Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

14 maja 2015

Take me back to the basics and the simple life

Jake Lancaster
—— Jakie —— 22 lata —— 18 czerwca 1995 —— Boston —— I rok studiów  —— W dalekiej przyszłości fizjoterapeuta/rehabilitant —— Proteza lewej nogi —— Pokonany nowotwór kości z przerzutami do płuc —— Zaręczony —— Spokojne i szczęśliwe życie u boku ukochanego pana strażaka —— Mickey —— Diablo ——

196 komentarzy:

  1. Dokładnie nie pamiętał, kiedy to wszystko się zaczęło, kiedy zaczął odczuwać ból w klatce piersiowej, kiedy miał wrażenie, że niewidzialna dłoń ściska mu organ odpowiedzialny za pompowanie krwi, kiedy zemdlał, podczas przechodzenia z kuchni do salonu. Oczywiście bagatelizował te sprawy, po co iść do lekarza i zapytać, o co może chodzić, prawda? Tłumaczył samemu sobie, że to przez pracę, to na pewno musi być praca. W końcu stres, dym, bliskie spotkania ze śmiercią i tak dalej. Był jednym z tych facetów, którzy zarzekali się, że nie potrzebują jechać do lekarza na chociażby zwykłe badania kontrolne. Przecież do lekarzy jeżdżą mięczaki, a on przecież nim nie był… Chyba.
    Wszystko jednak zmieniło się w momencie, w którym zasłabł podczas misji ratowniczej, kiedy to płonęła stara kamienica w centrum miasta, a w środku znajdowała się dwójka małych dzieci. Nie mógł sobie pozwolić na spowalnianie swoich kolegów. Próbował zignorować ból, jaki odczuwał w klatce piersiowej za mostkiem; miał ważniejsze rzeczy na głowie – musiał uratować niewinne dzieci przed ogniem. Skłamał koledze, mówiąc, że nic mu nie jest. Co prawda udało im się wtedy zabrać maluchy z zaczadzonego mieszkania i oddać je w ręce ratowników medycznych, ale co z tego, jeżeli dowódca ich drużyny musiał wzywać karetkę po niego?
    Od tamtego czasu już wiedział, co się z nim dzieje. Te wszystkie objawy, dolegliwości… to nie było coś, co można było zwalczyć tabletkami, które mógłby dostać w aptece. To, co usłyszał wtedy od lekarza, spowodowało, że przez jego ciało przeszły zimne dreszcze. Jak to możliwe? Przecież tak nie miało być! To na pewno głupi żart!
    Nic żartem nie było. Wkrótce zamieszkał w sali szpitalnej, przyzwyczajając się do panujących tu warunków. Nienawidził szpitali, a teraz jego negatywny stosunek do tych miejsc jeszcze bardziej się pogłębił.
    Nie utrzymywał z tym mężczyzną większych, głębszych kontaktów, ale poczuł strach, kiedy zmarł, a jego łóżko zrobiło się puste. Co, jeśli następny w kolejce stoi on?
    Uniósł się na łokciach, kiedy do pomieszczenia weszła pielęgniarka i jakiś młody chłopak. Jasne, Rayne miał tylko trzydzieści lat, ale ten chłopak? Ile on miał lat? Dwadzieścia? No bez jaj, wszechświecie, o co ci chodzi?
    Przyjrzał mu się i momentalnie zrobiło mu się tak cholernie przykro… Tacy młodzi nie powinni chorować. W ogóle. To w nich była przyszłość tego świata, do kurwy nędzy. Ten dzieciak był przerażony, a oni go tu przywożą jak gdyby nigdy nic? Rayne domyślił się, że nieznajomy wie, że poprzedni pacjent zmarł. Inaczej nie mówiłby takich rzeczy.
    Popierdoliło ich, pomyślał, wściekły Athaway. Gdyby mógł, to na pewno zrobiłby tu porządek. Ba, nawet chciał się z nim łóżkiem zamienić. No ale nie pracowali tu ludzie, którzy chętnie szli na rękę swoim umierającym pacjentom.
    - Hej, spokojnie – zaczął łagodnie, podchodząc do niego bliżej. Byli w takiej samej sytuacji; obaj na łożu śmierci, czekający aż nadejdzie koniec. Mimo to, Rayne odczuwał pewną potrzebę podtrzymywania chłopaka na duchu, chociaż sam nie był w lepszej sytuacji. – Jak masz na imię? Ja jestem Rayne – uśmiechnął się do niego ciepło. – Jeśli chcesz, oszukamy te wredne pielęgniarki i będziesz mógł spać na moim łóżku. Co ty na to?
    Nie bardzo wiedział, jak ma z nim rozmawiać. W gruncie rzeczy chłopak był osobą dorosłą. Ale był też śmiertelnie chory. I miał całe życie przed sobą. Nie powinno go tu być.

    Twój Ray

    OdpowiedzUsuń
  2. Uważał swój przypadek za niesprawiedliwy, ale kiedy patrzył na niego… mógł uznać, że to, co się działo, było jednym wielkim nieporozumieniem. Jak to się dzieje, że na śmierć skazani są młodzi, ludzie, którzy mogli tak wiele zmienić w obecnym świecie? Dlaczego mordercy, gwałciciele i pedofile żyli sobie dalej i nic ich nie ruszało? Chyba to było najgorsze. Świadomość, że przecież nie było się znowu najgorszym człowiekiem na ziemi. Nie wiedział, co ten dzieciak robił wcześniej, przed trafieniem tu, przed tym, jak się dowiedział, że może u m r z e ć, ale nie wyglądał na groźnego przestępcę, który zrzuci bombę nuklearną na wielkie miasto w Stanach Zjednoczonych albo na jakieś w Europie.
    Wysłuchał go i nie przerywał mu. Właściwie, mógłby się koło niego zakręcić, chyba, że młody uzna go za „stare” towarzystwo i będzie sam chciał robić te wszystkie rzeczy, o których mówił. Jednakże nie zamierzał się poddać. Zaprzyjaźnianie się w ich sytuacji było bardzo ciężkim tematem i Rayne stronił od tego jak się dało, chociaż nie mógł zmienić tego, jaki jest, prawda? A jest otwartym człowiekiem, lubił zawierać nowe znajomości. Może i nie wiedział, jak ciężko choruje Jake, ale wierzył, że uda mu się przezwyciężyć chorobę. Dlatego Rayne nie chciał, żeby się do niego przyzwyczajał. Bardzo bał się zostawić rodzinę i przyjaciół. Może dlatego wszyscy myśleli, że siedzi na wakacjach gdzieś na Alasce. Nikomu nie przyjdzie do głowy, aby szukać go w szpitalu w centrum miasta.
    - Jeśli nie miałbyś nic przeciwko, możemy iść razem na spacer. Wezmę jakąś grę planszową i usiądziemy na słońcu. Dobrze nam to zrobi – stwierdził, podchodząc do okna. Mieli widok na szpitalny park, co było bardzo fajną opcją, zwłaszcza, kiedy padało i Rayne chciał sprawdzić, czy kałuże na zewnątrz są duży, czy da się przejść. – I nie, nie będzie mi przeszkadzała latarka. W zasadzie możesz zapalić tę lampkę nocną. Śpię bez problemu – wzruszył ramionami, kłamiąc nieco. Bo właściwie nie przeszkadzało mu takie małe światełko, to prawda, ale ze snem to już było gorzej. Był już kilka razy u lekarza, aby dał mu jakieś tabletki na sen, ale ileż można do niego łazić z tym samym? Sam lekarz już mu zabronił. I tak Rayne przesypiał tylko kilka godzin, ale, hej, przecież już niedługo wyśpi się za wszystkie czasy, tak? Nie ma co narzekać.
    Wrócił do swojego łóżka, a z szuflady wyjął czekoladę mleczną. Wyciągnął ją w jego kierunku.
    - Skusisz się?
    To wyglądało źle, co? Ale uznał, że najlepsze na przełamanie lodów będą słodycze. I planszówki. Ale to potem.

    Love, Ray

    OdpowiedzUsuń
  3. Temat planszówek to dla niego temat rzeka. Może i nie znał wszystkich, w jakie grał, a niektóre miały tak śmieszne i trudne nazwy, ale jak fajnie się w nie grało! Najlepszą i tak będzie grzybobranie – wspomnienia z dzieciństwa i tak dalej. I każdy mógł wygrać, nieważne, który był na mecie. Mógł być ostatni, ale zdobyć po drodze najwięcej grzybów i wygrywał. Drugą jego ulubioną grą, która nie była planszówka, to z pewnością czarne historie. Kto nie lubi słuchać o głupich morderstwach, samobójstwach i innych wpadkach? Ludzie wymyślali niestworzone historie, kiedy przeczytało im się jedno zdanie i tytuł „czarnej historii”. To była najlepsza gra na imprezę, Rayne to wiedział, bo zawsze grał w to ze znajomymi. Kiedy kończyły im się karty, kupowali nowy zestaw. A teraz…
    - Dobranoc – powiedział do chłopaka, sam znikając na chwilę w łazience. To na pewno będzie ciężka noc dla tego chłopaka, a Rayne nie mógł zrobić nic, żeby mu ją jakoś umilić. Sam nie wiedział, czemu się nim tak bardzo przejmuje (oprócz tych uczuć typu „za młody, żeby tak cierpieć, zbyt dobry, aby umierać”). Przemył twarz wodą i westchnął. Zacisnął palce na brzegach umywalki, zaciskając oczy. Cholera, znowu ten przeklęty ból w klatce piersiowej. Nienawidził tego; ten ból przypominał mu o tym, że wcale tak szybko nie wróci do swojego kota, którego zostawił u sąsiadki. No i jeszcze mówił o tym, że niedługo umrze. I zostawi przyjaciół, rodzinę bez słowa, dowiedzą się od lekarza. Skurwysyństwo.
    Wrócił do sali i położył się na plecach. Patrzył w sufit, ale chwilę później odwrócił głowę w kierunku Jake’a. Biedny dzieciak…
    Nie wiedział, kiedy udało mu się zasnąć. Wiedział jednak, że jego sen nie trwał długo. Obudziły go ciche jęki. Rayne uniósł się na łokciach i odruchowo spojrzał na sąsiednie łóżko, przypominając sobie, że ma nowego kolegę w sali. Usiadł na łóżku i już chciał do niego podejść, aby go obudzić z sennego koszmaru, kiedy chłopak sam to zrobił; z krzykiem.
    Rayne sam się wystraszył. Jeszcze nigdy nie widział nikogo w takim stanie. Podszedł do niego czym prędzej i usiadł na brzegu jego łóżka.
    - Hej, hej – zaczął uspokajająco. – To tylko sen.
    Jake był cały spocony i przede wszystkim przerażony. Rayne dałby sobie rękę uciąć, że na pewno jest też blady jak ściana.
    Wyciągnął dłoń i pogłaskał go po głowie i karku, w ciemnościach szukając jego oczu. Dobrze, że mieli nikłe światło w pokoju dzięki lampie z zewnątrz.
    - To tylko senny koszmar – powtórzył łagodnym głosem. Nie było to dla niego problemem, musiał tak mówić, kiedy wyciągał dzieciaki z płonących budynków albo z samochodów po wypadku.

    Na zawsze, Rayne

    OdpowiedzUsuń
  4. Nawet sobie nie wyobrażał, co ten dzieciak musiał teraz czuć. Było mu go naprawdę szkoda i gdyby tylko mógł, to na pewno zrobiłby coś, co zabrałoby z jego głowy te koszmarne myśli i sny. Mógł się jedynie domyślać, jakie to okropne uczucie spać na łóżku kogoś, kto kilka godzin temu tutaj leżał, a potem… no a potem już nie.
    Reakcja chłopaka była dziwna, ale ani trochę go nie zaskoczyła. Objął go mocno i zaczął uspokajająco głaskać jego plecy. Drugą trzymał na jego karku, jakby chciał mu przekazać, że jest z nim bezpieczny i nic mu nie grozi, nawet ewentualny duch zmarłego mężczyzny. Chętnie potrzymałby go dłużej w ramionach, aby Jake uspokoił się nieco bardziej, jednak nie zamierzał go do niczego zmuszać. Zresztą, to mogłoby być źle odebrane przez dwudziestolatka.
    - Jake – zaczął Rayne z cichym westchnięciem. – Za dużo o tym myślisz, cały czas masz w głowie to, że ten facet po ciebie przyjdzie i że ty również umrzesz. A to nieprawda – zapewnił go, chociaż nie wiedział, gdzie dokładnie zaatakował go rak. – Wciąż powtarzasz sobie, że on po ciebie przyjdzie i zabierze cię ze sobą. Nic dziwnego, że to wszystko ci się przyśniło. Odpuść, Jake – dodał łagodnym głosem i ponownie odważył się go pogłaskać po głowie. Nawet się do niego ciepło uśmiechał i żałował szczerze, że chłopak tego nie zauważy przez panującą ciemność w pomieszczeniu. – I nie, już się zgodziłeś na planszówki, więc nie dam ci się tak łatwo wywinąć – zaśmiał się lekko, chcąc trochę rozładować panującą, dość przykrą, atmosferę. Podał mu też szklankę wody. Powinien zwilżyć sobie trochę gardło i usta. Wiedział, że Jake teraz tak od razu nie zaśnie. Rayne zresztą też nie. Sam nie wiedział, czemu tak nagle zaczął się interesować obcym chłopakiem, którego znał raptem kilka godzin. A nawet i nie, bo jak przyszedł, to zamienili ze sobą tylko kilka słów. Może to dlatego, że był strażakiem albo przyczyna leżała w tym, że lepiej zająć się takim dzieciakiem, z którym dzielił salę, niż samym sobą. Zdecydowanie łatwiej mu było, kiedy mógł troszczyć się o innych, aniżeli o siebie. Jake potrzebował tej troski i to było widać. Zaopiekuje się nim, póki sam nie umrze.
    - A teraz kładź się, opowiem ci bajkę – zaoferował, chociaż brzmiało to naprawdę śmiesznie. Chciał opowiadać bajeczkę na dobranoc dorosłemu chłopakowi? – O chłopcu, który został strażakiem.
    Jake nie wiedział przecież, że jego nowy współlokator ratował ludzi z płonących budynków lub z zakleszczonych samochodów, ale to nawet i lepiej. Rayne nie był mocny w wymyślaniu takich rzeczy, a jeśli opowie prawdę…
    - Dawno, dawno temu – i to „dawno” zaakcentował, bo to naprawdę było tyle lat temu. Przerażające. – Żył sobie pewien chłopiec o imieniu Rein – pogratulował sobie pomysłu w głowie, na pewno nikt się nie zczai – wraz ze swoją rodziną w dużym domu – bajka generalnie nie należała do smutnych, ani długich. Jedyny moment, który mógł przestraszyć, to ten, w którym ogień zapanował nad tym przytulnym domkiem i szczęśliwą w nim rodziną. Na szczęście panom strażakom udało się uratować i rodziców, i małego chłopca, który po tym „incydencie” zadecydował, że on tez tak chce ratować ludzi i nie bać się płomieni. Wszystko skończyło się dobrze, a Rayne ponownie się uśmiechnął. – Śpisz? – zapytał po chwili szeptem.

    Kochany Rayne

    OdpowiedzUsuń
  5. Rayne uśmiechnął się lekko do siebie. Okrył go kołdrą, powstrzymując się od ponownego przeczesania palcami jego włosów (żeby go jeszcze przez przypadek nie oskarżył o molestowanie czy coś) i wrócił do swojego łóżka. Położył się na boku, przodem do lóżka, na którym leżał Jake. Chwilę tak sobie leżał, nasłuchując, czy jego oddech się już wyrównał. Niestety, nie zarejestrował tego, ponieważ sam nie wiedział, kiedy zasnął. Nie obudziły go już tej nocy żadne krzyki ani niepokojące dźwięki. Ale niestety, nie wszystko jest takie kolorowe, ponieważ pielęgniarki zbudziły go jak zwykle o tej samej porze na śniadanie. No tak, jasne. Poprosił, aby nie budziły Jake’a, tylko postawiły obok łóżka kanapki i herbatę. Chwilę przyglądał się jego twarzy, podczas kiedy spał w najlepsze i ucieszył się, że nie miał już koszmarów związanych ze zmarłym mężczyzną i ze swoją śmiercią. Nie mógł mu mieć tego za złe i oczywiście nie miał; sam miewał sny ze swoją śmiercią w roli głównej, jak ostatni raz widzi otaczający go świat.
    Westchnął cicho i odłożył puste naczynia na tackę, którą odniósł pani na wózek. Potem ubrał się w wygodne ciuchy. I tak najlepiej miał w niedzielę, kiedy łaził cały dzień w piżamie i poranniku - a co się będzie ograniczał.
    Kiedy przypomniał sobie słowa Jake’a o przepustce, postanowił spełnić jego życzenie. Udał się do odpowiednich ludzi (trochę pobłądził, ale to nic) i poprosił, aby razem z panem Lancasterem dostali wolny dzień w sobotę, chociaż na kilka godzin. Niestety, miał z tym ogromny problem, bo jak się okazało – w piątek Jake miał mieć swoją pierwszą chemioterapię. To trochę zbiło z tropu Rayne'a, który nadal nie wiedział, który z jego organów zaatakował rak. Mógł się jedynie domyślić, że to było coś z nogą albo coś związanego z tym, ponieważ wczoraj przyjechał do sali na wózku. Ale nie pytał; jeśli chłopak sam będzie chciał mu o tym opowiedzieć, to z pewnością to zrobi.
    Na szczęście lekarz zaproponował kolejny dzień, jakim była niedziela. Dał im aż pięć godzin na zewnątrz, ale musieli mu potem podać, o której wychodzą i o której zamierzają wrócić. Rayne bardzo podziękował mu za tę zgodę. Teraz pozostaje jedna, najważniejsza kwestia, której nie przemyślał – czy Jake będzie chciał udać się z nim na tę przepustkę?
    Jak widać, nie będzie musiał długo zwlekać z pytaniem, ponieważ od razu uśmiechnął się, gdy usłyszał swoje imię i znajomy już głos. Pomachał mu lekko i od razu ruszył w jego kierunku.
    - Jasne, że idziemy – powiedział od razu. – Może ci pomóc jakoś? – zapytał, spoglądając na jego kule. To musiało być dla niego mega uciążliwe, ale nie chciał zaczynać tego tematu. I tak było nieźle; jeszcze wczoraj Jake wyglądał fatalnie – totalnie wystraszony, który najchętniej uciekłby z tej sali, ze szpitala i nigdy nie wracał. W nocy też nie wyglądał najlepiej i Rayne bał się o tego dzieciaka (tak, nadal podtrzymuje zdanie, że lepiej zająć się nowym znajomym, aniżeli sobą). A dzisiaj? Dzisiaj Jake wyglądał o wiele lepiej. Przetrwał noc i przede wszystkim uśmiechał się. Athaway uznał to za sukces i sam się uśmiechnął z tego powodu.
    Przeszli na do świetlicy, w której rzeczywiście było trochę ludzi. Nie było tutaj grupy dominującej wiekowo, raczej ludzie byli wymieszani, znaleźli się młodzi, starsi i ci najstarsi. Większość albo była po badaniach, albo przed. Rayne miał dzisiaj wole na szczęście, więc mógł tu spędzić z Jake’em cały dzień. Ewentualnie po kolacji mogliby iść na spacer, aby powdychać trochę świeżego powietrza.
    - Jakieś specjalne propozycje? – spojrzał na chłopaka, a potem na szafkę z wieloma grami. – A, i załatwiłem nam… tobie przepustkę w niedzielę – uśmiechnął się do niego wesoło.

    Szczęśliwy Rayne

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiedział, jak bardzo Jake ucieszy się na wieść o przepustce. Któż się nie cieszył z kilku godzin, które można spędzić poza szpitalem? Sam Rayne uznał, że czas najwyższy powalczyć o wolne, póki nie przykują go do łóżka. Lepiej korzystać, póki można. Miał już nawet plan, gdzie mogą iść i bardzo się ucieszył, że Jake sam zaproponował mu wspólne wyjście. Chyba się dogadali. Ba, dwudziestolatek go nie unikał, co było dużym sukcesem. Już nie mógł się doczekać niedzieli, kiedy to wyjdą, uwalniając się od bieli i sterylnej czystości. Oraz wspólnych łazienek. Oczywiście trochę się obawiał, że to wyjście im nie wyjdzie przez chemioterapię, którą Jake miał w piątek, ale… wierzył, że nic nie stanie im na przeszkodzie i pojadą do miejscowego zoo i nikt nie będzie się zastanawiał, na co chorują. Nawet nie będą wiedzieli, że chorują. Może jedynie zwrócą uwagę na kule Jake’a, ale zaraz pewnie odpuszczą. I oby im pogoda dopisała.
    - Oczywiście, pójdę z tobą – uśmiechnął się do niego ładnie. No, mógłby to uznać za początek przyjaźni, gdyby nie to, że dzieliło ich dziesięć lat różnicy i to, że stali twarzą twarz ze śmiercią. – Dywan może być – zgodził się, skoro chłopak i tak już tam usiadł. Rayne najchętniej wygoniłby chociażby jednego pacjenta z fotela lub z kanapy i posadził na wolnym miejscu nowego kolegę, ale… oni też mieli prawo tutaj siedzieć. A dywan nie wydawał się być złą opcją.
    Na początek wybrał coś prostego: wziął chińczyka. Kto nie lubi chińczyka?
    - Pamiętam, jak kiedyś na urodzinach kolegi było nas sześciu i chcieliśmy zagrać w chińczyka – zaczął swoją opowieść Rayne, aby jakoś zająć ich obu. Przy okazji rozkładał plansze i wybrał sobie zielony pionek. – I kumpel ściągnął z internetu rysunek planszy, a potem przerobił ją w paincie tak, aby można było grać w sześć osób. Graliśmy kwadracikami o wielkości pół centymetra na pół centymetra – zaśmiał się pod nosem, na wspomnienie tamtych czasów. – Chłopak, w którym się wtedy kochałem, przegrywał mocno i bardzo się zdenerwował – ponownie się zaśmiał. Tęsknił za tymi beztroskimi czasami, kiedy jeszcze nic nie zagrażało jego życiu i mógł robić dosłownie wszystko, na co miał ochotę. – Wygrałem wtedy – pochwalił się z uśmiechem, wypinając przy okazji dumnie pierś.
    Przy okazji zanotował w głowie, że i Jake się uśmiecha i bardzo go to ucieszyło. Już nie był taki wystraszony jak wczoraj i może dzisiaj nie będzie miał już koszmarów. A gdyby miał, to Rayne znowu spróbuje go uspokoić swoim głosem i może kolejną bajką. Coś się zawsze znajdzie. Miał kilka zabawnych historyjek do opowiedzenia; takie chyba były najlepsze; miały na celu rozbawić, a nie zdołować.
    Nie potrafił zerknąć na jego nogę. Och, więc o to chodziło, pomyślał i znowu zrobiło mu się przykro. Po raz kolejny pomyślał, jakie to niesprawiedliwe, żeby dwudziestolatek, który nie zdążył życia poznać, już musiał walczyć z tak poważną chorobą, która zagrażała jego życiu.
    - A więc noga – zaczął powoli, jakby stąpał po cienkim lodzie. Bo tak właśnie było; targnął się na śliski i bardzo niestabilny temat. Nie chciał niszczyć jego humoru, ale ciekawiło go, co takiego mu dolegało. Znaczy domyślał się, ale chciał to usłyszeć z jego ust. Wolał być chociaż w miarę przygotowany na to, co mogło się wydarzyć.

    Jedyny Rayne

    OdpowiedzUsuń
  7. Gdyby Rayne miał taki wybór, aby amputować zaatakowany organ i przeżyć albo tego nie zrobić, z chęcią zgodziłby się na wycięcie i pozbycie się tego okropnego czegoś, co z taką łatwością go niszczyło i zabierało chęci do życia. Niestety, nie mógł zrobić tego, co mógł zrobić Jake. Nie zaproponowano mu tego, zresztą, na serce czeka wiele innych ludzi, a on wolał, aby oddali takowe jakiemuś dziecku, które potrzebuje tego bardziej. Nie był do końca jednak pewny, czy serce, które on mógłby przyjąć, może również przyjąć mały człowiek. Odgonił od siebie te myśli, nienawidził, kiedy do jego głowy przychodziły różne wizje nieoczekiwanego ratunku. Wiedział wtedy, że to wszystko to gówno prawda i pomoc nie nadejdzie. Nie chciał umierać, mało kto chciał umrzeć, więc to chyba oczywiste. Miał jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, tyle do powiedzenia, tyle miejsc do zwiedzenia. Chciał założyć rodzinę i być szczęśliwym człowiekiem na emeryturze, który w wolnych chwilach gra w warcaby albo szachy (w końcu kiedyś by się nauczył, na pewno) w parku z przyjaciółmi. Los widział to jednak nieco inaczej.
    - Wiesz, nowa noga nie będzie taka zła. Teraz robią te wszystkie protezy takie inteligentne. I będziesz mógł nią sterować jak prawdziwą nogą za pomocą myśli – dodał z lekkim uśmiechem. Chciałby, że mu się udało i żeby rak nie miał przerzutów na inne części jego ciała lub organy. Na jego miejscu Rayne zgodziłby się od razu; miał porównanie co do swojej sytuacji, więc mógł tak mówić. Mógłby nawet posunąć się do stwierdzenia „to tylko noga”. Rayne tracąc nogę, musiałby zrezygnować ze swoje zawodu, ale przynajmniej miałby życie. – I przede wszystkim wyzdrowiejesz – dokończył i znowu się delikatnie do niego uśmiechnął, próbując go w ten sposób jakoś pocieszyć. Jake będzie mógł wrócić do domu, a potem dalej spełniać swoje marzenia. Rayne się z tego cieszył, chociaż nowy kolega był dla niego zupełnie obcą osobą. Dziwne, co?
    Rayne też się dziwił, że Jake nagle się zrobił taki rozgadany, ale to dobrze. Athaway uśmiechnął się wesoło do chłopaka, a potem klepnął go lekko w ramię.
    - Jesteś geniuszem – powiedział, a potem podniósł się. – Przepraszam, mogę prosić o uwagę? – zapytał nieco głośniej, zwracając na siebie uwagę wszystkich w świetlicy. – Chcielibyśmy z kolegą zagrać w kalambury. Czy chciałby się ktoś do nas przyłączyć?
    Okazało się, że znalazło się kilka zainteresowanych osób. Z początku nieśmiało, ale wkrótce grupa liczyła dziesięć osób wraz z Jake’em i Rayne’em. Athaway pomyślał, że mogliby się podzielić na kilka drużyn i tak wylądował w drużynie razem z Lancasterem. Kiedy ludzie dobierali się w pary, Rayne rozłożył karty i przygotował klepsydrę. Na każdej karcie znajdowała się lista z kilkoma różnymi hasłami, które trzeba było przedstawić. Potem kartę odkładało się pod spód. Każda para otrzymała też kartkę, na której mogli zapisać, ile punktów zdobyli przez całą grę. Rayne osobiście nie mógł się doczekać. Puścił oczko Jake’owi, chwilę tak mu się przyglądając. No, ładny był, nie można powiedzieć, że nie. Gdyby okoliczności były zupełnie inne, to nawet by się nim zainteresował. Może troszkę różnica wieku by go peszyła, ale na pewno by spróbował. A teraz to co mógł zrobić? Nic. Czekał po prostu na swoją kolej.

    R.

    OdpowiedzUsuń
  8. Pamiętał, że kiedy usłyszał wiadomość o nowotworze, miał wrażenie, że cały świat mu się wali. W gruncie rzeczy tak chyba było, prawda? Nie potrafił z nikim o tym porozmawiać, nawet z psychologiem, do którego wysłał go lekarz prowadzący. Rayne nigdy się tam nie pojawił. Nie powiedział też swojej rodzinie, co było naprawdę czystym chamstwem. Po prostu nie mógł patrzeć im w twarz i powiedzieć, że ich jedyny syn niedługo odejdzie z tego świata, nie pozostawiając im nawet wnuków. To było bardzo przykre, ale… Boże, to było straszne! Był okropnym człowiekiem w tym momencie. Dorosły facet, a boi się przyznać przyjaciołom, że potrzebuje pomocy. Powinien to zrobić jak najszybciej, co?
    Aktualnie o tym nie myślał, zbyt zajęty przekrzykiwaniem innych pacjentów, kiedy rzucał hasła, które narzucały mu się, kiedy ktoś inny pokazywać COŚ. Z wielką przyjemnością zapisywał zdobywane przez siebie i Jake’a punkty. Przynajmniej Athaway nie udawał szczęśliwego; on był teraz radosny. Przez chwilę zapomniał, gdzie jest i co się może niedługo wydarzyć.
    Rayne usiadł obok niego zadowolony Wygrali. I bawili się doskonale. Coś czuł, że teraz będą inaczej patrzeć na tych pacjentów, z którymi grali. Może zaczną ze sobą częściej rozmawiać, na przykład. Ogólnie Rayne rozmawiał z kim mógł, ale nigdy się jakoś do nich nie przywiązywał. Może dlatego, że oni traktowali go jako obcego człowieka, którym w końcu był. Rozumiał ich, jak najbardziej.
    - Cóż – spojrzał w kartę i uśmiechnął się do chłopaka. Co prawda nie siedzieli tutaj sami, kilkoro zostało na świetlicy. – To by było trudne, ale może zrobilibyśmy coś w takim stylu… - zaczął i szybko się rozejrzał. Ujrzał kwiat doniczkowy, stojący na parapecie, a potem szybko go wziął w swoje łapki. Uklęknął przed Jake’em, robiąc przy tym maślane oczy. Nic nie mógł mówić, a szkoda. Zaczął zatem porozumiewać się z nim gestami, zachęcając go do przejęcia tego dziwnego kwiatu. Zaraz potem ujął jedną jego dłoń i pocałował lekko, po chwili zakładając na jego palec niewidzialny pierścionek. A że mogło to wyglądać jak oświadczyny, to po chwili z powrotem usiadł obok niego i objął go ostrożnie ramieniem w pasie i przysuwając się do niego bliżej. Gdyby mógł, to właśnie tańczyliby sobie na środku pomieszczenia, ale nie chciał przemęczać nogi Jake’a. No i sam nie potrafił za bardzo tańczyć, więc… no.
    Ujął jego podbródek w palce i odwrócił jego głowę w swoją stronę. Spojrzał mu w oczy i uśmiechnął się. Nawet mu się to podobało, szkoda, że Jake wcześniej nie pokazał mu tej karty. Zrobiliby pewnie niezłą furorę wśród grających.
    - Może wpadliby na to, że to miłość – powiedział cicho z ustami przy jego ustach, powstrzymując się, aby go nie pocałować. Jasna cholera…

    R.

    OdpowiedzUsuń
  9. Prawdę mówiąc, to Rayne chciał go pocałować, naprawdę. Tylko nadal gdzieś tam w sobie czuł tę obawę przed tym posunięciem. Jake miał teraz ważniejsze sprawy na głowie, Rayne też powinien zająć się sobą i rodziną, a nie myśleć o pocałunkach i mizianiu się z dziesięć lat młodszym chłopakiem, który miał szansę przeżyć. Z nogą czy bez. Trochę mu tego zazdrościł. I w ogóle Jake był interesujący, chciałby go bliżej poznać i przekonać się, jaki jest naprawdę. Dlatego ucieszył się, czując jego usta na sobie. Żałował jedynie, że nie mógł odwzajemnić tego nieśmiałego pocałunku, z pewnością doprowadziłby do bardziej namiętnej pieszczoty. Szkoda, że nie miał ku temu okazji, ba, miał wrażenie, że Jake’owi się nie spodobało i zrobił to pod wpływem chwili. Zaraz jednak odrzucił te myśli. Mógł za nim pobiec i z nim porozmawiać, ale… najpierw sam musiał to sobie ułożyć w głowie. Życie byłoby łatwiejsze, bez tej choroby uroczo nazywanej rakiem.
    Posiedział jeszcze chwilę w tej świetlicy, a potem wyszedł się przejść po szpitalnym parku. Jeszcze wczoraj nic nie wskazywało na to, co się przed chwilą wydarzyło i bardzo go to zastanawiało. Ale potem zrozumiał – nie mieli za wiele czasu, aby randkować i poznawać się powoli. Cóż, nie tak zdążył sobie wymarzyć ich pierwszy pocałunek, ale nie gardził. Uśmiechnął się lekko na samo wspomnienie. Oczywiście, że chciałby to powtórzyć. Ale to nie było takie proste.
    Kiedy wrócił do sali, Jake już spał. W pierwszej chwili Rayne chciał go obudzić i porozmawiać o tym incydencie, ale stwierdził, że chłopak i tak ma dużo na głowie ze względu na chorobę i amputację nogi. Nie powinien mu jeszcze gadać o tym, co mogłoby być między nimi i tak, nieważne, że znali się od wczoraj, to nic. Spojrzał na swoją szafkę i uniósł brew. Czekolada i liścik? Usiadł więc na łóżku i chwycił karteczkę między palce. Szybko przebiegł wzrokiem po tekście i westchnął. Chyba nigdy nie zrozumie tych wszystkich gestów, czynów i innych takich. Żałował, że nie będzie mógł mu jednak nic powiedzieć. Chociaż na dobrą sprawę nie wiedział, co miałby mu powiedzieć, więc może jednak lepiej, że jutro nie zobaczą się przez cały dzień. Rayne poczuł się zagubiony. Jeszcze poczuł ucisk w klatce piersiowej. Odruchowo się zginął i zacisnął mocno zęby. To bolało jak cholera, a już niedługo ten ból nie będzie go w ogóle opuszczał. Bardzo się tego bał. I jak w takim momencie miał myśleć o amorach? Nie miał prawa myśleć o ewentualnych związkach, podczas kiedy on sam niedługo mógł wylądować trzy metry pod ziemią. Nie widział sensu pakowania się w to wszystko. Tylko dlaczego, kiedy spoglądał na spokojną twarz śpiącego Jake’a, pomimo bólu, uśmiechał się?
    Kolejny dzień mijał mu bardzo powoli. On też miał dzisiaj jakieś badania. Przyznał się do bóli, że są coraz częstsze i mocniejsze. Bał się słów lekarza, ale chciał znać prawdę; ile mu jeszcze zostało czasu, aby powiadomić rodzinę i ile czasu zostało, aby rozwiązać sprawę z Jake’em. Miał w głowie wiele rozwiązań i tylko kilka godzin, żeby któreś wybrać i ewentualnie dopracować. To brzmiało źle, ale był strażakiem i nauczył się działać według planu. Gorzej, jeśli druga osoba nie gra według scenariusza.
    Czekał na niego cały dzień, jednak wieczorem nie odezwał się w związku z pocałunkiem. Natomiast zdążył już zjeść pół czekolady. Niedługo pójdą do zoo. Ciekawe, jak to będzie wyglądało. Jake napisał, że nic się nie stało, ale Rayne nie był co do tego tak do końca przekonany.

