14 maja 2015

[KP] „Odwracam się, nie jestem wart…



Obracam wszystko w czarny żart.
Kryję wciąż chwile, gdy żyję.”


Rayne Athaway
30 lat / strażak / ratuję życie ludzi, bo sam nie potrafię ocalić swojego / nowotwór serca

Całe życie o czymś marzysz i to dostajesz. Jesteś szczęśliwy, że możesz robić to, co kochasz, wiesz, że właśnie to cię uszczęśliwia i czujesz, że wygrałeś życie. A przynajmniej osiągnąłeś połowę sukcesu. Jeszcze tylko ktoś, z kim mógłbyś dzielić tę radość z życia i możesz śmiało powiedzieć, że jesteś zwycięzcą.
Zawsze cieszyłeś się ze wszystkiego, co miałeś, nigdy nie narzekałeś, ponieważ wiedziałeś, że jest dobrze. Radosny, z uśmiechem, wchodziłeś w każdy etap życia, przyjmując porażki na klatę, godząc się ze swoimi błędami – przecież każdy je popełnia.
A potem trafiasz do szpitala i dowiadujesz się, że twoje wygrane życie się wkrótce skończy, ponieważ chorujesz, i to dość poważnie. Co zrobisz z pozostałym czasem? Na co się odważysz? Komu wyznasz miłość? Skoczysz na bungee? Może przeprosisz za swoje błędy? I najważniejsze – przyznasz się komuś o swojej chorobie?

200 komentarzy:

  1. Jake czysto teoretycznie nie wierzył w istnienie duchów i jeszcze jako nastolatek nie miał najmniejszego problemu z pójściem na cmentarz o porze, która zdecydowanie nie była do tego przeznaczona, jednak po usłyszeniu słów zaprzyjaźnionej pielęgniarki poczuł autentyczny strach. Od momentu wydania wyroku - czy też diagnozy - lęk nie opuszczał go nawet na minutę, a tego feralnego dnia spotęgował się przynajmniej trzykrotnie. Zdążył przyzwyczaić się do swojej małej, sterylnej sali, chociaż gdyby nie ten maleńki szczegół, ugryzłby się w język i jak przystało na dobrze wychowane dziecko, potulnie przeniósłby się do wyznaczonego mu odgórnie nowego miejsca pobytu, powszechnie nazywanego onkologią. Wiadomość o tym, iż zajmie łóżko zmarłego mężczyzny, tym samym przybierając miano sąsiada starszego o dziesięć lat nieznajomego, skutecznie ścięła go z nóg, zapierając dech w piersiach i nie dając szansy na poukładanie szalejących pod czaszką myśli. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego obawy są w głównej mierze irracjonalne i oderwane od rzeczywistości, lecz nie mógł nic poradzić; bał się, że siadając na brzegu łóżka śmierci, w ekspresowym tempie podzieli losy anonimowego nieboszczyka, nie mówiąc już o tym, co stałoby się, gdyby jakimś cudem na dłużej zamknął oczy i odpłynął do krainy snów. Wizja nieprzeniknionej ciemności i pamięć o zmarłym sprawiały, iż zaczynał trząść się jak targane silną wichurą chorowite drzewo, mające lada chwila zostać wyrwane razem z korzeniami. Nie zrezygnował z błagania pielęgniarki o zmianą zdania i miał gdzieś argument odnośnie jego dorosłości. Sam Jake uważał, że wiek to jedynie liczba, tym bardziej widniejąca zaledwie od tygodnia na przodzie dwójka. W dalszym ciągu czuł się jak zagubiony dzieciak, brutalnie zabrany z domu i zamknięty w wielkim gabinecie tortur.
    Tuż po kolacji usiadł na dostarczonym przez medyka wózku - co było koniecznością ze względu na wyniszczoną chorobą nogę - zaciskając mocno palce na jego obu metalowych rączkach. Podczas jazdy spoglądał w kierunku okien, dochodząc do wniosku, iż już niedługo ziści się jego najgorszy - przynajmniej najgorszy w tym jednym, konkretnym dniu - koszmar: noc i przymus zgaszenia świateł. Nie miał odwagi poprosić o zamocowanie na jego nowym stoliku nocnej lampki wiedząc, że najprawdopodobniej zostanie wyśmiany. W końcu prąd kosztował, zwłaszcza w tak wielkim szpitalu.
    — Panie Athaway, ma pan nowego współlokatora — Jake nawet nie zaszczycił wymienionego z nazwiska mężczyzny krótkim spojrzeniem, zasłaniając połowę twarzy rękawem piżamy. Jego przerażony wzrok spoczął jednak na łóżku, które z pozoru wyglądało całkiem normalnie. Gdyby nie fakt, iż niecałą dobę wcześniej konał na nim pokonany przez raka pacjent.
    — Nie zostanę tu.... nie będę tu spać — wychrypiał, zbierając się na odwagę i wyciągając rękę w stronę jasnowłosej pielęgniarki. Czuł, jak pod powiekami zbierają mu się łzy, jednak miał to głęboko gdzieś; paraliżujący strach przed nadchodzącą ciemnością i nocą spędzoną w łóżku zmarłego stał się dostatecznym motorem napędowym, zmuszającym do podjęcia skazanej na porażkę walki. Wtulił buzię w przyniesioną z własnego domu poduszkę, starając się wyeliminować z głowy dźwięk zamykanych przez wyprowadzoną z równowagi kobietę drzwi. Pociągnął nosem, łkając cicho i co rusz wycierając mokre policzki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jake nie wiedział dlaczego, jednak na dźwięk głosu mężczyzny momentalnie się uspokoił, rozluźniając palce, które w nerwowym geście ściskały nadmiar materiału białego prześcieradła. Jego ton, i przede wszystkim wypowiedziane słowa, już po pierwszym zetknięciu budziły zaufanie, dlatego też nie umiał powstrzymać się przed podniesieniem głowy i spojrzeniem na jego twarz. Patrzył na nią idealnie okrągłymi oczami, przez ułamek sekundy czując, jak całym jego ciałem wstrząsnął dreszcz, nie mający nic wspólnego z chłodem czy innego tego typu czynnikiem zewnętrznym. Patrzył tak przez kolejne krótkie momenty, otwierając usta i dalej milcząc jak grób. Zapewne wyglądał jak wyciągnięta z wody ryba, która dokładała wszelkich starań by zaczerpnąć powietrza, jednak za sprawą związanego w supeł języka nie dawał rady wyrzucić z siebie jednego logicznego zdania, nie mówiąc już o wykonaniu tak banalnej czynności, jaką było przedstawienie się. Nie umiał też wyjaśnić o co tak naprawdę mu chodziło i przeczuwał, że każda próba wytłumaczenia spełzłaby na niczym; po pierwsze wstydził się tego nagłego wybuchu słabości, a po drugie potraktowanie go jak małego chłopca zaowocowało zwiększeniem się zasięgu owego speszenia. Sukcesywnie tracił rozeznanie, nie mając pojęcia, czy to osoba Rayne'a obudziła w nim aż tyle sprzecznych emocji. Chciał wypaść w jego oczach jako poważny młody mężczyzna, a nie jak zapłakane i wystraszone dziecko, jednak na własne życzenie zaprzepaścił szansę pokazania się w jego oczach jak ktoś warty uwagi. W zasadzie nie zależało mu na cudzym uznaniu, aczkolwiek w nowo poznanym mężczyźnie krył się ułamek czegoś, co przyciągało Lancastera z nieznaną mu wcześniej intensywnością. Chciał odkryć jego osobisty sekret, patrząc na tę przyjazną twarz i trwale zapomnieć o strachu, który aktualnie w minimalnym stopniu ulotnił się.
    — Jestem Jake — odpowiedział, podnosząc się na łokciach do pozycji siedzącej. Piekły go oczy, a widziany obraz stał się odrobinę zamazany, jakby jego wzrok popsuł się pod wpływem następnego już nowotworowego nawrotu. Zamrugał parokrotnie, nareszcie odzyskując względną kontrolę nad własnym zachowaniem; cieszył się, że udało mu się powstrzymać łzy, po których jedyną pamiątką został zachrypnięty głos i zaczerwienione białka oczu. — I nie, naprawdę nie trzeba — dodał, nie mogąc wyjść ze zdziwienia, iż mężczyzna gotów był poświęcić się dla obcego rozwydrzonego gówniarza, który poprzez płacz chciał zagarnąć dla siebie wszystko to co tylko chciał, chociaż w stanie faktycznym mijało się to z prawdą.
    — Wytrzymam do rana, a jutro może uda mi się poprosić ordynatora o nowe łóżko. Poza tym miałem już kilka planów, nie będę musiał tu siedzieć — Jake zawsze zabijał stres nadmiernym monologiem, który zazwyczaj usypiał niezainteresowanego słuchacza. Teraz także opowiadał z wymuszonym przejęciem o spacerze i spędzeniu dnia w zagospodarowanym dla pacjentów pomieszczeniu, w którym mogli pooglądać telewizję, skorzystać z internetu czy poczytać książkę, z dala od szpitalnego gwaru.
    — Ale to miłe z twojej strony — dodał prawie szeptem, wyciągając się w stronę nocnej szafki, do której włożono już wszystkie jego rzeczy, które musiał mieć pod ręką. Wyciągnął małą latarkę, przekręcając gałkę i sprawdzając, czy jeszcze działa. Baterie mimo częstego użytkowania nie zbuntowały się i wciąż intensywnie oświetlały pomieszczenie, w którym z minuty na minutę zaczynało robić się coraz ciemniej.
    — Światło będzie ci przeszkadzać zasnąć, prawda? — zapytał, nie łudząc się, że ktokolwiek pozwoli mu zakłócać ciszę nocną, nawet za pośrednictwem nikłego promienia światła.

    OdpowiedzUsuń
  3. Może to sprawka czekolady, która podobno zwiększała w ludzkim organizmie poziom endorfin i niwelowała smutki czy depresję, ale humor Jake'a odrobinę się polepszył. Nawet kąciki jego ust wygięły się nieznacznie ku górze, co zdarzało się mu wyjątkowo rzadko. Jeszcze przed zachorowaniem był otwartym i towarzyskim chłopakiem, dla którego samotność - chociażby ta chwilowa - była czymś nie do zniesienia, jednak teraz to on sam wybrał ją na swoją jedyną towarzyszkę. Całymi dniami potrafił przesiedzieć zamknięty w swoich czterech ścianach, raptem dwa razy dziennie wychodząc do położonej tuż obok łazienki. Milczał długimi godzinami, ignorując prośby rodziców i robiąc na złość nie im, a przede wszystkim samemu sobie. Mimo wszystko wolał umierać w pojedynkę, niżeli patrzeć na ich przygnębione z bezsilności miny. Aktualnie nie wiedząc czemu, miał ochotę na spędzenie czasu z Raynem, który ciągle pozostawał dla niego zamkniętą księgą; nie znał jego historii, nie miał pojęcia na co choruje i mógł się jedynie domyślać, że jego zachowanie ukierunkowane jest dobrymi i szczerymi intencjami. Jake nigdy nie był dobrym obserwatorem i daleko było mu do uzyskania miana zastępcy Sherlocka Holmesa, dlatego też nie wywęszył żadnego podstępu ani nie dostrzegł w jego słowach czy gestach nieprawidłowości, która zburzyłaby obraz miłego trzydziestolatka, w sam raz nadającego się na starszego kumpla. Lub kogoś więcej, aczkolwiek o tym przynajmniej na chwilę obecną wolał nie myśleć.
    — Dzięki — odpowiedział, bez zastanowienia odłamując kawałek czekolady i wkładając go sobie do ust. W ostatnim czasie nie przywiązywał zbytniej wagi do jedzenia, ograniczając się do dwóch prostych zasad: odsuwania od siebie talerza i ignorowania jego zawartości, lub automatycznego przeżuwania pokarmu, którego tak czy siak nie rozpoznawał. Przy Ray'u zdawał sobie sprawę z tego co robi, po raz pierwszy od dawna czując, że żyje. Choć w szeroko pojętym tego słowa znaczeniu.
    — Jasne, możemy pójść razem. A jakie masz planszówki? — zapytał, po raz enty udowadniając, że ma zdecydowanie za długi język. Jego mentalność dziecka dawała o sobie znać praktycznie na każdym kroku, ze szczególnym naciskiem na okres pobytu w szpitalu, i powoli zaczynało go to denerwować. Odwrócił wzrok, opadając głową na poduszkę i kładąc tuż obok niej latarkę, którą włączył w dokładnie tym samym momencie, w którym na całym oddziale zgasło światło, ogłaszając ciszę nocną. Światło latarki dawało mu względne poczucie bezpieczeństwa, jednak nawet najcichszy szum wiatru dochodzący zza nieszczelnych okien sprawiał, że chował głowę pod kołdrę i przeczekiwał, aż ponownie nastanie idealna, niezmącona niczym cisza. Drżał na myśl o niespodziewanej wizycie gościa zza światów, roszczącego sobie prawa do swojego łóżka, ale nie chciał i nie zamierzał zadręczać Rayne'a swoimi lękami. W końcu on również nie przybył do szpitala na wakacje, i jemu także należał się spokój i odpoczynek. — Pójdę już spać. Dobranoc — szepnął, przygotowując się psychicznie do długiej i ciężkiej nocnej męczarni, okupionej niewyspaniem, zmęczeniem i przewracaniem się z boku na bok. Wszystko, byleby jakoś dotrwać do rana.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jego własny krzyk wystraszył nawet jego samego. Obudził się zlany zimnym potem, oddychając głośno i powtarzając w myślach, że to tylko sen. Niesamowicie realny koszmar, który prawdopodobnie zapamięta do końca swojego życia, czyli przez stosunkowo krótki czas. W trakcie tej raptem paru godzinnej drzemki, będąca na wyczerpaniu bateria w latarce zdążyła wyzionąć ducha, tym samym odbierając chłopakowi jedyne źródło światła, dzięki któremu nie wpadł jeszcze w najprawdziwszą histerię. Salę onkologicznego oddziału wypełniały egipskie ciemności, pomimo których dostrzegł - albo bardziej poczuł - jak trzęsą mu się dłonie. Zamrugał gwałtownie w celu pozbycia się sprzed oczu widoku, za pośrednictwem którego sukcesywnie zaczynało drżeć całe jego ciało. Chciał jedynie, by w tym konkretnym momencie ktokolwiek z bliskich mu osób znalazł się tuż obok, przytulając go i szepcząc na ucho, że wszystko będzie dobrze. Potrzebował dotyku jak jeszcze nigdy wcześniej, i być może dlatego odważył się zrobić coś, czego później tak bardzo żałował.
    To tylko sen, powtórzył w myślach, dosłownie moment później słysząc te same słowa wypowiedziane na głos. Podniósł głowę, napotykając wzrokiem na twarz Rayne'a, którą dzięki otaczającej ich ciemności widział jedynie w lekkim zarysie. Jego ciepły ton głosu i głaskanie po włosach wystarczyło, aby chłopak pękł niemal całkowicie; jego silnie wyglądające ramiona wybrał na najlepszy schron, odgradzający go od przeżytego sennego koszmaru. Przylgnął do jego ciała, ufnie wtulając głowę w klatkę piersiową i zaciskając drobne palce na materiale szpitalnej piżamy, przesiąkniętej tym specyficznym, niekojarzącym się z niczym przyjemnym zapachem. Odsunął się jednak zdecydowanie zbyt szybko i mógł założyć się, że jego blade policzki pokrył szkarłatny rumieniec. Wierzchem dłoni wytarł wilgotne od potu skronie i czoło, odsuwając się i odwracając głowę, by wlepić niewidzące spojrzenie w widniejący na niebie księżyc; jedyne źródło naturalnego oświetlenia.
    — To on po mnie przyszedł — powiedział zamiast bardziej adekwatnego do okoliczności przepraszam. Jake już dawno przestał kogokolwiek przepraszać, nie widząc w tym najmniejszego sensu. Gdyby rzeczywiście zaplanował to zrobić, zostałby zmuszony do codziennego proszenia o wybaczenie za kłopoty, które zrzucił na barki bliskich mu osób za pośrednictwem choroby. Dlatego odpuścił. — Ten facet, który leżał tutaj przede mną — sprecyzował, zaczynając snuć opowieść o śnie, przez który każda następna noc stanie się istnym horrorem. Mówił o tym, jak mężczyzna owiany typową dla ducha poświatą wkroczył do pomieszczenia, ciągnąc za sobą i zaprowadzając w miejsce, które o wiele bardziej pasowało do ich dwójki. W międzyczasie zarzucał go pretensjami - choć i to brzmiało łagodniej niż w rzeczywistości - o zajęcie jego łóżka, które pomimo śmierci wciąż należało wyłącznie do niego. Obudził się z krzykiem w chwili, w której nieznajomy wskazał mu nowe, zarezerwowane tylko dla Jake'a: Ty będziesz spał tutaj, powiedział aż nazbyt wyraźnie, popychając go w stronę otwartej trumny.
    — Ale to tylko sen — powtórzył po raz kolejny, chociaż ani trochę w to nie wierzył. — I nie zdziwię się, jeśli teraz zrezygnujesz z tych planszówek. Pewnie już masz mnie dosyć — dodał, starając się brzmieć obojętnie, jak gdyby wcale nie zależało mu na wspólnym spacerze z człowiekiem, który potrafił uspokoić go kilkoma słowami. — Może spróbowałbym załatwić sobie przepustkę na cały dzień, dawno nie byłem w centrum — powiedział bardziej do siebie niż do niego, wątpiąc, aby przez wzgląd na nogę pozwolili mu wyruszyć w drogę dłuższą, niż ta przewidziana na spacer wokół budynku szpitala.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiedział, że wyglądem i zachowaniem przypominał dziecko, jednak propozycję dotyczącą opowiedzenia mu bajki na dobranoc uznał za nieco przesadzoną. W końcu nawet w domu nie oglądał tych wszystkich popularnych kreskówek, o których co jakiś czas zawzięcie rozprawiali jego niegdysiejszy koledzy ze szkoły średniej i obrażał się, kiedy po ukończeniu osiemnastu lat wciąż miał nałożony obowiązek wracania do domu o dwudziestej drugiej, co uważał zresztą za totalny absurd. Zmienił się jednak o trzysta sześćdziesiąt stopni po zamieszkaniu w szpitalu, gdzie z dziewiętnastolatka zamienił się w rok starszego chłopaka. Nie obchodził go przyniesiony przez siostry oddziałowe mały tort i nie wsłuchiwał się w śpiewane od niechcenia sto lat, które z ust wszystkich zgromadzonych brzmiało raczej jak wyjątkowo nieśmieszny żart oblany sporą ilością ironii. Tak samo przestało obchodzić go to, że wszyscy zgodnie zaczęli traktować go jak chłopca, wymagającego całkowitego nadzoru i opieki; generalnie było mu to nawet na rękę. Przygnębiający budynek szpitala, widok ogólnego cierpienia, łez, sal tortur, głów owiniętych kolorowymi chustami i wizja wszechobecnej śmierci obudziły drzemiące w nim dziecko, z którym nierozerwalnie się utożsamił. Epatował tym na każdym kroku, mimowolnie kreując się na wizerunek typowej sierotki Marysi, płaczącej po kątach i nie potrafiącej pogodzić się z szarą rzeczywistością. Nie udawał kogoś kim nie był, dlatego też tak łatwo zaakceptował propozycję Rayne'a - chociaż i tak nie miał nic do gadania. Ułożył się wygodnie i przycisnął policzek do poduszki, przymykając powieki i w spokoju wsłuchując się w słowa bajki, opowiadanej tym ciepłym, działającym jak najlepsze lekarstwo głosem. Był zmęczony, aczkolwiek słuchał z zapartym tchem, żałując, że opowieść okazała się być aż tak krótka, jak to bajka. Westchnął cicho, gdy historia zakończyła się obowiązkowym happy end'em, biorąc do siebie słowa mężczyzny i zapominając o duchach, zemście zmarłego nieznajomego czy też innych wywołujących lęk kwestiach. Zamiast tego rozmyślał nad kontynuacją historii dzielnego strażaka, wymyślając własne, alternatywne zakończenie jego niebezpiecznych przygód.
    — Tak, śpię — mruknął na wpół przytomnie, przekręcając się na lewy bok i zapadając w długi, wolny od koszmarów sen.
    Zrzucił całą winę na przemęczenie i ciężką noc, jednak obudził się co najmniej o trzy godziny po wyznaczonym czasie. Zazwyczaj otwierał oczy o siódmej, przyzwyczajony do ułożonego od a do z harmonogramu, zatem zdziwił się widząc, że wskazówki zegarka pokazują dziesiątą czterdzieści pięć. Tym dziwniejszy był fakt, że ani pielęgniarki, ani którykolwiek z dyżurujących lekarzy nie obudzili go na śniadanie czy przyjęcie porcji leków; przetarł zaspane i wciąż lekko zapuchnięte od minionego płaczu oczy, wodząc wzrokiem po opustoszałej dwuosobowej sali. Jego uwagę w pierwszej kolejności przykuł leżący na nocnej szafce talerz z kanapkami, na których widok poczuł rzadko spotykany u siebie głód. Bez zbędnego czekania zabrał się za jedzenie, popijając spore kęsy chłodną herbatą, by następnie zastąpić piżamę ulubionymi dresami i kierowany ciekawością wyjść na szpitalny korytarz. Dla własnego komfortu zgarnął po drodze dwie kule, stanowiące idealne podparcie pod obolałą i wielokrotnie połamaną nogę, z którą powoli żegnał się każdego nowego dnia.
    — Rayne! — krzyknął, dostrzegając w oddali sylwetkę współlokatora. Uśmiechnął się nieznacznie, nie chcąc po raz milionowy pokazać mu się jako użalająca się nad sobą ofiara losu; poza tym czuł się już o wiele lepiej, a odbijające się od okien promienie słoneczne tylko potęgowały chwilowy acz dobry nastrój. — Właśnie szedłem do sali, o tej porze są tam największe tłumy i nie można się nudzić — oznajmił, nie wiedząc czy mężczyzna także był częstym gościem wspólnego salonu wszystkich "mieszkańców" ich piętra. — Chciałbyś pójść? Może akurat w telewizji puszczą coś ciekawego. Albo zagramy w grę — dodał cicho, nieco mocniej wyginając kąciki ust ku górze.

