - spytał, podchodząc do barku. Otworzył szklane drzwiczki szafy. Przesuwał wzrokiem po ułożonych butelkach.
    - Masz ochotę się wybrać ze mną do Rzymu? Przedstawię cie przy okazji kilku osobom.

    OdpowiedzUsuń
  22. Wlał burbon do szklaneczki z lodem i wrócił na kanapę. Usiadł wygodnie. Ona jak się spodziewał zajęła fotel. Nie miał nic przeciwko.
    - Jestem dość prostym człowiekiem. A przynajmniej się staram być... Nie wychodzi to zbyt dobrze. - pociągnął łyk ze sklaneczki. Obserwował chwilę kostki lodu.
    - Pytam o to, bo możemy jechać razem, możemy nie jechać w ogóle albo mogę pojechać sam, ale ty będziesz musiała zostać w hotelu pod opieką Dany. Więc osobiście rozważałbym jedną z dwóch pierwszych opcji.
    Zerknął w sronę gazowego kominka. Szklana płyta a za niż czysty, błękitno żółty płomień. Barwę płomienia można było również relulować dodając większą ilość mieszaknki gazów. Im czystszy gaz tym bardziej czerwony płomień. Ale on preferował błękitne zabawienie płomyków.
    - Informacje o dziłaniu tego i innych tego tylu hoteli są raczej ogólnie znane więc nie muszę ukrywać tego czym jest. Otóż jest to hotel w którym zatrzymują się ludzie, zajmujący się zabijaniem na zlecenie, ciemnymi interesami i handlem broniom. Podstawową zasadą tego miejsca jest to, ze na jego terenie nie można załatwiać interesów. Zabijanie, handel, dokonywanie transakcji jest zakazane. Załamanie tej zasady może grozić nawwet śmiercią. Dodatkowo taka osoba jest objęta ekskomunikom i nie może korzystać z przywilejów żadnego z hotelu ani klubów, nad którymi pieczę ma Najwyższa Rada. Ja jestem dyrektorem tego obiektu. Pilnuje tu porządku. W hotelu i w całym mieście. Zawsze wiek kto, na kogo i za ile wystawił zlecenie.
    Wypił niemal połowę drinka na raz. Zamieszał pozostałością płynu w szklance i przeniósł na nią spojrzenie.
    - Masz pewnie pytania. Pytaj więc.

    OdpowiedzUsuń
  23. - Będziesz musiała go zwolnić jako ty teraz. Potem będziesz mogła go zatrudnić jako moja żona ale na zasadach Rady.
    Napił się drinka Cudowny chłód alkoholu wpływał mu po gardle, osiągając swe apogeum w żołądku. Cudowne uczucie.
    - Powiem tak... Wszystko zależy od ciebie. Pozwól jednak że przedstawię ci za i przeciw obu naszych opcji, które posiadamy. Możesz powiedzieć ojcu, żeby się pieprzył sam... Ale wtedy zostaniesz wciąż pod jego jurysdykcją i będziesz musiała ponieść wszelkie konsekwencje odmówienia mu. Do tego będziesz miała spokój ode mnie. Ale i tak wszyscy będą cie nienawidzić i uważać, że popsułaś możliwości waszej firmy. Ja natomiast będę musiał iść do swojego staruszka i powiedzieć mu, że ci się nie spodobałem i żeby spadał.
    Opróżnił szklaneczkę i odstawił ją na stolik.
    - Albo możesz się zgodzić. Możesz osiągnąć niezależność od rodziny, ale będziesz musiała przestrzegać zasad narzuconych przez Radę. Nie są one jakoś nadzwyczajnie brutalne i przeszkadzające. Dotyczą głównie robienia interesów. Więc poza niezależnością, dostaniesz możliwość realizacji własnych marzeń, bo podobno każdy je ma. Twoja rodzinka od siedmiu boleści będzie cie wielbić. A jednocześnie moja odpowierniczy się ode mnie. Dodatkowo do tego wszystkiego dostaniesz na prawdę duże możliwości no i mnie... niejako na własność. - uśmiechnął się całkiem czarująco.
    - A gwoli ścisłości... nie jesteś jeszcze moją żoną. Nie przysięgałaś nic nikomu więc nie mogę zostawić cie tutaj samej bo nie jesteś jedną z nas. To też się wiąże z twoją odpowiedzią. Jeśli nie chcesz się zabawić w małżeństwo, możesz tu mieszkać aż do dnia mojego wyjazdu. A potem zrobisz co chcesz, ale poza bezpiecznym azylem hotelu.
    Jego telefon zabrzęczał. Sięgnął po niego i odczytał wiadomość. Parsknął śmiechem i pokręcił głową.
    - Szukają cie. Zabawne...
    Ledwie zdązył wypowiedzieć te słowa, jego telefon się rozdzwonił. Połączenie od ojca. Skrzywił się i odłożył telefon jakby miał zaraz wybuchnąć.
    - Wciąż jestem wkurzony, ze mi to wszystko zrobił i chce by poczuł moją pogardę. Ale do rzeczy... Bardzo nie lubię kiedy ktoś próbuje mnie kontrolować i wpływać na to co robię. Niestety mnie się to zdarza robić. Ludzie mnie słuchać a ci który tego nie robią, muszą wiedzieć że to niedobrze. Ale tobie tego nie zrobią. Będę grał w otwarte karty, bo tak się składa, że cie polubiłem. Poza tym jutro idziemy na imprezę.
    Zgarnął swoją szklaneczkę i się podniósł. Wrócił do barku. Dolał sobie whisky. Tym razem nalał także Keirze. Przynajmniej już wiedział jak się nazywa, chociaż nie usłyszał tego od niej. Podał jej szklaneczkę.
    - Dlaczego? Cóż... Moja matka była w Camorrze. Włoskiej mafii. Dostała w panowanie ten hotel, kiedy zmarł jej wuj, który nim wcześniej zarządzał a ona wzięła ślub z moim ojcem. Była drugą żoną ojca. Z pierwszego małżeństwa ma trójkę kretynów z Amber, moją siostrą na czele. Ze związku z moją matką miał tylko dwójkę dzieci. Mnie i moją siostrę Vesper. Zacząłem pracę w tym hotelu razem z siostrą, gdy skończyliśmy 17 lat. Znam to miejsce, każdy zakamarek, każdą tajemnicę... Ojciec miał już swoich pomagierów. Nie miał nic przeciwko temu byśmy ja z siostrą pracowali z matką dla Rady. Odziedziczyłem hotel po matce. Teraz to moje miejsce na ziemi.