    R.

    OdpowiedzUsuń
  10. Rano sam przebiegł się po gabinetach w celu przeprowadzenia kolejnych rutynowych badań. Zaczynało go to nudzić. Chciałby stąd wyjść i generalnie nigdy nie wrócić. Och, jakby tak magicznie wyzdrowiał, to na pewno nigdy w życiu by nie pojechał do szpitala. Żadnego. Tyle, co musiał się tutaj przemęczyć, przecierpieć i przeleżeć… Ten tylko się dowie, kto przeżył to samo w tym okropnym miejscu. Ale przynamniej pielęgniarki były fajne. Te z oddziału pediatrii. No i poznał Jake’a. Cieszył się, że chociaż pod koniec swojego krótkiego życia poznał kogoś tak interesującego, kto go zafascynował od pierwszej chwili; kiedy pierwszy raz zobaczył go takiego przerażonego, jemu samemu zrobiło się przykro. Jakoś udało mu się go uspokoić raz, a potem drugi raz w nocy. Może to przez to Jake go pocałował? Bo był zafascynowany tym, że Rayne miał na niego tak duży wpływ? Za dużo o tym myślisz, stary, pomyślał, przecierając oczy. Wstał z całkiem ładnego krzesełka w korytarzu i wszedł do gabinetu. Cóż, przynajmniej, jak musiał się rozebrać do pasa, to czuł się dość komfortowo. Opłacało się ćwiczyć i tak dalej, miał się czym pochwalić, mówiąc nieskromnie. Tylko czemuś t y niezdrowe, serce?
    Snuł się cały dzień bez celu, zastanawiając się, co z Jake’em. Wiedział, jak mocno chłopak przeżywa pierwszą chemioterapię. Żałował, że nie mógł być tam razem z nim i chociażby potrzymać go za rękę. To dużo dawało; pocieszenie i poczucie bezpieczeństwa. Rayne sądził, że jego młodszy kolega tego właśnie potrzebuje i chciałby mu to dać. Nie założy zbroi ani nie zacznie wymachiwać mieczem, ale będzie obok niego. Chociażby przez głupią ścianę, w którą się teraz wpatrywał. Za tą ścianą znajdował się Jake.
    Athaway wrócił do swojego pokoju. Akurat zadzwonił jego telefon, więc odebrał go bez wahania nawet, jeśli na wyświetlaczu było napisane „Andy”. Nie miał ochoty na pseudo zachwycanie się śniegiem i innymi warunkami życia na Alasce, na której rzekomo był. Już prawie mu wyznał, że musi mu coś powiedzieć, ale jednak mu się nie udało, żadne takie słowa nie chciały wyjść z jego ust, nie przez zaciśnięte mocno gardło. Kurwa, czasami się nienawidził.
    - Oczywiście, że tęskniłem – prychnął, jakby to była oczywista oczywistość. Nie mieli za bardzo okazji porozmawiać o tym, co się stało wczoraj. Jake nie wydawał się spieszyć z tym tematem, chyba zamknął tę sprawę tamtym liścikiem, który Rayne cały czas trzymał w swojej szafce nocnej. – Nic ciekawego, chwilę posiedziałem na świetlicy, potem czekałem na ciebie tutaj w samotności.
    Jasne, że nie wspomniał o telefonie. Bo po co?
    Spojrzał na pizzę.
    - Mniam! – ucieszył się, uśmiechając wesoło. No, jaki miły akcent w ciągu dnia. Wziął sobie kawałek i od razu wziął wielkiego gryza. – Mmm! Pycha! Zostawimy ci coś na jutro. A jak nie, to w niedzielę zjemy coś smacznego na przepustce.
    Patrzył tak sobie na niego, przyglądając się uważnie jego twarzy. Próbował to maskować jedzeniem tego kawałka pizzy. Jake wyglądał zupełnie tak jak on, kiedy wziął pierwszą dawkę chemioterapii. To było okropne.
    Odłożył pudełko z jedzeniem na bok, a potem umył ręce i wrócił do łóżka. Wyciągnął do niego dłoń i pogłaskał go po karku. Nie potrafił się jednak uśmiechnąć i pocieszyć go jakoś chociażby takimi wykrzywionymi kącikami ust. Przesunął palce na jego policzek i cicho westchnął. Jake wyglądał na zmęczonego i Rayne ucieszył się, że tę przepustkę dostali na niedzielę, a nie na jutro. Sobotę przeznaczą na odpoczynek. Już Athaway dopilnuje, żeby chłopak odpoczywał i nie przemęczał się za bardzo. Najlepiej zacząć już teraz.
    Przyciągnął go delikatnie do siebie, a potem jednym ruchem położył go na łóżku obok siebie. Okrył kołdrą do klatki piersiowej i ponownie przeczesał mu palcami włosy, kiedy podparł się łokciem i patrzył na niego z góry.
    - Jak się czujesz? – zapytał łagodnym głosem, nieco wyciszonym. O to powinien go zapytać na samym początku. Może istniała jakaś tam, chociażby minimalna, szansa, że wcale nie będzie musiał pozbywać się nogi…?

    Kochający R.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ułożył się wygodnie, czekając na niego, aż zrobi to samo. Objął go ramieniem i głaskał sobie dalej. Łóżko było małe, ale idealnie się mieścili na nim obaj. No i w ogóle można było powiedzieć, że jest całkiem fajnie, tak leżeć blisko niego, kiedy trzymał głowę na jego ramieniu.
    - Nie, oczywiście, że nie. Śpij – podpowiedział mu, chociaż Jake doskonale wiedział, co ma robić. Rayne ucieszył się z takiego obrotu spraw; nie musiał odpowiadać na pytanie dotyczące jego rodziny. Czasami chciał, żeby ktoś tu przyszedł i z nim posiedział, powiedział, że będzie dobrze, wspierał go… Naprawdę jest skurwielem. Może wykorzysta trochę czasu z niedzielnej przepustki; odprowadzi Jake’a do szpitala, a potem jeszcze pomknie do domu i wyjaśni wszystko rodzicom, a potem poleci jeszcze do przyjaciół.
    Tja, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Jutro obudzi się i znowu stwierdzi, że się boi. Nienawidził siebie za to. Szkoda, że rodzina Jake’a go nie odwiedzała. To było smutne. Zwłaszcza, że wiedzieli, skoro chłopak mówił, że nie zadzwonili.
    - Wiesz – zaczął szeptem, nie do końca pewny, czy chłopak już śpi – może nie chcieli ci przeszkadzać. Pewnie zadzwonią jutro – dodał jeszcze, cały czas go głaszcząc powoli i ze spokojem po włosach i karku.
    Uniósł lekko głowę i przyjrzał mu się uważnie. Odpłynął. Rayne uśmiechnął się lekko do siebie. Mimo, że Jake wyglądał jak duch, to śpiący wydawał się taki spokojny. Pocałował go lekko w czubek głowy, chwilę przeciągając tę pieszczotę. Odpoczywaj, pomyślał, również zamykając oczy. Nie chciał jednak zasypiać, zbyt długo dzisiaj czekał na niego, żeby teraz zasnąć. Nie. Chciał nacieszyć się jego bliskością i generalnie samą obecnością. Oby tylko pielęgniarki nie weszły i nie zaczęły krzyczeć, że nie mogą spać na jednym łóżku, bo to wbrew regulaminowi czy coś. Raynie nie wiedział, czy rzeczywiście jest to uwarunkowane przepisami, ale… Nie zamierzał jednak się przenosić. Tego wieczora wstał kilka razy – żeby coś zjeść i pójść do łazienki. Potem wracał do łóżka, ostrożnie kładąc się obok niego; przecież nie chciał go obudzić. I za każdym razem, nie mogąc się powstrzymać, przyciskał wargi do jego czoła albo głowy. Naprawdę się nim przejmował i sam się sobie dziwił. Nie sądził, że pozna jeszcze kogoś, o kogo będzie się troszczył, kogo będzie chciał zamknąć w swoich ramionach i chronić przed całym światem. Albo w tym przypadku – przed chorobą.
    Następnego ranka obudziły go hałasy na korytarzu. Aha, śniadanie jechało. Otarł oczy i uniósł się na łokciach. Miał dylemat – obudzić go na ciepłą herbatę, czy pozwolić mu jeszcze pospać. Wiedział jednak, że on sam musi się podnieść, jeśli ktoś ich tak zobaczy… mogłoby być nieciekawie, dlatego usiadł na łóżku, przeciągnął się i wstał. Jeszcze raz spojrzał na Jake’a, uśmiechając się lekko. Nabrał nieco koloru, ale to nadal nie było to, co powinno być.
    - Jake, pobudka – zamruczał mu do ucha, lekko szturchając go w ramię. – Śniadanie zaraz będzie – dodał, mając nadzieję, że kwestia jedzenia jakoś przekona go do otwarcia oczu. Pamiętał, że on sam po chemioterapii najchętniej przespałby ze dwa dni. Dobrze, że to jutro mają kilka godzin wolnego. A, no i przy okazji znowu go pogłaskał. Nawet, jeśli obaj nie będą mieli już włosów na głowie, to nadal to będzie robić.

    Troskliwy R.

    OdpowiedzUsuń
  12. Rayne generalnie uwielbiał spać na wielkich łóżkach, bo lubił się na nich wyciągać, dlatego wizja spędzenia każdej nocy na jednoosobowym łóżku, w dodatku z kimś w pokoju, to była dla niego jedna, wielka masakra. Wkrótce jednak przyzwyczaił się do panujących tu warunków. I o dziwo spanie na takiej małej powierzchni z jeszcze jedną osobą, nie było wcale takie złe. A może to dlatego, że spał z Jake’em. Pomieścili się bez problemu, idealnie się w siebie wpasowując. Ani razu nie obudził się w nocy z łokciem wbitym między żebra. Rano uznał to za sukces, ponieważ czuł się wyspany i wcale niepołamany. To naprawdę był wyczyn.
    Po kilku godzinach leżał na swoim łóżku i obserwował, jak jakaś kobieta wchodzi do ich sali i podchodzi do łóżka Jake’a. Jak się potem okazało, to jego matka. Wpatrywał się w nich dłuższą chwilę, a potem podszedł i przedstawił się grzecznie.
    - Rayne Athaway. I tak, jutro pójdziemy do zoo. Musiałeś się domyślić? – prychnął, udając niezadowolonego, ale zaraz się uśmiechnął. – Zostawię was samych. Bawcie się dobrze – pomachał lekko chłopakowi, a potem wyszedł z pomieszczenia, zgarniając przy okazji swój telefon. Ostatnio oduczył się brania go ze sobą wszędzie, wsadzając sprzęt do kieszeni spodni albo szlafroka. Nie potrzebował go tutaj, rodzina rzadko się do niego odzywała i… chciał to zmienić. Słowa Jake’a działały na niego dość mocno. Gdyby powiedział mu prawdę, że ukrywa chorobę przed rodzicami i przyjaciółmi, na pewno by był na niego zły i nie wiadomo, co jeszcze. Chyba to przez tego fascynującego dwudziestolatka wyszukał numeru swojej mamy i nacisnął zieloną słuchawkę. Ręce mu drżały i próbował uspokoić głos. Chwile, kiedy słyszał dźwięk nawiązywanego połączenia, niesamowicie mu się dłużyły.
    - Cześć, mamo – zaczął, zamykając oczy. – Wpadnę jutro wieczorem. Muszę wam coś powiedzieć – wyznał w końcu, cichym głosem, aby nie wyczytała z jego tonu żadnych uczuć. Głównie drżących strun głosowych, które mogły zdradzić jego stan. – Powiem ci jutro. Muszę kończyć.
    Rozłączył się. Co miał powiedzieć? „Nie martw się, to nic poważnego”? Ukrywał prawdę, ale nie chciał kłamać.
    Schował telefon do kieszeni i długim rękawem otarł prawie mokre oczy. A niech mówią, co chcą, miał prawo do małych łez. Był tylko człowiekiem. Chorym człowiekiem, który tylko udawał, że sobie wyśmienicie z tym wszystkim radzi. Ale jutro w końcu powie prawdę. Nie chciał ich ranić w żaden możliwy sposób, ale tego było za wiele. Jeśli im nie powie, to chyba zrani ich bardziej, prawda? Ileż można cieszyć się z nieistniejącego wyjazdu na Alaskę…
    Późnym popołudniem wrócił do sali. Trochę był zdziwiony, że Jake siedzi sam; myślał, że matka będzie chciała dłużej posiedzieć ze swoim synem, zwłaszcza w jego sytuacji, kiedy wczoraj miał pierwszą chemioterapię.
    Usiadł na jego łóżku wygodnie i spojrzał na niego.
    - I co tam? Miło było? – zagadnął, z lekkim uśmiechem. Zaraz spojrzał na zachodzące powolutku słońce. No, już niedługo krótki urlop od szpitala i jedna z najgorszych rozmów w jego życiu. To było straszniejsze od przyznania się do swojej orientacji seksualnej rodzicom. Dobrze, że to stresujące i przerażające wydarzenie poprzedzała przyjemna przepustka z Jake’em. Zabawią się, pójdą zjeść coś dobrego i obaj na chwilę zapomną, że umierają. To wspaniałe, prawda?

    Zagubiony i wystraszony Rayne

    OdpowiedzUsuń
  13. Nigdy nie zastanawiał się na tym, że ktoś może odkryć prawdę związaną z jego samopoczuciem i ogólnie o nim. Wydawało mu się, że jest całkiem niezłym aktorem, nikt nigdy nie dawał mu do zrozumienia, że jest inaczej, postrzegali go tutaj jako wesołego mężczyznę, który nie przejmuje się swoją chorobą. To oczywiście wszystko było gówno prawda, ponieważ Rayne bał się jak jasna cholera. I tak wystarczyły mu już te pełne litości spojrzenia kolegów pacjentów z innych oddziałów, którzy mogą sobie niedługo wyjść ze szpitala i wrócić do domu jakby się nigdy nic nie stało. Dlatego trochę się przestraszył, kiedy Jake zapytał, czy wszystko dobrze. Nie było dobrze. Nie było w minimalnym stopniu dobrze. Jedyną dobrą rzeczą i iskierką w tunelu, był on. Dwudziestolatek, który zobaczył coś w jego oczach. Coś, co Rayne’owi w ogóle się nie podobało i nie chciał tego.
    - No co ty, zwariowałeś? Nie mogę się doczekać jutra – uśmiechnął się do niego lekko, a potem, jak już miał w zwyczaju, poczochrał go po włosach. I tak miał je wiecznie w nieładzie, więc no, nie miał wyrzutów sumienia. – Pochodzimy, ale z uwagą, żeby nie forsować twojej nogi – spojrzał na wybrzuszenia pod kołdrą i dotknął chorej nogi przez materiały. Przesunął kilkakrotnie wzdłuż kończyny, głaszcząc ją. Pewnie i tak niewiele czuł, ale Rayne nie mógł się powstrzymać. W ogóle zauważył, że mało przed czym się powstrzymywał, jeśli chodziło o Jake’a. Skubaniec miał w sobie coś wyjątkowego. – Ale pod koniec odprowadzę cię do szpitala i sam będę musiał się z kimś spotkać – poinformował go, wpatrując się w miejsce, gdzie spoczywała jego dłoń. – Wrócę trochę później – dodał jeszcze, a potem spojrzał na niego krótko. – Ale będę wieczorem i nie dam ci żyć, spokojnie, o to się martwić nie musisz – znowu się uśmiechnął, trochę szerzej niż poprzednio.
    Wziął kawałek pizzy i zjadł ją w kilku kęsach. Musiał zająć czymś usta. Nie wiedział, co miałby mu więcej powiedzieć. Nie chciał zdradzać za dużo ani mówić całej prawy, bo… nie chciał być osądzany przez niego. Nie w takiej kwestii. Już poznał jego zdanie na temat trzymania choroby w sekrecie i wolał, żeby Jake się nie dowiedział o jego strasznej tajemnicy.
    - Idę zaraz spać – stwierdził, spoglądając za okno. Niepatrzenie mu w oczy było chyba złym rozwiązaniem, mógł się przez to czegoś domyślić i Rayne o tym doskonale wiedział. Może dlatego zeskoczył z jego łóżka, wziął ręcznik i wyszedł z pokoju, kierując się do łazienki. Okej, to było straszne. Chciałby znowu z nim pospać i mieć go przy sobie, a z drugiej strony… czy to na pewno był taki dobry pomysł?
    Cały mijający wieczór unikał rozmów z Jake’em, od razu kładąc się do łóżka, przodem do jego łóżka. Chwilę patrzył w tamtą stronę, a potem zasnął. Musiał się w końcu wyspać na kolejny dzień.
    Wyjście mieli umówione na czternastą i dziesięć minut przed poinformowali lekarza o swojej przepustce. Mieli też się zgłosić, jak tylko wrócą. Rayne był wesoły, ale jak tylko przypomniał sobie, że umówił się dzisiaj z rodzicami na poważną rozmowę… Spinał się niezauważalnie, a jego serce gwałtownie przyspieszało, co nie było dobre na jego obecny stan zdrowia.
    - Chodźmy – zaproponował, kiedy dotarli do wyjścia ze szpitala. Wolność!

    R.

    OdpowiedzUsuń
  14. Rayne cieszył się niezmiernie, kiedy w końcu wyszli z terenu szpitala, a on mógł odetchnąć świeżym powietrzem (na tyle świeżym, na ile pozawalały mu – powietrzu – spaliny samochodów). Przez chwilę miał wrażenie, że naprawdę stamtąd odchodzi, że już jest zdrowy i już nie będzie musiał tu wracać. Niestety, bardzo szybko do niego dotarło to, że owszem, jeszcze będzie musiał tu przeleżeć swoje, a potem trafi na najniższe piętro do kostnicy.
    - Ja też nie byłem dawno na randce – przyznał i uśmiechnął się. Mimo, że czuł się lekko zdezorientowany przez zachowanie i słowa Jake’a, to czuł się dobrze. No bo co miał myśleć, skoro chłopak najpierw go całuje, potem ucieka, potem pisze mu liścik, że nic się nie stało, a jeszcze później mówi mu o randce. Nastolatki. Z Rayne’em też nie dało się dogadać? – Może ci jakoś pomóc? – dwa większe kroki wystarczyły, aby znaleźć się obok niego. W końcu od tego tu poniekąd był, miał mu pomóc. Znaczy chciał mu pomóc w poruszaniu się, aby Jake nie przeforsował nogi, bo pielęgniarki chyba zabiłyby ich obu z miejsca. – Idziemy na autobus. Stąd jedzie bezpośredni. Wiesz, żeby rodzice mieli gdzie zabrać dzieci, kiedy te dostaną trochę wolnego od lekarzy.
    Udali się na przystanek, a Rayne sprawdził rozkład jazdy. Na szczęście jeździły mniej więcej tak często, jak w dni robocze. Chyba twórcy wiedzieli, że najczęściej podróżujących będzie w weekendy, kiedy to liczba odwiedzających była najwyższa.
    - Siadaj – posadził go na ławeczce, sam rozglądając się za autobusem. Było cieplutko, świeciło słońce, a niebo było błękitne. Idealna pora na spacer po zoo. Rayne wziął portfel i telefon, standardowo, ale jak ważne były to przybory, prawda? – No dalej – spojrzał na zegarek. Odliczał każdą minutę, mieli w końcu niewiele czasu na tę wycieczkę. A on sam chciał jeszcze wieczorem wpaść do rodziców. Znowu coś ścisnęło mu żołądek, kiedy o tym pomyślał. Strasznie się denerwował, bał się im to powiedzieć. Co, jeśli się od niego odwrócą, ponieważ nie będą chcieli patrzeć na cierpienie syna? Co, jeśli Rayne nie będzie w stanie znieść ich cierpienia z jego powodu?
    W końcu jednak wsiedli do autobusu, Rayne kupił bilety i jechali, podziwiając widoki za oknem. Tej trasy jeszcze nie znał, więc miał jakieś zajęcie. Przy okazji powiedział Jake’owi, że jak tylko poczuje ostry ból, to ma mu natychmiast powiedzieć.
    Przy wejściu do zoo otrzymali kolorowe mapki z całym zoo i przystankami ze zwierzakami. Mogli od razu udać się do zwierząt, które chcieli zobaczyć. No i nie zgubią się tak łatwo z mapą. Były tam zaznaczone place zabaw, jakieś bary, toalety. Generalnie ekstra.
    - W lewo czy w prawo? – zapytał, patrząc na mapę. On sam chciał jak najszybciej iść do dzikich kotów, które od dziecka uwielbiał. Rzadko jednak zdarzało mu się podejść do wybiegu z tygrysem albo innym lewem, który akurat by nie spał i znajdował się bliżej szyby. Zawsze skubańce się gdzieś chowały albo spały w najlepsze.
    Rayne zaoferował Jake’owi swoje ramię, aby mógł się o niego podeprzeć w czasie ich długiej wycieczki. Pół godziny niestety już im minęło i musieli liczyć drugie pół na powrót. Chyba, że będą gdzieś bliżej szpitala na obiedzie. Bo szczerze mówiąc, nie chciał jeść tutaj.
    - I kupimy sobie pamiątki i zrobimy dużo zdjęć – dodał jeszcze, kiedy ruszyli powoli przed siebie. Cóż, jeśli będzie miał gorszy dzień w szpitalu, będzie się czuł coraz gorzej, to spojrzy na te kolorowe zdjęcia z ich uśmiechniętymi twarzami i będzie wspominać, jak to dobrze było w ten piękny dzień i aż sam się do siebie uśmiechnie. Taki był z grubsza plan. I gdy Jake już wyzdrowieje (cały czas mocno w to wierzył), będzie mógł je zatrzymać, aby powspominać przyjaciela z sali, lub zniszczyć, żeby zapomnieć.

    R.
    PS. I love you!

    OdpowiedzUsuń
  15. Wybrali się więc przed siebie, podziwiając kolorowe zwierzaki, które chętnie by się przytuliło i pogłaskało. Rayne natomiast wolał unikać budynku, w którym znajdowały się terraria z wężami i pająkami. Nigdy nie wiesz, czy to cholerstwo nie znalazło drogi ucieczki i za chwilę się na ciebie nie rzuci z kłami i odnóżami, wstrzykując ci porządną dawkę trucizny, która jest gorsza od raka. Chociaż w sumie… Nie, wolał jeszcze pożyć tyle, ile mówili mniej więcej lekarze, aniżeli w ciągu kilku minut od ukąszenia. No i właśnie dlatego nie chciał tam iść. A niedźwiedzie polarne wydawały się być takie miłe i urocze w porównaniu z tamtymi paskudztwami. Też mogą zabić, ale to nic.
    - Nie, skarbie – wyrwało mu się, czego nawet nie zauważył. – Obok miśków polarnych są pingwiny i inne zwierzęta, których naturalnym środowiskiem jest zima. Musi być tam zimno – westchnął cicho. Dobrze, że mieli siebie, Rayne ewentualnie przytuli do siebie Jake’a i razem jakoś się rozgrzeją. – Pandy są kawałek dalej – wskazał mu mapkę. Potem zerknął na niego i uśmiechnął się do siebie. Już wiedział, jaką pamiątkę mu kupi oprócz oczywiście zrobienia zdjęć, które właśnie robili. Rayne zrobił głupią minę; on nie robił poważnych min albo uśmiechał się ładnie do zdjęć, nie, nie. On zawsze musiał pokazać język, zrobić duże oczy, wyszczerzyć zęby… wtedy wychodziło najzabawniej przecież. I o to właściwie chodziło, prawda? Może kiedyś uśmiechnie się ładnie, żeby nie było. Ale wtedy przytuli do siebie Jake’a. Tak jak zrobił to po chwili, kiedy doszli do wybiegu dla niedźwiedzi polarnych. Stanęli tyłem do nich, a potem Rayne uniósł aparat, pokazał ząbki w uroczym uśmiechu, przytulił do siebie dwudziestoletniego przyjaciela i wcisnął odpowiedni przycisk na aparacie. Zaraz potem wyświetlił to zdjęcie i pokazał chłopakowi, sam przyglądając się utrwalonej chwili. – Pięknie – skomentował, patrząc bardziej na Jake’a niż na siebie.
    Potem przeszli dalej i dalej, zatrzymując się na dłużej przy pandach, z którymi Rayne zrobił Jake’owi kilka zdjęć. No, te zwierzaki to miały życie. Cały czas śpią albo jedzą. Układ idealny dla Rayne’a, aczkolwiek on wybrałby jeszcze jedna czynność do swoich ulubionych…
    W drodze do delfinów zahaczyli jeszcze o stoisko z lodami, watami cukrowymi i goframi. Rayne’owi od razu zachciało się jeść, więc zamówił im dużą watę cukrową na pół. A co, mogą sobie w końcu pozwolić na chwilę słodkości. Kawałek dalej kolejka dzieci ustawiała się do stoiska z pluszakowymi zwierzętami z zoo i mężczyzna od razu przypomniał sobie, co miał podarować Jake’owi.
    - Usiądź tu, odpocznij sobie, a ja zaraz wrócę – polecił mu, sadzając go na wolnej ławce, a potem sam ustawił się w kolejce za dzieciakami. Z oddali już rozglądał się, czy maskotkowe pandy są jeszcze w sprzedaży. Na szczęście największy szał był na dzikie koty, więc jak nadeszła jego kolej, od razu poprosił o ładną pandę, miłą w dotyku i tak dalej. Spryciarze mieli tu niezłe ceny, ale to nic. Zapłacił i wrócił do Jake’a.
    - Zobacz, co mam – usiadł obok i podarował mu pluszaka, obserwując jego reakcję. Miał nadzieję, że się ucieszy i że zostawi ją sobie na pamiątkę pod nim. Oby tylko nie stwierdził, że to zabawka dla dzieci, a nie dla dwudziestoletniego chłopaka…

    Rayne i Panda

    OdpowiedzUsuń
  16. Rayne nie potrafił ukryć, że był zaskoczony reakcją Jake’a na widok pandy. Co nie zmieniało jednocześnie faktu, że spodobała mu się jego odpowiedź na ten prezent. Pogłaskał go po plecach i oczywiście po głowie. Nawet ośmielił się go cmoknąć w sam jej czubek. Cholernie żałował, że mieli tak mało czasu dla siebie. I nie chodzi tutaj o czas spędzony w szpitalu (bo tam siedzieli ze sobą dwadzieścia cztery na siedem) ani o przepustkę. Chodziło o te miesiące, które znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Potem jedynie pozostaną zdjęcia w trumnie. A w łóżku Jake’a pamiątkowa, urocza panda. Rayne miał pewność, że chłopak ją zatrzyma. Niemożliwe, żeby chłopak tak udawał swoją radość na jej widok. Wiedział zatem, że nie wyrzuci jej, jak tylko ich drogi się rozejdą.
    Kiedy się od siebie odsunęli, Rayne walczył ze sobą, żeby go nie pocałować. Ich relacje naprawdę były dziwne i trudno było je odpowiednio sklasyfikować. Niby Jake uznał tamto za nieważne, a tymczasem padały takie słowa jak „randka”, „zazdrość” czy „skarbie” (tak, dopiero później dotarło do niego, co powiedział). Rayne sam nie wiedział, czy czuje się z tym w porządku. Niby wszystko było okej, ale miał wrażenie, że stoi na niepewnym gruncie. Chciałby z nim o tym porozmawiać, ale jednocześnie nie chciał do niczego zmuszać. Jake miał tylko dwadzieścia lat i wielki strach przed swoją chorobą i konsekwencjami z nią związanymi. A Rayne miał jeszcze dzisiaj poważną rozmowę do przeprowadzenia. Wolał sobie odpuścić chociaż jedno.
    - Nie będę, bo Pan Panda będzie spał z n a m i – uśmiechnął się kącikiem ust. No co, przecież dobrze im się ostatnio spało razem, prawda? Ani jeden, ani drugi nie narzekali na wspólnie spędzoną noc w jednym łóżku. Pluszak też by się gdzieś tam zmieścił… - Daj mi to, bo tak nosisz to, opierając się o kulę – powiedział Rayne tonem, który mógł przypominać rozkaz. Wziął od niego plecak i sam zawiesił sobie na ramiona. Podał mu rękę i mogli udać się do delfinarium. Już nie mógł się doczekać pływających dookoła nich tych cudownych zwierzaków. Zawsze chciał pogłaskać delfina, ale chyba bałby się, że zaraz go ugryzie. Tak, wiedział, że te urocze ssaki są przyjacielskie.
    Na miejscu Rayne rozejrzał się dookoła. No, klimat był tu całkiem niezły. Złapał Jake’a, nim ten zdążył mu upaść. Przytulił go od razu do siebie, chroniąc równocześnie przed innymi zwiedzającymi. Nie chciał, żeby ktokolwiek na niego wpadł i zrobił mu krzywdę. Dzięki światłu padającemu z wody, mógł zobaczyć jego piękne oczy. No tak, podobał mu się cały, już dawno to zrozumiał.
    Otworzył lekko usta, a potem oblizał jego paluszek językiem, zlizując słodkość, jaką pozostawiła po sobie wata cukrowa. Cały czas patrzył mu w oczy. To zdecydowanie odbiegało od normalnej przyjaźni między mężczyznami, prawda? Zwłaszcza, jeśli w grę wchodził ten mocny i pewny pocałunek, którym po ułamku chwili obdarzył go Rayne. Nie robił tego jednak nachalnie; skupił się na tej pieszczocie, całując go czule, ale jednocześnie z całą pewnością siebie. Wiedział, że tego chce i chociaż bał się jego reakcji, to miał gdzieś nadzieję, że Jake mu nie ucieknie tak jak ostatnio na świetlicy. Obejmował go ramieniem w pasie, gotowy jednak rozluźnić uścisk w razie takiej potrzeby. Drugą położył na jego karku, palce wtapiając w jego włosy. Czuł, jak jego serce przyśpiesza i miał wrażenie, że i Jake je słyszy. Niby miał już te trzydzieści lat, a miał wrażenie, że zachowuje się jak nastolatek, który po raz pierwszy całuje swoją wielką miłość. Podobało mu się to uczucie i nie chciał tego przerywać. Musiał to jednak zrobić, kiedy zabrakło mu tchu. Odsunął się tylko o kilka centymetrów, łapczywie nabierając powietrza do płuc. Oparł czoło o jego czoło i zajrzał mu w oczy. Dałby sobie rękę uciąć, że w jego własnych tańczą wesołe iskierki.

    Zakochany Rayne

    OdpowiedzUsuń
  17. Rayne uśmiechnął się lekko do siebie. Czyli jednak Jake chciał tego samego, a wtedy ściemniał. Okej, bardzo dobrze, pomyślał, głaszcząc go po plecach. Mógłby sobie z nim tu tak jeszcze posiedzieć i dalej obdarowywać go pocałunkami, ale wypadałoby też iść coś zjeść. W końcu trzeba skorzystać z okazji i wpakować w sobie trochę niezdrowego jedzenia, bo potem mogą tak szybko nie wyjść na przepustkę i czekało ich tylko szpitalne jedzenie, które było idealnie sprecyzowane i przygotowane pod względem wartości odżywczych. Nuda. Ale Rayne to rozumiał, w końcu byli tylko pacjentami. I tak dobrze, że nie mieli jeszcze innej, konkretnej diety, i mogli jeść większość potraw, serwowanych w szpitalu. Aczkolwiek wizja jakiegoś fast foodu albo czegokolwiek innego, czego nie znajdzie się w szpitalnej kuchni, była bardzo kusząca. Dlatego dał się ciągnąć Jake’owi, oglądając razem z nim po raz ostatni dzikie zwierzęta. Na pewno chciałby tu z nim wrócić jeszcze nie raz. Miał cichą nadzieję, że uda im się tu jeszcze kiedyś dotrzeć i zatrzymać na cały dzień.
    Po przybyciu na miejsce, Rayne zajął miejsce, gdzie przechodziło mało ludzi, nikt im nie przeszkodzi ani nie przewróci się przez kulę. Troszkę był zaskoczony zachowaniem swojego partnera, ale od razu objął go ręką w pasie, trzymając mocno, aby nie spadł mu z tych kolan. No, tak blisko to mógłby go mieć już zawsze.
    - Właściwie, to jeszcze nie wiem. Może jakiegoś burgera albo kebab… O, kebab z frytkami brzmi nieźle – stwierdził, przeglądając kartę dań. Jego uwagę jednak przykuł ten nieszczęsny deszcz. Jasna cholera, przebiegło mu przez myśl. Cóż, szybko przyszedł i pewnie szybko pójdzie. Przynajmniej taką nadzieję miał Rayne. Nie chciał się godzić na powrót pieszo. Po pierwsze nie chciał narażać jego ani siebie na przeziębienie albo coś gorszego (lekarz by ich pozabijał na miejscu), a po drugie nie chciał, żeby Jake za dużo chodził. I tak już dzisiaj przesadzili i chociaż chłopak się nie skarżył, to Rayne wolał unikać już wysiłku dla jego chorej nogi. – A ty co zjesz?
    Przyciągali wzrok i obaj to wiedzieli. Chyba obaj, Athaway widział, że kilku klientów się na nich gapi, ale co mogli zrobić? To wolny kraj, wolny Stan, więc mogli robić, co chcieli. Zresztą, mieli powód. Byli poważnie chorzy, dopiero co się całowali w delfinarium… i Rayne chciał więcej. Dlatego jak tylko kelnerka od nich odeszła, wpił się w usta chłopaka, wsuwając język do jego ust. Ta pieszczota była zdecydowanie bardziej pewna. Już mniej więcej wiedział, że może to robić i Jake nie miał nic przeciwko. Nie uciekał mu, ba, sam się do niego przytulał, co Rayne odbierał jako naprawdę uroczy i ciepły gest. Mógłby go tak trzymać w ramionach przez cały dzień. Wkrótce będzie mógł spełnić to swoje „marzenie”. Przepustka się skończy, jutro zaczyna się kolejny dzień w szpitalu. A jeszcze dzisiaj musi załatwić coś tak poważnego…
    Oderwał się od jego ust, ale cmoknął go w nosek. Uśmiechnął się leciutko.
    - Jak przestanie padać, to kawałek pójdziemy, ale potem wsiądziemy w autobus, jasne? Tylko taki układ mogę ci zaproponować, panie Lancaster. Nie pozwolę ci przemęczać nogi i wystawiać organizm na zagrożenie – dodał po chwili, głaszcząc go po nodze. Jego zaczęło lekko serce pobolewać, ale starał się to ignorować. Nic nowego ostatnio przecież.
    Po posiłku wyszli na zewnątrz. Słońce znowu królowało na niebie, ale chmury chyba nie do końca dały za wygraną. Rayne skierował ich małe kroki w stronę przystanku. Chciał iść trasą, na której zatrzymują się autobusy, które doprowadzą ich do szpitala. Gdy znowu deszcz lunie z nieba, chciał, aby mieli blisko pod dach przystanka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Nie zostało nam wiele czasu – westchnął, spoglądając na zegarek na ręce. W dobrym towarzystwie czas szybko mija, prawda? Dobrze, że w szpitalu także mieli taki park. Coś czuł, że będą tam częstymi gośćmi.
      Z tą pogodą to miał trochę racji. W połowie drogi znowu zaczęło lać, a Rayne wciągnął Jake’a pod dach przy jakimś budynku. Od razu zrobiło się chłodniej, dlatego Athaway przytulił chłopaka mocno do siebie, ocierając dłonie o jego ramiona i plecy, chcąc go w ten sposób jakoś ogrzać.