    OdpowiedzUsuń
  6. Buzię Jake'a rozświetlił szeroki uśmiech na wieść o przepustce, która zbliżała się do niego wielkimi krokami. Nie spodziewał się, że Rayne osobiście pofatyguje się i spełni jego malutkie życzenie, jednak był mu za to niesamowicie wdzięczny. Najchętniej bez zastanowienia zarzuciłby mu ręce na szyję i przytulił na tyle mocno, na ile pozwalały mu siły, lecz na szczęście powstrzymał się i ograniczył do posłania mu promiennego uśmiechu. Od razu rozpoczął gorączkowe rozmyślanie o miejsach, które bardzo lubił, a których nie widział od długiego, może nawet zbyt długiego czasu, jednocześnie biorąc pod uwagę to, czy spodobają się one Rayne'owi - Jake oczywiście nie wyobrażał sobie, by mężczyzna nie potowarzyszył mu w trakcie tych kilku wyznaczonych przez ordynatora godzin. W pierwszym rzędzie pomyślał o morzu, nad które chodził przynajmniej raz dziennie, pooglądać nadpływające do portu statki czy nakarmić kaczki i mewy, które także były dość często spotykanym widokiem. Wizyta w zoo, spacer po ogromnym parku czy zwykłe pójście na lody do ulubionej lodziarni również wydały mu się niezwykle kuszące, aczkolwiek nie miał zamiaru wybrzydzać; chciał po prostu wyjść z gmachu szpitala i poczuć się jak normalny beztroski dwudziestolatek, spędzający czas ze świeżo poznanym znajomym. Człowiekiem, który w jego oczach przybrał miano bohatera, pomagającego mu już co najmniej czwarty raz w przeciągu raptem kilkunastu godzin.
    — Ciesze się — oznajmił, choć było to widać na pierwszy rzut oka. — I idziesz ze mną! Co jeśli sie zgubie i nie trafię z powrotem do szpitala? To ty będziesz miał wtedy kłopoty — dodał z cichym śmiechem, akcentując to, że żartuje. Pamiętał, że raptem dwa dni przed wyśnioną przepustką czeka go pierwszy wlew, dlatego też bal się, czy oby na pewno żaden z lekarzy nie zmieni zdania i nie przykuje go silą do łóżka nie zważając na wcześniejszą zgodę na wyjście. Chłopak naczytał się setek artykułów na temat działania chemioterapii i miał naiwną nadzieję, że w jego odosobnionym przypadku obejdzie się bez wymienianych przez specjalistów skutków ubocznych. Za sprawą tonięcia w pseudo medycznych informatorach, zabierano mu przywieziony z domu komputer i skutecznie ograniczali dostęp do internetu,
    Z ciekawością rozejrzał się po wypełnionej ludźmi świetlicy, jednak nawet to nie przeszkodziło mu w poszerzaniu swojej wysoce rozwiniętej wiedzy. Przygotowywał się już na wymienianą na forach falę bólu, nudności i obowiązkowych wymiotów, po cichu wierząc, że ograniczy się to wyłącznie do jednego dnia. No może dwóch, nie mniej niedziela musiała upłynąć pod znakiem spokoju, nie rujnując jego niesprecyzowanych jeszcze planów.
    — Dawno nie było tutaj aż takich tłumów. Nie ma gdzie usiąść — mruknął, rozglądając się po świetlicy. Jego ulubiony i najwygodniejszy fotel był zajęty - tak samo jak pozostałe - a na dwóch długich kanapach nie zmieściłby się nawet najchudszy anorektyk. Westchnął, stąpając z nogi na nogę i przenosząc cały swój ciężar na obie kule, podtrzymujące go w pozycji pionowej; nie mógł zbyt długo stać, gdyż zawsze kończyło się to promieniującym bólem kości. — Może weźmiesz grę i usiądziemy na dywanie? — zaproponował, mocniej zaciskając palce na kuli. — Mój kostniakomięsak nie pozwala mi długo stać — wyjaśnił, czując, że Rayne zasłużył na szczerość, czy przynajmniej na poznanie go od tej szpitalnej strony. — A ostatnio jest coraz bardziej głodny i pożera kość w nodze. Prawie tak samo jak pies — powiedział, odzywając się normalnym, pozbawionym negatywnych emocji głosem. — Wybierz sam — ostrożnie odłożył kule na bok, siadając na puszystym dywanie i prostując obolałe kończyny. — Monopoly, scrabble, kalambury, albo warcaby? — wtrącił, nie potrafiąc się powstrzymać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Noga nie była już dla niego tematem tabu i nie miał dużego problemu z opowiedzeniem o zagnieżdżonym w kościach potworze, którego wbrew staraniom nie udawało się pozbyć. Nie zaakceptował go, jednak pogodził się z myślą o zbliżającej się amputacji, która mogła stać się jedynym rozwiązaniem dającym szanse na powrót do zdrowia. Oczywiście nie potrafił wyobrazić sobie ponownej nauki chodzenia i ta myśl nieprzerwanie napawała go strachem, lecz pocieszał się tym, iż w zamian za własną kończynę otrzyma niezniszczalną, metalową zbroję, odporną na wszelkie urazy i przede wszystkim ból. Naoglądał się już imponującej ilości filmów o bohaterach, którzy niezłomnie kroczyli przez życie z połyskującym srebrem ramieniem, dłonią czy inną równie ważną częścią ciała, i żaden z nich ani przez sekundę nie wylewał swoich żali i nie obrażał się na niesprawiedliwy los. Każda z tamtych postaci była dumna, mogąc nosić będącą dowodem męstwa protezę i nie obchodziło go to, że filmy podchodziły pod kategorię science fiction. Sam nie marzył wprawdzie o protezie strzelającej ognistymi pociskami czy miotającej przebijającymi ściany laserami, woląc mimo wszystko pozostać realistą. Wbrew nawiedzających go czarnych myśli chciał także przeżyć, nieważne czy z prawdziwą nogą, czy z jej mechanicznym odpowiednikiem. Byle tylko móc oddychać i cieszyć się każdym następnym uderzeniem pompującego krew serca.
    — Tak — odpowiedział lakonicznie, wzruszając ramionami. Złapał za niebieskiego pionka i jedną kostkę, rzucając nią i wstrzymując oddech w momencie, w którym się zatrzymywała. Nie był pewien, czy tak właśnie powinno się grać, jednak podekscytowany przesunął swoim pionkiem o sześć pól do przodu, tworząc własne zasady jake'owego chińczyka. — Ale teraz przegrasz — powiedział, wracając do poprzedniego, wesołego tonu głosu. — Rzucam raz jeszcze — dodał, uśmiechając się i wypuszczając z ręki kwadratową kostkę, która tym razem wskazała na trójkę. — A co do nogi... — zaczął, przypominając sobie o niedokończonej opowieści, która najwyraźniej zaciekawiła jego nowego znajomego. Jake zauważył jego przygnębienie i w żadnym razie nie chciał, aby było mu przykro z jego powodu; musiał obrócić to wszystko w mało śmieszny żart i względnie nudną anegdotkę, którą opowiadało się na tak samo nudnych rodzinnych schadzkach. — To już niedługo dostanę taką bajerancką protezę, a ją — tu wskazał na nogę — mogą sobie zabrać, razem z tym całym mięsakiem — oznajmił, wiedząc, że brzmi jak niezdające sobie sprawy z wagi sytuacji dziecko. Nigdy nie umiał ocieplić ponurej atmosfery i sprawić, by szara aura zamieniła się w lekki i przyjemny klimat, a czarny humor momentami okazywał się być zbyt czarny, lecz było już za późno na zawrócenie i powiedzenie czegoś kompletnie innego, mądrzejszego. Zresztą było już za późno na wszystko. — Nie wiem jak mogłeś w to grać z przyjaciółmi, to nudne — mruknął, robiąc przy tym niezadowoloną minę wybrednego gówniarza. Strącił palcem wszystkie pionki, zastanawiając się, na co tak naprawdę miał ochotę. Paradoksalnie wiedział na co, jednak na to musiał jeszcze poczekać, a przynajmniej do niedzieli.
    — To może kalambury? Tak dobrze opowiadasz bajki, więc będziesz świetny — Lancaster nie dowierzał w to, że nagle stał się aż tak odważny i rozgadany, zapominając o tym biednym Jake'u, który jeszcze kilka godzin temu przestraszony wtulał się w nowo poznanego mężczyznę. Wykreowana aktualnie figura zobojętniałego chłopaka dodawała mu jako takiej pewności siebie, aczkolwiek domyślał się, że już lada chwila zostanie zdemaskowany. Maska odpadnie, odsłaniając prawdziwego dwudziestolatka; wciąż przestraszonego i niezmiennie zabiegającego o uwagę i poświęcany czas.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jake we wcześniejszym życiu - tak przywykł określać czas spędzany przed usłyszeniem diagnozy - był chłopakiem, którego usta nie zamykały się ani na moment. Lubił rozmawiać i nie łatwo było go zawstydzić, a umiejętność do nagłego peszenia się odkrył w sobie dopiero po zamieszkaniu na oddziale onkologii. Generalnie sam nie wiedział czym było to ustosunkowane; czy świadomością, że wszyscy skaczą naokoło niego i starają się mu pomóc, badaniami, które z często z wiadomych względów strasznie go krępowały czy masą innych, pozostałych czynników, równie istotnych co dwa poprzednie. Dopiero na świetlicy i od niedawna w towarzystwie Rayne'a odzyskiwał przynajmniej jedną czwartą dawnego ja, aktualnie stając się pogromcą kalamburów. Nie mógł powiedzieć, że reszta członków nie radziła sobie dobrze, jednak bez wątpienia to właśnie on i jego nowy współlokator przewyższali wszystkich o głowę; Lancasterowi teoretycznie nie chodziło o wygraną, aczkolwiek cieszył się, gdy szala zwycięstwa przechylała się na ich korzyść. Nie pamiętał już, kiedy śmiał się z niczego i uśmiechał patrząc na innych pacjentów. Domyślał się, że wraz z nadejściem wieczora pamięć o tak dobrym humorze odejdzie w zapomnienie, lecz chwilowo wolał o tym nie myśleć. Wiedział już, w razie napływu kolejnej fali słabości mógł najzwyczajniej w świecie poprosić Rayne'a o krótką rozmowę, by zaraz po niej zamknąć oczy i zasnąć, przypominając sobie jego kojący ton głosu.
    — To co, przerwa? — zapytał, gdy kilkoro towarzyszy porzuciło swoje karty, oznajmiając iż wychodzą do pobliskiej kawiarni. Korzystając z okazji pomaszerował w stronę wolnej już kanapy, wcześniej łapiąc za rękaw koszulki Athaway'a i ciągnąc go za sobą. — Było super — zaczął, mówiąc z tym samym nieblaknącym entuzjazmem. Mimo, że Rayne uczestniczył w grze od początku do końca, Jake nie oszczędził mu ponownego streszczenie całej zabawy, widzianej jego własnymi oczami. Opowiedział o dwójce przeciwników, którzy mieli dość duży problem ze zrozumieniem jego pokazu pantomimy i odgadnięciem paru banalnych haseł, które w jego mniemaniu pokazał w sposób, którym nie powstydziłby się pierwszorzędny aktor któregokolwiek ze znanych teatrów. Co dwa słowa dorzucał także pochwały pod adresem Rayne'a, patrząc na niego z nieskrywaną dumą. I fascynacją, chociaż to starał się kamuflować. — Ale ciekawi mnie jedna sprawa — oznajmił, wyciągając rękę po położone na stoliku karty ze skończonej przedwcześnie gry — Jakbyśmy zagrali to? — wcisnął w jego dłoń jedną, konkretną kartę, uśmiechając się pod nosem i z niecierpliwością wyczekując na przedpremierowy pokaz. W końcu miłość - hasło kluczowe wybranej przez Jake'a karty, nie tak łatwo wyrazić poprzez zabijające szpitalną nudę kalambury.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ciałem Jake'a wstrząsnęły przyjemne dreszcze, gdy poczuł jak palce Rayne'a łapią za jego podbródek i przekręcają jego głowę dokładnie w kierunku mężczyzny. Na krótką chwilę wstrzymał oddech, w międzyczasie odkładając na bok doniczkę z kwiatkiem. Czuł, jak jego serce wybija szaleńczo szybki rytm, boleśnie obijając się o żebra i nie zamierzając zwolnić. Z tak bliskiej odległości mógł bez problemu policzyć ledwo zauważalne piegi widniejące na policzkach Athaway'a, prawdopodobnie będące pamiątką po zbyt długim przebywaniu na słońcu. Patrzył i czekał na coś, co jego zdaniem miało lada moment nastąpić, chociaż wciąż było to dość wątpliwe; ich usta znajdowały się zdecydowanie zbyt blisko siebie i w wyobraźni czuł już ich smak, nie mogąc doczekać się, aż fikcja ustąpi miejsca rzeczywistości. Czekał, spoglądając na niego szeroko otwartymi z wrażenia oczami, nie potrafiąc rozróżnić już, czy grał czy wypuścił z rąk karty i odkrył przed nim swoje prawdziwe, jeszcze bardziej pociągające oblicze. Jake być może i był naiwny, jednak w tym konkretnym momencie nie uważał, by zachowanie mężczyzny uwarunkowane było zwykłą, przeznaczoną na potrzeby rozrywki gierką. Jego niedające mu spokoju słowa, dotyk pobudzający do życia drgawki i całokształt składający się na jego osobę, nie mogły być raptem czymś zupełnie normalnym i naturalnym. Rayne także od samego początku przyciągał jego uwagę, stopniowo poszerzając zakres jego zainteresowania. Zainteresowania, sukcesywnie zamieniającego się w coś, czego nie umiał zdefiniować.
    — Wszyscy już poszli — szepnął, omiatając jego szyję swoim ciepłym oddechem. Zbliżała się pora obiadu, lekarskiego obchodu i obowiązkowych badań, dlatego też Jakie nie zdziwił się, gdy zostali w pomieszczeniu zupełnie sami. Tylko on i Rayne, i wytworzony za pomocą kalamburowej karty klimat, tak bardzo motywujący dwudziestolatka do podjęcia milowego kroku wprzód... Nie mógł dłużej czekać. Nie chciał też siedzieć z nim ramię w ramie i beznamiętnie wpatrywać się w te pełne wargi; odbijająca się od czaszki przypominajka odnośnie jutrzejszej chemii jedynie podsyciła pragnienie, nad którym nie potrafił zapanować. — Wiesz, myślę, że mogliby to pomylić z oświadczynami. Ale tego nie — jak najdelikatniej tylko umiał, musnął ustami jego odpowiedniczki, składając na nich równie delikatny i krótki pocałunek, by następnie gwałtownie i zbyt boleśnie spaść na ziemię i wybiec ze świetlicy, ignorując pozostawione w kącie pomieszczenia kule i promieniujący ból nogi, której rzecz jasna nie powinien nadwyrężać.

    Było mu wstyd jak chyba jeszcze nigdy dotąd, dlatego też cieszył się, że nie widział Rayne'a przez kolejne godziny. Zastanawiał się co robił jego współlokator, lecz ulga argumentowana potrzebną samotnością skutecznie pokonała nie mającą żadnych szans ciekawość. Sam przeleżał niemal calutki dzień w łóżku, które już nie napawało go irracjonalnym strachem; przynajmniej sześć zakładek w odpalonym przez niego internecie dotyczyło wyłącznie chemioterapii, jednak nawet taka lektura nie odgoniła jego myśli od Rayne'a, do którego jak na złość wracały po każdym odświeżeniu strony i odstawieniu laptopa nieco na bok. Chciał zobaczyć go jeszcze przed zbliżającym się wlewem, aczkolwiek skapitulował zdecydowanie zbyt prędko niżeli planował. Zasnął w chwili, w której wiszący na ścianie zegar wskazał zaledwie osiemnastą trzydzieści, nie wypuszczając z rąk komputera, który zachwiał się niebezpiecznie i osunął nieznacznie ku dołowi. Przed samym odpłynięciem do krainy snów przez jego głowę przemknęła myśl o reakcji mężczyzny na niespodziewany pocałunek; zamierzał go jakoś przeprosić, zrzucić winę na stres związany z chemioterapią czy na zbyt mocne wczucie się w rolę aktora. Miał jednak nadzieję, że pozostawiona na jego nocnej szafce wiadomość w postaci mlecznej czekolady i liściku wyślą mu nieprawdziwy sygnał, iż nawet Jake'a nie poruszyło to, co zaszło na świetlicy, a jego nagła ucieczka nie miała nic wspólnego z ich złączonymi ustami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak nie jestem mistrzem kalamburów, mój ostatni pokaz nie wyszedł tak jak chciałem, w zasadzie wcale nie wyszedł. Zjedz czekoladę, poczujesz się lepiej, jeśli oczywiście masz żal za to, że zepsułem ostatni element gry.
      PS. Jutro rano zabierają mnie na cały dzień do innego gabinetu na chemię, nie zobaczymy się aż do wieczora. Dobranoc. Jake
      .

      Usuń
  10. Lekarz prowadzący przyszedł po niego godzinę wcześniej niż zazwyczaj robiła to pielęgniarka, na siłę zwlekając go z łóżka i podstępem zmuszając go do pójścia wraz z nim do specjalnego gabinetu. Jake nigdy nie stawiał oporów, lecz tym razem nie miał najmniejszej ochoty na kilkugodzinne leżenie w całkowitym bezruchu i zmaganie się z opisywanymi w internecie skutkami ubocznymi. Przy kłótni z upartym lekarzem starał się mówić względnie cicho, żeby nie obudzić śpiącego Rayne'a, jednak poddał się już po niecałym kwadransie, przekupiony zapewnieniem co do tego, iż internet kłamie i w rzeczywistości nie będzie aż tak źle. Mowa o przyniesieniu przez sanitariusza pizzy, którą zamierzał zjeść wieczorem wraz z współlokatorem, również zadziałała na korzyść chemioterapii; ze zbolałą miną zszedł z łóżka, biorąc pierwsze lepsze ubrania i wchodząc do łazienki, by umyty, przebrany i pozornie gotowy ruszyć za zniecierpliwionym onkologiem.
    Od trzech godzin leżał przykuty do łóżka i kroplówki, która za pośrednictwem wprowadzonej do żyły cienkiej rurki przetaczała do organizmu toksyczną, wyniszczającą substancję. W celu zignorowania podchodzących do gardła treści żołądkowych skupił się na rozmyślaniu o niedzieli i pisaniu w głowie scenariuszy rozmów, które planował odbyć ze starszym mężczyzną. Wiedział, że musi przynajmniej skomentować pocałunek, który bez zastanowienia określił by jednym z najlepszych w całym jego życiu, aczkolwiek nie miał zielonego pojęcia, jak powinien to zrobić. Jake nie był mistrzem odczytywania ukrytych w ludzkich twarzach emocji, lecz to było dla niego jasne; wszystko wskazywało na to, że Athaway boi się dopuścić do siebie alternatywę, kończącą się nieplanowanym, zakazanym szpitalnym romansem z młodszym dzieciakiem. Rayne na pierwszy rzut oka nie kojarzył mu się z chorym pacjentem, który także walczył o życie; wyglądał na silnego, zdrowego i wiecznie uśmiechniętego faceta, dlatego też chciał poznać całą prawdę i w jakichkolwiek sposób dotrzeć do tego prawdziwego, ukrytego głęboko Rayne'a. Wiedział, że będzie to wyjątkowo trudne, lecz nie mógł zostawić całej sprawy bez najmniejszego odzewu. Non stop wracał pamięcią do chwili pocałunku, zatem odwrócenie się plecami i udawanie, że nic się nie stało, byłoby największą z możliwych głupot, jaką kiedykolwiek mógł popełnić. Może i oboje leżeli na łożu śmierci, jednakże robienie czegokolwiek wbrew sobie i powolne szykowanie się do trumny nie miało żadnego sensu, nawet dla Jake'a. Sam nie miał zamiaru marnować czasu na żałowanie czegoś, czego nie mógł już naprawić; chciał poznać go bardziej i zrobić to, na co miał szczerą ochotę, dopóki miał siły wziąć sprawy we własne ręce.
    — To koniec na dzisiaj, panie Lancaster — usłyszał niezidentyfikowanie długi czas później, podnosząc głowę znad metalowej, podstawionej mu miski. Z trudem usiadł na wózku, słaniając się na nogach i o mały włos nie padając na kafelkową podłogę. Internet nigdy nie kłamie, oszuście, pomyślał, dla pewności przeczesując palcami włosy, które wbrew paranoidalnym obawom wciąż pozostawały na swoim miejscu, choć parę kosmyków opadło leniwie na ziemię.
    — Tęskniłeś, Rayne? — bez zaproszenia usiadł na brzegu jego łóżka, wciskając mu w dłonie pudełko z obiecaną przez lekarza pizzą. — Wróciłem cię nakarmić — zmusił się do posłania mu uśmiechu, odwracając głowę i spoglądając na własne odbicie w stojącym na przenośnej toaletce lustrze. Był biały jak prześcieradło, a pod oczami widniały nowe sine plamy, jednak na całe szczęście jego współlokator prezentował się o wiele lepiej. Jak zwykle idealnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Co robiłeś przez cały dzień? Działo się coś fajnego? Byłeś może na świetlicy, albo na spacerze? Bo pewnie nie oglądałeś tego serialu o szesnastej, wiesz, tego o chirurgach... — mówił niezwykle monotonnym głosem, przypominającym ten, którym posługiwały się zasypiające osoby. Jake w zasadzie czuł się podobnie; najchętniej zasnąłby w ramionach Rayne'a, budząc się dopiero w niedziele rano. — Częstuj się, ja jednak nie dam rady — powiedział przeczuwając, że przełknięcie choćby kawałka kosztować go będzie kolejną falą mdłości i wymiotów.

      Usuń
  11. Nie miał siły się uśmiechać, jednak na jego wymęczonej twarzy cień uśmiechu pojawił się automatycznie, gdy spoglądał na zajadającego pizzę Rayne'a. Kiwnął głową, godząc się na to, iż nadrobią jego spowodowane chemioterapią "żywieniowe braki" podczas niedzielnego wypadu, którego już nie mógł się doczekać. Miał tylko nadzieję, że utracone siły powrócą mu już następnego dnia; nie miał zamiaru zabierać ze sobą inwalidzkiego wózka a nawet kul, chociaż te dla świętego spokoju wolał mieć pod ręką. Chciał zapamiętać ten dzień na długo, a ciągłe przerwy, zatrzymywanie się przy każdej kolejnej ławce na moment odpoczynku nie mogły wchodzić w grę. Musiał wykorzystać sobotę na całkowitą regenerację, nieważne, że wiążącą się leżeniem w ciepłym łóżku, nie kojarzącym się już ze złymi duchami. Ostatni dzień weekendu był jego priorytetem i malutkim światełkiem w ciemnym tunelu, dlatego też nie planował skarżyć się na kiepskie samopoczucie nawet wtedy, gdy w innych okolicznościach prosiłby już o nową dawkę środków uśmierzających ból. Bał się, że przepustka zostanie mu odebrana tak szybko jak ją otrzymał, a wiedział, że nie przeszedłby obok tego obojętnie; jedynie wizja wyjścia na zewnątrz, zmiana otoczenia i perspektywa obcowania ze zdrowymi, niemającymi o niczym pojęcia ludźmi podtrzymywała go na duchu, i żadna z tych rzeczy nie mogła zostać zniszczona i pokonana przez osłabienie czy typowe dla chemii bunty układu pokarmowego. Poza tym nie chciał zawieść oczekiwań Rayne'a, domyślając się, że jemu także dobrze zrobi odetchnięcie świeżym, nie szpitalnym powietrzem. Spacer po Bostonie, chłonięcie widoku żyjącego miasta, odwiedziny w zoo oraz obiad w niewskazanym dla nich fast foodzie, mogły wpłynąć zbawiennie na ich zdrowie, chociaż w to Jakie nie pokładał zbyt dużych nadziei. Nigdy nie wierzył w medycynę alternatywną czy w żywiących się desperacją pacjentów zielarzy bądź innych nie mających nic wspólnego z medycyną oszustów, aczkolwiek miał świadomość, że dobre samopoczucie to klucz do sukcesu, nawet tego malutkiego. A nikt nie był w stanie osiągnąć pełnego zadowolenia przebywając w czterech ścianach, mając za gości pielęgniarki, lekarzy, stażystów i pozostałą część personelu. Wyłącznie odcięcie się od tego miejsca mogło przynieść zauważalne efekty, a do tego potrzebował odzyskać swoją nikłą lecz zdatną do użytku energię.
    — Resztę zjemy na śniadanie — mruknął cicho, posłusznie układając się tuż obok niego. Przymknął powieki, gdy Rayne okrył go kołdrą, i ułożył głowę na przesiąkniętej jego zapachem poduszce. Było mu w tamtym momencie zadziwiająco dobrze i nie chciał - a przynajmniej w razie takiej ewentualności zamierzał wnieść swój kategoryczny sprzeciw - opuszczać jego łóżka i wracać do siebie. Przez cały dzień brakowało mu jego głosu i dotyku, więc zamierzał korzystać tak długo jak tylko mógł. Westchnął, czując jak jego palce powoli przeczesują jake'owe włosy, a oczy wpatrują się w bladą buzię z tym samym spokojem, który zaczynał udzielać się Lancasterowi. — A czuje się dobrze, serio — odpowiedział słabo przekonującym tonem głosu — No, może trochę boli mnie brzuch i chce mi się spać, ale to nic poważnego — dodał, jakby na potwierdzenie ziewając i przecierając wewnętrzną stroną dłoni oczy. Interesowała go pewna kwestia, jednak nie miał na tyle odwagi, by zapytać o to wprost. Do głowy przyszedł mu jednak pomysł na wyprowadzenie rozmowy na ten właśnie tor, przy okazji subtelnie zmuszając mężczyznę do uchylania rąbka tajemnicy.
    — Miło, że pytasz. Moi rodzice nawet nie zadzwonili i nie zapytali jak po pierwszej chemii — naciągnął kołdrę nieco wyżej, eliminując ogarniające go zimno, za sprawą którego przybliżył się do leżącego nieopodal Rayne'a, przylegając ostrożnie do jego boku. — O tobie nie zapomnieli i kiedyś będę mógł ich poznać? — zapytał, chociaż bardziej brzmiało to jak stwierdzenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiedział przecież, czy jego współlokator posiadał rodzinę i czy utrzymywał kontakty z dawnymi przyjaciółmi; Jake oczywiście nie był zazdrosny, lecz nie umiał wyobrazić sobie, że leży na swoim, oddalonym o parę metrów łóżku, patrząc jak przy legowisku Athaway'a tłoczą się starzy znajomi. On sam nie powiedział nikomu o chorobie, ale powątpiewał, by Rayne zachował się w identyczny sposób. — Nie każesz mi wracać do siebie, prawda? — wyszeptał, kładąc głowę na jego ramieniu i ułatwiając mu tym przeczesywanie przydługich włosów. Czuł, że zaśnięcie będzie jedynie kwestią parunastu sekund, toteż zamknął oczy, nawet nie czekając na jego zgodę.

