5 lutego 2016

[KP]




SKYLER „KYLE” PEARSON
EKSBEJSBOLISTA, 36-LATEK, TURYSTA W DOMKU PO RODZICACH

Miłość przestała mu się opłacać dokładnie w momencie, gdy zmienili się oboje, problemy zauważył kiedy żona poprosiła go pierwszy raz o dziecko, a samotność zaczęła doskwierać, gdy przeszedł na emeryturę. W życiu aktualnie wszystko mu się miesza — łącznie z uczuciami. Nawet wakacje są mu obojętne, tak długo jak długo będzie szukać sposobu na rozejm.

ETAP 1. DEZORIENTACJA, GNIEW, BEZSILNOŚĆ (1980 — 1991)
Wmawiaj sobie, że nie miałeś wyboru i kwil nad błędami młodości jak nad rzymskim fatum w amerykańskim wydaniu. Klękaj przed przypadkiem jak ostatnia dziwka i wypinaj się na świat w geście obojętności, jeśli tylko pomaga ci to zaakceptować własne słabości. Bądź egoistą dla siebie i konformistą dla ludzi. Kłam, krzywdź i rządź, tylko nie mów, że tak należało zrobić, tato. Nazwij rzeczy po imieniu. Powiedz jakim skurczybykiem jesteś. Jak katujesz w domu, bo brakuje Ci tej władzy poza kwadratami czterech nagich ścian. Wyraź frustrację z braku awansu w tej pieprzonej klitce urzędniczej, której sam nie znosisz. Uderz ośmiolatka — poczuj bezdech zamarłego w przerażeniu ciała. Tylko nie kryj już, że od jakiegoś czasu robisz to świadomie. Wprowadzasz kość niezgody do psiego życia, które sam nam zapewniłeś, jakby tylko to naprawdę sprawiało Ci radość. Opowiedz o matce. Tej uroczej pielęgniarce, która łatała cię po wypadku samochodowym z uśmiechem na ustach (tak wiele razy słyszałem tę historię, a po siedmiu latach małżeństwa nigdy potem nie widziałem jak się śmieje). Spójrz jak się stacza. Jak oczy, żarzące się miękkim światłem dnia, tracą blask. Wargi szepczą naiwnie imię i choć wie, że nie słuchasz (znów siedzisz w barze?), łka nocami. Krwawi. Siebie wyleczyć nie może, choć mnie próbuje bezustannie. Nie znoszę tego, wiesz?

ETAP 2. APATIA, AGRESJA, DEPRAWACJA (1991 — 2000)
Sytuacje podbramkowe nie istnieją. Są tylko ludzie, którzy reagują nie w czas, a potem jest już za późno na przejęcie kontroli. Życie zaczyna niebezpiecznie przyspieszać i wiadomo już, że tego nie unikniesz. Co wrażliwsi wariują, szukając ratunku, a reszta... łudzi się, że podoła. Czasem to nawet działa, ale gdzieś pod koniec świat i tak znajduje sposób, żeby cię wyruchać. Wspomnienia zleją się wtedy w jedno wielką plamę na życiorysie, a człowiek będzie wiedział, że nie ważne co zrobi, wciąż będzie tkwił w tym sam. Spotka to wszystkich, o ironio, każdego z osobna. Aspiracje i marzenia będą wirować wokół uporczywie, póki nie zwymiotujesz z nadmiaru wrażeń. Przeje ci się sama idea pogoni za porządkiem, więc zrezygnujesz z niej na stałe. Bo możesz. Nikt nie obiecał, że będzie łatwo, ale hej!, nikt nie powiedział też, że trzeba się tym przejmować. Ja nie przejmuję się wcale. Tak jest prościej. Skupić się na sobie. Znaleźć fundament dla wygłodniałego ego i karmić je latami. Póki nie nabierze odpowiednich kształtów. Chodzić do szkoły wyłącznie gdy trzeba i bawić się kiedy tylko można. Flirtować po ciemku, jak w burdel-klubie dla gejów (choć jest się hetero) i kochać się jawnie w biały dzień — nigdy na odwrót, by nie stracić opinii niegrzecznego chłopca. Oddać, gdy atakują i uderzać, gdy złoszczą. Nie kochać go (tj. ojca) już wcale. Zapomnieć.