    OdpowiedzUsuń
  24. [ Nie ma sprawy :) ]

    - Ten sarkazm wcale do ciebie nie pasuje. Możesz mi wierzyć albo nie, ale wolałbym byś była nieznajomą z baru niż tym kim jesteś. Podejrzewam, że gdybyśmy nie zostali postawieni w takiej sytuacji, dogadalibyśmy się dużo lepiej i sama ta znajomość nie byłaby uciążliwa.
    Właściwie to nigdy nie zakładał, że będzie w związku małżeńskim. Z dziećmi było łatwiej. akurat kandydatek na matki kilka miał. Nagle przed oczami stanęła mu wizja przyszłości... Wiecznie niezadowolona kobieta, którą miał przed sobą, która do tego będzie jego żoną. A jeśli będzie tak zawistna, że złamie zasady? Będzie musiał wydać na nią wyrok. Nie chciał by powtórzyło się to co stało się z Vesper. Najpierw siostra, potem żona...
    - "Jedni się rodzą dla radości, inni dla nocy i ciemności..." - zacytował jeden z ulubionych wierszy. - Jeśli masz zamiar być do mnie wrogo nastawiona, to lepiej od razu rozstańmy się w spokoju. Rozumiem, że jesteś zła na rodzinę, na tę sytuację ale ja ci nic złego nie zrobiłem. Więc nie rozumiem dlaczego poprzedniego wieczora zgodziłaś się pójść ze mną do klubu a teraz nagle bronisz się przed jakim kolwiek kontaktem.
    Rozdzwonił się jego telefon. Zerknął na wyświetlacz. Gdyby to był ktoś z rodziny, po prostu by to zignorował. Ale połączenia od Charona nie mógł zignorować.
    - Przepraszam, muszę odebrać.
    Zrobił to. Chwilę słuchał co też konsjerż ma do powiedzenia.
    - Zaraz przyjdę. Poproś Marcowego by się zajął panną Costello. Zapewne będzie jej się nudzić.
    Zakończył rozmowę. Dopił zawartość swojej szklanki i wstał.
    - Niestety muszę wracać do pracy. Dokończymy zapewnę tę rozmowę później. Marcowy Zająć się tobą zajmie. Odpowie na większość pytań i jeśli będziesz chciała, oprowadzi cie po hotelu.
    Podszedł do ukrytej we wnęce szafy. Wyciągnął kamizelkę, którą nałożył na koszulę. Doczepił do paska kabutę z tyłu i wsunął do niej pistolet. Nie musiał jej prosić o opuszczenie jego pokojów. Chyba sama podejrzewała, że samej by jej tu nie zostawił.
    Lex zamknął drzwi na klucz.Po chwili pojawił się MArcowy Zająć. Otrzymał taki pseudonim przez swoją nieco szaloną i rozbieganą naturę. Alexander cenił go głównie dlatego, ze dla tego człowieka nic nie było niemożliwe. Potrafił odszukać i dowiedzieć się niemal wszystkiego. A poza tym bym człowiekiem bardzo interesującym i chętnym do wszelkiej konwersacji.
    Mężczyzna niewysoki, szczupły, odziany w nieco dziwną tweedową marynarkę o kolorze świeżych buraków, skłonił się nisko.
    - Jestem oczarowany. - zaczął. - Może drinka? Albo kolacja? Albo spacer avec moi?
    - Przedstawiam Marcowego Zająca. Gdzieś tu się kręci też jego brat, Biały Królik. Proponuje też poszukać Kapelusznika. To jest dopiero ciekawy człowiek. A teraz przepraszam, praca wzywa. - skłonił się lekko i odszedł.

