Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

14 maja 2015

[KP] “All I ever wanted, all I ever needed is here in my arms…



…Words are very unnecessary
They can only do harm…”


Rayne Athaway

Wygrana w walce z nowotworem serca | ukochany student fizjoterapii | Diablo | Mickey | eks strażak | obecnie opiekunka do dzieci | mieszkanie w mieście, dom na wsi | szczęśliwe życie | zaręczony | jesteś najlepszym, co mnie mogło spotkać

11 komentarzy:

  1. Wigilię mógł bez wątpienia zaliczyć do tych jak najbardziej udanych, a parę godzin po jej zakończeniu kładł się już z uśmiechem obok Rayne’a w pokoju, który niegdyś zajmował jego narzeczony. Musiał też przyznać, że całkiem fajnie spało się w domu państwa Athawayów, zwłaszcza że po niedalekim czasie do łóżka wskoczył Mickey, zajmując prawie całą jego szerokość. Ale chociaż przyjemnie grzał, więc Jake nie planował póki co wyganiać go na podłogę i jego własne posłanie. Tuż przed zaśnięciem zastanawiał się też czy Rayne’owi spodoba się kupiony przez niego prezent, który wpadł mu do głowy na ostatni dzień przed wigilią; w zapakowanej w ozdobny papier paczce kryła się podobno popularna ostatnimi czasy gra planszowa, a w nieco mniejszej książka z gatunku kryminalnego o dosyć ciekawej zdaniem Jake’a fabule. Na tym akurat się nie znał, ale przynajmniej był przekonany, że planszówka mu się spodoba i będą mogli grać w nią razem z Erickiem, którego oczywiście planował do tego celu zwerbować. W końcu im więcej osób tym lepiej, a we dwójkę niestety wiele nie zdziałają, nawet jakby bardzo chcieli. Takie pobudki podobały mu się najbardziej i nigdy nie narzekał kiedy akurat Rayne postanowił budzić go całusami. Sam również od czasu do czasu lubił odwzajemniać mu się tym samym, pokazując przy tym jak bardzo jest w nim zakochany. I chyba nie zanosiło się na to, by w najbliższej przyszłości miało się to zmienić. Może dopiero po ślubie zacząłby patrzeć na niego w nieco inny sposób, ale i tak szczerze w to wątpił. Przecież było dobrze tak jak jest, więc dlaczego nie mogło tak pozostać na zawsze, bez zmieniania czegokolwiek.
    — Pan Szkieletus? — powtórzył, próbując powstrzymać śmiech. Takiego prezentu się nie spodziewał, ale nowy kolega w postaci kościotrupa bardzo mu się spodobał i na pewno już niedługo okaże się przydatny podczas zajęć z anatomii czy czegoś podobnego, też wiążącego się z budową człowieka.
    — Widzę, że już go nazwałeś. Jest świetny, dziękuję! — uśmiechnął się do niego szeroko, woląc jak na razie ograniczyć się do zwykłych podziękowań i trzymać łapki przy sobie na wypadek gdyby któreś z domowników postanowiło wejść na górę żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Jeszcze zdąży mu ładniej podziękować, na przykład po powrocie do domu, kiedy Diablo będzie zajęty testowaniem drapaka a Mickey gryzieniem nowej kości. Oby tylko pies nie rzucił się z zębami na Pana Szkieletusa, ale nad tym już powinno udać im się zapanować. — Musimy go złożyć jak wrócimy. A na kolację może spróbujemy zrobić to sushi, co ty na to? — przysunął się bliżej i nie mogąc się powstrzymać pocałował go w policzek, by następnie odsunąć się i dać mu chwilę potrzebną na odpakowanie własnych prezentów, a sam w tym czasie poczytał co pisało na zewnętrznej stronie opakowania ze Szkieletusem, kalkulując w myślach jak długo zajmie mu złożenie go w jedną całość. Co jakiś czas zerkał też z zaciekawieniem w kierunku Rayne’a, patrząc czy miłość jego życia jest zadowolona.
