26 lutego 2010

[KP] Life can kick your ass if you don't pay attention


 
CHRISTOPHER McALISTER
Nie widać tego po nim, ale to naprawdę świetny naukowiec. Nigdy nie przyzna się ile ma lat, często kłamie i zataja swój rzeczywisty wiek, bo zawsze, gdy mówi prawdę ludzie i tak mu nie wierzą i uparcie twierdzą, że na tyle nie wygląda. Jest uparty, zawzięty, czasem wyrachowany i doskonale wie czego chce i jak to dostać. Swoją ambicją mógłby obdarować tuzin ludzi. Nie żywi ciepłych uczuć do głupoty i wszelkie jej przejawi tępi. Tak, uważa się za mądrzejszego. Tak, uważa się za człowieka z którego należy brać przykład. Tak, bywa wrzodem na tyłku. Mówi, co myśli. Robi to, co uważa za słuszne. Ciężko mu przyjąć czyjąś wolę i jeszcze ciężej przyznać się do błędu. Jeśli mu coś zrobisz, to wiedz, że będzie chować urazę dotąd, dopóki się nie zemści. Karma to suka, ale to z niego jest prawdziwy cham, który potrafi uprzykrzyć życie każdemu, kogo nie lubi, a takich ludzi jest sporo.
Nie wie, jak mu się udało załapać na tę misję, ale cieszy się, bo wywiad w terenie jest dużo ciekawszy niż bezustanne siedzenie za biurkiem. Nie wie jednak, jak bardzo jego życie zmieni się w chwili, w której postawi swoją stopę na tajemniczej wyspie.


WĄTEK Z: starred shinra

15 komentarzy:

  1. Misja, z którą wysłano Richarda, miała dotyczyć czegoś konkretnego. A konkretniej miała dotyczyć jednej małej wysepki, na której podobno znikali ludzie ważni dla rządowego projektu. Richard nie był z gatunku marud, potrzebował pieniędzy, a że ci z góry obiecali mu za to dobrze zapłacić, wziął tą robotę - chociaż, gdyby miał wybór, zapewne wolałby działać na miejscu, w Sydney. Tam było łatwiej o informatorów, dojścia, o broń, którą potrafił naprawiać (w końcu trzy lata żył właśnie z tego), a także o bezpieczne schronienia. Na wyspę, której maoryskiej nazwy nawet nie silił się zapamiętać, a która była za mała, by otrzymać nazwę angielską, dostarczono go samolotem. Według instrukcji Hotchkissa, jego szefa, na miejscu miał czekać naukowiec z dokładniejszymi informacjami na temat całej sprawy, z którym miał współpracować. W wyobrażeniach Richarda musiał być to stary profesorek, który nie miał zielonego pojęcia na temat prawdziwego życia w terenie, a jedyne, czym operował, to dane z Wikipedii i z głowy. Tym bardziej wściekł się i zdziwił, kiedy na miejscu zamiast oczekiwanego siwego staruszka zastał...Chrisa MacAlistera.
    Kurwa mać.
    -Bloody hell, co ty tu, do jasnej cholery, robisz?! - te i inne inwektywy stanowiły ledwie niewinny przecinek w wiązance klątw, jaką posłał pod adresem swego byłego Snowfall. W ogóle mu się nie podobała perspektywa współpracy z tym cymbałem, zważywszy, że to ten kretyn go kiedyś porzucił dla wyżzych ideałów (podobno) i jeszcze miał czelność przespać się z jego znajomym! Gdy wspominał wieczór, kiedy złapał Chrisa w łóżku z Tomem, czarna krew go zalewała z wściekłości. Dlatego właśnie teraz miał zamiar zakatrupić McAlistera na miejscu, teraz, już, natychmiast...
    Ale ucierpiałaby na tym misja. Dlatego zacisnął zęby i powstrzymał się przed chęcią wydobycia Desert Eagle'a z kieszeni. Zmroził za to Christophera wyjątkowo zimnym spojrzeniem stalowoszarych oczu.
    Na szczęście, większość jego wspaniałej wiązanki zagłuszył przeraźliwy huk odlatującego helikoptera. A nawet dwóch. Czyżby tego ćwoka też dopiero co dostarczyli na wyspę?
    No to, kurwa, świetnie. - pomyślał wściekle agent.

    Improwizujący Richard

    OdpowiedzUsuń
  2. -Dla twojej wiadomości, musimy współpracować, więc nie doprowadzaj mnie do szału już na wstępie-warknął Richard, zrównując się z Chrisem w kroku. Chryste, co za buc! Czy on naprawdę myśli, że działanie samodzielne, na własną rękę, cokolwiek mu pomoże? Że przetrwa sam na tej wyspie?! Jak znał tego zaksiążkowanego ćwoka, to nawet nie miał ze sobą żadnej broni ani nic! Był kompletnie nieprzygotowany na taką sytuację!
    Gdyby wzrok Richarda mógł zamrażać, Chris zapewne byłby już soplem lodu. Piasek i kamienie chrzęściły pod jego wojskowymi butami, a odbezpieczony pistolet spoczywał w kieszeni. Rozejrzał się uważnie, czy nie ma żadnych zagrożeń, po czym kontynuował swoim szorstkim, zimnym głosem:
    -Pilot mówił mi, że o trzy mile na północ stąd znajduje się miejsce nazywane Breakheart Pass. Ma to być jakiś punkt, gdzie mamy się zatrzymać. Przestań więc jojczyć i ruszajmy, jchyba że wolisz tu stać jak Jezus Frasobliwy!
    To rzekłszy, ruszył przodem. Podejrzewał, że kiedy wróci, Hotchkiss lub jego zastępca, O'Brien, będą musieli mu parę rzeczy wyjaśnić. Idąc, wyciągnął z kieszeni PDA i sprawdził je - oczywiście nie było zasięgu. Czyli utknął na zadupiu, sam z tym durnym inteligencikiem, zdany tylko na spluwę i zdolności agenta, z dala od cywilizacji...
    Pięknie, kurwa, pięknie-pomyślał z irytacją. Nie miał zamiaru niańczyć Chrisa tylko dlatego, że górze tak się spodobało, ale z drugiej strony whisky w "Single Malt Bar" w starym Sydney nie wypije się samo. Aby tego dopełnić, Richard musiał - przynajmniej na razie - odłożyć na bok stare animozje.

