2 stycznia 1970

[KP] Davamros

"Well since I'm in here I might as well pick up something for myself."
Garrett, Thief: The Dark Project

Kiedyś gildia złodziei Rylocka - Dzisiaj wolny strzelec
29 lat / Tancerz Cieni / Walczy z wyniszczającą go klątwą

"Tancerze Cieni to zwinni artyści w sztuce zwodzenia, wiecznie stąpający po cienkiej granicy pomiędzy światłem i ciemnością. To istoty tajemnicze i mało znane, niecieszące się nigdy przesadnym zaufaniem, ale zawsze wzbudzające u innych zachwyt i zdziwienie. Mimo swych związków z mrokiem i zwodzeniem Tancerze Cieni nie są z natury źli - jest wśród nich wiele dobrych istot. Tylko od danego Tancerza zależy, w jaki sposób wykorzysta on swe niezwykłe umiejętności."
Dungeons&Dragons, Podręcznik Przygód Epickich

Davamros nie wspomina swojej przeszłości, bo i bardzo nie ma do czego wracać. Wychował się, jak większość dzieciaków portowego miasta, w sierocińcu, który prędzej dawało się nazwać ruiną niż ośrodkiem dla dorastających ludzi. Wpajano mu tam, że społeczeństwo nic nie jest mu winne i jeśli chce do czegoś dojść - musi sam o to zadbać, a nie liczyć na łaskę postronnych. 
Dzieciak bez nazwiska czy rodziny, nie wytrzymał długo w obdrapanych murach sierocińca uciekając jak najdalej od tego miejsca i lądując na ulicy - jako szczaw okradający przechodniów oraz sklepikarzy tylko po to, by przeżyć kolejny dzień. Umykał, powracał i znowu okradał.

Los jednak postanowił uśmiechnąć się do butnego nastolatka, jakkolwiek złowieszczy nie byłby to uśmiech. Davamros został pewnego dnia "przygarnięty" przez członka Gildii Złodziei Rylocka - jednej z dwóch konkurujących w tym mieście wielkich gildii mrocznych sztuk. Tajemniczy Farvo odkrył w nim potencjał, który zamierzał przekuć na korzyść własną i organizacji. Wziął chłopaka do gildii, a ten nie miał nic do stracenia.
Rozpoczęło się mordercze szkolenie mające uczynić z młodego Davamrosa pełnoprawnego złodzieja.
Podczas treningów, które miały udowodnić jego wartość dla organizacji Rylocka wykazywał się wielkim samozaparciem pomimo bólu i katowniczych ćwiczeń oraz rosnącym z miesiąca na miesiąc talentem przenikania przez cienie jakby jednoczył się z nimi w jedno. Nawet najmniejsza smuga mroku zdawała się kryć jego postać, więc został zabrany z rąk zwykłych złodziei i oddany na szkolenie do tak zwanych Tancerzy Cieni - osób będących czymś na kształt łotrzyków, akrobatów i mistrzów ostrz.

Po kilku latach Davamros dorósł i zrozumiał, że łaska jego opiekuna nie do końca zgadza się z jego interesami, a lojalność wobec gildii nie zawsze powinna być czysta - nie wszystko wydawało się tym czym było na początku. Odejście od gildii nie było jednak tak prostą sprawą dla Davamrosa, gdyż każdy wolny strzelec był natychmiast eliminowany lub przygarniany przez mniejsze stajnie.
Zaryzykował jednak, bo nie był nic nikomu winny - jego umiejętności miały być tylko i wyłącznie do jego osobistego użytku. W końcu na to wszystko zapracował sam, a ciągłe doskonalenie się mógł już uskuteczniać na własną rękę. Butna, samotnicza i cyniczna postawa stała się podstawą jego charakteru.