    Zabawa ludzkimi kośćmi nie trwała jednak długo i udało mu się poskładać Szkieletusa w godzinę po opuszczeniu domu Athawayów. Nie wiedział jeszcze czy tego dnia będą mieli jakichś gości czy sami będą musieli się gdzieś wybrać – ale były święta więc całkiem poważnie rozważał taką możliwość. Póki co byli jednak tylko we dwójkę, jeśli nie liczyć zwierzaków które jak na razie nie zwracały na nich uwagi, więc mogli zająć się sobą. I nie miał oczywiście na myśli grania w nową grę czy robienia czegoś podobnego, chociaż jakimiś przytulasami by nie pogardził. Chyba powinni też zacząć powoli planować jak będą obchodzić nowy rok, bo nie przypominał sobie, żeby coś ustalili. Pomysł z wyjściem do klubu może faktycznie był nieprzemyślany, ale ta wspomniana kameralna impreza u Ericka brzmiała całkiem interesująco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może faktycznie był nieprzemyślany, ale ta wspomniana kameralna impreza u Ericka brzmiała całkiem interesująco. Ewentualnie zawsze mogli przenieść ją do siebie; zaprosiliby znajomych Rayne’a z remizy, może sam Jake zaprosiłby któregoś z kolegów z uczelni, żeby przy okazji wreszcie poznali się z Rayne’em. Najlepszy i w miarę stały kontakt miał z trójką przyszłych fizjoterapeutów, z resztą grupy utrzymując normalne i neutralnielsze relacje, więc gdyby tylko nie mieli żadnych planów to chętnie by ich zaprosił. I rzecz jasna tylko wtedy gdy Rayne nie miałby nic przeciwko, bo na pewno jeszcze doskonale pamięta ostatnią wizytę jego znajomego, która nie wypadła tak jak planował.
      — Kocham cię, wiesz? — mruknął mu na ucho, przytulając się do jego torsu tak jak tego chciał, w międzyczasie wolną ręką przejeżdżając po grzbiecie kota, który niezauważenie wskoczył na kanapę. Mógłby tak siedzieć z nim - ze swoim panem strażakiem oczywiście, chociaż z Diablo też - przed długi czas, gdyby nie to, że jednak wypadałoby się na coś zdecydować żeby nie siedzieć bezczynnie w ten pierwszy dzień świąt.

      Usuń
    2. *Pomysł z wyjściem do klubu*, ucięło mi pierwsze zdanie

      Usuń
  2. Domówka u Erica brzmiała super, więc tak samo jak Athaway nie mógł się już doczekać. Trochę bał się jednak zostawić zwierzaki same, szczególnie że nie był pewien jak zareagują na hałasujące petardy i fajerwerki mogące zdenerwować nawet człowieka, ale miał nadzieję, że wszystko będzie w porządku i nie stanie się nic złego. W ramach rekompensaty tuż przed samym wyjściem wygłaskał Mickeya na zapas obiecując mu, że na drugi dzień dostanie od niego coś dobrego do jedzenia; małe przekupstwo nigdy nie zaszkodziło, a jeśli w zamian po powrocie nie zastaną zdemolowanego ze strachu mieszkania to na pewno będzie warto. Kiedy w końcu po zdecydowaniu w co się ubierze – podobno chłopaki też miewali takie dylematy – zapiął ostatni guzik koszuli mógł uznać, że jest gotowy do wyruszenia w drogę. Wiedział, że może kogoś zaprosić i nawet to zrobił, jednak okazało się, że troszkę się z tym spóźnił. Najwyżej Rayne pozna jego kolegów z uczelni w innym terminie, jak nie teraz to później. Tym razem dobierał znajomych nieco bardziej rozważnie niż kiedyś, w związku z czym wiedział, że nie będą mieli nic przeciwko poznaniu jego narzeczonego. A zależało mu, żeby tak się stało.