    OdpowiedzUsuń
  3. (Ja też przepraszam za opóźnienie!)

    Kilku ludzi ruszyło natychmiast, by pomóc rannemu mężczyźnie, a przydzielony im sanitariusz zajął się tym przypadkiem. Richard posłał swemu niedoszłemu słońcu mordercze spojrzenie, po czym, uznając, że nie będzie się poniżać rozmową z tym durnym troglodytą, zaczął flirtować z Timem Connorsem, młodym żołnierzem przydzielonym mu na tą misję specjalnym okólnikiem Hotchkissa jako pomoc techniczna i człowiek od kontaktu z dowództwem.
    -Hm, Timmy, podobno jesteś świetny w kontaktach radiowych?-zagadnął z uśmiechem, poprawiając coś przy kurtce. Chłopak, wyraźnie zagubiony w tym wszystkim, ucieszył się, że ktoś na niego zwrócił uwagę.
    -T-tak!-przyznał gorliwie. - To prawda, proszę pana, robiłem specjalne studia w komunikacji i odsłużyłem swoje w Afganie, i...
    -O, też byłeś w Afganie? Piąta kompania, dywizja druga, ósmy pułk linio...
    -Tak, tak, tak! Niemożliwe, naprawdę się tam widzieliśmy?-Connors wyglądał na zachwyconego, choć Richard odnotował z niezadowoleniem, że mu bezczelnie przerwał jego wywód. A niczego tak nie lubił, jak smarkaczy przerywających mu w pół słowa. Szybko jednak zerknął na MacAllistera i to poprawiło mu humor. Objął więc Timmy'ego wpół, nie zważając na jego nagły rumieniec zalewający go aż po cebulki włosów, i poprowadził go w stronę, w której miało się znajdować obozowisko ich grupy, wspominając stare czasy w Afganistanie. Zmiana roślinności i układu terenu wskazywała, że lada chwila znajdą się na Breakheart Pass i że wyliczenia tego durnego buca, Christophera, mogą być słuszne.
    No właśnie...Wyliczenia. Jakim cudem ten zapyziały gnojek tego dokonał, jeżeli nie ma tu dostępu do żadnej elektroniki ani...?
    -Jakim cudem pan wszechwiedzący obliczył, że pół godziny nam zostało? Bo chyba nie powiedziały ci tego drzewka?-warknął Snowfall, obejmując mocniej Timmy'ego. Ten mocniej jeszcze się zaczerwienił i coś wyjąkał, nie wyglądał jednak na oburzonego zdrożnym zachowaniem agenta. Chyba imponowało mu jego zainteresowanie, chociaż z drugiej strony było w tym coś dwuznacznego nie tylko moralnie...Cóż, Richard szybko to pominął, gdyż piętnaście minut później jego oczom ukazała się Przełęcz Złamanego Serca. Spojrzał morderczo na towarzyszącą im ekipę.
    -Rozbijać obóz!-pojemności płuc agenta mógłby pozazdrościć niejeden wyrobiony w rykach kapitan morskiej łajby.-Obóz rozbijać, mówię! Jak za pięć minut wrócę, to klar ma być jak psu jajca, namioty gotowe i osprzęt! Bellew, Ferguson, nie stać jak kołki, brać się, kurwa, za robotę! Warty potem rozdzielę, po czterech, a jak mi któryś zaśnie...
    Mordercze spojrzenie Snowfalla mówiło samo za siebie. Na tyle wymownie, że wymienieni przez niego żołnierze, a także ci, których nie wymienił w swej tyradzie, w pośpiechu zajęli się wykonywaniem jego rozkazów. Cóż, może ten dureń myśli sobie, że chodzi tu tylko i wyłącznie o badanie rzadkich krzaczków i powrót z chwałą, ale na każdej misji konieczne było zachowanie wszelkich ostrożności przewidzianych w regulaminie wojskowym. Richard natomiast zaliczał się do ludzi, którzy bez względu na okoliczności starali się postępować zgodnie z twardą dyscypliną wpajaną w szeregach służb specjalnych. To miejsce było jak front...i przeczuwał, że w przyszłości może stać się dużo gorsze.