    OdpowiedzUsuń
  25. Marcowy Zając posmutniał od razu.
    - Wiece żałuje... Jeśli kiedyś będzie pani poszukiwała zacnego towarzystwa, jestem do usług... - skłonił się nisko, wręczając uroczej damie swoją wizytówkę, czarny kartonik z wypisanym na biało numerem telefonu.

    Lex siedział przy dużym dębowym blacie, podziwiając rzeźbienia na kolumienkach, podtrzymujących strop z wiszącymi kieliszkami. Wysłuchiwał tego co gość miał do powiedzenia z miernym zainteresowaniem. Dym unosił się polowi z zapalonego papierosa, który trzymał w dłoni tuż nad popielniczką. W barze było kilka osób, jednak nikt nie zwracał uwagi na to o czym rozmawiali inni goście. To była ostoja. Spokojny azyl w którym mozna było odpocząć od codzinnych spraw.
    - Więc pomoże mi pan?
    Pytanie i cisza która po nim nastąpiła wyrwała go z zamyślenia. Przeniósł spojrzenie na mężczyznę. Miał do niego pewien sentyment, ponieważ był Włochem, jak jego matka i miał w sobie tę samą energię co ona.
    - Potrzebujesz tylko adres? - spytał Lex, dla całkowitej pewności.
    - Tak. Z resztą sobie poradzę.
    Kolejna chwila ciszy. Alexander zaciągnął się papierosem, po raz drugi odkąd go zapalił i zgasił go w popielniczce.
    - W porządku. - mruknął, zsuwając się z barowego stołka. Uścisnęli sobie dłonie. Mężczyzna odszedł a jego miejsce zajął Marcowy Zająć.
    - Porzuciła mnie... Tak po prostu. Ale co za kobieta! Taką za żonę wziąć, dzieci mieć. Odszedł bym z tej roboty. - zaczął się żalić. Machnął do barmana. Po chwili pojawiła się przed nim wysoka smukła szklanka z pinacoladą.
    - Ale może mam szansę. Jeszcze nie poznała Białasa. Może gustuje w niskich? Co pan sądzi, Lex? Babeczka jak z obrazka normalnie. - spytał, zerkając na swojego szefa i chyba przyjaciela.
    - Nie będę zaprzeczał, że mi się nie podoba. Nie lubię kłamać. Jednak coś mi się zdaje że ani ty ani Biały nie macie u niej większych szans. - odparł Lex z lekkim uśmiechem.
    - Niby dlaczego? Czegoś mi brakuje?
    - Nie o to chodzi... Po prostu ona może być moją żoną i nie życzę sobie byś się do niej ślinił.
    Marcowy niemal zakrztusił się swoim drinkiem. SPojrzał na szefa wielkimi oczami, starając się zmusić trybiki wewnątrz swojej głowy do pracy.
    - Jest w ciązy? - spytał szeptem.
    - Nie. Chociaż nie wiem, ale na pewno nie ze mną. Po prostu... wpadliśmy do tej samej studni i albo się potopimy albo pokochamy. A ty nie plotkuj bo dostaniesz kociej mordy. Idę do siebie. To był ciężki dzień.
    Poszedł do siebie.Nagle poczuł się bardzo zmęczony.