      Love, R.

      Usuń
  18. Rayne klął w myślach na siebie. Wiedział, że ten spacer to nie najlepszy pomysł, a mimo to i tak poszli przed siebie. Cholera. Jeśli Jake’owi stanie się coś gorszego niż zwykłe przeziębienie… Chyba sobie tego nie wybaczy. W końcu miał go chronić, opiekować się nim, a tymczasem wystawił go na zagrożenie. Miał tylko nadzieję, że pielęgniarki nie będą bardzo złe i szybko postawią chłopaka na nogi.
    - Jasne, widzimy się już niedługo – potwierdził, głaszcząc go po karku. – A ty leć pod gorący prysznic, rozgrzej się, a potem do łóżka, jasne? A pielęgniarka niech ci zrobi gorącą herbatę. Jasne? – powtórzył, patrząc mu w oczy. A jak wróci, to go jeszcze swoim ciepłem rozgrzeje, a co.
    W końcu jednak pożegnał się z chłopakiem. Nic nie odpowiedział na jego słowa związane z tym, że nic nie popsuje tego dnia. Popsuje i on to wiedział. Mimo to wolał mieć już to za sobą i w końcu przyznać się najbliższym o swojej chorobie. W końcu to była jego rodzina i przyjaciele, oni musieli wiedzieć. Dlatego umówił się z nimi wszystkimi u jego rodziców. Miał pewność, że wszyscy tutaj przybędą, jeśli ich o to poprosi. I widzieli, gdzie mają się udać. Bał się tego jak cholera, nie chciał przecież, żeby zaczęli patrzeć na niego z litością albo zaczęli się z nim obchodzić jak z jajkiem. Przecież jeszcze nie było tak źle, tylko serce bolało go częściej niż zazwyczaj. I na nic miały się te cudowne uczucia, jakie go ogarniały, kiedy był blisko Jake’a. Bo przy nim było nadzwyczajnie, wspaniale, nie było grawitacji, kiedy go przytulał do siebie i pokazywał, że mu zależy i troszczy się o jego osobę. Inni też musieli już zauważyć, że Jake jest zajęty, chociaż głośno tego sobie nie powiedzieli.
    Dotarł do domu i odetchnął kilka razy, nim wszedł. No dobra, to nie jest gorsze od wyznania im swojej orientacji, co?, próbował przekonać samego siebie, ale przecież już wcześniej doszedł do wniosku, że to gówno prawda.
    Wszedł do domu, uśmiechając się lekko. Cieszył się, że wszyscy już byli. Przywitał się z kilkoma osobami, które były mu najbliższe. Kazał im zająć miejsca, sam siadając mniej więcej naprzeciwko nich. Serce waliło mu jak szalone z nerwów, co nie pomagało mu w dobrym samopoczuciu ani nie było to dobre dla tego ważnego organu. Jasna cholera, pomyślał.
    - Mam raka – powiedział w końcu, a w salonie zapadła cisza. Jedynie zegar wydawał jakiś dźwięk, przypominając, że czas wcale nie zatrzymał się w miejscu. Nawet jego pies położył łeb na kolanie Rayne’a, w końcu psy wyczuwały choroby. Athaway zaczął go leniwie głaskać. – Mam nowotwór serca i nikłe szanse na przeżycie – dodał, próbując spowodować jakąkolwiek reakcję z ich strony. Najwidoczniej byli w takim samym szoku, jak on, kiedy się dowiedział. – Nie było mnie na Alasce, cały czas leżałem w szpitalu. Tutaj, w Bostonie. Miałem już kilka chemioterapii – dotknął swoich włosów, które na szczęście jako tako jeszcze wyglądały i nie musiał zakładać czapki z uszami, którą sobie kiedyś kupił. – Lekarz mówi, że jest dla mnie nadzieja.
    - Jak mogłeś to przed nami zataić? – zapytała w końcu zdenerwowana matka. Właśnie się dowiedziała, że jej syn poważnie choruje. Była zła nie na niego, lecz na nowotwór, który pozwolił sobie zaatakować serduszko jej jedynego syna. – Dlaczego nas okłamałeś? Jak śmiałeś? – wyszeptała, czując, że głos jej się załamuje. Rayne uniósł na nią spojrzenie. Widział w jej oczach łzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Ja… nie wiem… - tylko na tyle było go stać. Spuścił wzrok, interesując się nagle sierścią psa. Nie mógł patrzeć na spojrzenia ich wszystkich; wiedział, że tak będzie.
      - O kurwa… - odezwał się w końcu przyjaciel Rayne’a, w ogóle nie przejmując się, że był w obecności rodziców Athaway’a. Ale to chyba nie miało znaczenia, prawda?
      - W porządku. Chyba się z tym pogodziłem – zapewnił ich Rayne, kiwając powoli głową. Przypomniał sobie uśmiech Jake’a i zrobiło mu się jeszcze bardziej przykro. – Muszę już iść, kończy mi się przepustka – z niechęcią wstał, ostatni raz przesuwając dłonią po łbie psa.
      Jak się okazało, chcieli go zatrzymać i porozmawiać. I udało im się to, wszyscy jakoś się trzymali, ale Rayne widział, że jego matka ledwo powstrzymuje się, aby się nie rozpłakać przy synu. Przyjaciele próbowali go podnieść na duchu, ale widać było, że nadal trzyma ich szok po usłyszeniu tej informacji. Nie winił ich. Przecież właśnie dowiedzieli się, że zdrowy trzydziestolatek ma nowotwór serca.
      Wrócił do szpitala grubo po skończeniu przepustki. Był rozbity i było to widać. Poszedł się zameldować, że już wrócił, dostał ochrzan, ale mało go to interesowało. Wszedł do sali tylko na chwilę, spoglądając na Jake’a. Uśmiechnął się do niego lekko przez łzy i bladość na swojej skórze. Zgarnął piżamę, ręcznik i poszedł do łazienki. Miał dość. Chciał po prostu zasnąć i obudzić się bez problemów.
      Kiedy wrócił, od razu skierował się do Jake’a. Wsunął się do niego do łóżka, a potem przytulił go niego mocno. Od razu poczuł się lepiej.

      R.

      Usuń
  19. Rayne przytulił się do niego mocno i zamknął oczy. Chciał zasnąć w jego ramionach i obudzić się, kiedy wszystko będzie dobrze. Jednakże Jake widział to nieco inaczej i nie mógł go za to winić. Właściwie uśmiechnął się lekko, słuchając jego bajki. Spojrzał na niego, a potem odwzajemnił pocałunek, unosząc dłoń i głaszcząc nią kark Jake’a. No i jak on miał się czymkolwiek przejmować, kiedy on był obok? To niesamowite w jak zawrotnym tempie ich relacje tak się rozwinęły. Dopiero się poznali, a Rayne czuł się przy nim tak niesamowicie swobodnie! I przede wszystkim dobrze. Jake wywoływał w nim wiele pozytywnych emocji. Nic więcej się nie liczyło, nawet to, że za chwilę może umrzeć.
    - Mam nowotwór serca – wyznał mu w końcu, kładąc głowę na poduszkę. Nie spojrzał na niego, bał się jego reakcji na tę wiadomość. – Choruję już jakiś czas i dostaję sprzeczne informacje od lekarza – westchnął cicho. – Dopiero dzisiaj powiedziałem rodzinie i przyjaciołom, co mi jest i gdzie spędzam ostatnio czas. Myśleli, że jestem na wyjeździe, na Alasce – dodał, wstydzący się tego strasznie. Jak mógł wcześniej im tego nie powiedzieć? I jak teraz Jake będzie na niego patrzeć, skoro sam kiedyś powiedział, że nie rozumie, jak ludzie mogą ukrywać coś tak ważnego przed najważniejszymi ludźmi w życiu? – Myślałem, że poradzę sobie z tym, że lekarze coś zrobią, że mnie wyleczą i nie będę musiał oglądać mojej rozpaczającej matki. Jestem jedynakiem – zdradził mu, cały czas mając zamknięte oczy. Walczył ze łzami. Nie chciał niczego niszczyć między nimi, ale miał wrażenie, że może się co nieco zmienić przez to, co powiedział. Nowotwór serca to nie przelewki, nie? Jeśli Jake się od niego odsunie, straci swoje światełko nadziei. – Przepraszam, że ci tego wcześniej nie mówiłem – otworzył oczy, a potem przetarł je dłońmi. – Nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłem wcześniej. Chyba się bałem twojej reakcji. Ale nie mogłem już dłużej tego ukrywać przed rodziną i przed tobą – uniósł się do pozycji siedzącej i pogłaskał go po policzku. Cholernie mu na nim zależało, chociaż znali się kilka dni. Z drugiej strony, nie wiadomo, ile tego czasu im zostało, prawda? Nie chciał umierać, nie teraz, nie za kilka lat. Po prostu to nie był jego czas. Chciał zostać tutaj z Jake’em jak najdłużej. Wierzył, że ich życie mogłoby zmienić się na lepsze i takie pozostać.
    Pocałował go lekko w usta, dość niepewnie jak na siebie. Cały czas obawiał się reakcji chłopaka na swoje wyznanie.

    R

    OdpowiedzUsuń
  20. Rayne od razu przytulił się do Jake’a. Powinno być odwrotnie, Athaway jest starszy i to on powinien go objąć i bronić przed wszystkim, co złe na świecie. A tymczasem to on nie wytrzymał, puściły mu nerwy. Nie powinien przecież płakać, do cholery. Facet z tatuażami, z trzydziestką na karku, strażak, do jasnej cholery! Najwidoczniej każdego może złamać informacja o nowotworze serca. Nawet, jeśli istniało lekarstwo na wszelkiego rodzaju raka, to mieli do niego dostęp najbogatsi na świecie. A on taki nie był i nie mógł pomóc ani sobie, ani Jake’owi.
    Przesunął dłoń na jego pierś. Czuł, jak serce Jake’a wali jak oszalałe; niepotrzebnie go zdenerwował.
    - Poznasz ich – szepnął nagle, unosząc na niego wzrok. Miał czerwone oczy od łez, ale nie przejmował się tym, że wygląda niezbyt korzystnie dla chłopaka, dla którego już zawsze chciał być atrakcyjny. – Moich rodziców i moich przyjaciół. Och, Erica z pewnością musisz poznać – uśmiechnął się delikatnie, powoli się uspokajając. To ramiona Jake’a tak na niego wpływały; cała obecność tego młodego mężczyzny sprawiała, że Rayne czuł się lepiej, bezpieczniej i spokojniej. Wizja szybkiej śmierci nadal go przerażała, ale kiedy był z nim – wszystko wydawało się być prostsze, mniej skomplikowane, niż mu się wydawało. – Nie wiem, kiedy wpadnie, ale z pewnością go nie ominiesz na korytarzu – pogłaskał go po karku, unosząc głowę na poduszce, tym samym wyrównując się z nim. Pocałował go lekko w usta.
    Nie chciał, żeby Jake miał złe wspomnienie po dniu, który miał być jednym z najlepszych. Nie chciał „zakrywać” tego ich wesołego dnia swoimi wyznaniami, które do kolorowych zdecydowanie nie należały. Miał jednak nadzieję, że nie zniszczył wszystkiego tak doszczętnie i coś w jego głowie pozostanie, a zdjęcia, które zrobili, będą przypominały te radosne momenty, spędzone w zoo. I panda. Panda musiała mówić sama za siebie i tych wesołych chwilach.
    - Zaopiekuję się twoim sercem – szepnął, dotykając czołem jego czoła. Czy to możliwe, że pokochał go tak szybko? W ciągu kilku dni? Wierzył kiedyś w miłość od pierwszego wejrzenia, ale potem dorósł i zrozumiał, że człowieka trzeba dobrze poznać, nim powie się, że to ten jedyny. Z Jake’em jednak było inaczej, wszystko, co z nim związane, było inne, lepsze, bardziej żywe. Dotąd Rayne kiepsko widział swoją przyszłość, raczej przygotowywał się w głębi siebie na odejście. A potem pojawił się on, wystraszony dzieciak, który nie chciał odchodzić z tego świata. Tamtego wieczoru (i nocy) wiele się zmieniło. – Zaopiekuję się nim tak, jak swoim nie potrafię – pogłaskał go po policzku i uśmiechnął się do niego ciepło. Potem objął go ręką w pasie i przycisnął do swojego ciała. A pielęgniarki niech wchodzą, niech krzyczą, że nie powinni tak razem spać, Rayne miał to gdzieś. Potrzebował Jake’a. Był jego lekarstwem na wszystko, na każde cierpienie. Dodawał mu koloru i swego rodzaju blasku, jakkolwiek by to nie brzmiało. – Cały mi tu drżysz – mruknął, niezadowolony. – Pielęgniarki dały ci jakieś leki zapobiegawcze czy coś? Jeszcze się przeze mnie rozchorujesz.

    Kocham, kocham, Rayne

    OdpowiedzUsuń
  21. Rayen był zaskoczony tym nagłym wyznaniem Jake’a. Co prawda ich znajomość rozwinęła się w naprawdę zawrotnym tempie, ale nigdy nie sądził, że chłopak mu powie to wszystko.
    - Chcesz wziąć ze mną ślub w Vegas? – uśmiechnął się kącikiem ust, spoglądając na niego. Podał mu chusteczkę do nosa. – I uprawiać seks w najróżniejszych miejscach na świecie? W naszym przypadku to raczej w każdym miejscu szpitala – dodał, niepocieszony. Oczywiście żarty sobie robił, właściwie Jake nie powiedział konkretnie, czego chce, a Rayne nie chciał sobie wyobrażać za dużo. W końcu wszystko w swoim czasie… którego oni nie mieli. Athaway nie zamierzał jednak ukrywać, że nie chciał iść z nim do łóżka. Również miał nadzieję na niezdrowy, ale smaczny posiłek, ale też nie odmówiłby sobie seksu. Chciałby także, aby rodzina wybaczyła mu to, że ukrywał przed nim tak ważną rzecz. Tyle do zrobienia, a czasu nie wiadomo ile, ale pewnie nie dużo. To naprawdę było przerażające, kiedy tak o tym myślał. Ponieważ kiedy był sam w sali, a z tamtym facetem praktycznie nie rozmawiał, nie zdawał sobie z tego wszystkiego sprawy. Przygotowywał się na odejście z tego świata bez słowa. A teraz, gdy poznał Jake’a…
    Pogłaskał go po ramieniu i plecach.
    - No zobaczymy, czy ci przejdzie do jutra – westchnął. – Oby tak było. Inaczej pielęgniarki mnie zabiją wcześniej niż nowotwór – chciał zażartować, ale nawet on już wiedział, że mu nie wyszło. Brzmiało to naprawdę przerażająco i aż zamilkł na chwilę. – Śpij już – zaproponował mu, sam zamykając na chwilę oczy. – Może jak się wyśpisz, to ci przejdzie. Wiesz, sen dobry na wszystko.
    Cały czas go sobie głaskał, powoli sunąc palcami po jego plecach, które niestety nagie nie były, ale nie mógł na to narzekać. W końcu znajdowali się w szpitalu.
    - Może na następną przepustkę wezmę cię do siebie do domu. Upiekę ci moje najlepsze ciasto i pokaże ci moje zdjęcia z lat młodości… - zaśmiał się lekko, żeby nie poruszać za bardzo klatką piersiową (nawet, jeśli robił to nieświadomie), aby Jake’owi nie przeszkadzać. – A na koniec zjemy moje popisowe danie. I nie zdradzę ci jakie – dodał szybko. – To będzie niespodzianka.
    Rayne wiedział, że za kilka dni będzie walczyć o kolejną przepustkę. Nie dadzą im ich od razu, nie teraz, kiedy Jake rozpoczął leczenie, a noga bolała go coraz mocniej. W dodatku serce Rayne’a… ono też było leczone. Lekarze jednak postanowili zaczekać, żeby nie faszerować go zbyt dużą ilością tej cholernej chemii. Z sercem trzeba było uważać. A Rayne chciał być po prostu zdrowy. Wierzył, że Jake wyzdrowieje i on też chciał być zdrowy, dla niego.
    A tymczasem zostało im tylko spełnienie swoich marzeń, które mogli spełnić w krótkim i nie zajmującym czasie, marzeń, które nie potrzebowały dużo wysiłku, aby się spełnić. Rayne takich wielkich nie miał. Znaczy wiedział, że to Jake jest jego bratnią duszą, a jeśli jednak wezmą ten ślub w Vegas… To prawie wszystko to, co chciał osiągnąć w życiu, zostanie osiągnięte. Z naciskiem na prawie.

    OdpowiedzUsuń
  22. Rayne bardzo chciałby im załatwić drugą przepustkę, ale bał się, że nie dadzą im takowej szybko. Nie po dzisiaj, kiedy Jake wrócił kaszlący, a Rayne spóźnił się dość sporo. Na pewno chciałby zawalczyć, ponieważ potem obaj utkną w szpitalu, kiedy choroba zacznie się pogłębiać i lekarze będą chcieli trzymać ich na oku, zamiast martwić się, czy gdzieś tam nie cierpią w ciemnej uliczce Bostonu. Athaway zaczął się zastanawiać, co mógłby powiedzieć. Że potem już i tak nie będą mogli wychodzić? Że musi jechać do domu podlać kwiatki? Że chce zabrać ukochanego Jake’a do siebie i pokazać mu swoje mieszkanie, nim umrze? Och, no i jeszcze chciałby mu pokazać swoje miejsce pracy. Co z tego, że Jake miał już dwadzieścia lat? Rayne chciał mu pokazać wóz strażacki i całą remizę strażacką. I żeby poznał jego kolegów, na których musi (a raczej musiał) codziennie polegać… Przedstawić komuś trzydzieści lat swojego życia nie było proste dla par z długoletnim stażem, a co dopiero dla nich.
    - Załatwię – zapewnił go, głaszcząc po karku. Pocałował go lekko w skroń, a potem poczekał, aż chłopak zaśnie.
    Rano mieli taki problem, że nie obudzili się wystarczająco wcześnie. Więc kiedy zawitała do nich pielęgniarka, od razu zaczęła krzyczeć. Cóż, powinna się cieszyć, że nie byli nadzy, prawda? Rayne zapewnił ją, że nic się nie działo, po prostu zasnęli razem, podczas kiedy grzał swoim ciałem (jakkolwiek to brzmiało oczywiście) ciało Jake’a, który po wczorajszym spacerze złapał lekkie przeziębienie. Nie zapewnił jej jednak, że nic takiego nie będzie miało ponownie miejsca. Bo wiedział, że na pewno znowu zasną razem i nie obudzą się na czas.
    Po południu, kiedy siedzieli w swojej sali i grali w jakąś grę planszową, do środka weszła kobieta około pięćdziesiątki, elegancka, zadbana o blond włosach i niebieskich oczach. Rayne był bardzo podobny do swojej matki. Tuż obok niej stanął wysoki mężczyzna o czarnych włosach. Był w wieku Rayne’a.
    - Kochanie! – zaczęła jego matka, a potem mocno przytuliła do siebie syna.
    - Mamo, obciach mi robisz – mruknął niczym niezadowolony nastolatek, a potem zaśmiał się lekko, czując, jak zaczyna go boleć serce. Jasna cholera.
    - Właśnie, proszę pani, od razu trzeba mu przed kolegą zrobić tak – Eric poczochrał mu włosy. Tylko to mógł zrobić, w końcu nie chciał sprawić przyjacielowi niepotrzebnego bólu.
    - Cześć, cześć, miło was widzieć – Rayne uśmiechnął się do nich, a potem spojrzał na Jake’a. – Mamo, Eric, to jest Jake. Mój współlokator i… chłopak.
    Może nie powinien tego tak od razu mówić, może Jake sobie tego nie życzył, ale on naprawdę nie chciał tego ukrywać. To, że był śmiertelnie chory, nie wykluczało go z życia romantycznego, prawda? No, teoretycznie. Obaj tego chcieli, więc…
    - Cześć – Eric podał dłoń Jake’owi, niczym nieskrępowany. – Jestem Eric.
    Matka – Annette – przyglądała się chwilę chłopakowi. No właśnie, chłopakowi. Nie był trochę za młody dla jej syna? Cóż, przynajmniej nie miał tatuaży (a przynajmniej w widocznych miejscach, nie to co jej synek) i nie wyglądał na kryminalistę. Zawsze to jakiś plus. Nawet uwierzyła, że rzeczywiście mogłaby mieć zięcia. Ale miejsce, w którym się znajdowali, skutecznie wybiło jej to z głowy. Jednakże gdzieś tam w głębi siebie miała nadzieję, że im obu się ułoży.
    - Dzień dobry – przywitała się z chłopakiem, uśmiechając się delikatnie. – Annette Athaway.
    Rayne posłał Jake’owi ciepły uśmiech. Cieszył się, że przyszli i teraz najważniejsze osoby w jego życiu mogły się poznać i porozmawiać.

    OdpowiedzUsuń
  23. Oczywiście, że Rayne załatwi im tę przepustkę. Oby jak najszybciej, przed tym, jak totalnie będą uziemieni w szpitalu. Nie wiedział, że Eric w głowie już układał plan, chociaż nie musiał. Jeśli mama Rayne’a weźmie ich stronę, to nie ma bata, żeby tej przepustki nie dostali. Zwłaszcza, że Jake wspomniał coś o ich domu. A to sprowadzało się do jednego – Annette mogła przygotować najlepszy obiad, jaki kiedykolwiek w swoim życiu jadł Jake.
    - W takim razie ją dostaniecie. Na kiedy najlepiej, słonko? – matka spojrzała na swojego syna, a on jedynie westchnął. Dlaczego musiała mówić do niego w ten sposób przy Jake’u? Miał trzydzieści lat, do cholery jasnej! Powinna mówić do niego jak do dorosłego człowieka, a nie jak do pięciolatka. Co za wstyd… Oby tylko Jake za głośno się z niego nie śmiał… - Tymczasem wstawajcie. Duszno tu macie – westchnęła ciężko i otworzyła im okno, żeby się wywietrzyło. No, już ona o nich zadba. – I idziemy na spacer. Dobrze wam zrobi świeże powietrze.
    Rayne spojrzał na Jake’a, dotykając jego dłoni. Nie chciał forsować jego nogi, sprawiać mu niepotrzebnego bólu.
    - Możemy wziąć wózek – zaproponował mu z lekkim uśmiechem. Dzięki takiemu sprzętowi będzie zdecydowanie łatwiej, a noga nie będzie narażona na wysiłek i ból. Rayne bardzo się martwił o Jake’a, bardziej niż o swoje chore serce, co było dziwne, ponieważ był przekonany, że to ono będzie absorbowało wszystkie jego zmartwienia, że tylko o siebie będzie się troszczył. A tu proszę, jaki psikus.
    Eric załatwił wózek, a po chwili już jechali alejkami małego parku przy szpitalu. Nie tylko oni zdecydowali się wyruszyć na świeże powietrze. Mijali pacjentów w dresach lub w porannikach. No, zawsze jakiś plus tego wszystkiego – wygodne ubrania, które nie krępowały ruchów i człowiek mógł czuć się wolny. Z drugiej strony, w domu też można się tak ubierać.
    - Brakuje nam cię w domu – powiedział w końcu Eric. No, były czasy, kiedy spotykali się codziennie, a przynajmniej w miarę możliwości, w zależności od tego, którą zmianę pełnił Rayne w pracy i co akurat się zdarzyło. Czasami musiał zostawać w niej dłużej, bo akcja się przedłużyła i tak dalej. Niestety, nieregulowany czas pracy, ale w tym niewygodnym znaczeniu.
    Rayne poklepał przyjaciela po ramieniu, a zaraz potem znów obie dłonie trzymał na rączkach od wózka. Oczywiście, że to on prowadził Jake’a. Żałował, że nie mógł go trzymać za rękę, ale sobie to odbiją.
    - O, jest nasz lekarz – zauważył Athaway.
    - To on? Świetnie – mama Rayne’a poszła do niego i zaczęła z nim rozmawiać.
    - Kurde, sam bym to załatwił…
    - Daj spokój – Eric machnął ręką. – Wcale nie robisz sobie wstydu przed Jake’em. Chyba. Robi? – spojrzał na chłopaka, jakby czekał tylko na informację, czy może już zacząć się śmiać z przyjaciela. No bo to jasne, że przyjaciele się śmiali z siebie, zwłaszcza, jeśli byli to mężczyźni. Dokuczali sobie, nazywali siebie różnymi epitetami, ale żaden z nich nie brał tego na serio i nadal byli swoimi najlepszymi przyjaciółmi. No i przy okazji mogli na siebie liczyć. Rayne nie mógł sobie wymarzyć lepszego życia. Zwłaszcza, że teraz znalazł Jake’a.

    OdpowiedzUsuń
  24. Annette chciała to oczywiście wszystko wiedzieć, czy Jake nie wygląda tylko na miłego chłopca, czy rzeczywiście taki jest, czy naprawdę nie ma przeszłości kryminalnej, jak się ma sprawa jego rodziny i – co najważniejsze – kwestia jego choroby. Chciała to wszytko wiedzieć, jednak wiedziała, że takie pytania mogą go spłoszyć. Zresztą, to nie był łatwy temat, a ona go dopiero poznała. I nieważne, jak mocno chciała poznać informacje na temat choroby Jake’a, nie mogła tak po prostu go o to zapytać. To był temat zbyt wrażliwy, zwłaszcza w ich przypadku, kiedy leżeli na oddziale onkologii. Tutaj liczył się każdy dzień. Martwiła się, czy jej syn nie będzie cierpiał, kiedy to jego chłopak szybciej opuści ten świat. A może będzie wręcz przeciwnie? Może to właśnie Rayne pierwszy umrze?
    Pokręcił szybko głową, starając się powstrzymać łzy. To wciąż ją bolało i nigdy nie przestanie reagować w ten sam sposób, kiedy sobie o tym wszystkim pomyśli. Życiu jej jedynego syna zagrażała choroba, a ona nic nie mogła zrobić, aby go uratować. A czym Rayne zawinił światu? Przecież był takim dobrym człowiekiem! Pomagał, udzielał się charytatywnie i nigdy nikomu nie wyrządził krzywdy! Dlaczego mordercy i inni zwyrodnialcy żyli, a dobrzy ludzie byli skazani na śmierć? Gdzie tu sprawiedliwość, do cholery?!
    Dość długo rozmawiała z lekarzem. Musiała się dowiedzieć, co z jej synem. A potem jeszcze poprosić go o przepustkę dla niego. Oczywiście udało jej się załatwić całe trzydzieści sześć godzin. Starczy na obiad i na to, aby Rayne pokazał Jake’owi swoje mieszkanie i zdążył upiec mu ciasto. No i w ogóle, żeby mieli trochę czasu dla siebie sam na sam, nim zostaną „uwięzieni” w szpitalu. Niedługo chemioterapii będzie więcej, a to skutecznie uniemożliwi im obu wychodzenie ze szpitala. Jedynie będą mogli wychodzić na chwilę do parku. To było przerażające.
    Rayne ukucnął naprzeciwko Jake’a i cmoknął go w bolące ręce.
    - Uważaj na siebie, a nie robisz jakieś popisy – uśmiechnął się lekko. Pogłaskał go po dłoniach, a potem pocałował go szybko w usta. No, nie mogli za bardzo gorszyć innych pacjentów.
    Eric uśmiechnął się pod nosem, widząc szczęście, malujące się na twarzy Rayne’a. Wczoraj, kiedy powiedział im o chorobie, był totalnie zdruzgotany. Widać było, że świadomość umierania, była dla niego miażdżąca.
    - W piątek o dziewiątej możecie wyjść na trzydzieści sześć godzin – poinformowała ich Annette, kiedy do nich dołączyła. Pogłaskała syna po głowie, póki miała taką szansę; Rayne nadal kucał. Dopiero po chwili wstał i różnica wzrostu była bardzo widoczna.
    - Naprawdę? To cudownie! – przytulił ją mocno w geście podziękowania. Nie sądził, że się uda załatwić przepustkę tak szybko od następnej.
    - Tylko masz uważać na pana Lancastera – dodała, głaszcząc go po plecach z uśmiechem. – W takim razie przyjedziecie do nas na obiad, a potem macie czas wolny, dobrze?
    - Oczywiście – uśmiechnął się szeroko, a potem ścisnął dłoń Jake’a. Czuł się jak dzieciak, ale to nic, nieważne. Wiedział, że matka będzie chciała jeszcze pospędzać z nim czas w domu, a nie w szpitalu, gdzie w ogóle nie czuło się rodzinnego klimatu. – Już się nie mogę doczekać, aż spróbujesz mojego słynnego ciasta według mojego przepisu – uśmiechnął się dumny, pocierając kciukiem o zewnętrzną wierzchnie dłoni Jake’a.

    OdpowiedzUsuń
  25. Rayne czuł się przeszczęśliwy z powodu tych trzydziestu sześciu godzin. Tyle mogli zrobić w ciągu tego czasu, a jedocześnie czuł, że nie zrobią wystarczająco. A te wszystkie minuty przeminą z prędkością światła. No, a przynajmniej w zbliżonej prędkości. Rayne chętnie zabrałby Jake’a razem ze sobą i uciekłby na drugi koniec świata, gdzie ci lekarze i pielęgniarki ich nie znają, ale to przecież nie miało żadnego sensu. Musieli chociaż spróbować się wyleczyć. A nuż się uda. A potem będą mogli żyć jak normalna para, między którą jest dziesięć lat różnicy wiekowej. Ale jak widać, żadnemu to nie przeszkadzało w najmniejszym stopniu. W końcu miłości się nie liczy w latach, prawda?
    - Jeszcze raz dziękuję, mamo – powiedział Rayne, kiedy zostali we trójkę, a Jake opuścił salę. Athaway pożegnał się z mamą i przyjacielem, którzy powiedzieli „Do zobaczenia w piątek”, a potem wyszli. Eric miał też swoje sprawy, w krainie zdrowych i jak najbardziej żywych, a Rayne nie miał zamiaru go zatrzymywać. Jeszcze sobie kiedyś porozmawiają i skoczą na niejedno piwo.
    Kiedy Jake wrócił do sali, Rayne uśmiechnął się do niego, a potem mocno przytulił. Miał teraz jeszcze większą nadzieję na wyzdrowienie i powrót do dawnego życia. Z takim małym wyjątkiem, że to nowe, zdrowe życie bez zżerającego nowotworu, będzie mógł dzielić z Jake’em. Nie mógł się doczekać.