Sława nie rosła jednak tak szybko jakby się każdemu wydawało, ale mężczyźnie udało się zdobyć pogłos i szacunek przestępców tego miasta. Wielu arystokratów obawiało się cienia płynnie przeskakującego po dachach oraz znikającego strażom wprost sprzed oczu. Słabością Davamrosa niewątpliwie były i nadal są pieniądze oraz wygórowane ambicje - potrafi poświęcić wiele, by udowodnić, że jest wart swoich umiejętności i zdobyć to, co mu się podoba. Niestety ta właśnie wada sprawiła, że położył dłonie na nieodpowiednim skarbie, który przeklął go, zmieniając w istotę powoli obdzieraną ze wszelkiego człowieczeństwa. Przekształcającą się w chodzącego trupa niszczejącego od środka.
Davamros nie zamierzał jednak oddać swojego życia tak łatwo, bo lekarstwo na pewno gdzieś istniało. Musiał je tylko znaleźć i wykraść.



Postać: Breton Knight z TESO.
Pokaz umiejętności Breton Knighta zalinkowany pod "Davamros"
Fanarty: KimJungJong (ArtStation), SgtRayFox (Deviantart)
Wątek z Czarny Jeździec

3 komentarze:

  1. — Nie zabiłam go — wysyczała przez zęby, twardo patrząc w oczy swemu ojcu. Wpatrywała się w nie tak długo, aż mężczyzna odwrócił wzrok. Westchnął ciężko, kręcąc z niedowierzaniem głową.
    — Zabiłaś go! Wszystko wskazuje na to, że została mu podana trucizna! A ty i twoja matka macie do nich dostęp. Jej nie było w mieście, kiedy to się stało. Więc albo zrobiłaś to własnoręcznie, albo komuś to zleciłaś. I nie kłam!
    — Nie kłamię! Nie zabiłam go — warknęła, podnosząc się z niewygodnego krzesła, na którym siedziała od początku przesłuchania. — Mówiłam mu, żeby nie pił ze srebrnego kielicha! To nie było przygotowane dla niego. Ile razy mam ci to powtarzać? — Podeszła do ojca. To był błąd. Mężczyzna uniósł rękę, a w następnej chwili, aż się skuliła pod wpływem silnego uderzenia i bólu. Spojrzała z nieukrywanym zaskoczeniem i przerażeniem na ojca.


    Z głębokiego zamyślenia o własnej przeszłości, wyrwał ją zbyt wesoły świergot ptaków. Nigdy ich nie lubiła. Nic tylko latały, ćwierkały i nie pozwalały się skupić. Widziała w nich latające potrawy, które trzeba było upolować, pozbawić piórek i upiec na ogniu. Ewentualnie dodać nieco zieleniny. Dla dekoracji. Spojrzała na jednego z takich ptaków i prychnęła. Ostrożnie sięgnęła po jeden z noży, który miała przypięty do pasa. Ten był specjalnie przygotowany na takie polowania. Nie był zamoczony w truciźnie, bo przecież sama nie chciała się otruć. Przez chwilę wpatrywała się w irytującego, latającego zwierzaka. Zamachnęła się i w ostatniej chwili się powstrzymała. Ptak, jakby wyczuł zbliżające się zagrożenie, poderwał się z gałęzi i prędko odfrunął w tylko sobie znanym kierunku. Ramsay natomiast, niczym czujny zwierz, powoli obróciła się wokół własnej osi. Czuła, że coś jest nie tak. Czuła, jakby ktoś ją obserwował. Jednak sama nikogo dostrzec nie mogła.
    Powolnym krokiem posuwała się naprzód. Szła przed siebie i nieco mocno ściskała nóż, który był gotowy do rzutu, jakby w obawie, że może go wypuścić. Dziwne uczucie minęło dopiero, kiedy opuściła niewielki las i znalazła się na skraju wzgórza. Odetchnęła cicho, lecz wciąż pozostała czujna. Tak na wszelki wypadek.
    Ostrożnie zeszła z tego wzgórza, bo była na nim zbyt bardzo odsłonięta. Zależało jej na pewnej dyskrecji, co jednak nie byłoby możliwe, gdyby została w tym miejscu. Kiedy przechodząca nieopodal kobieta posłała jej dziwne spojrzenie, prędko wsunęła nóż za pas. Czasami całkiem zapominała, że nie powinna paradować z nim po ulicach miasta. Szczególnie w dokach, które nigdy nie były bezpiecznym miejscem.
    Ta, na której się właśnie znajdowała, nie była zbyt często odwiedzana. Ludzi można było spotkać tutaj bardzo rzadko. Na jej końcu, znajdowała się stara, podobno dawno opuszczona kamienica, która tego wieczoru stała się jej celem. Powolnym, spacerowym krokiem zmierzała w jej stronę. Ukradkiem zerkała w stronę zamkniętych okiennic. Nic nie wskazywało na to, żeby ktoś, ktokolwiek ją zamieszkiwał.
    Słyszała o niej różne plotki i pogłoski. W karczmach można było dowiedzieć się wielu ciekawych i interesujących rzeczy. Ramsay raczej nie należała do osób, które wierzyły w te wszystkie magiczne sztuczki. Nigdy nie spotkała maga. Ani nawet nie była świadkiem pokazów magicznych. A póki czegoś nie zobaczy na własne oczy, to nigdy w to nie uwierzy. Nawet jej niedowierzanie nie było tak silne, jak chęć zysku i odzyskanie nazwiska. Używając się do pewnego podstępu zdobyła pewien kryształek, który teraz miała schowany. Nawet jeśli wieża maga okaże się kłamstwem, to przynajmniej sprzeda kryształ i trochę zarobi.
    Jeszcze bardziej zmniejszyła odległość między sobą a kamienicą. Stanęła po jej wschodniej stronie i dość wolno zmierzała w kierunku centralnych drzwi.