    Richard S.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro obóz był już gotowy, to Richard mógł nieco wyluzować. Nie oznaczało to jednak, że odpuści sobie podstawowe rzeczy - i właśnie dlatego, wraz z kilkoma innymi ludźmi, pełnił tej nocy wartę. O północy miał go ktoś zmienić, na razie jednak był na tyle w formie, że snuł się z naładowaną i gotową do strzału na wszelki wypadek bronią pod ręką, a jego cień krzyżował się z cieniami innych wartowników. Głęboką ciszę przerywały jedynie trzy odgłosy: trzask ognia, szelest kartek w dłoni pana jajogłowego oraz stentorowe chrapanie Fergusona, który nawet na najtajniejszych misjach nie mógł się wyzbyć tego nieszczęśliwego nawyku. No dobrze, należałoby jeszcze doliczyć czwarty odgłos, czyli miarowe kroki uzbrojonych mężczyzn strzegących uśpionego obozowiska.
      Czas mijał bardzo powoli. Z każdą chwilą agent coraz mocniej odczuwał przemożną chęć zapalenia papierosa - stary nałóg lubił od czasu do czasu o sobie przypomnieć. Miał jednak świadomość, że nie powinien teraz palić, a na fajki zawsze znajdzie się czas...
      Odwrócił się plecami do Christophera, bardzo starając się o nim nie myśleć i na niego nie patrzeć, po czym przełożył pistolet z lewej ręki do prawej. Czemu miał przeczucie, że coś się niedługo wydarzy?
      Rozluźnił uchwyt palców, które do tej pory zaciskał trochę zbyt kurczowo na swoim Desercie. Nie ma innego wyboru niż dać sobie tu radę, nawet jeżeli ten debil nadal ma zamiar robić za wszystkowiedzącą alfę i omegę z zerowym pojęciem o przetrwaniu. Przetrwanie! Może i ten kretyn miał coś w tym swoim inteligentnym móżdżku, ale na przetrwaniu w terenie znał się jak...Ciekawe, czy szef z góry wiedział, że go tu wysłali, i celowo wybrał właśnie jego wśród setek innych agentów? Cokolwiek kierowało Hotchkissem, Richard miał zamiar po prostu wykonać swoje zadanie, a następnie wrócić. Normalnie zapewne podszedłby do ogniska, nawiązałby rozmowę, ale że to właśnie ten durny imbecyl przy nim siedział, nie miał zamiaru silić się na jakiekolwiek uprzejmości. Skierował się więc nieco bardziej w cień, dalej, żeby sprawdzić teren i wrócić o północy do namiotu.
      Noc mijała w miarę spokojnie. Co jakiś czas wydawało mu się, że słyszy z oddali jakieś odgłosy, coś jak trzaskanie gałęzi czy charkot...ale może to były tylko zwidy? Spojrzał na wyświetlacz PDA. Cyferki przesunęły się właśnie idealnie na północ. Dlaczego, do cholery, Bellew nie przychodzi, żeby go zmienić? Przecież bardzo wyraźnie mu powiedział, kiedy ma to zrobić! Zaniepokojony ruszył w stronę namiotów, od których zdążył się już nieco oddalić...
      I wtedy usłyszał krzyk.
      Natychmiast pobiegł w stronę, z której dobiegał paniczny, falujący na najwyższych rejestrach wrzask pełen paniki, wrzask tak bardzo nie pasujący do osoby zwykle opanowanego i spokojnego Bellewa.
      -Co jest, kurwa?-rzucił bardziej do siebie niż do mijanego wartownika. Ten wzruszył ramionami, ale dołączył do niego. Jeżeli tamtego żołnierza napadło jakieś zwierzę, którego...
      Seria nerwowych, chaotycznych strzałów oddanych z jakiejś grubej spluwy upewniła Richarda, że rzeczywiście coś jest na rzeczy. Gdyby miał zgadywać, powiedziałby, że Bellew wali ze snajperki w to bydlę, czymkolwiek-ono-jest i jakkolwiek-się-nazywa. Nigdy nie wnikał w przyrodnicze niuanse, ale raczej wątpił, by nieszczęsnego żołnierza zaatakowała podstępna sfora dingo.

      Richard
      (Przepraszam za mały bałagan, ale musiałem poprawić odpis. Jeśli coś jest nie tak albo godzi w Twoją wizję, to krzycz :< )

      Usuń
  5. Część I:
    I drop in with my face to the wind
    But I can't find my feet it's like I lost the beat
    Mid air...


    -Zaiste, panie hrabio, pańskie delikatne uszka niczego nie słyszały-warknął Richard, unosząc pistolet. Miał świadomość, że taką zabaweczką nie zdoła zranić bestii, ale...Kto wie? Przeładował szybko, po czym rzucił okiem na sytuację: wrzeszczący coraz histeryczniej Bellew, nie próbujący nawet się uspokoić, z karabinem maszynowym wypluwającym pospiesznie jakieś obłąkańcze serie, technik, który jakimś cudem wyparował, przerażeni żołnierze, uciekający w krzaki Christopher...Wobec ogromu olbrzymiego dinozaura, ryczącego jak wściekły lew i depczącego drzewa bez najmniejszego problemu, bladła nawet kwestia tego, że przed chwilą tamten cymbał go śmiał dotknąć.
    -ODWRÓT!-wrzasnął. Wszyscy rzucili się w stronę obozu; kątem oka zarejestrował, że ktoś oddciągnął Bellewa i odebrał mu broń. Takim rozmiarem pocisku nie można było zranić tego mutanta, trzeba byłoby mieć co najmniej działo.
    Jaszczur szedł spokojnie w stronę ich obozu. Ryczał przy tym tak, że trudno było się dosłyszeć, a nawet miał krew na kłach. Przerażeni tym widokiem żołnierze uciekali jak szaleńcy, strzelając na oślep wokół siebie.
    -NIE STRZELAĆ, KRETYNI! NIE ZRANICIE GO TYM, A TYLKO ZMARNUJECIE AMUNICJĘ!-Richard starał się mężnie przekrzyczeć przemożny ryk dinozaura, co było trudne, zważywszy na fakt, że bestia operowała wspaniałą skalą głosową. Ci, którzy go dosłyszeli, przestali natychmiast strzelać; ostatecznie, zdaniem Richarda, skóra dinozaura była zbyt twarda, by przebiły ją pociski z Austeyrów F88. Pięćdziesiątki szóstki może i były dobre na snajperów w wieżach, ale raczej nie sprawdziłyby się w przypadku takiego bydlęcia jak to. Na razie bezpieczniej było się wycofać.
    Wycofywali się więc w stronę obozu, starając się nie spanikować (po drodze wyciągnął tego półgłówka z krzaków, zanim został zdeptany przez olbrzymie i szczerzące kły zwierzę; wszystko przebiegłoby planowo, gdyby nie pewien szczegół. Tym szczegółem był...Obóz. Namioty, które jeszcze kilka godzin temu stały w idealnym porządku, właśnie zostały zrównane z ziemią, a ich właściciele znajdowali się w przeważającej większości w paszczach dinozaurów - na miejscu znajdowały się jeszcze dwa takie potwory.
    Na oczach bladego jak trup Richarda jeden z trzech olbrzymich gadów (samica?) chwycił sprawnie młodego sanitariusza i odgryzł mu najpierw nogi, a później resztę.
    -Co to, na miłość boską, jest?-wykrztusił z trudem agent, starając się nie przeplatać swej wypowiedzi inwektywami. Tim zaczął zwyczajnie rzygać w krzaki.
    -D-dinozaur?-podsunął mu usłużnie w przerwach między kolejnymi spazmami wymiotów, zarobił jednak za to uderzenie w łeb.
    -To i ja, debilu, widzę, ale czy to skurwielstwo ma gdzieś jakieś tkanki miękkie, serce, cokolwiek, co da się zranić?-warknął Snowfall. Choć niebo było ciemnogranatowe i raczej ponure, nie można powiedzieć, by panowały egipskie ciemności - świecące na nim gwiazdy rozjaśniały mrok, do tego należało dodać księżyc, który właśnie wszedł na niebo, a także ognisko, którego jakimś cudem nie zadeptano w ferworze obecnych wydarzeń.
    Gady, skończywszy posilać się ich ekipą oraz niszczyć sprzęt, wydawały się być nadal głodne. Agent odwrócił się i trochę zmienił kierunek, tak by iść w innym kierunku niż ten, z którego wiał wiatr, a tym samym utrudnić robotę tym potworom. Już wiedział, dlaczego nienawidzi dinozaurów...i wszystkich możliwych filmów o dinozaurach. Chłodny, północny wiatr muskał co chwila jego twarz; młody żołnierz, ściskający w spotniałych palcach swój drogocenny karabin, był obrazem przerażenia.
    -Panie alfa i omega, wymyśl coś. Nauka coś mówi o takich bydlakach?-szepnął wściekle.
    -Jezus, kurwa, ja pierdolę...gdybym wiedział...-zakwilił Tim, dygocząc na całym ciele.
    W tej chwili rozległ się odgłos strzałów - niestety, nie były to strzały sygnalizacyjne ani tym bardziej odstraszające.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Część II