      Usuń
  12. Jakie już dawno nie spał tak dobrze jak minionej nocy. Zasypiając w ramionach Rayne'a czuł, że całe zło tego świata przestaje go dotyczyć, a jakaś niewidzialna siła zamknęła go w bańce szczęścia, której nic nie było w stanie przebić. Spokój i bezpieczeństwo definiował jego imieniem i nazwiskiem, a ulubionym miejscem w dość szybkim czasie stały się jego ramiona, które zgarniały go w objęcia zawsze wtedy, gdy tego potrzebował. Głaskanie po karku i powolne przeczesywanie włosów usypiały go lepiej niż opowiedziana pierwszej nocy bajka, i mógł założyć się nawet o nową pizzę, że tuż przed zaśnięciem poczuł dotyk jego warg na swoim czole, chociaż równie dobrze mogło mu się to tylko przyśnić. Tak czy inaczej jego bliskość działała na niego lepiej niż przetaczane do krwiobiegu lekarstwa i był o mały włos przed stwierdzeniem, że dłuższe obcowanie z Athaway'em skutecznie wyleczyłoby go z trawiącego od środka nowotworu. Mężczyzna działał na niego tak samo jak niejeden środek uzależniający, z taką różnicą, iż efekt nie był ani trochę destruktywny, wręcz przeciwnie.
    — Nie jestem głodny, chcę spaaać — odmruknął, narzucając na głowę kołdrę. Zaraz jednak ponownie odrzucił ją na bok i zbadał ręką przestrzeń wokół siebie, chcąc doszukać się obecności Rayne'a. Westchnął cicho, gdy jego dłoń ku wielkiemu rozczarowaniu nie natrafiła na dłoń współlokatora, w rezultacie chcąc-nie chcąc zsuwając się z jego łóżka. Zrobił to chyba nieco zbyt szybko, gdyż zakręciło mu się w głowie i z trudem utrzymał się w pozycji pionowej; przytrzymał się metalowej poręczy własnego łóżka, uśmiechając się na dzień dobry i ostrożnie siadając na samym jego brzegu. — Mam nadzieję, że nie chrapałem i dałem ci pospać — powiedział z entuzjazmem, który nie wyparowywał mimo wciąż dającego się we znaki złego samopoczucia. Rozbrzmiewająca w głowie sobota niwelowała zmęczenie i resztę efektów ubocznych, a wizja dnia jutrzejszego sprawiała, że odnajdywał w sobie siły na przebiegnięcie szerokości szpitala i wykrzyczenia, że zapewne najlepszy dzień jego życia jest już w zasięgu jego wzroku. — I wiesz co jest jutro? Zdradzisz gdzie pójdziemy? Bo już nie mogę się doczekać — rzucił w tym samym momencie, w którym drzwi sali otworzyły się, a do środka wkroczyła pielęgniarka z dwoma tacami wyładowanymi śniadaniem. Położyła je na ich stolikach, przed wyjściem odwracając głowę w stronę Jake'a i wypowiadając słowa, których nie spodziewał się usłyszeć:
    — Będzie miał pan dzisiaj gościa, panie Lancaster.
    Kilka godzin później nerwowo oczekiwał na kolejne już tego dnia otwarcie drzwi, aby ujrzeć w ich progu znajomą sylwetkę kobiety, z którą mieszkał od równych dwudziestu lat. Wcześniej jak niemal każdy nastolatek nie doceniał widoku rodziny, jednak aktualnie poczuł ulgę, że mimo obaw nie zapomnieli o obiecanych w miarę jak najczęstszych odwiedzinach. Poza tym chciał, aby jego matka poznała Rayne'a, który zgodnie z jego oczekiwaniami miał zrobić na niej tak samo duże wrażenie jak na nim samym. Chciał pochwalić się nim większemu kręgowi osób, lecz z braku takowej możliwości musiał zadowolić się tym co miał. — Nikt z moich znajomych ze szkoły nie wie, że tu jestem. Tylko rodzina — wyznał, zabijając czas oczekiwania rozmową. — No, w końcu to oni zauważyli, że coś nie w porządku z moją nogą, ale i tak nie wyobrażam sobie, żeby nie wiedział kompletnie nikt. Na pewno myślisz tak samo, Rayne — dodał, wyciągając się wygodniej na łóżku. Odpoczynek nie trwał jednak tak długo jakby to sobie wymarzył, gdyż już po trzech kwadransach przy jego łóżku siedziała ciemnowłosa kobieta, patrząca na niego z wyraźnym błyskiem w oczach. Wyciągnął ręce, wtulając się i uśmiechając szeroko, pomimo wytworzonej przykrej atmosfery. Cieszył się, mając przy sobie dwójkę ważnych dla siebie osób, dla których najwyraźniej nie był jedynie ciałem, które lada chwila spocznie trzy metry pod ziemią, a kimś, komu warto poświecić czas i nie klasyfikując go pod kategorię tego straconego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Mamo, a to jest Rayne, mój najlepszy przyjaciel — mrugnął do niego znad ramienia kobiety, odsuwając się i pokazując jej będącego łóżko dalej mężczyznę. — Jutro gdzieś razem pójdziemy, może do zoo... — dodał rozmarzonym tonem głosu, zastanawiając się, czy kapryśna majowa pogoda tym razem im dopisze.

      Usuń
  13. Jakie nie zdziwił się, gdy matka wyszła nieduży czas po tym, jak salę opuścił Rayne. Już od samego początku trwania jego choroby nie potrafiła utrzymać z synem kontaktu wzrokowego, bojąc się, że ujrzy w nich ból i cierpienie, dlatego też unikała go jak ognia, choć paradoksalnie wcale tego nie chciała. Ucieczka pomagała jej przetrwać, a każde spotkanie, nawet tak krótkie, skutecznie wytrącało ją z równowagi i przypominało, że jej najstarsze dziecko odchodzi. Jake ani trochę nie miał jej tego za złe; nie dzwonił, nie prosił o odwiedziny i nie wywierał na niej żadnej presji. Wolał, aby przebywała w domu, z mężem i młodszą córką, którzy nie kojarzyli jej się ze szpitalem i niekończącą się niepewnością. Jedynie tego popołudnia, przed tym jak nacisnęła na klamkę, w ramach pożegnania rzucił nieśmiałe: — Przyjdźcie jeszcze kiedyś całą trojką — mając naiwną nadzieję, że któregoś pięknego dnia w progu stanie więcej niż jedna przybyła do niego osoba.
    Zaczynał żałować, że nie poprosił Rayne'a o jego numer telefonu. W końcu mężczyzna nie wiedział, że jego niespodziewany gość uciekł tak prędko, a tym sposobem łatwo mógł ściągnąć go z powrotem do sali. Poza tym dzięki temu mogliby się kontaktować, gdy drugi postanowi wyjść na dłuższą przepustkę, na parę dni zamieniając szpital na własny dom. Jake już dawno przestał używać komórki jako przyrządu służącego do pisania sms'ów czy dzwonienia, a jak na chwilę obecną, tylko i wyłącznie Rayne mógł tytułować się mianem jego przyjaciela. Zastanawiał się, czy wyjaśnienie pewnych zaistniałych między nimi niedopowiedzeń można by wyprostować przy pomocy drogi elektronicznej, jednak nie będąc w posiadaniu tych dziewięciu cyfr, jego pole do działania było znacznie ograniczone. Aby zająć czymś ręce sięgnął po leżące na szafce wczorajsze pudełko z pizzą, wyjmując zimny trójkącik i zabierając się za nieprzynoszące satysfakcji jedzenie.
    — Tak, było miło — odpowiedział jakiś czas później, uśmiechając się na widok siedzącego na jego łóżku Athaway'a i przełykając spory kęs posiłku. Wytarł usta dłonią, przysuwając się bliżej niego i spoglądając na twarz, która na samym początku wydała mu się dziwnie obca. Jeszcze nigdy w trakcie ich krótkiej stażem przyjaźni nie widział go smutnego, a tym razem wymalowany w jego oczach niepokój udzielał się samemu Jake'owi. Wiedział, że współlokator maskował to uśmiechem i neutralną rozmową, aczkolwiek on zdemaskował go niemal od razu. I bardzo go to martwiło.
    — Nawet nie skomentowała naszego jutrzejszego wyjścia — poskarżył, robiąc przy tym minę a'la obrażony chłopczyk. — Wiesz, myślałem, że powie coś na temat skrajnej nieodpowiedzialności i każe mi zostać w szpitalu. Ale chyba jednak mało ją to obchodzi — mruknął, wzruszając ramionami. Nie miał pojęcia dlaczego zwrócił uwagę na tak błahy szczegół; kiedyś oddałby wszystko za chwilę wolności, lecz teraz ta zgoda na robienie tego co chciał nie sprawiała mu tyle frajdy ile myślał. — Lekarz dał nam tylko pięć godzin, prawda? — zapytał, zastanawiając się, czy zdążą zamknąć cały plan dnia w tak okrojonym czasie. Bostońskie zoo imponowało rozmiarami, a jeśliby doliczyć do tego minuty potrzebne na dojście i powrót. I oczywiście wyprawę na niezdrowe jedzenie... — Najwyżej trochę się spóźnimy, chyba nie urwą nam za to głowy — powiedział, lekko szturchając go w ramię. — Rayne, wszystko dobrze? Chyba nie przestałeś się cieszyć jutrzejszym wyjściem? — zapytał z niepokojem, kierowany instynktem łapiąc go za rękę i ściskając ją w porozumiewawczym geście.

    OdpowiedzUsuń
  14. Wyjście do zoo z reguły nie było czymś ekscytującym - chyba, że dla pięciolatka - jednak Jakie nie mógł zasnąć praktycznie przez całą noc. Obracał się z boku na bok, co chwila wyjmując schowany pod poduszką telefon by spojrzeć, ile godzin dzieliło go od nadejścia świtu. Rozświetlony ekran komórki sprawdził się lepiej niż używana przez niego wcześniej latarka, jednak dwudziestolatek nie potrzebował już ochrony w postaci światła; leżał, spoglądając na uśpioną twarz Rayne'a i uśmiechając się na samą myśl o ich małej popołudniowej wycieczce, która nawet po wybiciu czwartej nad ranem przybierała miano wyjątkowo realnej.
    Ignorując ból nogi pobiegł prosto w kierunku drzwi wyjściowych, dla własnej wygody zabierając tylko jedną kulę. Najchętniej nie wziąłby żadnej, jednak dyżurująca pielęgniarka skutecznie zmusiła go do zmiany zdania. Chciał zmieszać się z tłumem i choć przez chwilę poczuć jak inni, zdrowi mieszkańcy Bostonu, a przynajmniej zamierzał takowego udawać. Wcisnął do kieszeni maseczkę, która podobno miała chronić jego osłabiony i chłonący jak gąbka infekcje organizm, po długiej kłótni stawiając na swoim i stanowczo odmawiając jej założenia. Właściwie nie obchodziło go, czy wróci z katarem, kaszlem, gorączką czy innym wirusem; obchodził go przede wszystkim Rayne i ich moment sam na sam. Kilka godzin, które będzie wspominał przez co najmniej tydzień, przywołując w pamięci jego uśmiech i używając tych wspomnień jako najpotężniejszego talizmanu, odganiającego wszelkie zagrażające mu niebezpieczeństwa. W dalszym ciągu nie potrafił zaszufladkować współlokatora i nadać mu konkretny i najbardziej pasujący tytuł; przyjaciel być może i fragmentarycznie nadawał się na zdefiniowanie jake'owych emocji, aczkolwiek myśl, która przyszła mu do głowy na sekundę przed wyjściem, z całą pewnością odrzucała typowo przyjacielskie korelacje. Jake oczywiście wiedział, że to nie jest randka, lecz jego przyklejony do twarzy uśmiech poszerzał się jeszcze bardziej, gdy wymawiał w umyśle właśnie ten krótki wyraz. W końcu kto widział dwójkę przyjaciół zasypiających w jednym łóżku i trzymających się za dłonie? Lancaster nie tłumaczył tego pragnieniem zaspokojenia samotności czy strachem związanym z zdecydowanie za wolnym procesem nieuniknionego umierania. Jako wolna od raka osoba także z wielką radością kreśliłby niewidzialne kółeczka na wewnętrznej stronie jego dłoni i składał niepewne pocałunki na jego przyciągających jak magnes wargach; nie mógł zatem zrzucać winy na chorobę, która mimo wszystko nie była żadnym argumentem. Rak był tylko i wyłącznie - a może aż - rakiem, a jego leniwie rozwijające się i ciężkie do scharakteryzowania uczucia wykraczały poza szpital i wizję rychłego pożegnania się ze światem. Były czymś, nad czym nie potrafił zapanować, czymś co wychodziło prosto z jego bijącego na widok bruneta serca, które włączało pięty bieg zawsze wtedy, gdy na horyzoncie pojawił się jego osobisty anioł stróż, będący żywym obiektem jego dziecinnej fascynacji.
    — Ładna dziś pogoda, prawda? Myślisz, że utrzyma się do wieczora? — zapytał po wyjściu na zewnątrz, od razu podnosząc głowę i zaciskając oczy, gdy ciepłe promienie słońca poraziły go swoją intensywnością. Nie mógł być obiektywny, gdyż prawie trzy tygodnie spędził zamknięty w czterech ścianach, jednak wydawało mu się, że po raz pierwszy słońce świeci aż tak mocno. Może to zasługa jego dobrego humoru czy obecności Rayne'a, acz nagle wszystko wokół niego nabrało żywszych, pastelowych barw. Trawa wyglądała na zieleńszą, niebo na bardziej niebieskie a rosnące koło szpitala klomby z kwiatami odrobinę bardziej kolorowe i zadbane, a sam Jake nie chciał tracić czasu na rozstrzyganie tej zagadkowej kwestii . — Te pielęgniarki są strasznie denerwujące, kazały mi się ciepło ubrać, zupełnie jak dziecku — mruknął, rozpinając zamek błyskawiczny kurtki, pod którą założył względnie elegancką koszulę w czerwono granatową kratę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Pojedziemy autobusem, tramwajem czy idziemy pieszo? — zarzucił go następnym z rzędu pytaniem, walcząc z pokusą zapytania o to, gdzie wybierał się po zakończeniu ich wspólnego dnia. — I już to mówiłem, ale naprawdę bardzo się cieszę. Tak dawno nie byłem na randce — wybuchnął śmiechem, trącając go łokciem w bok i nie czekając na niego ruszył do przodu wiedząc, że przy jego żółwim tempie chodzenia Rayne dogoniłby go nawet z zamkniętymi oczami i kostkami obwiązanymi grubym sznurem.

      Usuń
  15. Jake'owi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać; natychmiastowo uczepił się jego ramienia, zachowując się jak na najprawdziwszej randce, w którą powoli zaczynał wierzyć. Czuł się tak dobrze jak nigdy dotąd, jednak małe kłamstwo w postaci sporadycznego narzekania na dolną kończynę nie wydawało mu się wielką i niewybaczalną zbrodnią, jeśli w zamian za to mógł maksymalnie przybliżyć się do maszerującego obok Rayne'a i na króciutki moment wtulić głowę w zagłębienie jego szyi, gdzie aktualnie dosięgał. Nie przeszkadzała mu ani różnica wzrostu ani przede wszystkim wieku; podświadomie czuł, że są dla siebie stworzeni i nie pogardziłby zamknięciem wraz z nim w klatce któregokolwiek ze zwierzaków, gdzie oczami wyobraźni widział już ich wspólne kruszenie murów i pogłębianie zawartej w szpitalnej sali przyjaźni. Co kilka minut nerwowo podwijał rękaw i spoglądał na zegarek, bojąc się, że ich czas wyczerpie się zanim zdążą się nim w pełni nacieszyć. W przypływie takowej paniki ciągnął go za skrawek ubrania i pośpieszał wyrzucanymi z gardła słowami, choć wiedział, że to on wszystko spowalniał, i nie chodziło tu wyłącznie o buntującą się kość. Jake z wymalowaną na twarzy radością zatrzymywał się przy każdym wybiegu i przy każdej klatce, stojąc i gapiąc się na znudzone lwy, hałasujące papugi czy skubiące trawę żyrafy. Siłą woli odepchnął głupią myśl o wsunięciu kuli pomiędzy kraty, woląc nie żegnać się z nią tak prędko i nie oddawać jej na pożarcie wygłodniałym bestiom o wielkich szponach i równie ostrych kłach. Przystawał wtedy w bezpiecznej odległości, uśmiechając się lekko i ponownie opierając o bok Athaway'a, który stał się jego ulubioną i przy okazji najwygodniejszą podporą.
    — Lewo! Albo nie, prawo! — rzucił okiem na ściskaną w rękach mini mapkę zoo, z ciężkim sercem odsuwając się od swojego towarzysza na rzecz następnej już analizy nieznanego terenu. Przejrzał dokładnie każdy zakamarek, który skrywała spora kartka papieru, zastanawiając się, gdzie udać się w pierwszym rzędzie (nagminnego zatrzymywania się w trakcie dochodzenia do celu nie brał pod uwagę). Jakie nie miał ulubionego zwierzątka, a zależało mu na zobaczeniu wszystkich mieszkańców zoo, dlatego też w grę wchodziło jedynie losowanie. Rozłożył mapę na znajdującej się obok ławce, podnosząc rękę do góry i kreśląc w powietrzu niezidentyfikowane szlaczki, by po zamknięciu oczu wycelować na ślepo w przypadkową plamkę z wyrysowaną na niej legendą ułatwiającą odwiedzającym dojście do celu. — Chyba jednak w lewo — posłał w jego stronę szeroki uśmiech, odsłaniając przy tym rządek zębów. Podniósł palec z małej kropki oznaczonej przypisem: niedźwiedzie polarne, składając mapkę w równą kostkę i powoli podnosząc się z ławki. — Myślisz, że obok zagrody z niedźwiedziami będą pandy? — zapytał, przypominając sobie o tych uroczych i zabawnych miśkach, które jak dotąd znał jedynie z telewizji. — Wiesz, nie takie kung-fu — dodał szybko, nawiązując do puszczanej na świetlicy kreskówki, którą z nudów widział już przynajmniej dwadzieścia razy, jak nie więcej. — Zresztą przekonamy się jak tam dojdziemy — dodał, bezceremonialnie łapiąc go za rękę i prowadząc w kierunku zgodnym z papierowym przewodnikiem. Zatrzymał się jednak w pól kroku, postanawiając wprowadzić w życie usłyszaną nie tak dawno obietnicę; z przewieszonego na ramieniu plecaka wyjął swój fotograficzny aparat, wręczając go Rayne'owi i skinieniem głowy zachęcając do zrobienia pierwszego, pamiątkowego zdjęcia. Stanął na palcach, zrównując się z nim wzrostem, po czym zarzucił jedną rękę na jego szyję, uprzednio przejeżdżając opuszkiem palca po jego karku. — Naciśnij środkowy przycisk — ponaglił, chcąc już stanąć przy klatce zajadającej bambus pandy bądź też wpatrywać się w pływającego w lodowatej wodzie polarnego miśka.

    OdpowiedzUsuń
  16. Jakie nie chciał, aby Rayne tracił na niego pieniądze - chociaż jego skromnym zdaniem lepiej było je wydać, aniżeli zabierać ze sobą do grobu, gdzie po stosunkowo krótkim czasie pożarłyby je mieszkające pod ziemią robaczki. Oczywiście wierzył, że mężczyzna wyzdrowieje i nie przejmował się tym, że nie ma zielonego pojęcia o jego chorobie, a wcześniejszą niezbyt mądrą sugestię uargumentował za długim przebywaniem na słońcu, które najwyraźniej miało zły wpływ na jego zachowanie i sposób myślenia. Wcale nie uważał także podarowanego mu prezentu za infantylny czy idealny na urodziny przedszkolaka, w dodatku płci żeńskiej; gest mężczyzny wydał mu się uroczy i cudem stłumił w sobie chęci przyciśnięcia warg do jego policzka, by moment później zjechać z pocałunkiem nieco niżej, na jego własne wciąż wygięte w uśmiechu usta. Chwycił w obie ręce pluszową pandę, patrząc na nią jak na coś najdroższego i najcenniejszego i nie mając na myśli straconej kwoty czy niepodlegającego dyskusjom uroku maskotki; Rayne mógł dać mu najzwyklejszą i nic niewartą rzecz, którą każda inna osoba o zdrowych zmysłach wyrzuciłaby do kosza na śmieci, jednak on i tak traktowałby ją jako coś niezwykle ważnego. I tylko i wyłącznie dlatego, że otrzymał to od niego. Od mężczyzny, na którego widok jake'owe serce gwałtownie przyśpieszało, obijając się o wystające żebra i sprawiając, że jego własny, zazwyczaj w miarę ogarnięty umysł wariował, zamieniając się w niezdatną do użytku papkę. Być może z tego powodu tracił przy nim zdolność do utrzymania się w ryzach, prezentując się od strony, od której się nie znał, chociaż przez co najmniej osiemnaście lat egzystował w głębokim przekonaniu, iż wie o sobie wszystko. Mówienie o trenujących karate pandach i strzelających kulami ognia protezach z pewnością nie przeszłoby przez gardło normalnego Jake'a, aczkolwiek owładnięty niezrozumiałą fascynacją jego odpowiednik wypowiadał to wszystko bez mrugnięcia okiem. Nie dopuszczał do świadomości głosu podpowiadającego mu, że niemalże identycznie postępowałby inny, zakochany po uszy nastolatek, któremu identyfikacja własnych uczuć nie wychodziła nawet w tym najmniejszym, ledwo zauważalnym stopniu. Mógł wygadywać przy nim ten stos bzdur i utwierdzać go w przekonaniu co do tego, iż jego nowy przyjaciel jak najprędzej powinien zmienić oddział onkologii na dziecięcy. Mimo tego odnosił wrażenie, że ma do tego pełne prawo, a najwidoczniej Rayne nie przywiązywał do tego większej wagi, skoro w dalszym ciągu podtrzymywał ideę zaplanowanej od a do z randki, przy okazji nazywając go skarbem...
    — Jest super — odpowiedział, wstając i obejmując go w pasie z siłą, której wcześniej u siebie nie zauważał. Na krótką chwilę wtulił twarz w jego tors, by sekundy później odsunąć się i skrzyżować z nim spojrzenie oczu, w których rozbłysły wesołe i figlarne ogniki. — Pewnie będziesz zazdrosny jak Pan Panda będzie ze mną sypiał? — zapytał, odrywając sobie kawałek waty cukrowej, od której zaczynały lepić mu się palce. Jego wargi także wydały się przesiąknąć zakupionym przez Athaway'a jedzeniem o różowym zabarwieniu, jednak nawet oblizanie ich koniuszkiem języka nie pomagało pozbyć się zalegającego cukru i specyficznego posmaku waty. — Żartuje — dodał szybko, woląc nie prowokować go niepotrzebnym potokiem zbitek liter. Zamiast tego poprawił opadający z ramion plecak i złapał za odstawioną na bok kulę, ponownie podnosząc tyłek z ławki i zgodnie z instrukcjami kierując się w stronę delfiniarni.
    — Wow — mruknął pod nosem kilkanaście minut później, gdy oboje weszli do dużego, podłużnego pomieszczenia okupowanego przez pływające delfiny. Z dwóch stron otaczało ich szkło, za którym z łatwością dostrzec można było przyciskające do szyb łebki morskich ssaków, zaczepiających tłumy przechodniów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciemność wokół nich była prawie że nieprzenikniona, jednak dzięki temu klimatyczna aura zyskiwała na intensywności. Jakie zrobił krok do przodu, patrząc jak zahipnotyzowany na pokaz akrobatycznych umiejętności wypatrzonego w tłumie delfina; ocknął się dopiero wtedy, gdy niewidzialna przeszkoda uniemożliwiła mu pójście o kolejne małe kroczki dalej. Przeszkoda, w której dopiero po chwili rozpoznał Rayne'a. — Rzeczywiście nic tutaj nie widać — powiedział w ramach przeprosin, zaczepiając się palcami o materiał jego koszulki, by w razie zaistniałej ewentualności nie stracić równowagi. Zadarł głowę do góry orientując się, że jego twarz niepostrzeżenie znalazła się zdecydowanie zbyt blisko twarzy Rayne'a, lecz równocześnie było zbyt późno na ewakuację. — Kawałek waty cukrowej przyczepił ci się do kącika ust. O tutaj — wyszeptał, przejeżdżając palcem po wskazanym miejscu.

