Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

15 kwietnia 2015

supergirl

And then she'd say: It's OK, I got lost on the way...
...But I'm a Supergirl and Supergirls don't cry

Vergie Svensson
Wieczny uśmiech, różowe okulary, rzadko spotykana bezmyślna odwaga i brak zahamowań. Kreatywność chwyta w kadry, bo przecież życie składa się z chwil. Szaleństwo ma wypisane w oczach. Jeśli kocha, to całą sobą, nienawidzi jeszcze bardziej. A do tego ma nadzwyczajną wręcz umiejętność skrywania i tłumienia uczuć. I choć cały czas tkwią gdzieś w środku, to nigdy się do nich nie przyzna. Nawet jeśli powinna. Bo przecież nie otrzyma odwzajemnienia.

And she'd say: It's all right, I got home late last night... 

...But I'm a Supergirl and Supergirls just fly

2 komentarze:

  1. Jon ze spokojem wypakowywał swoją walizkę, niespiesznie wyjmując z niej koszulę w odcieniu marengo. Z precyzją złożył trzymany w dłoni materiał, układając go w równą kostkę i uważając, aby nie zagiąć mankietów i kołnierzyka. Następnie odłożył ją do pokaźniej rozmiarów szafy, w której pozostałe ubrania utrzymane były w stonowanych odcieniach czerni i szarości. Jego garderoba ograniczała się jedyne do ciemnych barw i nigdy nie pozwalał sobie na odstępstwa od tej reguły. Był skrupulatnym minimalistą, na co wskazywał również wystrój jego przestronnego mieszkania, utrzymanego w bieli. Nie lubił komplikacji, dlatego usilnie starał się trzymać swoich własnych zasad, upodobań czy wyborów, tak aby zawsze być w gotowości na każdą ewentualność. Niezależnie jaka by ona nie była. Prowadzony przez niego styl życia wymaga ciągłej czujności, nie może pozwolić sobie na rozproszenie tym, co go otacza. Jakąkolwiek pomyłkę może przypłacić własną głową, o czym przekonały się wszystkie osoby, które miały z nim do czynienia. Z tego też powodu kupił apartament w spokojnej i strzeżonej okolicy, gdzie może stwarzać pozory przykładnego obywatela, którym nigdy nie był. Nie wdaje się w bliższe stosunki ze swoimi sąsiadami, jednak dzięki podstawowej wymianie grzeczności odciąga uwagę innych od swojego nienaturalnego wyobcowania. Nie należy on do osób, które potrzebują bliższego kontaktu z drugim człowiekiem. Gdyby odkrył w sobie podobne pragnienie, musiałby zniszczyć je już w zarodku. Przy jego profesji musi odrzucić sentymentalność, która przynosi więcej szkody aniżeli pożytku. Jest to jedna z fundamentalnych zasad, niezmienna od lat – brak przywiązania do czegokolwiek.
    Jego powrót z Kalifornii okazał się szybszy, niż sam się tego spodziewał. Nie zdążył nawet nacieszyć się specyficznym klimatem znanego mu San Francisco, gdy już następnego dnia od jego przylotu odnalazł swoje zlecenie. Cel okazał się łatwy i wyjątkowo naiwny, tym samym bez trudu wpadając w zasadzę Lundgrena, której on nie musiał nawet szczególnie przygotowywać. Nadal jest nieco rozczarowany trywialnością zleconego mu zadania, nie czując z niego większej satysfakcji czy zadowolenia. Nie znosi dróg na skróty i półśrodków. Jest wygłodniałym łowcą, czyhającym na swoją ofiarę i pragnącym rozlewu jej krwi, a nie amatorem, który ugina się pod ciężarem broni w ręku. Z biegiem czasu zaczął coraz więcej od siebie wymagać, czując narastające w nim znużenie. Potrzebuje ciągłej adrenaliny by poczuć, że żyje, a największą dawkę dostarcza mu odbieranie tego życia innym.
