Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

26 lutego 2010

[KP] Watsonie! Watsonie gdzie ty jesteś?

Images of young Jude Law in an issue of "Vanity Fair" ended up helping me write about John.:
James Watson
brat pana Johna Watsona || tymczasowo Baker Street 221 B || w zastępstwie za brata

Z niejakim rozbawieniem słuchał o poczynaniach nowego współlokatora swojego brata. To własnie John z tej dwójki był pilniejszym uczniem, on chciał pomagać innym, chciał być lekarzem.
James był natomiast typem lekkoducha, któremu ciężko szło dorastanie. Młodszy z braci, który musiał mieć imię podobne do swojego starszego brata. Często słyszał jaki to z niego leń i ogólnie dlaczego nie jest taki jak John...
Być może dlatego nie zjawił się na żadnych uczelniach i pracował jako reporter. Pracował, bo kilka tygodni przed powrotem Johna stracił swoje zatrudnienie.
Chwilowo zastępuje Johna i pomaga panu Holmesowi w rozwiązywaniu tajemnic. Wcale nie zdziwiłby się jeśli pan Holmes nie zna jego imienia, albo jeśli pomyliłby go z bratem. Przyzwyczaił się do tego wszystkiego. Po prostu twierdzi, że już nie warto się denerwować. Chwilowo zastąpi brata i pojedzie w swoją stronę, bo przecież nic go tutaj nie trzyma.

Może po tym wszystkim w końcu uda mi się? Może wreszcie stanę na nogi?
Jak John mógł to wszystko wytrzymać? To ciągłe "Watsonie" jest denerwujące!

22 komentarze:

  1. Sherlock Holmes, który zazwyczaj wstawał późno (poza wcale nierzadkimi okazjami, kiedy w ogóle nie kładł się spać), teraz grał na skrzypcach z wyjątkowym zacięciem swoje wariacje na temat hymnu Anglii. "God save the queen" było samo w sobie piękne, ale jeżeli uzupełnić je dodatkowymi ozdobnikami, jakimś tremolando czy crescendo w wyższym tonie, subtelnym pociągnięciem smyczka...wychodziło coś interesującego ze wszech miar.
    Spojrzał na zegar wiszący na ścianie; wskazywał on godzinę 17:00. Był to idealny moment na podwieczorek i a cup of tea, który powinien zamówić, dzwoniąc na panią Hudson. Uśmiechnął się lekko, słysząc dzwonek do drzwi. Najwyraźniej ktoś przyszedł, aby zasięgnąć porady. Z zewnątrz dobiegały codzienne odgłosy wielkiego, londyńskiego życia: turkot powozów, dzwonki sprzedawców lemoniady, "pik pik" człowieka sprzedającego jedzenie dla kotów w wózku na kółkach. Co jakiś czas odezwał się nawet gwizdek konstabla.
    Do pokoju, będącego skrzyżowaniem eleganckiego salonu z laboratorium i biblioteką, w którego kącie tkwiła samotnie cudem ocalała w tej apokalipsie palma, przez idealnie wymyte szyby wpadało jasne, wesołe światło dnia. Niemniej jednak nie należało zapominać, że trwała właśnie melancholijna, smutna jesień Anglii wiktoriańskiej, a na zewnątrz wcale nie było tak ciepło, jak mogłoby się wydawać. Cóż, rok 1880 obfitował w wiele ciekawych spraw, ale ostatnio...panowała jakby posucha.
    Odłożył z pietyzmem skrzypce, ułożył smyczek w futerale tak, jak układa się dziecko w łóżku, i odwrócił się do Jamesa. Z każdym dniem jego pobytu w Londynie coraz bardziej podziwiał słuszność teorii atawizmu, która tak wyraźnie odzwierciedlała się w braciach Watson - podzielali te same zamiłowania, mieli podobny gust, tak samo byli nieporadni w kontaktach z kobietami (przynajmniej John był taki)...
    -Mój drogi, powinieneś bardziej doceniać hymn narodowy-dociął mu z sardonicznym uśmiechem, zbliżając się do drzwi. -Nie będę bardzo zdziwiony, jeżeli właśnie nadchodzi ta ciekawa sprawa, której tak pragniesz.
    To rzekłszy, podszedł do stołu, na którym leżała jego ukochana fajka, chcąc zapalić. Po wyczerpującej pracy z wariacjami muzycznymi, unoszeniu się na falach geniuszu artystycznego, potrzebował wzmocnienia w postaci dymiącego wspaniale indyjskiego tytoniu. Po krótkiej chwili w całym pomieszczeniu zapachniało wschodnimi wonnościami, a Sherlock - usadowiony w swym ulubionym fotelu - oczekiwał wejścia swego nowego klienta lub klientki. Po sposobie, w jaki wchodził po schodach w górę wnioskował, że musi być to dama...jeśli nie jest to młodzieniec wyrobiony w złodziejskim fachu. Uśmiechnął się do siebie, po czym wypuścił kolejny kłąb dymu w powietrze.
    Zaiste, nadchodziło kolejne ciekawe wyzwanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Po krótkiej chwili służąca wprowadziła do środka zakłopotaną starszą damę w żałobie. Po cennej biżuterii, kwefie na twarzy i drogich jedwabiach, w które była ubrana, Sherlock wydedukował, że jego klientka musi należeć do wyższych sfer. Zerknięcie przez okno upewniło go, że to szlachcianka - przed domem na Baker Street stał powóz z herbem na drzwiczkach. Herb ten dał Holmesowi wiele do myślenia. Zgasił fajkę leniwie, po czym skłonił się starszej damie.
    -W czym mogę pomóc, milady?-spytał szarmancko. -O ile mnie wzrok nie myli, mam bowiem zaszczyt z matką księżną Codrington, wdową po księciu Codrington.
    Starsza kobieta, która zdążyła właśnie zdjąć kapelusz i kwef i ukazała swą arystokratyczną twarz, uniosła brew w zdziwieniu.
    -Lord Aldrin polecił mi pana, panie Holmes, po tym, jak zajął się pan sprawą jego córki; słyszałam też o historii, którą pan, doktorze Watson, opisał jako "Studium w szkarłacie. - zaczęła spokojnym, nieco zmęczonym głosem. Wyczuwało się, że jest sterana życiem.
    -Z całym szacunkiem, księżno, ale to nie jest mój przyjaciel, doktor John Watson. Jest to jego brat, James, niemniej równie godny zaufania-przerwał Sherlock, rozsiadając się w fotelu i wskazując księżnej kanapę. Ta usiadła i wpatrując się w Holmesa, uśmiechnęła się.
    -Proszę mi więc wybaczyć, panie Watson. Przejdźmy jednak do sprawy. Panie Holmes, zna pan mego syna, Arthura...Niedawno powrócił ze służby wojskowej w marynarce królewskiej. Od zawsze ciągnęło go do wody i morza. Jest to mój jedyny syn i dziedzic nazwiska. Ostatnio spotykają go bardzo dziwne wypadki...Najpierw oślepiono jego konia, potem w jego kawie znalazłam dziwny proszek, a niedawno, to znaczy dwa dni temu, mój syn został zaatakowany przez dwóch oprychów. Grozili mu, że jeśli nie zostawi jakiejś sprawy, skończy w kostnicy...
    Głos starej księżnej zadrżał.
    -Wymówili słowo "rache", syn pomyślał więc, że może to mieć związek z panną Rachel Atwood, córką sąsiada, z którą zerwał zaręczyny, ale...Pomyślałam, że zwrócę się z tym do panów jako ludzi dyskretnych i godnych szacunku. Czy mogę liczyć, że...
    -Oczywiście-w głosie Holmesa była spokojna powaga. Poprawił kołnierzyk koszuli, po czym zaczął sporządzać notatki. Z zeznań księżnej wynikało, że panna Rachel, jako osoba mściwa, mogła mieć motyw; sir Arthur był krótko na placówce dyplomatycznej w Niemczech, gdzie bardzo mu się podobało. Nie miał wrogów, a przynajmniej matka nic o nich nie wiedziała...nie mieli też długów ani problemów finansowych, a stary książę jako człowiek-dusza i oddany dworowi raczej nie zaskarbił sobie żadnych wrogów. Cóż, przypadek ten musiał pobudzić do myślenia...Tym bardziej, że wpływ kontynentu bardzo wyraźnie się tu zaznaczał.