    - Stresujesz się? – zapytał, kiedy podjeżdżali autobusem pod przystanek, z którego udadzą się do domu Rayne’a. – Nie są tacy znowu źli. Mamę i Erica już poznałeś, a tata właściwie nie różni się jakoś bardzo od mamy. No, może trochę bardziej, ale sam rozumiesz – przeciwieństwa się przyciągają – uśmiechnął się do niego, głaszcząc go po dłoni. Lubił mu okazywać taką czułość; głaskanie, całowanie w uszy, usta, głowę, kark, ramię. Mogło to też być spowodowane tym, że nie mógł oderwać od niego rąk, a tym bardziej ust. Dawno nie był taki szczęśliwy. Jego ostatnie związki kończyły się dość szybko, głównie ze względu na pracę Rayne’a. A kiedy oni już wyzdrowieją… co, jeśli Jake też nie wytrzyma? Chociaż z drugiej strony, czy remiza strażacka pozwoli mu wrócić do wykonywania zawodu?
    Jego dom nie był specjalnie duży, ale za to zadbany i nowocześnie urządzony. Jego mama nie przepadała za „staroświeckim” stylem i zdecydowanie preferowała współczesność. Dom liczył dwa piętra – parter i pierwsze piętro. Rayne nadal miał tu swój pokój, więc już nie mógł się doczekać, aż mu pokaże wszystko, co miał. Strasznie był tym podekscytowany, prawie jak jakaś nastolatka, która pokazuje przyjaciółce kolekcję lakierów do paznokci.
    - Pamiętaj, że jesteś ze mną – uśmiechnął się, kiedy otwierał bramę. Potem przeszli ścieżką do drzwi domu. Tam pocałował Jake’a czule na dodanie mu odwagi. Cóż, sam Rayne się stresował. W końcu Jake miał spędzić nieco więcej czasu z jego najbliższymi niż ta chwila w szpitalu.
    A potem pozostało im jedynie wejść do środka, przywitać się najpierw z psem, który zaczął szczekać i skakać dookoła nich. Rayne pogłaskał Nicponia po łbie. Zaraz jednak zerknął na Jake’a. Chciał obserwować jego reakcje na to wszystko. Sam Rayne niewiele wiedział o rodzinie swojego chłopaka, a jego matkę widział tylko raz i to przez chwilę. Pamiętał, jak Lancaster coś o niej wspominał, ale nie było tego za wiele. Aczkolwiek na razie nie zamierzał go o to pytać. Właśnie mieli spędzić trochę czasu w domu, w którym się wychował.
    Wkrótce podszedł do nich Eric i przywitał się już dość wylewnie z Jake’em, obejmując go po przyjacielsku i klepiąc lekko w plecy.
    - Jak noga? – zainteresował się, chcąc nawiązać z nim jakąś relację chłopak przyjaciela-kumpel.

    OdpowiedzUsuń
  26. Rayne był dumny, że mógł przyprowadzić Jake’a do domu. Swojego rodzinnego domu i przedstawić rodzicom. Znaczy mama już go poznała, a ojciec też powinien go polubić. W końcu jak można nie lubić Jake’a, prawda? Przecież to najlepsza osoba, jaką mógł poznać.
    - Usiądź, kocie – posadził go na fotelu na korytarzu, a Nicpoń od razu do niego podszedł, prosząc się dalsze o pieszczoty. No, pies już go polubił, więc jest dobrze. Psy w końcu wyczuwały zło w ludziach, a on nie szczekał na biednego chłopaka.
    - Witajcie, chłopcy – Annette przyszła do nich i przywitała się z synem, a potem z jego chłopakiem. – Jak się czujecie?
    - Jest dobrze, mamo, dziękujemy – uśmiechnął się.
    Potem przyszedł ojciec Rayne’a, Henry Athaway. Przywitał się z Jake’em, przedstawił się, ale nie zapytał o jego chorobę. Żona mu mówiła, że leżą w jednej sali, więc nie jest zbyt ciekawie i zabawnie. Ich sytuacja była bardzo poważna i bardzo różniła się od normalnego spotkania rodziny swojego wybranka.
    Przeszli do salonu, w którym stał już zastawiony stół. Rayne usiadł obok Jake’a i opowiedział mu trochę o przygotowanym przez jego mamę jedzeniu. Miał nadzieję, że mu zasmakuje. Chociaż z drugiej strony – jak mogłoby mu nie smakować?
    Po kolacji jeszcze porozmawiali. Głównie rodzice Rayne’a pytali o Jake’a na różne tematy i poglądy. Co jakiś czas Rayne przerywał im, żeby nie zamęczali biednego chłopaka, aż w końcu postanowił się stamtąd wyrwać i udać się na górę, do pokoju, w którym Rayne spędził trochę życia.
    W środku panował porządek, nawet kurzu na meblach nie było. Na ścianach wisiały plakaty z jego ulubionymi zespołami, łóżko było okryte kocem, a na półkach stało kilka książek.
    - Cholera, szukałem jej wszędzie – westchnął, podchodząc do regału. No tak, ale nie weźmie jej ze sobą. Bo co po? W szpitalu nie poczyta, w mieszkaniu nie przyda mu się… i po co dodatkowo ją przenosić, w razie gdyby Rayne’owi jednak nie udało się wygrać z nowotworem? – Jak widzisz, nic specjalnego, większość ciekawych rzeczy mam w swoim mieszkaniu – spojrzał na zegarek na ręku. – Niedługo się zmywamy, co? – uśmiechnął się i usiadł obok niego na łóżku. Chciałby już być z nim sam na sam, bez żadnych pielęgniarek i pacjentów za ścianą. Żeby mogli się poprzytulać, całować i robić jeszcze więcej innych całkiem przyjemnych rzeczy. I żeby nie żałowali, że zmarnowali te trzydzieści sześć godzin. Potem mogą nie dostać nawet godziny. Rayne trochę się tego obawiał; tego przykucia, przywiązania do szpitala, ale doskonale wiedział, co go czeka po powrocie. Co ich obu czeka po powrocie. Ale przynajmniej będą mieli wspomnienia warte tego wszystkiego. W ich sytuacji nieco inaczej postrzegało się najdrobniejsze szczęścia.
    Do środka wpadł Nicpoń. Wskoczył do nich na łóżko, a Rayne zaczął go głaskać. Też już był stary, ale jeszcze potrafił skakać.
    - A ty masz jakieś zwierzątko? Albo chciałbyś mieć? – zapytał w końcu i uniósł na niego spojrzenie. Naprawdę był szczęśliwy i nie przejmował się za bardzo tym, co dzieje się w jego klatce piersiowej.

    OdpowiedzUsuń
  27. Oczywiście, że wolał dotykać i całować Jake’a w każdym miejscu jego ciała, to chyba jasne, niż rozmawiać o zwierzątkach. Ale siedzieli u niego w pokoju, na dole siedzieli jego rodzice (Eric poszedł już do domu, nie chcąc zawracać im dłużej głowy), więc nijak nie mógł się zacząć do niego dobierać. Dlatego właśnie musieli szybko opuścić jego rodzinny dom i pojechać do mieszkania Rayne’a, gdzie zostaną zupełnie sami. Generalnie Athaway był właścicielem kota, ale zwierzak był na przetrzymaniu u sąsiadki, która na szczęście nie skarżyła się na opiekę nad Diablo. Rayne miał nadzieję, że kobieta przywiąże się do kota i po śmierci Rayne’a, zaopiekuje się nim i nie odda go do schroniska lub do domu tymczasowego. Ogólnie Rayne nigdy nie sądził, że przygarnie pod swój dach kota, zawsze twierdził, że jest psiarzem. Ale kot wymagał mniej uwagi od psa, więc kiedy mężczyzna wracał z pracy, nie musiał wyprowadzać jeszcze zwierzaka.
    - Chodźmy – zaproponował, podając mu dłoń. Podciągnął go do góry, a potem objął ręką w pasie. Pocałował go lekko, ale długo. Obaj wiedzieli, co ma się stać dzisiejszej nocy. Rayne nie chciał niczego przyspieszać, ale po prostu już chciał go mieć całego dla siebie.
    Pożegnali się z państwem Athaway, przy czym Annette oczywiście powiedziała, że będzie ich odwiedzać tak często, jak tylko będzie mogła. No, polubiła Jake’a, więc i do niego będzie chętnie przychodziła. Może nawet przemyci jakieś smakołyki do szpitala.
    Do mieszkania Rayne’a pojechali taksówką. Znajdowało się ono w jednym z tych nowoczesnych osiedli mieszkaniowych. No ładnie tam było, bezpiecznie. Mieszkania co prawda były małe, ale Rayne mieszkał sam z kotem, czego mu więcej było potrzeba? Nic nadzwyczajnego w środku nie było – po prawej sypialnia, łazienka, po lewej salon z kuchnią i balkonem. Mało sprzątania, nie trzeba było robić wielkich kilometrów, kiedy przechodziło się z pomieszczenia do pomieszczenia (nie to co w jego rodzinnym domu).
    - Zapraszam, rozgość się – zachęcił go z uśmiechem, zamykając za nimi drzwi. Zdjął buty, a potem pokazał mu mieszkanie. Nie zajęło im to dużo czasu. I Rayne nagle poczuł się niepewny. Co miał najpierw zrobić? Zaproponować coś do picia czy od razu zacząć od całowania Jake’a? Czuł się zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy przyprowadzał tu swoich poprzednich partnerów. Może wynikało to z tego, że Jake był od niego młodszy o dziesięć lat, a tamci (których było tylko dwóch) byli jego rówieśnikami. No i z pewnością nie byli prawiczkami.
    Podszedł do niego i pocałował go w usta, od razu wsuwając język do jego ust. Dotknął nim jego języka, zapraszając go do zabawy. Objął go ręką w pasie, podciągając nieco jego koszulkę wyżej. To sprawiło, że Rayne mógł dotknąć jego nagiej skóry na plecach. Chyba jednak powinien zacząć od herbaty… Ale z drugiej strony, herbatki, to oni mogą się napić w szpitalu.
    Zrobił krok do przodu, tym samym zmuszając Jake’a do zrobienia kroku w tył. Kierowali się do niewielkiej sypialni, w której stała wielka szafa, okrągłe łóżko i dwie szafki nocne. Dopiero tam Rayne chwycił za końce koszulki Jake’a, a potem ją z niego ściągnął i znów wpił się w jego usta. Tym razem bardziej namiętnie i zachłannie.

    OdpowiedzUsuń
  28. Rayne był zadowolony z takiego obrotu spraw. Wiedział jednak, że to w jego rękach spoczywa odpowiedzialność za to, co ma wkrótce nastąpić. I tak naprawdę nie mógł się tego doczekać, chciał go już mieć, być w nim i sprawić, aby pozostał w głowie Jake’a na zawsze. Chciał stać się grzechem, wypełniającym jego głowię, chciał być tylko on i nikt więcej, kiedy uda im się przezwyciężyć chorobę.
    Dotknął jego brzucha i torsu; nie przeszkadzała mu sylwetka Jake’a, wiedział, że kiedy już wyzdrowieją, Rayne postara się, aby jego chłopak przybrał na wadze i żeby pierwszy lepszy wiatr nie zdmuchnął go z powierzchni ziemi. Kiedy chłopak się nad nim pochylił, pogłaskał go po plecach, kończąc wędrówkę na jego pośladkach. Lekko je ścisnął, a potem znów przesunął dłonią na jego plecy. Pomógł mu zdjąć z siebie niepotrzebną koszulkę, prezentując swoją nienaganną sylwetkę. Był strażakiem, trenował regularnie, co zaowocowało zgrabnym i umięśnionym ciałem. Cieszył się, że mógł się nią pochwalić przed Jake’em.
    Nagle się uniósł i przewrócił chłopaka na plecy; teraz Rayne nad nim górował. Pocałował go w usta, delikatnie ciągnąc swoimi jego dolną wargę. Jego dłoń przesunęła się po jego nagiej skórze w dół, aż w końcu odpiął guzik jego spodni, a zaraz za nim rozsunął rozporek. Teraz mógł bez problemu wsunąć dłoń pod jego spodnie i dotknąć jego krocza przez materiał bokserek. Westchnął mu cicho do ucha, owiewając je ciepłym oddechem, jakby chciał go w ten sposób bardziej rozpalić.
    - Mój – szepnął przy okazji i ponownie go pocałował, coraz śmielej pieszcząc go dłonią. To zupełnie inne doświadczenie niż jak Jake sam siebie dotykał.
    Po niedługim czasie Rayne pozbył się ich ciuchów, pozwalając Jakie’emu przyzwyczaić się do tego, jak może wyglądać nago facet, z którym za chwile przeżyje swój pierwszy raz. Ujął jego nadgarstki, aby położyć jego dłonie na swoim ciele. Właściwie nie było tutaj nic, czego by wcześniej nie widział, prawda? Ale mimo wszystko… Zaraz potem ponownie zaczął pieścić jego męskość, przy okazji napierając na jego wejście. Chciał go przygotować, aby poczuł jak najmniej bólu i jak najwięcej przyjemności. Przecież seks to przyjemność. Zwłaszcza z osobą, z którą chciało się to zrobić, z sobą, na której zależało, z osobą, do której czuło się coś wyjątkowego.
    Pochylił się nad jego kroczem, wcześniej podkładając pod jego biodra poduszkę, aby ułatwić im obu zadanie. Ustami i językiem zaczął go przygotowywać, jedocześnie starając się dać mu jak najwięcej rozkoszy. To miała być najlepsza noc w życiu Jake’a. Noc, której nigdy nie zapomni i którą będzie wspominał do końca swojego d ł u g i e g o życia. Noc, której nigdy nie będzie żałował.

    Na zawsze Twój, na zawsze tu <3

    OdpowiedzUsuń
  29. Rayne nie mógł się doczekać, aż w końcu będzie go miał całego dla siebie. Jake, pomimo swojej choroby, wydawał się po prostu idealny. A przynajmniej dla niego. Cóż, dla nikogo innego nie musiał taki być i właściwie lepiej, żeby nie był.
    Zarzucił jego nogi na swoje biodra, wpasowując się w nie. Zaczął powoli na niego napierać, jednocześnie całując go w usta, próbując odwrócić jego uwagę od bólu, który mógł poczuć i z pewnością poczuje. Rayne starał się być delikatny, nie chciał skrzywdzić Jake’a i chciał zrobić wszystko powoli i łagodnie, aby chłopak zapamiętał ten moment jako ten dobry. Rayne’em targały emocje; chciał go wziąć od razu, szybko, mocno. Wiedział jednak, że nie może tego zrobić, dlatego powstrzymywał się, zaciskał pięści na pościeli, czując, jak się na nim zaciska.
    Kiedy znalazł się w nim, nie poruszył się. Spojrzał w oczy Jake’a i czekał, póki chłopak się do niego nie przyzwyczai. On sam czuł się wspaniale i nie mógł się doczekać dalszej części programu.
    - W porządku? – zapytał cicho i poruszył lekko biodrami. Chciał mu dać jak najwięcej przyjemności i jak najmniej bólu. Jasne, że całkowicie wyeliminować bólu nie może, ale postara się, żeby cierpiał jak najmniej. Pocałował go szybko w nos i usta.
    Dopiero po jakimś czasie zaczął poruszać biodrami bardziej rytmicznie w jednym tempie, powolutku, stopniowo przyspieszając. Czuł, jak w jego żyłach krew zaczyna szybciej płynąć, jak robi mu się gorąco i jak lekko drży jego ciało z rozkoszy. Cały czas jednak nie wykonywał gwałtownych, mocnych pchnięć.
    Pogłaskał go po głowie i uśmiechnął się lekko, patrząc na niego z góry. Nie pozwoli mu odejść. Zatrzyma go tak długo, jak tylko będzie mógł i póki śmierć ich nie rozłączy. Nigdy nie brał tych słów aż tak poważnie, aż do teraz. Nigdy wcześniej zresztą nie sądził, że spotka kogoś, o kim tak pomyśli. Zwłaszcza, kiedy dowiedział się o chorobie. A właściwie o wyroku śmierci.
    Po dłuższym czasie zaszczytował, jęcząc cicho pod nosem jego imię. To zdecydowanie był najlepszy seks w jego życiu, chociaż opierał się na łagodnych i spokojnych ruchach. Właściwie podobało mu się to i miał wrażenie, że sprawia mu to jeszcze większą przyjemność. Spokojny seks był od dzisiaj jednym z jego ulubionych.
    - Jak się czujesz? – zapytał, kiedy odzyskał oddech, patrząc w błyszczące oczy Jake’a. Pogłaskał go po policzku i pocałował czule w usta. Uwielbiał go. Całym sobą.

    OdpowiedzUsuń
  30. Rayne był bardzo ucieszony z tego powodu; im obu się podobało, a Jake się nie skarżył na ból. Domyślał się jednak, że nie obejdzie się bez niego. Miał też nadzieję, że postarał się go zneutralizować tak bardzo, jak tylko mógł.
    W końcu wyszedł z niego i położył się obok. Uśmiechnął się lekko, biorąc Jake’a w objęcia. Mocno go do siebie przytulił wedle życzenia. Tak, czuł się teraz bardzo szczęśliwy. I wbrew temu co mówią, wcale nie chciał umierać, ponieważ chciał jeszcze przeżyć coś takiego nie jeden raz. Chciał z nim być do końca. I myśląc „końca”, zdecydowanie nie miał na myśli odejścia z tego świata w ciągu kilku miesięcy przez swoją chorobę, tylko do końca życia w rozumieniu jako „późną starość”.
    - Lepszy od dnia w zoo? – uśmiechnął się ponownie, całując go w czubek głowy. Trzymał go cały czas przy sobie, jak najbliżej tylko mógł. Dopiero po chwili, kiedy całe gorąco z nich zeszło, okrył ich kołdrą, żeby nie zmarzli. Zwłaszcza martwił się o Jakie’ego. Nie chciał wracać do szpitala; tam nie będą mogli powtórzyć tego, co przed chwilą zrobili, a jak znowu zasną, przytuleni do siebie, to znowu dostaną ochrzan od pielęgniarki. No ale cóż, właśnie to ich czekało, w końcu to szpital, a nie hotel, gdzie mogliby wywiesić tabliczkę „Nie przeszkadzać”. – Śpij, skarbie. Musisz nabrać sił na jutro. W końcu mamy jeszcze kilka godzin… - zamruczał i pocałował go ponownie, ale w usta tym razem. Pogłaskał go po plecach i długo tak go sobie miział, póki sam nie zasnął.
    Na szczęście obudził się wcześnie rano. Dobrze, bo przyda im się te kilka godzin więcej. Wstał i poszukał swoich bokserek. Nie chciał na razie budzić Jake’a, niech sobie jeszcze pośpi, a potem wezmą sobie razem prysznic, zmywając z siebie wczorajsze zmęczenie, pot i nasienie. Tymczasem Rayne postanowił wykorzystać kilka chwil, aby przygotować pożywne śniadanie. Nim jednak odszedł od łóżka, pogłaskał czule chłopaka po głowie. Dopiero potem ze spokojem poszedł do kuchni i zabrał się za śniadanie. Problem leżał w tym, że jego lodówka stała pusta. Mógł się tego domyślić.
    Napisał szybko na kartce, że poszedł do sklepu, a potem szybko się ubrał i wyszedł do sklepu obok. Miał nadzieję, że zdąży, nim chłopak się obudzi; nie chciał go zostawiać samego nawet na chwilę.
    Na szczęście udało mu się wrócić w miarę szybko, więc od razu zabrał się za przygotowywanie kanapek z mnóstwem dodatków: począwszy od sera i szynki, kończąc na ogórku i pomidorze. Trudno, najwyżej wszystko runie na stół, ale to nic. Liczyły się chęci, prawda?
    Zaparzył też owocową herbatę, która na szczęście jeszcze miał w puszce. Tak, Rayne lubił pić owocowe herbaty, kiedy wracał z pracy. Zawsze to coś słodkiego po dniu akcji.
    - Jake, śniadanie – zamruczał, siadając na brzegu łóżka. Pogłaskał go po głowie, a potem pochylił się, żeby pocałować go w usta. Tak mógłby wyglądać każdy ich dzień, prawda? Owszem, Rayne był romantykiem i nigdy temu nie przeczył. Dodatkowo starał się, bo nie wiedział tak naprawdę, ile jeszcze zostało im czasu na te wszystkie czułości, a on nie chciał go tracić na jakieś sprzeczki czy coś w tym stylu. Chciał go obdarowywać takimi czułostkami tak często, jak tylko mógł, żeby obaj poczuli, że są kochani.

    OdpowiedzUsuń
  31. Rayne uznał to za urocze, kiedy Jake się rumienił i okrył szczelnie kołdrą. Nie uważał tego za coś złego czy coś w tym rodzaju. Ale miał nadzieję, że już niedługo nie będzie się okrywał tym, co akurat znajdzie pod ręką.
    Odwzajemnił pocałunek, godząc się na wyjście. Niech się ubierze w spokoju. Pogłaskał go jeszcze tylko i poszedł do kuchni, w której zaczekał na swojego małego księcia. Tak bardzo nie chciał wracać do szpitala. Chciałby móc zamknąć ich obu w mieszkaniu, a jak władze szpitala zorientują się, gdzie mogli się zaszyć ich dwaj pacjenci i będą pukać i próbować się do nich dostać, oni będą ich skutecznie ignorować. Chciałby zostać tutaj już na zawsze (a przynajmniej na czas, kiedy nie znajdą sobie odpowiedniego miejsca na świecie dla nich obu), może w łóżku albo na kanapie przed telewizorem. Nieważne. Byle trzymać w ramionach swoje szczęście.
    - Dobrze, tylko uważaj na siebie – cmoknął go w czoło, a potem zabrał się za zmywanie. Zastanawiał się, gdzie mogliby pójść. Właściwie Jake pewnie znał Boston, ale też Rayne nie chciał forsować jego nogi. Swojego serca zresztą też nie, które usilnie starało się dać mu do zrozumienia, że tu jest i coś mu dolega.
    Właściwie mogliby pójść do parku, usiąść nad stawem i pooddychać w miarę świeżym powietrzem, porozmawiać, poprzytulać się i generalnie udawać zdrową parę.
    Rayne żałował, że nie miał okna, które wychodziły na tyły osiedla, na których znajdowały się kosze na śmieci. Mógłby poobserwować Jake’a.
    Kiedy skończył zmywanie, ogarnął do końca kuchnię, aby pozostawić ją czystą i zadbaną. Potem usiadł sobie na kanapie i włączył telewizor. Niech sobie cicho pogra w tle.
    - Okej – uśmiechnął się i spojrzał na niego. Nie zauważył nic niepokojącego w jego zachowaniu i wyglądzie. – Leć do łazienki, bo potem idziemy do parku. Co ty na to? – zapytał, sam wstając i idąc do sypialni, aby ubrać jakieś w miarę wyjściowe ubrania. Nie, nie miał dużo w szpitalu, tam raczej skupiał się na wygodnych ciuchach typu bawełniane spodnie i koszulka. Teraz założył na siebie dżinsy, jakąś koszulkę, a potem trampki. – O, albo mógłbym ci pokazać remizę strażacką. Wybieraj – powiedział głośniej, kiedy stanął przy drzwiach łazienki i nasłuchiwał odpowiedzi.
    Chciał mu pokazać dużo ze swojego świata. Wszystko to, co było dla niego ważne. Chciał się z nim tym podzielić, jak również chciałby, żeby Jake pokazał mu miejsca, które są ważne dla niego. Niewiele o sobie mówił, a na wczorajszej kolacji Jake mógł się dowiedzieć o nim bardzo dużo (głównie dzięki jego matce i przyjacielowi).
    Spojrzał na zegarek. Zostało im niewiele czasu.

    OdpowiedzUsuń
  32. Bardzo chciał mu pokazać swoje miejsce pracy. No i chętnie spotka się z kolegami z jednostki. O ile dobrze obliczył, to powinni być na rannej zmianie. Czyli na pewno znajdowali się w remizie. Oby tylko nie dostali żadnego zgłoszenia.
    - Jasne, chodźmy, mój książę – uśmiechnął się do niego uroczo i pocałował go mocno, obejmując go ręką w pasie. – Ale weźmiemy taksówkę. Szkoda tracić czas na dojazd – westchnął ciężko. No bo mogliby pójść spacerem, ale po pierwsze, noga Jake’a, a po drugie, nie zostało im dużo czasu, pod wieczór już musieli się zameldować, że wrócili cali i zdrowi. A po tej wycieczce to już na pewno szybko ich nie puszczą nigdzie samych. Z opiekunami pewnie też nie, no ale.
    Zeszli na dół, a potem wsiedli do taksówki, którą Rayne szybko złapał. Wsiedli do auta, a on sam ujął dłoń Jake’a w swoją i zaczął ją głaskać. To były jego najlepsze trzydzieści sześć godzin w życiu. Nie miał na razie pomysłu, jak mogliby je spędzić inaczej.
    Zerknął na chłopaka i szybko go cmoknął w skroń. Tak, czasami zdarzało mu się zachowywać jak dzieciak, ale był w końcu facetem, a faceci się tak zachowują.
    - O, już dojeżdżamy – poinformował go, kiedy w oddali zauważył wielki budynek z kilkoma garażami. – Jak się uda, to poznasz kilku moich kolegów z jednostki – uśmiechnął się do niego, a po chwili już szli w stronę remizy. Rayne cały czas obejmował Jake’a w pasie i trzymał przy sobie, aby w razie jakichkolwiek kłopotów chłopak mógł się go złapać i przytrzymać. No tak, kto ufa nowotworom? Jake przecież nie musiał nic czuć, a i tak mógł stracić równowagę i kontrolę w nodze. Ile razy on tracił koordynację ruchową, a serce nie dawało o sobie znaku. Teraz już tak nie było, teraz było o wiele gorzej, serce bolało go non stop, a mimo to potrafił się uśmiechać. Specjalnie dla n i e g o.
    - Halo? – zaczął, kiedy weszli przez otwarte drzwi garażu. Obok nich stał wielki, czerwono-biały wóz strażacki. Rayne kierował tylko kilka razy, mieli swojego kierowcę, który potrafił całkiem nieźle manewrować tą wielką maszyną podczas ulicznych korków i przy zachowaniu stałej, dość wysokiej, prędkości.
    - Rayne? Co nie mówiłeś, że wracasz? I to z kimś? – zza wozu wyszedł wysoki mężczyzna, całkiem przystojny, postawny i generalnie widać, że chłopak sobie radzi jako strażak.
    Po części powitalnej, Rayne poinformował chłopaków, że Jake jest jego chłopakiem i poznali się w szpitalu. Nie chciał za bardzo zdradzać przyczyn swojej i jego obecności w tym miejscu, a panowie to zrozumieli i nie naciskali.
    - Gotowy, żeby wsiąść do wozu strażackiego? – zapytał Rayne na ucho Jake’a, obejmując go za szyję i prawie dotykając swoimi ustami jego ucha. No, a na następnej przepustce albo kiedy już wyjdą ze szpitala cali i zdrowi, to Jake pokaże Rayne’owi swój świat, ot co.

    OdpowiedzUsuń
  33. Tak, panowie strażacy znacznie różnili się od Jake’a. Byli wyżsi, lepiej zbudowani, silniejsi i mieli ostrzejsze rysy twarzy. Jak to dorośli mężczyźni, którzy pracowali w tak poważnych służbach (nie, nie było tu żadnej dyskryminacji, Rayne po prostu twierdził, że jego praca jest równie ważna, co innych, też ratował życia, też narażał swoje dla innych). Wszyscy w tych spodniach, na górze mieli koszulki jakieś, niektórzy byli krótko ścięci, inni mieli nieco dłuższe włosy, ale wszyscy byli uśmiechnięci. Cieszyli się, widząc Rayne’a, który do nich wrócił, przynajmniej na chwilę. I w dodatku był szczęśliwy z tym chłopakiem, którego nie mieli zamiaru w ogóle ośmieszać czy wyśmiewać. Chcieli go poznać, chociaż Jake wydawał się bardzo nieśmiały, stojąc tak blisko Rayne’a.
    Athaway odwzajemnił pocałunek, obejmując go mocno w pasie. Mru, zdecydowanie lubił takie pieszczoty. Pogłaskał go po plecach, słysząc gwizdy kolegów. Dorośli mężczyźni, co? Jasne. Ale w sumie mieli prawo zachowywać się jak dzieci, w końcu to mężczyźni. Oni nigdy nie dorosną.
    - No już, chodź – ścisnął jego dłoń, której Jake w ogóle nie chciał puścić, i poprowadził do wozu. – Niestety, do szpitala nim nie pojedziemy, ale pokażę ci, jak jest w środku – otworzył mu drzwi i pomógł wejść. On sam wszedł od strony kierowcy, żeby było im łatwiej. Panowie strażacy zostali przy wozie, żeby im nie przeszkadzać.
    - Chcecie coś do picia? – zapytał jeden z nich, ten przystojny, który przyszedł jako pierwszy się z nimi przywitać. Też gej, ale zdecydowanie nie leciał na Rayne’a. Ta informacja mogła uspokoić trochę Jake’a, ale Rayne nawet nie pomyślał, że mógłby mówić coś takiego swojemu chłopakowi. On po prostu nie widział powodu zazdrości i tak dalej.
    - Nie, dzięki, zaraz lecimy dalej – odpowiedział Rayne, a potem pocałował Jake’a. Coś minę miał nie tęgą, chociaż starał się to jakoś zamaskować. Pogłaskał go po głowie i karku, a potem pokazał mu, co ciekawego mają w środku. Nic nadzwyczajnego, ot, jak samochód, tylko zdecydowanie większy. Zaraz potem wyszli z wozu, a Athaway pokazał mu wszystko to, co samochód miał po bokach. Obejmując go w pasie, jednocześnie pokazując chłopakom, jaki jest szczęśliwy i dumny, tłumaczył mu, do czego te wszystkie rzeczy, narzędzia, wajchy służą. Również go sobie pocałował, bo mógł. Skoro Jake zrobił to tak niespodziewanie, to Rayne nie zamierzał być gorszy. Jeszcze ta wczorajsza noc, która echem dobijała się w jego głowie i kilku innych częściach ciała… - Mogę ci pokazać też szatnię i moją szafkę. Kuchnię, w której pijemy sobie herbaty i kawy – mruczał sobie do niego, głaszcząc go po policzku. Cholera jasna, Jake był dla niego ogromną motywacją do tego, aby wyzdrowieć. Obiecał sobie, że po powrocie do szpitala, zrobi wszystko, o co poprosi go lekarz, byle tylko wydłużyć swój czas lub wyzdrowieć. Z tym drugim było praktycznie niemożliwe, ale… dodanie sobie kilku miesięcy było interesujące, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  34. Szept się rozchodził, ponieważ to jasne, że panowie strażacy komentowali obecność kogoś obcego w remizie. Ten ktoś był chłopakiem ich kumpla, to chyba jasne, że sobie o nim rozmawiali. No i jeszcze ta wieść o szpitalu. Oczywiście, że byli ciekaw, co się stało ich kumpowi, zastanawiali się, czy to coś bardzo poważnego i czy Rayne jeszcze do nich wróci na służbę. Nie mieli nic złego na myśli, a te gwizdy? Tak właśnie zachowywali się mężczyźni nawet, jeśli byli oni strażakami i ratowali życia innych ludzi. Zwierząt też, bo Rayne nie raz ściągał biednego kota z drzewa.
    Rayne był zaskoczony jego słowami. Już chciał coś powiedzieć, kiedy Jake kontynuował. Athaway zmarszczył brwi. O czym on, do jasnej cholery, mówi? Co mu nagle strzeliło do głowy? Rayne nie widział tutaj niczego złego. Zmiana dyżuru, jaki zastali, to byli jego kumple, którym ufał i nie raz powierzał życie podczas akcji. Gdyby nie oni, to spaliłby się w tym cholernym budynku, kiedy serce mocniej dało o sobie znać. Ale pomogli mu, wynieśli go, a w efekcie tych działań – uratowali mu życie. Dlatego tak bardzo zależało mu, aby Jake ich poznał i polubił.
    - Jake, o co ci chodzi? – złapał go za rękę, a potem przycisnął do boku wozu strażackiego. Strażacy nie zwracali na nich uwagi, poszli zająć się swoimi sprawami, aby nie przeszkadzać im w zwiedzaniu remizy. – „Mogłeś się związać z kimś takim”? – ponownie zmarszczył brwi. Był trochę zły na Jake’a, że w ogóle przez myśl przeszło mu coś takiego! Jak? Dlaczego? – Nie związałem się, to moi koledzy z pracy, osłaniamy się, współpracujemy. Nie widzę w nich nikogo, kto mógłby być tobą. Tylko na tobie mi zależy. A dzieciakiem nazwałeś siebie sam – zauważył i westchnął ciężko. – Co ci przyszło do głowy, Jake? – zapytał już nieco spokojniej. Teraz zrobiło mu się przykro. Nie chciał, żeby Jakie poczuł się źle w jednym z ważniejszych miejsc w jego życiu. Nie tak to miało wyglądać, a Jake miał się uśmiechać i podziwiać.
    W końcu jednak wyprostował się i ponownie westchnął. Nadal go trzymał za rękę, chociaż stał nieco dalej od jego ciała.
    - Nie ośmieszyłeś się. Zagwizdali, bo nas dopingowali. To faceci, połowa z nich ma żony i dzieci. Ale dobrze, możemy już iść – dodał, odwracając wzrok. Sam nie wiedział, czy bardziej jest mu przykro z reakcji Jake’a czy dlatego, że to przez Rayne’a wszystko się stało. – Chodź, pójdziemy jeszcze na spacer i na obiad, a potem zadecydujesz, co zrobimy. Mamy jeszcze kilka godzin – mruknął, nie patrząc już na niego.