    Uwielbiał tę jego opiekuńczość i to, że niemal na każdym kroku starał się pokazać że go kocha, ale już co najmniej dwa razy powtarzał mu na ucho, że naprawdę wszystko jest w porządku. Fakt, nie znał większości zaproszonych na imprezę osób, ale to akurat nie stanowiło żadnego problemu. To właśnie dzięki Rayne’owi nabrał nieco pewności siebie i już coraz mniej przypominał tamtego nieśmiałego Jake’a ze szpitala; mógł zatem spędzić tego sylwestra normalnie, z całą resztą, i Rayne również mógł po prostu dobrze się bawić, nie musząc się o niego martwić. Ale i tak skradał mu całusy za każdym razem kiedy tylko miał ku temu okazję – i kiedy nikt nie patrzył – nie chcąc z tym czekać do wybicia północy.
    — To czego mam nam życzyć? — zapytał chwilę po dwunastej, oplatając rękami jego szyję i wpatrując się prosto w jego oczy. Sam Jake miał nadzieję, że ten nowy rok będzie jeszcze lepszy, oczywiście w całości spędzony z mężczyzną jego życia. Że upłynie im wspólnie na robieniu wyłącznie fajnych rzeczy, które za tych dwanaście kolejnych miesięcy będą mogli powspominać. I że oczywiście już nic więcej ich nie rozdzieli, zwłaszcza jakaś natrętna choroba. — Może żebym już niedługo mógł nazywać cię mężem — nie spieszyło mu się, a przez niedługo rozumiał przynajmniej od kilku do kilkunastu miesięcy, ale na to warto było czekać. Nawet długo.
    Bawił się wyjątkowo dobrze, ale już trochę po drugiej w nocy naszła go ochota na świętowanie w bardziej kameralnym gronie. Z jednej strony chciał zostać do końca, ale z drugiej perspektywa powrotu do domu i rozpoczęcia nowego roku od zrobienia jednej z tych fajnych rzeczy była kusząca. — Jeszcze trochę i wychodzimy, dobrze? — uśmiechnął się do niego porozumiewawczo, dając mu do zrozumienia, że po powrocie nie pójdą od razu odsypiać imprezy. Chociaż może jednak powinni zostać aż do ostatniego gościa i pomóc przyjacielowi opanować lekki bałagan, który z reguły tworzył się po tego rodzaju domówkach; zawsze jednak można było to ogarnąć w ciągu dnia, nie musząc zawracać sobie tym głowy od razu. Dopił soku – nie miał ochoty na drinki ani nic w tym stylu – by następnie powoli zacząć się zbierać, żegnając się ze wszystkimi i przy okazji dziękując Erickowi za zaproszenie.
    Po powrocie do mieszkania w pierwszej kolejności poszedł sprawdzić jak miewał się Mickey i Diablo, ale tak jak przypuszczał oboje już spali, w tym pies tradycyjnie na ich łóżku. Może tego dnia ludzie postanowili dać sobie spokój z petardami i w ich okolicach odpalić ich mniej niż zazwyczaj, bo na pierwszy rzut oka nie dopatrzył się u żadnego z czworonogów oznak traumy bądź czegoś w tym rodzaju. Pogłaskał ich po łebku, odwracając się z zamiarem skierowania się do salonu z powrotem do swojego pana strażaka, wcześniej zahaczając na krótką chwilę o łazienkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — I jak wrażenia? — usiadł sobie niedaleko niego, po drodze gasząc światło i zapalając lampę, żeby nie musieli siedzieć w kompletnych ciemnościach. Spoglądał na niego co jakiś czas, uśmiechając się pod nosem na samą myśl o tym, że ten przystojniak jest tylko jego. — Chcesz się już położyć? Bo wiesz, Mickey zdążył zająć łóżko — najchętniej zaproponowałby, że pomoże mu rozpiąć kolejne guziki jego koszuli, ale chyba nigdy nie był aż tak bezpośrednio, ale niewykluczone, że to sprawdziłoby się jako noworoczne postanowienie; praca nad tym, by to zmienić. — Więc chyba musimy tutaj jeszcze trochę posiedzieć — dodał, przysuwając się bliżej, by móc bez przeszkód odnaleźć drogę do jego ust a następnie pocałować go w ramach zachęty.