ETAP 3. MIŁOŚĆ, UKOJENIE, SATYSFAKCJA (2000 — 2014)
Wiem, to głupie. Jesteśmy młodzi, narwani i zdecydowanie zbyt lekkomyślni, by działać racjonalnie. Szczęśliwi, ale wciąż naiwni. Niedawno byłem jeszcze tym szczeniakiem, który wypierdolił faceta przez witrynę w sklepie, bo bardzo mi się naprzykrzał. Mówią też, że odkąd gram w drużynie Red Sox, jestem tym bardziej narcystyczny i niedostępny, choć wcześniej też było ze mną źle. Zachowuję się jakbym już teraz rozmawiał z samymi sławami i nie miał czasu dla szarego obywatela. Ani dla ciebie. To wcale nie mija z wiekiem, jak sądzili z początku. Mam cholerną tendencję do wywyższania się nad ludzi i za chuj nie mogę sobie z tym poradzić. Klnę jak porąbany, kiedy mi zależy, a nawet wtedy, gdy w ogóle o nic nie dbam. Bywam próżnym dandysem i chujowym kochankiem, bo wciąż się jeszcze uczę. Nie potrafię subtelnie ani lekko, choć lubię długo i namiętnie. Jestem nieznośny, zgrywam egoistę, pozostaję płytki i nie umiem słuchać. Mam piekielną ochotę całować cię nawet wtedy, gdy mi tego bronisz, nie znam umiaru na miłość, a w weekendy bawię się w kucharza, choć tego nie znoszę. Chyba dlatego stale i niezmiennie mi to nie wychodzi. Ale robię to dla ciebie. Bo lubisz romantyków, a ja jestem pierdoloną skałą, co nie roni łzy. Pomimo tego — wyjdziesz za mnie? Kocham cię.

ETAP 4. ROZCZAROWANIE, SAMOTNOŚĆ, FRUSTRACJA (2014 — 2016)
Ludzie się nie zmieniają. To tylko sytuacja wykręca priorytety na podszewkę, jak starą poduszkę w pralce, kiedy chcesz ją uprać, bo wydaje ci się zakurzona i brudna. Ale wiesz... moje wartości są wciąż te same. Nie udawaj, że nie wiedziałaś, kiedy wchodziliśmy w związek. Mówiłem jasno: bez dzieci. Trwam w tym konsekwentnie po dziś dzień, bo bez względu na to, co o tym sądzisz, nie nabrałem gotowości i ochoty od tak, jak ty. Nie mów więc, że to ja się zmieniłem. Pierwsza wybiłaś się ze swoim pierdolonym „załóżmy rodzinę, kochanie”. Kiedyś wystarczało ci pojęcie „my” i nikt nie musiał wpieprzać się między nas na gapę. Do łóżka, bo tam mu cieplej i z tobą, bo siłą rzeczy byłby bliżej serca niż pierdolony mąż, który leży obok z przekleństwami na ustach. Nie mogłaś wybrać innego momentu? Znaleźć czas bez kryzysu i tych piekielnych wspomnień, które bezlitośnie zaprzątają mi teraz głowę? Myśli uderzają w czaszkę jak kij baseballowy o piłkę i choć bardzo się staram, prędzej czy później wszystko sprowadzam do gry. Nie wyobrażam sobie żebyś widziała jak upadam. Wiesz, że bronię własnej dumy jak twojej kobiecości i dbam o męskość jak nikt inny przede mną przy tobie. Ale nie potrafię. To samo wrze we mnie jak aktywny wulkan na pieprzonej wyspie zwanej Frustracją. Odsuwam cię od siebie, bo nie chcę żebyś ucierpiała, gdy w końcu wybuchnę. Przede wszystkim robię to jednak dlatego, że jesteś upartą zołzą i nie masz ochoty kochać się z zabezpieczeniem, jak robiłaś to ze mną wiele razy wcześniej. Gdybyś tylko wiedziała, Ci wszyscy ludzie zaczynają siedzieć mi w fantazjach coraz częściej. Za to mógłbym cię prze... przejebane. To wszystkie jest takie przejebane.

