Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

2 kwietnia 2015

closer




Valorie Warlock
 grafik komputerowy

Wizualnie nasuwa myśl o stereotypowej, głupiutkiej blondynce. Intelektualnie zaskakuje myślących w sposób stereotypowy.
Kompletnie nie odnajduje się w świecie pełnym wystawnych bankietów i bogaczy, wśród których nagle się znalazła. Co więcej, zupełnie się w niego nie wpasowuje ani wyglądem, ani zachowaniem. Totalny bałagan w życiu, absurdalny porządek w mieszkaniu.

2 komentarze:

  1. Kiedy szef Warlock odchodził na emeryturę, jednocześnie mianując go prezesem firmy, Gordon nie posiadał się ze szczęścia i z dumy z samego siebie. Ciężko, naprawdę ciężko pracował na to stanowisko. Przez długie lata, właściwie odkąd skończył studia i dostał się do tej firmy na staż, robił wszystko, aby dotrzeć jak najwyżej w hierarchii. Czasem posuwał się do stąpania po trupach do celu, bo przecież cel uświęca środki. Czasami był mniej lub bardziej dumny ze swoich postępków, ale koniec końców został osobistym doradcą prezesa i tylko to się liczyło. Później, nawet w najśmielszych snach nie spodziewał się, że szaf w dobroci swego serca i w wyrazach uznania przekaże mu te czterdzieści procent udziałów. Ale wtedy nikt w całej firmie, nawet sam prezes nie spodziewał się tak szybko postępującej choroby, prowadzącej do śmierci. I tak oto Gordon Bell został najmłodszym prezesem Warlock Company w historii firmy, w dodatku był spoza rodziny, co wzbudzało pewną sensację w środowisku biznesowym. Do pełni szczęścia brakowało mu jedynie pozostałych sześćdziesięciu procent udziałów, które leżały spokojnie w rękach prawowitej dziedziczki rodzinnej fortuny Valorie Warlock. Świetnej graficzki komputerowej, która jednak nie miała pojęcia o prowadzeniu tak ogromnego przedsiębiorstwa. A kiedy stało się jasne, że nie zamierza sprzedawać swoich udziałów, Gordon chcąc nie chcąc musiał się dostosować, przybrać dobrą minę go gry w którą wcale nie chciał grać i zadowolić się fotelem prezesa, który jednak każdą decyzję musi konsultować z kimś jeszcze.
    I tak oto w wyniku różnych, niekoniecznie szczęśliwych zbiegów okoliczności, oboje znaleźli się wczoraj na tym kretyńskim bankiecie. Nie żeby Bell miał coś do bankietów. W swojej karierze uczestniczył już w wielu, w dodatku zobowiązywało go do tego zajmowane stanowisko. Ale to co stało się wczoraj było jakimś kompletnym nieporozumieniem, absurdem z którego mieli, wraz z Valorie, zamiar wykaraskać się wraz z opuszczeniem pałacyku w którym miał miejsce owy nieszczęśliwy bankiet. Nic bardziej mylnego, bo oto okazało się, że wspólnik w interesach od którego zdania zależała pomyślna realizacja tego najważniejszego dla firmy kontraktu, jest niesamowicie prorodzinny (kto by pomyślał) i niemalże gotów był wczoraj od ręki załatwić im kapelana, który udzieli im ślubu. IM – tym, którzy zniecierpieli się od samego początku, ale zmuszeni byli tolerować się wzajemnie dla dobra firmy. Tym, którzy zmuszeni byli wczoraj razem pojawić się na bankiecie. On nienagannie elegancki, ona w pięknej wieczorowej sukni, podkreślającej wszystkie atuty na które Gordon pozostawał niewzruszony. I wtedy w tłumie pojawiła się ta plotka przekazywana z ust do ust, nie do zatrzymania, aż w końcu dotarła do uszu owej grubej ryby, którą mieli zamiar złowić. Narzeczeństwo. Co za bzdura, gdyby ktoś był bardziej spostrzegawczy zauważałby brak pierścionka na palcu Valorie i jego przewracanie oczami za każdym razem, kiedy otrzymywali gratulacje. Jednak kiedy stało się jasne, że właściwie od tego jak dobrymi są aktorami i na ile potrafią przełamać niechęć do siebie, zależą miliony mające wpłynąć na konto firmy, postanowili ciągnąć tę farsę. Oczywiście nie obeszło się bez kłótni przyciszonymi głosami, za filarem z antyczną rzeźbą, którą prawie stłukł, kiedy odepchnęła go od siebie w przypływie gniewu. Zupełnie jakby on ją w to wszystko wrobił.
    Związani wyimaginowanym węzłem narzeczeństwa stali naburmuszeni i obrażeni na cały świat, w windzie, która miała zawieźć ich w jeszcze większy absurd niż ten na bankiecie. Bo oto drzwi stanęły otworem, wypuszczając ich wprost w rozkrzyczany, rozśpiewany, gratulujący im tłum współpracowników. Gorzej być nie mogło. Kiedy jego sekretarka podeszła do nich z bukietem kwiatów, promiennym uśmiechem na ustach i gorącymi gratulacjami oraz informacją, że na kolejne spotkanie zarezerwowała im wspólny pokój w hotelu stwierdził, że jednak może być jeszcze gorzej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Ekhm… tak. Proszę o ciszę… - Stanął pomiędzy pracownikami, pośrodku koła, które samoistnie się wokół niego uformowało i uśmiechnął się, a tylko doświadczone oko mogło wyłapać fałsz tego uśmiechu. – Dziękujemy za tak entuzjastyczne powitanie, naprawdę nie trzeba było. Co do naszego najważniejszego kontraktu, sprawy idą gładko. W tym tygodniu ja i Valorie… - Urwał szukając jej wzrokiem, a kiedy znalazł złapał za rękę, przyciągając ją do siebie. Niech też cierpi, nie tylko on będzie błaznował przed tymi ludźmi. – Więc ja i Valorie zamierzamy udać się na ostateczne rozmowy i podpisanie kontraktu. Dzięki raz jeszcze za to miłe powitanie i wracajcie do pracy. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. - Ludzie zaczęli bić brawo, a on poczuł jak krawat niemiłosiernie uwiera go w szyję. Kiedy pracownicy zaczęli się rozchodzić do swoich obowiązków, poprowadził dziewczynę za rękę do swojego gabinetu. Dopiero kiedy drzwi zamknęły się za nimi, puścił ją i od razu poluzował krawat. – Świetnie, to co z tym robimy? – Spojrzał na nią i na drzwi za którymi zostawili rozentuzjazmowany tłumek. – Zdaje się, że utknęliśmy w niezłym bagnie. Ach no i Kate zarezerwowała nam wspólny pokój na kolejny wyjazd do pana prorodzinnego. – Podszedł do niewielkiego barku, z którego wyciągnął szklaneczkę i butelkę wody mineralnej. Miał ochotę na coś mocniejszego w związku z zaistniałą sytuacją, ale nie wypadało mu w pracy, przy kobiecie.

      Usuń