      Usuń
  17. Jeśli po usłyszeniu diagnozy z gardła Jake'a wyrwały się słowa odnośnie tego, iż już nigdy nie będzie szczęśliwy, to właśnie w tamtym momencie powinien je odwołać. Czując na wargach dotyk ciepłych ust Rayne'a, stał się najszczęśliwszym człowiekiem - może nie na całym świecie - jednak w Bostonie na pewno i nie czuł, że za sprawką tego stwierdzenia posunął się zbyt daleko. Po jego brzuchu nie latały motyle, które większość osób w jego wieku utożsamiała ze stanem zakochania, lecz mógł się założyć, że każdy z organów skręca się w ciasny supeł, oczywiście poza wyjątkiem serca, wybijającego szaleńczy rytm. Wiedział już, że przepadł całkowicie, a jego wysoce rozwinięty talent do szybkiego przywiązywania się tylko pogarszał sytuację; był gotów błagać go na kolanach (chociaż zapewne z wiadomych powodów nie podniósłby się później do pozycji stojącej) by został z nim przez możliwie jak najdłuższy okres czasu, nie zostawiając go ani na minutę. Potrzebował go o wiele bardziej niż tlenu czy wtłaczanej do żył chemii, mimo że wcześniej nie miał o tym bladego pojęcia; tym razem wiedział o tym doskonale, a niespodziewany, drugi w ich karierze pocałunek tylko rozwiał wszystkie wątpliwości. W dalszym ciągu w powietrzu unosiło się trudne do unicestwienia ale, ale nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Lubił go - nie kochał, z godziny na godzinę coraz mocniej i intensywnej, aczkolwiek odbijajace się od czaszki owe "ale" wbrew zmiennym i sprzecznym emocjom kazało mu przystopować i ochłonąć, tłumacząc to zbyt gorączkowym podejmowaniem decyzji. Jake najchętniej spakowałby skromne walizki i odstawiłby je pod próg szufladki należącej do obaw, niepewności i wszelkich wahań, na pożegnanie szepcząc im ciche spierdalaj, aby dzięki temu zostać sam na sam z przeświadczeniem, że robi dobrze. Że oboje robią dobrze. Nie miał zamiaru polemizować z rakiem, chorobą Rayne'a, wszechwiedzącymi lekarzami i resztą pojawiającej się i znikającej anonimowej zgrai ludzi; nie traktował mężczyzny jako chwilowej odskoczni od kostniakomięsaka i nie bawił się jego uczuciami, chcąc jedynie polepszyć swoje ostatnie miesiące życia. To co do niego czuł było prawdziwe jak nigdy dotąd, i nie mogło ot tak wyparować czy odejść w niepamięć, a sam Jakie dałby sobie rękę uciąć - gdyby nie groźba utraty również i nogi - że od teraz ich skazany na niepowodzenie romans rozwinie skrzydła, nie będąc hamowanym przez stojące im na drodze przeszkody, w tym czymś tak nieważnym jak wiek.
    Owinął ręce wokół jego szyi, puszczając kulę, która upadła z głuchym trzaskiem na podłogę delfinarium, przy okazji odstraszając pływające tuż obok nich delfiny. Odwzajemniał każdy pocałunek z identycznym zaangażowaniem, z wyczuciem muskając jego wargi i badając językiem strukturę jego podniebienia, przy równoczesnym kontrolowaniem urywanego oddechu. Zatracał się w obezwładniającym go doznaniu coraz bardziej i bardziej, odsuwając się dopiero wtedy, gdy płuca zaczęły domagać się nowej dawki tlenu. Zaczerpnął głośno powietrza, oblizując spierzchnięte wargi i szczerząc zęby w uśmiechu, jaki jeszcze nigdy nie ujrzał światła dziennego.
    — Jak na osobę, która dawno nie była na randce, radzisz sobie całkiem nieźle — mruknął mu tuż nad uchem, wyciągając dłoń i kładąc ją na klatce piersiowej Rayne'a, dokładnie na jego sercu. — A teraz chodźmy wreszcie coś zjeść — powiedział, łapiąc go za rękę i ściskając ją na tyle mocno, by ten nie mógł mu uciec. W trakcie kierowania się ku bramie wyjściowej przynajmniej pięć razy zatrzymał się jeszcze przy klatkach i akwariach, w myślach żegnając się z ogromnym słoniem, skaczącymi po drzewach małpami, ryczącym lwem i tuzinem innych bostońskich zwierzęcych mieszkańców, obiecując samemu sobie, że jeszcze do nich wróci. Może nie w najbliższym czasie, ale liczyły się zamiary.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po wkroczeniu do niewielkiej knajpy serwującej wszelkie dostępne fast foody w pakiecie z typowo domowymi obiadami, zignorował wysokie barowe krzesła, wygodne fotele i przysunięte do stolików mniejsze krzesełka, wybierając kolana mężczyzny jako miejsce, gdzie zamierzał oczekiwać na przybycie kelnerki. Objął go w pasie, kładąc pluszową pandę na wypolerowanym blacie i obracając głowę, by zatopić się w jego perfekcyjnym do granic możliwości spojrzeniu. — Co zamawiasz? — zapytał, patrząc na niego niewinnym wzrokiem, równocześnie wychylając się do przodu i całując kącik jego ust w mniej niewinny sposób. Jego uwagę odciągnął jednak dochodzący zza okna stukot odbijającego się o parapet deszczu, po którym jeszcze dziesięć minut temu nie było śladu. — To co, że pada i tak wrócimy pieszo — powiedział bardziej do siebie niżeli do niego, mając gdzieś pogarszającą się pogodę, bostoński deszcz i zimno, które mogło zmieść z nóg jego słabą odporność w ułamku sekundy. Spacer i trzymanie go za rękę były warte każdych poświęceń.

      Usuń
  18. Widział, że twarze siedzących przy sąsiednich stolikach osób lustrują ich na wpół zaciekawionymi, na wpół zgorszonymi spojrzeniami, jednak ani trochę go to nie obchodziło. Dostrzegał tylko i wyłącznie Rayne'a, czując jego dłonie obejmujące go w pasie i usta, które co chwila wpijały się w jego wargi, obdarowując je mieszającymi w głowie pocałunkami. Zamiast zmęczenia i głodu poczuł pragnienie przywarcia ciasno do jego ciała, niwelując każdą najdrobniejszą szczelinę, utrudniającą mu subtelne dotykanie będącego tak blisko mężczyzny. Nie wiedział czy aby na pewno się nie przesłyszał, lecz ciche chrząknięcie dochodzące gdzieś zza lady zmusiło go do zeskoczenia z kolan Athaway'a i zajęcia miejsca na krześle, które przysunął w miarę jak najbliżej jego. Jakie zazwyczaj był grzecznym i nie sprawiającym problemów chłopakiem, lecz na widok miny niosącej tacę kelnerki miał nieodpartą ochotę wypowiedzieć na głos słowa, które z reguły nie przechodziły mu przez gardło. Może i nie powinni aż tak wylewnie wyrażać swoich wciąż ciężkich do zdefiniowania uczuć, aczkolwiek na drzwiach wejściowych nie widniała naklejka z zakazem przytulania. Zauważył raptem kategoryczny ban na wprowadzanie psów - i przy tym odetchnął z ulgą, że pluszowe pandy nie przeszkadzały pracownikom w przygotowywaniu jedzenia - a o najzwyklejszym w świecie uścisku nie było mowy. Poza tym w późne niedzielne popołudnie mało kto odwiedzał restaurację, woląc mimo ładnej pogody pozostać we własnych mieszkaniach, zatem duża liczba osób nie stała się naocznym świadkiem ich pokazu czułości. Zmierzył młodą kelnerkę oceniającym spojrzeniem, uśmiechając się dopiero wtedy, gdy do jego nozdrzy napłynął przyjemny zapach jedzenia, za sprawą którego zaburczało mu w domagającym się pożywienia brzuchu.
    — Otwórz buzię — po nałożeniu na widelec kawałka mięsa nachylił się w kierunku swojego towarzysza, i nie zważając na sprzeciwy karmiąc go przynajmniej dwukrotnie, po każdym kęsie nagradzając krótkim całusem w policzek. Miał nadzieje, że po powrocie do szpitala ich relacje nie wrócą do stanu przed, ponownie stając się tymi czysto przyjacielskimi; na wszelki wypadek chciał jednak brać garściami tyle ile może, nie przejmując się tym, iż najprawdopodobniej przesadza. Grubo przesadza. Rayne uzależniał, sukcesywnie transformując go w podatną na wszelkie manipulacje marionetkę, czekającą, aż obiekt jego westchnień pociągnie za odpowiednie sznurki. Sam nie mógł nic na to poradzić; taki stan rzeczy niesamowicie mu się podobał i zamierzał robić wszystko, byle tylko nie zwrócono mu etykietki młodszego kumpla z oddziału.
    Jake nie rozumiał, jak mógł być aż tak głupi i marzyć o tym, by maszerować w deszczu przez tyle kilometrów. Stojąc pod dachem bliżej nieokreślonego budynku trząsł się z zimna, chowając lodowate dłonie w przydługich rękawach i naciągając na przemoczone włosy opadający jak na złość kaptur. Od przystanku dzieliło ich około dziesięciu minut drogi, jednak aktualnie nie planował ruszyć się chociażby o jeden kroczek; zamiast tego wtulił się w równie mokrego Rayne'a, momentalnie czując jak robi mu się cieplej, choć było to zapewne mylne złudzenie. Narzucona na plecy cienka kurtka przepuszczała calutkie hektolitry zimnej wody, dzięki czemu koszulka którą miał na sobie także doszczętnie przesiąkła wilgocią, lepiąc się do jego klatki piersiowej. Pomyślał, że w innych okolicznościach taki widok mógłby rozbudzić wyobraźnię pana Athaway'a, nie mniej obecnie żaden z nich nie miał na to szans; w umyśle Jake'a krążyły myśli lawirujące pomiędzy mężczyzną a czekającym w sali ciepłym łóżkiem, do którego zamierzał go wciągnąć. Dopiero wtedy przypomniał sobie o tym, iż przez wzgląd na jego kolejne tego dnia wyjście, zobaczą się zbyt późno niżby tego chciał, co poskutkowało tym, ze jego uśmiech automatycznie przygasł. Pogłębił uścisk, jednocześnie mocniej przytrzymując się kuli, która za pośrednictwem deszczu powoli prześlizgiwała mu się przez palce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wrócisz do mnie szybko? — zapytał, gdy po walkach z pogodą i spóźniającym się autobusem stanęli obok szpitala. — I do Pana Pandy oczywiście — dodał, patrząc kątem oka na pluszaka, którego nie zdążył zapakować go odebranego Rayne'owi plecaka. Sierść pandy nieznacznie ucierpiała w potyczce z siłami natury, jednak zdaniem Jake'a wystarczyła suszarka z gorącym powietrzem, by doprowadzić ją do porządku, czego nie można było powiedzieć o nim samym. Kichnął już co najmniej piąty raz, kaszląc i drżąc pod wpływem zmęczenia i niezaplanowanej kąpieli w deszczowych strugach. — I nie martw się niczym, tak udanego dnia nic nie zepsuje — powiedział, zauważając jego rosnące poddenerwowanie. Po cichu liczył, że później mężczyzna podzieli się z nim informacjami o tym, gdzie poszedł, ale sam nie zamierzał go wypytywać; jego życie prywatne było wyłącznie jego sprawą, dopóki nie zapominał o sporadycznym poświęcaniu mu paru godnych zapamiętania chwil. — To co, widzimy się niedługo? — zapytał czysto retorycznie, uśmiechając się bezbarwnie na pożegnanie i odchodząc, by po zatrzymaniu się w progu odprowadzić go wzrokiem i dłonią stłumić następny atak kaszlu.

      Usuń
  19. Posłusznie wrócił do szpitala, w trakcie spacerowania prawie że pustymi korytarzami zahaczając o gabinet lekarza prowadzącego, by zameldować się i przy okazji posłuchać zaadresowanej do jego osoby dość głośnej i zapewne nie zasłużonej reprymendy. W pierwszej chwili nie wiedział o co chodziło rozwścieczonej pielęgniarce, której o dziwo bronił sam pan doktor, który zazwyczaj nie krył się ze swoim brakiem sympatii do starszej siostry oddziałowej, jednak odpowiedź przyszła prędzej niż się tego spodziewał. Nie sądził, że usłyszy iż na własne życzenie zgotował dla siebie powoli rozwijające się przeziębienie, które prędzej czy później miało przeistoczyć się w ciężki do wyleczenia wirus, co zresztą także go nie interesowało. Zaśmiał się cicho, co tylko pogorszyło całą tę sytuację, gdyż w oczach zgromadzonych w pomieszczeniu osobników wyszedł na bezczelnego aroganta, do którego było mu zdecydowanie daleko. Nie mógł jednak powiedzieć prawdy, nawet jeśli wewnątrz cały kipiał z podekscytowania, które nie straci na intensywności przez conajmniej kilka dni. Najchętniej pochwaliłby się wszystkim dookoła, ogłaszając, iż spędził jeden z najlepszych dni życia z człowiekiem, który pomógł mu na nowo poznać uczucie zakochania, lecz bał się, że radykalny pan onkolog i jeszcze bardziej surowa pielęgniarka uznają to za przejaw głupoty i buntu, który jak najszybciej trzeba stłumić, wykorzystując w tym celu przeniesienie Jake'a do innej sali. Nie wiedział nawet, czy dzisiejszy dzień sprawił, iż będzie mógł nazywać Rayne'a własnym mężczyzną, dlatego też wolał poczekać i nabrać pewności, a dopiero później chwalić się nim na lewo i prawo.
    — Proszę natychmiast wracać do sali i ściągnąć z siebie te przemoczone ubrania! — Jake nie zamierzał wdawać się teraz w dyskusje, poza tym również nie mógł doczekać się włożenia na siebie ciepłej piżamy i schowania się pod kołdrę. Mruknął ciche do widzenia, obracając się na pięcie i kierując w stronę wyjścia z gabinetu, aby następnie lekko zirytowany ale niezwykle szczęśliwy pomaszerować do małej sali i tam oczekiwać powrotu Athaway'a.
    Wziął gorący prysznic, który prawie oparzył jego przemarzniętą skórę, zostawiając na niej czerwone plamy, aczkolwiek było to lepsze niż dreszcze, nad którymi wcześniej nie mógł zapanować. Wskoczył do łóżka, biorąc do ręki aparat i z uśmiechem na ustach przeglądając zdjęcia, które jak najprędzej planował wywołać i oprawić w ramki. Patrzył na radosną twarz Rayne'a, opuszkiem palca wodząc po ekranie wyświetlacza i żałując, że może dotykać ją jedynie przez tę szybę.
    — Rayne? — tak bardzo chciał go ujrzeć, lecz widząc to udzielające się przygnębienie zmienił zdanie. Oczywiście pragnął być przy nim na dobre i na złe (w ich przypadku niestety dominować miały te złe), ale nie chciał równocześnie pozbywać się swojego dobrego nastroju, zamieniając go na stan permanentnego niepokoju. Jego zaczerwienione oczy i smutna mina przejęły go w stu procentach, sprawiając, iż wszystko inne przestało się liczyć, nawet powód jego tak niespodziewanej zmiany humoru. Tym razem to on musiał się nim zająć i jakimś cudem wyczarować na jego twarzy ten sam uśmiech, który widział podczas podziwiania pozamykanych w klatkach zwierzaków; nigdy nie był zbyt dobrym pocieszycielem, zatem też bez słowa nakrył go kołdrą, przyciągając do siebie i układając jego głowę na własnym torsie. Ostrożnie wplótł palce w jego włosy, przeczesując je w równych odstępach, a drugą ręką przyciskając do siebie Pana Pandę, który także wysechł już po bliskim spotkaniu z deszczem. — Źle się czujesz? — zapytał z przejęciem, podnosząc się na łokciach i odnajdując wzrokiem jego przygaszone spojrzenie. Na parę sekund przycisnął wargi do jego czoła, odkładając pluszowego miśka obok poduszki i obejmując mocno Rayne'a obiema ramionami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Pamiętam jak przyszedłem tutaj pierwszej nocy i chciało mi się jedynie płakać, a ty opowiedziałeś mi bajkę... — zaczął, szepcząc mu wszystkie słowa prosto na ucho. — Jeśli to poprawi ci humor — podniósł się do pozycji siedzącej, zmuszając mężczyznę do pójścia jego tropem. Ułożył wygodnie głowę na jego ramieniu, mając dzięki temu jego twarz w zasięgu wzroku. — Zamknij oczy — polecił — To będzie bajka o dwóch przyjaciołach i rybce, która spełniała marzenia. Starszy z dwójki złowił ją dla młodszego bo wiedział, że ten pragnie aby jego największe i skrywane w tajemnicy życzenie wreszcie się ziściło. Ale tym marzeniem było to — ujął w dłonie jego podbródek, delikatnie obcałowując jego zamknięte usta. Rozchylił wargi palcem, pogłębiając pocałunek i zamieniając subtelne muskania w bardziej odważną pieszczotę. Wiedział, że był beznadziejnym pocieszycielem i nie łudził się, aby osiągnął oczekiwany efekt, jednak szczyt jego kreatywności kończył i zaczynał się dokładnie na tej czynności. — Ta bajka też się dobrze skończy Rayne, zobaczysz. Nasza bajka — dodał w myślach, kładąc dłoń na sercu i uspokajając jego przyśpieszone bicie.

      Usuń
  20. Chciało mu się płakać, jednak wiedział, że musi być silny, przynajmniej dla Rayne'a. Choroby serca od zawsze kojarzyły mu się z tymi najgorszymi i najtrudniejszymi do wyleczenia, a nawet sam zawał traktował jak zapowiedź końca świata, dlatego też usłyszana wiadomość zaowocowała tym, iż w szybkim czasie stracił grunt pod nogami, który jeszcze godzinę temu wydał mu się wyjątkowo twardy i stabilny. Jakie wiedział, że człowiek może przeżyć bez nogi, ręki, czy któregokolwiek z mniej ważnych organów - chociaż chłopak uważał każdy z nich za równie istotny - aczkolwiek z całą pewnością nie mógł żyć bez serca. Jego własne w całości oddane zostało pod skrzydła Athawaya, a strach przed tym, iż zainfekowane chorobą serce mężczyzny przestanie bić sprawił, że wszelkie nagromadzone w ciągu dnia pozytywne emocje zastąpione zostały prawdziwą histerią. Wciągnął głośno powietrze, milcząc i niemo wpatrując się w jego twarz, na której wciąż malował się wyłącznie smutek; nie miał siły ani chęci złościć się na niego za to, jak postąpił z własną rodziną. Po raz pierwszy zobaczył w nim kogoś zupełnie innego, nie tak jak dotychczas; wizerunek niezniszczalnego mężczyzny uleciał z jego umysłu, podstawiając pod ten perfekcyjny wizerunek obraz osoby, która dzień w dzień zmagała się z o wiele poważniejszą chorobą niż przypuszczał. Odkąd po raz pierwszy przyłapał się na myśli dotyczącej pragnienia, aby serce Rayne'a biło tylko i wyłącznie dla niego, tak aktualnie chciał, by nie przestało wybijać tego równomiernego rytmu ani na sekundę, nie zatrzymując się i nie milknąc pod wpływem zdenerwowania czy innej równie groźnej dla jego życia czynności. Mogło bić dla kogokolwiek, byle tylko nie cichło. Zamierzał za wszelką cenę dbać o to, by coś takiego jak stres nie dotykało go osobiście i był gotów poświęcić niemalże wszystko, żeby Rayne wrócił do zdrowia. Oddałby wszystko, nawet własne serce. Objął go mocno w pasie, wtulając głowę w jego tors i zamykając oczy, aby przypadkiem zgromadzone pod powiekami łzy nie wydostały się na zewnątrz.
    — Już nic nie mów — mruknął cicho, obracając się na bok i przyciskając wargi do jego policzka. Kilkukrotnie muskał ostrożnie jego skórę, pozostawiając na niej ślad własnych ust. — Wszystko będzie dobrze, teraz ja się tobą zajmę — dodał, w międzyczasie szczelniej nakrywając go kołdrą. — I naprawdę to dobrze, że im powiedziałeś — wyszeptał — Teraz będą cię odwiedzać, od razu zrobi ci się lepiej — pocałował go raz jeszcze, wsuwając rękę pod kołdrę i na oślep odszukując jego dłoni, by trochę nieprzemyślany sposób spleść ze sobą ich palce. — a teraz śpij, wszystko będzie dobrze — powtórzył, mając naiwną nadzieję, iż obudzi sie z samego rana, a wiadomość o nowotworze serca Rayne'a okaże się być tylko złym koszmarem, niczym więcej. Nie sądził, że będzie mu zależało na kimś aż w tak dużym stopniu, lecz było to jednocześnie pozytywnym i negatywnym stanem. Zamartwiał się teraz przede wszystkim psychicznym stanem Athaway'a, chociaż wiedział, że sam także nie powinien się denerwować. Przycisnął twarz do poduszki, tłumiąc kolejny już napad kaszlu, by następnie przylgnąć ciałem do ciała współlokatora, szepcząc ledwo słyszalne: — Moje serce już zabrałeś, to wystarczy, Rayne.

    OdpowiedzUsuń
  21. Na czole Jake'a pojawiły się poziome zmarszczki, kiedy usłyszał, że się trzęsie. Sam tego nie zauważał, a nawet jeśli rzeczywiście byłoby to prawdą, to nie z winy zimna, którego ani trochę nie odczuwał. Przylegając ciasno ciałem do ciała Rayne'a, jego skórę rozpalało przyjemne ciepło, nie mające nic wspólnego z dreszczami typowymi dla przeziębienia. Trząsł się pod wpływem jego dotyku, pragnąc poczuć go więcej i więcej. Wąskie szpitalne łóżko i strach przed tym, iż w każdej chwili do pomieszczenia może wejść pielęgniarka, uruchamiały hamulce i zmuszały go do zaprzestania tego, czego nawet nie zdążył wdrożyć w życie. Chciał być przez niego dotykanym w miejsca, które jak dotąd były dostępne dla nikogo, równocześnie pozwalając mu na to, czego wcześniej się bał. Nie wiedział ile czasu im zostało, dlatego tym bardziej zamierzał wykorzystać go możliwie jak najlepiej, wypełniając po brzegi każdą minutę. Bezproduktywne leżenie w łóżku nie wchodziło już w grę, nawet wtedy, gdy on sam nie będzie miał siły na pokonanie krótkiego dystansu dzielącego łóżko z łazienką. Nadzieja na ich powrót do zdrowia wciąż tliła się gdzieś głęboko w odmętach jego świadomości, jednak po zaakceptowaniu diagnozy Athaway'a oddaliła się ona jeszcze bardziej, przykrywając się grubą warstwą trudnej do przeniknięcia mgły. W tak szybkim czasie zaufał mu stuprocentowo, dzięki czemu gotów był zrobić praktycznie wszystko, by dostać go w całości. Nie dbał o to, czy stanie się to za tydzień, miesiąc czy pół roku, tutaj na oddziale czy na przepustce, gdy któreś z nich zdecyduje się wpuścić drugiego do własnego domu, przynajmniej na te marne pięć kradzionych godzin. Rayne był jego tlenem, bez którego momentalnie zaczynał się dusić; potrzebował jego bliskości i dotyku, spotęgowanych do maksymalnych rozmiarów. Wyobrażał sobie, jak jego silne dłonie delikatnie suną po jego zjedzonej przez raka nodze, przesuwając się coraz wyżej i wyżej. Widział, jak daje mu aprobatę na odsłonięcie przed nim wcześniej nieznanych kart i pokazanie tego, co w trakcie dwudziestoletniego życia nie zdążył wypróbować na własnej skórze. Chciał mieć go na własność i móc cieszyć się wspólnie spędzanymi chwilami, dopóki w ogóle była mowa łapaniu kolejnego oddechu i budzeniu się co ranek w poczuciu, że jednak nie jest aż tak źle jak się wydawało.
    — Wypiłem herbatę z cytryną, do jutra mi przejdzie — odpowiedział, wlepiając w niego pełne poddańczego oddania spojrzenie. Kciukiem wytarł ledwo zauważalne ślady łez z jego policzków, przybliżając się i całując go w usta, co trwało ledwo ułamek sekundy, lecz i tak nie mógł się powstrzymać. Szczelniej okrył go kołdrą, wślizgując się pod jego ramię i układając głowę na piersi, przez dobre dwie minuty walcząc z pokusą wyrzucenia z siebie tamtego życzenia, wbrew wszystkiemu musiało się spełnić. A nie darowałby sobie, gdyby odszedł z tego świata zabierając ze sobą niespełnione marzenie. — Może to tylko alergia na hmmm... — podrapał się po brodzie, udając zamyślonego. — Na sierść małpy albo na watę cukrową — wyliczył, jak na zawołanie dwukrotnie kichając. — Przynajmniej ty masz lepszą odporność — mruknął, jednocześnie głaszcząc go po policzku. — I wiesz co, Rayne? — zaczął, odwracając wzrok. Zawiesił go na śnieżnobiałej pościeli, przygryzając dolną wargę w geście zdenerwowania. — Naprawdę nie wiem co między nami jest, ale chciałbym przeżyć z tobą to, na co normalne pary mają całe lata. W takim wielkim skrócie i przyśpieszonym tempie... I z nikim innym — wyznał, chowając twarz w zagłębieniu jego szyi.