      Usuń
  3. Było dokładnie tak jak to sobie zaplanował, zupełnie jakby Rayne czytał mu w myślach. Uwielbiał sposób w jaki go dotykał, patrzył na niego i robił wszystko to, składało się na jedne z jego ulubionych, spędzonych ze swoim panem strażakiem chwil i cieszył się, że po udanym sylwestrze mogli przeżyć coś równie emocjonującego. O ile nie bardziej. Nie protestował nawet wtedy, gdy Rayne bez słowa zaniósł go do sypialni, chociaż zazwyczaj nie pozwalał mu na takie dźwiganie. Zamiast mu o tym przypomnieć po prostu położył się maksymalnie blisko niego, zamykając oczy i zasypiając z policzkiem przyciśniętym do jego torsu. I taki początek nowego roku mógł uznać za idealny. Chodzenie spać nad ranem generalnie nie było wcale złe, jednak posiadało swoje małe minusy, mianowicie konieczność ponownego wstania w dość krótkim czasie. Co prawda to Rayne wyszedł z psem – chociaż Jake oczywiście w razie czego chętnie by mu potowarzyszył – ale i tak wolał na niego czekać zamiast spać dalej. Właściwie to dla nich, bo Mickey również mógł ponownie wskoczyć im do łóżka i spędzić tam nawet cały dzień, tak jak sami to planowali. Diablo pewnie niedługo też do nich zawita żeby sprawdzić co takiego robią, więc zapowiadał się naprawdę miły dzień. W końcu powinni korzystać z ostatnich chwil wolnego póki jeszcze mogli, bo już niedługo dzięki powrotowi do pracy i na uczelnię nie będą mieli dla siebie tyle czasu co ostatnio.
    — Wiesz, że nie musisz robić rewolucji w swojej pracy tylko dlatego, że ja mam kilka egzaminów? — przysunął się bliżej niego i pocałował go w policzek, pokazując mu tym samym, że naprawdę to docenia. Nie widział jednak powodów by Rayne musiał specjalnie dojeżdzać do dzieciaków, które mogły mieszkać nawet na drugim końcu miasta, zwłaszcza że jeszcze nie udało im się dorobić własnego samochodu. Jake zawsze mógł po prostu zamknąć się w sypialni i tam uczyć się do zaliczeń, a podopieczni Athawaya nie powinni mu w niczym przeszkadzać. Rzadko kiedy zachowywali się głośno, więc i tym razem zapewne będzie podobnie, a przynajmniej tak myślał Jake. — Będą grzeczni, zobaczysz — uśmiechnął się do niego, zgarniając w ręce Diablo, który powoli stąpał sobie po łóżku, znudzony wylegiwaniem się na swoim ulubionym parapecie w kuchni.