    OdpowiedzUsuń
  26. Przysiadł przy fortepianie. Przyglądał się dłuższy czas białym i czarnym, idealnie gładkim klawiszom. Najgorsze co go mogło w życiu spotkać to matka włoszka. Wymagała by oboje z siostrą, umieli grać na jakimś instrumencie i śpiewać. Dawała im do czytania różne sprośne książki, by wiedzieli jak włoch powinien kochać się z kobietą, a w przypadku Vesper z mężczyzną. Chociaż wraz z Lexem wymieniali się tymi książkami by poszerzać horyzonty. Musiał też polubić ser i wino, bez względu na wszystko.
    Dla niego matka wybrała fortepian, na którym sama grała. A dla Ves przeznaczona została gitara, którą dziewczyna lepiej rozbijała głowy niechcianym adoratorom niż na niej grała. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Ona za to nauczył się grać i lubił to.
    Powoli wciskał klawisze, przypominając sobie rytm jakiejś melodii. Przerwał gdy dostał wiadomość. Parsknął krótkim śmiechem i pokręcił głową.
    "Nie dałem ci jeszcze pierścionka. Ale mam go przy sobie jak chcesz zobaczyć."
    Goldbaum, u którego nabył pierścionek ledwie trzy godziny temu, robił niezwykle piękną biżuterię. Szczycił się tym że jego projekty są jedyne w swoim rodzaju i niepowtarzalne a do tego wykonane ręcznie przez niego i jego czterech synów. Lex kupował u nich spinki do mankietów i czasem biżuterię dla wyjątkowych osób. A teraz nabył zaręczynowy pierścionek. Zr wszystkich piękności, które stary Żyd miał, wybrał jeden który od razu przykuł jego uwagę. Jeśli jej się nie spodoba, wymieni na inny. Z tym akurat nie było najmniejszego problemu

    [Wybierz sama jak ma wyglądać XD Nie znam twego gustu XD ]

    OdpowiedzUsuń
  27. "Ten hotel widział już gorsze rzeczy. Ale jeśli chcesz mogę podkręcić temperaturę na korytarzach by cie jednak nie przewiało"
    Odstawił ustą szklaneczkę na lśniącą powierzchnię fortepianu. Jutro ją umyje, dziś nie ma już do tego weny. Podniósł się, zabierając telefon i poczłapał do łóżka. W pokoju zapalił tylko jedną lampe, której przytłumione pomarańczowe światło dawało tylko tyle widoczności ile potrzebował by dotrzeć do swojego łóżka. Wolał przebywać w tejamniczym i bezpiecznym półmrok. Miał wtedy wrażenie, że nikt nie może go dostrzec. Mimo że szkło w oknach było nieprzenikalne od wewnątrz, spodziewał się że już powstała technologia która sobie z tym problemem radzi. Zatem być celem mógł wszędzie.
    Wyciągnął się na łóżku, w śliskiej ciemnoe zielonej satynowej pościeli. Lubił jej chłód. Wciaż nie docierało do niego to że będzie miał żonę. Nie wyobrażał sobie tego, że wraca do pokoju a tu czeka na niego kochająca żonka z obiadem. I jeszcze pewnie zechce sprzątać i przestawiać jego rzeczy, które mają swoje określone miejsce. Obrzydliwa wizja...
    Chociaż może zgodzi się zamieszkać z nim tu? Nie musiałaby gotować ani sprzątać. Oboje mogliby robić co będą chcieli i nawet nie musieliby się widywać przez cały dzień i pewnie część nocy. Chociaż z drugiej strony... właściwie nie muszą mieszkać razem. Będą musieli tylko się postarać o potomka, ale przed tym to akurat Lex by się nie wzbraniał. Chociaż nie spieszyło mu się do dzieci. Nigdy ich nie lubił. Zawsze mogą się zabezpieczać i udawać przed wszystkimi, że Bóg im dziecka nie chce dać. Cóż, zapewne jakoś się dogadają.

    OdpowiedzUsuń
  28. Czasem miał wrażenie, że gdy się budzi jest jeszcze bardziej zmęczony niż gdy się kładł. Tym razem był podobnie. Sprawdził telefon. Brak połączeń ani wiadomości. Czyli to była spokojna noc. Musiał się teraz trochę rozruszać by jakoś dotrwać do wieczora i ten dziwnej randki, która ponoć nią nie była. Zsunął się z łóżka. Krótki prysznic a potem kilkanaście minut na bieżni powinno go skutecznie obudzić. Zamówił śniadanie za godzinę i zabrał się za rozbudzanie swojego ciala.