    OdpowiedzUsuń
  22. Jakie nigdy nie pomyślał nawet o wzięciu ślubu w Vegas, właściwie to w ogóle nie widział siebie w małżeństwie, szczególnie takim, które nawet w dwudziestym pierwszym wieku było w większości krajów zakazane przez radykalne prawo. Druga wypowiedziana przez Rayne'a opcja dotycząca tego, co obowiązkowo musiały przeżyć zakochane pary, wydała mu się o wiele bardziej nęcąca, jednak nie wiedział czy mężczyzna nie wziął jego słów jako żart, nic ponad to. Sam także miał lekkie obawy, aczkolwiek wiedział czego chce. Przez chorobę nie miał już czasu na snucie planów na przyszłość, która nie ograniczała się do najwyżej miesiąca wprzód; dalsze terminy stały pod wielkim znakiem zapytania, dlatego też zawsze starał się w jakikolwiek sposób realizować swoje błahe marzenia w możliwie jak najszybszym terminie. Aktualnie miał tylko jedno życzenie, lecz wątpił, aby z wiadomych powodów udało się je spełnić. Chciał, by to właśnie Rayne przybrał miano jego pierwszego mężczyzny, z którym pod wpływem impulsu postanowił pójść do łóżka. Tylko jemu ufał praktycznie bezgranicznie, mając pewność, iż jego pierwszy raz musi nastąpić wyłącznie z nim. Nikogo więcej nie dopuściłby do siebie na bliższą odległość, co miało miejsce również przed usłyszeniem diagnozy; przez jego krótkie życie przewinęło się aż - a może raptem - trzech chłopaków, jednakże żaden nie przebił się przez gruby mur wytworzony przez samego Jake'a. Dla Athaway'a gotów był zapomnieć o wstydzie i strachu przed ewentualną kompromitacją. Miał gdzieś różnicę wieku i inne dzielące ich kwestie - chciał go na własność, chociaż na godzinę, lecz w terminie wyznaczonym przez raka. Jak najszybciej.
    — Niee, ślub odpada — odpowiedział z wyraźnym entuzjazmem potęgowanym usłyszaną propozycją, którą automatycznie utożsamił z tym jednym, wyśnionym momentem. Przez głowę Lancastera przeszła myśl, że być może Rayne celowo zaprosił go do swojego domu; szpitalne łóżko odstraszało Jake'a już od pierwszej chwili, w której przekroczył próg sali, a skoro istniał cień szansy na to, że mężczyzna chce tego samego... Inaczej nie okazywałby mu aż tyle czułości i zaangażowania, a przynajmniej tak pojmował to Jakie. — Chyba, że postanowiłeś mi się oświadczyć — dodał, uśmiechając się szeroko. Wciąż trzymał twarz schowaną w okolicach ramienia Rayne'a, dzięki czemu ten nie mógł ujrzeć wygiętych w uśmiechu warg ani tego, że na jego bladych zazwyczaj policzkach pojawiły się delikatne rumieńce spowodowane układaniem scenariuszy ich następnego wyjścia. — Wtedy nie mógłbym odmówić — położył dłoń na jego klatce piersiowej, wyprostowując wcześniej zgięte w kolanach nogi. Jęknął cicho, gdy poczuł przeszywający ból którejś z kości, której nie potrafił dokładnie nazwać; machinalnie zacisnął palce na materiale bluzki Rayne'a, oddychając głęboko i starając się odgonić daleko typową dla siebie panikę. — Postarasz się załatwić nam przepustkę? — poprosił, nie mogąc doczekać się wkroczenia do jego domu i poznania ważnych dla niego osób. Nie mógł też doczekać się innej rzeczy, jednak to nie było aż tak pewne i łatwe do ziszczenia jak by tego pragnął. — Na ten tydzień — nie zanosiło się na to, by choroba przykuła go do łóżka, a przeziębienie mógł wyleczyć nawet w jeden dzień. Kaszel stracił na intensywności, uczucie zimno też odeszło w niepamięć, zatem miał nadzieję, że rzeczywiście pozwolą mu wyjść z Athaway'em, by mógł zgodnie z obietnicą zjeść przygotowane przez niego ciasto i wejść do pokoju, który zajmował jeszcze za czasów, kiedy nie wiedział co to nowotwór serca. — A teraz dobranoc, Pan Panda też już jest śpiący — powiedział, wtulając się mocniej i zamykając oczy, by zasnąć w jego ramionach w krótkim jak na jego realia czasie.

    OdpowiedzUsuń
  23. Jakie naprawdę miał gdzieś opinię i zdanie zbulwersowanych pielęgniarek, nie szczędzących im swoich złotych i jakże interesujących uwag na temat dwójki zdemoralizowanych pacjentów, którzy postanowili zamienić szpital w burdel. Oczywiście siostra oddziałowa, która obudziła ich raniącym bębenki uszne jazgotem nie wyraziła się aż tak dosadnie, jednak Jakie wiedział co rzeczywiście chciałaby z siebie wyrzucić. Przez jego głowę przemknęły słowa takie jak pedofil, to-nie-do-pomyślenia- i tak dalej, dlatego zaśmiał się cicho, tym samym jeszcze bardziej denerwując pielęgniarkę. Nie mógł patrzeć jak Rayne tłumaczy się za ich dwójkę, zatem dzielnie ruszył do ataku, dodając swoje nic nie warte pięć groszy. Oczywiście najchętniej oznajmiłby, że ten oto mężczyzna to jego nowa acz wielka miłość, jednak zawczasu ugryzł się w język w obawie, że postanowią ich rozdzielić. Nie zniósłby nawet krótkotrwałej rozłąki, nie mówiąc już o trwałej i definitywnej zmianie sali; wolał udawać, że z nadmiaru wrażeń i zmęczenia zasnął siedząc na nienależącym do niego łóżku, a sam Athaway okazał się być aż tak wspaniałomyślny, że nie obudził go i nie wyrzucił z powrotem tam skąd przyszedł. Jak przystało na grzecznego chłopca - który ostatnimi czasy wykazywał spore skłonności do snucia mniej grzecznych planów - obiecał, że następna tego typu sytuacja już nigdy nie będzie mieć miejsca. Chodziło mu rzecz jasna o nakrycie; nie zamierzał rezygnować ze wspólnego zasypiania, całusów na dobranoc i uspokajającego głaskania, poprzez które zapominał o istnieniu sennych koszmarów, które zazwyczaj nie dawały mu spokoju. Przy swoim współlokatorze wszystko wydawało się być łatwiejsze i nie rozumiał, dlaczego pielęgniarka miała problem z zaakceptowaniem faktu, sprawiającego Jake'owi tak wielką radość.
    W pierwszej chwili, w której kilka długich godzin później do sali weszła nieznajoma mu kobieta i starszy od niego mężczyzna, miał ochotę dyskretnie wyjść, nie rzucając się w oczy, jednak słowa Rayne'a zaowocowały tym, iż nawet jego zdrowa noga odmówiła posłuszeństwa, nie dając mu szansy na opuszczenie pomieszczenia. Spojrzał na niego szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami, wcześniej witając się z gośćmi uściskiem dłoni. Nie dowierzał, że Rayne przedstawił go jako własnego chłopaka, w dodatku przed matką i prawdopodobnie bliskim przyjacielem. Czuł, jak jego serce boleśnie obija się o żebra, o mały włos nie łamiąc ich i nie pozostawiając po nich drobnego pyłku; wygiął usta w szerokim uśmiechu, mrugając do niego porozumiewawczo. Rozsiadł się wygodnie na łóżku, odsuwając od siebie pomysł zostawienia ich samych. Być może zachowywał się nietaktownie i wścibsko - domyślał się, że zmartwiona matka i równie zmartwiony przyjaciel będą chcieli pobyć z nim sam na sam, jednak to wyznanie całkowicie zmieniło postać rzeczy. Od teraz stanowili parę, jego naiwne marzenia mogły w każdej chwili się ziścić i nie mógł tak po prostu odejść. Był jego chłopakiem, a Rayne przybrał miano jego mężczyzny; musieli być obok siebie, nieważne w jakich okolicznościach.
    — Cieszę się, że w końcu mogłem panią poznać. I Erica — oznajmił, uśmiechając się do nich pogodnie. Z ogarniającej go euforii nie dawał rady długo usiedzieć na jednym miejscu, lecz za wszelką cenę starał się nad sobą zapanować. Chciał sprawić dobre wrażenia, a nie wypaść w ich oczach jako podekscytowane dziecko, które niespodziewanie wygrało ważny los na loterii. — Chociaż pewnie i tak prędzej czy później miałbym ku temu okazję, Rayne zaprosił mnie do waszego domu — powiedział z dumą, nie mogąc się powstrzymać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Tylko nie wiem, czy uda nam się dostać przepustkę, dopiero co wyszliśmy do zoo — kontynuował, jak zwykle pod wpływem pozytywnych czynników czerpanych z otoczenia, nie przestając mówić. Wskazał gestem na siedzącą na nocnej szafce Pandę, chwaląc się, że dostał ją od Rayne'a. Pokrótce opowiedział też o spędzonym w jego towarzystwie dniu, co sekunda dodając, iż nie może doczekać się odwiedzin w rodzinnym domu państwa Athaway. — Ale Rayne obiecał, że to załatwi, a jemu wszystko się udaje — dodał, spoglądając na niego z niemym uwielbieniem.

      Usuń
  24. Jakie nie do końca rozumiał bezpodstawny jak dla niego bunt Rayne'a, skierowany przeciwko jego matce. Oczywiście wiedział, że mężczyzna żartuje, jednak w jego mniemaniu nie miał się czego wstydzić. Kobieta już na pierwszy rzut oka wydała mu się być przesympatyczną i ciepłą osobą, która w dodatku nie skomentowała życiowego wyboru jej jedynego syna. Chłopak nie zauważył, by zlustrowała go wzrokiem, oceniając czy rzeczywiście jest odpowiednim kandydatem na przyszłego zięcia - chociaż ten dalej nie planował brać potajemnego ślubu w Vegas - najwyraźniej akceptując go bez przeprowadzenia śledztwa, wypytania o jego życie osobiste czy przebieg choroby. W końcu nie wiedziała o nim kompletnie nic i nawet jeśli ani trochę by jej to nie interesowało, mając na uwadze dobro syna, powinna posiąść przynajmniej te minimalną wiedzę. Przecież istniało prawdopodobieństwo, że to Jakie zniknie z tego świata znacznie prędzej niż Rayne, który równie dobrze mógł żyć jeszcze przez całe długie, nie zmącone żadnymi problemami lata, a chyba mało która matka chciała patrzeć, jak jej dziecko - nawet to dorosłe - musi zmagać się ze stratą ukochanego. Szpitalne romanse z reguły nie należały do najbezpieczniejszych, a dwójkę umierających osób, która w tak krótkim czasie zapałała do siebie gorętszym uczuciem, także nie można było nazwać odpowiedzialnymi. Jake mimo tego nie zamierzał odpuścić, Rayne jak widać również nie. Cieszył się, że mógł spędzić czas z jego bliskimi, samemu przybierając to miano, na które swoim zdaniem nie zasłużył; nie chciał zatem zaprezentować się od tej gorszej strony, którą wbrew naturze grzecznego dzieciaka posiadał, dlatego też nie zaprotestował, gdy Rayne przywlókł do sali inwalidzki wózek. Dobrze wiedział, że już niedługo nie rozstanie się z tym pogromcą szos, przy pomyślnych wiatrach osiągającym prędkość 10km/h, więc wolał zawczasu zaczynać przyzwyczajać się do trwałego unieruchomienia, oszczędzając siły na przepustkę, w którą zaczynał coraz mocniej wierzyć. Dalej snuł w głowie dziecinne i dość naiwne wizje tego, co zrobią po wkroczeniu do mieszkania Rayne'a i czuł, że pomimo nieblaknącego entuzjazmu i pozornej odwagi, przez swoją niewiedzę leżałyby sztywno jak kłoda, nie robiąc nawet najmniejszego pożytku z obu nóg. Mimo tego nie chciał ich forsować, a skoro to właśnie Rayne miał wziąć za niego tę chwilową odpowiedzialność i pchać wózek.
    — Wiesz, w innych okolicznościach wyzwałbym cię na wyścig — zaśmiał się, kładąc dłonie na kolanach. Obserwował idącego obok Erica, co chwila odwracając głowę przez ramię, by mieć lepszą widoczność za idącego za jego plecami Athaway'a. — Odsuniesz się na moment? — poprosił, by następnie zacisnąć ręce na kołach i przy użyciu całej siły, rozpędzić się do maksymalnej prędkości. Zatrzymał się z piskiem opon, zostawiając za sobą podłużną, czarną smugę. — Było fajnie, gdyby nie bolące ręce — mruknął, przystając wózkiem przy boku Rayne'a. Złapał go za rękę, splatając ze sobą ich palce uśmiechając się lekko na widok Erica, który wydał mu się niecodziennie cichy, choć paradoksalnie znał go od kilku minut. — Twoja mama chyba kończy rozmawiać z lekarzem — oznajmił, wskazując gestem na kobietę, która uściskiem dłoni żegnała ubranego w biały fartuch onkologa. — Pewnie chciała zapytać o wyniki, proces leczenia i tak dalej... Moi rodzice też zawsze najpierw idą do gabinetu, później do mnie — powiedział, woląc nie łudzić się, że poszła do niego w zupełnie innej sprawie. W sprawie ich o wiele dłuższej, może nawet dwudniowej przepustki.

    OdpowiedzUsuń
  25. Pięć godzin, na które składała się jego pierwsza przepustka, uważał za dużo czasu, w trakcie którego ze spokojem będzie mógł zrealizować wszystkie te zaplanowane skrupulatnie czynności (chociaż kiedy przyszło co do czego, każda z sześćdziesięciu minut upływała z prędkością kilku sekund), jednak po usłyszeniu słów pani Athaway poczuł coś w rodzaju szoku. Szoku i niedowierzania, uwidoczniającego się za pośrednictwem lekko rozchylonych warg i szeroko otwartych oczu. Zdążył przyzwyczaić się do tego, że przynajmniej ostatnimi czasy mało co szło po jego myśli, dlatego też spokojnie czekał na zwyczajowe "żartowałam", które ku jego jeszcze większemu zaskoczeniu nie nastąpiło. Z szerokim uśmiechem patrzył jak równie szczęśliwy Rayne wbrew wcześniejszemu buntowi przytula kobietę w geście podziękowania i najchętniej uczyniłby dokładnie to samo, gdyby nie fakt, że praktycznie jej nie znał. Jedynie przy swoim chłopaku - chociaż wciąż traktował to pojęcie jako coś abstrakcyjnego - mógł pozwolić sobie na nieoczekiwane wybuchy nagromadzonych emocji, zamykając go w możliwie jak najmocniejszym uścisku, głaszcząc po policzku czy złączając ich usta w niepewnym pocałunku. Przy pozostałych osobach wciąż był tym cichym, nieśmiałym chłopakiem, odsłaniającym swoją drugą naturę w nieczęstych i nietypowych okolicznościach czy sytuacjach, dlatego też bąknął jedynie dziękuje, pokazując przy tym rządek białych zębów. Poprzez szok spowodowany tym, iż już za parę dni zanocuje w miejscu, w którym Rayne prowadził codzienne, beztroskie życie, nie był w stanie wydusić z siebie nic ponad to. Miał nadzieję, że w drodze powrotnej ochłonie do tego stopnia, by chociaż na pożegnanie móc wyrazić swoją ogromną wdzięczność nie tylko za zaproszenie na obiad, a przede wszystkim za danie mu niepowtarzalnej szansy na spędzenie niezapomnianych chwil wraz z miłością jego kończącego się życia. Wspólne zaśnięcie w zwykłym pokoju, nie szpitalnej sali, zwieńczona całusem pobudka i zjedzone razem śniadanie znaczyły dla niego o wiele więcej, niż zapewne wyobrażała sobie pani Athaway i prawdopodobnie nawet sam Rayne. Jake wiedział, że już niedługo wzmożona chemioterapia przykuje go do łóżka na calutkie tygodnie, więc tym bardziej doceniał podarowane mu od losu trzydzieści sześć godzin. Czuł, że ta liczba od teraz stanie się jego szczęśliwą, przyjmując miano chroniącego go talizmanu. Gdyby nie był skończonym tchórzem bojącym się igieł - co skrupulatnie maskował podczas pobierania krwi czy obowiązkowych zastrzyków - wytatuowałby sobie te dwie cyferki w mało widocznym miejscu pamiętając, że dokładnie tyle godzin spędził wraz z Athaway'em. Z mężczyzną swojego życia, wobec którego wiązał wielkie, aczkolwiek krótkotrwałe nadzieje i plany.
    — Wracamy już? — zapytał, zatapiając typowe jak dla siebie w ostatnich dniach niewolniczo poddańcze spojrzenie w oczach współlokatora. Chętnie zsiadłby z wózka, każąc mu zająć swoje miejsce, a sam wskoczyłby na jego kolana i poprosił Erica żeby dowiózł ich z powrotem pod sale, jednak uznał to za kolejny już przejaw popisu. Czasami nie mógł odgonić od siebie swojego usposobienia, do złudzenia przypominającego charakter dziecka, ale równocześnie nie zamierzał winić Rayne'a za to, że ten zapomina o dzielącej ich przepaści w postaci różnicy wieku. — Robi się chłodno, a poza tym zaraz zacznie się obchód i lekarze jak zwykle zechcą zakatować nas pytaniami — dodał wyjaśniająco, wodząc wzrokiem od Erica do starszej kobiety. Drogę dzielącą park z budynkiem placówki przemierzyli w ciszy, którą Jake przerwał dopiero po zatrzymaniu się przed drzwiami wejściowymi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Zostawię was tu samych, pewnie chcecie się pożegnać — jego głos brzmiał tak samo radośnie jak wcześniej i nie krył się w nim nawet cień zdenerwowania czy smutku. Rozpierające go szczęście było jak wyjątkowo gruba i ciężka do przebicia bańka, nie mająca prawa zniknąć. Powoli wstał z wózka, po czym podszedł do pani Athaway dochodząc do wniosku, że jest od niej wyższy o co najmniej dwadzieścia centymetrów, co i tak czyniło go niższym od Rayne'a. Ale uważał to za urocze, nie krępujące.
      — Jeszcze raz dziękuję pani za przepustkę i zaproszenie, będzie mi miło móc przyjść do państwa na obiad — uśmiechnął się najładniej jak tylko potrafił, zdobywając się na odwagę i ściskając ją krótko w sposób, w jaki sam przytulał się do własnej matki. — I fajnie było cię poznać, Eric — złapał za rączki wózka, mrugając porozumiewawczo w stronę Rayne'a i oddalając się, by po wejściu do środka popchać wózek w kierunku windy.

      Usuń
  26. Jake przygotowywał się do tego wyjścia praktycznie całe dwa dni, w trakcie których paradoksalnie zdążył już przyzwyczaić się do myśli odnośnie tego, co prawdopodobnie już niedługo wydarzy się w jego życiu, jednak mimo to nie potrafił skutecznie zapanować nad stresem, przypominającym ten, który odczuwał podczas przeprowadzania tych bardziej skomplikowanych badań w szpitalu. Bał się przede wszystkim kompromitacji, której widmo jego zdaniem wisiało nad nim na każdym rogu; obawiał się, że nie będzie umiał zachować się przy rodzinnym stole rodziny Athaway'ów, wypadając w oczach jego matki i ojca jak forma kiepskiego żartu, a nie jako kandydat na partnera ich jedynego syna. Nie chciał także pokazać się jako wystraszone dziecko, które posłusznie stawiło się na obiedzie u przyszłych teściów, przez okres jego trwania siedząc z wyprostowanymi plecami i nie włączając się w prowadzone rozmowy. Bał się również pytań, które prawdopodobnie będą nieodłącznym elementem kilkugodzinnej wizyty; z jednej strony nie chciał się zwierzać i opowiadać o przebiegu choroby, rokowaniach i innego tego typu kwestiach, nie mówiąc już o życiu prywatnym, które przed przybyciem do szpitala nie obfitowało w przygody, którymi warto byłoby się pochwalić. W zasadzie życie Jake'a było aż nadto przewidywalne i nudne, i nie miał bladego pojęcia, o czym mógłby ewentualnie powiedzieć, gdyby oczywiście zaistniała taka potrzeba. Pocieszenie odnajdywał w osobie Rayne'a, dzięki któremu udawało mu się zrobić krok do przodu. Specjalnie na tę okazję zrezygnował z kul, woląc uwiesić się ramienia własnego mężczyzny i w ten oto sposób pokonywać dystans dzielący przystanek autobusowy od jego domu. Jake czuł, jak jego dłoń zaczyna pocić się w akcie zdenerwowania, a rytm serca gwałtownie przyśpiesza, dlatego też odetchnął głęboko, starając się uspokoić. W końcu nie szedł na ścięcie i nie zanosiło się, aby ktokolwiek z zebranych w domu ludzi planował go upokorzyć czy sprawić, by wrócił do szpitala z negatywnymi wspomnieniami. Wiedział o tym doskonale, lecz irracjonalny strach nie odpuszczał nawet wtedy, gdy powoli przekraczali bramę prowadzącą do domu.
    — Nie, ani trochę się nie stresuję — odpowiedział, zaciskając palce na jego dłoni. — Po co pytasz? Pewnie, że się boje — mruknął, zatrzymując się i wspinając na palce, by odwzajemnić ten krótki acz przyjemny gest. Pocałował go w sam środek ust, automatycznie formując z własnych delikatny uśmiech. — Ale będzie dobrze póki jesteś obok — wtulił głowę w jego ramię, nieśmiało wchodząc do środka i rozglądając się z wymalowaną na twarzy ciekawością. Nieco bardziej interesowało go prywatne mieszkanie Rayne'a, z którym wiązał chyba największe tego dnia nadzieje, ale to miejsce również zbudziło jego uśpione wścibstwo. Jake nie mógł powiedzieć, że dorastał w złych warunkach, jednak bez wątpienia jego dom nie mógł się równać z tym, w którym mieszkali rodzice Rayne'a. Jego cztery pokoje ulokowane na piątym piętrze odnowionej kamienicy nie miały prawa robić wrażenia, lecz nowoczesne wnętrze jednorodzinnego domu już tak. Nie dał po sobie poznać, że pod wpływem tego widoku w nim samym zaszła subtelna, ledwo zauważalna zmiana. Starał się zachowywać naturalnie, zgodnie z tym, co obiecał sobie przed przekroczeniem progu domu.
    — Cześć Eric — poczuł się pewniej, gdy najlepszy przyjaciel Rayne'a przywitał go w tak wylewny sposób, czego ani trochę się nie spodziewał. Uśmiechnął się szeroko, w międzyczasie głaszcząc po grzbiecie psa, który o mało co nie przewrócił go na plecy. — Noga w porządku, znaczy bez zmian — sprecyzował, woląc nie powiedzieć o jedno słowo za dużo. — Nie bolała od dwóch dni, więc nie mam na co narzekać — objął Rayne'a w pasie, niepewnie wodząc wzrokiem po pozostałych pomieszczeniach, znajdujących się jeszcze poza jego zasięgiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiedział czemu, ale bał się spotkania z jego ojcem, choć z drugiej strony chciał już mieć je za sobą. I oczywiście chciał obejrzeć pokój swojego chłopaka.
      — Rayne? — szepnął, ciągnąc go lekko za rękaw — Twoja mama jest w kuchni — zaczął, gdy do jego nosa doleciał przyjemny zapach — a tata? — kontynuował, mówiąc najciszej jak tylko się dało. Nie miał pojęcia jak długo będzie musiał jeszcze stać w korytarzu i nie chciał być nieuprzejmy, ale z wiadomych powodów najchętniej już by usiadł, przynajmniej na chwilę. Uklęknął obok domagającego się uwagi psa, drapiąc go za uszami i uznając, że nawet taka pozycja jest lepsza od uciążliwego i męczącego dla kości stania.