      Look before I leap again,
      Skeleton filled with Adrenalin
      How can I know that I got what it takes?


      Strzały, które oddawano, pochodziły teraz z FN Minimi, broni, której trudno było nie rozpoznać. Przez zamglony przerażeniem i wściekłością umysł Richarda przewinęła się teraz szybka wizja belgijskiej, solidnej, dobrej broni, stałego wyposażenia typowego żołnierza z Australian Army. Zaklął głośno, słysząc, że strzały się nasilają, po czym przyspieszył kroku. Po drodze mechanicznie podniósł czyjś karabin, który na pewno już się nie przyda prawowitemu właścicielowi, i odbezpieczył go do strzału (Deserta uprzednio ukrył w kieszeni).
      To, co zobaczył, jeszcze bardziej go zaskoczyło. Kilku żołnierzy, zupełnie nie przygotowanych na to, co tu się wydarzyło, dosłownie i literalnie zwariowało ze strachu. Richard nie dziwił się im, ale nie spodobało mu się, że obłąkani członkowie ekspedycji z głuchym wyciem wariatów walą ze swoich spluw do innych, uciekających żołnierzy.
      -Jezus, kurwa, ja pierdolę...-Tim przeżegnał się nader starannie jak na zdeklarowanego ateistę. Jego szare niczym mgła oczy pełne były przerażenia i łez. Richard nawet na niego nie spojrzał. Po prostu zdjął karabin z ramienia, po czym odchylił się nieco w prawo, by uniknąć ewentualnego odrzutu, i nacisnął flegmatycznie spust. Ponieważ akurat ten karabin był wytłumiony, a wokół panował rozgardiasz, strzał był słabo słyszalny. Żołnierz, który dostał, upadł ze zdziwieniem w oczach.
      -Szefie, co pan...
      -Im nic nie pomoże, a będą tylko przeszkadzać-warknął Richard.-Skoro przenieśliśmy się do jakiegoś chędożonego survivalu, to myślmy o tym, jak przetrwać. No, encyklopedio, powiedz w końcu coś, do cholery!
      Zręcznie uchylił się przed pociskiem wystosowanym w jego stronę przez jednego z obłąkanych. Tim odwrócił się, żeby sprawdzić tyły, po czym przestrzelił innemu szaleńcowi rękę.
      - Obawiam się, że przekazują panu ołowiane p-pozdrowienia - zająknął się, widząc, jak jeden z gadów przeżuwa ze smakiem rękę jego kolegi. Snowfall parsknął.
      -A czegoś ty się spodziewał? Delegacji, która nam podziękuje za uratowanie życia?
      Z każdą chwilą coraz bardziej czuł się jak na froncie.