    Marcowy Zając poprawił po raz kolejny swoją niesforną czuprynę. Dopchał wózek ze śniadaniem dla panny Costello pod same drzwi i zapukał. Gdy drzwi się otworzyły, uśmiechnął się szeroko.
    - Dzięń dobry. Słyszałem, ze ponoć zamówiła pani śniadanie a że szedłem w tym kierunku... to przyniołem. Pozwoliłem sobie dodać kwiatek. - wskazał na szklankę, do której wsadził jakiś dziwny tulipan. - Chciałem też wiedzieć jakie ma pani plany na dziś, bo może dziś akurat ma pani ochotę na zwiedzanie hotelu albo...
    - Dałbyś spokój. Jesteś męczący.
    Marcowy odwrócił głowę, szukając osoby która tak bezczelnie mu przerwała. Od razu wiedział, że jego brat zwany tu Białym Królikiem przyczłapie się by zobaczyć chociaż przez chwilę kobietę, która ma ponoć zostać żoną jego szefa. W odróżnieniu od Marcowego, Biały był wyokim przystojnym blondynem o złotych oczach i dość żylastym, szczupłym ciele.
    - Poza tym szef cie wzywa. - mruknął, wsuwając dłonie do kieszeni.
    - A wcale że nie. Kiedy szef mnie wzywa to dzwoni. A tak się składa że nie dzwonił, więc idź sobie i przestań denerwować mnie i pannę Costello swoją obecnością.
    Biały wywrócił oczami ale poszedł. Zerknął tylko raz jeszcze na kobietę, puścił jej oczko i oddalił się spokojnym krokiem.
    - To mój brat. - wyjaśnił Marcowy. - Proszę się nim nie przejmować. On już taki jest.

    OdpowiedzUsuń
  29. - Bo nie jesteśmy rodzonymi braćmi. Spotkaliśmy się w sirocińcu. Okazało się, ze urodzilismy się tego samego dnia, tego samego roku i do tego w tym samym szpitalu. Od tamtej pory uznajemy się za braci bliźniaków. - powiedział z nieukrywana dumą. W pewnym sensie był uzależniony od swoejgo brata. Świadczyło o tym między innymi to, ze mieszkali razem i starali się nie wyjeżdzać oddzielnie.
    Odpowiedź kobiety zmazała jego uśmiech z twarzy. Westchnął przeciągle. Włąsciwie nie liczył na większe zainteresowanie. Chciał zadowolić swojego szefa. Był gotów dla niego skoczyć w ogień. Był tez pewien że jego brat zrobiłby to samo. Nie mówiąz juz o Danie, która była w Alexandrze beznadziejnie zakochana i chociaż bardzo starała się to uktyć to wszyscy o tym wiedzieli i często się z tego nabijali.
    - no dobrze... Trudno. To w takim razie powiem, by pani uważała na siebie. Dużo wariatów chodzi po ulicach. Ostatnio widziałem jakiegoś dziwnego faceta który chodził w samych gaciach i grał na akordeonie. Przeciż to można oslepnąć patrząc na takie cuda. - uśmiechnął się szeroko. - o to już pójdę. W razie czego, jestem pod telefonem.

    OdpowiedzUsuń
  30. - Mogę przekazać. Pewnie nie będzie zadowolony, że idzie pani sama. Znając szefa, to przydzieli pani Dane. Ale ona jest przerażająca... jest mała, nie mówi, ale zabija samym spojrzeniem. Ale mogę... trochę zwlec z poinformowaniem go. Ten facecik, który przyniósł pani rzeczy, to ochroniarz, tak? Jakby po panią przyszedł, to czułbym się spokojniejszy. I szef pewnie też...
    Wyszczerzył się, prezentując rząd idealnych białych zębów. Swego czasu wszystkie prawie stracił w wypadku. Teraz miał wszystkie na wkręty i był nawet zadowolony.

    Alexander stał chwilę w garderobie patrząc na rzędy całkiem podobnych ubrań. Wybrał garnitur od Prady, bo jak się rzekło, ubiera się tam sam diabeł.
    Zastanawiał się nad pewnego rodzaju zemstą na ojcu. Nawet wpadł na ciekawy pomysł. Musiał jednak go omówić ze swoją przyszłą żoną. Wyciągnął telefon i naklikał sms:
    "Dam ci dziś spokój byś nie czuła się uciśniona. Jest sprawa którą musimy omówić na trzeźwo."
    Nie był pewien czy będzie chciała pojechać z nim do klubu czy pojawić się tam sama. Najwyżej później to ustalą. Lex zszedł do swojego biura. Widząc stos papierów na biurku, westchnął z rezygnacją. A to miał być miły dzień...
    - Pani Gerda Sokolov się zapowiedziała za godzinę. - powinformowała go sekretarka, wytatuowana dziewczyna, promująca styl pin up.
    - Cudownie. Jeszcze jej mi brakowało... Kiedy przyjdzie, wprowadź. Potem odczekaj 10 minut, powiedz że ktoś mnie wzywa. A jak powiem, że za chwilę to wyjdź i wróć po pięciu minutach. Kto wie, może powie coś ciekawego jakimś cudem.
    Zamknął się w gabinecie. Na szczęście Fox doskonale wiedziała, czego mu potrzeba i już po paru minutach przyniosła podwójne espresso.