    OdpowiedzUsuń
  35. Rayne nie rozumiał zachowania Jake’a. Skąd ten nagły wybuch? Co go tak nagle ugryzło? Athaway zmarszczył brwi. Sam nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć. Dopiero po chwili na myśl nasunęła mu się przepustka. A właściwie jej koniec. Czyżby to przez to? Ale przecież Jake nie mógłby tak wybuchnąć tylko przez te kilka ostatnich godzin. Chyba.
    Słowa Jake’a totalnie zbiły z tropu Rayne’a, więc w pierwszych chwilach stał w miejscu. No tak to jest, jak się człowiek zwiąże z kimś, kogo dobrze nie zna. Mimo to Rayne wierzył, że coś naprawdę musiało się wydarzyć, a Lancaster mu po prostu tego nie potrafił wprost powiedzieć. A szkoda. Może gdyby wyjaśnił, co się dzieje, to Rayne mógłby mu jakoś pomóc, a cała ta atmosfera poszłaby w niepamięć.
    Oczywiście złapał go w ramiona i mocno go do siebie przytulił. Właściwie teraz mógł go zrozumieć; obaj są chorzy, i to bardzo chorzy. Nie wiadomo właściwie, czy Rayne’owi uda się przezwyciężyć nowotwór. Nic dziwnego, że Jake tak zareagował. Jeszcze jego słowa o utracie. Teraz już wszystko rozumiał. Westchnął cicho, opierając policzek o czubek jego głowy. Naprawdę chciałby mu przysiąc, że nigdzie się nie wybiera, że Jake go nie straci, że nie ma w ogóle takiej opcji, ale doskonale wiedział, że jego obietnice nie mają żadnego znaczenia w walce z chorobą. To ona na razie wygrywała, a Rayne był daleko w tyle.
    - No proszę cię, miałbym się związać z którymś z tych kretynów? – starał się obrócić wszystko w żart, aby rozładować napięcie. – I nie narobiłeś mi wstydu przed nimi – odchylił głowę, aby móc na niego spojrzeć. Pocałował go czule, udowadniając mu, że nadal tu jest i wcale się nie gniewa. – A wczoraj? No błagam. Dotknij moich pleców pod koszulką – zachęcił go, jakoś łapiąc go za nadgarstki i wsuwając je pod materiał. – Teraz wyżej i wyżej – nakierowywał go, mrucząc mu seksownie do uszka. Jake mógł wyczuć ślady, jakie zostawił po sobie na plecach Rayne’a kilka godzin wcześniej. Nie miał tam nie wiadomo jakich znowu ran, aczkolwiek bez żadnego skupienia dało się wyczuć małe wypuklenia na skórze z powodu drapnięć. – Nie byłeś beznadziejny. Byłeś niesamowity – pocałował go w ucho, przypominając sobie wczorajsze jęki Jakie’ego i jego drobne ciało pod sobą, które domagało się dotyku. Rayne zsunął dłonie po jego plecach, kończąc wędrówkę na jego pośladkach, które lekko ścisnął. No dobra, może to nie były szczyty udowadniania Jake’owi, że tylko on się liczy, no ale…To Rayne.
    Ponownie uniósł głowę i spojrzał na niego. Cmoknął go w nosek.
    - Już w porządku? Już wiesz, że tylko ty się liczysz i nie robisz mi wstydu? – pogłaskał go po karku i uśmiechnął się do niego ciepło, jak to Rayne.

    <3

    OdpowiedzUsuń
  36. Rayne poczuł ulgę, kiedy wszystko już sobie wyjaśnili. W końcu mogli wrócić do innych czynności, tych zdecydowanie przyjemniejszych, jednocześnie zapominając o tym całym niefajnym zdarzeniu. Miał nadzieję, że teraz już wszystko będzie dobrze i Jake już nie będzie mówić takich rzeczy. To mogło być trudne, skoro zaraz wrócą do szpitala, który kojarzył im się tylko z jednym. Słowa związane z utratą na pewno będą ich prześladować jeszcze długi czas, póki faktycznie któryś z nich nie straci tego drugiego. To przerażało Rayne’a; nieważne, czy pierwszy odejdzie (chociaż tak właśnie sądził, że to on będzie pierwszy), nie chciał zostawiać Jake’a samego. Nie teraz.
    „Kocham cię”. Te słowa dudniły wręcz w jego głowie, odbijając się echem wciąż i wciąż. Co? Przecież znali się tylko krótki czas. Jak Jake mógł wiedzieć takie rzeczy? Sam Rayne nie był pewny czy to miłość czy po prostu nadmiar pozytywnych emocji, które się w nim kumulowały i musiał to przemyśleć. Chociaż… Był jednak w zbyt dużym szoku, żeby od razu mu odpowiedzieć. Po prostu poszedł za nim, skoro Jake nie wydawał się czekać na jego odpowiedź. Może to i dobrze tak właściwie. Powie mu to przy bardziej sprzyjających okolicznościach. Na przykład kiedy będą wracać do szpitala. Bo tak, owszem, kochał go. Dlatego właśnie szedł z nim, dając się prowadzić przez ulice, cały czas się uśmiechając. Oj tak, teraz mógłby z nim iść i iść, chociaż wiedział, że wcale tak daleko nie zajdą. Noga Jake’a zaraz da o sobie znać, Rayne był tego pewien. I rzeczywiście tak było. Skrzywił się, zatrzymując gwałtownie, kiedy usłyszał „ała” z ust swojego chłopaka. Cholera jasna, trzeba było wziąć taksówkę, a nie dać się prowadzić jak jakiś szczeniak (nie no, podobał mu się taki spacer, ale na dzisiaj już zdecydowanie wystarczy).
    - Usiądź – pomógł mu spocząć na murku przy schodach. – Bardzo boli? Wezwać karetkę? – zapytał, głaszcząc go po karku, a potem spojrzał na jego nogę. Podniósł nogawkę jego spodni, zastanawiając się, co może się kryć pod samą skórą, ale to, co zobaczył przeraziło go wystarczająco mocno. – Kurwa, Jake! – powiedział jedynie, dość przestraszony, a potem od razu wyjął telefon. Nie wiedział, skąd to się mogło wziąć, nie pytał Jake’a, bo przecież jak mógłby wiedzieć, że się dzisiaj przewrócił, prawda? Rayne sądził, że to przez nowotwór, nie znał się za bardzo na tym i nie rozumiał. Wystarczyły mu kolory jego skóry na łydce. Szybko wezwał pogotowie, nie bacząc na słowa chłopaka. Nie wiedział, co się stało i chciał jak najszybciej zabrać swojego ukochanego do szpitala, aby zajęli się nim specjaliści. Przecież tego nie zignoruje. – Zaraz przyjadą – powiadomił go, krzywiąc się. Cholera, że też nie zauważył tego wcześniej. No ale w sumie jak miał cokolwiek zauważyć, skoro Jake nosił długie spodnie, prawda? Co właściwie nie zmieniało faktu, że się obwiniał, ponieważ nic nie zauważył dzisiaj rano. I dałby sobie rękę uciąć, że kiedy dzisiaj rano naga noga Jake’a wystawała spod kołdry, to miała swoje normalne koloryty.
    Splótł ich palce razem i pocałował go w dłoń. Cały czas patrzył na jego nogę, czując ogromny niepokój.
    - Uderzyłeś się gdzieś?

    OdpowiedzUsuń
  37. Rayne był mocno zaskoczony tym nagłym (kolejnym dzisiaj) wybuchem Jake’a. Może rzeczywiście właśnie zepsuł im cały dzień, podczas którego mogli robić wiele innych, ciekawszych rzeczy, ale Rayne nie zamierzał patrzeć na cierpienie Jake’a. Naprawdę chciał spędzić z nim te kilka godzin gdziekolwiek i jakkolwiek, jednak nie mógł pozwolić na ból w nodze swojego ukochanego. Jake był dla niego zbyt ważny, żeby narażać go na większe niebezpieczeństwo. Dlatego jedynie trochę go rozumiał. Jednak jego krzyki, prośby i błagania, przez które zwrócili na siebie uwagę otaczających ich ludzi, nie robiły na niego żadnego wrażenia. Okej, może to nie do końca tak, ponieważ owszem, zabolało go, kiedy Jake zaczął krzyczeć i go wyzywać. Było mu przykro, chociaż wiedział, że robi dobrze, ponieważ dba o zdrowie swojego chłopaka. Szkoda, że Jake tego nie potrafił zrozumieć. Szkoda, że tak na niego naskoczył. Szkoda, że się tak zachował. Rayne jednak nie zamierzał zmieniać swojej decyzji. Ten siniak, który pojawił się na nodze Lancastera nie wyglądał normalnie, nie wyglądał jak każdy inny siniak. Wyglądał zdecydowanie gorzej i Rayne chciał, żeby zobaczył to lekarz i pomógł mu jak najszybciej, żeby jego skóra nabrała normalnych kolorów, żeby Jake przestał odczuwać tak ogromny ból. A tymczasem poczuł się jak śmieć, co spowodowało zdenerwowanie, czyli szybsze pompowanie krwi, a to dodatkowo spotęgowało ból serca. Nie chciał dawać tego po sobie znać, dlatego kiedy tylko Jake odwrócił spojrzenie, Rayne przytrzymał dłoń na mostku i mocno ją docisnął, jakby chciał, żeby jego ból ustał. Niestety, ta czynność nie dała mu pożądanych efektów, co więcej, zobaczył to jeden z ratowników medycznych i od razu do niego podszedł i zaczął pytać. Rayne oczywiście wyjaśnił mu, jaka jest sytuacja, a cała ekipa skojarzyła tych panów, co było dla niego dziwne. Przecież ten szpital, w którym oni podjęli terapię, był ogromny. Nie zamierzał jednak się nad tym zastanawiać. Ratownicy ich obu wsadzili do karetki. Zajęli się Jake’em, bo Rayane tego chciał. Jednak jeden z ratowników nie mógł tak po prostu go zostawić i jemu też próbował pomóc. A Athaway syczał z bólu i zaciskał powieki. Nieprzyjemne uczucie nie chciało przestać dawać o sobie znać.
    - Kurwa, jak boli – powiedział, jakby do siebie, zgięty w pół. Nawet sobie nie wyobrażał, jak teraz musiał czuć się Jake, kiedy jego noga bolała równie mocno (a może bardziej). – Jemu pomóż – warknął, łapiąc ratownika wolną ręką mocno za nadgarstek. – On tego bardziej potrzebuje – dodał już nieco spokojniej, ale zaraz spojrzał na Jake’a. Sam nie wiedział, co właśnie czuł chłopak. Złość? Ból? Rozczarowanie? Żal? A może wszystko na raz? Postanowił jednak się nie odzywać, niech ratownicy robią swoje. A z nim porozmawia później, o ile oczywiście będzie chciał z nim rozmawiać. Bo może nadal będzie oskarżał go o… taaak…
    Sytuacja nie układała się zbyt kolorowo; nie dość, że obaj odczuwali przeszywający ból, kiedy nowotwór dawał o siebie znać, to jeszcze znowu relacja między nimi została nadszarpnięta. Negatywne emocje niezbyt dobrze na nich wpływały i Rayne chciał to zmienić. Tylko co z tego, jeżeli on będzie jedyny, który tego będzie chciał?
    Ponownie na niego spojrzał, cały czas milcząc. W końcu jednak pokonali drogę do szpitala i dopiero tam ich rozdzielono.

    OdpowiedzUsuń
  38. Prowadzony przez dwóch ratowników medycznych, spojrzał jeszcze przez ramię, ale Jake’a nie było już w zasięgu jego wzroku. Miał dość tego wszystkiego, chciał już stąd wyjść, cały zdrowy, pod pachą trzymać swoje czarnowłose szczęście i do końca ich długiego życia omijać szpital szerokim łukiem. Był już zmęczony tym bólem, tym miejscem, tęsknił za swoim mieszkaniem i dzisiaj to sobie uświadomił. Co z tego, że raz na jakiś czas przychodziła do niego mama i mu jako tako ogarniała dom? Sam chciał się tym zająć. Chciał już co noc spać razem z Jake’em. A tymczasem wylądował w gabinecie lekarskim, nie bardzo wiedząc, co właśnie z nim robią, czym go karmią i jak ma to na niego zadziałać. Lekarz oczywiście tłumaczył, co i jak, musiał to zrobić, ale Rayne nie bardzo go słuchał. Cały czas myślał o chłopaku, który przechodzi równe katusze, co on. Od siebie dodał jedynie, że zgadza się na intensywną chemioterapię. Był gotowy ustawić grafik i przychodzić o określonej porze. Nieważne, że będzie czuł się paskudnie, to nic. To naprawdę było niczym. Wiedział, że jeśli uda mu się (a tliła się w nim taka iskierka nadziei), to będzie mógł stąd wyjść razem z Jake’em i żyć normalnie.
    To on był pierwszym, który wrócił do ich sali. Może to i lepiej. Przebrał się w piżamę i położył do łóżka. Ból się zmniejszył, ale nadal był odczuwalny tak, jak każdego dnia. W jego głowie cały czas kotłowały się myśli związane z Jake’em. Słyszał obijające się echem o czaszkę krzyki i nie potrafił zająć myśli czymś innym. Położył się na boku i zamknął oczy. Po chwili dotarł niego Lancaster. Rayne otworzył oczy i od razu spojrzał na jego nogę. Była na swoim miejscu, więc może lekarze zrobili coś… cokolwiek, aby mu pomóc? Obserwował go cały czas, kiedy podchodził do niego. Przesunął się trochę na bok, robiąc mu miejsce. Nadal mu zależało i cieszył się, że przyszedł do niego. Od razu przytulił go do siebie, jakby chcąc go schować przed całym światem.
    - Ze mną w porządku – szepnął, ponownie zamykając oczy. Pocałował go w czubek głowy. – Wystraszyłem się, kochanie. Tak bardzo się o ciebie bałem... nie wyobrażasz sobie, co poczułem, kiedy zobaczyłem tego siniaka na twojej nodze, kochanie – mówił cicho, jakby się bał, że kiedy wyda z siebie głośniejszy dźwięk, Jake znowu wybuchnie, a tego już nie chciał. Głaskał go uspokajająco po głowie i plecach, ciesząc się jego obecnością i bliskością. – Nie chcę cię stracić… nie mogę, rozumiesz? Musiałem zadzwonić – dodał, a potem odsunął kawałek głowę, aby pocałować go w czoło. Miał gdzieś, czy pielęgniarki znowu ich ochrzanią, nie było mowy o tym, aby Rayne go puścił do swojego łóżka. Jake tu z nim zostanie, musiał czuć go obok siebie. – Co powiedzieli lekarze? Co zrobili? Wszystko już dobrze z nogą? Boli? – wolną ręką sięgnął do jego kolana, ale bał się dalej posunąć palce. Nie chciał sprawić mu niepotrzebnego bólu swoim dotykiem; już wystarczająco się nacierpieli, obaj.

    OdpowiedzUsuń
  39. Rayne uśmiechnął się do niego, kiedy usłyszał, że noga przestała go bolec. Co prawda miał jakieś tam wątpliwości co do tego, przecież to wszystko wyglądało okropnie, a pod skórą rozwijał się rak, ale postanowił na razie o tym nie myśleć. Chciał się skupić na Jake’u. Teraz miał nadzieję, że nie będą już na siebie krzyczeć ani warczeć, a o pielęgniarki się nie martwił. Przyjdzie ranek to pogadają. Aczkolwiek lepiej, żeby nie chcieli ich rozdzielać. Przecież nie zrobili nic złego! Przecież mają na sobie ubrania, prawda?
    Nad ranem rzeczywiście musieli się użerać z paniami, a Rayne nawet zażartował, że mogliby im załatwić podwójne łóżko. Niestety, do śmiechu było tylko jemu, a pielęgniarki jedynie fuknęły coś pod nosem, przeganiając Rayne’a, bo on mógł swobodnie się poruszać.
    W końcu jednak wyszły, zostawiając ich ze śniadaniem. Z marnym śniadankiem, którego nijak nie można było porównywać do wczorajszego porannego jedzenia, jakie zrobił im Athaway.
    Rayne spojrzał na Jake’a i westchnął.
    - Muszę ci coś powiedzieć – zaczął, odkładając pusty kubek po herbacie. – Zdecydowałem się na częstsze chemioterapie. Możliwe, że to da jakiś większy efekt – wyznał mu, a potem usiadł obok niego. – Będę nie do życia po tym, sam wiesz, już byłeś na jednej – odgarnął mu włosy z czoła, które potem ucałował. – Ale jest szansa, że wyjdziemy stąd razem – spojrzał na jego nogę i westchnął. Bardzo chciał z nim być poza tym cholernym szpitalem, żeby byli już zdrowi obaj… ale do tego jeszcze daleka droga, więc pora zacząć już dziś. Bez lenienia się. - I za chwilę idę na jedną z nich. Będziesz na mnie czekał? – ujął jego podbródek w palce i pocałował go czule. Po chwili uśmiechnął się do niego, a potem wyszedł z sali. To będą naprawdę długie tygodnie. Oby tylko to wszystko było tego warte… Bo gdyby nie Jake, to pewnie nie poddałby się temu, nie wyszedłby na przepustkę, nie powiedziałby rodzinie o chorobie… I byłby całkiem sam. Teraz nie czuł się samotny. Nawet w sali nie leżał sam, więc… Pewnie jeszcze Eric wpadnie nie raz i nie dwa. Może któryś z panów strażaków, o których zazdrosny był Jake… hm, może lepiej, żeby żaden z nich jednak nie przychodził…
    Zdeterminowany wszedł do sali, w której wszystko miało się odbyć. Przywitał się z lekarzem i pielęgniarkami, a potem zajął swoje miejsce i… stało się. To było okropne i straszne. Ale dawało nadzieję. I to większą niż kiedykolwiek.

    OdpowiedzUsuń
  40. Wszystko słyszał. Każde słowo wypowiedziane przez dwóch lekarzy uderzyło w niego ze zdwojoną siłą. Amputacja. To było słowo, które nie chciało wyjść z jego głowy również po zakończeniu dzisiejszej dawki chemioterapii. Jasna cholera, jak on to powie Jake’owi? Przecież musiał mu o tym powiedzieć, skoro lekarze nie chcieli… a może lepiej poczekać, aż oni mu to powiedzą? W końcu to lekarze, oni wiedzą najlepiej, co i jak…?
    Rayne westchnął ciężko. Cholera jasna. Nie wiedział, co ma zrobić. Cały czas myślał o reakcji Jake’a na te słowa. Nie chciał być tym, który mu to powie, jednak… jak miał się teraz zachowywać, kiedy siedział tuż obok tej swojej małej iskierki nadziei?
    Trudno, musi mu powiedzieć. Lekarze sami sobie to uczynili, mówiąc takie rzeczy przy pacjencie, chociaż nie sądzili, że ów pacjent to usłyszy. Rayne musiał poinformować swojego chłopaka o tej strasznej konieczności. Ale może dzięki temu wyzdrowieje? A przecież da się żyć z jedną nogą swoją i jedną nie-swoją. Przecież dużo ludzi tak żyło, prawda? A Rayne będzie go wspierać, nieważne, co by się stało. Jake był dla niego teraz bardzo, bardzo ważny. Dlatego już wiedział, jak powinien postąpić.
    Wrócił do sali cały zmarnowany. Był blady i generalnie wyglądał jak siedem nieszczęść, a to przecież dopiero początek. Pocieszał się tym, że teraz pocierpi, a potem może uda mu się wyzdrowieć i wrócić razem ze swoim ukochanym Jakie’m do jego mieszkania. Hm, właśnie, ciekawe, czy chłopak chciałby z nim zamieszkać…
    - Jake… - westchnął, kiedy tylko usiadł na swoim łóżku. – Chodź tu do mnie, musimy porozmawiać – powiedział cicho, zaraz jednak kładąc się na łóżku. Jezu, co za tragedia. Właśnie dlatego omijał chemioterapię szerokim łóżkiem do tego czasu. Teraz przez kilka następnych godzin będzie nie do życia, ale warto. Więc nie ma co narzekać, tylko zacisnąć zęby. – Kiedy leżałem dzisiaj w tamtej sali, usłyszałem coś, o czym powinieneś wiedzieć, skoro lekarz nie powiedział ci wczoraj – spojrzał na niego z dołu. Przesunął się kawałek w bok, żeby chłopak mógł się obok niego położyć, gdyby chciał. Cholera, tak się tylko mówiło, że „powiem mu, bo zasługuje na tę wiedzę”. Ale kiedy przychodziło co do czego, to bardzo trudno było wykrztusić z siebie te kilka słów. Bardzo ważnych, jednocześnie przerażających. Sam Rayne nie wiedział, jakby zareagował, gdyby się dowiedział nagle, że muszą pozbyć się jego nogi. Z drugiej strony amputacja była nadzieją na nowe życie dla Jake’a. I właśnie tego zamierzał się trzymać Athaway. – Chodzi o to, że lekarze zastanawiając się nad… nad amputacją twojej nogi – powiedział cicho. – Boją się, że za kilka dni rak może przejść na cały organizm – dodał szybko, jakby chciał go powstrzymać od zaprzeczenia. Cholera jasna, co dalej? Co miał mu powiedzieć? Jak miał go pocieszyć? – Myślę, że to dobre rozwiązanie, mimo wszystko. To dla ciebie szansa – pospieszył, kładąc dłoń na jego udzie. Czekanie na odpowiedź było dość trudne i długie. Już dwa razy Jake wybuchł i Rayne nie chciał kolejnej takiej sytuacji. Z drugiej strony przyjęcie tego spokojnie na klatę wydawałoby się za spokojne. – Mógłbyś wyzdrowieć, nie byłbyś zagrożony już nigdy więcej.

    OdpowiedzUsuń
  41. Nie spodziewał się takiej reakcji. Nie do końca wiedział, co Jake’owi teraz siedziało w głowie i to było najgorsze, ponieważ nie mógł mu pomóc. Pogłaskał go jeszcze po dłoni, którą szybko ucałował. Nie chciał go zatrzymywać, bo zdawał sobie sprawę, że sam musi to przemyśleć jeszcze raz, po raz kolejny zastanowić się nad tym bardzo poważnym, nieodwracalnym krokiem (brzmiało dość ironicznie). Pewnie w głowie Jakie’ego kotłowały się emocje, ale jak widać – bardzo skutecznie je kamuflował. Chociaż może nie do końca tak skutecznie, skoro Rayne zaczął się domyślać.
    - Uważaj na siebie, kocie – westchnął tylko, nie mając siły iść za nim. Chociaż może to i lepiej, Jake zostanie sam, pewnie tego właśnie potrzebował.
    Odprowadził go wzrokiem, obserwując jego chorą nogę. Zaraz potem zamknął oczy, zmęczony dzisiejszymi wydarzeniami, a po chwili zasnął. Obudził się dopiero w momencie, w którym do środka wszedł Jake. Organizm Rayne’a chyba już był wyczulony na jego obecność i jak widać sam podrywał go do pobudki, kiedy tylko Lancaster znalazł się obok. Zaspany spojrzał na niego, przyglądając mu się. Nie chciał pytać, może powinien, ale zdecydowanie wolał go przytulić mocno do siebie i przemilczeć wszystko: od spraw związanych z nogą, przez serce Rayne’a, po pogodę panującą na zewnątrz.
    - Chodź tu do mnie – poprosił lekko zachrypniętym głosem. – I weź Pandę – spojrzał na pluszaka, a potem znów na Jakie’ego. A kiedy ten ponownie położył się obok, od razu objął go ramieniem. Dzięki kilkugodzinnemu snu poczuł się nieco lepiej, bardziej żywo, więc chciał to wykorzystać. Pocałował go w skroń i westchnął. – Cieszę się, że cię mam. Nie masz pojęcia, jak bardzo – pogłaskał go po ramieniu, przyciskając do siebie. – Z protezą czy bez, ja ciebie też kocham – szepnął i pocałował go w usta. Nie tak do końca wyobrażał sobie moment, w którym mu to powie, ale chyba nie był znowu taki najgorszy. Może nawet i odpowiedni? – I zamierzam ci pomóc w rehabilitacji i we wszystkim innym, nawet w sprzątaniu naszego mieszkania.
    To nie koniec świata znowu. Jasne, że to trudne doświadczenie, Rayne nie zamierzał zaprzeczać i też pewnie byłby zły i sfrustrowany na jego miejscu, ale jednak trudno mu było tak do końca postawić się w jego sytuacji. To ciężkie przeżycie, cholerna sytuacja, więc wiadomo, że nie tak łatwo się wczuć w coś takiego. Poza tym sam miał problem, chorował na serce, a jego nie można ot tak wyciąć i postawić coś na wzór serca. Znaczy można, pewnie już można, tylko trzeba było mieć jeszcze górę pieniędzy. I, cóż, jak bardzo by nie chciał dalej żyć zdrowy, to nie ma szans na zakupienie takiej technologii.
    No, a tak poza tym, to powiedział mu, że go kocha. Czekał na jego reakcję, może to w jakiś sposób go podniesie na duchu? Przecież nie codziennie się słyszało takie słowa. Zwłaszcza, że padły one z ust osoby, do której wcześniej się to powiedziało.
    Pogłaskał go po głowie, wtapiając palce w jego włosy i przeczesując je. Właśnie sobie uświadomił, że swoje niedługo straci. I to w dość szybkim tempie, skoro chce chodzić dość często na przyjmowanie tych cholernych leków…

    OdpowiedzUsuń
  42. To było dość szalone, jak na ich krótką, acz dość intensywną znajomość. To pewnie przez to, że byli w takiej, a nie innej sytuacji, że chorowali, na co chorowali i mieszkali, gdzie mieszkali. Rayne miał tylko nadzieję, że kiedy Jake odzyska siły, to go nie zostawi. Nie wyglądał na takiego, absolutnie, ale mimo to, gdzieś tam czaiła się obawa. Dlatego właśnie chciał wyzdrowieć. Dla niego. No i dla siebie też, wiadomo.
    - Jasne, że chcę z tobą zamieszkać, kocie. Inaczej bym tego nie proponował, prawda? – zapytał z uśmiechem i pocałował go w skroń. Może to dość naiwne i wygórowane marzenia, ale wyobrażał sobie właśnie, jak razem jedzą śniadanie w łóżku albo przy stole w kuchni. Jak Diablo przychodzi do nich i łasi się, pozostawiając na Jake’u swój zapach, oznaczając go jako członka ich małego stada… A potem jakieś może wspólne gotowanie, zasypianie, seksy w całym domu… znaczy na wszystko przyjdzie oczywiście pora, to chyba jasne. Jak na przykład noc w świetlicy, którą właśnie zaproponował mu jego niewinny Jakie. No proszę, proszę. Rayne aż się uśmiechnął pod nosem. Zdecydowanie podobała mu się ta propozycja i nie zamierzał jej w żadnym razie odrzucać. Skoro i tak tutaj tkwili, to przecież mogli to jakoś wykorzystać. Jutro miał spokój od chemioterapii, ale wiedział, że niestety przez kilka porannych godzin będzie z nim nie najlepiej. Więc istniała szansa, że na wieczór będzie się czuł znakomicie, a potem jeszcze lepiej.
    - Obiecujesz? – zapytał jedynie i pocałował go w nos. Kiedy Jake tak tutaj sobie z nim leżał, mówił do niego swoim łagodnym głosem, kiedy go głaskał, to on razu robiło mu się lepiej. Znaczy psychicznie, bo fizycznie nadal miał wrażenie, że zaraz zwariuje i zmieni oddział z onkologicznego na psychiatryczny. – Jeśli jutro wieczorem będzie ze mną okej, a mam ku temu naprawdę fantastyczny powód, to pójdziemy tam jutro? – pogłaskał go po plecach, kończąc jednak swoją wędrówkę na jego pośladku. Nie miał więcej siły przecież na przesuwanie dalej dłonią, więc to dlatego tak. Ale przecież nie zamierzał narzekać, bardzo mu się to podobało, a i Jake nie narzekał. – A teraz idę spać, kocie – westchnął i zamknął oczy. No musiał szybko spać, żeby jak najszybciej nastał poranek, a potem musiały minąć kolejne godziny. – Albo nie – zdecydował nagle i otworzył z powrotem oczy. – Powiedz mi, czy postanowiłeś już coś z tą twoją nogą? – może to nie był najprzyjemniejszy temat dla Jake’a, ale Rayne chciał być na bieżąco, podtrzymywać go na duchu, dodawać odwagi, przytulać i generalnie kochać. Musiał mieć pewność, że Jake wie, że Rayne zawsze będzie obok niego i będzie go wspierał. Jake miał tylko dwadzieścia lat, więc potrzebował tego bardzo mocno. W dodatku jego rodzina chyba ograniczała swoje wizyty w szpitalu…

    OdpowiedzUsuń
  43. Rayne ucieszył się, że Jake zdecydował się zrobić coś tak strasznego, ale jednocześnie coś, co mogło mu uratować życie od zżerającego raka. Jake miał szczęście i Rayne naprawdę był zadowolony, że mu się uda. A i jeszcze zgodził się tak szybko na amputację. Dzięki temu choroba nie przeniesie się na inne części ciała chłopaka. Już nie mógł się doczekać, kiedy Jake wróci już do siebie po tej operacji. Potem czekała go rehabilitacja i nauka chodzenia z protezą, ale to nic, przecież Jake sobie poradzi, prawda? Oczywiście, że tak. W dodatku Rayne zamierzał go w tym wspierać, być przy nim i zapewniać, jak bardzo jest z niego dumny i jak bardzo go kocha. A w tym samym czasie Rayne też musi pokonać chorobę. Co więcej, teraz czuł się zdecydowanie pewniej w tej walce, miał nadzieję na wygraną. Jego myśli oczywiście też były czarne raz po raz, to zrozumiałe, ale teraz… miał wrażenie, że jego szanse wzrosły i to głównie dzięki Jake’owi. Dotychczas – kiedy jeszcze się nie znali – Rayne nie miał zamiaru mówić o niczym rodzinie, przyjacielowi, nie mówiąc już o tak częstych dawkach chemioterapii. A teraz? A to wszystko przez tego chłopaka, który przyjechał tu pewnego wieczora, cały oblany zimnym potem i wystraszony do granic możliwości. Athaway nie spodziewał się takiego obrotu spraw – ze zwykłych sąsiadów ze szpitalnej sali stali się dla siebie kimś bardzo ważnym, jak nie najważniejszym.
    - Super, cieszę się – uśmiechnął się do niego lekko. – Lasery? Może lepiej nie, bo jak cię przez przypadek wkurzę, to co? – zaśmiał się lekko, ale zaraz jednak przestał. Cholera, po tych lekach to jest się jak wpół umarły. Nienawidził tego, ale wiedział, że sam się na to teraz skazał. W dodatku w większej częstotliwości niż do tej pory. Nie zapominał jednak, że robi to dla kogoś, nie tyle co dla siebie, co dla Jake’a.
    Kolejnego dnia obudził się rano. Jakoś przeżuł śniadanie i napił się gorzkiej herbaty. Było mu trochę lepiej, może to za sprawą snu, ale też i dlatego, że cały czas miał w głowie szalony plan Jake’a, którego nie mógł się doczekać. Może powinien jeszcze szybko spróbować zasnąć, żeby sen jakoś go odbudował i przygotował do działania. Dlatego skorzystał z łazienki, a potem z powrotem wskoczył do łóżka, mówiąc Jake’owi, żeby jakby co, to ma go natychmiast budzić. Pamiętał, że chłopak chciał dzisiaj iść do swoich lekarzy prowadzących i powiedzieć im, że się zgadza na operację. Rayne chciał usłyszeć, co powiedzą mu lekarze od niego, więc no. Chciał być na bieżąco ze wszystkim, co związane z jego chłopakiem. Dlatego już po południu siedział na łóżku i czekał, popijając herbatę. Obok niego siedziała Panda i chyba też czekała na wieści od Jakie’ego. Athaway zastanawiał się, jaki termin wyznaczą mu lekarze na tę operację. Wiedział też, że będzie czekał pod salą tyle, ile będzie trzeba. Boże, przecież byli tacy młodzi (może Rayne niekoniecznie, ale różni ludzie różnie widzieli jego wiek), a już mieli tyle przykrych doświadczeń. Miał tego dość. Może po tym wszystkim powinni wyjechać na wakacje czy coś.
    - I co? – zapytał od razu, wstając, kiedy Jake przekroczył próg pokoju.

    OdpowiedzUsuń
  44. Obserwował go uważnie, kiedy chłopak wchodził do sali. Usiadł zaraz obok niego i wpatrywał się w niego nieustannie. Mogło to być trochę przerażające i mało komfortowe, ale nic nie poradzisz, że Rayne się po prostu martwił o niego niesamowicie. I chciał dla niego jak najlepiej i będzie to powtarzać, póki nic się nie zmieni. I na razie nie zapowiadało się na zmiany, pomimo nadchodzącej dość dużej zmiany w życiu Jake’a, a co za tym szło – w życiu Rayne’a. Ale, hej, poradzą sobie przecież, prawda? W końcu mają siebie i nawzajem będą się wspierać.
    Objął go ramieniem i przytulił do siebie. Łał. Rozmawianie o tym było czymś zupełnie innym. A teraz, kiedy okazało się, że operacja jest już za chwilę… to zmieniło postać rzeczy i chyba po raz pierwszy Rayne się denerwował z tego powodu. Operacja i proteza stały się bardziej realne niż do tej pory. I chyba dopiero teraz do niego dotarło, ile Jake poświęca. Pocałował go więc mocno, ale zaraz czule i westchnął cicho. Pogłaskał go po karku, a potem położył dłoń na jego kolanie. Biedny Jake. Dopiero dwadzieścia lat, a tu takie przeżycia.
    - Będę cię odwiedzać tak często, jak tylko będę mógł – obiecał mu i cmoknął go w każdy paluszek z osobna. Westchnął ponownie. Właściwie może to i dobrze, że będą w osobnych salach? I tak nic razem nie mogliby robić. Jeden będzie przykuty do łóżka po operacji i będzie wracał do siebie, a drugi będzie zdychać po chemioterapii, również dochodząc do siebie, by potem znowu zdychać. Zapowiadało się bardzo kolorowo.
    Wieczorem wyszli razem z sali. Powodzenia, szepnął Rayne na ucho Jake’owi, które potem oczywiście lekko ugryzł, a dopiero potem się rozdzielili. No czekała ich trudna misja, tych pielęgniarek zawsze tu pełno, ale czemuż się dziwić, skoro to był najlepszy szpital w Bostonie.
    Rayne podbił do recepcji ze swoim uroczym uśmiechem dorosłego mężczyzny, w którym nadal tkwił mały chłopiec, któremu w głowie tylko psoty. Tak. Właśnie tak. Zagadał do pielęgniarek, opierając się łokciami o blat recepcji, pytał o siebie, potem o to, jak im się wiedzie w życiu osobistym i w szpitalu, przeczesywał subtelnie palcami włosy i starał się nie patrzeć na poczynania Jake’a, żeby nie zwrócić tym uwagi pielęgniarek. Kiedy tylko zobaczył, że Jake daje mu sygnały, że jego misja wykonana, Rayne pożegnał się grzecznie z paniami.
    - No, w końcu! Jeszcze chwila, a zaczęłyby mi gadać o swoich kotach, a wtedy ja musiałbym zacząć mówić o Diablo – westchnął. Złapał chłopaka za rękę i pociągnął do świetlicy. Rozglądał się dookoła, czy nikt za nimi nie idzie, a potem przekręcił klucz i weszli do środka. Po ciemku świetlica wyglądała zupełnie inaczej. Całkiem znoście, ale jakoś tak straszniej. Jednak nie zamierzał nad tym jakoś specjalnie rozmyślać, ponieważ przyciągnął do ciebie Jake’a, swojego ukochanego Jake’a, i pocałował go mocno w usta. Aż sobie cicho zamruczał.