    Dużo się nie pomylił, bo mimo obecności dzieci w mieszkaniu jakoś dało się zachować spokój, dzięki czemu zdał wszystkie egzaminy w pierwszych terminach. Może nie wszystkie na najwyższe oceny, ale i tak był z siebie zadowolony, szczególnie wtedy gdy mówił o tym swojemu narzeczonemu. Żałował tylko, że ta sesja dość mocno rozciągnęła się w czasie, także mógł co najwyżej pomarzyć o kilku dniach wolnego i krótkim odpoczynku przed zbliżającym się nowym semestrem. Nie dostał jeszcze planu zajęć i nie wiedział na jakie przedmioty będzie już niedługo chodził, ale przypuszczał, że Pan Szkieletus okaże się pomocny, w związku z czym przerwa semestralna dłuższa niż te raptem trzy dni byłaby wręcz wskazana. Tym bardziej, że po raz kolejny zbliżał się termin kontrolnej wizyty w szpitalu, zaplanowanej na pierwszy tydzień lutego. Czuł się dobrze i wierzył, że tym razem wszystko będzie w porządku, ale mimo tego się bał. I chyba tak miało być już zawsze, przed każdymi kontrolami, bo wątpił, by kiedykolwiek podszedł do tego ze spokojem. Miał za dużo planów związanych ze studiami, przyszłą pracą czy ślubem by nagle to wszystko stracić, dlatego też nie dopuszczał do siebie myśli, że coś pójdzie nie tak. Stresował się tym prawie tak samo mocno jak egzaminami, chociaż wtedy nie dawał tego po sobie poznać. Teraz było z tym trudniej, ale nie chciał też żeby Rayne się denerwował. Przecież wszystko będzie dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To nie potrwa długo, może lepiej jak pójdę sam — powoli szykował się do wyjścia, co jakiś czas obracając się przez ramie żeby zobaczyć co robi miłość jego życia. Wiedział, że nie uda mu się przekonać go do pozostania w domu, więc nawet już nie próbował. Ale to może nawet i lepiej, że wybiorą się tam razem; uwiną się z tym w miarę możliwości szybko, a później skoczą zjeść coś dobrego na mieście tak w ramach odstresowania.
      Nie znosił tych wszystkich badań, zwłaszcza pobrań krwi, dlatego poprosił żeby wszedł z nim, przez tych parę minut odwracając jego uwagę samą obecnością. Dalej musiał iść sam, obiecując mu, że wróci możliwie jak najszybciej. I faktycznie wrócił po upływie godziny z niedużym hakiem, właściwie nie musząc mówić jak poszło. Uśmiechał się do niego, co znaczyło że musiało być w porządku. Idealnie nie było i chyba już nigdy nie będzie, ale to w tej chwili nie miało żadnego znaczenia.
      — Idziemy coś zjeść? Co wolisz? Możemy skoczyć na pizzę albo na sushi. Nie było okazji wypróbować tego mini zestawu — pomyślał też, że skoro najprawdopodobniej jest już zdrowy, to mógłby wreszcie przestać przejmować się nogą i zacząć robić to, co robili normalni ludzie. Pamiętał, że Rayne wspomniał coś kiedyś o powrocie do ćwiczeń, więc może na początek mogliby pomyśleć o wspólnym porannym bieganiu po parku. Mickey na pewno by się ucieszył. Ale to jeszcze zdążą obgadać, mają czas. I to nawet całkiem dużo czasu.

      Usuń
  4. Oczywiście ogromnie mu ulżyło na wieść o tym, że jego wyniki są coraz lepsze, co świadczyło o tym, że Australia jednak znała się na rzeczy. Bo Jake dalej uważał, że to głównie ich zasługa i może nawet kiedyś zaproponuje Rayne’owi aby się tam wspólnie wybrali. W końcu podczas tamtej pamiętnej wizyty nie zdążyli dużo zobaczyć – praktycznie nic – a na pewno było warto zwiedzić więcej i pozostać tam na przynajmniej tych parę dni. Splótł ze sobą ich palce kiedy tylko Rayne chwycił go za rękę, dając prowadzić się do wybranej przez mężczyznę pizzerii i uśmiechając się lekko praktycznie przez całą drogę. Trochę go zaskoczył poruszonym tematem wakacji, ale jedno się zgadzało: czekały go aż trzy miesiące wolnego – jeśli oczywiście wcześniej zaliczy wszystkie egzaminy – więc rzeczywiście mogliby pomyśleć nad miejscem, do którego wybraliby się w którymś z letnich miesięcy. Może i mieli większe możliwości niż w zeszłym roku, ale Jake’owi w zupełności wystarczyłoby, gdyby ponownie wyjechali po prostu nad jezioro czy do stadniny. Ale wybór miejsca i tak pozostawi Rayne’owi, najważniejsze że będą razem. Poza tym myślał też o tym, by już od samego początku wakacji zacząć gdzieś pracę – przynajmniej do października – żeby móc odłożyć chociaż trochę własnych pieniędzy. Później najprawdopodobniej zmuszony byłby z niej zrezygnować bo wątpił, by udało mu się połączyć to zajęcie ze studiami czy praktykami, które będzie musiał odbyć już za kilka miesięcy. I naprawdę nie mógł się ich doczekać, tym bardziej teraz kiedy dowiedział się, że jego choroba zaczęła prawdziwie odpuszczać. Chciał się do czegoś przydać, a na praktykach pewnie będzie miał ku temu okazję, zwłaszcza jeśli załatwi je sobie tam, gdzie w przyszłości chciał pracować.