      Richard

      Usuń
  6. Kiedy wrócił, jego twarz wyrażała taką wściekłość, że w tej chwili Richard mógłby służyć za chodzący słownik przekleństw. Posłał panu alfie i omedze zabójcze spojrzenie, po czym przeładował broń i sprawdził, ile mu jeszcze zostało.
    -Oczywiście, że nie oszczędziłem, za bardzo im odbiło. Gdybym tamtych nie zdjął, moglibyśmy oberwać także my. Chyba, że lubisz spacerować ze snajperskim w głowie-warknął, spoglądając na bladego jak kartka papieru Tima, który właśnie nerwowo kucał za chropowatym pniem drzewa. Sytuacja, w którą się wpakowali, nie była najwspanialsza pod słońcem: z całego, liczącego około dwudziestu pięciu osób (włącznie z technikami) obozu żywych zostało tylko trzech ludzi, resztę pożarły jakieś bydlęta rozmiarów wieżowca, które na dobrą sprawę nie powinny były istnieć od dłuższego czasu.
    -I daruj sobie wszelkie "o ile się nie mylę".-dorzucił jeszcze z rosnącą irytacją, po czym pochylił się, by zawiązać sobie but. -Jak się pomylisz, to się będziemy rozkładać w żołądku jakiegoś rexa albo innego zaura, więc miej to na uwadze.
    Nie mógł mu jednak odmówić słuszności co do tego, że należałoby się przemieścić, wobec czego zgarnął karabin, tyle amunicji, ile się dało, Tim chwycił jeszcze trochę ocalałego jedzenia z jednego z namiotów...i ruszyli w głąb lasu. Po kilkudziesięciu minutach błąkania się wśród drzew, przechodzenia przez polany i walki z upierdliwymi moskitami, które atakowały nader podstępnie mimo środka owadobójczego wykorzystywanego przez trzech wędrowców, udało im się znaleźć całkiem miłe i przyjemne drzewo, które gwarantowało w miarę wygodny sen. O ile jednak Timowi wdrapanie się na drzewo nie zajęło zbyt wiele czasu, o tyle Richard miał pewne kłopoty z dostaniem się na gałęzie, gdyż dość dawno już się nie wspinał. W końcu jednak się mu to udało i sporządził sobie jakie takie legowisko. Młody żołnierz zasnął dość szybko, wycieńczony całą sytuacją. Snowfall nie zamierzał jednak się zrelaksować. Jeśli straci czujność, mogą nadejść kolejne gady tego rodzaju i zrobić sobie z niego wyżerkę, a na to nie miał zamiaru pozwalać.
    -Na podstawie tego całego klimatu i tym podobnych...-mruknął, złażąc jak najciszej i jak najostrożniej po gałęziach do Chrisa, obecnego źródła w miarę przyzwoitych danych na temat dinozaurów.-Jakie w ogóle gatunki tu były? Tu, na kontynencie australijskim? Wolę wiedzieć, z czym będziemy mieli do czynienia...I czego możemy się spodziewać. T-Rexy równa się "nie ruszać się i nie pachnieć za bardzo", ale nie mam algorytmu do innych bydląt tego typu, mniejsza o roślinożernych...
    Skrzywił się. Raczej wątpił, by roślinożerne dinozaury były chętne do pożarcia ich, w końcu istota człekokształtna nie oferowała takiego spektrum smaków jak jakiś krzaczek. Dużo gorszym problemem były padlinożerne i mięsożerne - te pierwsze mogły zwabić tkanki i zwłoki tych członków ekipy, których jeszcze nie zjedli ci drudzy.
    W jego głowie kłębiły się rozpaczliwe pytania, na które nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Klął w duchu siebie, dowództwo, agencję, wojsko i całe to durne zadanie, na które w ogóle się zgodził, nie miał jednak teraz wyjścia. Przede wszystkim należało się ukryć przed czworonożnymi czy tam dwunożnymi głodomorami, później obmyślić, jak ściągnąć wsparcie bądź wykoncypować sposób na ucieczkę z tego piekła na ziemi.
    I ja narzekałem na spokój starego świata-jęknął w myślach, utkwiwszy zmęczone i poirytowane spojrzenie w niebie, na którym nie było gwiazd ani chmur. Za dobra kontynentalne nie spojrzałby na tego półgłówka, który i tak nie miał pojęcia o tym, jak żyć na tym świecie bez zasięgu w internetach lub bez podręcznych esejów na temat rzekotki drzewnej. To mu coś przypomniało...
    -A propos, zgubiłeś to, jak spieprzaliśmy. Podniosłem to, bo pomyślałem, że ci to potrzebne, choć nie wiem, co ma rzekotka do miejscowego dinosystemu-mruknął, wręczając McAlisterowi niewielką książkę zatytułowaną "Życie rzekotek drzewnych", którą czytał przy ognisku.

    Richard

    OdpowiedzUsuń
  7. -Nie oglądałem, ale przysięgam na honor, że jak wrócimy do starego kraju, nie odejdę od laptopa, dopóki nie obejrzę wszystkich części-jęknął szeptem Richard, rozsiadając się wygodniej na niewygodnej gałęzi. W myśli przeleciał wszystkie metody kontaktu z dowództwem i ucieczki, od heliografu począwszy, na zwianiu za pomocą jakiegoś zaura skończywszy (ten ostatni pomysł oczywiście odrzucił, gdyż - jak miał okazję zauważyć - lokalni dwunożni nie byli tak przyjaźni jak dinozaury z bajek dla dzieci). Welociraptory? Hm, kojarzyły mu się tylko z dziwnymi, dwunożnymi stworami z dziobem i ogonem, biegającymi z prędkością światła, ale nie oznaczało to, że nie będzie na nie zwracać uwagi. Wzmianka o bazie sprawiła, że uniósł wysoko brew w zaskoczeniu. Więc rzeczywiście miał z tym imbecylem więcej wspólnego niż chciał mieć...Pokiwał lekko głową, a na jego twarzy, pokrytej trzydniowym zarostem, pojawił się drwiący uśmiech. Czymkolwiek był ten cały...behawioryzm, Richard wolał poznać go z książek lub nudnej prelekcji, a nie z perspektywy soków trawiennych jakiegoś kuzyna krokodyli.
    -Nie ma tu zasięgu, więc będzie ciężko o wsparcie typowo internetowe. Wikipedia tym razem cię nie poratuje, Chris-zadrwił, zerkając niepewnie na podejrzanie ruszające się krzewy. Po chwili jednak spoważniał.
    Zerknął jeszcze raz na rośliny i rzekł cicho:
    -Musimy przedrzeć się z Breakheart Pass w jakieś inne miejsce. Albo po dwóch, trzech dniach nawrócimy na plażę i tam coś skołujemy, przy okazji zabierając radio, albo idziemy w góry. Widziałem jakieś na horyzoncie. Myślałem też o tym, by skombinować heliograf na wszelki wypadek...Lepiej korzystać z alternatywnych źródeł kontaktu.
    Tim zachrapał nieco niżej. Zdawałoby się, że sama natura, zmęczona dziennymi przeżyciami, pragnie odpocząć, zrelaksować się, odprężyć, gdyż nie było słychać praktycznie nic poza...
    Tupotem nóg, mogącym być przypisywanym wyłącznie czemuś małemu, ale niebezpiecznemu. Richard natychmiast utkwił wzrok w krzakach, z których dobiegał ów odgłos; po chwili spomiędzy roślin wyłonił się - mały, na szczęście, i mniej więcej w wieku dziecięcym - diplodok.
    -Kurwa-wyrwało się Richardowi z rozpaczą. Nie mieli jak uciec, a roślinożerca wyglądał na głodnego. Pozostawało modlić się, by zadowoliły go sąsiednie drzewka...