    OdpowiedzUsuń
  45. Rayne i bez prośby Jake’a siedziałby z nim tam, póki chłopak by się nie obudził. Dla niego to było oczywiste. Chciał z nim być nawet podczas operacji, ale do tego raczej nie dojdzie. Lekarze go nie wpuszczą na salę operacyjną. Nawet jeśliby to zrobili i pozwoliliby mu zostać, to wątpił w to, że przetrwałby cały zabieg bez omdlenia. Tak, może i był strażakiem, wchodził w ogień, łaził po wyżkach, ale taka operacja, to za dużo nawet jak na niego. Cóż, przecież był tylko człowiekiem, prawda? Chociaż gdyby lekarze dali Jake’owi tylko znieczulenie bez narkozy, a sam chłopak poprosiłby Athaway’a o pozostanie z nim, to na pewno by się zgodził. Tylko w tym momencie, patrzyłby tylko na niego, a jego wzrok nawet na ułamek sekundy nie uciekłby od jego twarzy.
    - Oczywiście, wkradnę się tam, chociaż miałbym wchodzić przez okno albo wentylację – uśmiechnął się do niego, głaszcząc go po boku ciała, a kończąc na brzuchu. – Będę tak długo siedzieć, póki nie otworzysz tych swoich oczu i powiesz, jak bardzo mnie kochasz – zaśmiał się lekko i połaskotał go przez chwilę, a potem pocałował mocno. Co prawda rozmawiali właśnie o amputacji nogi jednego z nich, który potem będzie musiał nauczyć się chodzić z protezą, drugi miał nowotwór serca, a Rayne miał wrażenie, że właściwie wszystko jest okej, wszystko będzie dobrze, ponieważ mają siebie. Był kiedyś zakochany, ale nie przypominał sobie, że tamto uczucie było równie silne, co to. I zresztą, nie zamierzał porównywać niczego.
    Położył dłonie na jego biodrach, kiedy Jake nagle znalazł się na jego kolanach.
    - No jasne, że tak. Tak jak ty jesteś i będziesz tylko mój – odwzajemnił pocałunek, przejmując nad nim kontrolę. Położył jedną dłoń na jego karku, nie pozwalając mu się od siebie odsunąć. Drugą dłoń wsunął pod jego koszulkę i pogłaskał go po plecach. To był drugi raz Jake’a, więc Raynie nie zamierzał szaleć. Postanowił być dla niego tak samo delikatny, jak za pierwszym razem, chwilę temu w jego mieszkaniu. Dlatego najpierw go przygotował, całując jedocześnie i pieszcząc jego skórę swoim dotykiem. Nie została również pominięta chora noga, którą przez bandaż lekko pocałował, żeby nie sprawić mu bólu. Oczywiście żałował, że Jake musiał się jej pozbyć, ale tak będzie lepiej.
    Podczas zabawy, Rayne starał się uciszać i siebie, i Jakie’ego. Jeszcze by im brakowało, gdyby ktoś tutaj przyszedł, zwabiony dziwnymi dźwiękami, dochodzącymi zza drzwi świetlicy.
    Po wszystkim Rayne leżał na kanapie, obejmując Jake’a w pasie. Wypadałoby się stąd zabrać, jeszcze pielęgniarki zauważą, że nie ma klucza i przyjdą tutaj, żeby sprawdzić, co się dzieje, a tego na pewno by nie chcieli przecież.
    - Jake, musimy iść – westchnął ciężko. Kiedy już razem zamieszkają, będą mogli leżeć tyle w łóżku, ile będą chcieli. Albo tyle, póki ich nie zaczną boleć mięśnie. Ale teraz znajdowali się jeszcze w szpitalu i nie mogli sobie pozwolić na takie rzeczy. Niestety. Dlatego uniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał na chłopaka. – Odbijemy to sobie – uśmiechnął się lekko i pocałował go w brzuch. Zaraz potem sięgnął po jego i swoje ubrania. Niestety, to co dobre, szybko się kończy.

    OdpowiedzUsuń
  46. Jemu też wcale nie chciało się ruszać z miejsca, ale wolał uniknąć kolejnej potyczki z pielęgniarkami. Chociaż po tym, co zrobili, to mogło się różnie skończyć i na pewno niezbyt dobrze dla Jake’a i Rayne’a, więc może lepiej się stąd ulotnić. Po cichu, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi, tak jak weszli…
    - Dobrze, kocie, będę czekał – odwzajemnił pocałunek i aż sobie cicho westchnął, obejmując go na chwilę. No. I tak miało być. Pogłaskał go jeszcze po karku, po raz enty mierzwiąc mu włosy. Cmoknął go w nos i poszedł do ich sali, raz po raz oglądając się przez ramię, czy jego chłopak idzie grzecznie za nim.
    Kolejnego dnia Rayne poszedł na wizytę do lekarza, dlatego go nie było rankiem razem z Jake’em. A szkoda, bo wybiłby mu z głowy czytanie jakiś artykułów, które niekoniecznie mogą być zgodne z prawdą. Wolał jednak mówić mu, że wszystko będzie dobrze i być może Jake w końcu by mu uwierzył, jakiś efekt placebo czy coś takiego, jak to tam się zwało…
    Po powrocie usiadł na łóżku. Miał mętlik w głowie, bo nie wiedział, kim przejmuje się bardziej – sobą, czy może swoim ukochanym, którego znał zdecydowanie za krótko, aby go tak nazywać – tak z pewnością ktoś mógłby powiedzieć, ale co ten ktoś wie o uczuciach Athaway’a?
    Spojrzał na Jake’a, który trzymał telefon przy uchu, ale nie rozpoczynał żadnej rozmowy, więc pewnie ktoś nie odbierał telefonu. Jego pytanie ścięło go z nóg, więc dobrze, że siedział. Nie wiedział, co mógłby mu odpowiedzieć, nie znał odpowiednich słów. Bo co miałby mu powiedzieć? Że rodzina go olewa, bo nie chce mieć do czynienia z kaleką? Bo ich synek ma raka? Że ma popieprzoną rodzinkę? Westchnął cicho, obserwując go, jak siadał obok niego. Objął go ramieniem i przycisnął do siebie, pokazując mu w ten sposób, że nie jest tak do końca sam. Może i Rayne nie był rodziną taką z krwi-krwi, ale był tutaj z nim i zamierzał być cały czas. Pocałował go w skroń, mocno przyciskając wargi do jego głowy.
    - Może po prostu się boją z tobą spotkać. Czasami trudno jest zrozumieć zachowanie najbliższych nam osób – westchnął cicho, pocierając dłonią jego ramię. Spojrzał na niego, a potem zwrócił wzrok ku ekranowi laptopa. Nie miał ochoty na film, ale nie widział innej sensownej opcji. Zawsze mogli iść na spacer, ale nad szpitalem zebrały się chmury, więc… no. – Możemy obejrzeć tę animację, która weszła niedawno do kin – zaproponował, kładąc się z nim wygodnie na łóżku. – „W głowie się nie mieści” czy coś takiego, ale nie wiem, czy już będzie w internetach – dodał, niby zmieniając temat, ale cały czas myślał o rodzinie Jake’a. Sam cieszył się, że jego rodzina chętnie go odwiedzała (pewnie przyjdą w weekend razem z Ericiem), dlatego tak trudno mu było zrozumieć zachowanie państwa Lancasterów. Dlaczego olewali syna? Przecież miał tylko dwadzieścia lat! Potrzebował ich zainteresowania, zwłaszcza w takiej sytuacji! Szkoda, że nic nie mógł zrobić z tym fantem. Bo najchętniej by im skopał dupy, ale to nie wyszłoby na dobre im obu. Ciekawe, jak się czuł Jake, kiedy rodzina Rayne’a przyszła z wizytą i świeżymi owocami w siatce… No i jeszcze Eric, który był w wieku Rayne’a, a czasami zachowywał się jak jego starszy brat. Oczywiście strażak nie miał mu tego za złe, chociaż… no może czasami.
    - Wiesz, że ja cię kocham, prawda? – zapytał nagle, owiewając jego uszko ciepłym oddechem.

    OdpowiedzUsuń
  47. Rayne westchnął cicho. Niby był dorosły, ale nie wiedział, jak miał pocieszyć Jakie’ego oprócz bycia obok niego i zapewniania, że on sam się nigdzie nie wybiera i będzie tuż obok niego po przebudzeniu się z narkozy. A potem będzie go wspierał w rehabilitacji. No i nie mógł się doczekać, kiedy obaj opuszczą teren szpitala i nie będą musieli się odwracać przez ramię na taki oto budynek. Kto wie, może nawet poszukają sobie ładnego domu, jak już dostaną kredyt małżeński – bo tak się akurat składa, że ostatnio zalegalizowano małżeństwa homoseksualne w Stanach Zjednoczonych, no to ups, ale banki nie będą miały innej drogi wyjścia, co za przykrość. I poszukają tego domu gdzieś poza granicami Bostonu. Skoro Jake’a i tak nic tu nie będzie trzymało… chociaż Rayne miał nadzieję, że mimo wszystko jego rodzina się odezwie do niego, przyjdzie w odwiedziny chociaż na chwilę. Nic jednak tego nie zapowiadało, ponieważ od czasu, kiedy zobaczył kobietę przy łóżku swojego chłopaka, która wyszła równie szybko, co Athaway przekroczył próg sali, to nigdy potem już jej nie widział. Martwiło go to, ponieważ widział, jak bardzo przejmuje się tym sam Jake, chociaż próbował to przed nim ukryć. Niestety, ale poznał go zbyt dobrze, że wiedzieć, że jest coś nie tak. I wkurzało go, że nie potrafił pomóc swojemu ukochanemu.
    W czwartek Rayne nie spał już od samego świtu. Tak się umówił ze swoim lekarzem, że w czasie operacji Jake’a, pójdzie na dawkę chemioterapii. Jak zapewniał go pan doktor, Lancaster będzie nieprzytomny przez długi czas, więc i Athaway zdąży ze swoimi wspaniałymi lekami, trochę dojdzie do siebie, a potem będzie mógł go odwiedzić w sali pooperacyjnej. Rayne zgodził się na taki układ; przynajmniej nie będzie bezczynnie siedzieć w ich sali i czekał w nieskończoność. Już wyobrażał sobie, jak czas będzie mu się ciągnął i ciągnął, a kolejne minuty będą trwać niczym godziny.
    Tak więc spoglądał na Jake’a nieustannie i nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że coś mogłoby pójść nie tak. Przecież tak wcale nie będzie i wszystko się ułoży, operacja pójdzie sprawnie bez żadnych komplikacji, a Jake obudzi się z najdziwniejszym uczuciem na świecie, ale… Rayne będzie przy nim. Wszystko skończy się dobrze.
    Uśmiechnął się do niego lekko, dodając mu otuchy w ten sposób. Podszedł do niego natychmiast i mocno go do siebie przytulił i trzymał go tak w ramionach długi czas. Oczywiście nie za mocno, aby Jake mógł swobodnie oddychać. Pogłaskał go po plecach i westchnął cicho mu do ucha. Potem pocałował go w usta czule i długo przeciągając tę chwilę. No co, przecież za chwilę się rozstaną na kilkadziesiąt ładnych godzin. Musiał się nim nacieszyć przez te ostatnie minuty, nim Jake opuści ich wspólną salę.
    - Nie bój się – szepnął w końcu i odchylił nieco głowę, aby spojrzeć mu w oczy. – Wszystko pójdzie zgodnie z planem i będziesz zdrowy, kocie – uśmiechnął się szerzej, bo naprawdę w to wierzył. Znowu go pocałował; tym razem nieco krócej, ponieważ do pomieszczenia weszli pielęgniarze, którzy mieli zabrać Jake’a. – Kocham cię – dodał mu na ucho, które ucałował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postanowił iść z nimi, odprowadzając w ten sposób swojego chłopaka, aż w końcu jeden z kolegów w białym fartuchu stwierdził, że tyle wystarczy i powinien wracać do siebie. Rayne w pierwszej chwili chciał coś warknąć, ale w porę ugryzł się w język, nie potrzebował jeszcze kłopotów z personelem tego szpitala. Długo jeszcze patrzył za oddalającym się Jakie’m, póki ten na dobre nie zniknął mu z zasięgu wzroku. Schował dłonie do kieszeni bawełnianych spodni, w których to zaczął ściskać kciuki. W końcu jednak trzeba było się zebrać w sobie i iść do siebie. Jakoś przetrwa dzisiaj, jutro zajmie się czymś innym, na przykład spaniem. Może i dobrze, czas jakoś mu minie, jeszcze pogada z lekarzem, kiedy mniej więcej Jake może się obudzić, by w razie czego nastawić sobie budzik na odpowiednią porę.
      I tak w piątek rano Rayne wybrał się do gabinetu, w którym odbywały się jego sesje z chemioterapią. Będzie myślał cały czas o nim, więc może czas jakoś szybciej zleci.
      Przygotował się i z uniesioną głową poszedł się zmierzyć z kolejną dawką chemii, myśląc cały czas o Jake’u. Wciąż trzymał kciuki.

      Usuń
  48. Przez cały swój „zabieg” Rayne zastanawiał się, co dzieje się z Jake’em. I nawet nie było tak źle skupiać się właśnie na nim, nie przeszkadzały mu te wszystkie sprzęty dookoła niego, ten zapach i generalnie cała otoczka. Jedyne, co mu przeszkadzało to fakt, że kilka jego króciutkich włosów znalazł rano na poduszce. No niefajnie. Chyba się zaczyna i tak właściwie Rayne się cieszył z tego powodu mimo, że to wcale nie było takie miłe. To był jakiś tam znak, że coś daje da chemioterapia (miał nadzieję, że nie tylko to, że to taki pseudo bezpłatny fryzjer czy coś) i możliwe, że jeszcze wszystko się jakoś ułoży. Zaraz po tym od razu jego myśli zaczęły krążyć wokół Jake’a. Bał się o niego; Rayne bał się praktycznie każdej operacji, nawet tej najmniejszej, bo nigdy nie wiadomo, czy coś pójdzie nie tak i to niekoniecznie z winy lekarzy.
    Wrócił do swojej sali i nawet nie próbował nagabywać lekarzy o odwiedziny. Zwłaszcza, że lekarz mu powiedział, że amputacja nogi to dość skomplikowany zabieg i potrzeba dużo czasu, aby zrobić to dobrze. Z jednej strony okej, z drugiej niekoniecznie. Im dłużej to trwało, tym bardziej się denerwował. Może też powinni go uśpić, dać mu odpowiednią dawkę narkozy, a potem obudzić w odpowiednim momencie. No co, taka prawda.
    Usiadł na łóżku, a potem położył się na nim i spojrzał w sufit. Strasznie tu cicho bez niego, więc Rayne nie mógł się doczekać, kiedy jego Jakie wróci do niego.
    Sam nie wiedział, kiedy tak naprawdę zasnął, ale gdyby wiedział, to na pewno byłby z tego powodu zadowolony. Miał jeszcze tyle godzin do czasu, aż go zobaczy… Obudził się wieczorem, więc podzióbał tylko kolację, pytając przy okazji pielęgniarkę, jak tam operacja pana Lancastera. Dowiedział się tylko, że wciąż trwa. I tak nic więcej by mu nie mogli powiedzieć, w końcu formalnie Rayne nie był jego rodziną. I to było najgorsze, bo się nie dowie niczego. Jego rodzinka nie chce się z nim kontaktować, nie przyjdą tutaj, aby zdobyć informacje, więc Athaway nie miał jak dowiedzieć się o stan zdrowia swojego ukochanego.
    Dlatego kiedy lekarz powiedział mu, że może do niego zajrzeć, od razu się uniósł z łóżka. No, przynajmniej ktoś o nim pamiętał. Szybko – na tyle, ile dawał radę, bo i tak nie czuł się jakoś superdobrze - ruszył za doktorem. Przy drzwiach skinął mu głową w ramach podziękowania, a potem wszedł do środka i skrzywił się. Jezu, jego biedny Jakie…
    - Kochanie – westchnął ciężko i podszedł bliżej. Nie wyglądało to najlepiej, ba, to było straszne, ale miał nadzieję, że wszystko jest w porządku i niedługo pozbędą się tego wszystkiego i Jake będzie mógł normalnie funkcjonować (na tyle normalnie, na ile pozawalało mu życie bez nogi). Stanął przy jego łóżku i delikatnie pogłaskał go po policzku, obawiając się, że zaraz zrobi jakiś fałszywy ruch i cała ta technologia się spierd… zepsuje przez niego. Spojrzał na jego dół, poniżej pasa, i ponownie westchnął. – Ale będziesz zdrowy, kocie – powiedział, a potem przysunął sobie krzesełko i usiadł tuż przy łóżku. Spojrzał na kardiomonitory i inne takie, obserwując liczby, jakieś linie proste i łamane… - No, obudź się, kocie, ile możesz kazać mi czekać, co? – uśmiechnął się lekko, łapiąc go delikatnie za dłoń. Pochylił się i pocałował ją, lekko dotykając jego skóry ustami. To, jak wyglądał Jake, było dość przerażające, ale świadczyło o tym (to i brak paniki w głosie lekarza), że będzie wszystko dobrze, Jake się wybudzi bez raka, a potem nauczy się chodzić z protezą. Wszystko miało się ułożyć.
    Chciałby dotknąć jego nogi, ale trochę się bał, że przy najmniejszym dotyku może coś rozwalić, jakieś szwy czy cokolwiek, dlatego jedynie mógł spoglądać w tamtą stronę i trzymać go bezpiecznie za dłoń.

    OdpowiedzUsuń
  49. Na szczęście Jake nie kazał mu długo czekać. Co tam lekarze i pielęgniarki? Nie, to dla Rayne’a Jake musiał się obudzić jak najszybciej. Bo było już mu nudno samemu w sali, bo nie miał do kogo się odezwać, nie miał kogo pocałować i przytulić, no i z kim miał grać w kalambury? Kto miałby być z nim w parze? Tylko Jake. Tylko jego miał w głowie, dlatego niesamowicie się ucieszył, kiedy jego ukochany lekko ścisnął jego dłoń, a po chwili już otworzył oczy. Tak, operacja się udała, Jakie się wybudził.
    Rayne odczekał, aż lekarz i pielęgniarka wykonają swoją robotę, a dopiero potem pogłaskał chłopaka po policzku. Pocałował go lekko w nosek i lekko w usta. No, teraz mogłoby już tylko lepiej. I właściwie najchętniej położyłby się tu obok niego, w tym łóżku, aczkolwiek wolał nie narażać siebie i Jake’a na gniew pielęgniarek… A zwłaszcza nie chciał narażać pana Lancastera na jakikolwiek ból czy komplikację, jeżeli chodzi o nogę. Nigdy nic nie wiadomo, Rayne dmuchał na zimne, jeszcze zdążą sobie razem poleżeć. Na przykład w mieszkaniu Rayne’a, do którego przecież się przeniosą, jak tylko opuszczą mury szpitala. Naprawdę nie mógł się tego doczekać. Wiedział jednak, że przed nimi długa droga, chociaż cały czas czynią kroki na przód. To się liczyło.
    - Niedługo – uśmiechnął się do niego ciepło. – Trochę pospałem, ponudziłem się… a z tobą siedziałem kilka chwil. Lekarz od razu pozwolił na wejście – zdradził mu i pogłaskał go po nadgarstku. – Dzwonił tylko Eric – powiedział i westchnął. Jake na pewno pytał o swoją rodzinę, a nie o przyjaciela Rayne’a. Jednak Athaway powiedział Ericowi o operacji i mężczyzna chciał przyjść później i odwiedzić nowo poznanego kolegę, chłopaka swojego przyjaciela, więc no… - Ale na twoją komórkę, to nie wiem – dopowiedział szybko, próbując dodać mu trochę otuchy, pocieszyć go, dać mu nadzieję (chociaż sam nie wiedział już, czy warto, jednak nie potrafił mu powiedzieć wprost o swoich odczuciach względem niezainteresowanej rodziny Lancaster). – Ze mną w porządku, kochanie. Kiedy znowu do mnie mówisz i kiedy mam cię tak blisko, to wszystko jest jak najbardziej okej – uśmiechnął się ponownie i znowu go pocałował. Tym razem kilkukrotnie cmoknął go w usta. Moje. – Lepiej mi powiedz, jak ty się czujesz – co prawda Jakie wyglądał bardzo blado i mizernie, ale czemuż się dziwić po takiej operacji? Przecież gdyby wyglądał jak okaz zdrowia, to wtedy byłoby dziwnie. Rayne trochę się bał o zdrowie psychiczne Jake’a. Pamiętał i doskonale wiedział, jak do tego wszystkiego podchodził chłopak. Nie chciał tracić nogi i Rayne wcale mu się nie dziwił. Dlatego obawiał się, co teraz będzie czuł jego ukochany. W każdym bądź razie, Rayne zawsze będzie obok i będzie się starał mu pomagać, jak tylko będzie mógł. – Wiesz, lekarze nie chcieli mi nic powiedzieć, bo nie jestem członkiem twojej rodziny – westchnął. – I tak dobrze, że teraz mogę tu z tobą siedzieć i trzymać cię za rękę. Jakby mi jeszcze to zabrali… musiałbym cię stąd ukraść, wiesz? I gdzieś wywieźć daleko, gdzie nie dopadliby nas ci źli, acz dobrzy, lekarze – znowu uniósł kąciki ust ku górze i przycisnął usta do jego dłoni. Kątem oka zerknął w stronę jego nóg… a raczej nogi. Wszystko będzie dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  50. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo było mu przykro, jak bardzo Rayne odczuwał smutek ze względu na Jake’a. Przecież on miał tylko dwadzieścia lat. Zresztą, nikt nie zasługiwał na utratę nogi. Ewentualnie jakiś groźny przestępca. To wtedy tak, ale Jake? Nie zamierzał jednak siedzieć z założonymi ramionami. Powiedział już mu, że z nim będzie i będzie go wspierał, pomagał. Może jeśli Jake nie będzie w tym wszystkim sam, to sobie szybciej z tym wszystkim poradzi. A o to chyba chodziło. Potem jeszcze nauczy się chodzić z nową nogą i będą mogli wrócić do mieszkania Rayne’a. A obok lokalu Athaway’a pomieszkiwał na razie jego kot. Miał nadzieję, że Diablo nie przyzwyczaił się za bardzo do mieszkania sąsiadki i wróci do niego, kiedy nastanie pora. I polubi Jake’a i nie będzie się załatwiał do jego butów.
    Rayne odwzajemnił pocałunek, głaszcząc go po boku ciała przez kołdrę. Cóż, wolał na razie nie naruszać konstrukcji tak prostej jak kołdra. Bał się, że najmniejszy ruch (chociażby pościelą) może stworzyć zagrożenie dla gojącej się nogi Jake’a. A Rayne nie chciał sprawiać mu bólu, wręcz przeciwnie – chciał mu dawać radość i szczęście. Właśnie dlatego całował go z całą swoją czułością, chociaż pocałunek należał do tych mocnych i szybkich.
    - Kocham cię i będę z tobą – powiedział do niego i pocałował go raz jeszcze. Tak, jeszcze razem stąd wyjdą, nie oglądając się za siebie.
    Kilka dni później, kiedy Jake mógł wrócić do sali, którą dzielił z Rayne’m (pielęgniarki pewnie miały nadzieję, że nie zastaną ich rano w jednym łóżku ze względu na stan zdrowia Lancastera, wiedziały na pewno, że Athaway nie chce narażać chłopaka na jakieś niepowodzenia i powikłania, które miał w głowie pewnie tylko Rayne i nic by się wielkiego nie stało, gdyby zechciał go któregoś razu pogłaskać po udzie).
    - Cześć, panowie! – po południu wpadł Eric. Jak się zapowiedział, tak wpadł. Tylko jakoś tak dziwnie szedł, trochę się pochylał do przodu, a w plecaku wyraźnie coś miał. Rayne się ucieszył, może przyjaciel kupił im jakieś owoce czy coś smacznego, co by im się przydało teraz na osłodę (spójrzmy prawdzie w oczy – w sklepie szpitalnym wszystko kosztowało dwa razy więcej niż w normalnych sklepach).
    - Co masz dobrego?
    - Miauczącego – poprawił go Eric i usiadł na krzesełku przy łóżku Jake’a. – Jak się czujesz? Mam tu coś, co podobno wyciąga choroby, więc bądź miły – powiedział do chłopaka, otwierając szerzej plecak. Zza materiału wyłonił się czarno-biały łeb kota.
    - Diablo! – zawołał entuzjastycznie Rayne i już siedział obok Erica. Pogłaskał kota za uchem. – Zwariowałeś? Jak cię ktoś przyłapie, że przemycasz sierść na oddział, to cię zamordują. Albo porwą, żeby przeprowadzać na tobie eksperymenty – syknął, ale oczywiście nie przestawał głaskać zwierzaka. Stęsknił się za tym małym miauczącym stworzeniem. – To Diablo – przedstawił kicię swojemu chłopakowi. – Ostatnio nie zdążyliście się poznać.

    OdpowiedzUsuń
  51. Eric cieszył się, że mógł sprawić radość Jake’owi. Niby nic, zwykły kot, ale jak może humor człowiekowi poprawić. Zwierzaki to jednak była jedna z tych dobrych terapii, które naprawdę działały. Sądził też, że kot w jakiś sposób pomoże chłopakowi; dużo rozmawiał z Athaway’em przez telefon i dowiedział się, że chłopak ciężko to przeżywa (ale to raczej nic dziwnego, ciekawe kto by się cieszył na utratę nogi). Pomysł z kotem nie przyszedł od razu, ale gdy już do niego dotarło, co mógłby zrobić… nie pozostało mu nic innego, jak odwiedzenie sąsiadki Rayne’a, zabranie kota i przemycenie go w plecaku do szpitala. W planach nie miał wypuszczać Diablo, bo jakby zaczął sobie tak chodzić, to rzeczywiście mógłby zostawić sierść, a Eric raczej nie chciał mieć z tego tytułu problemów. Dlatego pilnował, żeby Diablo grzecznie siedział w plecaku i nie próbował się wydostawać, co raczej będzie trudne już niedługo, kiedy zwierzakowi znudzi się siedzenie w jednym miejscu. Ale przynajmniej otrzymywał głaskanie. Wkrótce kot zaczął się ocierać łebkiem o dłoń Jake’a, pozostawiając na nim swój zapach. Co prawda tylko Eric pachniał Diablo, Rayne już za długo siedział w szpitalu, no i jeszcze te chemie wszystkie…
    - Nie z choroby, tylko choroby. Koty są dobre na reumatyzm. A psy wyczuwają choroby – dodał Eric, tonem znawcy, chociaż ostatnio psa miał, kiedy chodził do gimnazjum. – Słyszałem taką historię, że pies zaczął się kłaść koło swojej pani, patrzeć na nią takim dziwnym, smutnym wzrokiem. I wtedy ta pani poszła do lekarza i okazało się, że jest chora. Pies uratował jej życie – uśmiechnął się na koniec.
    Rayne znał tę historię, Eric też mu ją opowiedział. Zaraz potem wstał i spojrzał na swojego chłopaka. Trochę się o niego martwił, żeby tak sam szedł, przecież mogli wziąć wózek. Ale skoro chciał, co w sumie było dobre, że sam próbuje. Musiał się przyzwyczaić do tej dziwnej sytuacji, musiał nauczyć się równowagi i koordynacji, nim otrzyma protezę i rozpocznie rehabilitację.
    - Park to dobry pomysł. Przyda nam się trochę świeżego powietrza. Ale jak Diablo zauważy ptaki…
    - Wziąłem smycz, więc będzie za bardzo zajęty zabiciem jej i rozerwaniem na kawałki – uspokoił go Eric i również wstał, obejmując plecak. Odsunął się trochę od łóżka, podczas kiedy Rayne pomagał wstać Jake’owi. Pewnie Lancaster chciał to zrobić sam, jednak Rayne nie potrafił się powstrzymać od pomocy. W końcu kochał Jake’a i chciał dla niego jak najlepiej. Podał mu kule i stał tuż obok, przygotowany do wszelkiej asekuracji. Mruczał mu cicho na ucho, że dobrze mu idzie, że tak trzymać i że już jest dobrze. Oczywiście minęło dopiero kilka dni od operacji, więc nie należało spodziewać się cudów, jednakże Athaway wierzył w swojego ukochanego.
    - Nie spiesz się – powiedział tylko – mamy cały dzień, a Diablo chętnie z tobą posiedzi – uśmiechnął się lekko, chcąc go przekonać, żeby się nie denerwował i nie robił wszystkiego na szybko. Powoli, na spokojnie, aż będzie miał wprawę. Do wyjścia do parku nie mieli tak daleko, więc Jake się szybko nie zmęczy.

    OdpowiedzUsuń
  52. Rayne był bardzo szczęśliwy, kiedy obserwował na ustach Jakie’ego uśmiech. To napawało Athaway’a również radością. Pogłaskał go po boku ciała, przyciskając go do siebie i uważając, żeby sobie nie zrobił krzywdy przez przypadek. Na szczęście nic się nie stało i dotarli na ławkę. Pomógł chłopakowi usiąść, a potem sam klapnął sobie obok niego. Nawet nie zdążył się odezwać, kiedy Jake rozsunął zamek plecaka, a łeb Diablo od razu zaczął się rozglądać z zainteresowaniem. Trawa! Drzewa! Ptaki!
    Rayne pogłaskał kota pod bródką. O pazury nie musieli się bać, Diablo ich nie wystawiał bez powodu. Czasami pokazywał kły, ale w geście chęci zabawy, jak łapał łapkami rękę właściciela i podgryzał jego skórę ostrymi ząbkami. Małe to to takie, a zębiska ostre jak igiełki.
    - Prawda – zamruczał Rayne i pocałował chłopaka prosto w usta.
    - Może ja też powinienem poszukać sobie kogoś w szpitalu, co? Skoro tu już takie deklaracje słyszę – Eric uśmiechnął się do nich. To było takie fajne, że pomimo tego, co ich spotkało, potrafili pokazać sobie uczucia, dzielić się nim i być szczęśliwym. Na pewno to uczucie w dużej mierze motywowało ich obu do tego, żeby się nie poddawać i stawiać czoła chorobie. To też pewnie dzięki Jake’owi Rayne raczył się zadzwonić do niego i do rodziców, że jest chory i tak naprawdę nie jest na wyjeździe na Alasce, tylko tuż obok w szpitalu, w którym walczy o życie z nowotworem serca. Cholerny drań chciał to wszystko przed nimi ukryć.
    - Nawet tak nie żartuj – prychnął Rayne i spojrzał na niego poważnie. – Wszędzie, ale nie w szpitalu. Już nie możemy się doczekać, aż stąd wyjdziemy i zamieszkamy u mnie.
    Diablo tymczasem wstał, przeciągnął się i wszedł na kolana Jakie’ego. Spojrzał na chłopaka swoimi żółtymi, kocimi oczami, jakby prosił o przyzwolenie, jednak Rayne złapał go w ręce i położył na swoich kolanach. Wolał nie ryzykować, że ciężar kota może osłabić lub zrobić cokolwiek z jego nogą. A raczej miejsce, w którym dokonano cięcia. Niby minęło kilka dni i tak dalej, ale Rayne wolał dmuchać na zimne.
    Zaczął głaskać kota po brzuszku, a Diablo wyciągnął przednie łapy do przodu, tylnie do tyłu i przymknął ślepia. Rayne wolną ręką złapał dłoń Jake’a i położył ją na brzuszku zwierzaka.
    - Czujesz, jak mruczy? – uśmiechnął się do niego, palcem gładząc futro Diablo w miejscu, gdzie rosły wąsy. – I kto może powiedzieć, że koty to wredne stworzenia, co? – zaśmiał się, przytrzymując zwierzaka, żeby nie spadł mu z kolan. Bo jak zacznie się rozciągać, to robi się z niego forma ciekła, bez kości i mięśni. – Ach, ty kocie, ty – ponownie się uśmiechnął, a potem spojrzał na swojego chłopaka, którego pocałował.
    No, ładny dzień na siedzenie w parku z przyjacielem i kotem do kompletu. Rayne co jakiś czas zerkał na twarz Jake’a i obserwował jego uśmiechy. Był bardzo z tego zadowolony, tęsknił za jego uśmiechami, za jego radością. Może Eric powinien częściej przyprowadzać kota do szpitala? A tutaj, w parku, chyba nie będą się aż tak czepiać sierści…

    OdpowiedzUsuń
  53. Rayne przyglądał się Jake’owi przez dłuższy czas, kiedy głaskał Diablo, który oczywiście mruczał sobie cicho, z zamkniętymi oczami oddawał się rozkoszy. Koty. Bardzo dziwne stworzenia, ale za to jakie mięciutkie i śliczne. A przynajmniej niektóre. Diablo właśnie taki był. A o pazury to się nie musieli martwić, ponieważ akurat ten kot ich nie wyciągał bez potrzeby. Jak się bawił to też ich nie używał, więc można było odczuć na swojej skórze mięciutkie łapki kota. Taki kochany był.
    - Wiesz… Diablo nie będzie miał potomków, ponieważ już dawno temu przeszedł kastrację. Stał się za to o wiele bardziej spokojnym kotem i już nie miauczy i nie hałasuje po nocach. Można się wyspać. Wierz mi, to naprawdę fajne, kiedy kot śpi i nie zamierza cię denerwować w środku nocy – westchnął Rayne, głaszcząc kicię pod bródką. – Ale zawsze możemy adoptować sobie jakieś kocięta. Oby tylko były takie grzeczne jak teraz Diablo.
    Nie chciał wrócić do sali, gdzie było wciąż tak samo i gdzie nie mógł przebywać kot, ale wiedział, że Jake musi dużo leżeć i odpoczywać nim zacznie porządną rehabilitację. Kiedyś na pewno to sobie odbiją.
    Pożegnali się z Ericiem i z kotem, a potem skierowali się z powrotem do ich jakże ulubionego miejsca w tym szpitalu. Rayne już miał dość. Już rzygał tym całym budynkiem. Wcześniej mu to nie przeszkadzało, ale im dłużej tutaj siedział, tym bardziej chciał wracać do swojego mieszkania, do swojego łóżka i do swojej lodówki. Nie mógł się doczekać powrotu do domu, tym razem wróci tam razem z Jakie’m (chyba będzie musiał zrobić porządek w szafie).
    - A co byś chciał robić, hm? – obejmował go mocno w pasie, asekurując i nie pozwalając mu na zrobienie sobie przypadkowo jakiejś krzywdy. – Mogę skoczyć do świetlicy po jakąś grę planszową albo nie wiem. Możemy jakiś film obejrzeć. Pewnie hity kinowe już są dostępne online, więc możemy sobie coś włączyć o zabić czas. Przy okazji mogę iść do sklepu i kupić coś do przegryzienia. Jak wolisz, kociaku – pocałował go w usta, kiedy pomagał mu usiąść na łóżku. Jake mógł tego nie lubić, tej zależności, ale nic nie mógł na to poradzić, a Rayne chciał mu pomagać. Obiecał mu, że będzie to robić i słowa dotrzyma. Głównie dlatego, że go kocha i to wychodziło samo z siebie, a nie ze złożonej obietnicy.