    OdpowiedzUsuń
  3. Księżna spojrzała uważnie na Watsona, Holmes zaś ledwo dostrzegalnie kiwnął głową z aprobatą. Nadal sprawiał wrażenie, jakby nie zwracał uwagi na to, co mówi czy robi jego współlokator, skupiony całkowicie na sprawie. Owszem, spostrzeżenie Jamesa było słuszne - słowo "rache" rzeczywiście pochodziło z niemieckiego i oznaczało "zemstę". A zatem chodziłoby tu o zemstę nad sir Arthurem...za co? Odrzucona miłość? Wówczas pod uwagę należałoby brać pannę Rachel. Ową sprawą mogłyby być działania podejmowane w kierunku ożenku z inną kobietą, a wówczas oślepienie konia, trucizna w kawie (bowiem owym proszkiem mogła być albo trucizna, albo lek nasenny, albo narkotyk), i wynajęcie opryszków należałoby przypisywać mściwości młodej kobiety. Niby kobiety potrafiły być straszniejsze niż legion, ale...Zmarszczył brwi. Czemu panna Rachel miałaby aż tak prześladować swego byłego narzeczonego? Choroba psychiczna? Obraza? Placówka dyplomatyczna w Niemczech.
    Brak wrogów...Też coś! Gdyby Holmesowi pokazano jakiegokolwiek lorda, który twierdziłby, że nie ma wrogów, pokazano by mu wierutnego kłamcę i oszusta. Jednak wierzył starszej damie.
    -Słuszne spostrzeżenie, drogi Watsonie. "Rache" to po niemiecku "zemsta", możemy więc z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładać, że chodziło o zemstę mocodawcy opryszków nad sir Arthurem.-stwierdził z zamyśleniem. Księżna uniosła wysoko brew.
    - Lady Atwood ma 19 lat, i...jeśli mam być szczera z panami, to nie jest to odpowiednia żona dla mego syna - wyjaśniła cichym, aksamitnym głosem. - Jest rozpieszczona, gdyż rodzice od dziecka pozwalali jej, jako jedynaczce, na wszystko, stroili ją jak lalkę, słowem, nie miała charakteru, którego potrzebował Arthur. Dlatego się rozstali, szczególnie, że Arthur podejrzewał Rachel o niewierność.
    -Czyli mamy do czynienia z tezą "Rachel" i tezą "rache". Samo "rache" może wskazywać na wątek polityczny, ale też i na pannę Rachel. Musiałbym z nią pomówić, aby się upewnić...Kto jeszcze mieszka w Codrington Hall, madame?
    - Ja, Arthur, służba składająca się z siedmiu osób, pułkownik Powell bawiący u nas w gościnie. To wszyscy. Służba składa się zaś z Dawnsa, naszego kamerdynera, pokojówek Annie, Rose, Marii i mojej służącej Sary oraz ze stajennego nazwiskiem Roskind. - odpowiedziała z namysłem księżna. Holmes wstał. Przez jego twarz przewinął się lekki uśmiech, a oczy zabłysły zaciekawieniem.
    -Od jak dawna są oni zatrudnieni w Codrington, madame?
    - Dawns jest tutaj jeszcze od czasów młodości mojej i męża, czyli od czterdziestu lat, pokojówki zatrudniłam niedawno, a Sara służy od dwudziestu lat. Stajennego zatrudnił z kolei Arthur jakieś dwa lata temu, gdyż wcześniejsza służba zmarła z przyczyn naturalnych. W końcu byli to ludzie jeszcze z epoki moich teściów - zaśmiała się cicho księżna. Detektyw splótł palce w dłoniach, uważnie się jej przyglądając. Wreszcie zadał dość zaskakujące pytanie:
    -Niegdyś zapewne jeździła pani konno, madame?
    - Och, nie, już nie. Ale w młodości jeździłam.
    Księżna wydawała się zaskoczona takim obrotem spraw, Holmes jednak zręcznie uśmierzył jej obawy. Z dalszego przesłuchania wynikało niezbicie kilka faktów: listy od syna z Niemiec były krótkie, ale pełne radości i opisów przyrody, ale nie było tam żadnych wzmianek o wrogach czy o problemach. Wszystkie przychodziły w regularnych odstępach. Książę cieszył się żelaznym zdrowiem i nigdy nie zaglądał do butelki, księżna zaprzeczyła też, jakoby kiedykolwiek zażywał narkotyki. Zwykł pijać jedynie kawę rano i wieczorem, a był to zwyczaj, który pielęgnował u siebie od lat nastoletnich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. -Cóż może mi pani powiedzieć o pułkowniku Powellu?
      - To przyjaciel mego nieboszczyka męża, razem służyli w kawalerii w czasie wojny. Po jego śmierci nasze kontakty ochłodziły się, ale...nadal nas odwiedza. Bardzo lubi Arthura i wydawał się sprzyjać jego małżeństwu - odpowiedzi księżnej były szybkie i pewne, niczym strzały z karabinu maszynowego. Najwidoczniej bardzo chciała pomóc. Wreszcie zaprosiła obu mężczyzn na nocleg do Codrington Hall, obiecała pomówić z synem i udostępnić jego listy, po czym wyszła z godnością cechującą zawsze wielkie damy.
      Gdy za księżną zamknęły się drzwi, Sherlock chwycił swój notatnik i niecierpliwie otworzył go na wolnej kartce.
      -Powiedz mi, mój drogi Watsonie, co sądzisz o księżnej matce? - zagadnął ni stąd, ni zowąd. Ciemne, pełne głębi oczy sławnego detektywa badawczo wpatrywały się w młodego mężczyznę, jakby chcąc uzyskać odpowiedź.