17 komentarzy:

  1. Powieki zamykały się bezlitośnie, jakby nie mogąc zdecydować się na jedno bądź drugie. To opadały, to wznosiły się leniwie. Ciszę przeszywał jedynie chropowaty szmer kocich poduszek, które skocznie prowadziły rudego sierściucha w pożądane miejsce, do miski. Zwierzę siorbało wodę powolnie, choć upał i jemu musiał nieziemsko doskwierać. Wilgoć wyczuwalna w powietrzu zatrzymywała się w krtani, z głosu tworzyła jedynie niezrozumiałą chrypę, a włosy układała w mimowolne loczki. Nawet Agnes, z kołdrą wciśniętą między nogi, mamrotała niewyraźnie o zbawiennym prysznicu, śniąc prawdopodobnie o miejscu zimniejszym niż to, w którym przyszło jej się wychować.
    — Dobrej nocy, Montauk — wymamrotał, pozwalając kawie na jeszcze większe rozpalenie jego i tak ciepłego ciała. Na nowy dzień czekał z tym samym, pustym spojrzeniem utkwionym w zegarze wiszącym nad lodówką. Do miarowego rytmu wystukiwanego przez urządzenie był tak przyzwyczajony, że splatał się on dla niego z ciszą, a wręcz stawał się jej wyznacznikiem. Gdy tylko powolne, zawsze dłużące się cykanie dochodziło do jego uszu wiedział, że dzień albo się kończy, albo dopiero zaczyna.
    — Spokojnymi słowami zapisanymi w piosence Conteiner łączymy się z kolejną nocą w Montauk. Tym samym zachęcamy do wsłuchania się w głębokie brzmienia piosenkarki... — jednostajny, spokojny głos spikera o imieniu Mike zapowiedział miejscową audycję radiową.
    Serce na moment zamarło, by po chwili być szybciej, żwawiej. Szelest huku zagłuszył hipnotyczny, niemal nęcący głos Fiony Apple. Gorąca kawa rozlała się na jego wargi, syknął szybko przykładając palec do poparzonych ust. Nawet wychodząc przed dom jego gest nie uległ zmianie. Wciąż wierzchnia część dłoni chroniła sparzenie. No tak, przyjezdni. Zawsze z tym samym zestawem, żoną i dzieckiem, ewentualnie większą armią potomstwa. Zdziwiła go jednak ta nocna pora, która od zawsze, choć tak naprawdę od dwóch lat, przeznaczona była dla niego, i tylko niego. Teraz zabrana przez ten niechlujny, niepotrzebny wręcz głos obcego ignoranta. Wracaj skąd przyszedłeś, pomyślał. Postąpił jednak inaczej, gościnnie, jak na miejscowego przystało. Powycinana pod pachami i szyją koszulka zaczęła mu niesamowicie ciążyć w ruchu, przeszkadzały, choć luźne, bawełniane, krótkie spodenki. Poszedł bez butów, żałował. Stopy podrażnione zostały przez małe, ostre kamyki. Wróciłby, gdyby wiedział, gdzie zostawił sandały. Zamiast tego, by jednak nadal coś zabrać ze sobą, wziął słowa Finy Apple.
    — Sink back into the ocean... — zanucił, ale wyszło mu to niezwykle miernie. Zatrzymał się dopiero na metr od półnagiej, widocznie podirytowanej sylwetki obcego. Wciąż dzierżąc kubek przyozdobiony w morskie fale, upił łyk kawy. Usta przestały parzyć. Stał tak dłuższą chwilę, wracając myślami do rudego kocura.
    — Zła noc? — uznał, że będzie zabawny, nie wiedział tylko jak do tego dojść. — Przynajmniej ciepła.
    Nie wyszło, oczywiście. Kolejne sekundy znowu przemilczał, przyglądając się coraz bardziej wyraźnej posturze mężczyzny. Poratowałby koszulą, spodniami, ale nie wiedział jak zaproponować tak dwuznaczną dla niego pomoc. Został więc przy miarowym piciu kawy.
    — Mamy w Montauk bardzo nierozsądną legendę — zaczął, spoglądając w stronę sąsiedniego domu. Uważał na słowa, mówił bardzo wolno, a sylaby próbował wpasować w nadal słyszalny w jego głowie odgłos zegara. — Mówi o tym, że pierwszą noc w mieście powinno spędzić się z rodziną na plaży. Zimny wiatr tak mrozi kości, że przez resztę pobytu pragniemy jedynie ciepła od żony, dzieci.