    Ramsay

    OdpowiedzUsuń
  2. Od samego początku miała przerąbane w swoim życiu. Od najmłodszych lat musiała walczyć o względy rodziców. A raczej tych nianiek, które z nią i jej braćmi zostawały, kiedy starszych nie było. W jej rodzinie nie łatwo było się przebić. Zazwyczaj nie miała nic do powiedzenia. Była nieco rozpieszczana, dostawała to czego chciała. Wszystko po to, aby zbyt dużo nie mówiła. Aby nie wychylała się przed szereg.
    Ojciec zawsze dbał o jej bezpieczeństwo. I zawsze miała przy sobie kogoś, kto pilnował jej życia. Jednak nigdy nie chciał się zgodzić na to, aby i ona doskonaliła się w sztuce władania mieczem. Przecież równie dobrze sama mogłaby się bronić. Ale głowa rodziny miała na nią zupełnie inny pomysł – miała być piękną damą, idealną córeczką tatusia, na widok której miękną młodzieńcom kolana. I cóż, z czasem rzeczywiście zaczynały im mięknąć. Jednak z zupełnie innych powodów, niż chciałby tego ojciec.
    Kiedy wraz z braćmi zostawała sama w domu, to ci nigdy nie zwracali na nią uwagi. Byli zbyt zajęci w swoich własnych sprawach. Każdy pilnował czubka własnego nosa. I zapewne nawet nikt by się nie zorientował, gdyby nagle któreś z nich zniknęło w niewyjaśnionych okolicznościach. Między nią a braćmi nigdy nie było żadnej więzi. Tolerowali się na tyle, na ile musieli. Początkowo chciała to zmienić. I dopiero potem machnęła na to ręką, dochodząc do wniosku, że bezsensu jest się starać. Bracia nigdy nie stali się dla niej prawdziwymi braćmi. I chociaż to oni zawinili pierwsi – dwóch starych się pożeniło, a młodszy za bardzo lubił chłopców, to ojciec ich nie ukarał. Ba! Wyprawił im wspaniałe wesela, których niejeden zazdrościł. A młodszy mógł przebywać w Domu Rozkoszy ze swoim ukochanym tak długo, jak tego chciał. Ona, wystarczyło że zrobiła jeden błąd, i to w dodatku nie ze swojej winy, aby została przekreślona. Na nic zdały się prośby, a nawet błagania. W dniu, kiedy ojciec wyrzucił ją z domu, coś w niej pękło. Coś się przełamało i zmieniło.
    I chociaż dawno nauczyła się kraść i zabijać, to teraz musiała z tego wyżyć.
    Nigdy nie należała do jakiejkolwiek gildii. Nie pobierała nauk od mistrzów. Lecz ze względu na wysoką pozycję, mogła ich podpatrywać. Czasami całe dnie spędzała bez ruchu i chłonęła informacje, którymi ci się dzielili. A następnego dnia szła i próbowała zastosować to w praktyce. Dzięki temu nauczyła się skradania i kradzieży. Latami treningów i bieganiną po mieście (głównie za kotami, do których miała niezwykłą słabość), wyrobiła sobie całkiem niezłą kondycję. Niemal bezszelestnie potrafiła przemieszczać się po ulicach miasta, w którym żyła i się wychowywała. Sprawa nieco się komplikowała, kiedy musiała pokonać jakąś odległość po dachu budynku. I chociaż potrafiła się szybko wspinać i całkiem nieźle trzymała równowagę (jeszcze ani razu jej nie straciła podczas ucieczki), to jej bezszelestność pozostawała wiele do życzenia. Tak, jak