      Sherlock Holmes

      Usuń
  4. -Mój drogi Watsonie, to tylko kwestia zapatrywań! Na tym etapie śledztwa nie wolno nam nikogo wykluczać spoza podejrzeń. Księżna matka bardzo kocha syna...Mogła rozbić jego związek z lady Rachel, choć z drugiej strony motyw jej pojawienia się u mnie nie wydaje się w świetle tej hipotezy zbyt jasny. Twoja hipoteza o przejęzyczeniu nie wydaje się zbyt trafna z punktu widzenia logiki, chociaż nie możemy założyć, że zbiry, których najęła panna Rachel, nie pochodziły z kontynentu lub że nie zapłacono im za zastraszenie młodego księcia, a wówczas teoria o polityce byłaby słuszna. Jeśli zechcesz usiąść wygodnie, wówczas objaśnię ci me spostrzeżenia, które uczyniłem do tej pory.
    Prośba ta była o tyle słuszna, że spostrzeżeń zgromadzonych przez Holmesa było sporo. Gdy tylko brat doktorka zajął miejsce należące uprzednio do księżnej, detektyw przeszedł do wyjaśnień:
    -Należy postawić przede wszystkim hipotezy robocze. Pierwsza: panna Rachel mści się na Arthurze, mając motyw - odrzucona miłość skłania do porywczych działań; mogła wynająć zbirów w tajemnicy przed rodziną i opłacić ich, aby zastraszali lorda Codringtona...tylko czy zemsta za zerwanie zaręczyn usprawiedliwiałaby takie czyny? Książę nie jest tchórzem, a zaręczyny zerwał przed wyjazdem. On o tym zapomniał, ale ona nie...i jak widzisz, Watsonie, teraz może się mścić. Wyobraź sobie, że jesteś kobietą, twój były narzeczony zerwał z tobą i wyjeżdża za granicę. Czy rzeczywiście czekałbyś z zemstą aż do jego powrotu?-spytał z namysłem. Poczekał chwilę na odpowiedź, po czym spojrzał na swą filiżankę. Była pusta, dolał więc sobie herbaty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. -Hipoteza druga: księżna matka. Jak ją trafnie oceniłeś, jest nieco zbyt pewna swych racji. Sądzę, że jej relacje z panną Rachel mogły być cokolwiek zimne, trudno jednak przypisać jej inny motyw poza miłością do syna. Hipoteza trzecia: wrogowie rodziny. Trudno mi uwierzyć, że młody Codrington nie ma nikogo, z kim byłby skłócony, zastanawia mnie też rola pułkownika Powella w tej całej sprawie i jego pobyt...Hipoteza trzecia: polityka. Książę bawił w Niemczech na placówce dyplomatycznej. Mógł tam nawiązać kontakty i stosunki z podejrzanymi organizacjami, potem zdecydować na przykład, że z nich wystąpi czy też przyjrzeć się bliżej poczynaniom jej członków, a wtedy "rache" i sprawa, którą miałby zostawić, mogłyby wiązać się z przyczynami politycznymi. Jak powiedziałem, są to hipotezy, ale trzeba je będzie sprawdzić. A teraz czy mógłbym cię prosić, abyś wyświadczył mi przysługę?
      Urwał ponownie, wpatrując się z namysłem w inicjały Królowej utworzone na ścianie z otworów po kulach. Stanowiły one dość ciekawy...kontrast z kolorem tapety.
      -Czy mógłbyś zdobyć dla mnie jakieś informacje na temat tego Powella w intendenturze wojskowej, a potem poszukać informacji o rodzinie Atwoodów? Ja w tym czasie sprawdzę dokładnie Codringtonów oraz to, co wiemy na temat niemieckich wojaży sir Arthura. Sprawę powinien ułatwić fakt, że twój brat był swego czasu lekarzem wojskowym i możesz się na niego powołać.
      Podniósł się z fotela, po czym podszedł do inicjałów i pieszczotliwie przesunął po nich dłonią. Wciąż jeszcze pachniały prochem, choć nie czuło się go aż tak silnie jak wtedy.

      Sherlock Holmes

      Usuń
  5. Pytanie Watsona sprawiło, że Holmes uśmiechnął się lekko. Przesunął wypielęgnowanymi palcami po blacie stołu do doświadczeń, zastanawiając się nad czymś. Utkwił wzrok w ubrudzonych probówkach wypełnionych różnokolorowymi substancjami o mało przyjemnych woniach, na których ostatnio sprawdzał pewną truciznę. Gdyby jego hipotezy się potwierdziły, byłby to zdecydowanie ciekawy przypadek.
    -Interesuje mnie przebieg służby wojskowej pułkownika, jego pobyt za granicą, awanse, ogólna opinia przełożonych, a także informacje na temat jego powiązań z lordem-ojcem. Jestem pewny, że ktoś z intendentury będzie coś wiedział na ten temat.-stwierdził z uśmiechem. Przesunął jedną z probówek nieco głębiej, pod ścianę, czemu towarzyszył odgłos szurania. Przymknął powieki. Jak pisał stary Monteskiusz, towarzystwo kobiet psuje smak i obyczaje. Całkowicie się z nim w tej kwestii zgadzał.
    -Interesują mnie też wszystkie informacje na temat rodziny Atwoodów, a zwłaszcza samej Rachel. Aha, i jeszcze jedno, drogi Watsonie.
    Umilkł na chwilę, by przelać kwas siarkowy w probówkę z azotanem sodu. Uśmiechnął się, wyczuwając charakterystyczny zapach i widząc zmianę koloru.
    -Czy mógłbyś sprawdzić, czy ktokolwiek ze znajomych sir Arthura mówi po niemiecku?

    Sherlock Holmes

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (Czyli chodzi o charakter Rachel, jej rodzinę, relacje z innymi, wykształcenie, plany na przyszłość etc. Krótko, ale nie miałem czasu :< )

      S. H.

      Usuń
    2. Następny dzień przyniósł nieco zmian - tym razem Sherlock spożywał podwieczorek bez uprzedniego rzępolenia na skrzypcach, nie prowadził doświadczeń chemicznych ani nie strzelał do ścian, aby ułożyć inicjały królowej. Za to przeglądał uważnie "Timesa" w chwili, gdy Watson wszedł do jasnego, wygodnie umeblowanego pomieszczenia, i odłożył gazetę na znak najwyższego zaciekawienia.
      -Mój drogi, mamy sporo informacji, którymi możemy się wymienić-poinformował go z emfazą, opierając prawą, pokrytą plamami po kwasach i substancjach dłoń na zadrukowanym papierze.-Sprawdziłem Codringtonów. Lord-ojciec, sir Henry, służył w infanterii w Indiach, potem ze względu na stan zdrowia wrócił do kraju i ożenił się z Alice Harrison, córką ósmego lorda Martingdale. Małżeństwo to było szczęśliwe, aczkolwiek nie przyniosło wielkiego posagu. Szczególnie przyjaźnił się z pułkownikiem Markiem Powellem, którego to Powella prosiłem cię, byś sprawdził.
      Rozprostował gazetę; okazało się, że jest to jeden ze starszych roczników, wydanie "Timesa" sprzed dziewięciu lat. Jeden z artykułów, zakreślony ołówkiem, głosił o awansie podpułkownika Marka Powella; inna gazeta, którą po chwili wydobył zza mnóstwa papierów, podawała informację o rozejściu się Arthura i Rachel oraz o jego wyjeździe do Niemiec.
      -Księżna jeździ konno...i to od dawna. Książę następca, że tak go określę, odziedziczył to po matce i równie chętnie jeździ. A zatem okaleczenie konia może być jednym z chytrych sposobów zemsty panny Rachel, skądinąd mieszkającej po sąsiedzku. Nie jest to problem przekupić stajennego, by przeprowadził taką operację, a uważam, że za tą...hm, czynnością, kryje się metafora - tak jak ślepy koń, Arthur nie wyczuł zalet panny Rachel i wzgardził nimi, więc ma go czekać przykry los. Może to przystawać do mojej pierwszej tezy, którą wczoraj postawiłem, ach...i wiem na pewno, że matka nie zna niemieckiego. Sprawdziłem to za pomocą małego eksperymentu - udałem niemieckiego służącego i zaczepiłem ją, gdy wychodziła do kościoła, pytając o drogę. Całkowicie mnie nie zrozumiała.-uśmiechnął się, po czym skupił się na faktach:-A co ty znalazłeś, mój drogi Watsonie?
      Do pokoju dyskretnie wsunęła się pani Hudson. Z gracją i godnością damy dawnej daty zaczęła sprzątać pokój, nie zwracając uwagi na rozmowę. Zresztą, gdyby nawet coś usłyszała, dyskrecja szacownej gospodyni tego domu była tak sprawdzona, że Holmes był pewien, że niczego nie powtórzy. Co innego, gdyby usłyszała ich pokojówka, wówczas istniało ryzyko...zbyt wczesnego urwania się nici. A na to Holmes nie miał zamiaru pozwolić, nie w tym tak pasjonującym przypadku! Przypominał mu on pod pewnymi względami sprawę kamei watykańskich oraz jeszcze jeden przypadek, o którym czytał w pracach Bertillona.

      S.H.

      Usuń
  6. The calm that comes before the break,
    the sun that sets like yesterday.
    The good may come, go away...