    Richard

    OdpowiedzUsuń
  8. Skoro Chris miał dobrą myśl, to Richard nie zamierzał mu odmawiać słuszności tejże myśli. Im dalej od mamusi i dziecięcia, tym dalej od bycia zjedzonym, a to zdecydowanie była kusząca perspektywa. Kwestię wiarygodności informacji z internetu pominął wzruszeniem ramion, nie chciał o tym rozmawiać. Mieli ważniejsze sprawy na głowie.
    -Miejsce, w którym mieliśmy się znaleźć dzisiaj, brzmi dobrze-stwierdził szorstko. I tak musiał nadać meldunek do dowództwa w jakikolwiek sposób, zanim Hotchkiss wskutek braku kontaktu uzna po jakimś czasie, że zginął z chwałą, i postanowi wyrzucić kolejnych agentów na rzeź na tę cholerną wyspę. Jeśli ktoś kiedyś zastanawiał się, jak było na froncie wschodnim w czterdziestym drugim, w Japonii w czasie "żabiej kampanii" Mac Arthura albo w czasie jakiejś innej kampanii wojennej, to Richard mógł mu na podstawie swoich zaurzych doświadczeń udzielić bardzo dokładnej odpowiedzi.
    "Mam nadzieję, że nie wykorzystają nas po wszystkim jako jakichś konsultantów do kolejnej części Indiany Jonesa czy innej Mumii"-pomyślał zgryźliwie, budząc Tima szorstkim szarpnięciem i zmuszając go do ruszenia w drogę.
    W piętnaście minut później cała trójka zmierzała już w kierunku miejsca, o którym wspominał Christopher, z Richardem na czele i McAlisterem na końcu, środek zaś zajmował rozdygotany jak osika chłopak.
    Szli dość szybko, wojskowym, dobrym tempem, więc o świcie udało im się dotrzeć na miejsce do bazy - niestety, była ona pusta niczym grobowiec faraona. Nic,zero żywych, trupów nawet nie było, a wszelki zasięg (obojętnie, czy chodziło o PDA, czy o zwykłą komórkę) postanowił wziąć sobie zasłużony urlop.
    -Ja biorę lewą stronę, ty idziesz na prawo, Tim, szukasz w tych namiotach w centrum i w namiocie radioty. Jest ryzyko, że sprzęt już został zniszczony, ale może znajdziemy jakąś metodę kontaktu. Zachować ostrożność i strzelać tylko w razie potrzeby -poinformował po chwili milczenia Snowfall, po czym, ignorując osobę Christophera i wszelkie jego metody jojczenia spod szyldu "nie mam zamiaru wysłuchiwać twoich rozkazów, ty gruboskórny kretynie", zabrał się do gorliwych poszukiwań. Tim, woląc nie polemizować z osobą pokroju Richarda, natychmiast podreptał posłusznie do wyznaczonego mu obszaru, wciąż trzymając drżący i spocony palec na spuście Minimi. Chyba sytuacja go przerastała.
    Boże, jakim cudem tę małpę wzięli do wojska? To tylko potwierdzało niskie mniemanie Richarda o armii amerykańskiej. Czasy Thomasa Jeffersona i Charlesa Lee, znane z popularnych gier, w które miał zwyczaj zagrywać się syn jego sąsiadów, już dawno odeszły w niepamięć; teraz liczył się ten, kto miał lepszy typ reaktora w danej broni.

    Richard

    OdpowiedzUsuń
  9. Widok bezgłowego naukowca i dwóch dinozaurów sprawił, że Richard wyrzucił z siebie kolejne przekleństwo. Rozejrzał się uważnie, szukając czegokolwiek, co mogłoby im dać wskazówki co do zmarłego, przyjrzał się też skrzynce. Hmm...Ciekawe. Zdjął z ramion plecak i oparł go ścianę, po czym wyjął zeń kosę i zaczął przy niej majstrować. Po piętnastu minutach podniósł się, marszcząc brwi i chowając nóż do kieszeni.
    -Zamknięte na szyfr, dlatego nie ma klucza. Musimy znaleźć do niej kod-poinformował szorstko. Rozejrzał się jeszcze raz, po czym dodał:-Przeszukaj to pomieszczenie. Musi tu być gdzieś jakiś nadajnik, jakaś legitymacja, cokolwiek. Ja idę sprawdzić, czy jest tu coś do komunikacji.
    To oznajmiwszy, wyszedł szybko z pomieszczenia, modląc się, by żadne dinozaury go nie znalazły ani go nie zjadły. Po drodze znalazł kolejne zwłoki naukowców - na ich piersiach były wprawdzie plakietki z nazwiskami, ale zabryzgała je krew i można było odczytać tylko fragmenty nazwisk lub pojedyncze litery. Jeden z zabitych miał na nazwisko "Ad erso", inny zaś zwał się - jeśli wierzyć plakietce "Phil ard". Richard przeszukał ich dokładnie, nie znalazł jednak w kieszeniach nic poza zmiażdżonymi urządzeniami i gumą do żucia. Klnąc cicho, agent przeszukał kolejne pomieszczenia -magazyny z jedzeniem i piciem oraz bronią, o dziwo nietknięte, jakieś puste pomieszczenie, toalety i pełen niedopalonych gratów pokój zebrań. Skonstatowawszy, że nigdzie nie ma nic ciekawego, wrócił do Chrisa.
    -Na korytarzu jeszcze czterech, poza tym pustka, wszyscy martwi i ze zmiażdżonymi PDA-westchnął.-Niezła masakra. Brak działającego sprzętu, zasięgu czy czegokolwiek. Chyba, że Tim coś ma.
    -Mam coś, szefie-potwierdził pewnie Connors, wchodząc do pomieszczenia.-Jest radiostacja, ale trzeba ją naprawić. Dwóch przy radiostacji, martwych i bez głów, pozostałych ośmiu coś zeżarło.
    Snowfall kiwnął głową. Znał się trochę na takim sprzęcie i jeśli okoliczności pozwolą, mógłby go czymś naprawić...
    ...o ile będzie czym i uszkodzenie będzie takie, że będzie wiedział, jak je usunąć. No i o ile żadne bydlę ich nie zaskoczy.
    -Masz coś? Jakieś nadajniki?
    -Tylko jedno PDA. Ale puste, bez żadnych notatek-westchnął Tim.