    OdpowiedzUsuń
  31. To był dość ciężki dzień. Gerda raczyła przyprowadzić swój nieproporcjonalnie wielki, w porównaniu do swojej sylwetki, zad i ćwierkać o sprawach, które zupełnie go nie interesowały. ale dowiedział się, że istnieje już coś takiego jak sylikonowe wkładki, wszczepiane w pośladki oraz że wielki zad Gerdy jest wynikiem właśnie takiego zabiegu.
    Na szczęście Fox była niezastąpione w wypraszaniu gości.
    Wraz z Daną i dziwnie gadatliwym Białym Królikiem, udał się na spotkanie do podziemia, i to dosłownie podziemia. Chadzanie do tuneli metra i towarzystwo "bezdomnych" nie należało do jego ulubionych zajęć. Ale trzymał fason.
    Wieść o jego ślubie, o ile do niego dojdzie, była już znana Królowi Szczurów, który przyznał z dumą, ze specjalnie na tę uroczystość włoży świeżo ściągnięty z trupa garnitur. Tak jak Lex podejrzewał, już od długiego czasu, ten człowiek nie był normalny a przez to bardzo niebezpieczny. Dlatego utrzymywał z nim dobre stosunki.
    Przy okazji grzecznie poprosił by agenci Króla mieli jego damę na oku, ale tak by nie czuła się osaczona.
    Później jeszcze kilka spraw z tych "pilnych".
    Wracali do hotelu jego samochodem. Tym razem prowadził Królik, a Lex z Daną siedzieli na tylnej kanapie. Dziewczyna migała zawzięcie, marszcząc przy tym zabawnie nos.
    - Możesz przestać robić mi kazania? - fuknął. - Będzie tak jak ma być, a jak będziesz grzeczna to dostaniesz kawałek tortu. O ile w ogóle będzie...

    Lex tradycyjnie odebrał listy od Charona w recepcji. Pewne rytuały pozostawały niezmienne od lat. Wyciągnął telefon i odczytał wiadomość.
    "Jasne, że nie. Zjesz ze mną? Omówimy kilka spraw przed wyjściem"
    Zabrał koperty i pojechał do siebie.
    Zamknął za sobą dokładnie drzwi. Odłożył listy na stół. Nie zapalając światła przeszedł przez salon. Wszedł do sypialni i wczołgał się pod łóżko. Dla postronnego obserwatora mogło to wyglądać dziwnie i pewnie tak było, ale nie o to teraz chodziło. Znalazł poluzowaną deskę a pod nią sejf. Na staromodnym pierścieniu kodującym, wybrał kombinację. W środku leżał telefon. Był t bardzo stary, monochromatyczny telefon komórkowy, jeden z pierwszych modeli jakie powstały. Dzięki temu, że nie było w nim możliwości połączenia się z Internetem, nie można się było do niego włamać od zewnątrz, namierzyć ani wysledzić wiadomości. Nie licząc malutkich przycisków, na których pisanie bylo sztuką i małego ekranu, działał wciąż bardzo dobrze. Napisał dość długą wiadomość i przesłał do jedynego w bazie kontaktów numeru bez nazwy.
    Potem wyłączył telefon i umieścił go z powrotem w sejfie.
    Gdy zamaskował deskę, wysunął się pod łóżka i sprawdził wiadomości na swoim normalnym telefonie. Trzeba by w końcu coś zjeść...

    OdpowiedzUsuń
  32. "U mnie albo w restauracji na dole. Sama zdecyduj jak wolisz."
    Dla niego właściwie nie bylo różnicy czy zjedzą sami czy w towarzystwie innych gości. Jadyna niedogodność, która mogła się pojawić to taka, że w restauracji mógłby im ktoś przerwać. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce z nim porozmawiać akurat wtedy kiedy rozmawiać nie może albo nie ma ochoty.
    Musiał się poważnie zastanowić co zrobić dalej. Wolał by Keira była jego sojuszniczką niż wrogiem, ale gdyby nie zgodziła się przestrzegać pewnych zasad, nie mógłby z nią być w jakiś bardziej głęboki czy uczuciowy sposób. Miał jednak wrażenie, ze kobieta była inteligentna i dość ambitna. Zatem nie będzie chciała siedzieć z założonymi rękami. A jemu pewnie przyda się ktoś do pomocy.
    chociaż z drugiej strony Keira troche dezorganizuje mu pracę. Nie licząc tego, że Marcowy przyszedł z informacją po prawie godzinie od jej wyjścia, o czym dowiedział się niemal od razu od Charona, recepcjonisty, to jeszcze mężczyzna prawdopodobnie się zadurzył. Podejrzewal, że niedługo bęzie wielka rozpacz Marcowego Zająca, kiedy uświadomi sobie że żadnego romansu nie będzie.