    Uśmiechnął się delikatnie, słysząc uwagę Watsona. Otworzywszy notes, zanotował wszystko, co przekazał mu brat Johna. Każda informacja miała teraz swoją wagę, zwłaszcza taka, która z pozoru była zupełnie nieistotna. Daty zgadzały się z tym, co udało mu się odkryć, co mogłoby oznaczać, że Powell miałby motyw - długi, których nie sposób było wyegzekwować od ojca, łatwo byłoby ściągnąć z osoby syna, mamiąc przy okazji matkę fałszywymi obietnicami. Przyjaciele sir Arthura...Tak, to zdecydowanie go zafrapowało. Przystawaliby zarówno do koncepcji numer jeden, jak i do koncepcji numer dwa, gdyby tylko udało się udowodnić ich powiązania ze sprawą napaści na Arthura...! Zatarł ręce, bardzo zadowolony.
    -Mój drogi, niewątpliwie mamy z czego lepić. Daty się nam idealnie zgadzają. Czy mamy nazwiska tych niemieckojęzycznych przyjaciół młodego lorda?-spytał dla pewności, rozsiadając się wygodnie w pluszowym fotelu. Strząsnął popiół do wyświechtanego i czarnego niczym święta ziemia kapciucha, skupiając się tylko i wyłącznie na tym, co w tej chwili było istotne. Pani Hudson spojrzała na dwóch dżentelmenów z zaciekawieniem, po czym podeszła do zawalonego najróżniejszymi rzeczami stołu, aby zabrać czajnik i nakrycia po śniadaniu. Jej pomarszczona, zaróżowiona twarz zdradzająca historię wszystkich zmartwień, nieprzespanych dzięki Holmesowi i jego skrzypcom nocy, trudnych czasów et caetera, teraz była pogodna, a w wyblakłych oczach tliła się radość. Detektyw byłby gotów implikować, że powodem niebywałego szczęścia ich gospodyni, mającym wiele wspólnego z przypaloną jajecznicą oraz najnowszym wydaniem Timesa, było szczęśliwe zakończenie historii opisywanej przez rzeczoną gazetę w odcinkach. Spojrzał uważnie na przyjaciela. Coś go zaczęło zastanawiać...Wtem, przesunąwszy jeszcze jedną stertę nieotwartych listów, wyciągnął jeden i wręczył mu go.
    -To od Johna, adresowane do ciebie. Przyszedł dziś rano, kiedy spałeś, więc odebrałem go w twoim imieniu. Przyniósł go mały Cartwright z biura posłańców Wilsona i Synów.

    Sherlock Holmes

    OdpowiedzUsuń
  7. -Hm...To brzmi jak ciekawa hipoteza. Jeżeli przyjąć, że Rachel kieruje się odrzuconą miłością i żądzą zemsty, a pułkownik chęcią odzyskania długu honorowego lub nienawiścią do rodziny, wówczas mogłoby to przystawać do koncepcji. Można byłoby wtedy założyć, że rzeczywiście się ze sobą porozumieli, musimy jednak mieć na to wszystko niezbite dowody. Dlatego wyjedziesz dziś jeszcze do Codrington Hall.-oznajmił Sherlock, kwitując lekkim uśmiechem i skinieniem głowy informację o pozdrowieniach, które przekazywał mu listownie John. Zawsze zaciekawiała go teoria atawizmu i dziedziczności pewnych cech. Gdyby przyjrzeć się uważnie braciom Watson, dostrzegłoby się spore podobieństwa - zarówno John, jak i James stworzeni byli na ludzi czynu. Potrzebowali działania, pożytkowania energii i sił w słusznych celach, nie interesowało ich za bardzo psychologiczne domniemywanie, co kto mógł zrobić i jaka była jego motywacja. Choć znakomity detektyw nie przeczył, że aktywne działania bardzo pomagają w wielu sprawach i ułatwiają pracę wymiarowi sprawiedliwości, to jednak sądził, że w pewnych chwilach bezpieczniej jest korzystać z dobrodziejstw logiki i dedukcji.
    Syn bankiera i syn urzędnika. Osoby z zupełnie różnych klas społecznych, pracujące z sir Arthurem na placówce, znające dobrze niemiecki...Polegał na lingwistycznej wiedzy Johna. Co jak co, ale intuicja młodszego z Watsonów bardzo często mu pomogła w rozwiązywaniu ważnych spraw; liczył, że i tym razem tak będzie. Uchylił okno, pozwalając, by do środka wpadło więcej jesiennego, rzeźwego powietrza. Na zewnątrz gwar zdawał się narastać. Londyn nigdy, nawet przy największych chłodach, nie milkł, wręcz przeciwnie - żył zawsze swoim głośnym, typowym dla wielkich miast życiem. Z sąsiednich domów dobiegały wesołe głosy, mali gazeciarze wrzeszczeli ile sił w płucach, oferując najnowsze wydanie "Timesa" lub "The Star". Tak, to był znakomity moment, by wyruszyć do Codrington Hall.
    -Zabierz ze sobą broń-instruował Watsona, wypisując swym starannym pismem blankiet telegraficzny.-Zwracaj baczną uwagę na wszystko, co będzie ważne dla sprawy, szczególnie na pułkownika i damę. Porozmawiaj z mieszkańcami dworu, przeszukaj pokoje; myślę, że nie będzie z tym problemu. Ja zostanę w Londynie jeszcze czas jakiś, by skorzystać z tutejszych możliwości, i dołączę do ciebie za kilka dni. Wszystkie nowe opresje, w jakich znajdzie się sir Arthur, nowe informacje i wszelkie szczegóły, choćby nawet najmniej istotne, będą bardzo pożądane. I...
    Zawahał się. W jego naturze nie leżało okazywanie uczuć; zawsze był raczej zamknięty w sobie, powściągliwy i nie afiszował się z tym, co w danej chwili czuł. Niejasne przeczucie kazało mu jednak porozmawiać nieco otwarciej z bratem swojego przyjaciela przed misją.
    -Uważaj na siebie. Możesz się śmiać, mój drogi, lecz z prawdziwym niepokojem cię tam wyprawiam i rad będę, jeżeli wrócisz na Baker Street cały i zdrowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Depesza do księżnej Codrington była krótka i zwięzła: "mój przyjaciel John Watson przybędzie dziś wieczorem. proszę udzielić mu wszelkiej pomocy w śledztwie. sam przybędę do dworu dopiero za jakiś czas. S.H." Liczył na to, że zarówno stara dama, jak i jej syn nawiążą wszelką współpracę z Watsonem w tym zakresie. Sam zamierzał zostać w mieście, tym bardziej, że nazwiska Phoenix i Black bardzo brzmiały mu znajomo. I, jeśli się nie mylił (a rzadko zdarzało się, by był w błędzie), panowie ci mogli odegrać dość ważną rolę. Co łączyło wyniosłego szlachcica z tymi zaradnymi synani nisko urodzonych? Przyjaźń? Wrogość? Czy znali pannę Rachel i starali się o jej względy? Jeżeli tak, wówczas można by implikować tezę współpracy, ale jaki mogli mieć motyw? Czy rzeczywiście można by brać pod uwagę możliwość, że Rachel, chcąc się mścić na ukochanym za odrzucenie jej, wykorzystała dwóch swoich adoratorów? A może to któryś z tych dwóch panów postanowił wyeliminować współzawodnika dla pewności? Chyba że znów chodzi tutaj o polityczne zawirowania i stosunki angielsko-niemieckie, które na tę chwilę są dość poprawne...Zaciągnął się dymem z fajki, usiłując sobie to wszystko poukładać. Do dwóch tez roboczych dołączyły jeszcze inne, ale tak niezborne, tak chaotyczne, że nie chciał ich ujawniać. Wyszedł więc, informując Watsona, że idzie nadać telegram do Codrington, i ruszył na pocztę. Po drodze wciąż na tym wszystkim myślał.
      Sherlock Holmes