      Usuń
  27. Jakie zazwyczaj traktował wszystko zbyt poważnie i nie potrafił utrzymać odpowiedniego, zdrowego dystansu, dzięki czemu tak bardzo bał się uczestniczyć w rodzinnym obiedzie u Athaway'ów, jednak jak zwykle jego obawy okazały się być tymi bezpodstawnymi. Atmosfera ani trochę nie przypominała tej, którą chłopak wyobrażał sobie od momentu, w którym otworzył oczy; w trakcie szybkiego śniadania, prysznica i szykowania się do wyjścia, myślał tylko i wyłącznie o odwiedzinach, układając w głowie całe scenariusze rozmów i gotowych uniwersalnych odpowiedzi, które ze spokojem mógł wykorzystać w praktycznie każdej sytuacji i przy każdym zadanym mu pytaniu. W rezultacie zapomniał o wszystkim tym, co miało posłużyć mu za koło ratunkowe, wbrew wcześniejszym ustaleniom stawiając na niezaplanowaną acz o wiele lepszą naturalność. Pomimo, że znał ich tak krótko, nie czuł się obco czy co gorsza niekomfortowo; miał cichą nadzieje, że jakimś cudem udało mu się wkupić w ich łaski czy przynajmniej zaskarbić sobie względną sympatię, nie skreślającą go z góry jako partnera Rayne'a. Wiedział jedno: Nicpoń bez wątpienia polubił go już na samym wstępie, co udowadniał w trakcie całego obiadu, nie odstępując go na krok i siedząc z łbem opartym o jego udo. Jake domyślał się, że psu chodziło wyłącznie o jedzenie i nie omieszkał co jakiś czas ukradkiem podrzucić mu kawałka oderwanego za pomocą widelca mięsa - nie zważając na nieme protesty Rayne'a, który zapewne uważał dokarmianie psów za coś nieodpowiedniego, tym bardziej podczas tak uroczystego obiadu, zorganizowanego na cześć dwójki stałych bywalców szpitala. Skupianie myśli na liżącym jego dłoń zwierzaku dawało mu szansę na równoczesne prowadzenie w miarę normalnej rozmowy w asyście uśmiechu, który nawet na moment nie schodził z jego twarzy. Nie pamiętał ile razy pochwalił panią Athaway za wyjątkowo smaczny posiłek, który nie mógł się równać z tym szpitalnym pseudo jedzeniem, po którym zazwyczaj był jeszcze bardziej głodny. Odpowiadał na pytania, zagadywał siedzącego niedaleko Erica, nie spuszczał wzroku z Rayne'a i z wytęsknieniem wyczekiwał chwili, w której oboje pójdą schodami w górę i schowają się w pokoju, w którym jego ukochany współlokator spędził swoje młodzieńcze lata.
    — Twoja mama nie będzie zadowolona, jeśli tak szybko uciekniesz — odpowiedział, wodząc wzrokiem po nowym dla niego pomieszczeniu. Wcześniej nie miał wyobrażenia o wyglądzie pokoju swojego mężczyzny, jednak po dotarciu do celu stwierdził, że taki właśnie powinien on być. Osobiście nie zmieniałby niczego, może poza postawieniem na biurku ich wspólnej, oprawionej w grubą ramkę fotografii, najlepiej którejś z wyprawy do zoo. Często wracał do tamtych uwiecznionych za pomocą zdjęć wspomnień, uśmiechając się do robiącego głupie miny Rayne'a i dziękując w myślach losowi, który postanowił ich ze sobą złączyć. Nawet w tak strasznym miejscu jakim była onkologia. — Ale jeszcze jej to wynagrodzisz, rezerwuję cię na dzisiejsze popołudnie i wieczór — pogłaskał leżącego na łóżku psa, po każdym wypowiedzianym słowie przybliżając się do bruneta. Przymknął powieki, po omacku odnajdując jego usta i całując je w typowy dla siebie wciąż nieśmiały sposób, który pragnął jak najszybciej zmienić w coś odważniejszego. Wziął to sobie za punkt honoru, dlatego też po upływie kilku sekund pogłębił pocałunek, wsuwając język pomiędzy rządek jego zębów. — Naprawdę wolisz rozmawiać o zwierzakach? — zapytał po odsunięciu się w celu zaczerpnięcia powietrza. Chciał się z nim trochę podrażnić, tym samym uwalniając niedostępną na codzień zadziorną jake'ową naturę. — Kiedyś miałem kota, ale uciekł. Teraz mam dwa chomiki, ale nie widziałem ich od miesiąca, może nawet już nie żyją — zaczął, mówiąc neutralnym tonem głosu. — Opowiadać dalej czy zmieniłeś zdanie i wolisz to? — zapytał, patrząc na niego z niewinnym wyrazem twarzy, powolutku przysuwając twarz do jego twarzy i marszcząc nos co robił za każdym razem, kiedy tylko uśmiechał się odrobinę szerzej niż normalnie.

    OdpowiedzUsuń
  28. Jake nie wiedział, czy aby na pewno wszystko nie potoczyło się zbyt szybko. W końcu nawet nie zdążył dokładnie obejrzeć mieszkania Rayne'a, które w zasadzie niczym nie różniło się od innych kawalerek, a już zmierzali ku sypialni, która uszczęśliwiała go i przerażała w jednym. Przez niemal całą drogę składającą się na jazdę taksówką milczał i wpatrywał się w widoki rozprzestrzeniające się za szybą, wyobrażając sobie to, co aktualnie zderzało się z rzeczywistością. Posłusznie wykonywał malutkie kroczki do tyłu, starając się zachować równowagę przy jednoczesnym odwzajemnianiu zachłannych pocałunków, jego zdaniem stanowiących idealną grę wstępną. Przygryzł lekko jego dolną wargę, oblizując usta mężczyzny swoim językiem, by następnie zaprzestać leniwego marszu w celu zatrzymania się milimetry od łóżka i tym samym uniknięcia zderzenia z drewnianą ramą. Jake o dziwo nie wydobył z siebie żadnego dźwięku w czasie, w którym Rayne pozbył się jego koszulki, odrzucając ją gdzieś daleko na bok; pod wpływem choroby i przyjmowanych leków nie mógł poszczycić się sylwetką kulturysty, a jego własna była bardziej zbliżona do wychodzącego na prostą anorektyka, który nijak nie kojarzył się z pożądaniem, jednak nie zamierzał zawracać sobie tym głowy. Nie obchodziło go to tak długo, jak długo Rayne zwracał na niego uwagę, tytułując go mianem swojego chłopaka. Jake chciał podobać się tylko i wyłącznie jemu, a cała reszta nie miała dla niego żadnego znaczenia.
    — Chcę cię — wyszeptał, łapiąc go za rękę i ciągnąc w kierunku łóżka. Czuł, że zachowuje się jak typowy nowicjusz, nie mający zielonego pojęcia co robić i wiedział też, że i Rayne zdaje sobie z tego sprawę. A przynajmniej miał taką nadzieję. To jedno konkretne słowo za żadne skarby świata nie przeszłoby mu w tym momencie przez gardło, chociaż teoretycznie wiedział, że zerowe doświadczenie nie jest powodem do wstydu. Przez tych kilka lat nieświadom czekał na pojawienie się na jego drodze Athaway'a, aby całkowicie i ufnie oddać się w jego ręce. — Teraz — zmusił go do zajęcia pozycji pół leżącej, a sam usiadł okrakiem na jego udach, kładąc trzęsące się z ekscytacji dłonie na rayne'owych biodrach. Nie przejmował się bolącą nogą, wirującym przed oczami obrazem i stanem przypominającym ten, który człowiek odczuwał po zejściu z górskiej kolejki, pędzącej z zawrotną szybkością. Dobrze wiedział na czym mu zależało i żadna siła nie powstrzymałaby go teraz przed dojściem do celu. Przeniósł się z pocałunkami na szyję mężczyzny, wcześniej zahaczając zębami o płatek jego ucha. Pomału wsunął łapki pod materiał jego koszulki, badając pod palcami fakturę skóry, wyczuwając napinające się pod dotykiem mięśnie i wzdychając cicho, gdy sam zapragnął więcej. Chciał, by Rayne go dotykał, wywoływał pojawiające się znikąd dreszcze, zabierał oddech i robił to, czego nie robił nikt inny przed nim. — Całkiem nieźle pa wygląda, panie Athaway — mruknął z uśmiechem, kiedy koszulka Rayne'a spotkała się z podłogą.

    love, Dżejki.

    OdpowiedzUsuń
  29. Umysł Jake'a nie był w stanie ogarnąć wszystkich wymieszanych ze sobą emocji i stanów, których zanotował zdecydowany nadmiar; te negatywne, w postaci strachu i lekkiego zażenowania zniknęły w ekspresowym tempie, zastępując je czystym podnieceniem i rosnącą ekscytacją. Wciągnął głęboko powietrze do płuc, leząc całkiem nago i poddając się dotykowi Rayne'a, przejmującemu bezwzględną kontrolę nad każdą wyjątkowo podatną komórką jego organizmu. Dotykowi, który przeszywał jego skórę niczym wiązki prądu powodujące, że drżał jak wystawione na silną wichurę niestabilne drzewo. Nie wiedział, czy to kwestia tego, iż ktoś dotykał go w ten sposób po raz pierwszy w jego życiu, jednak domyślał się, że reaguje zapewne nieco przesadnie, choć oczywiście nie robił tego celowo. Trząsł się, czując jak każdy fragment jego ciała pokrywa się niezliczoną ilością dreszczy, dzięki którym na zmianę zalewała go fala gorąca, by następnie sprawić, że rejestrował wyłącznie zimno. Gniótł palcami nadmiar materiału jasnego prześcieradła i co chwila unosił biodra, zachęcając mężczyznę do kontynuowania doprowadzającej go na skraj szaleństwa czynności. Z początku wstydził się okazywać i wywlekać na wierzch to co przeżywał, lecz po upływie krótkiego czasu jego gardło opuścił cichy, wcześniej tłumiony jęk, z sekundy na sekundę stający się coraz bardziej intensywny i śmielszy. Kręciło mu się w głowie; dochodził wyłącznie dzięki muśnięciom jego ust i świadomości, iż twarz Rayne'a znajduje się pomiędzy jego rozłożonymi szeroko nogami. Żałował, że sam nie dostał szansy na zajęcie się nim w odpowiedni sposób, jednakże miał nadzieję, że jeszcze zdąży nadrobić wszystkie te zaległości. Obowiązkowo.
    — Tylko twój — odpowiedział, patrząc na niego szeroko otwartymi z wrażenia oczami. Klatka piersiowa Jake'a co rusz unosiła się i opadała, a on sam nie potrafił unormować nierównego oddechu. Chciał mieć go już wyłącznie dla siebie, pozwolić mu zrobić ze sobą na co tylko miał ochotę, dać mu prawo do spełniania wszelkich fantazji i poprosić, by zapomniał o niepotrzebnych hamulcach. Chciał poczuć, że naprawdę do siebie należą i nie obchodziło go coś tak błahego jak fakt, że równocześnie jest to jego debiut. Potrzebował go bardziej niż tlenu i nie zamierzał dopuścić do sytuacji, w której Rayne potraktował go jak jajko, które można uszkodzić poprzez jedno mocniejsze ściśnięcie. Chciał po raz pierwszy od dawna poczuć, że żyje, nie umiera. A do tego niezbędny był Rayne i jego zaangażowanie.
    — I nie zmieniaj się teraz, chce się przekonać jaki jesteś naprawdę... — szepnął, chociaż wątpił, by mężczyzna zrozumiał jego niejasny przekaz wypowiedziany szyfrem. Pożądanie rosło w nim po każdym uderzeniu serca, po niekontrolowanym mrugnięciu okiem czy skurczu rozluźnionych już mięśni, dlatego też cichym syknięciem zmusił bruneta do odsunięcia się na bok. Podniósł się do pozycji na wpół leżącej i poprawił podłożoną pod biodra poduszkę, aby następnie wyciągnąć rękę w kierunku Rayne'a i przyciągnąć go ku sobie. Ich klatki piersiowe stykały się ze sobą tak samo jak czoła, dzięki czemu do woli mógł patrzeć mu w oczy, wdychać zapach i dawać mu możliwość spoglądania na jego własne, jake'owe reakcje. Przerzucił nogi przez dwa brzegi okrągłego łóżka, jednocześnie wpijając się w usta Rayne'a i w przerwie między pożądliwymi pocałunkami wyszeptując krótkie: — już.

    OdpowiedzUsuń
  30. Od samego początku przyrzekł sobie - może nie przyrzekł, jednak bardzo chciał tego nie robić - że nie będzie krzyczał, a już tym bardziej się nie rozpłacze. Na samą myśl o tak absurdalnej i nie pasującej do sytuacji reakcji zachciało mu się śmiać, ale wiedział, że powinien być poważny, dlatego też odpędził od siebie te niepotrzebne, rozpraszające go myśli, koncentrując się i skupiając na tym jednym, jedynym mężczyźnie, który namieszał w jego głowie w ekspresowym tempie. Złapał w palce materiał prześcieradła i odwzajemniał każdy pocałunek, ignorując nieznane wcześniej poczucie wypełnienia, dyskomfort i nieduży ból. Zacisnął uda na biodrach Rayne'a, oddychając głośno i co jakiś czas wyrzucając z gardła cichy jęk, upewniający Athaway'a co do tego, że jego młodemu partnerowi mimo trudności jest zdecydowanie dobrze. Jak nie i najlepiej. Jakie był mu niesamowicie wdzięczny za wszystko to co dla niego robił; począwszy od poświęcenia mu czasu, a skończywszy na trosce, którą wykazywał nawet podczas seksu. Doceniał tę delikatność, to, że już na samym wstępie próbował odwrócić jego uwagę od bólu i cieszył się, że trafił na kogoś takiego jak on. Przy nim wszystko wydawało się być łatwiejsze i pokolorowane w cieplejszych barwach od tych, do których zdążył przywyknąć. Rayne zdobył go całkowicie i na calutkim świecie nie istniała rzecz, której Jake nie poświeciłby dla ich wspólnego dobra. Ten wieczór zmotywował go bardziej niż słowa lekarzy, pielęgniarek a nawet własnej rodziny; musiał wyzdrowieć dla niego i dopilnować, by razem opuścili gmach szpitala jako zdrowa i szczęśliwa para. To był aktualnie jego priorytet, który jedynie czekał na powolną acz wartą wyczekiwania realizację.
    Po każdym pewniejszym pchnięciu jęczał coraz głośniej, czując jak po jego podbrzuszu stopniowo rozchodzi się fala ciepła, szybko zmieniającego temperaturę na gorącą. Wbijał krótkie paznokcie w plecy Rayne'a, zapewne zostawiając na nich czerwone ślady, za co zamierzał go przeprosić; po kilku długich minutach wygiął ciało w delikatny łuk po czym opadł na materac, wsłuchując się w jęki mężczyzny i wyrównując swój własny oddech po pierwszym, głęboko satysfakcjonującym orgazmie.
    — Lepiej nie mogę się czuć... — mruknął, ani trochę nie odbiegając od prawdy i stanu faktycznego. Może trochę pobolewało go podbrzusze i inna, odgrywająca równie istotną rolę część ciała, ale nie planował wywlekać tego na światło dzienne. Przetarł dłonią kropelki potu zalegającego na czole, nie spuszczając wzroku z leżącego obok Rayne'a. Jego oczy błyszczały się jak jeszcze nigdy dotąd, jednak nie miało to nic wspólnego ze łzami. Był szczęśliwy, i nic ani nikt nie byłby w stanie sprowadzić go na ziemię i zmusić do nagłego otrzeźwienia. — Dziękuję — wyszeptał, wyciągając się do przodu i całując go krótko w kącik ust. Nie wiedział czy to na skutek dopiero co zakończonego seksu, w końcu nie miał porównania, jednak miał nieodpartą ochotę na schowanie się w jego ramionach i ukrycie przed całym złym światem. Na wyznanie mu swoich najprawdziwszych i najszczerszych uczuć, skierowanych wyłącznie ku niemu. — Rayne — zaczął, w międzyczasie układając głowę na jego klatce piersiowej — Możesz mnie przytulić? Mocno — poprosił, przenosząc dłoń na jego brzuch i kreśląc palcami małe kółka. Zastanawiał się co zrobią zaraz po wyjściu z łóżka, którego sam Jake najchętniej by nie opuszczał. Marzyła mu się wspólna kolacja, kąpiel, wcześniej spacer, lecz domyślał się, że nie może mieć wszystkiego. Wykorzystali raptem kilka godzin i mieli do dyspozycji następny, prawie cały dzień, co samo w sobie było spełnieniem jego marzeń. Nie miał prawa prosić o więcej. — To był najlepszy dzień w moim życiu — szepnął, przymykając powieki.

    OdpowiedzUsuń
  31. Czas równie dobrze mógłby stanąć w miejscu, a wskazówki zegara nie przesuwać się ani o milimetr; Jakie stałby się wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, chociaż i obecnie nie wiele brakowało mu do uzyskania pełni szczęścia. Może poza czasem, którego wciąż miał dość spory deficyt. Okrył się szczelniej kołdrą, całkowicie przylegając do leżącego obok Rayne'a i wtulając się w niego tak mocno, jak tylko potrafił; jego ciało ogrzewało go lepiej niż poszczególne warstwy ubrań, a jego zapach przyjemnie otulał go do snu, dlatego też odpłynął już po kilku krótkich minutach, nie budząc się w ciągu nocy ani razu. Jedynie co jakiś zaciskał palce na jego ramieniu, podświadomie bojąc się, że w chwili własnej nieuwagi straci go z zasięgu swojego wzroku, a był pewien, że taka strata zabiłaby go zdecydowanie szybciej niż nowotwór. Rayne był jego osobistym i najjaśniejszym promykiem, i za nic w świecie nie mógł pozwolić mu zgasnąć; wydarzenia z ostatniego wieczoru i zaufanie jakim go obdarzył, jedynie upewniły go w przekonaniu co do własnych uczuć, których wcześniej nie potrafił do końca zdefiniować i nadać im ostatecznego kształtu. Kochał go całym sobą i gdyby nie irracjonalny strach, wyznałby mu to zaraz po ponownym otwarciu oczu. Wolał jednak poczekać, uważając, że te dwa słowa idealnie nadadzą się jako zwieńczenie ich cudownej przepustki. A przynajmniej tak pojmował to Jakie, który dopiero zaczynał stawiać pierwsze kroczki w zawiłych i często trudnych do zrozumienia sprawach męsko męskich.
    — Jeszcze tylko pięć minut... — mruknął, na wpół przytomnie odwzajemniając krótki pocałunek. Nie miał zielonego pojęcia jak długo spał, jednak nie przeszkadzało mu to w przeciągłym ziewnięciu. Przetarł zaspane oczy wewnętrzną stroną dłoni, powoli szykując się do opuszczenia wygodnego łóżka, tak innego od tego, który zna ze szpitala. — Śniadanie brzmi zachęcająco — dodał, uśmiechając się lekko pod nosem. Spojrzał na Rayne'a uświadamiając sobie, że ten - w porównaniu do niego samego - ma na sobie pełne ubranie, przez co na policzkach Jake'a pojawiły się delikatne rumieńce. Ubiegłej nocy pod wpływem nagromadzonych emocji nie odczuwał wstydu - a przynajmniej zminimalizował go jak tylko mógł - lecz teraz, po ochłonięciu, czuł się nieswojo. W końcu Rayne jako pierwszy poza lekarzami oczywiście, widział go całkiem nago, a sam Jake potrzebował jeszcze co najmniej jednej identycznej nocy, aby przyzwyczaić się i przestać peszyć przed własnym mężczyzną. Automatycznie naciągnął kołdrę pod samą brodę, zastanawiając się jak powinien się zachować, aby nie wyjść przed nim na kompletnego idiotę. — Zaczekasz w kuchni? Zaraz przyjdę — wyciągnął się do przodu i raz jeszcze pocałował go w usta, jednocześnie głaszcząc po karku. Wstał i ubrał się dopiero wtedy, gdy sylwetka mężczyzny zniknęła za progiem drzwi, by następnie wstąpić na moment do łazienki, przepłukać twarz zimną wodą i pomaszerować prosto na śniadanie. — Co będziemy dzisiaj robić, skarbie? — zapytał kilka minut później, popijając herbatą drugą już kanapkę. Przez chorobę zazwyczaj nie jadł dużo, ale za sprawką Rayne'a i ostatniej fizycznej aktywności chwilowo wrócił mu apetyt. — Wyjdziemy gdzieś? — kontynuował, odkładając talerz i kubek na bok, kiedy tylko skończył przeżuwać ostatni kęs. Nie chciał sprawiać Rayne'owi dużego kłopotu i zmuszać go do ponownego zajęcia się codziennymi sprawami typu zmywanie naczyń, dlatego też postanowił go nieco obciążyć. Zaniósł naczynia do kuchni, a resztki zgarnął do wypełnionego po brzegi worka na śmieci, postanawiając pomóc mu chociaż w tym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Pozmywaj a ja wyniosę śmieci, dobrze? A jak wrócę to powiesz mi gdzie pójdziemy — złapał za wielki, czarny worek, na pożegnanie cmokając go szybko w policzek i wychodząc na klatkę schodową, aby dla odmiany i poczucia się jak zwykły, zdrowy człowiek, zmierzyć się ze schodami. Nie napotkał na żadne trudności aż do drugiego piętra; nie zarejestrował momentu, w którym niepostrzeżenie potknął się o rozwiązane sznurowadło, obniżając się o jakieś trzy stopnie i z całych sił uderzając kantem schodka w zainfekowaną rakiem, kilkakrotnie połamaną nogę. — Rayne, już jestem — przed wstąpieniem do jego mieszkania wytarł zalegające pod powiekami krople łez, nie mając zamiaru skarżyć się na ból czy chwalić kolejną już mało pozytywną przygodą. Miał tylko nadzieję, że Athaway niczego nie zauważy, a w końcu to tylko uderzeniem, był pewien, że nie mogło stać się nic poważniejszego...

      Usuń
  32. Jakie ucieszył się z takiego obrotu spraw i z tego, że Rayne najwyraźniej niczego nie zauważył. Przynajmniej jak na razie wszystko szło po jego myśli i miał cichą nadzieję, że jego plan nagle i gwałtownie nie runie jak konstrukcja domku z kart. Wolał nie wyobrażać sobie reakcji zarówno Rayne'a jak i szpitalnych pielęgniarek, które z całą pewnością jako pierwsze dowiedziałby się o całym zajściu. Jake nie miał zamiaru ryzykować i na własne życzenie narażać się na trwały szlaban i uziemienie; w końcu cudem udało im się otrzymać te wymarzone trzydzieści sześć godzin, które jak do tej pory upłynęły pod znakiem spokoju i miłości w dawce, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie zaznał. Nie potrzebował, aby ktokolwiek psuł mu tę pozorną sielankę morałami i komentarzami odnośnie tego, jak bardzo jest nieodpowiedzialny i co najgorsze bał się, że cała wina niepostrzeżenie zrzucona zostanie na Rayne'a. Wolał przemęczyć się jeszcze tych kilka godzin i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku; przecież nie wiedział, czy rzeczywiście tak właśnie nie było. Upadek z raptem trzech schodków mógł zdążyć się każdemu i zapewne jedynym, zauważalnym skutkiem tego małego wypadku byłby siniak bądź rozcięcie, które zagoiłoby się równie szybko jak się pojawiło. Lancaster nie brał jednak po uwagę tego, że mniej więcej tak właśnie zachowałby się organizm zdrowej, wolnej od raka osoby; pamiętał początki swojej choroby, a właściwie czas przed ostatecznym wyrokiem śmierci, czy też diagnozą lekarską. Patologiczne złamania kości po zwyczajnym, niegroźnym uderzeniu były czymś naturalnym i na palcach jednej ręki nie zliczyłby ilości razy, kiedy to jego nogę zdobił biały gips. W przypadku Jake'a niemożliwe stawało się możliwe, dlatego też jako rozsądny i świadomy swojego schorzenia dwudziestolatek, nie powinien bagatelizować zaistniałego problemu. On sam miał to jednak głęboko gdzieś; liczył się dla niego tylko i wyłącznie Rayne, a noga i wisząca nad jego głową wizja tego co mogło się z nią stać, odepchnięta została na dalszym, nic nieważny plan. Mógł zacisnąć zęby i wytrzymać wszystko, byle tylko mieć go przy sobie i żyć z nadzieją na to, że w niedalekim czasie raz jeszcze uda im się opuścić szpital i zasnąć wspólnie na tym konkretnym łóżku. Cała reszta traciła na swoim znaczeniu, jeśli tylko zestawiło się ją z Athaway'em, który posiadał moc unicestwiania nawet czegoś tak trudnego do zabicia jak ból.
    — Możemy pójść do remizy — odpowiedział zza zamkniętych na klucz drzwi łazienki. W zasadzie nie miał już ochoty nigdzie wychodzić w obawie przed rychłą demaskacją, jednak przedstawienie musi trwać nadal. Jakie nie był mistrzem w kłamaniu i rzadko kiedy udawało mu się skutecznie zmylić swojego rozmówcę, toteż wolał przystać na jego propozycję i wyjść, nie narażając się na odkrycie prawdy. — Twoja mama i Eric zdążyli już opowiedzieć o tym co robiłeś jako strażak — zaczął, przypominając sobie wczorajszy obiad w domu państwa Athaway. — Ale opowieści, a zobaczenie tego na własne oczy to co innego. Poza tym nigdy nie siedziałem w wozie strażackim — dodał, uśmiechając się lekko. Obiecał sobie, że tego nie zrobi, ale wbrew obietnicom przegrał z targającą nim ciekawością. Przysiadł na brzegu wanny i podciągnął do góry nogawkę spodni, krzywiąc się na widok tego, co ujrzał. Wielki, krwawy siniak ozdobił praktycznie całą jego łydkę, a sam Jakie miał wrażenie, jak ten z każdą kolejną sekundą rośnie i zaczyna boleć coraz mocniej. W ramach odwrócenia własnej uwagi skupił się na wykonaniu rutynowych porannych czynności, które zazwyczaj robiło się w łazience, by następnie wyjść i bez słowa wpaść prosto w ramiona stojącego pod drzwiami Rayne'a. — To co, może być remiza? — zapytał paręnaście sekund później,odsuwając się i wspinając się na palce, aby przycisnąć wargi do jego ust.