    — Chcesz kupić samochód jeszcze przed tym weekendem? — jak dotąd wydawało mu się, że tego typu zakupy wymagały czasu i wcześniejszego dokładnego przemyślenia, ale skoro Rayne chciał to zrobić tak szybko to czemu nie. Przecież nie musiał spędzić tygodnia albo i dłużej na przeglądaniu ogłoszeń czy telefonowaniu do sprzedawców, zamiast tego mogąc to zrobić praktycznie od ręki.
    — Możemy poszukać czegoś pod koniec tygodnia, na pewno znajdziesz coś odpowiedniego — uśmiechnął się do niego ładnie, w tym samym czasie zauważając, że faktycznie koledzy Rayne’a wybrali tę samą knajpkę co oni. Kiedyś miał mały problem z przebywaniem obok panów strażaków, ale na szczęście jego podejście zdążyło się zmienić. Strażacy dalej wzbudzali respekt przez samo swoje zachowanie czy wygląd, nie wspominając już o wykonywanym przez nich zawodzie, jednak Jake nie denerwował się już tak jak podczas pierwszej wizyty w remizie – i oczywiście dalej doskonale pamiętał, że tamto zdenerwowanie wynikało z tego iż był najzwyczajniej w świecie zazdrosny o Rayne’a. Aktualnie nic nie stało na przeszkodzie by zaprosili ich do sąsiedniego stolika, a jeśli nie to zawsze wypadało się chociaż przywitać.
    Wieczorem siedzieli sobie razem w salonie, a na kolanach Jake’a leżał Diablo, którego wcześniej zgarnął z kuchennego parapetu. Głaskał go powoli po grzbiecie, co jakiś czas odrywając wzrok od włączonego filmu by spojrzeć na swojego narzeczonego. Lubił tak sobie koło niego siedzieć opierając się o jego tors, a już w szczególności po takich dniach jak ten, którego początek był bez wątpienia stresujący.
    — Wiesz, że cię bardzo kocham? — chyba dosyć dawno mu tego nie mówił, więc postanowi mu to ot tak przypomnieć — I że czasami będziesz mnie podwoził pod uczelnię tym swoim nowym przyszłym autem — dodał, wychylając się żeby pocałować go w usta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzy dni później zgodnie z planem niedługo po jego powrocie z zajęć mieli pójść razem porozglądać się za tym czterokołowym pojazdem, za którego kierownicą zasiądzie Rayne. Jakie chętnie sporadycznie by go w tym zastąpił, jeśli wcześniej zdobędzie ten mały dokument umożliwiający legalne jeżdżenie po ulicach Bostonu. Może uda mu się przekonać Rayne’a, by jeszcze parę razy pokazał mu jak dobrze prowadzić, a wtedy będzie mógł zapisać się na sam egzamin bez koniecznością płacenia za kurs. Skoro mieli możliwość samodzielnej nauki to dlaczego mieli z niej nie skorzystać.