      Usuń
  8. Podróż do Codrington Hall minęła Watsonowi bez większych przeszkód. Na miejscu powitał go siwowłosy kamerdyner w czarnej, jedwabnej liberii, ze wszech miar poważny i starożytny niczym mumie. Przyjęła go także sama księżna matka, wciąż w żałobie i ukrywająca pod pozorami eleganckiego spokoju nerwy. Zaoferowała Watsonowi wygodny pokój gościnny, oddała do jego dyspozycji całą służbę, ba - oddała mu klucze do pokoi, które miał przesłuchać, słowem, poszła na pełną współpracę. Młody lord, bladawy blondyn o czarującym uśmiechu, również udzielił stosownych wyjaśnień i zaprosił Jamesa na karty.
    Elegancki, obity ciemnoniebieskim pluszem salon z portretami rodzinnymi w złotych ramach i wazonami pełnymi kwiatów, a także z Adeliną Patti na ścianie pod kanapą, zdecydowanie niczym się nie wyróżniał - no, może ścianą pamięci urządzoną na cześć śpiewaczki.
    -Moja matka była gorliwą wielbicielką talentu boskiej signory Patti - wyjaśnił niedbale Arthur, prowadząc gościa do stojącego pod oknem stołu karcianego pokrytego zielonym niczym majowa trawa suknem. Leżące na nim talie kart wyglądały tak, jakby dopiero przed chwilą odłożyła je uważna ręka wytrawnego gracza.
    -Zechce pan zagrać, panie Watson? Proszę mi wybaczyć, wiem, że pański brat nosi tytuł doktora nauk medycznych, ale pan chyba jeszcze nie uzyskał żadnej rangi? - dopytał jeszcze jego lordowska mość, sięgając po karty. Piegowata pokojówka wniosła dwie drogie, porcelanowe filiżanki, po czym postawiła je na stole obok kart. Skłoniła się i wyszła, pozostawiając obu panów samych.
    -Uważam, panie Watson, że zachowanie Rachel jest wprost oburzającym - mówił książę, tasując z uwagą karty. - Zachowuje się całkowicie nielogicznie!
    - Być może dlatego, że jest kobietą, mój synu - uczyniła uwagę z uśmiechem księżna, która właśnie weszła do środka wraz z pułkownikiem, mocno szpakowatym mężczyzną w galowym mundurze o potężnie sumiastych wąsach koloru kruczych piór. Zasalutował, widząc Jamesa.
    - Czy mógłbym się dołączyć do gry? - spytał tak potężnym basem, że gdyby chciano burzyć wieżę Tower, zdecydowanie wystarczyłoby wykorzystanie samego głosu pułkownika Powella.
    W tym samym czasie Sherlock Holmes, przemógłszy swoją zwyczajną obojętność wobec kobiet oraz spotkawszy się z chłopcem z biura Wilsona, któremu polecił zanieść kilka telegramów, pukał do drzwi pewnej czarującej, ale i pięknej damy. Miał nadzieję, że list, który wysłał wcześniej, dotarł do niej na czas.

    Sherlock Holmes

    OdpowiedzUsuń
  9. -Ach, wobec tego proszę o wybaczenie, pomyliłem pana z pańskim bratem Johnem -zakłopotał się pułkownik Powell. Spojrzenie, jakie posłał Jamesowi, nie mówiło jednak nic o żadnym przebaczeniu. Była w nim raczej buta wojskowego i nieskrywana wrogość. Po krótkiej chwili jednak ową nienawiść zastąpił chłodny spokój, a sam pułkownik dołączył się do gry. Wybór sir Arthura, śmiejącego się i żartującego, padł na wista; zaczął się pierwszy rober.
    -Szóstka kier, panowie, szóstka kier!- poinformował z uśmiechem młodzieniec. Pułkownik zmarszczył brwi.
    - Dama - rzucił oschle. Najwidoczniej nie lubił przegrywać i zależało mu na tym, by ograć zarówno szlachcica, jak i domniemanego doktora, przed którym salutował. - Mówił pan, panie Watson, że pański brat służył w bitwie pod Maiwand? Mój syn tam zginął.
    Księżna przewróciła leniwie kartki jakiejś książki, zupełnie nie zainteresowana rozgrywką swoich towarzyszy. Przez chwilę grano w milczeniu. Każdy z partnerów skupiał się na swojej lewie.
    - Masz przegrywający kolor, Arthur - zauważył z nieco drwiącym uśmiechem pułkownik. Książę roześmiał się głośno. Śmiech ten, w przeciwieństwie do sztucznie dumnego zachowania siwowłosego oficera, był szczery i naturalne. Droga, diamentowa kolia lady Alice, wypolerowane okna i cenne wazony połyskiwały w ciepłym świetle dnia.
    - Tak by się wydawało, wuju, ale zaraz zobaczymy, jaki kolor ma pan Watson...Dama!
    Ponieważ w rękach Watsona znajdowały się karty pozwalające na rozegranie manewru en passant, wygrał tę partię i otrzymał od swoich partnerów po sto funtów. Mina pułkownika zdradzała niezadowolenie z przegranej, za to sir Arthur był cały czas serdeczny i radosny. Po zakończonej partii zabrał on brata doktora na spacer do ogrodu, po drodze zasypując go opowieściami i wysłuchując uważnie historii, które miał w zanadrzu Watson. Byli właśnie w połowie pasjonującej historii o morderstwie przy Lauriston Gardens, do której nawiązywały także szkarłatne kwiaty róży rosnące przy mijanej przez obu panów fontannie, gdy nagle usłyszeli wściekły, brudny, groźny głos przypominający szczekanie buldoga:
    -Hej, wy! Zapewne mnie nie pamiętacie?
    Należał on do potężnego, rozrosłego mężczyzny o szerokich barach w brudnym ubraniu przypominającym strój poszukiwacza złota, obdarzonego wyglądem stereotypowego Amerykanina. Sir Arthur chrząknął, zakłopotany. Wydawał się nie rozpoznawać obcego.
    - Nie znam cię, człowieku, opuść natychmiast moją posesję - rzekł chłodno, zachowując godność szlachcica i lorda. Ten ryknął coś, co brzmiało jak "to mnie sobie przypomnisz, wyrzutku społeczeństwa", i zaszarżował na młodzieńca niczym rozjuszony byk.
    Sherlock Holmes