jej kocie ruchy, które stawały się znacznie bardziej niezgrabne. Jednak największy problem i tak stanowiły skoki. Co ciekawe, problem miała z lądowaniem. Skok z niższego budynku na wyższy zawsze jej wychodził. W drugą stronę, nie zawsze to działało. I nieraz miała pozdzieraną skórę, bo upadła niezwykle niezgrabnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lecz od treningów praktycznych wolała te teoretyczne. A jej treningami teoretycznymi były godziny spędzone w bibliotece w księgach, które należały do jej matki. Czytała o truciznach, uczyła się o roślinkach. I po pewnym czasie nauczyła się tworzyć własne miksturki, które nie zawsze przynosiły zamierzony efekt. Minęło trochę czasu, trochę ludzi zginęło w masakrycznych męczarniach, ale w końcu udało jej się opanować tę trudną sztukę. I chociaż jej konikiem były trucizny, to kilka prostych lekarstw również potrafiła stworzyć. Zazwyczaj stosowała je na sobie – nieszkodliwe otarcia i zadrapania mogła leczyć sama. Ran śmiertelnych wolała się nie tykać – nie czuła potrzeby, aby ratować swoje ofiary. A jej samej nikt jeszcze takiej rany nie zadał.
      Od wyrzucenia z domu minęło sporo czasu. Musiała jakoś wyżyć na ulicy. Bez środków do życia i dachu nad głową, wcale nie było jej łatwo. Większość znajomych się od niej odwróciło. Musiała opuścić dzielnicę, którą dobrze znała, bo się w niej wychowywała. Było to trudne, jednak konieczne, pożegnanie. Ojciec dał jej wyraźnie do zrozumienia, że nie miała tam czego szukać.
      Trochę wałęsała się po okolicznych wioskach. Wybrała się w nieco dłuższą podróż, jednak życie na szlaku pozbawionym handlarzy nie było dla złodziejki spełnieniem marzeń. Wróciła do miasta i osiadła po drugiej stronie rzeki. A to co porabiała miało pozostać słodką tajemnicą. Przynajmniej przez jakiś czas.
      Nie mogła odpuścić takiej okazji! Nawet jeśli niekoniecznie wierzyła w magię. Chęć zysku i bogactwa były bardzo kuszące. Zresztą, jeśli przyniosłaby klejnoty maga ojcu, to ten na pewno by zmiękł. Pod względem kosztowności byli tacy sami – byliby w stanie zrobić wszystko, byleby tylko dostać to czego chcieli.
      Postać, skradającą się od zachodniej strony, zauważyła dosłownie przed chwilą. Na moment zatrzymała się w bezruchu i jedynie uważnie obserwowała mężczyznę. Nieszczególnie wyróżniał się wśród pozostałych mieszkańców doków. Ale zbyt dużo czasu spędziła ze złodziejami, aby nie rozpoznawać tego kroku. Nie był to zwykły krok, zwykłego mieszkańca. A to oznaczało, że będzie miała towarzystwo.
      Nie widziała sensu, aby dalej się przed nim ukrywać. Wyszła ze swojego ukrycia i z nieznacznym uśmieszkiem, ruszyła mu naprzeciw. I, tak jak podejrzewała, do spotkania doszło naprzeciw frontowych drzwi, które skrywały pewną tajemnicę.
      — Zgubiłeś się, panie? — zapytała swobodnie, mrużąc oczy, pod wpływem upierdliwego słońca, które zawzięcie świeciło jej prosto w oczy.


      Ramsay 

      Usuń