    OdpowiedzUsuń
  54. Może i Jake’owi nie szło od razu super dobrze, ale przecież dopiero co stracił nogę. To nie tak jak z niektórymi zwierzętami, że potrafiły od razu chodzić i skakać (ewentualnie przewracając się kilkukrotnie przy okazji). Jake musiał być cierpliwy, a efekty zobaczą już niedługo. Rayne był tego pewien, ponieważ szło mu coraz lepiej, widział jego determinację na twarzy i kibicował mu – raz ciszej, raz głośniej. Oczywiście pomagał mu, aby się nie męczył ani nie zrobił sobie krzywdy. Pilnował go niczym pies (albo Diablo, bo jak ten sobie coś upatrzy, to bez mrugnięcia okiem może się wpatrywać w coś godzinami). Rayne nie martwił się o rehabilitanta. Wiedział, że lekarz zrobi wszystko, aby Jake czuł się dobrze z nową nogą. W końcu to lekarz, na pewno będzie miły i troskliwy, nie będzie niczego na siłę przyspieszać. Małymi kroczkami dojdą do tego sukcesu i wkrótce Jake zapomni o starej nodze, która sprawiała mu tyle bólu.
    - Przesadzasz, nie będzie tak źle – uśmiechnął się do swojego chłopaka, a zaraz potem spojrzał w stronę drzwi. Uniósł brew wyżej. No nie spodziewał się, że rehabilitant Jake’a będzie taki młody. Jemu osobiście się nie podobał, ale… miał nadzieję, że Lancasterowi również nie. Dobrze, że wcześniej się nie martwił, bo teraz to chyba by go szlag trafił. Szybko spojrzał na jego dłonie, ale nie dostrzegł żadnej obrączki. No niedobrze. Rayne poczuł się lekko zazdrosny. A to też nie było dobre. – Mogę pójść. Zaczekam na ciebie.
    Pogadankę na temat protezy i ogólnie nauki chodzenia już słyszeli obaj, kiedy to lekarz prowadzący przyszedł opowiedzieć Lancasterowi o wszystkim, aby Jake mógł się jakoś na to wszystko przygotować, więc dzisiaj już pewnie zaczną. Najpierw dopasują odpowiednią protezę, nauczą go, jak ją zakładać, czyścić i co tam jeszcze będzie potrzebne. Pewnie dopiero na drugim spotkaniu Jake zacznie uczyć się chodzić. Rayne nie mógł się doczekać i chrzanić już, jak wygląda rehabilitant i że ten młody facet będzie bezkarnie dotykać jego chłopaka.
    Wstał z łóżka i pomógł się podnieść Jake’owi. Objął go i pocałował w skroń. Oczywiście, że nie robił tego demonstracyjnie, żeby młody lekarz widział, że coś między nimi jest i ma sobie wybić z głowy ewentualne podrywy.
    Powoli udali się w odpowiednie miejsce na salę gimnastyczną. Czy rehabilitacyjną. Było tutaj mnóstwo różnych przyrządów, lin, równoważni, mat… czego dusza zapragnie.
    - Chyba będziesz się czuł tutaj dobrze – szepnął mu Rayne na uszko, które potem pocałował. – Zaczekam na korytarzu, żeby nie przeszkadzać innym – pogłaskał go po karku i pocałował krótko, żeby rehabilitant się zaraz nie doczepił, że bez przerwy tylko się miziają, przeciągają wszystko, a czas ucieka. Czas, który mogli wykorzystać na ważniejsze sprawy, jaką teraz była nowa noga dla Jake’a.
    Rayne stanął sobie przy szybie na zewnątrz i uśmiechnął się do chłopaka. Powoli do przodu. Jake nie miał nogi, Rayne tracił coraz szybciej włosy (i wyglądał dość śmiesznie, ale nikt się nie odważył zaśmiać, bo wszyscy wiedzieli, co się z nim dzieje). Jake dostanie nową nogę, a Rayne’owi odrosną włosy. Będzie dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  55. Cierpliwość nigdy nie należała do jego mocnych stron. Serio. Nauczył się tego dopiero w szkole strażackiej, kiedy uczęszczał na wszystkie szkolenia, kursy i treningi. I potem jakoś to szło. W czasie pracy potrafił poczekać, wszystko wydedukować. A teraz, kiedy miał czekać na Jake’a na zewnątrz, znowu było trudno. Zwłaszcza, kiedy jakiś młody lekarz dotykał JEGO chłopaka. Oczywiście, że był zazdrosny. Oczywiście, że wiedział, że rehabilitant powinien to robić, w końcu to jego praca i sam wiedział najlepiej, co powinien zrobić, jak i gdzie dotknąć, żeby przygotować pacjenta na protezę. Oczywiście, że miał to gdzieś. Oczywiście, że nadal czuł zazdrość i wolałby, żeby rehabilitantem została kobieta. Może wtedy nie przejmowałby się tak bardzo i czekanie na zewnątrz i obserwowanie ich poczynań nie byłoby takie trudne. I niecierpliwe.
    Zacisnął zęby widząc minę Jake’a. Nie był do końca pewny czy ból (o którym świadczyła skwaszona mina Lancastera) powinien towarzyszyć czy też nie. Bardziej skłaniał się przy opcji, że jednak powinien, w końcu w tamtych okolicach została przeprowadzona bardzo poważna operacja.
    Wszedł do środka, kiedy rehabilitant o dziwo zgodził się na taki układ. Rayne rzucił mu spojrzenie, a potem uklęknął przy Jake’u. Wysłuchał wskazówek lekarza i zaczął dotykać nogi swojego chłopaka dość ostrożnie, czyli nie tak, jak powinien do końca, ale cóż. Po raz pierwszy go tam dotykał, nadal się bał, że zrobi mu krzywdę i wyjdą z tego jakieś poważne powikłania, tragedie i katastrofy. To było dość irracjonalne, skoro sami lekarze mogli już bezkarnie robić tam, co chcieli, no ale to Rayne. Nie chciał nieumyślnie zrobić krzywdy swojemu ukochanemu kociakowi. Co jakiś czas unosił spojrzenie na jego twarz, obserwując jego reakcje na uciskanie nogi w okolicach cięcia.
    - Nie wiem, czy Jake panu mówił – zaczął w końcu Rayne, co by przerwać ciszę, jaka zapadła po tym, gdy Anthony skończył mówić, jak Athaway powinien dotykać nogi Jake’a, aby przyzwyczaić go do protezy, którą wkrótce dostanie. – Ale on chce taką protezę z laserami – spojrzał poważnie na lekarza, chociaż na jego twarzy czaił się uśmiech. – I najlepiej, gdyby otwieracz do piwa i scyzoryk też się tam znalazły. Macie coś takiego na magazynie czy trzeba robić na specjalne zamówienie? – zapytał, nie mogąc już powstrzymać uśmiechu. Chciał trochę rozładować tę napiętą sytuację i właściwie sam nie wiedział, czy mu wyszło.
    I tak będzie musiał pogadać z Jake’em. Przecież to Anthony jest tutaj rehabilitantem i zna się na tym, a nie Rayne. Rayne jest – a właściwie był – tylko strażakiem. Umiał zrobić pierwszą pomoc, znał podstawy ratownictwa, ale o takich rzeczach się nie uczył. Wolał oddać Jake’a w ręce, które wiedzą, co robić, żeby jak najszybciej mu pomóc. Z drugiej strony, jeżeli pan lekarz zacznie go dotykać nie tam, gdzie powinien, to on będzie potrzebować pomocy rehabilitanta.

    OdpowiedzUsuń
  56. Pierwsze wrażenie, jakie wywołał na Rayne’ie rehabilitant nie było dobre, no bo był młody i tak dalej, Jake też jest młody (a niektórzy sądzili, że trzydzieści lat to już dużo, więc no) i mogliby się jakoś dogadać podczas tych wspólnych sesji, ćwiczeń, spotkań… ale chyba nie to będzie problemem. Młody lekarz (który na pewno nie miał stopnia doktora i Rayne był tego pewien) był po prostu wredny. I sam Athaway nie wiedział, która opcja była lepsza. Bo gdyby rehabilitant chciał poderwać Jake’a, to chociaż byłby dla niego miły i uprzejmy, a także traktowałby go delikatnie. A tymczasem Rayne miał ochotę walnąć Anthony’ego prosto w nos, niech sobie nastawia. Ale niestety, jak bardzo nie chciałby sprawić, jak jego pięść nie pasuje do twarzy tego skurkowańca, to musiał trzymać nerwy na wodzy. A pięści jak najdalej od niego. A szkoda…
    Na słowa Anthony’ego, Rayne wymienił spojrzenie z Jake’em, a potem powoli się podniósł, prostując się jak najbardziej tylko mógł, wyciągając przy tym kręgosłup i szyję. Spojrzał na niego z góry, ciesząc się w głębi siebie, że jest wyższy od tego pana. I w ogóle lepiej wygląda. Może dlatego, że on spędzał dużo czasu na treningach i przygotowaniach do różnych akcji, a pan lekarzyna siedział nad książkami.
    - Dobrze, że pan nie pracuje z dziećmi, biedne bałyby się do pana podejść – uniósł brew wyżej, a zaraz potem spojrzał na swojego chłopaka. Nie chciał wychodzić, ale naprawdę nie zamierzał utrudniać. Jeszcze Anthony poszedłby na skargę do ordynatora oddziału i to Rayne miałby przesrane. Nie chciał, żeby go gdzieś przewozili i tak dalej. Zresztą, strzępienie języka też wydawało się bezsensowne. Dlatego westchnął cicho i pocałował Jakie’ego lekko w usta. No i poza tym powiedzenie mu, że ma kij w dupie nie było miłe. Nie chciał się narażać, że zaraz to Rayne’a sprowadzą do pionu. – Poczekam na zewnątrz. I nie daj mu się – dodał niby szeptem, ale wszystko i tak mógł usłyszeć rehabilitant. – A Jake jest moim chłopakiem - wyjaśnił, gdyby mężczyzna jeszcze nie zauważył tego, jak obnoszą się Rayne i Jake względem siebie. Zmroził go wzrokiem, a później skierował się w stronę drzwi, niechętnie puszczając dłoń Jake’a. Oczywiście, że zamierzał wszystko obserwować bacznie przez szybę. Jeszcze ten wredny rehabilitant zrobiłby krzywdę (umyślnie czy też nie) jego chłopakowi i co? Rayne musiał wszystko wiedzieć. Właściwie mogliby pójść się zapytać o kogoś innego, ale nie wiedział, czy skarżenie miało jakikolwiek sens i czy wyszłoby im to na lepsze…
    Stanął więc przy szybie, prawie opierając o nią nos. Żałował, że nie zna żadnego rehabilitanta. Nie musiałby już nawet tutaj pracować, ale Rayne chętnie popytałby, jak powinno to wszystko wyglądać i czy to, co robił Anthony to była jego praca czy może coś więcej.

    OdpowiedzUsuń
  57. Czekał na niego z niecierpliwieniem. Ileż można było tam siedzieć? Znaczy dobra, wiedział, że pewnie takie zajęcia trwały od godziny do półtorej czy jakoś tak (bardziej zgadywał, bo nawet nigdzie o tym nie czytał ani nie pytał nikogo o takie rzeczy, a może powinien, wtedy byłby spokojniejszy czy coś, wiedziałby, kiedy musiałby ewentualnie interweniować, żeby przerwać te macanki na jego chłopaku, a to strasznie mu się nie podobało; nic jednak nie mógł na to poradzić, bo był tylko pacjentem, chłopakiem pacjenta, któremu była ta rehabilitacja bardzo, ale to bardzo potrzebna). Siedział więc na ławeczce przy szybie, przodem do niej, obserwując jak znikają mu z pola widzenia. Rayne zacisnął zęby. Co za cholera z tego Anthony’ego. Ach, gdyby tylko mógł bezkarnie walnąć go prosto w ryj… Ale nie mógł. I to powstrzymywało go przed wkroczeniem do sali. Hm, może zapyta lekarza prowadzącego Jake’a o możliwość zmiany rehabilitanta? W sumie, co mu szkodzi spróbować tak naprawdę?
    Westchnął głośno, widząc idącego ku niemu Jake’a. Wreszcie! Wstał i objął go, przytrzymując jednocześnie, żeby mu nie upadł i nie zrobił sobie krzywdy. Kochany.
    - Trochę czekałem, ale było warto – uśmiechnął się do niego lekko i pocałował go w czółko. Od razu uniósł wzrok ponad głowę Jakie’ego, patrząc, czy gdzieś tu obok nie czai się ten przeklęty rehabilitant. Na szczęście odpuścił sobie przechodzenie obok nich. Może został, może wyszedł innym wyjściem, nieważne, ważne było to, że Rayne nie musiał go oglądać. – Wiem, że muszę, siedziałem cały czas, naprawdę! – zapewnił go i ponownie na niego spojrzał. Pogłaskał go po policzku i westchnął. Jak to chciał iść sam? No niby nie siedzą na sali razem, Rayne czekał na korytarzu i tylko Jake pracował nad swoją sprawnością w środku, ale to przecież nie znaczyło, że Jake ma iść tam sam. – Jesteś pewny, że chcesz iść sam? Dlaczego? Anthony ci coś powiedział? – zapytał, nieco zaniepokojony. Podał mu jedną z kul, drugą biorąc w dłoń. Wolnym ramieniem objął go w pasie i przyciskał do swojego boku, aby mógł się o niego swobodnie oprzeć. Rayne’owi nie sprawiało to żadnego problemu, właściwie cieszył się, że mógł mu w jakiś tam sposób pomóc, chociażby przez przytrzymywanie jego szczupłego ciała przy sobie.
    W ich wspólnej sali posadził go na jego łóżku i odłożył kule na bok.
    - Nie sprawia mi problemu chodzenie tam z tobą, dobrze się czuję przecież – powiedział i uniósł nieco kąciki ust. Właściwie serce bolało go cały czas, ale zdążył się do tego przyzwyczaić, bo trwało to już od kilku tygodni. Nie dostawał jeszcze tak często chemii, więc niewiele się zmieniło w związku z jego tanem zdrowia. Dlatego było to dla niego normalnym stanem rzeczy, którym nie potrzebowali się przejmować. – Myślałem o tym, aby poprosić lekarza o zmianie rehabilitanta, ale chyba nie będzie wcale tak łatwo – dodał po krótkim zastanowieniu. No bo co, poproszą doktora o coś takiego, a on im pójdzie ot tak na rękę? Zaczynał w to powątpiewać. Lekarz prędzej zabiłby ich śmiechem, aniżeli zrobił to, o co prosi go dwóch pacjentów. – Lepiej opowiadaj, jak było, kiedy ON zabrał cię z mojego pola widzenia.

    OdpowiedzUsuń
  58. Rayne’owi nie przeszkadzało to, że czekał na korytarzu na swojego chłopaka. Co to za problem? Tylko następnym razem weźmie ze sobą książkę do poczytania, żeby aż tak nie umierać z nudów. Ewentualnie pogada sobie z pacjentami, którzy akurat będą przechodzili albo usiądą obok. No będzie robić cokolwiek, byle tylko na niego czekać. I będzie blisko, gdyby rehabilitant zrobił coś, co przekraczało jego uprawnienia i co nie spodobałoby się Jake’owi. Wtedy Rayne nie będzie musiał daleko iść, aby walnąć go prosto w nos. Ot co.
    Objął go ramieniem i westchnął. Jake musiał nauczyć się chodzić, przecież to rozumiał doskonale. Chciał jednak na bieżąco w tym uczestniczyć. To było trochę głupie, przecież widują się codziennie i widziałby każdy postęp, no ale… weź takiemu przemów do rozumu, powodzenia.
    Zmarszczył jednak brwi, kiedy Jake wspominał coś o Anthony’m, który miał gorszy dzień. Może nie miał, może każdy jego dzień wyglądał tak samo? Może rehabilitant z natury jest wrednym człowiekiem? Albo po prostu nie spodobało mu się to, że ma konkurencję w postaci Rayne’a. A może rzeczywiście facet był w porządku, tylko on widział coś, czego nie było. Najgorsze było to, że faktycznie coś takiego może mieć miejsce.
    Athaway spojrzał w stronę drzwi i uniósł brwi wyżej. Już? Wypisują Jake’a? Ale jak to? Przecież oni tutaj wspólnie mieszkali, w tej sali… Zaraz potem jednak uśmiechnął się. Skoro go wypisują, to znaczy, że wszystko jest dobrze, badania okazały się być pozytywne. A więc kiedy tylko lekarz wyszedł z pomieszczenia, Rayne pocałował chłopaka prosto w usta. Trochę się martwił o niego, ponieważ jego rodzina nadal nie potrafiła dotrzeć do szpitala w celu odwiedzenia ich syna. Czy Jake miał się gdzie podziać w takim razie?
    Oczywiście, że miał. Jeśli rodzina mu nie pomoże, to Rayne przecież był pod ręką. I miał mieszkanie. I kota, którym trzeba było się zająć. Problemem było to, że Jake musiałby zamieszkać sam.
    - No, brawo. Cieszę się, że wszystko jest dobrze – powiedział w końcu i pogłaskał jego udo nieco śmielej niż do tej pory. Skoro rehabilitant mógł go dotykać, to Rayne chyba tym bardziej, prawda? – Będziemy się spotykać, kiedy będziesz przyjeżdżać do szpitala – dodał jeszcze i znowu go pocałował. Jeśli jego rodzinka się nie odezwie, to zwerbują Erica jako osobistego kierowcę. No ale na razie nie było co tak snuć planów w przyszłość. Sam Jakie jeszcze się nie odezwał na ten temat. Dlatego Rayne odsunął się i spojrzał na niego uważnie, próbując wyczytać cokolwiek z jego twarzy. Pewnie się przestraszył, ale strażak mógł się jedynie domyślać. Pogłaskał go po policzku, jakby chcąc dodać mu tym otuchy.

    OdpowiedzUsuń
  59. Rayne westchnął cicho. No tak, reakcja chłopaka była do przewidzenia, jednak Athaway wierzył, że Jake ucieszy się z wyjścia z tego miejsca. Obaj siedzieli tu już zdecydowanie za długo, jednak gdyby nie ta placówka, pewnie nigdy by się nie poznali. Ewentualnie minęliby się raz czy dwa na ulicy i to wszystko. Jakby nie było, Rayne mógł być troszeczkę wdzięczny temu wszystkiemu, co ich spotkało. Teraz tylko wystarczyło, aby wyzdrowiał i on i obaj mogli się stąd zmywać jak najdalej tylko się dało. A przynajmniej do mieszkania Rayne’a, które znajdowało się kilka przecznic stąd. Zawsze to te kilka ulic, prawda?
    Pogłaskał go po policzku i karku. Pocałował go lekko, na sekundę odwracając jego uwagę.
    - Nie przesłyszałeś się, Jake. I nie, nie możesz udawać, że coś cię boli – westchnął cicho. I tak by to wykryli na badaniach, ewentualnie zadaliby kilka pytań i już wiedzieliby, że Jakie kłamie i wykopaliby go pewnie ze szpitala jeszcze szybciej. Szkoda tylko, że nie wiedzieli, jaką sytuację ma Lancaster. Kto miał go przywozić na rehabilitację? Rodzinka, która się do niego nie odzywała od długiego czasu? – Kochanie, na pewno będę miał nowego współlokatora. Ale nie możesz być zazdrosny, wiesz? – uśmiechnął się do niego i pocałował go w nosek. – Dadzą mi go, a ja się nie będę nudził sam, kiedy ty będziesz poza terenem szpitala. Nie będzie źle – dodał, nadal uśmiechając się, próbując mu w ten sposób dodać otuchy. Pogłaskał go po plecach, obejmując wolną ręką. – Jake, możesz zatrzymać się u mnie. Już tam byłeś, więc wiesz, gdzie co jest, gdzie jest łazienka, śmieci też byłeś wyrzucić… A moje mieszkanie i tak stoi wolne. O, i mógłbyś w końcu wziąć Diablo do domu, bo sąsiadka pewnie już nie może się doczekać, aż się pozbędzie nosiciela sierści – westchnął. – Będziesz mógł go głaskać, karmić, zajmować się nim… O, i Eric mógłby do ciebie wpadać co jakiś czas, żeby sprawdzać, jak sobie radzisz, co? – spojrzał na niego. Był pewny swojego pomysłu. Przecież był on idealny. Jego mieszkanie nie będzie stało samo sobie, kot wróci na swoje terytorium, a i lekarze będą mogli wypisać Jake’a ze szpitala. – A za jakiś czas wróciłbym do ciebie i moglibyśmy w końcu razem zamieszkać. Poza szpitalem – dodał i szybko rozejrzał się po sali. – Co ty na to, kociaku? – spojrzał na niego uważnie. Rayne chciał wrócić razem z nim do mieszkania. Bał się o niego. Bał się go zostawić samego w mieszkaniu. Na odległość mu nie pomoże z niczym, a Jake zostanie z tym wszystkim sam na sam. Dlatego właśnie przyda im się Eric. Wpadnie, sprawdzi czy wszystko gra, ewentualnie zrobi jakieś zakupy. Eric był przyjacielem, więc nie było problemu, aby go na to namówić. Poza tym, polubił samego Jake’a. Wystarczyło tylko namówić do całego przedsięwzięcia samego zainteresowanego. – Przemyśl to, kocie.

    OdpowiedzUsuń
  60. No tak, perspektywa samodzielnego zamieszkania samemu w obcym mieszkaniu bez nogi mogła przerazić niejednego człowieka, więc Rayne się nie dziwił takiej reakcji Jake’a. Mimo to, nie chciał dać za wygraną. I tak będzie musiał tam zamieszkać, czy tego chce, czy nie. Przecież gdzie indziej mógłby się udać? Rodzinka wypięła się na niego i chyba nie raczyli się go nawet odwiedzać, a co dopiero pomóc odnaleźć się w nowej rzeczywistości do czasu, aż chłopak znów zacznie chodzić bez pomocy kul.
    - Chciałbym od razu z tobą zamieszkać, Jakie, przecież wiesz – westchnął, przeczesując mu włosy palcami. – W dzień, w który będziesz musiał opuścić szpital… postaram się o przepustkę, żebyś nie musiał pierwszej, a może drugiej, nocy spędzać sam – pocałował go lekko w nosek i uśmiechnął się do niego. No, to się naprawdę działo, Jake miał dostać wypis ze szpitala i wrócić do ludzi. Tak, jakkolwiek by to nie brzmiało, w końcu chłopak będzie mógł zostać szpital za sobą. A przynajmniej noce, które musiał je w nim spędzać. Teraz będzie musiał tylko przyjeżdżać na rehabilitację do tego wrednego pana. – Musimy się tylko dowiedzieć, kiedy, żebym dobrze się czuł po chemioterapii – no tak, w końcu chodził tam częściej niż do tej pory, lekarze byli zadowoleni, Rayne widział lekkie uśmiechy na ich ustach. Czyżby było z nim coraz lepiej? Chociaż odrobinkę? Pewnie jak wyzdrowieje, to i tak nie będzie mógł wrócić do swojego zawodu, ponieważ jego serce będzie osłabione. Żałował. Bardzo lubił swój zawód. I co on miał teraz robić? Przecież był beznadziejny we wszystkim innym. Może chłopaki pozwolą mu chociaż myć wóz strażacki czy coś…
    Pokręcił głową, wracając do świata teraźniejszego.
    - Masz rację, nie możesz spać sam. No i ktoś musi ci pomóc przewieźć twoje rzeczy – pogłaskał go po karku i plecach. Lubił go głaskać i pieścić, pokazywać, że go kocha. Dotykał go, całował, udowadniał, że to wszystko, co się stało, było czymś więcej. Dlatego chciał od razu iść zapytać lekarza, kiedy Jake dostanie wypis, aby od razu z tą informacją iść do swojego lekarza prowadzącego, poprosić o przepustkę na ten sam dzień. No tak, tak, dla Jake’a wszystko i jeszcze więcej, znajdzie dla niego czas zawsze. No chyba, że będzie uwięziony w szpitalu, to wtedy nie, ale wiadomo, o co chodzi. – Chodź, idziesz ze mną? – zapytał, wstając i trzymając go za dłoń. Rayne będzie też musiał wykonać telefon do Erica. On również odgrywa ważną rolę w jego jakże przebiegłym planie. – A podziękujesz mi, kiedy wszystko załatwię i będziemy sami w moim łóżku – szepnął mu na ucho, pochylając się nad nim. Pocałował go czule w usta.

    OdpowiedzUsuń
  61. Nie mogli jednak narzekać, przecież Jake będzie bywał tutaj codziennie. Rehabilitacja. To go tutaj wzywało. No i sam Rayne przecież. Miał nadzieję na częste spotkania, nawet jeśli będzie spał całymi dniami po chemii. Wierzył jednak, że w końcu coś to da i będzie mógł wyjść ze szpitala i wrócić do swojego mieszkania, w którym będzie na niego czekał Jake razem z kotem. Ach, właśnie, będzie musiał podziękować sąsiadce za opiekę. Miał nadzieję, że Diablo wróci do domu i nie będzie miauczał za terenem pani sąsiadki. Z kotami wszystko możliwe. Aczkolwiek najwyraźniej polubił Jake’a i jego ciepłe dłonie, które tak milusio go ostatnio głaskały. Człowieki się przydawały.
    Rayne wykonał telefon do Erica i powiedział mu o wolności Jake’a i swojej przepustce. Poprosił go, aby przyjechał samochodem tego dnia o danej godzinie. Zapakują się i pojadą świętować udaną operację Lancastera, a także jego wyjście ze szpitala. Rayne uśmiechał się co chwilę do swojego chłopaka, pokazując mu tym samym, jak bardzo cieszy się, że go ma.
    Athaway pomógł mu się spakować, sam biorąc ze sobą tylko kilka rzeczy i to głównie po to, aby je wyprać jak będzie w domu. Przecież u siebie w mieszkaniu miał jeszcze pełne szafy ubrań. Właśnie, trzeba zrobić tam porządek na nowe rzeczy Jake’a, pojechać jeszcze do rodzinnego domu i stamtąd zabrać jego rzeczy i poinformować rodzinę o przeprowadzce ich syna. Cóż, pewnie mało ich to obejdzie, ale niech wiedzą, że chłopak nie mieszka pod mostem.
    Wsiedli do samochodu Erica i pojechali przez miasto w od dawna wyczekiwane miejsce. Rayne był niesamowicie szczęśliwy, że Jake z nim zamieszka, nie sądził, że to wszystko rozwinie się tak szybko. I co z tego, że tak naprawdę zmusiła ich do tego sytuacja? To nic, to nie miało znaczenia. Liczyło się to, że będą razem. Za jakiś czas. Aż Rayne wyzdrowieje. W końcu.
    - Lekarz mówił, że częstsza chemioterapia działa – zdradził chłopakom, kiedy odjeżdżali na parking. – Jeśli jakimś cudem uda im się mnie wyleczyć, to będę musiał co miesiąc chodzić na kontrolne badania – dodał jeszcze, a potem popatrzył na przyjaciela i na swojego chłopaka. Eric tylko uśmiechnął się do niego i poklepał go po plecach. No, cieszył się jak cholera, w końcu Rayne to taki jego brat, co czyni z Jake’a jego szwagra. Właściwie i tak będą musieli się wymienić numerami telefonu. Tak bez powodu…
    Kiedy w końcu znaleźli się na górze, Rayne odwiedził sąsiadkę, podziękował jej, zabrał kota, kuwety i wszystko, co potrzebował Diablo i wrócił do mieszkania. Kot przywitał się z chłopakami, ocierając się o ich nogi i zostawiając na nich swój zapach, a potem wskoczył na swój ulubiony parapet między kwiatami. Stamtąd miał dobry widok na ulicę i na całe mieszkanie.
    - No to bawcie się grzecznie i jakby co, to dzwońce. Czeeeść! – pożegnał się Eric i pojechał w swoją stronę.
    Rayne westchnął. Miał wrażenie, że wraca tutaj na stałe, ale… szkoda, że to nie było prawdą. Poszedł z rzeczami Jake’a do sypialni i zrobił w szafie miejsce. Nie było to trudne, po prostu jedną kupkę ubrań włożył na drugą i tak oto zwolniły się dwie półki w ogromnej szafie (kupił sobie specjalnie taką dużą, żeby nie było dużo sprzątania). Spojrzał na Jakie’ego i uśmiechnął się.
    - Nie masz pojęcia jak się cieszę, że tu będziesz – powiedział, kiedy usiadł sobie obok niego i pocałował go. – A ja wkrótce do ciebie tutaj dołączę, obiecuję.

    OdpowiedzUsuń
  62. Diablo będzie dobrym towarzyszem. Chyba, że będzie miał dzień „patrz na mnie, nie dotykaj mnie”. Wtedy ani to pogłaskać, ani zawołać, bo i tak oleje. Jak to kot. A jak będzie miał dzień miłości, to wtedy Jake się od niego nie uwolni i będzie musiał nosić kota na swoim ramieniu, ewentualnie wiecznie głaskać. Rayne bardzo go kochał, znalazł go kiedyś na ulicy i tak już został. Nigdy jakoś specjalnie nie przepadał za kotami, ale życie w takim bloku było dla kota – może nie idealne - w porządku. Na pewno lepiej było mieć tu kota, aniżeli psa, który potrzebował większej uwagi i trzeba było go wyprowadzać na spacery. Rayne nie zawsze kończył pracę o wyznaczonej porze. Jeżeli trzydzieści sekund przed zakończeniem służby, nim kapitan zdąży ich odprawić, dostaną wezwanie, to właśnie oni muszą jechać na miejsce zdarzenia, a nie ci, którzy mieliby zacząć swoją zmianę za te trzydzieści sekund. Rayne będzie musiał to wytłumaczyć kiedyś Jake’owi (o ile wróci do zawodu po chorobie), żeby potem się nie martwił (za bardzo). I w ten oto sposób Athway nie mógłby regularnie wyprowadzać psa, a biedny zwierzak tęskniłby. A tak Diablo, gdyby jednak zatęsknił, to poszedłby spać. Tak w końcu robiły koty, chodziły spać, aby nie odczuwać tęsknoty za właścicielem (Rayne poczytał trochę na temat kotów w internecie, żeby mniej więcej wiedzieć jak się nim zająć, ponieważ nigdy wcześniej nie miał kota, w dzieciństwie miał psa, więc no). No i jeszcze miał dwie kuwety, także nie było czym się martwić. Dobrze, że Jake będzie miał mruczącego towarzysza, kiedy Rayne będzie leżał w szpitalu.
    Rayne pokiwał głową, a potem dokończył wszystko, co miał. Będzie musiał mu wszystko wytłumaczyć – komu płacić czynsz, kiedy to robić, jak podlewać kwiatki, a jak będzie chciał zrobić zakupy, to niech jedzie z Ericiem albo niech mu po prostu da listę zakupów, a mężczyzna zrobi je dla niego. Eric był dobrym przyjacielem, więc nie było problemu. Potem po prostu kupią mu piwo i wszyscy będą zadowoleni.
    Przyszedł do niego po kilku chwilach, upewniając się, że Jake już się przygotował. Wiedział, że dla chłopaka musi być ciężko z tym wszystkim i nie chciał go jeszcze bardziej zawstydzać. Aczkolwiek nie miał problemów z wejściem do łazienki i od razu przejściem do rozbierania się. Cóż, żył już na tym świecie trzydzieści lat, a Jakie był jego chłopakiem. Dlatego po kolei zrzucał z siebie kolejne części garderoby, aż został zupełnie nago. Nim jednak wszedł, uchylił drzwi od łazienki, bo kot zaczął miauczeć. I tak pewnie zaraz sobie pójdzie, kiedy zauważy, że nie ma tu nic do roboty.
    Rayne wsunął się do wanny tuż za plecami Jake’a. Oparł go o swój tors, obejmując go ramionami. Przycisnął wargi do tyłu jego głowy.
    - Jak się czujesz? – zapytał w końcu, sunąc dłonią po jego ręce i ramieniu, a potem po torsie i po brzuchu, aż dotarł do tej nogi. Nie chciał robić nic na szybko. To Jake miał się dobrze i komfortowo czuć. – Mogę? – owiał ciepłym powietrzem ucho chłopaka, powoli zsuwając palce niżej. Nie wiedział, jak inaczej mógłby mu przekazać, że to go wcale nie odrzuca, że jemu to nie przeszkadza i że Jake nadal jest dla niego atrakcyjny. Nie wiedział, a naprawdę chciał, aby Jakie czuł się w jego obecności swobodnie.