    OdpowiedzUsuń
  10. Sir Arthur chrząknął z zakłopotaniem. Rozejrzał się nerwowo po okolicy, Amerykanin jednak widocznie był sam.
    -Nic mi nie jest, d-doktorze - zająknął się pod wpływem nerwów. Z niepokojem obserwował potężnego przybysza wyłażącego powoli z fontanny i klnącego wniebogłosy, na czym świat stoi. Z donu wybiegł kamerdyner, a za nim przerażona księżna w woalce i pułkownik. Ten ostatni zacisnął pięści, widząc obcego.
    -Deakin!-ryknął.-Deakin! Co ty tu robisz?!
    -Zostaw pan mnie w spokoju, z tobą też się policzę! - odwrzasnął mężczyzna nazwany Deakinem, otrząsając się z wody. Spojrzał na Watsona; wydawało się, że widok pistoletu skłonił go do zmiany tonu i stylu, w jakim rozmawiał z lordem i jego towarzyszem.
    -Ten pan jest mi winien pieniądze, sir. Dużo pieniędzy -zaczął tłumaczyć. -Swego czasu grałem ze starym i z tym tam w karty, a miał pierwszorzędne karty...Jednak go ograłem.
    -Ile był wam winien mój ojciec, Deakin? - spytał sir Arthur, starając się zachować spokój. Suma, jaką wymienił Amerykanin, sprawiła, że młody lord pobladł, dama zemdlała, a pułkownik zaklął w sposób nieodpowiedni oficerom brytyjskim.
    -Ten człowiek kłamie! -krzyknął. - Na oczy go nie widziałem!
    -Nie łgaj pan! - warknął ze znużeniem Deakin, wyciągając z kieszeni przemoczone kwity. - Na wasze nazwisko i Codringtona. Z Niemiec, gdzie byłem w podróży i gdzie się spotkaliśmy!
    Pułkownik posłał mu zimne spojrzenie.
    -Nie wiem, o czym ten człowiek mówi...
    -Spłacę was, Deakin-odezwał się nagle sir Arthur. -Spłacę was, tylko powiedzcie: kiedy przyjechaliście do kraju?
    -Dwa dni temu, sir. -odparł zuchwały Amerykanin. Po chwili podszedł do Watsona i uścisnął mu rękę.
    -John Stanton Deakin, rodem z Waszyngtonu,sir. Ma pan świetny refleks, winszuję-uśmiechnął się z uznaniem, jakby nic nie zaszło, po czym opuścił posiadłość, bardzo zadowolony. Wszyscy wrócili do salonu, zdenerwowani; stara księżna łkała w chusteczkę. Nawet kolacja podana przez służącą nie zdołała rozbroić atmosfery. Po posiłku sir Arthur został w salonie, matka i pułkownik zaś udali się na spoczynek. Na zewnątrz powoli zapadał zmrok.

    Sherlock Holmes

    OdpowiedzUsuń
  11. Część I:

    Kiedy Sherlock przeczytał list od brata swego przyjaciela, zmarszczył brwi. Akurat pochylał się nad stołem do eksperymentów chemicznych, a kilka kropel jednej z substancji ściekło na biały papier...Nie stanowiło to jednak problemu. Detektyw kiwnął głową, jakby informacje od jego agenta go nie zaskoczyły, przy nazwisku Deakin uniósł jednak brwi w zdziwieniu. I to bardzo wysoko.
    Chrząknął z irytacją, po czym podniósł się szybko i pobiegł do pokoju. Zrzuciwszy wszystkie papiery z zagraconego blatu i odsunąwszy filiżankę, z uwagą wyszukał swoją charakterystyczną papeterię w kolorze londyńskiej mgły, znalazł też jakieś pióro i atrament. Po dłuższym czasie leżąca przed nim kartka pokryła się następującymi słowami:

    17 października 1880 roku, Londyn, Baker Street 221 B

    Mój drogi Watsonie!
    Nie dziwię się, że nic nie rozumiesz - szczerze mówiąc (a raczej pisząc), nawet mnie to cieszy. Teorie są niczym w obliczu faktów, które posiadamy, a do ich obfitej kolekcji dołączyły kolejne. Pisałem do mego przyjaciela von Heydecka, zdolnego oficera policji kontynentalnej z Berlina. Jak donosi w swym liście, który otrzymałem dziś rano, Patrick Phoenix rzeczywiście jest synem bankiera, jednakże przebywał w Berlinie...nie w ambasadzie, a w więzieniu, oskarżony o szpiegostwo. Z informacji policyjnych wynika, że groził sir Arthurowi i to wielokrotnie, rzecz jednak zatajono w obawie przed skandalem, a samemu Phoenixowi udowodniono przynależność do niemieckiej masonerii. Dziwi mnie obecność Deakina w Niemczech, gdyż jak donosi mi informator z Ameryki, pan John S. Deakin jest znanym pracownikiem Agencji Pinkertona. Dlaczego więc zaatakował sir Arthura? Albo rzeczywiście zmarły lord był mu coś winien, albo kwity są fałszywe i stanowią jedynie przykrywkę do ochrony Codringtonów. Znajdź Deakina i wypytaj go dokładnie o to, kto go wynajął i po co, ja zaś spróbuję unieruchomić Phoenixa. Co do Matthewa Blacka, jest czysty jak łza - von Heydeck twierdzi, że w Niemczech pracował z jego siostrzeńcem w konsulacie i nie sprawiał problemów, a także, że przyjaźnił się z sir Arthurem i był wrogiem dla Patricka. Obserwuj również Powella. Przyjeżdżam za trzy dni do Codrington Hall, nic jednak nikomu nie mów i proszę cię, mój drogi, po przeczytaniu spal ten list, mówiąc, że to niewiele wart list z banku, w którym złożyliście z bratem kapitalik. To ważne, bym pozostał "carte blanche" w tym rozdaniu. I raz jeszcze: bądź ostrożny, drogi Watsonie.
    Oddany Ci przyjaciel,
    Sherlock Holmes"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Część II:

      Noc 19 października 1880 roku była niezwykle deszczowa i zimna. Wiatr wył jak oszalały i szamotał się z ciężkimi, ciemnymi gałęziami drzew, jakby toczył z nimi walkę; lodowate, duże krople bębniły ustawicznie o wypolerowane szyby dworu Codrington Hall. W głębokiej ciszy, w jakiej pogrążony był cały dom dzięki uśpieniu wszystkich mieszkańców, łatwo było o hałas, o zdradzenie się - morderca jednak doskonale wiedział, jak wykonać swe zadanie. Był bowiem profesjonalistą, tego od niego oczekiwano. Szkolono go przez lata w zbrodni, uczono, jak dyskretnie pozbywać się wrogów idei. Tej samej idei, którą tamten...
      Potrząsnął głową, nie chcąc się rozpraszać niepotrzebnymi rozterkami. Nie było czasu. Musiał zrobić to, co należało.
      Wśliznął się dyskretnie do pokoju śpiącej księżnej. Stara suka spała jak zabita. Pomyśleć, ile wyszczekała tym wszystkim psom gończym z Londynu, ile kosztowało ją odwagi, by skorzystać z pomocy tej łachudry z fajką...Uśmiechnął się. Gdy deszcz zaczął mocniej bębnić o szyby, zamknął za sobą drzwi sypialni, tknięty dziwnym uczuciem. Księżna nie była tak ważnym celem, jak...
      Z łatwością odnalazł pokój pułkownika Powella. Mężczyzna chrapał jak koń, a wiatr w jego pokoju świszczał głośniej niż w innych pomieszczeniach, gdyż nie zatkano tu szczelin w ścianach. W dłoni nieznajomego, tak pewnej i wytrenowanej, zalśnił nóż o cienkim, lśniącym ostrzu. Uśmiechnął się, po czym zabrał się do swojej pracy.
      Zrobił to! Zrobił to szybko i bez wysiłku.
      Poderżnąwszy gardło Powellowi, pospiesznie zatarł wszelkie ślady swej obecności, nie chcąc zbyt wiele ułatwiać policji. Postanowił jednak nasmarować na ścianie wiadomość. Ostrzeżenie.
      Po około dziesięciu minutach na ścianie pojawiło się znów znamienne słowo "rache". Oceniwszy swoje dzieło jednym krytycznym rzutem oka, morderca wymknął się z dworu, pozostawiając ostygłego trupa jego własnemu losowi. Ciekaw był reakcji staruchy, gdy znajdzie zwłoki kochasia we własnym domu...