    [Żaden bełkot, proszę nie marudzić.]

    OdpowiedzUsuń
  2. Adam, z natury nadzwyczajnie uprzejmy, snuł w głowie plan jak najszybszego pozbycia się przybysza. I choć w mieście panował niepisany zwyczaj odpowiedniego witania gości czy też rozmawiania z nimi, ten tutaj był jedynie pokraką turysty. W samych bokserkach, niemrawy, mało rodzinny. Westchnąłby filmowo, gdyby tylko mu zależało. Następnie zaproponował śniadanie, gdyby była przynajmniej siódma, później przejażdżkę na ranczo... Oczywiście, że nie. Najchętniej wróciłby i poszedł spać, bo to już ta pora, gdy wstają staruszkowie, bo sny ich nie nachodzą, a ci w żałobie na spokojnie, po odbębnili godziny kontemplacji, mogą położyć się na kilka godzin.
    Teraz przypomina jedynie wyzutego buta, starego, nudnego. Szlag, on rzeczywiście jest nudny. To dobre określenie, wciąż i wciąż to samo, a tylko dzisiejszej nocy mała rozrywka. Powinien być wdzięczny. Zamiast tego spogląda z niesmakiem na tego mężczyznę, bo on na siłę wygina się i przeciąga, choć animuszu odejmuje mu skąpy ubiór... jego brak? Facet jest dość zabawny w swoim byciu. Na wpół zdenerwowany, nieświadomie pewnie ocierający się o komedię. Ten śmietnik i opryskliwe słowa. Adam uśmiecha się rozbawiony i już ma schować ten przejaw niefrasobliwości za kubkiem, gdy kawa zostaje mu bezczelnie odebrana. Nie potrafi konkretnie zareagować, nadal stoi z tym głupkowatym wyrazem twarzy.
    — Jesteś upierdliwy. — Gorzka oczywistość, ale sugerująca irytację Ackermana. Kubek nie stanowił dla niego celu życia, ale gdzieś tam był jego cholerną własnością. Jak dziecko, co to broni swoich kredek, zawrócił i podążając koślawo w stronę domu, bo nadal chodził boso, mruczał coś niewyraźnie.
    Minął go, nogą odsuwając jego łydkę, która skutecznie blokowała wejście na schody. I zepchnąłby pasożyta z tego z miejsca, ale powstrzymując swoje butne odruchy, przeszedł obok pozornie niewzruszony. Duszność hamowała niepotrzebne uszczypliwości. Stanął za nim, ręce splatając na piersi i przyglądając się głowie mężczyzny.
    — Jesteś upierdliwy, ale znośny — powtórzył, jakby chcąc siebie upewnić w tej kwestii. — Nie rozumiem dlaczego zatrzymaliście się obok, ale uznam to za zrządzenie losu, więc na litość boską ogarnij swoje samcze popędy.
    Umoralniając, co niestety miał we krwi i zawsze wychodziło mu to na minus, wrócił po schodkach, skłonił się ku sylwetce rozmówcy, by szybko wyszarpnąć kubek. Zrobił to jednak dość niezdarnie, bo jednak nigdy nie należał do dominantów i agresorów, więc porcelana wyślizgnęła się i upadła na ziemię. Ignorując ten fakt, choć wiedział, że już nigdy nie stanie się alfą, powtórzył chwyt i tym razem prostując się, mógł poczuć drażniącą jego ego dumę.
    Będąc przy drzwiach, bo gdy tylko odzyskał własność postanowił odnieść ją na miejsce, rzucił na odchodne:
    — I do jasnej cholery załóż coś na siebie. — Mógł dodać coś o dzieciach, ale ten wyrzut i tak zabrzmiał dość pretensjonalnie, więc poprzestał na tym zdaniu.
    Dopiero będąc w kuchni odetchnął. Spojrzał na zegarek, na kota (ten o dziwo nadal siorbał wodę), a potem z głośnym westchnięciem pomaszerował do swojego pokoju. Ciemność, która panowała w kolejnych pomieszczeniach, skutecznie utrudniała mu samarytańską potrzebę. W końcu jednak znalazł to, czego szukał i wracając na patio, po drodze zaglądając do pokoju siostry, otworzył drzwi dużo spokojniej. Niemniej wrzucenie na nogi towarzysza, który nadal siedział w tej samej pozycji z tym samym wkurwieniem na twarzy, zwitka pomiętych ciuchów nie wyszło mu równie elegancko.
    — Nie wiem, co wtedy — odpowiedział na pytanie, które padło gdzieś tam pomiędzy próbą zagórowania Adama w ich relacji, a jego totalną klęską. — Ale jak będziesz znał odpowiedź, to chętnie poznam.
    Wymamrotał coś niezrozumiale, ostatnie zdanie rzucając od tak, nie wiedząc po co.