    OdpowiedzUsuń
  63. Rayne objął go i dotknął jego nogi. Ciekawe, czy Jake’a łaskotało, kiedy tak dotykał jego nogi w tym miejscu. Dotknął go tam i pogłaskał. Dziwne uczucie, ale całkiem przyjemne, nie odrzucało go w żadnym razie. Pocałował chłopaka w policzek. Strasznie się wiercił w tej wannie. Jakiś taki niespokojny był i Rayne nie wiedział, o co mu chodzi. O tę nogę? Przecież sam przyznał, że nie przeszkadza mu jego dotyk. Pewnie upłynie jeszcze dużo wody, nim Jakie przestanie się wstydzić przed Rayne’em. Przynajmniej taką nadzieję miał Athaway, kiedy skubał ustami jego kark i szyję. Nie sądził, że to wszystko się tak potoczy, ale nie narzekał. Wcześniej do głowy mu nie przyszło, że zakocha się w kimś, leżąc w szpitalu. W kimś, kto potem straci nogę na rzecz swojego własnego zdrowia.
    - Hm… co może mi się podobać w takim słodziaku jak ty – zamyślił się, próbując ułożyć w głowie jakieś sensowne, romantyczne słowa, ale nic romantycznego nie przychodziło mu do głowy. A szkoda. – Wszystko. Lubię twój uśmiech, oczy, włosy. Jesteś miły. Wkurzasz się też dość uroczo. Naprawdę. Nie wiem, co jeszcze mógłbym o tobie powiedzieć, Jakie. Kocham cię za wszystko, za nic, po prostu, pomimo i jakkolwiek inaczej nazwaliby to poeci, którzy znają się na wyznawaniu uczuć zdecydowanie lepiej i bardziej niż ja – pogłaskał go po głowie. No cóż, bardzo cenił sobie towarzystwo Jake’a i gdyby mu go teraz zabrano, to chyba by umarł z rozpaczy. A przynajmniej długo by cierpiał. Chciał z nim być i nie rozstawać się, czego więcej można było chcieć? Był w nim zakochany i chciał z nim być cały czas, do końca, na zawsze. Ale jakoś takie słowa nie mogły mu przejść przez gardło. To było chyba zbyt zawstydzające czy coś, sam nie wiedział. Myślał, że jego czyny mówią więcej niż słowa, ale najwidoczniej i Jake chciałby usłyszeć kilka przyjemnych słów. – No ale dobra, co byś chciał zjeść na kolację? – teraz dla odmiany pogłaskał go po podbrzuszu, a potem przesunął dłoń na jego plecy. Obiema dłońmi zaczął je masować, jednocześnie myjąc. Później przeniósł się na jego ramiona i ręce, tors, brzuch i nogi. Spojrzał mu w oczy i pocałował go mocno, kiedy jego dłonie spoczęły na pośladkach dwudziestolatka. Przycisnął go do siebie, kładąc na swoich kolanach, jednocześnie też ocierając się biodrami o jego biodra. W szpitalu trudno było o chwilę sam na sam (chociaż wtedy im się udało i było cudownie), a teraz mieli całe mieszkanie dla siebie. Rayne chciał to wykorzystać, ponieważ potem znowu będą musieli się rozstać na jakiś czas. No, a że Rayne był tylko mężczyzną… Objął palcami jednej ręki męskość Jakie’ego i zaczął nią powoli poruszać w górę i w dół. Palec wolnej dłoni wsunął między jego pośladki. Odsunął nieco twarz od niego, aby móc obserwować jego reakcje. Chciał go odpowiednio przygotować, a woda tylko im pomoże, zmniejszając tarcie. Przecież Rayne chciał dla swojego ukochanego jak najlepiej, więc… to chyba jasne. – Mój Jakie – szepnął, lekko zachrypniętym głosem. Nikt mu go nie odbierze, ot co.

    OdpowiedzUsuń
  64. Panu strażakowi zależało, aby Jakie’emu było jak najlepiej i starał się, żeby było mu jak najlepiej. Przecież o to właśnie chodziło. Poza tym chciał, aby Jake czuł się dla niego atrakcyjny pomimo amputacji. No, bo Rayne’owi to nie przeszkadzało. Gdyby tak było, to by z nim zerwał, a on zrobił coś zupełnie odwrotnego – zaproponował mu wspólne mieszkanie. I proszę bardzo, jak to się będzie kończyło… jak nie w wannie, to pewnie w łóżku, a jak nie w łóżku, to w kuchni albo gdziekolwiek indziej we wspólnym mieszkaniu.
    - No pytam – potwierdził, uśmiechając się do siebie, widząc jego reakcje na twarzy. Pocałował go krótko, poruszając palcem trochę szybciej. Nie chciał sprawić mu bólu, tylko przyjemność. Pocałował go znowu, próbując zagłuszyć jeszcze bardziej jego jęki. Racja, Rayne nie chciał, aby ktokolwiek inny słuchał westchnięć Jake’a i wyobrażał sobie wiadomo co. Lancaster był tylko jego i tylko on mógł go słuchać, kiedy było mu dobrze. Nikt inny nie miał do tego prawa, nawet przez ścianę. Dobrze, że ściany były grube, ale i tak przy każdym stosunku będzie musiał go uciszać. Siebie zresztą też, ponieważ nie był jednym z tych, którzy pozostają niewzruszeni podczas erotycznych uniesień.
    Przycisnął usta do jego ust, kiedy w niego powoli wszedł. Dzięki wodzie i płynowi do kąpieli poszło bezboleśnie i szybko. Rayne westchnął mu do ust, czując, jak się na nim zaciska. Dłonie położył na jego biodrach i powoli nimi poruszał razem z ruchami Jake’a. Pocałował go w szyję, a potem przycisnął mocniej usta do jego skóry, pozostawiając na niej czerwony ślad. Jedną ręką objął go w pasie, a drogą ujął jego męskość i zaczął poruszać w rytm ruchu bioder. No, i tak Jake mógł mu za wszystko dziękować. Rayne też się zacznie zastanawiać nad taką formą dziękowania Jake’owi za cokolwiek.
    Po kilkudziesięciu minutach było po wszystkim, a Rayne oparł się wygodnie o ściankę wanny, przytulając do siebie swojego chłopaka. W wannie było to dość trudne i skomplikowane, ale jakoś udało im się ułożyć w wygodnej pozycji. Woda zaczęła się robić coraz chłodniejsza, więc Rayne pocałował chłopaka w głowę i powiedział mu szeptem do uszka, że powinni się zbierać, bo zaraz obaj zmarzną.
    Wyszedł z wody, a potem pomógł wyjść z niej Jake’owi. Pocałował go w czółko, owijając ręcznikiem i sadzając na brzegu wanny.
    - Czy teraz mogę cię zapytać o kolację? – uśmiechnął się kącikiem ust, wyciągając korek z wanny. W tym czasie sam szybko się wytarł i założył czyste bokserki. – Nie mamy nic w lodówce, więc proponuję zamówić pizzę albo coś innego. Ewentualnie złożymy zamówienie na zakupy przez Internet, to nam zrobią i przywiozą do domu – podszedł do niego i wytarł mu ciało i włosy, pozostawiając je w nieładzie. Przystojniak. Założył mu czystą bieliznę i spodnie, a później podał kule, aby mógł już wyjść z łazienki. W tym czasie spłukał pianę z wanny, po czym dołączył do Jakie’ego.

    OdpowiedzUsuń
  65. Rayne ogarnął łazienkę po ich wspólnej kąpieli, powiesił ręczniki i generalnie wykonał szereg działań, które potem nie będą mu błądziły z tyłu głowy. Teraz miał porządek i święty spokój. Mógł skupić się na swoim chłopaku.
    - No już, już idę – uśmiechnął się i usiadł obok niego. Wziął telefon i zadzwonił po pizzę. To było do przewidzenia, że to on będzie dzwonić, w końcu Rayne zna swój adres, a czy Jake go znał? Mógł wiedzieć, jak dojść lub dojechać do wieżowca, ale czy wiedział, jak nazywa się ta ulica? I jaki jest numer budynku? Bo numer mieszkania mógł poznać bez problemu, przecież widział numerek na drzwiach. A co z resztą? Cóż, Rayne będzie musiał mu wszystko powiedzieć. Pocałował go w czubek głowy. Kochany. Cieszył się, że go spotkał, chociażby w szpitalu. – Mają być do godziny – powiadomił Jake’a, odkładając telefon na bok. Ułożył się wygodnie, przytulając do siebie chłopaka. Cały czas się do niego uśmiechał, ale nie narzekał, że bolały go już mięśnie twarzy od tego. To nic, odpocznie w nocy. Może. Jak nie będzie wykrzywiać ust przez sen, co pewnie było bardzo możliwe, zważając na jego obecny stan emocjonalny… Wyciągnął rękę i włączył lampkę z lawą, którą kiedyś dostał na urodziny od pewnego chłopaka. Nim się rozgrzeje, to pizza zdąży dwa razy przyjechać. Pełny efekt lampy będą mogli zobaczyć po półtorej godziny do dwóch. No niestety, nie było tak, że po przyciśnięciu guziczka od razu mogli sobie oglądać pływająca lawę.
    Kiedy zadzwonił dzwonek, Rayne pocałował Jake’a prosto w usta z głośnym cmoknięciem, a potem wyswobodził się z jego uścisku i poszedł otworzyć, przy okazji zabierając portfel z szafki. Zapłacił dostawcy, dał mu trochę grosza w kieszeń i wrócił z pudełkiem, z którego roznosiły się smakowite zapachy. Diablo zaplątał się między nogami swojego pana i miauknął.
    - Przecież tego nie lubisz, kocie – westchnął Athaway. No tak, właściciele kotów nie jadają normalnie. – Ostatnio ci dałem i co? Wybrzydzałeś – pokręcił głową, stawiając pudełko na łóżku. Diablo usiadł sobie przy Jake’u, licząc, że może od niego coś dostanie. – Dobra, daj mu kawałek mięsa, może to zje. W końcu to drapieżnik – pogłaskał kota, który patrzył na niego cały czas. Koty nie żebrzą, one czekają, aż zmiękniesz. – Tylko nie wsadzaj łba do pizzy, okej? – dodał jeszcze, kiedy otwierał wieko pudełka, a kot niewzruszony nadal patrzył.
    W końcu zaczęli jeść, a Rayne zaczął zastanawiać się nad jutrzejszym dniem. Czekała ich wyprawa do domu Jake’a, gdzie – jak sądził – miał poznać przy okazji rodziców swojego chłopaka. Nie myślał raczej, że będzie to przyjemne spotkanie. Z jednej strony chciałby ich poznać, a z drugiej miał nadzieję, że nikogo nie będzie w domu o tym czasie. No a później trzeba będzie zrobić zakupy. Przez chwilę się zastanawiał, czy Jake będzie chciał pójść z nim do sklepu i pokazać się światu w takim stanie. Chciałby, aby Jakie z nim poszedł, nie przejmując się innymi. Pewnie i tak ludzie będą zajęci sobą, ewentualnie ktoś spojrzałby się, bo znaleźliby się od siebie kilka metrów. No ale tak?
    Nieco brudnymi od sosu wargami pocałował Jakie’ego prosto w usta. No tak, kochał go, obaj to wiedzieli, kot pewnie też się zdążył zorientować w tym fakcie.
    - Bardzo dobry ser tu mają – powiedział nagle tak po prosto o Rayne, gryząc kolejny kawałek pizzy. To nie tak, że taki kawałek miał na jeden (ewentualnie dwa) hapsy. – Smakuje ci? – rozmowa o niczym to najlepsza rozmowa, prawda? Nie musieli wiecznie rozmawiać o szpitalu i rzeczach z nim związanych. Znajdowali się w mieszkaniu Rayne’a i mężczyzna chciał dobrze i w przyjemny sposób wykorzystać ten czas.

    OdpowiedzUsuń
  66. Gdyby tylko Rayne nie musiał wracać do szpitala… Naprawdę nie chciało mu się wracać. Miał znowu dostać innego współlokatora? Znowu od początku poznawać kogoś? A co gorsze – musi opuścić mieszkanie, w którym czeka na niego Jake? Żałował i nie chciał odchodzić, zostawiać go tutaj samego, serio. Za bardzo podobała mu się wizja ich dwóch plus kota. Byli sami, nikt nie przychodził wcześnie rano, o piątej nad ranem za drzwiami nikt nie łaził, nikt się nie spieszył, a syreny karetki nie były tak głośne na tym piętrze. Chciałby mieć już za sobą to całe leczenie. Miał większą nadzieję na przeżycie niż do tej pory. Chciał, żeby lekarz powiedział mu w końcu, że wyzdrowiał i może zabrać swoje manatki i wrócić do domu. Nie miał pojęcia, ile to wszystko jeszcze zajmie. Może wkrótce doktor mu powie, że może wrócić do siebie (do Jake’a), ale będzie musiał też jeździć do szpitala na badania i przyjęcie leków? Tak by było dobrze. Mógłby siedzieć całymi dniami razem ze swoim chłopakiem, głaskać kota, a później chodzić na spacery, a od czasu do czasu jeździliby razem do znienawidzonego budynku (który mimo wszystko przecież dał im szansę na nowe życie, dzięki któremu się poznali i dzięki któremu teraz leżą razem w łóżku… może szpital wcale nie był aż tak znienawidzonym budynkiem…). Powrót do domu oznaczał rozpoczęcie nowego życia z ukochaną osobą (i kotem, nie zapominajmy o Diablo), ale też najprawdopodobniej zmianą pracy. Cholera, i co on miał teraz robić? Kim miał być? Jak miał utrzymywać swoją małą rodzinę?
    Odwrócił się przodem do Jake’a i pocałował go w czółko. Szepnął jeszcze czułe dobranoc, a potem rzeczywiście zasnął. Jutro czekała ich przeprawa przez mękę.

    Dla Erica nie był to problem jechać razem z chłopakami po rzeczy Jake’a. Chętnie im potowarzyszy. W końcu i tak będzie robił za prywatnego kierowcę młodszego kolegi, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Polubił go, może nawet kiedyś wprosi się na obiad czy coś. Ciekawe, jak gotuje.
    Obaj panowie spojrzeli na budynek. Rayne miał nadzieję, że nikogo w domu nie zastaną, że wejdą sobie, spakują wszystko, co trzeba, a potem po prostu opuszczą mieszkanie jak gdyby nigdy nic. Co prawda chciałby jednocześnie, aby rodzina Jake’a się ogarnęła i porozmawiała w końcu z synem, pogodzili się, powybaczali sobie i tak dalej (może dlatego, że sam nie wyobrażał sobie, aby jego rodzina się na niego wypięła, tak, popełnił ten błąd, nie mówiąc im o swojej chorobie i kłamiąc na temat swojego wyjazdu, ale... człowiek uczy się na błędach). Rayne dokładnie nie wiedział, o co chodzi, sądził, że głównym powodem, dla którego jego rodzice nie odzywają się do swojego syna, była jego choroba (co to w ogóle za powód, do jasnej cholery?). Co było przecież czystym skurwysyństwem, przestać odwiedzać syna, bo ten jest chory.
    W końcu jednak stanęli przed drzwiami, a Rayne zerknął na swojego chłopaka. Pocałował go szybko w skroń, nim drzwi się otworzyły i pokazały sylwetkę ojca Jake’a. Zacisnął pięść, słysząc jego słowa. Aha, to wszystko jasne. Ojciec homofob. Z trudem powstrzymał się, żeby nie powiedzieć niczego złośliwego. Chciał być nieco ponad to, chociaż było ciężko.
    - Nazywam się Rayne Athaway – przedstawił się obojgu rodzicom, patrząc twardo w oczy ojca Jake’a. – Jake zamieszka ze mną, dlatego przyszliśmy po jego rzeczy – przedstawił jasno sytuację, łapiąc ponownie dłoń chłopaka w swoją. Czuł, że się denerwuje, poza tym zaczął się cofać. Rayne nie chciał do tego dopuścić, musieli załatwić to szybko. To tak jak z oderwaniem plastra. Chyba. – Chodźmy – powiedział do Jake’a i weszli do środka, a za nim poszedł Eric, który najwidoczniej również powstrzymywał się od komentarzy. Sam też był gejem, więc… nawet jeśliby nie był, to nie pozwoliłby na nic, co mogłoby skrzywdzić jego przyjaciela.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Weszli do pokoju Jake’a, a Rayne omiótł go szybko wzrokiem. Ładnie tutaj. Nawet się lekko uśmiechnął, zapominając na chwilę o sytuacji sprzed chwili. Zaraz potem dołączył do chłopaków i również zaczął pakować rzeczy Jake’a. On zabrał się głównie za jakieś figurki, książki, pamiątki, zdjęcia. Właśnie, dlaczego oni nie mieli wspólnych zdjęć? Pf.
      Co jakiś czas spoglądał na chłopaka. Współczuł mu, naprawdę. Wszyscy milczeli i wiadomy był tego powód. Dlatego Rayne podszedł do niego i przytulił go mocno do siebie.
      - Pakuj się – powiedział, chociaż robili to od paru minut. – Nie musisz brać niczego z łazienki – dodał jeszcze. Chciał jak najszybciej opuścić to mieszkanie, żałując, że sytuacja nie wyglądała inaczej. Chciałby poznać jego rodziców, powiedzieć, kim jest, pośmiać się z jakiś pierdół… ale to nie wypali. Trudno. Szkoda tylko Jake’a.
      W końcu pokój opustoszał. Szafy, szuflady, półki, biurko – wszystko było puste. Wszystkie rzeczy i przedmioty znajdywały się w torbach. Teraz tylko musieli z powrotem przejść przez mieszkanie do drzwi. Zrobili to, a Rayne w wolnej ręce trzymał rękę Jake’a. Otworzyli drzwi, ale Athaway nie mógł wyjść jeszcze bez słowa.
      - Szkoda mi pana, panie Lancaster – bo tak właściwie nie mógł nic powiedzieć o matce Jake’a, ponieważ nie powiedziała nic. – Może pan jedynie żałować, że nie wie pan, co pan traci, obrażając i odsuwając się od własnego syna. Ale spokojnie, pański syn będzie ze mną szczęśliwy i bezpieczny. Do widzenia.
      Wyszedł z mieszkania i zamknął drzwi. Bez słowa chwycił dłoń ukochanego i weszli do windy. Eric zerknął na niego i na Jake’a. Cieszył się, że Rayne trafił na Jake’a, a Jake na Rayne’a. Szkoda, że jeden z nich miał uprzedzonych rodziców. Dobrze jednak, że rodzice tego drugiego byli całkiem w porządku.

      Usuń
  67. Nikt nie śmiał przerywać ciszy, panującej między nimi. Zapewne każdy z nich był pogrążony w myślach dotyczących zaistniałej sprzed chwili sytuacji. Było ostro, a rodzice nawet nie próbowali zatrzymać swojego syna w domu. Aż dziwne, że jeszcze trzymali jego wszystkie rzeczy. Dziwne, że nie wyrzucili ich, kiedy mieli okazję, kiedy Jake leżał w szpitalu i umierał. Na szczęście tego nie zrobili, może zwlekali albo nie chciało im się, nieważne. Ważne było, że Jake odzyskał kilka ważnych dla siebie przedmiotów, dla których Rayne chętnie znajdzie miejsce w mieszkaniu. I tak było ono puste i dekorowane jakimiś pierdołami na przymus. Teraz będzie ono ładne same z siebie dzięki im dwóm. No i jeszcze te nieszczęsne zdjęcia, o których Rayne nie zapomniał. Właściwie miał w głowie taką małą wizję, w której kupują dużo przeróżnych ramek i porobią sobie zdjęcia. Sobie, z Ericiem, z rodzicami Rayne’a, może z kolegami z remizy… ciekawe co tam u nich.
    Wsiedli do samochodu, a Rayne objął Jake’a ramieniem. Spojrzał w przednie lusterko, krzyżując z Ericiem spojrzenie. Chyba myśleli dokładnie o tym samym. Pieprzony skurwysyn.
    - Skarbie, jak nas policja wyhaczy, że nie jesteś zapięty… dostaniemy mandat – uśmiechnął się jednak pomimo swoich groźnych słów. Wcale nie chciał go puszczać. Jego kochany Jakie. Pocałował go w czubek głowy. No tak, dla niego wszystko, nie przejął się tym, że ojciec Jake’a jest starszy i należy mu się szacunek czy coś takiego. No ale chwila, Jake’owi też się on należy. Nie trzeba tolerować, ale żeby własny rodzic był przeciwko niemu? Rayne nie wyobrażał sobie, gdyby teraz jego rodzina się od niego odsunęła. Na szczęście oni szanowali to, z kim chce umawiać się ich syn, cieszyli się, że on jest szczęśliwy. Rayne chciałby tego samego dla swojego ukochanego.
    - Wiecie co, wpadnę jutro. Pojadę z wami na zakupy, a potem wracam do domu, bo muszę jeszcze trochę popracować – spojrzał na chłopaka w lusterku i uśmiechnął się. – Jutro po południu przyjadę. A ty, Rayne, kiedy musisz wracać?
    - Jutro wieczorem muszę być z powrotem – westchnął ciężko. Ich wspólnie spędzany czas mijał zdecydowanie za szybko. Niestety, w dobrym towarzystwie szybko on mijał. Dlatego chciał wykorzystać każdą daną im minutę jak najlepiej. Teraz za cel wziął sobie pocieszenie Jake’a i sprawienie, aby przestał myśleć o nienawistnym ojcu. Nie musiał się nim przejmować, miał Rayne’a, który go kochał, miał Erica, który go lubił i uważał za kumpla, miał jeszcze Diablo, kota, który chętnie dzieli się ciepełkiem i czeka, aż zmiękniesz i dasz mu coś dobrego do jedzenia. Ewentualnie jeszcze panowie strażacy mogliby się nawinąć, ale ich Jake widział tylko raz w życiu, niewiele mogli o sobie nawzajem powiedzieć.
    Eric zaparkował blisko wejścia. Odwrócił się do chłopaków.
    - Daj spokój, Jake, musisz wybrać wszystko to, co tobie smakuje. A ja muszę się zapytać, czy gotujesz to, co ja lubię, jak kiedyś wpadnę na obiad – puścił mu oczko z szerokim uśmiechem.
    Rayne spojrzał na swojego chłopaka i pocałował go.
    - Chodź, chodź, nie ma obijania się w samochodzie, mój drogi – stwierdził i wysiadł z auta. Pomógł z niego wysiąść również Jake’owi. Zaraz potem cała trójka skierowała się do supermarketu. Eric przy wejściu na sklep wziął wózek. – Zrobię nam ciasto. W końcu się przekonasz, jakie wspaniałe robię ciasto – powiedział nagle Rayne, zadowolony z siebie. Wreszcie będzie mógł poczęstować Jakie’ego swoim popisowym deserem, jednym z nielicznych dań, jakie potrafił zrobić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Uu, będziesz robić ciasto czekoladowe? Może jednak wpadnę… - zamyślił się Eric.
      - Zdecyduj się, bo do jutra może nie być… - odpowiedział niewinnie Athaway i wzruszył ramionami. Oczywiście, że był pewny smaku. Gorzej, jak coś spali.
      Zakupy poszły im w miarę szybko. Głównie i tak były one zrobione pod Jake’a, co on lubi jeść i tak dalej, w końcu to on miał mieszkać razem z kotem. Rayne za chwilę znowu znajdzie się w szpitalu (niestety) i nie wiadomo, kiedy znów będzie mógł wyjść do domu. Zrobili małe zapasy na przyszłość, żeby Jake nie musiał dźwigać ciężkich rzeczy ze sklepu przy wieżowcu, w którym mieszkał Rayne. Głównie chodziło tu o zgrzewki wody, mąki, cukry i tak dalej. Rayne zaopatrzył się w składniki do ciasta. Miał tylko nadzieję, że Diablo da sobie spokój i nie będzie mu przeszkadzał. Może Jake zajmie go głaskaniem. Albo małym prezentem, jaki zamierzał mu podarować. Jake wypatrzył w dziale dla zwierząt ciekawe zabawki dla psów i kotów i postanowił kupić Diablo taką zabawkową myszkę. Chciał mu coś dać od siebie. Rayne uznał to za urocze, ale przecież cały Jake taki był, więc… nic dziwnego.
      Po przybyciu do mieszkania i wniesieniu toreb z zakupami, Eric jednak się z nimi pożegnał, obiecując, że wróci następnego dnia z pustym żołądkiem i lepiej, żeby czekało na niego ciasto. Potem Rayne pochował produkty do odpowiednich szafek, przebrał się, umył ręce i zabrał się za robienie deseru. Czekolada podobno poprawia humor. Zaraz się o tym przekona.
      - Wolisz bardziej czekoladowe, czy mniej?

      Usuń
  68. Rayne był naprawdę zadowolony, kiedy widział uśmiech Jake’a. Zwłaszcza po tym, co stało się w jego rodzinnym domu, po słowach ojca i po ogólnie mało przyjemnej atmosferze, jaka tam panowała. Dobrze, że Diablo tak na niego działał. Przychodził, pomruczał, poocierał się „człowiek, głaszcz”. Dobrze było mieć takiego zwierzaka w domu, który samą swoją obecnością potrafił wywołać uśmiech na twarzy. Jeszcze chwila, a Rayne będzie zazdrosny o kota… No dobra, może nie aż tak, jednak też chciałby przyjść do Jake’a, żeby ten go pogłaskał po głowie, karku czy plecach, a potem żeby się uśmiechał szeroko, szczęśliwy.
    Wysłuchał jego opowieści o kocie i myszy, wlewając masę do formy. Już właściwie kończył. Spojrzał na chłopaka, a potem na kota. Miał nadzieję, że Diablo szybko nie znudzi się nowa zabawka, bo nieważne, kto by kupił taką mysz lub coś podobnego, kocur na następy dzień już miał to gdzieś, gubił zabawki (pewnie leżały pod meblami, ale przecież nikt tam nie zagląda) i generalnie się nimi nie bawił. Taki skubaniec. Może czując od zabawki zapach Jake’a, nie rzuci tej myszy w kąt. Rayne miał wrażenie, że Diablo uważa Jake’a za swoją bratnią duszę, wszędzie za nim łaził, robił, to co on i generalnie zachowywał się jak cień. Ale to dobrze. Skoro kot mógł wywołać uśmiech na twarzy Jake’a, to się cieszył razem z nim.
    - Już wkładam ciasto do piekarnika. Tak z godzinę się musi piec, skarbie. Do godziny tak właściwie – spojrzał na Diablo, który wskoczył na szafkę i zaczął niuchać nosem. – Nie lubisz tego, ty tylko mięsko byś jadł – pokręcił głową, a zaraz potem odwzajemnił ten nagły pocałunek. Mrr, więcej razy Jake mógłby to robić, zdecydowanie.
    Rayne sięgnął palcami do mąki, a potem zrobił na policzkach Jakie’ego po dwie białe kreski.
    - Mój wojownik – uśmiechnął się i pocałował go, obejmując mocno w pasie. To nic, że będą mieli obaj brudne ubrania od mąki, wypierze się. – Nie chcę tam wracać – szepnął, kiedy w końcu odsunął się od niego. Westchnął i przytulił go do siebie i trzymał mocno, żeby Jake nie stracił równowagi i nie przewrócił się. Pogłaskał go po plecach, robiąc to powoli od samego karku aż do pośladków. – Dobrze, że chociaż będę cię widywał w szpitalu, jak będziesz przyjeżdżał na rehabilitację. Do Anthony’ego – prychnął, mrużąc oczy. Szkoda, że nie dostał kobiety, może ta by go nie podrywała czy coś.
    Rayne włożył ciasto do piekarnika i zaczął sprzątać kuchnię po swoich rewolucjach. Nawet dotknął mąkowym palcem nos Diablo. Niech też ma. Ale chyba nie zrozumiał żartu, ponieważ od razu zaczął się wycierać i lizać.
    - Siadaj – polecił Jake’owi, biorąc go za ręce i sadzając na sofie w salonie. Pogłaskał go po karku i pocałował. Pomyślał, że w ciągu pieczenia się ciasta, mogliby coś obejrzeć. Włączył telewizor i zaczął skakać po kanałach, ale nic ciekawego nie leciało. A po domu wkrótce zaczęły rozchodzić się smakowite zapachy. Jake nie mógł tym pogardzić. Rayne usadowił się w wygodnej pozycji i przysunął do siebie swojego chłopaka, aby i on znalazł wygodną dla siebie pozycję, opierając się jednocześnie o jego tors.
    Siedzieli tak niecałą godzinę, przerywając sobie pocałunkami i głaskaniem (głównie to Rayne całował Jake’a, bo lubił to robić, a że byli sami, to chciał wykorzystać ten czas). W końcu jednak Athaway musiał wstać i pójść wyjąć ciasto. Wyłączył piekarnik, podgrzał wodę na polewę, rozpuścił czekoladę i dopiero wtedy wyjął ciasto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Mniam – stwierdził, zachęcając jednocześnie Jake’a. Dokończył robienie ciasta, lejąc je polewą i chwilę odczekał aż ostygnie. Palcem wysmarował sobie nią usta, a potem poszedł z powrotem do swojego chłopaka i pocałował go w policzek, robiąc mu przepiękny, czekoladowy ślad. Zaśmiał się lekko, a potem pocałował go wprost w usta. – Mój kochany przystojniak – uśmiechnął się do niego, a potem przesunął językiem po zostawionym wcześniej śladem na policzku. Teraz powinien chcieć wziąć sobie duży kawałek. Co tam próchnica i duża zawartość słodyczy w jednym cieśnie, to nieważne przecież. – Przyniosę ci – dodał jeszcze, a potem z powrotem udał się do kuchni. Ciasto zdążyło już nieco wystygnąć, więc Rayne bez problemu ukroił dwa kawałki, położył je na talerz, a potem zaniósł je wraz z łyżeczkami do kuchni. Łyżeczki nie były aż tak potrzebne, ale… przygotował też wcześniej herbatkę, więc mieli deser z prawdziwego zdarzenia.
      Uniósł zaciekawiony wzrok na Jake’a, obserwując jego reakcję. Musiał wiedzieć, czy może piec nadal to ciasto, czy może poszukać innego przepisu. Miał jednak nadzieję, że chłopakowi zasmakuje.

      Usuń
  69. Rayne nie zamierzał ukrywać, że jest zadowolony z siebie. Jake’owi smakowało jego ciasto, więc nic mu dzisiaj nie było potrzeba. Chociaż jakby się dowiedział, że cudownie ozdrowiał i będzie mógł wrócić do pracy, to by nie pogardził. Takie informacje nie muszą się bać, że Rayne byłby zły czy coś. Był niesamowicie z siebie dumny. Pocałował go oczywiście w słodkie usta. Takiej słodyczy nigdy dość, ot co. Pogłaskał go po plecach i przytulił do siebie, jedną rękę kładąc na jego nodze. Tej nodze.
    - Cieszę się, że ci smakowało – pocałował go w czubek głowy i westchnął. Chciałby, aby Jake odwiedzał go codziennie i zostawał z nim jak najdłużej, żeby nie czuł się samotny, ale nie chciał też narażać go na ból, dyskomfort, nieprzyjemności i wszystko, co złe, co mogło wiązać się ze zmęczeniem. W końcu był świeżo po amputacji nogi. Musiał odpoczywać. Rayne chciał dla niego jak najlepiej. Kto wie, może kiedyś wywali go z sali i wyśle prosto do domu, żeby leżał i ewentualnie głaskał kota. No martwił się o swojego słodziaka. – Nie lubię go. On mnie też nie lubi. Ale to nic, najważniejsze, żeby ci pomagał i nie robił nic, co wykraczałoby poza jego kompetencje. A jeśli zrobi coś takiego, to powiesz mi, a ja zrobię z tym porządek – powiedział poważnie, a potem spojrzał na niego. Zabrzmiał groźnie, ale sam tego nie usłyszał. Sam nie wierzył, że pozwalał Anthony’emu na kontynuowanie leczenia swojego chłopaka… – Znaczy pójdę do lekarza i mu wszystko powiem – dodał pospiesznie, żeby nie było, że z niego taki fighter. Chociaż… na pewno najpierw poszedłby osobiście do rehabilitanta i sam wymierzył mu kilka szybkich. I to lekarze musieliby uspokajać Rayne’a.
    Wieczorem wskoczył do łóżka w samych bokserkach. W szpitalu się naśpi w piżamie, ot co. Przytulił do siebie Jakie’ego i zamknął oczy. Uśmiechnął się do siebie i cmoknął go w czubek głowy. Kochany.
    - Ja ciebie też. Ale śpij już – zaśmiał się lekko, głaszcząc go po plecach. On miał dokładnie tak samo, jak Jake; chciał się nim nacieszyć, ponieważ w szpitalu nie będą mieli ku temu okazji.
    Dzwonek do drzwi był jak kubeł zimniej wody. Rayne zmarszczył brwi i nakrył się kołdrą. No co za… która to godzina? Po co ktoś przychodzi o tej porze? Czy to listonosz? A może policja? Jeśli to drugie, to poczeka. Może zaczną wołać, że są z policji, więc… wtedy mógłby wstać i otworzyć. Dzwonek jednak nie ustawał, a zza drzwi nikt nie mówił, że za nimi stoi reprezentacja organu ścigania.
    - Cholera by to – mruknął i wstał z łóżka. A raczej wygramolił się i o mało się nie zabił, idąc po materacu i kołdrze. Na szczęście nie zrobił sobie krzywdy po drodze, ale i tak wyglądał, jakby zaraz znowu miał pójść spać. Otworzył drzwi i od razu się obudził. – Mamo? Tato? Co wy tu robicie? Z Ericiem? – cóż, jego przyjaciel też wyglądał, jakby dopiero co go wyciąg