      — Rayne, już jestem! — w korytarzy przywitał się z Mickeyem, który tradycyjnie przez dłuższy moment nie dawał spokoju każdej wchodzącej do mieszkania osobie, w drugiej kolejności udał się do swojego pana strażaka. Cmoknął go w policzek w ramach powitania, pokrótce opowiadając jak minęła mu ta część dnia. — A dzieciaki jak tam, nie wymęczyły cię dzisiaj za bardzo i dalej masz ochotę pójść? — zapytał w przerwie między szybkim dokańczaniem obiadu a szykowaniem się do ewentualnego wyjścia.

      Usuń
  5. Za bardzo nie znał się na motoryzacji i właściwie nigdy się tym tematem nie interesował, ale uważał że ich nowe auto – a właściwie to auto Rayne’a – prezentuje się bardzo dobrze. Najbardziej jednak cieszył się z tego, że Athaway był zadowolony, a to było widać na pierwszy rzut oka. A jego szczęście było dla Jake’a najważniejsze. Sam szybki powrót do domu z oddalonego o kilka kilometrów samochodowego komisu także upłynął bez żadnych niemiłych niespodzianek, a na sam koniec musiał przyznać, że jechało się całkiem przyjemnie. Nawet jako pasażer. Był ciekaw jak sprawdziłby się jako kierowca, więc propozycje wyjazdu na wieś przyjął entuzjastycznie, tradycyjnie zresztą. W końcu jak miałby zareagować inaczej, gdy w grę wchodziło wspólne spędzenie czasu z jego ulubionym panem strażakiem. I zwierzakami, bo jeśli uda mu się przekonać Rayne’a by zostali tam na noc to nie było mowy aby zgodził się zostawić Mickeya i Diablo samych na tak długo. Ewentualnie zawsze mogli wrócić wieczorem skoro nie musieli już martwić się o transport, chociaż przenocowanie poza domem chyba też tak do końca nie było złym pomysłem. Z każdym kolejnym dniem robiło się coraz cieplej i zbliżała się pora wakacji, więc wyrwanie się z zatłoczonego Bostonu na nieco dłużej dobrze by im wszystkim zrobiło. Trochę dziwił się też, że Rayne sam zaproponował mu by osobiście przekonał się jak prowadzi się to auto; pewnie każdy inny na jego miejscu aż tak by się z tym nie śpieszył z uwagi na zbyt krótki okres posiadania nowego pojazdu, ale przecież Jake nie planował wjechać w drzewo czy uszkodzić samochód w jakikolwiek inny możliwy sposób. Uważałby, jak zawsze.
    Lubił gdy Rayne nie mógł utrzymać rąk przy sobie, ani trochę mu to nie przeszkadzało. Czasami wychodziło z tego coś zabawnego, tak samo jak teraz, ale było to głównie związane z reakcją Mickeya. Zwierzęta najwyraźniej nie przepadały za widokiem całujących się właścicieli, ale co mogli poradzić skoro oboje to uwielbiali. A już na pewno Jake uwielbiał odwzajemniać każdy jego pocałunek, nie wspominając już o przytulaniu czy robieniu z nim innych równie przyjemnych rzeczy.
    — Wiem o tym — oplótł rękami jego szyję, przymykając oczy i ponownie powoli zbliżając swoje usta do jego. Całował go tak przez kilkadziesiąt sekund, przejmując inicjatywę i zapominając przy tym o wszystkim tym co działo się wokół nich. — Ja ciebie też, jeszcze baaardziej — uśmiechnął się do niego ładnie, odsuwając się i wołając Mickeya, który wreszcie doczekał się uwagi. Wskoczył między nich na kanapę, próbując znaleźć tam sobie wygodne miejsce; Jake od razu zaczął go głaskać, spoglądając jednocześnie na Rayne’a, nie przestając się lekko uśmiechać.