    [Teraz ja muszę prosić o wybaczenie, bo mi coś nie po drodze ostatnio z prowadzeniem wątków.]

    OdpowiedzUsuń
  3. Pierwszy szok jest preludium do ciepłego, w pewnym stopniu nawet miłego gniewu. Gdyby nie zmęczenie, zareagowałby bardziej automatycznie, uderzając na przykład, na oślep i bez konkretnego celu. Teraz jedynie łapie przyjezdnego za nieokreśloną część przedramienia. Chce go odciągnąć, pogrozić, cholera wie. Pomimo bogatych zamiarów trwa jedynie w tym mimowolnym spięciu mięśni, z jedną nogą delikatnie wysuniętą.
    Szowinizm mężczyzny kuje uszy Adama bardziej, niż dłoń wpijająca się w jego koszulkę. Żona faceta musi być smutną, umęczoną kobietą, myśli. Prawie czuje jej rozdygotane i znerwicowane ciało, które nosi na sobie ślady lat spędzonych z tą gnuśną istotą. Kobieta musi codziennie wychylać się, najprawdopodobniej spod grubej, markowej kołdry, by jakoś tak niezgrabnie szykować się do życia. Później Samantha, powiedzmy, spogląda na tę gburowatą twarz i wzdycha ciężko.
    — Hej, ty naprawdę myślisz, że możesz sobie poskakać niczym kiepski samczyk alfa — mówi z pobłażliwą miną, choć słowa zdążyły nasiąknąć cynizmem.
    Ackerman czuje tępy, monotonny ból w plecach. Jest to przyjemne, bardzo „żywe”, jeśli dane byłoby mu określać. Podobnie jednostajnie jak rozpływający się po ciele afekt uderzenia, wpatruje się to w twarz przyjezdnego, to w okolice jego obojczyków i ramion. Dopiero teraz orientuje się, że jest od niego delikatnie niższy, lecz ta nieznaczna różnica budzi w nim raczej przyjemną niepewność.
    — No dalej — syczy zniecierpliwiony, pompatycznie przymykając oczy i wzdychając głęboko.
    Prostuje się delikatnie, odsuwając od drzwi, które skrzypią cicho (jednak noc zdaje się dodawać im głośności, co potwierdza suchy kaszel Agnes dobywający się z wnętrza domu). W akompaniamencie rozdrażnione palce Adama sięgają tym razem dłoni rozmówcy. Ta do tej pory zdawała się nie mieć oporów przed naruszaniem jego cielesności, chuj z intymnością. Ackerman jest już rozluźniony, zdawałoby się nawet że lekki, choć to pozorne, bo stopy nawet mocniej stanęły na ziemi. Przy nich nienaturalny wydaje się gładki ruch jego ręki, który kieruje dłoń nieznajomego na krocze miejscowego.
    — No dalej, skoro tak bardzo szukasz rozrywki, bierz ją — powtarza, a przy tym zaciska mocniej palce na ciele mężczyzny.
    W końcu jednak puszcza go, momentalnie też starając się odepchnąć jego ciało. Mocniejszy ruch wyprostowanych dłoni obija się o klatkę piersiową mężczyzny. W pewnym stopniu Adam dokonuje swego, ma przed sylwetką odległość może metra, które oferuje jako taką swobodę. Jednak przy odzyskaniu powietrza, dziś wyjątkowo ciepłego, na przekór robi mu się zimno.
    — Myślisz, że możesz wylewać swoje żale na wszystkich, ale się kurewsko pomyliłeś. — Stoickość jego postaci wprowadza w zdumienie, on sam nie poznaje opanowanego, niemal kapłańskiego tonu własnego głosu. — Spieprzaj do swojej żony, bo naprawdę nie mam ochoty...
    Nie kończy, bo wie, że jeszcze chwila a wda się w kolejną, bezsensowną konwersację. W odwecie na niewypowiedziane bawi się dłońmi gdzieś na wysokości mostka, chwilę później opuszcza ręce i chowa je do kieszeni spodenek.
    — Spierdalaj! — wrzeszczy zdając sobie sprawę ze złamania zasad, z porzucenia tych niepisanych reguł.
    Pod naciskiem głosu, dawno nieużywanego, jego ciało wychyla się do przodu. Jest wyjątkowo spięte, a spomiędzy kości czuje wypływające pokłady energii. Tej niezdrowej i niechcianej. Już wie, że Agnes zaraz tu będzie, że szamocze się w pościeli, najprawdopodobniej wystraszona, dopiero teraz odczuwając gorąc nocy. A może nie, może powie, że sobie to wyśniła.