    Richard

    OdpowiedzUsuń
  10. Tim skinął głową, po czym zabrał się za pozbywanie ciał. Szło mu to dość sprawnie, jak na dzieciaka, który tak nerwowo reagował na sytuację; pewnie już się przyzwyczaił do rzeczy. Richard, wykorzystując bezczelnie możliwości, które dało mu PDA, chwycił je w swoje sprawne dłonie i zabrał się za hackowanie karty pamięci. Przez dłuższy czas w pomieszczeniu słychać było więc jedynie cichutkie, ale rytmiczne "pik, piiiik, pik, piiiik, pik, pik, piiiiik". Młody żołnierz, kręcąc się jak w ukropie, przenosił do tego pomieszczenia skrzynkę za skrzynką, usuwał trupy, w końcu jednak udało mu się dokonać tego, co zamierzył.
    -Udało mi się tu przenieść radiostację, sir - poinformował szeptem MacAllistera, chwilowo nie zwracając się bezpośrednio do zatraconego w klikaniu Richarda. -Uznałem, że tutaj będzie bezpieczniejsza. Jeżeli chce się pan wykąpać, to dwa pokoje dalej znajdują się prysznice, znalazłem też jedze...
    -Dobra, dobra-mruknął niecierpliwie agent, machając niedbale ręką i wracając do swej pracy. Chłopak zmarszczył brwi, przypatrując się jego działaniom. Blada jak u ducha twarz wyrażała najwyższe zaskoczenie oraz powątpiewanie w zdrowie umysłowe trzeciego z ocalałych.
    - Eee, sir...-zaczął, Richard jednak mu przerwał cichym, aczkolwiek przesyconym zadowoleniem głosem:
    -Mam, mam skurwysyna!
    -Kogo? Co? - młody Connors wyraźnie zdradzał całkowite niezrozumienie dla toku myślenia bruneta. Ten roześmiał się ochryple, przesuwając niedbale dłonią po pokrytej czarnym zarostem, zmęczonej twarzy. Podniósł się, po czym pokazał Chrisowi i Timowi ekran komunikatora. Prezentował on krótką notatkę: Drogi przyjacielu, przypominam ci, że pojemniki ze smarem do konserwacji numer 23 i 24 znajdują się w sali radiostacyjnej. Dbaj o nie, jak również i o skrzynkę z towarem. Kod dostępu do skrzynki to 45...
    -Trzy ostatnie cyfry są nieczytelne, ale mamy pierwsze dwie. Sądzę, że skrzynka z towarem to właśnie ta na kod-poinformował z uśmiechem. Po chwili dotarło do niego jednak to, co powiedział Christopher. "Nie znam się na tych skrzyniach, ale czy na pewno nie da się jej jakoś inaczej otworzyć, tylko specjalnym kodem?"
    Gdyby wzrok mógł zabijać, McAlister już byłby trupem.
    -Tu-warknął, po czym wskazał palcem na czoło-się puknij. Wiesz, co się dzieje, jak próbujesz się do tego włamać? Nie? To ci powiem. Przy takich zamkach jak ten montuje się często ładunki wybuchowe, ale od wewnątrz, to stary patent. Widziałem takich sporo jeszcze w MI6. Jak spróbujesz wejść w to z nożem, to wylecimy w powietrze, ewentualnie zrobimy karierę jako kolacja stegozaura.
    To rzekłszy, podjął kolejną próbę odnalezienia kodu.
    - Więc nic nie możemy zrobić, sir? - spytał Tim najciszej, jak mógł. Richard podniósł głowę, obdarzając go cynicznym uśmieszkiem.
    -Tego nie powiedziałem, młody. Szukajcie innych PDA, tam musi być reszta kodu.

    Richard

    OdpowiedzUsuń
  11. Ryk raptorów uświadomił Richardowi, że muszą uciekać. I to natychmiast. Akurat tej sugestii nie zamierzał się sprzeciwiać, kiwnął więc na Tima, żeby wziął skrzynkę (o dziwo okazała się lżejsza, niż sądził), przejął od niego pikające z cicha PDA i schował je do kieszeni, chwycił plecak, po czym - cóż - rzucił się do wspaniałego biegu do najbliższego pomieszczenia, w którym można byłoby się zamknąć. Skrzydeł dodawał mu przeraźliwy ryk zbliżających się coraz bardziej raptorów, które najwidoczniej były głodne. Nawet bardzo. Za nim biegł oglądający się nerwowo Tim, dzierżący w dłoniach zapewne cenną skrzynkę.
    Wreszcie dobiegli do pomieszczenia przeznaczonego na radiostację. Gdy tylko Chris wszedł do środka, Richard natychmiast zamknął dokładnie drzwi i siadł na podłodze, by rozkodować skrzynkę dzięki PDA, które znalazł. Zmarszczył brwi. Tim postawił swój cenny i podejrzanie lekki łup na ziemi, po czym siadł na cudem ocalałym krześle. Wyglądał na bladego, ale o dziwo przyzwyczajonego już do sytuacji. Czas mijał powoli, ryk raptorów to zbliżał się, to oddalał. Należało mieć nadzieję, że odejdą. Chcąc się czymkolwiek zająć, Snowfall skupił się na kwestii PDA. 45...i co dalej?
    -45...24....89-wyszeptał nagle. Tim uniósł brwi.
    - Że co? - nie zrozumiał.
    -Mam kod, młody. Znalazłem tutaj to, czego brakowało.-wyjaśnił pospiesznie Richard, po czym pochylił się nad skrzynką. Drżącymi od adrenaliny palcami wstukał wspomniane już cyfry w odpowiednie miejsca, mając nadzieję, że będzie to dobry wybór.
    Na szczęście okazało się, że tak - wieko skrzynki ustąpiło i oczom mężczyzn ukazały się jakieś dokumenty. Przejrzawszy je pobieżnie, Richard oddał je Chrisowi, po czym zerknął na zamek; rzeczywiście był zabezpieczony tak, jak mówił. Odetchnął z ulgą.
    -Mamy więcej szczęścia niż rozumu. Jak raptory odejdą, poszukam części, które pozwolą nam naprawić radiostację.-mruknął. Tim kiwnął głową. Ciągle wpatrywał się w poplamione krwią ściany z niebieskich kafelków.
    Wreszcie ryk zwierząt umilkł. Richard wstał z ziemi, otrzepując spodnie, w dłoni Tima zalśnił pistolet. Byli gotowi, by ostrożnie wyjść z pomieszczenia.
    - Wychodzimy?-spytał cicho Snowfall.