    Lundgren ukrył w bezpiecznym miejscu swoje narzędzia pracy, gdy nagle usłyszał dzwonek do drzwi, który całkowicie go zaskoczył. Odwrócił głowę w kierunku salonu i przez chwilę zastanawiał się, czy powinien podążyć w tym kierunku. Nie spodziewał się żadnych gości, a nie miał zbyt wielu znajomych, którzy mogliby składać mu niezapowiedziane wizyty. Nie był głupi i wiedział, że bez wcześniejszego sprawdzenia przybysza nie może otworzyć frontowych drzwi. Podszedł więc do okna w sypialni, z którego miał widok na cały parking. Nie zauważył tam niczego, co mógłby uznać za podejrzane, dlatego bezszelestnie ruszył w kierunku salonu. Dzwonek rozbrzmiał ponownie, a on z opanowaniem podszedł do domofonu i przez kamerę sprawdził, kto stoi na korytarzu. Zdziwił się, gdy na wyświetlaczu ujrzał Vergie, ale przynajmniej miał pewność, że nie będzie wymachiwać przed nim nożem czy granatami. Odblokował zamek kodem i otworzył drzwi, patrząc z góry na niższą od niego dziewczynę.
    - Och. To Ty. – powiedział, jedynie w ten sposób komentując obecność Vergie. Była ona ostatnią osobą, której mógłby się spodziewać, dlatego był ciekaw powodu jej nagłej wizyty.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mężczyźnie nie dane było nic więcej powiedzieć, gdy do jego mieszkania obcesowo wpakowała się Vergie, która nie czekała na żadne zaproszenia czy sygnał. Jon nastroszył brwi, przez co na jego czole uformowała się mała, charakterystyczna zmarszczka. Niemalże bezdźwięcznie zamknął drzwi, które jeszcze chwilę wcześniej uchylił przed dziewczyną, po czym odwrócił się w stronę swojego niespodziewanego gościa.
    - Wybacz, moje pokłady radości na ten dzień nie zostały jeszcze uaktywnione. – powiedział z przekąsem patrząc na pannę Svensson, która bezcelowo krążyła po jego salonie. Vergie jednak w żaden sposób nie skomentowała jego uwagi. Momentalnie wpadła w słowotok, podczas którego zaczęła rozwijać kilka wątków na raz. Paplała z przejęciem tak, jakby nie zwracała uwagi na obecność Jona, chociaż swoje słowa kierowała wprost do niego. Wspomniała o Mathiasie oraz o rzeczy, którą miał przekazać jej brat, o jego zgubionym telefonie, o zapomnianym numerze, o tym, że prawdopodobnie nie powinna tu przychodzić… Wywód ten ciągnął się i ciągnął, a Lundgren pozwolił sobie na cień rozbawionego uśmiechu zdając sobie sprawę, że oto ma do czynienia z prawdziwą Vergie Svensson. Taką, jakiej obraz zawsze miał w pamięci.
    Nie wie dokładnie ile to już lat się znają ani w jakich okolicznościach spotkali się po raz pierwszy, lecz wątpliwości nie ulega fakt, że oboje powiązani są osobą Mathiasa. Jon niejednokrotnie miał do czynienia z siostrą swojego przyjaciela, co było rzeczą naturalną zważywszy na wieloletnią znajomość z drugim mężczyzną. Vergie zawsze była mu dosyć obojętna i miał do niej mieszane uczucia. Nie żywił do niej większej sympatii, lecz nie pałał też nienawiścią, toteż spędzanie z nią czasu nie stanowiło dla niego problemu. Mógłby nawet pokusić się o stwierdzenie, że ją lubi, jednak nigdy nie mieli sposobności by rozwinąć swoją znajomość. Jest ona jednak jedną z niewielu osób, którym Jon jako tako ufa, co nie zdarza się zbyt często. Mimo wszystko dziewczyna zawsze wydawała mu się nieco zakręcona, roztrzepana a przede wszystkim gadatliwa, czego dowodzi jej aktualne zachowanie.
    Jon podszedł do lodówki i wyjął z niej dwie butelki piwa. Otworzył obie wyciągniętym z szuflady otwieraczem, który później niedbale odrzucił na blat. Podszedł do dziewczyny i podał poproszony przez nią trunek, przez chwilę patrząc na Svensson z góry.
    - Vergie, spokojnie. – jego flegmatyczna maniera w głosie współgrała z powolnymi ruchami, gdy mężczyzna kierował się na jedną ze skórzanych kanap. Przystawił szyjkę butelki do ust i pociągnął z niej zdrowy łyk, aby za chwilę na powrót zwrócić swoje spojrzenie ku dziewczynie, która nadal stała na środku jego salonu – Nie przeszkadzasz mi. Nie miałem na dzisiaj większych planów.

    OdpowiedzUsuń