    Wyjechali zgodnie z planem już z samego rana, zabierając ze sobą tylko psa; udało im się namówić Ericka, żeby zaglądał do nich dwa razy dziennie i karmił Diablo, który chyba jednak nie czułby się dobrze podczas drogi, podobnie jak w samym obcym miejscu. Jak to kot. Ale może przez ten krótki czas ich nieobecności zdąży się za nimi choć trochę stęsknić, a wtedy Jake będzie mógł głaskać go tak długo jak tylko będzie chciał. — Zastanawiałeś się już co będziemy tam robić przez dwa dni? — nie chciał rozpraszać swojego ukochanego podczas jazdy, ale chyba od czasu do czasu mógł się odezwać, zwłaszcza że na drodze nie było dużego ruchu. — Bo po południu możemy iść na spacer po okolicy, co ty na to? — na pewno uda im się natrafić na jakieś ciekawe i miłe miejsce, gdzie będą mogli sobie razem posiedzieć. Może nad jakimś stawem czy jeziorem, zależy co takiego znajdowało się na ich wsi. Chociaż z drugiej strony nie istotne co by to było; najważniejsze, że będą mogli wspólnie pospacerować, trzymając się za ręce tak jak lubił najbardziej. Bo planów na ten późniejszy wieczór chyba nie musieli układać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po dojechaniu do celu, zostawieniu rzeczy w jednym z pokoi i po krótkim odpoczynku – głównie to Rayne zdaniem Jake’a musiał chociaż chwilę odpocząć po jeździe – mogli wyjść na świeże powietrze, którego w takim miejscu nie mogło zabraknąć. Jake wypuścił psa żeby ten mógł sobie bez przeszkód pobiegać, a sam szedł parę kroków przed swoim ukochanym mężczyzną, co jakiś czas odwracając się przez ramie żeby móc uśmiechnąć się lekko w jego kierunku. Szybko jednak do niego dołączył, obejmując go w pasie i powoli idąc sobie tak blisko niego, w sumie nawet nie wiedząc gdzie. Zastanawiał się też jak minie im pierwsza noc w tym miejscu; dom raczej nie wydawał się być nawiedzonym (chociaż nigdy nic nie wiadomo z takimi opuszczonymi wiejskimi posiadłościami), ale na pewno i tak będzie ciekawie, nawet bez hałasujących w piwnicy duchów.
      — Zostajemy tutaj czy wracamy? — zapytał, gdy po prawie godzinie spaceru znaleźli się na jakiejś polnej drodze gdzieś w odleglejszej części wioski. Droga ta jak się domyślał prowadziła do innej miejscowości, więc chyba lepiej byłoby, gdyby jednak zawrócili. Nie odczuł nawet kiedy minęło to kilkadziesiąt minut, podczas których pokonali co najmniej trzy kilometry; jak zawsze mieli co robić i o czym rozmawiać, więc nic dziwnego, że było przyjemnie. Po powrocie do odziedziczonego przez Rayne’a domu musiało być podobnie, tego był akurat pewien; w końcu zawsze mogli go dokładniej pozwiedzać i zobaczyć, czy jego ciotka nie zostawiła jakichś starych fotografii lub innych dziwnych przedmiotów. Mogli również wybrać się na tę zaplanowaną jazdę próbną czy zrobić razem cokolwiek innego i raczej nie powinni narzekać na brak zajęcia. — Chodź, chodź — złapał go za rękę i delikatnie pociągnął, jednocześnie wołając Mickeya, który na szczęście postanowił go posłuchać i przybiec zaraz po usłyszeniu jego głosu. Musiał przyznać, że ta wieś miała swój urok. Było tam o wiele spokojniej niż w Bostonie, gdzie ciągle coś się działo, aczkolwiek i to miało swoje plusy. A po opuszczeniu szpitala chyba bardziej zaczął doceniać taki spokój.

      Usuń