    OdpowiedzUsuń
  33. Jeszcze nie tak dawno Jakie był w stu procentach pewien, że tego pięknego dnia nikt ani nic nie będzie w stanie zepsuć i sprawić, aby jego idealny humor odszedł w niepamięć. Nie przejął się nawet swoim małym wypadkiem, przy którym główną rolę odegrały schody i naprawdę cieszył się ze wspólnej wycieczki do strażackiej remizy, jednak na widok tych wszystkich, ubranych w identyczne, czerwone stroje strażaków, poczuł się dziwnie nieswojo, a świadomość, że każdy z nich dość dobrze zna Rayne'a, tylko potęgowała jego rzadko spotykaną frustrację i rozdrażnienie. Jakie jeszcze nigdy w życiu tak dogłębnie nie poznał czym jest zazdrość i nawet jeśli w obecnej sytuacji nie miał ku niej powodów, nie zanosiło się na to, by jego naburmuszona mina zastąpiona została dawnym uśmiechem. Właściwie sam nie wiedział o co tak naprawdę mu chodziło; z reguły nie miał kompleksów, lecz zdawał sobie sprawę z tego, że w przeciwieństwie do przyjaciół Athaway'a wygląda jak dzieciak. Nie mógł równać się z tamtymi wysokimi i dobrze zbudowanymi mężczyznami, którym ewidentnie nie dorastał do pięt; nie miał zielonego pojęcia co Rayne w nim widział i co strzeliło mu do głowy w chwili, w której po raz pierwszy nazwał go swoim chłopakiem. Zacisnął jedną dłoń w pięść i czekał na usłyszenie głośnego i chóralnego śmiechu, który jego zdaniem był jedyną i adekwatną odpowiedzią na tę cudowną nowinę, której zapewne żaden ze strażaków się nie spodziewał. Jakie oczywiście nie dałby sobie ręki uciąć i nie pośpieszyłby się ze stwierdzeniem, że Rayne dla zasady powinien wybrać kogoś starszego, jednak patrząc na jego znajomych zaczynały dopadać go dość spore wątpliwości. Nie chciał czuć się od nich gorszy i nie zamierzał bezczynnie stać i przysłuchiwać się opowieściom z dawnych lat, aczkolwiek równocześnie nie zależało mu na tym, aby się ośmieszyć. Chociaż na zewnątrz wyglądał tak jak zwykle, to w środku cały kipiał i bał się, że lada moment wybuchnie lub co gorsza opuści remizę, czego w głębi duszy nie chciał.
    — Rayne, mamy mało czasu — mruknął cicho pod nosem, lekko ciągnąć go za dół jego koszulki. Nie odezwał się ani jednym słówkiem do odważnych i walecznych panów strażaków, prawdopodobnie wypadając w ich oczach jak skończony frajer, nie potrafiący zachować się nawet w tak neutralnych okolicznościach. — Chodźmy — kontynuował, nie spuszczając z ponaglającego tonu głosu. O mało co nie uległ pokusie udowodnienia strażakom swojego nieco zaniżonego wieku, tupiąc nogami i krzycząc jak przystało na dzieciaka, ale w porę się opanował. Zamiast tego stanął na palcach i po upewnieniu się, że wciąż są obserwowani, zarzucił ręce na szyję swojego mężczyzny i złączył ich usta w popisowym pocałunku. — Wsiądziemy do wozu? — zapytał parę sekund później, kompletnie ignorując pozostałych zebranych. — Bo pewnie szanse zerowe, żebyśmy podjechali nim do szpitala — rzucił, nie puszczając jego dłoni.

    OdpowiedzUsuń
  34. Jakie wcale się nie uspokoił, a odejście na bok i oglądanie strażackiego wozu ani trochę nie pomogło. Od dłuższego czasu wszyscy traktowali go jak żywą, oddychającą i tykającą bombę zegarową, która mogła w każdej chwili wybuchnąć, jednak dopiero dzisiaj tak naprawdę każda z tych osób miałaby prawdziwy powód, aby tak o nim mówić. Wcześniej z bombą utożsamiano nowotwór, za sprawą którego jego stan mógłby pogorszyć się z dnia na dzień, z godziny na godzinę czy minuty na minutę, aby w nieoczekiwanym momencie eksplodować i sprawdzić, że osoba Jake'a Lancastera odeszłaby w niepamięć. Obecnie cały kipiał ze złości wymieszanej z nieustępliwą i męczącą zazdrością, podsycaną usłyszanymi gwizdami. Nie chciał robić Rayne'owi awantury, wiedząc, iż ten miał jak najlepsze zamiary, jednak zaczynał żałować, że w ogóle zgodził się na wyjście od remizy. Właściwie to sam to zaproponował, ale przez emocje - głównie negatywne - nie miał zamiaru winić samego siebie. Irytował go rozchodzący się po tej wielkiej przestrzeni szept, zapewne oznaczający potajemne rozmowy, której treści mógł sobie jedynie wyobrazić. Był pewien, że to on stał się tematem pogawędki między strażakami, którzy jego zdaniem obgadywali go na wszelkie możliwe sposoby. Irytował go dzwoniący w uszach gwizd, który nikomu nie kojarzyłby się z niczym dobrym. W końcu chciał tylko zachować się jak dorosły, młody mężczyzna, nie dzieciak, a jednak wbrew chęciom efekt był odwrotny do zamierzonego. Jego akt miłości został poniekąd wyśmiany i nie dopuszczał do głosu tego, iż strażacy mieli dobre intencje, a gwizdy wcale nie oznaczały z ich strony kpiny. Poczuł się jak zwykłe dziecko, które na dodatek zaczęło zmagać się z coraz to większym bólem nogi. Gdyby nie ona, prawdopodobnie już dawno wybiegłby z remizy i uciekł na drugi koniec Bostonu, aczkolwiek w zaistniałych okolicznościach chcąc-nie chcąc, musiał trzymać się blisko Athawaya.
    — Nie chcę oglądać żadnych szafek — odburknął, obracając się przez ramię i spoglądając na stłoczonych w grupie pogromców ognia i płomieni. — Dlaczego mi nie powiedziałeś, że masz tutaj takich znajomych? — zapytał, mierząc go lekko oskarżycielskim spojrzeniem. Chciał się w niego wtulić i chociaż spróbować odnaleźć spokój w jego ramionach, ale natłok zgromadzonych w czasie przepustki i wizyty w strażackiej remizie wrażeń skutecznie mu to uniemożliwił. — Gdybym wiedział, że tak zareagują, to w życiu bym tutaj nie przyszedł — dodał, odruchowo łapiąc go za rękę. — Przecież popatrz na nich, mogłeś związać się z kimś takim, nie z dzieciakiem, który potrafi się jedynie ośmieszyć — wyrzucił na jednym wydechu, łapiąc głośne oddechy i uciekając wzrokiem na przeciwległą ścianę.

    OdpowiedzUsuń
  35. Jakie nie lubił się tłumaczyć. Zwierzać zresztą też nie, ale z dwojga złego wolał już wyrzucić z siebie tych kilka zdań odnośnie tego, co w danej chwili go martwiło, niżeli w złożony sposób argumentować swój perfidny i zły nastrój. Dobrze wiedział, że Rayne zasługiwał na wyjaśnienia i prawdopodobnie również na przeprosiny. Jakie nie do końca rozumiał, co odpowiadało za jego obecny humor i mógł się jedynie domyślać, że wina częściowo leżała po stronie kończącej się przepustki. Nie chciał wracać do szpitala i ponownie stać się więźniem tych ponuro wyglądających czterech ścian, dlatego też uważał, że miał prawo trochę ponarzekać. Rayne zresztą też, jednak najwyraźniej on względnie pogodził się z myślą o powrocie do szpitala, nie tak jak Jakie. On nie wyobrażał sobie wznowienia codziennej rutyny, od której paradoksalnie w ciągu tych trzydziestu sześciu godzin zdążył się odzwyczaić. Nie wyobrażał sobie wstawania o świcie i wyznaczonej przez pielęgniarki porze, jednak najbardziej nie mógł znieść myśli o zabranej mu wolności. Przebywając z Rayne'm po raz pierwszy od dawna czuł, że założone mu wbrew jego woli kajdany zostały zdjęte, co wykorzystywał najlepiej jak tylko potrafił. Szpital i onkologiczny oddział wiązały się ze ścisłymi ograniczeniami, dlatego też od razu mógł wybić sobie z głowy bezproblemowe zasypianie w ramionach Athaway'a, nie mówiąc już o czymś więcej. Strażacy tylko dolali oliwy do ognia, potęgując pogarszający się z minuty na minutę opłakany humor Jake'a; nie winił ich w całości za swoje nietypowe zachowanie, chociaż najchętniej tak właśnie by zrobił, nie musząc męczyć się ze znalezieniem prawdziwego wytłumaczenia. Zdawał sobie sprawę z tego, że to przede wszystkim on sam zepsuł ich ostatnie spędzone na wolności godziny, co w konsekwencji pogłębiło jego złość, tym razem skierowaną ku samemu sobie. A nieco obojętny ton głosu mężczyzny i odwrócony wzrok tylko pogorszyły sytuację.
    — I co z tego, skoro też tak o mnie myślisz? — zapytał, nawiązując do określenia, jakim rzeczywiście sam się utytułował. Dzieciak. — Zniszczyłem ten dzień, narobiłem ci wstydu przed kolegami i wczoraj na pewno też byłem beznadziejny — wyswobodził dłoń z jego uścisku, robiąc krok do przodu i powoli wychodząc z remizy. Przystanął na zewnątrz, opierając się plecami o metalową barierkę i wzdychając cicho, gdy ciepły wiatr owiał jego twarz i pozwolił mu choć trochę ochłonąć. — Rayne, po prostu bałem się, że cie stracę — wyszeptał po parunastu sekundach milczenia, podbiegając i bez słowa wtulając się w jego tors. Objął go mocno w pasie, zaciskając powieki i marząc o tym, by odczytał ten gest jako formę nieudolnych przeprosin. — I możemy iść dokąd chcesz — dodał w ramach szybkiej zmiany tematu, zgarniając w palce nadmiar materiału jego koszulki.

    OdpowiedzUsuń
  36. Jakie nie nie potrafił się nie uśmiechnąć i cicho nie zaśmiać, kiedy jego dłonie zawędrowały pod koszulkę Rayne'a, opuszkami palców badając ślady na plecach. Jego humor poprawił się jeszcze bardziej, kiedy tylko wyobraził sobie samego siebie jako nieporadnego, małego kociaka, zaciekle atakującego dużego acz niegroźnego tygrysa i znacząc jego skórę śladami własnych pazurków. Cieszył się, że Rayne najwyraźniej wybaczył mu całe to mało przyjemne zajście, dając im szansę nacieszyć się sobą i ostatnimi godzinami na wolności; Lancaster pod pojęciem utraty rozumiał wiele, nie mając jedynie na myśli ewentualnego porzucenia czy zdrady, jeśli tylko na horyzoncie pojawiłby się ktoś starszy i przystojniejszy, kto w mgnieniu oka zakręciłby sobie Athaway'a wokół palca. Choroba także odgrywała istotną rolę, chociaż Jakie wciąż głęboko wierzył, że jego wielka miłość zwycięży i opuści szpital o własnych siłach, z czystym kontem, białą kartką i wspomnieniami o dwudziestolatku, który nagle pojawił się w jego życiu i narobił w nim niezłego bałaganu. Poprzez z pozoru błahy upadek ze schodów i coraz to bardziej dokuczliwy i promieniujący ból stracił już nadzieję na to, że on również odzyska zdrowie i przestanie zaprzątać sobie głowę rozmyślaniem o własnym pogrzebie i jego wizji, którą posiadał zaplanowaną z uwzględnieniem każdego najmniejszego szczegółu. Dalej nie planował powiedzieć Rayne'owi o tej drobnej wpadce przy śmietniku wiedząc, że i tak wszystko się wyda, woląc przywołać swój nie tak dawny entuzjazm i zarazić nim Rayne'a, który nie zasłużył na ani minutę smutku czy zmartwień. Mając go na wyłączność, czując jego mocne dłonie na pośladkach, co sprawiło, że wzdłuż linii kręgosłupa przeszedł go dreszcz, oraz słysząc zapewnienie, że pomimo obaw nie był aż tak kiepski w łóżku jak mu się wydawało, odzyskał przynajmniej częściową pewność siebie, którą utracił w momencie wejścia do remizy. Rayne był jego, a sam Jakie należał wyłącznie do Athaway'a, i żadna zazdrość czy napady chwilowej depresji nie mogły zmienić tego stanu posiadania.
    — Nie wiedziałem, że drapałem tak mocno —mruknął, wtulając głowę w zagłębienie jego szyi, po czym westchnął cicho, kiedy znajomy zapach przyjemnie przedarł się do jego nozdrzy. Odsunął się jednak zbyt szybko niżby tego chciał, nie puszczając jego ręki i wpatrując się prosto w oczy swojego jedynego strażaka. — I nie mówmy już o tym, Rayne — zaczął, ponownie podchodząc bliżej i w ramach pauzy łącząc ich usta w spokojnym lecz pożądliwym pocałunku. — Kocham cię mój bohaterze i tylko to się liczy, prawda? — zapytał czysto retorycznie, po raz pierwszy wypowiadając względem niego te dwa konkretne słowa, będące najważniejszym wyznaniem dla niemalże każdej pary. — No i właściwie to chętnie poszedłbym coś zjeść — uśmiechnął się, splatając ze sobą ich palce i ciągnąc go do przodu, by wspólnie ruszyć na podbój Bostońskich barów z fast foodami. Jakie milczał przez dobre dwa kwadranse, jedynie co jakiś czas rzucając ciche: na pewno się nie gniewasz?; przepraszam za tamto.... Dopiero po ujrzeniu przynajmniej trzydziestu schodów, które jakby znikąd wyrosły na samym środku chodnika, skrzywił się, przypominając sobie o wydarzeniach sprzed paru godzin. — Ała — syknął po pokonaniu piątego stopnia, automatycznie zatrzymując się i przenosząc wzrok na łydkę prawej nogi, na której jak się domyślał, widniał już olbrzymi krwiak w kolorach tęczy. O ile nie coś gorszego.

    OdpowiedzUsuń
  37. Jakie oczywiście nie żałował tych dwóch, skierowanych ku Rayne'owi słów, jednak po tym co właśnie zrobił mężczyzna, miał wielką ochotę je odwołać. Wykrzyczeć, że to wszystko nieprawda i nigdy, ale to nigdy nie zapałał do niego miłością, przeciwnie; był gotów powiedzieć, że go nienawidzi, chociaż ani trochę nie było to zgodne z prawdą. Jake zapomniał o tym, że dopiero co się pogodzili; miał do niego przeogromny żal i tym razem był pewien, że nie przejdzie mu tak szybko jak poprzednio. Z jednej strony wiedział, że Rayne chciał dla niego jak najlepiej, oraz że martwił się o jego zdrowie, aczkolwiek nie obchodziło go to praktycznie wcale, gdyż mężczyzna jednym telefonem zniszczył to, co w ostatnich godzinach sprawiało mu największą radość. Nie mógł uwierzyć, dlaczego celowo pozbawił go tak dużej ilości wolnego czasu, który oboje mogli wykorzystać do woli, nawet przeznaczając go na bezproduktywne siedzenie na ławce w parku. Ich przepustka skończyła się jednak zdecydowanie zbyt szybko niż to sobie wyobrażał, w dodatku przyprawiającym o ciarki na plecach akcentem. Na samą wzmiankę o przyjeździe karetki zachciało mu się płakać i nie umiał wyobrazić sobie tego, iż już za moment usłyszy to przeraźliwe wycie syreny, zwiastujące przybycie znienawidzonego ambulansu. Nie rozumiał, dlaczego Rayne - podobno miłość jego życia - pomimo jak najlepszych intencji zgotował mu takie piekło, oczywiście w postaci znęcających się nad jego nogą lekarzy, których widział już oczami wyobraźni. Nie sądził, że najpiękniejsze chwile jego życia w ułamku sekundy zamienią się w ich zupełne przeciwieństwo, rujnując każdy z planów, nawet tak mało ważnych jak wspólny obiad czy spacer po ulicach Bostonu.
    — Jak mogłeś?! — krzyknął, nawet nie próbując zeskoczyć z murku. Było mu już wszystko jedno, a widok zmartwionego i jednocześnie zaskoczonego mężczyzny jedynie potęgował jake'ową obojętność. — Zadzwoń i odwołaj to, rozumiesz?! Nigdzie nie pojadę — doskonale wiedział, że jego prośby, krzyki i błagania na nic się nie zdadzą, aczkolwiek nie byłby sobą, gdyby nawet nie spróbował. — Rayne, odwołaj to! — nie zdążył nawet podnieść głowy i skrzyżować z nim swojego rozczarowanego i spojrzenia, zza skrzyżowania z prędkością światła, lub zbliżoną, wyłonił się ten specyficznie wyglądający, wielki i biały pojazd, wypełniając ulicę głośnym rykiem syreny. Jakie zaklął pod nosem, stając twarzą w twarz z Athaway'em; na jego własnej widniało jedynie wyraźne rozgoryczenie i żal, a po dawnym szczęściu i przepełniającej go euforii nie było już ani śladu.
    Szpitalne auto pokonywało kolejne ulice, mknąc i zostawiając w tyle każde pozytywne wspomnienie, a w tym samym czasie Jakie leżał na prowizorycznym łóżku, które po rozłożeniu służyło do przetransportowywania unieruchomionych pacjentów z miejsca na miejsce. Bezradnie patrzył, jak jeden z sanitariuszy rozcina nogawkę jego spodni aż po sam rozporek, przykładając zimne palce do fioletowo sinej łydki. Z ust Jake'a wydobył się cichy jęk bólu, stłumiony piskiem opon; po minach lekarzy przeczuwał, że z jego dolną kończyną działo się coś niedobrego, jednakże jak na razie jeszcze nikt nie wypowiedział tego na głos. Nawet Rayne, po którym spodziewał się czegoś innego... — Wielkie dzięki Rayne, mogliśmy być właśnie gdziekolwiek indziej — syknął przez zaciśnięte zęby, kiedy to pielęgniarka zatopiła w jego żyle długą i cienką igłę, za pośrednictwem której do jego organizmu wtłaczano nie przynoszący efektu środek przeciwbólowy. — Chciałem ci tylko pomóc i wynieść te cholerne śmieci, nie spadać ze schodów i skończyć jak ostatnia kaleka — dodał ledwo słyszalnym szeptem, odwracając wzrok i dając mu jasno do zrozumienia, że nie ma ochoty z nim rozmawiać.

    OdpowiedzUsuń
  38. Jeśli wcześniej Jake podnosił głos, protestował czy krzyczał, to dopiero po kilku minutach spędzonych w rozpędzonej karetce wpadł w prawdziwą histerię. Nie bał się o siebie, a o Rayne'a, którego wcześniej kompletnie zlekceważył, zapominając, iż on również jest ciężko, a może nawet i śmiertelnie chory. Zachował się jak typowy egoista, myślący tylko i wyłącznie o samym sobie, chociaż z reguły takie postępowania były mu obce; pod wpływem nagromadzonych emocji jego system wartości uległ zmianie, przez co ważniejsze wydało się dla niego tych kilka godzin przepustki, niżeli samopoczucie Rayne'a, które pogarszało się na jego oczach. Wiedział, że to tylko i wyłącznie jego wina, dlatego też krzykiem pośpieszał obecnych w pojeździe lekarzy, aby zajęli się przede wszystkim sercem Athawaya, nie jego nogą, która stała się dla Jake'a całkowicie obojętna. Równie dobrze mogli mu ją amputować zaraz po przyjeździe do szpitala; czuł, że na to zasłużył, a odbijające się od czaszki słowa jego ukochanego jedynie utwierdzały go w tym przekonaniu. Odpędzał od siebie krzątających się nerwowo sanitariuszy, dławiąc się niewidzialnymi łzami i nie potrafiąc złapać jednego pełnego oddechu. Jedyne co wychodziło mu niemalże perfekcyjnie to powtarzanie zdania, które ku jego rosnącej panice skutecznie ignorowano. Nie pomogły wrzaski i prośby pozostawiane bez echa; mógł jedynie czekać, aż po dotarciu na metę mężczyzną zajmą się specjaliści, którym uda się na powrót doprowadzić jego serce do stanu używalności.
    — Rayne... — zdążył wypowiedzieć raptem imię mężczyzny, kiedy oboje zniknęli na dwóch przeciwległych korytarzach, zmierzając na badania, których Jakie tak bardzo nie znosił. Nie zamierzał jednak ponownie wszczynać awantur czy buntu, częściowo wbrew sobie postanawiając zachować się jak grzeczny pacjent i zaczekać, aż oględziny jego nogi zakończą się wraz z decyzją prowadzącego onkologa i jego prawej ręki w postaci zaprzyjaźnionego ortopedy.
    Na pierwszy rzut oka dało się zauważyć niecodzienne miny obu doktorów, którzy przekazywali sobie z rąk do rąk zdjęcie łydki wykonane na ultrasonografie, chociaż sam Jake nie zwracał na to większej uwagi, skupiając myśli wokół Rayne'a. W dalszym ciągu obwiniał się za to, że o mały włos nie dopuścił do tragedii, za sprawą której straciłby źródło swojego krótkotrwałego acz największego szczęścia. Lancaster nie przypuszczał, że bandaż i tona maści była jedynie tymczasowym uśpieniem jego czujności i przykrywką, pod którą kryło się coś o wiele bardziej poważniejszego niżby pomyślał. Nie sądził, że za pośrednictwem schodów i raka, który powoli zaczął już opanowywać już praktycznie całą nogę, obita kość rozpocznie równie nieśpieszny proces gnicia, a wizja amputacji stanie się realna jak nigdy wcześniej.
    — Hej, wróciłem — jego cichy głos wypełnił cztery ściany ich wspólnej sali, a wyczuwalna w powietrzu niezręczność i napięcie było wręcz namacalne. Jakie wstydził się spojrzeć mu w oczy, tym bardziej iż widział jego bladą twarz i wymalowany na niej smutek, ale nie mógł i nie chciał pozostawić pewnych spraw niewyjaśnionych. Kulejąc, przekroczył progi sali, wchodząc do niej we wcześniej przyniesionej przez pielęgniarkę piżamie; niepewien jego reakcji, podszedł do zajmowanego przez Rayne'a i ostrożnie wsunął się pod kołdrę, natychmiastowo wtulając się w jego tors. — Jak się czujesz? — zapytał, kładąc dłoń na jego piersi, dokładnie milimetry nad sercem. — Przepraszam — nie wytrzymał. Kurczowo ściskał jego koszulkę, łkając mu w ramię i powtarzając wyuczony na pamięć ciąg przeprosin.