      Sherlock Holmes

      Usuń
  12. Wieść o śmierci Powella, wysłana jeszcze tej samej nocy przez Watsona i dostarczona przez konnego posłańca, zaskoczyła Holmesa. Czytał list trzy razy, a za każdym z tych razów coraz mniej mu się to podobało. Ponieważ dostarczono go dość szybko, miał szansę zjawić się w Codrington Hall przed Lestrade'em. Co prędzej ubrał się więc, narzucił na siebie płaszcz, wziął swą słynną czapkę i fajkę z zapasem indyjskiego tytoniu, spakował walizkę i wsiadł do powozu, który czekał nań na dole. Musiał się spieszyć. Scotland Yard będzie na pewno go potrzebował, zwłaszcza przy tej sprawie, ale...
    Dlaczego rache?-zastanawiał się, siedząc wygodnie w powozie i wyglądając ze znudzeniem przez mokrą szybę okna. Deszcz wciąż bębnił monotonnie o szklaną taflę i nie zapowiadało się, by miał zaprzestać tej czynności. Przypomniał sobie sprawę, którą John opisał jako "Studium w szkarłacie", a w której również zastosowano to słowo - chodziło tam o to, by zwrócić uwagę policji na Europę i europejskie kręgi masonerii. W tej sprawie ciągle powtarzały się Niemcy. "Rache" oznaczało zemstę po niemiecku...sir Arthur pracował w Niemczech...Powell wygrał pieniądze od Deakina w Niemczech...w kraju tym bawił również młody Patrick Phoenix...Poderżnięcie gardła...Wiele spraw było dlań jeszcze niejasnych, jednak powoli zyskiwał kompletny obraz sytuacji. Resztę trzeba będzie wyjaśnić - w ten czy inny sposób.
    Na miejscu zadał wszystkim parę pytań, w tym Watsonowi, od którego uzyskał niezbędne informacje. Gdy tak się stało, Holmes ruszył na oględziny zwłok.
    Pokój wyglądał tak, jak musiał wyglądać zawsze, nic nadzwyczajnego.
    -Śmierć Powella z jednej strony upraszcza rzeczy, mój drogi, a z drugiej je utrudnia. Jedno jest pewne: mordercą nie był Deakin-konstatował, pochylając się nad zwłokami.
    Wszystko zgadzało się z listem, a jednak...Coś tutaj nie pasowało. Holmes odsłonił ostrożnie ramię pułkownika, starając się poruszać z rozwagą i niczego nie zniszczyć, i...osłupiał.
    -Na Jowisza, Jamesie, dlaczegoś u pioruna nie napisał mi, że zmarły miał to znamię?!-syknął z irytacją, wskazując palcem na wyryty na skórze symbol płomienia. Opuścił ostrożnie sztywną dłoń, po czym zwrócił się do przerażonego kamerdynera, który właśnie wszedł do środka:
    -Gdy przyjedzie policja i zabiorą zwłoki, zajmijcie się przygotowaniami do pogrzebu, Dawns. Czy w pobliżu jest jakaś opuszczona farma?
    Po twarzy Dawnsa widać było, że martwi go cała sytuacja.
    - Oczywiście, sir, zajmę się - odparł z niejakim pośpiechem. - I tak, o dwie mile stąd leży stara farma, nazywa się Ridling Thorpe.
    Holmes zatarł ręce. Wprawdzie zaniedbanie Watsona było niedopuszczalne, jednak nadarzała się szansa, by je naprawić.
    -Wydaje mi się, Watsonie, że wybierzemy się na przejażdżkę. Złożymy wizytę w Ridling Thorpe. Weź rewolwer, czekam na ciebie na dziedzińcu-rzucił, po czym zanotował coś jeszcze w notesie i wyszedł. Nieco później w całym domu rozległ się jego władczy głos, podejrzanie głośno jak na cichego zwykle i stonowanego Holmesa nakazujący przygotować dwa konie oraz rozpytujący stajennego o dokładną drogę do osamotnionej, jak zapewniała służba, zapomnianej przez Boga i ludzi farmy.

    Sherlock Holmes

    OdpowiedzUsuń
  13. -Akurat teoria o Deakinie jako przebierańcu nie sprawdziła się, drogi Watsonie-uśmiechnął się Holmes, popędzając swojego stępaka. Zwierzę zarżało radośnie, najwyraźniej zadowolone z perspektywy wyrwania się z mrocznej, ponurej stajni na luźniejszy teren. Koń Watsona odpowiedział tym samym. Detektyw poprawił wolną ręką czapkę, wzdychając. Zdecydowanie było dziś dość chłodno, do tego zaczął wiać dość silny, zimny wiatr ukierunkowany na północ. Dobrze, że nie wzięli ze sobą psów.
    -Na farmie może być Deakin lub morderca pułkownika-zaczął.-Ponieważ wiemy, że Deakin jest detektywem, odpada możliwość, jakoby był mordercą. Wątpię, by przeprowadzał tą maskaradę tylko po to, by dopaść swoją ofiarę; gdyby chciał zabić sir Arthura, zrobiłby to już dawno...i jeszcze w Niemczech. Co do znamienia, jest ono nader nietypowe. Czytałeś może o sprawie Rayburna?
    Głębokie milczenie ze strony Watsona uświadomiło Holmesowi, że zdecydowanie o tym nie czytał. Wyglądało to co najmniej zdumiewająco, zważywszy na fakt, że James był dziennikarzem, latającym dziennikarzem, i choćby dlatego powinien był słyszeć o tej sprawie. Niemniej jednak Sherlock odpuścił swemu młodemu znajomemu szczegóły, skupiając się na konkretach.
    -Sir Maximilian Rayburn, ósmy lord Weltingford, również został zamordowany w Niemczech. Morderca nie wykryty, a pozostawił na ciele lorda to samo znamię, które widziałeś u Powella. Też karciarz i hulaka-pospieszył z wyjaśnieniami.-Mamy tu więc do czynienia z mordercą odbierającym swoją należność, a w grę wchodzą pieniądze. Wciąż jednak nie wiemy, czy lady Atwell miała z tym coś wspólnego. Dlatego sądzę, że na farmie możemy znaleźć jakiś dowód.
    To rzekłszy, umilkł na chwilę. Akurat wjeżdżali w stromy jar i koniecznym było duże skupienie, by bezpiecznie go przebyć. Skoro mieli tu do czynienia z wielokrotnym morderstwem...Tak, to było ciekawe.
    -W grę nie wchodzi polityka, a duże pieniądze. Licząc w to sumy, jakie Powell i ojciec sir Arthura mieli na sumieniu, a także obecność Deakina, możemy przyjąć, że naszego Amerykanina wynajął ktoś, kto sprzyja sir Arthurowi i pragnie go zabezpieczyć-mówił dalej Holmes, gdy ponownie znaleźli się na bezpiecznych równinach. Wiatr był tu już mniejszy i można było więcej usłyszeć, jednak temperatura znacznie spadła. Gdzieniegdzie widoczne były zeschłe wrzosy. -Na pewno nie jest to matka, nie był to też stary Powell. Można by więc przyjąć, że uczynili to albo przyjaciele, albo...
    Nie dokończył. Właśnie wyrosły przed nimi niewielkie zabudowania, osłonięte od wiatru grupą topoli lombardzkich.
    -To Ridling Thorpe. Porozumiewajmy się tylko szeptem i strzelajmy wtedy, gdy będzie to absolutnie konieczne-zdecydował twardo detektyw.