    OdpowiedzUsuń
  33. Przesunął stół by stał bardziej blisko szklanej ściany, by można było popodziwiać widoki gdyby rozmowa im się nie kleiła. Mimo wszystko uważał tę kobietę za interesujacą. Nie była taka jak większość dam z którymi miał doczynienia.
    Uniósł kąciku ust w delikatnym uśmiechu, gdy tak po prostu weszłą do jego mieszkania. Co prawda zapukała wcześniej, ale nikt z jego pracowników ani petentów by się na to nie odważył. Chyba podobała mu się jej smiałość.
    - Dzień dobry. - przywitał się. Podszedł bliżej i dotknął drobnej ranki na jej policzku. - ciężki dzień?
    Zaprosił ją do stołu wręczając menu, wraz ze świeżo wydrukowaną kartą dań dnia.
    - Najpierw zamówienie a potem rozmowa. Jednak jedzenie trzeba szanować.
    Złożyli zamówieni eprzez telefon, dość szybko się decydując. Lex przyniósł butelkę wina i napełnił kieliszki.
    - Właściwie to chciałem omówić dwie najbardziej nurtujące mnie sprawy. Pierwsza to oświadczyny. Uznajmy że tej farsy z tym szpetnym pierścionkiem nie było. Więc wolisz romantycznie czy raczej widowiskowo? A druga sprawa to ślub... Wolisz wystawnie ze wszystkimi bajerami czy... cichu ślub, na który zaprosimy może po pięć albo dziesięć osób, które zostaną poinformowane jakieś dziesięć minut przed uroczystością. To taki pomysł by chociaż trochę utrzeć nosa naszym staruszkom...
    Napił się wina. Lubił ten gatunek słodkich win.

    OdpowiedzUsuń
  34. - Zauważyłem. - wyznał zgodnie z prawdą. - to taka moja maniera. Oszczędza czas i problemy.
    ujął w dłoń swój kieliszek i kilka chwil kontemplował kolor wina.
    - Nawet nie chodzi o nasze stosunki... Po prostu z nim nie pracuje. Nie jestem mu wierny, jestem niezależny. POza tym on już dawno przekreślił mnie i moją siostrę. Odkąd zawarliśmy sojusz z Wielką Radą. To właściwie trochę ja pilnuje jego.
    Upił łyk wina. Idealne. Lekko owocowe z niezwykłym posmakiem kwiatów i ziemi. Zamyślił się. Skoro tak bardzo dbałą o rodzinę, to może urządzić małe przedstawienie w Czerwonym Kręgu. Jeśli będzie tam ktoś z jej rodziny a pewnie conajmniej jedna osoba doniesie, to przynajmniej będzie o czym opowiadać.
    - Czyli... ja też będę musiał zaprosić swoją rodzinę... No trudno. Jakoś będzie trzeba to przeżyć. Mam iść z tobą poszukać sukni? Nie wiem jakie macie tradycje... Ah, jeszcze jutro przedstawie ci zasady Rady.
    Podniósł się gdy usłyszał pukanie do drzwi. Tacę z posiłkami wprowadził oczywiście Marcowy. Był gońcem szefa, zupełnie jak jego brat. Uśmiechnął się szeroko do Keiry, stawiając przed nią jej danie.
    - Marcowy nie chce mieć twojej śliny w jedzeniu...
    - Ależ oczywiście szefie! Co szef insynuuje?
    - Ty już wiesz co ja insynuuje, pani gońcu. Na dziś to wszystko.
    - Oczywiście... - Marcowy zając raz jeszcze uśmiechnął się do kopbiety a potem wyszedł. Lex zamknął za nim drzwi, kręcąc głową.
    - Uwidzisz mi personel... - westchnął z rezygnacją.