    OdpowiedzUsuń
  4. To było nawet zabawne, jak obaj dzielili lepkie uczucie zażenowania. Poniekąd obrzydliwe, jednak z drugiej strony nadal pozostawało pewnym etapem wtajemniczenia. Chciałoby się powiedzieć, że do ich znajomości, lecz ta zdążyła runąć, niż na dobre się rozpoczęła. Tajemnica wiązała się więc z czymś innym; być może z irytacją, która stała się ich dobrem wspólnym, być może nagłym uwolnieniem emocji, wcześniej całkowicie niepowiązanych z ich osobami.
    A najbardziej bolała go, tego wycofanego i raczej pasywnego Adama, własna niekonsekwencja, nierównomierność ciała i myśli. Wbrew pozorom jedno, to cielesne i najbardziej odczuwające skutki nocnego starcia, już dawno zrobiło się zmęczone, znużone, ale też bezbronne. Głowa natomiast pękała od emocji niezdolnych do wyrażenia. Podsumowując Adam, ta nieszczęsna i mierna forma przeciętności, fizycznie, ani tym bardziej psychicznie, nie był nastawiony na gęstą i nieznośną frustrację.
    I już ma się poddać, czując jak zażenowanie wyżera kolejno jego kości i mięśnie, gdy znów czuje ucisk na ciele, tym razem na karku. Jest gdzieś pomiędzy, pomiędzy momentem podjęcia decyzji o wyjściu z domu, a chwilą obecną, kiedy to nieznajome wargi przyciskają się do tych jego. Początkowo robi mu się niedobrze, ale to może od wcześniejszego uderzenia. Tak sobie będzie tłumaczyć to później, w łóżku. Teraz zaciska nerwowo powieki i oddycha ciężko, przez nos. Pocałunek nie jest przyjemny, podchodzi pod te inne, dziwne. Jednak ta gwałtowna bliskość, o ironio, działa na niego uspokajająco. Pozwala mu na całkowite wyrzucenie złości; może przez nerwowe wydechy, które dzieją się między jednym a drugim stykiem warg. Ta obca czułość, choć niechciana, przypomina mu, że inne ciała też czują, też są ciepłe w dotyku (szczególnie te zdenerwowane, pozornie wrogie).