    Sherlock Holmes

    OdpowiedzUsuń
  14. Weszli powoli i spokojnie na teren farmy. Minęli wciąż cuchnące gnojem zabudowania postoborowe, jakieś szczątki stodoły, chyba kurnik (co do tego Holmes nie miał pewności, zważywszy na nieboski zapach dobiegający z tego budynku) i wkroczyli do chłodnego, pełnego połamanych mniej lub bardziej mebli wnętrza domu. Gdzieniegdzie zauważalne były resztki szkła z powybijanych szyb. Tak, Ridling Thorpe nie było przyjaznym miejscem dla nikogo, a już na pewno nie dla spokoju ducha Sherlocka Holmesa. Minęli obojętnie kuchnię i szczelnie zamknięte pokoje na dole, a następnie wspięli się po schodach na górę. Sherlockiem jakby kierowało przeczucie - zastukał spokojnie do pierwszych drzwi na lewo od schodów. Drzwi natychmiast otworzyły się ze skrzypnięciem, a w wejściu stał zaskoczony Deakin. Na widok detektywa i jego przyjaciela jego blada twarz przybrała nagle wyraz zrozumienia. Już wiedział, po co przyszli.
    -Witam panów, zapraszam - cofnął się trochę, by mogli wejść do środka, i wysunął spod ścian jakieś zakurzone, wiekowe fotele. Holmes strzepnął z jednego z nich z uważną troską pył i kurz, po czym siadł naprzeciwko Deakina, po prawej stronie mając Jamesa.
    -Wiem, że przyszli tu panowie po wyjaśnienia - zaczął spokojnie Deakin. Oprócz kurzu na fotelach cały pokój wyglądał czysto i zwyczajnie, sam Amerykanin jednak bardzo zmarniał.-Jestem detektywem pracującym dla Pinkertona. Zna go pan na pewno.
    -Nie miałem jeszcze bezpośredniej przyjemności-odpowiedział z uśmiechem Holmes.-Jak rozumiem, panie Deakin, jest pan tu po to, by chronić młodego Codringtona i samą lady?
    Deakin uśmiechnął się lekko. Pokiwał głową z uznaniem.
    -Wynajęła mnie panna Rachel Atwood - wyjaśnił. To zaskoczyło sławnego detektywa, gdyż uniósł wysoko brwi.
    -A zerwanie zaręczyn? Mniemałem, że jest źle nastawiona do narzeczonego?
    -Sprawa jest dużo bardziej złożona, panie Holmes. Po pierwsze, Rachel Atwood została zmuszona do zerwania zaręczyn przez Patricka Phoenixa, który zaszantażował młodą damę, że w przeciwnym razie zabije ją i Arthura. Chciała go na swój sposób chronić. Moja żona, Marika Deakin, była w latach panieńskich jej korespondencyjną przyjaciółką. Gdy później się poznały, lady Atwood uczyniła mi zaszczyt zwierzeniem się.
    -Czyli kwity były fałszywe, ale Powell wierzył, że było inaczej. W ten sposób miał pan możliwość chronienia Arthura Codringtona-Holmes oparł się wygodniej o fotel.-W okolicy Codrington Hall widziałem ślady koni. To pan jeździł tamtędy, by obserwować sytuację. To pan pojechał do Niemiec.
    -Zgadza się. Codringtonowie byli w niebezpieczeństwie. Ojciec - karciarz - zaciągnął długi u niewłaściwego człowieka. Tym człowiekiem był Phoenix, już wcześniej poszukiwany przez nas w innej sprawie - tłumaczył z energią Deakin. Wydawało się, że odmłodniał o dziesięć lat. Poprawił włosy, chrząkając. -Pułkownik też miał długi. Trzeba było go usunąć.
    Holmes pokiwał głową. Sytuacja robiła się coraz bardziej spójna.
    -Czyli wszystko to, te próby otrucia, oślepienie konia, groźby et caetera...zrobił on?-spytał. Deakin kiwnął głową.
    -Kobieta nie byłaby w stanie poderżnąć w taki sposób gardła. A "rache", czyli zemsta, miało was zmylić, kierując was na trop dziewczyny. W rzeczywistości chodziło o organizację znaną jako "Zemsta Niemiec".
    -"Deutsche Rache"-skonstatował Holmes.-Organizacja szpiegów działających na rzecz Niemiec Bismarcka i masonerii. Wiąże się to ze znamieniem, które pozostawiono ofierze. Cóż, Watsonie, czy masz jeszcze jakieś pytania? Bo jeśli nie, to sądzę, że...
    Nikt nigdy nie dowiedział się, co sądził Sherlock Holmes, gdyż w tej chwili padł strzał.

    Sherlock Holmes

    OdpowiedzUsuń
  15. Kak nas zawut', znajut my:
    Czeławiek ja i czeławiek ty.
    Potieriałas' zdies' nasza ta,
    żyźń moja i żyźń twoja.


    Niestety, w najbliższym czasie nie zapowiadało się, by Watson mógł dokądkolwiek pójść. Nieznajomy strzelec oddał jeszcze kilka strzałów, a wszystkie zostały wycelowane prosto w jego kierunku.
    Przez chwilę panowała martwa cisza. Jakieś przerażone ptaki bezładnie krążyły nad budynkami. Niebo powoli ciemniało. Cisza narastała, robiła się naprawdę kłopotliwa, głuche półtony światła padały na nadgryzione zębem czasu zabudowania pełne starych, zniszczonych mebli i zatartych już portretów olejnych na obdrapanych ścianach.
    Holmes dał znak. Po chwili wszyscy trzej zaczęli schodzić powoli, jak koty, po skrzypiących niemiłosiernie schodach. W półmroku z trudem rozpraszanym przez promienie słoneczne ze znajdującego się na korytarzu, który za sobą zostawiali, okna, wyglądali...no cóż, groźnie.
    -Panie Deakin, pan tu zostanie-szepnął detektyw najciszej, jak mógł, rozglądając się uważnie. -Watsonie, pozwól ze mną.
    Amerykanin skinął krótko głową. Zajął bezpieczną pozycję w korytarzu, nasuwając bardziej na twarz kapelusz.
    Dwaj Anglicy wyszli szybko na prostokątne, duże podwórko. Nie było tam nikogo. Minęli nadal cuchnące budynki i przeszli szybko w stronę opustoszałego magazynu na narzędzia ogrodnicze - a przynajmniej taką funkcję pełnił on za dobrych czasów Ridling Thorpe. Krótki gest Holmesa wskazał bratu oficera, że ma iść za nim, sam zaś pchnął drzwi i wszedł do środka. Rozejrzeli się uważnie; tu też nie było nikogo. Kiedy jednak chcieli stamtąd wyjść, rozległ się strzał z jakiejś potężnej broni.
    -Watsonie! Nic ci nie jest?!-Sherlock przypadł do rannego towarzysza. Jego usta drżały, ręce nie mogły od razu obwiązać fragmentem materiału oddartym z płaszcza rany. Ten jeden, jedyny raz (no, może oprócz późniejszej sprawy trzech Garridebów)Sherlock Holmes okazał jakieś uczucia wobec swojego partnera.

    ***
    Z gazety "The Strand":
    Wiadomości Londyńskie podają, że wczorajszego dnia, to znaczy 22 października 1880 roku, aresztowany został niejaki Patrick Phoenix. Onże młodzieniec, syn dobrej angielskiej rodziny, oskarżony został o szpiegostwo na rzecz Niemiec kanclerza Bismarcka i udział w organizacji masońskiej mającej na celu doprowadzenie do anarchji społecznej. Pan Sherlock Holmes, wybitny detektyw, zapobiegł tragedji z talentem i mistrzostwem sobie właściwem. Nasz korespondent donosi, że w trakcie aresztowania raniony został pan James Watson, brat słynnego doktora Johna Watsona, którego twórczość publikowaliśmy na naszych łamach.
    Stan jego nie jest jednak zły i należy się spodziewać, że w niedługim czasie ozdrowieje. W obecnej chwili przebywa on na wsi wraz z panem Holmesem u swego brata, lecząc się z postrzałów. Żywimy nadzieję, że ława przysięgłych wyda stosowny wyrok wobec Phoenixa, a Scotland Yard - który, jak dotąd, daje się zdystansować panu Holmesowi - podniesie swoją efektywność poprzez poszerzenie współpracy z Agencją Pinkertona w osobie pana Johna Stantona Deakina.


    (No i mamy wątek zakończony :D Dziękuję za wspólne pisanie i z chęcią będę jeszcze kooperował, ale poczekamy z wątkiem mitraistycznym.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (Piosenka, którą wykorzystałem tutaj, to Lumen - "Tri puty" podłożona pod Stalkera. Tak, Stalker w Holmesie...xD)

      Usuń