    OdpowiedzUsuń
  39. Jakie'mu ulżyło, a przynajmniej częściowo ulżyło. On sam będąc na miejscu Rayne'a, prawdopodobnie nie odzywałby się do niego przez stosunkowo długi czas, dlatego tym bardziej cieszył się gdy zobaczył, że jego szczęście najwyraźniej nie zamierzało się na niego gniewać. Odetchnął głęboko, wycierając z policzków mokre ślady łez i wtulił się w niego jeszcze mocniej, byleby tylko poczuć, że ma go tuż obok siebie. Wiedział, że gdy tylko wraz z nadejściem zdecydowanie zbyt wczesnego poranka, do sali tradycyjnie już wkroczy którakolwiek z pielęgniarek, rozpocznie się równie zwyczajowe zawracanie głowy i zarzucanie ich pretensjami odnośnie tego, że pomimo zakazów spędzili razem kolejną już noc. Z jednej strony bał się, że nierozumiejący sytuacji zarząd szpitala postanowi ich rozdzielić, jednak o wiele bardziej przerażała go wizja powrotu do swojego własnego łóżka, i nie chodziło mu już o fakt, że nie tak dawno zmarł na nim nieznany mu pacjent. O tym wcześniej niepokojącym go incydencie zdążył już zapomnieć, lecz w zamian za to zawitał u niego nowy lęk w postaci niewytłumaczalnego strachu przed utratą. Czuł pod skórą, że już lada moment będzie zmuszony pożegnać się z czymś na zawsze, jednak w obecnym czasie najważniejszym czynnikiem w jego życiu był Rayne, a więc nie przypuszczał nawet, że utrata zwiąże się z czymś zupełnie innym. Z czymś, co paradoksalnie nie było dla niego niezwykle istotne, lecz równocześnie nie wyobrażał sobie bez tego normalnej egzystencji.
    — Już naprawdę nie boli — odpowiedział, formując z ust ledwo zauważalny uśmiech. Faktycznie, noga przestała go boleć, chociaż obaj lekarze nie zrobili z nią praktycznie nic, jeśliby nie liczyć posmarowania siniaka najzwyklejszą maścią, dostępną w każdej aptece. Jakie jak zwykle zbagatelizował sprawę sądząc, że skoro tak, to wszystko musi być w porządku i nie domyślał się, że działanie dwójki mężczyzn mogło być ukierunkowane inną, znaną im alternatywą. Wiedzą o tym, że było już za późno na podjecie bardziej złożonego i skomplikowanego leczenie, znacząco różniącego się od wysmarowania skóry żółtą substancją. Wyciągnął rękę, kiedy tylko poczuł jego dłoń na swoim kolanie, chwytając ją i przenosząc nieco niżej, tym samym pozwalając mu dotknąć całej długości swojej nogi; nie wzdrygnął się, gdy palce Rayne'a dotknęły bandaża, co w rezultacie miało upewnić mężczyznę co do prawdziwości jego zapewnienia. — I właściwie to nie zrobili i nie powiedzieli nic, pewnie to tylko zwykły siniak — zaczął, równocześnie przejeżdżając opuszkiem palca po jego policzku. Głaskanie po plecach i całusy w czoło czy głowę uspokoiły go niemal całkowicie, przez co na pierwszy plan wysuwać zaczęło się zmęczenie. Ziewnął krótko, układając się wygodniej na tym małym kawałku wolnej przestrzeni i dając mu tym samym do zrozumienia, że nie ma zamiaru opuszczać jego łóżka. — Teraz już rozumiem — dodał cicho, przymykając powieki. — Gdyby chodziło o ciebie, to też od razu dzwoniłbym po karetkę, wiem, że się martwiłeś... — podniósł się na łokciach, dosięgając do jego ust i przez parę sekund muskając je delikatnie swoimi wargami. Całował go w swój ulubiony, pozbawiony pośpiechu sposób, starając się zachować w pamięci nawet te najdrobniejsze ułamki sekundy, które składały się na najlepsze chwile jego życia. — I dlatego cię kocham — dokończył, wypowiadając te słowa po raz drugi w ciągu raptem kilku godzin, tym razem bardziej świadomie. — I mogę spać z tobą, prawda? Rano wyrzucisz te wredne pielęgniarki — po mruknięciu jeszcze cichego dobranoc, Rayne centralnie do jego ucha, zamknął oczy, zawiązując szybki pakt z samym Morfeuszem.

    OdpowiedzUsuń
  40. Jakie pamiętał swoją pierwszą chemioterapie, a właściwie to jak czuł się krótko po jej zakończeniu, dlatego też automatycznie na jego twarzy pojawił się smutek, kiedy tylko usłyszał wiadomość o tym, iż Rayne już za moment zostawi go i zgłosi się po mocniejszą dawkę leku. Wiedział, że to mu pomoże - jeśli nie od razu, to za jakiś czas na pewno - lecz nie chciał patrzeć, jak jego Rayne męczy się z typowymi objawami, które on sam nazywał skutkami ubocznymi. Jak ten tętniący życiem mężczyzna zostaje przykuty do łóżka co najmniej na dwa dni po każdej kolejnej dawce zabijającej raka trucizny, nie mogąc poświęcić mu tak dużej ilości czasu, ile by potrzebował. Jake nie mógł myśleć tylko i wyłącznie o sobie, jednak to właśnie obecność Athawaya dodawała mu sił i był pewien, że jego ewentualny gorszy nastrój udzieli mu się w mgnieniu oka. Był jednak gotów czuwać przy nim nawet calutką noc, trzymając go za rękę nawet wtedy, gdy ten by tego nie potrzebował. W zamian za stres, który zaserwował mu swoim karygodnym zachowaniem, chciał zrekompensować się tak oczywistą w związku dwójki osób czynnoscią, jaką było objęcie go opieka na czas trwania chemioterapii; nie miał możliwości podarowania mu niczego więcej, niż samego siebie.
    — Będę czekać — zanim Rayne zniknął mu z oczu, zdążył jeszcze zarzucić ręce na jego szyję i zamknąć go w mocnym uścisku, mającym dodać mu odwagi na kolejne godziny spędzone przy kroplówce. Nie spodziewał się takiego rozpoczęcia dnia, zatem nie miał pomysłu na to, jak spędzić samotnie tak dużą ilość czasu; nie miał ochoty wybrać się do świetlicy i położyć przed telewizorem, w pojedynkę nie widząc w tym najmniejszego sensu. Tamto miejsce również kojarzyło mu się w głównej mierze z Rayne'm, pamiętną grą w kalambury, planszówkami i ich pierwszym niezaplanowanym pocałunkiem, który zapieczętował tę nietypową znajomość, dość szybko nadając jej rysy romansu, w ostateczności nieco burzliwego związku. Przebrał się w swoje ulubione dresy, poprawił stojącą na nocnej szafce Pandę, która z niewiadomych powodów zmieniła swoje położenie, napisał aż dwa sms-y do matki, wbrew danym sobie obietnicom zasypując ją pretensjami o to, że nie raczyła go odwiedzić czy choćby zadzwonić, podszedł do okna i przez dobre pół godziny obserwował to co działo się na zewnątrz, jednak w dalszym ciągu okropnie się nudził. I martwił, ale i tak wolał robić wszystko, byle tylko nie popaść w głęboką depresję z tęsknoty za Rayne'm, który aktualnie przeżywał jedne z najgorszych chwil w swoim życiu.
    Drzwi od sali, w której odbywała się chemioterapia pacjentów z bostońskiego szpitala - obecnie tylko jednego trzydziestoletniego pacjenta - nieznacznie się uchyliły, gdy do pomieszczenia wkroczyła młoda pielęgniarka, nie zamykając ich za sobą. Korytarze o tej porze dnia jak zwykle świeciły pustkami, zatem bez problemu ze środka dało się wychwycić każdą, nawet najcichszą rozmowę, prowadzoną w holu czy na recepcji, lecz zabiegani lekarze nie przejmowali się wizją ewentualnego podsłuchu, który zresztą nigdy nie miał miejsca. Nie w szpitalu, gdzie każdy martwił się wyłącznie o siebie.
    — Nie, jeszcze nic mu nie powiedziałem — basowy głos jednego z lekarzy odbił się od ściany, roznosząc się wraz z echem po długości wąskiego korytarza.
    — Pan Lancaster musi wiedzieć, przecież nie powiesz mu dzień przed, że siniak był wynikiem postępującej choroby, a on sam ma szykować się na sale operacyjną i pożegnać z nogą — w drugim głosie wyczuwalna była zmieszana z sarkazmem irytacja, kiedy schowany za uchylonymi drzwiami ortopeda wypowiadał w jego mniemaniu coś tak oczywistego. — A dobrze wiesz, Mark — kontynuował — że nie ma na co czekać, jeszcze kilka dni i ta kość zainfekuje cały organizm, trzeba amputować.

    OdpowiedzUsuń
  41. Jakie w pierwszej kolejności zwrócił uwagę na wygląd Rayne'a, jego bladą skórę, wyraźne zmęczenie i niezrozumiały dla niego smutek, a dopiero później zaczął analizować słowa, które jego zdaniem nie wróżyły niczego dobrego. Od zawsze wiedział, że zdania typu musimy porozmawiać, z zasady muszą zakończyć się kłótnią, nieszczęściem, rozstaniem czy innym równie mało pozytywnym aspektem, dlatego też ruszył ku niemu z wymalowanym na twarzy niepokojem. Cierpliwie odczekał, aż Rayne położy się do łózka, po czym przykrył go kołdrą i posłusznie położył się obok niego, na wyznaczonym wcześniej kawałku wolnej przestrzeni. Leżał na boku, zatem mógł do woli wpatrywać się w jego twarz i śledzić to, co działo się na niej przed i po dosyć krótkim monologu. Starać się wychwycić każdą emocję, poddać ją w miarę dogłębnej analizie oraz zweryfikować, czy wypowiedziany przez niego komunikat jest prawdziwy, aby uwierzyć, że to co powiedział przypadkiem nie było wynikiem przesłyszenia. Nie uwierzył. Wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczami, domyślając się, że jego koloryt jego twarzy zaczął przypominać ten przypisywany idealnie białej ścianie. Gwałtownie potrząsnął głową i z trudem przełknął ślinę, chcąc za wszelką cenę nie stracić nad sobą kontroli; Rayne i jego serce były w tym momencie najważniejsze, a sam Jake nie mógł ponownie narazić go na niebezpieczeństwo, tym bardziej, jeśli dopiero co wrócił z chemioterapii.
    — Och... rozumiem — wyrzucił z siebie jedynie te dwa słowa, układając głowę na ramieniu mężczyzny i przejeżdżając palcem po jego policzku. Nie zgadzał się z nim, jednak poprzez stan Rayne'a postawiony został pod ścianą i otrzymał całkowi zakaz mówienia na głos tego, co rzeczywiście myślał. Nie uważał tego za szansę, wręcz przeciwnie. Przykucie do łóżka na długie tygodnie, bolesna rehabilitacja i powolny proces nauki chodzenia... to wszystko składało się na część niekończącej się listy minusów, która skutecznie zasłaniała szansę na wyzdrowienie, stanowiącą jedne, malutki plusik. Proteza także była chyba największą wadą, dzięki której nie zamierzał wyrazić zgody na operację, chociaż i tak nie miał nic do gadania. Wiedział, że jego rodziny w życiu nie będzie stać na te nowoczesne, wygodne protezy, które nie różniły się od prawdziwej kończyny - a przynajmniej nie tak drastycznie - a nie chciał męczyć się z jej najtańszym odpowiednikiem, który jedynie wypełniałby niemiłą dla oka dziurę.
    — Kilka dni, tak? — powtórzył, powoli wstając z łóżka i siadając na jego brzegu. — To ja pójdę na spacer dopóki jeszcze mogę chodzić — dodał w myślach — a ty zaśnij, jesteś zmęczony po chemii — pocałował go w skroń, przez chwilę głaszcząc go po głowie, aby następnie odsunąć się i skierować ku drzwiom wyjściowym. — I dzięki, że mi powiedziałeś. A teraz śpij — posłał w jego stronę niewyraźny uśmiech, niczym cień snując sie po korytarzach i pokonując znajomy dystans, dzielący go od przyszpitalnego parku dla pacjentów. Nie śpieszył się, skrupulatnie licząc każdy krok, spoglądając jak obie stopy przemieszczają się z miejsca na miejsce i patrząc, jak zarówno lewa i prawa noga wykonują zsynchronizowane, wyuczone ruchy. Przysiadł na ulubionej ławce, podciągając kolana pod brodę i zakrywając twarz w dłoniach, tracąc poczucie czasu i nie wiedząc, jak długo tkwił w jednym miejscu.
    Przed ponownym wejściem do sali wstąpił do łazienki, dokładnie obmywając twarz zimną wodą. Upewnił się, że jego oczy i policzki po konfrontacji z wylanymi łzami nie są już zaczerwienione, i dopiero wtedy nacisnął na klamkę, zachowując pozory normalności. — I jak tam, skarbie? Udało ci się odpocząć? — zapytał na wstępie, siadając na swoim własnym łóżku, które ostatnimi czasy stało puste. — Zobaczysz, będzie dobrze — mruknął bardziej do siebie niżeli do Rayne'a.

    OdpowiedzUsuń
  42. W obu rękach ściskał pluszową pandę, tuląc się do Rayne'a i domyślając się, że jego policzki robią się czerwone. Od chwili, w której to on sam wyznał mężczyźnie miłość, nerwowo i niecierpliwie czekał na odpowiedź zawierającą identyczny przekaz i treść, jednak po ostatniej kłótni nie spodziewał się, że usłyszy te dwa słowa tak szybko, w dodatku w momencie, w którym tak bardzo potrzebował nabrać pewności co do tego, że komuś na nim zależy. Po części czuł się olany i pozostawiony na pastwę losu, i tylko i wyłącznie Rayne dbał o to, by na własnej skórze nie poznał co to samotność, za co był mu dożywotnio wdzięczny. Nawet, jeśli to życie miało skończyć się z chwilą amputacji, która przecież nie musiała się powieść. Jakie liczył się z tym, że nawet najlepszym lekarzom zdarzają się pomyłki, a stan pacjentów leżących na stole bez ich większej ingerencji w każdej chwili mógł gwałtownie się pogorszyć, aczkolwiek kuszony wizją ich mieszkania i nowego, wspólnego życia zadecydował, że podpisze zgodę na amputacje bez wdawania się w niepotrzebne dyskusje czy kłótnie. Rayne był jego największą motywacją, dla której był gotów podjąć się żmudnego i męczącego procesu rehabilitacji, byle tylko marzenia o przeprowadzce i długim, szczęśliwym życiu odnalazły się w rzeczywistości. Poza tym gdzieś w środku tliła się w nim iskierka nadziei na to, że być może pożegnanie się z nogą będzie oznaczało koniec chemioterapii, do której poprzez jednorazową dawkę nie zdążył się jeszcze przyzwyczaić. Postanowił, że wbrew kotłującym się w głowie obawom, już na zajutrz stawi się w gabinecie prowadzącego lekarza, odejmując im trudu wyjawienia smutnej prawdy i oznajmiając, że bez cienia sprzeciwu oddaje się pod ich skalpele.
    — Naprawdę chcesz ze mną zamieszkać? — zapytał, formując z ust dostrzegalny uśmiech. Pragnął budzić się przy nim każdego ranka nie bojąc się, że jakakolwiek trzecia osoba uzna to za szczyt niedopuszczalnego nieposłuszeństwa, chciał zasypiać u jego boku, dzielić z nim czas i odkryć wszystkie, nieznane mu jeszcze aspekty składające się na jego osobowość, lecz pozostawała dosyć istotna dla niego kwestia, wytwarzająca barierę nie do pokonania - przynajmniej według Lancastera. Przeczuwał, że przez wzgląd na pewien widoczny na pierwszy rzut oka uszczerbek, jego nikła pewność siebie wkroczy na minusowe pole, pogłębiając każdy, nabyty w trakcie tych dwudziestu lat życia kompleks. Wątpił zatem, by dał radę chociażby ściągnąć w jego obecności spodnie, nie mówiąc już o czymś więcej. Miał raptem parę dni, by po raz ostatni - a przynajmniej ostatni w najbliższych miesiącach - poczuć to, co czuł po przekroczeniu progu pokoju Rayne'a. — Bo ja już nie mogę się doczekać. Panda też — dodał, przyciskając usta do jego policzka. Nie był pewien, czy podzielić się z nim się z nim swoim spontanicznym pomysłem, które z minuty na minutę nabierało miano marzenia, obowiązkowego do spełnienia przed wkroczeniem do sali operacyjnej. Westchnął cicho, przeczesując włosy swojego mężczyzny w równych odstępach, by na końcu dać za wygraną i zaryzykować. Najwyżej mu odmówi, w prawdzie nie miał nic do stracenia, a zawsze mógł zyskać. — I wiesz co? — zaczął niewinnym tonem głosu, tak sprzecznym z wypowiadanym komunikatem. — Na recepcji w gablotce wiszą klucze do wszystkich pomieszczeń, późnymi wieczorami aż do rana świetlica jest całkiem pusta... — mruknął, owiewając jego szyję swoim oddechem. Ostrożnie wsunął dłoń pod jego koszulkę, dotykając już ledwo co zauważalnych śladów na plecach. — Gdyby tak udało się go zdobyć i... oczywiście jak tylko odzyskasz siły — sprostował, tym razem całując płatek jego ucha.

    OdpowiedzUsuń
  43. Jakie cieszył się jak małe dziecko na samą myśl o tym, że Rayne się wyraził zgodę. Jego propozycja może i była niecodzienna i trochę nie na miejscu, jednak nie zamierzał odmawiać sobie tego, na czym naprawdę mu zależało. Tym bardziej na parę dni przed najważniejszą i najstraszniejszą operacją w całym swoim życiu. Wiedział, że mógł zażyczyć sobie cokolwiek innego - chociaż sam Rayne oczywiście nie musiał spełniać jego zachcianek - jednak wizja amputacji poniekąd przyparła go do muru, ukierunkowując jego tok myślenia i motywując do wypowiadania właśnie takich słów. Poza tym chciał przywołać do życia wspomnienia z tamtego pięknego okresu przepustki, które wcześniej jedynie podchodziły pod kategorie nierealnych do spełnienia planów. Tym razem nie odczuwał już strachu z powodu tego co nieznane i wiedział czego się spodziewać; pragnął po raz ostatni poczuć jego dotyk na swoich obu nogach, rozchodzący się stopniowo aż do ud. Chciał w godny sposób - przynajmniej tak mu się wydawało - pożegnać się ze swoją nogą, a ten pomysł wydawał mu się najlepszy. Jakie w dalszym ciągu był tym samym grzecznym i niewinnym chłopakiem, aczkolwiek po jego głowie krążyły nieco bardziej niegrzeczne myśli, wywołujące na twarzy subtelny uśmiech.
    — Już jutro? — zapytał, przyciskając wargi do jego policzka. Pocałował go dwukrotnie, wyobrażając sobie nocne włóczęgi po opustoszałych i ciemnych korytarzach, by na końcu wędrówki znaleźć się w miejsce, w którym wszystko się zaczęło. Świetlica kojarzyła mu się przede wszystkim z ich pierwszym pocałunkiem, zatem idealnie nadawała się na ostatni, wspólnym nocleg, pełen sugestywnych dotyków, szeptów i przyśpieszonych oddechów.
    — Zobaczysz, będzie fajnie — powiedział, choć to określenie nie bardzo pasowało do tego, co oboje planowali robić. Jake miał jednak bardziej na myśli potajemne zabieranie klucza, uważanie na to, by nikt ich nie nakrył i całokształt, składający się na jego zdaniem nieźle zapowiadającą się zabawę. Już szykował się do opuszczenia jego łóżka i dania po możliwości zaśnięcia i zregenerowania sił, kiedy Rayne nieoczekiwanie zmienił zdanie. Jake nie miał już problemu z rozmawianiem na temat nogi i amputacji, chociaż wciąż strasznie się bał, lecz nie chcial mieć przed nim żadnych tajemnic, skoro najwyraźniej Athaway również nie planował niczego przed nim zatajać.
    — Rano pójdę do tych dwóch tchórzy i powiem im, że się zgadzam — odpowiedział, wtulając się mocniej w jego bok. — A później zobaczymy — dodał, wzruszając ramionami. — Może uda mi się zdobyć jakąś lepszą protezę. Wiesz, taką z różnymi bajerami czy miotaczami laserów — zaśmiał się cicho, ponownie całując go krótko w usta. — Podobno cuda się zdarzają — położył dłoń na jego sercu, za sam cud uważając już to, że ktoś taki jak Rayne zwrócił na niego uwagę, proponując mu wspólne mieszkanie i życie, o jakim wcześniej mógł tylko pomarzyć. — Ale teraz idź już spać, jutro czeka nas ciężka misja — uśmiechnął się w jego kierunku, wstając z łóżka i leniwie ruszając w stronę własnego. — Weź ją, skoro nie możemy spać razem — wcisnął mu w ręce pluszową pandę, mrucząc jeszcze cisze: kocham cię, Rayne i padając na twardy materac szpitalnego łóżka.

    OdpowiedzUsuń
  44. Jakie pomimo nabrania pewności odnośnie tego, że robi dobrze, bał się pójść do gabinetu okupywanego przez lekarzy, niosąc im tę wesołą nowinę. Wiedział, że nie było już odwrotu, jednak niezamierzenie wykonywał coraz to mniejsze kroczki, zwalniając i oddalając się od wyrzucenie z siebie tych kilku, krążących po głowie słów. Dobrowolny spacer na ścięcie - i to dosłownie - wbrew pozorom nie był tak łatwy jak przypuszczał, aczkolwiek istniało coś, co dodawało mu przynajmniej odrobinę odwagi, zmuszając do posuwania się na przód tymi pustymi, szpitalnymi korytarzami. Z nogą czy nie, Rayne zgodnie z obietnicami, nie zamierzał go zostawiać, w zamian za to proponując przeprowadzkę do jego mieszkania, co w efekcie końcowym podnosiło pewność siebie Lancastera i napawało nadzieją, której i tak posiadał znaczny deficyt. Nie miał co marzyć o promieniotwórczych laserach i pozostałej masie bajerów, widywanych w filmach przepełnionych efektami specjalnymi, jednak najzwyklejsza i funkcjonalna proteza także nie wydała mu się aż tak straszna jak wcześniej. Liczył się dla niego przede wszystkim Rayne i to, że dzięki operacji będzie mógł mieć go dla siebie na dłużej, być może i na zawsze. Wszystko inne natychmiastowo odpychane zostawało na dalszy plan, z którego jak na złość powoli wysuwał się paraliżujący strach, nad którymi nie potrafił skutecznie zapanować.
    — Mogę wejść? — słyszał, jak drży mu głos, a dźwięki dochodzące do uszu brzmiały obco i nienaturalnie, jednak z całej siły nacisnął na klamkę, wchodząc do małego pokoiku, w którym dwójka ubranych w białe fartuchy doktorów popijała poranną kawę, zawzięcie dyskutując nad wynikami trzymanych w ręce badań. — Chciałem tylko coś powiedzieć — odetchnął głęboko, wypuszczając powietrze i zaciskając dłonie w pięści, by po rozluźnieniu palców powiedzieć to, czego oboje tak bardzo się nie spodziewali.
    Ulżyło mu dopiero na parę minut po opuszczeniu gabinetu, kiedy to oparł się plecami o ścianę i odczekał, aż opadną wszystkie emocje. Tych negatywnych było przynajmniej o połowę mniej niż wczorajszego dnia, chociaż skłamałby mówiąc, że czuł się w pełni w porządku. Piątek; kiedyś, w zacierających się w pamięci czasach spokoju, kojarzony z początkiem trzydniowej wolności, aktualnie również z początkiem, jednak tym razem nowego, trudniejszego życia.
    — Pod koniec tygodnia, za cztery dni — odpowiedział, podchodząc do Athawaya i jak zwykle siadając na jego łóżku. Uśmiechnął się, nie chcąc niepotrzebnie psuć mu humoru, który przez wzgląd na świetlicowe plany powinien być jak najlepszy. — Wiesz, lekarze byli zdziwieni skąd wiem, ale nie wydałem cię, możesz być spokojny — roześmiał się krótko, wyciągając się do przodu i przyciskając wargi do policzka Rayne'a. Kochał go dotykać i całować, co zamierzał rzetelnie uczynić tuż po zapadnięciu zmroku. — Tylko trafię do innej sali i pewnie nie wyjdę z niej przez długi czas — mruknął pod nosem, robiąc przy tym zarówno smutną jak i obrażoną minę. — I dlatego nasza dzisiejsza misja z kluczem musi się udać, pamiętasz? — zapytał, przez chwilę zachowując się jak dzieciak, domagający się spełnienia jego dziwnej prośby.

    OdpowiedzUsuń
  45. Jakie już dawno nie bawił się tak dobrze, chociaż wiedział, że mogło się to zakończyć równie szybko jak się zaczęło, dlatego też starał się zachowywać jak najciszej wbrew temu, że miał ochotę roześmiać się na widok Rayne'a i jego prób odwrócenia uwagi. Zakrył usta dłonią i na palcach zakradł się za plecy stojącej na recepcji pielęgniarki, by niczym profesjonalny agent ninja rozpocząć tajną misję o nazwie klucz od świetlicy. Był o włos od niepowodzenia, kiedy cudem uniknął strącanie ręką dużego, leżącego na blacie segregatora; na całe szczęście Rayne i jego niezobowiązująca pogawędka skutecznie uśpiły czujność starszej kobiety, zbyt zaabsorbowanej wysłuchiwaniem opowiadanych przez mężczyznę historii, by zwracać uwagę na to, co działo się poza zasięgiem jej wzroku. Wiszący na wbitym w ścianie gwoździu pęk kluczy, które po wybiciu określonej godziny chowano do oszklonej i pilnie strzeżonej gabloty, na pierwszy rzut oka wydały się być niedostępne i niemożliwe do przechwycenia. W uszach słyszał już ten charakterystyczny dźwięk obijającego się o siebie metalu, których brzmienie nie mogło umknąć komuś takiemu jak pełniąca dyżur pielęgniarka, nawet jeśli jej umysł pochłaniał przede wszystkim słowa Athawaya. Ostrożnie wyciągnął rękę, zahaczając opuszkami palców o najmniejszy z kluczy, na moment wstrzymując oddech i bez tracenia czasu na zastanowienie się pociągnął za przywieszoną do niego czerwoną tasiemkę,