    Richard, który kompletnie nie ma weny i przeprasza za jakość

    OdpowiedzUsuń
  12. Na wieść o bazie wojskowej Richard uniósł wysoko brwi. Ośrodek dla komandosów?
    Z jednej strony pasowało mu to, bo na takim zapomnianym przez Boga i ludzi zadupiu najlepiej było ćwiczyć ludzi w sztuce zabijania, szkolić ich, przygotowywać do misji, słowem - czynić z nich asasynów. Nikt nie przeszkadza, rząd się nie wpiernicza w nie swoje sprawy, wojsko może tu robić w praktyce, co chce, można tu nawet robić tajne laboratoria rodem z taniego filmu. Z drugiej strony ciężko było mu uwierzyć, że nikt nie zrobił tu wcześniej rozpoznania, nie sprawdził tego terenu. Założyli tu tą bazę całkowicie w ciemno? Zwrócił uwagę na fakt, że na mapie nie było tych budynków, w których znajdowali się obecnie, a zaznaczone na nich lokalizacje były cholernie chaotyczne i pasowałyby raczej do jakichś podziemi niż do budynków naziemnych dla komandosów.
    -Heh, mi powiedzieli, że mam tu się pojawić, bo znikają ważni dla korony ludzie i trzeba to sprawdzić. Ani słowa o żadnej bazie wojskowej-stwierdził najcichszym ze swoich szeptów, jaki tylko posiadał w repertuarze głosowym. Oparł się o ścianę, starając się przeładowywać broń jak najciszej, co nie zmieniało faktu, że zmiana magazynków musiała nieść za sobą niezbędne dźwięki.
    - A mi niczego nie powiedzieli. Puścili mnie po prostu w ciemno. - westchnął Tim. - Przyjąłem tą misję, bo nie wiedziałem...co tu się będzie odpierdalało. Co teraz?
    Wydawał się oczekiwać na dyrektywy, więc Richard postanowił podjąć decyzję.
    -Zjedzmy coś i kładź się pod ścianą. Ja będę trzymał wartę.-mruknął, po czym sięgnął do swojego plecaka i wyciągnął jakąś cudem ocalałą konserwę oraz butelkę wody. Posiliwszy się, znalazł sobie jakieś miejsce do siedzenia (oczywiście oddalone jak najbardziej od Christophera), po czym zaczął przeglądać dokumenty. Kosztorysy, schematy techniczne, plany budynków, mapa terenu z pozacieranymi napisami...Przyjrzał się jeszcze raz zmiętoszonym, pogniecionym świstkom. Miał nadzieję, że uda mu się nie zasnąć i że da radę odczytać choć część z tego cholernego bajzlu.
    Po pewnym czasie obudził Tima i rozkazał mu gestem przejąć wartę, po czym sam położył się pod ścianą i zasnął ciężkim, dręczącym snem.


    Sen Richarda:

    Biegnę szybko, nerwowo, tupot moich nóg odbija się głuchym echem wśród matowych ścian korytarza. W zaciśniętych dłoniach trzymam dobrze wyważony pistolet. Jego lśniąca lufa wygląda groźnie, trzydniowy zarost pokrywa mi twarz. Chyba zarosłem, będę musiał się ogolić, kiedy to się skończy. Obandażowany na szybko nadgarstek boli jak cholera. W tle szumi za mną fontanna. Lewą ręką przyciskam do siebie narzędzie, które miałem zabrać z siedziby Kempeitai w Anglii. Rozglądam się na wszystkie strony, chcąc uniknąć niespodzianek. Czarny sweter ciasno przylega do mojego spoconego od biegu, drżącego ciała, czuję, jak wali mi serce z wysiłku. Staram się to opanować. Na wpijającym mi się w skórę zegarku przesuwają się leniwie cyfry. Odmierzają, ile zostało mi czasu?
    Skręcam w prawo. Agenci Ishigury na pewno już tu są. Muszę spieprzać, nie ma mowy, by mnie dorwali...z tym.
    Nagle drogę zastępuje mi on. Trudno nie rozpoznać tej jego radosnej twarzyczki, wygląda tak jak wtedy, gdy się poznaliśmy w kawiarni na Strandzie - poważny, z błyszczącymi oczami i zmierzwioną fryzurą, w odpowiednio skrojonym golfie. Uśmiecha się. Ma w dłoni pistolet.
    - Bloody hell, co ty tu, do jasnej cholery, robisz?! - jakbym słyszał samego siebie, w chwili naszego spotkania na wyspie po tych czterech latach. Chcę się cofnąć, zrobić coś, ale nogi mam jak z ołowiu. Christopher uśmiecha się szeroko. Mówi coś, po chwili rozpoznaję ten język. To...rosyjski? Ale skąd on, do licha, zna rosyjski?!
    - Nie uchatsja niczemu niekotorje, i uczytsja nie chotiat'. Kina amerikanskogo nasmotrielis', ili kryszu srywajet ot żadnosti?-pyta z drwiną w głosie. Po chwili naciska spust. Rozlega się strzał...

    Richard

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (W wolnym tłumaczeniu: "Nie nauczyłeś się, że nic nie jest pewne, i nie chcesz się nauczyć. Naoglądałeś się amerykańskiego kina, a może tylko chowasz jakieś żądze?".)

      Usuń