    OdpowiedzUsuń
  35. - Właściwie to całe szczęście. Nie obraź się ale po przekorczeniu magicznej liczny czterech sklepów na dobę staje się to jedną z najgorszych tortur na tym świecie.
    Zerknął w stronę drzwi, prowadzących do jego garderoby. mial bardzo dużo ubrań. Chociaż większość z nich była... prawie taka sama. Ale co tam.
    - Nigdy nie wiedziałem Marcowego Zająca w takim stanie. Chyba jednak liczy na to, że mnie rzucisz.
    Zerknał na swoje danie. Włoskie. Zwykle zamawiał to samo.
    Dolał im wina, bo zgodnie z jednym ze zwyczajów, które ciągle powtarzała jego matka, kieliszek do wina nigdy nie powinien być pusty. Nie można było doprowadzić do stanu w którym kieliszek stał dłuzej niż minutę pusty, zwłaszcza kieliszek kobiety. Tak własnie opróżniało się całą butelkę wina w jeden wieczór.
    Niał jeszcze ochotę na lody. Po drodze do garażu będą mogli zahaczyć o kuchnie i wybrac sobie jakiś smak.
    - Jest jeszcze jednak kwestia, którą musimy omówić... Ne jest to prawdę mówiąc temat, o którym lubię rozmawiać ale... Co z dziećmi?

    [Ten pierwszy bardziej mi się podoba :D ]

    OdpowiedzUsuń
  36. Uśmiechnął się. Na prawdę szczerze i całkiem ładnie.
    - Dobrze, że i w tej kwestii się zgadzamy. Mi nikt nic nie mówił o dzieciach i myślałem, że może ty masz jakieś dodatkowe warunki... Wiesz, mimo wszystko to ty musiałabyś nosić tego pasożyta przez dziewięć miesięcy. więc dopóki sama nie zechcesz, ja nic na ten temat nie powiem. Ale w razie czego... służę pomocom.
    Uśmiechnął się szerzej, widząc jej minę. Czy ktoś tego chciał czy nie, bez udziału mężczyzny dziecko jednak nie powstanie.

    Zjedli spokojnie, rozmawiając o jakichś pierdołach. Przy jedzeniu jednak lepiej było nie rozmawiać o pracy. Lex w międzyczasie otrzymał dwie wiadomości, na które opisał szybko. Niestety do tego akurat Keira musiała się przyzwyczaić. Był ciągle pod telefonem i niestety zdarzalo sie, że przy ważnych sprawach musiał wychodzić w środku nocy.
    Po puste talerze przysedł Biały Królik. W swoim dziwnie ospałym i wręcz leniwym stylu bycia.
    - O której szef wróci?
    - Nie wiem.
    - A z kimś?
    Lex zmarszczył brwi. Nie rozumiał właściwie pytania.
    - Z Keirą... Ale właściwie o co chodzi?
    Biały Królik wzruszył tylko ramionami. Tak, on nie mówił zbyt wiele.
    - A pani z kimś wróci? Znaczy z kimś innym niż szef? - spytał kobiety, zbierając talerze na wózek.

    OdpowiedzUsuń
  37. Alexander uśmiechnął się i pokręcił głową.
    Włąściwie to miała rację. Wcale nie musiała tu z nim wracać. Ale jeśli już przyjmie go jako swojego narzeczonego, niewielu znajdzie się chętnych, których zechcą zaryzykować.
    Wyszli razem. Czerwony krąg był jednym z najpopularniejszych klubów w mieście. I cały należał do Lexa.
    Na miejsce zawiozła ich Dana, obrażona na cały ten świat jak zwykle. Przed wejściem stała długa kolejka oczekujących osób. Klub miał pewne zasady, których każdy gość musiał przestrzegać. Ale do niego, w odróżnieniu do hotelu, wpuszczano zwykłych śmiertelników.
    Lex wysiadł i poczekał aż dołączy do niego Keira. Jego pojawienie się nieco ożywiło osoby stojące w kolejce. Mimo wszystko był tu znany. Weszli bez problemu wpuszczeni przez ochroniarzy. Podświetlone na czerwono okręgi, symbol klubu dominowały w pomieszczeniach. Klub składał się ze sporej sali głównej, dwóch pomieszczeń na piętrach z balkonami, z których można było obserwować to co się dzieje na sali, oraz pomieszczenia bardziej na uboczu, w którym zwykle przebywali ci, którzy chcieli odpocząć od muzyki, tańca i klubowej atmosfery. Przy jednej ze ścian na lekkim podwyższeniu stał czarny fortepian, na którym Lex czasem grywał. Bar był oświetlony, i ozdobiony podświetlanymi butelkami z alkoholami. Podeszli do baru. Barmanka ciemnowłosa kobieta o mlecznej cerze, postawiła od razu przez Lexem szklaneczkę. Wrzuciła do niej kostki lodu i zalała je whisky.
    - A co dla ciebie kotku? - zwróciła się do Keiry.

    OdpowiedzUsuń