    Aby upewnić się w namacalności sytuacji, jak łaknący czułości szczeniak, Adam przesuwa swoją dłoń na żuchwę nieznajomego. I kiedy ten na ostatek, pewnie też na odchodne, delikatnie muska ustami jego wargi, decyduje się na powolne oddanie pieszczoty. Wie, że wylał z siebie piekącą gorycz, ale nie spodziewa się, że dzisiejsza noc stanie się czasem na paniczne ataki wyrzutów sumienia.
    Później wszystko dzieje się zbyt gładko i płynnie. Umyka to przepraszam, choć chciałby jeszcze na chwilę się przy nim zatrzymać. Ciało mężczyzny wyślizguje mu się z rąk, tylko imię wypowiedziane przez nieznajomego uderza go z podwójną werwą. To dziwne, bo słowa mężczyzny, w porównaniu do poprzednich wydarzeń, są dużo spokojniejsze, wyważone. Przytłoczony paradoksalnie tymi utratami, ale i zbyt wielkim bagażem emocji, czuje się upokorzony i zepchnięty na swoje miejsce – w kąt własnej głowy.
    — Oprow... — zamilknął, choć wcale nie chciał. Zabrakło mu powietrza, co dziwne, bo miał długą chwilę na przywrócenie się do odpowiedniego stanu. — Oprowadzę was jutro. Dobranoc.
    Prawą dłoń zacisnął na przedramieniu drugiej ręki i wycofał się szybko, niekontrolując własnych, nierównomiernych kroków. Dopiero będąc przy wejściu do domu odwrócił się nerwowo, rozedrganymi palcami szukając klamki. Złożona obietnica dotarła do niego dopiero po zamknięciu za sobą drzwi - w momencie, gdy nie zauważył żadnych zmian we własnym mieszkaniu. Ona nadal spała, kot wyciągnął się na kuchennej podłodze. Sam Adam pomimo dusznego, przy tym i ciepłego powietrza, czuł przerażające zimno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozostałości nocy przespał pod miękkim kocem. Usnął szybko, lecz gdy zaczął wdrążać się w głęboki sen, telefon zawibrował pod jego ciałem. Było jasno, ale zapach świeżo zaparzonej kawy uświadomił go, że zaspał. Nikt jednak nie dzwonił. Bob i jego brat musieli sobie bez niego poradzić. To dziwne. Nie spóźnił się do pracy od przeszło dwóch lat. Pomimo naglącej pory, ociągał się ze wstaniem z łóżka. Przytłaczające wydarzenia nocy nabrały innego zabarwienia – delikatnie onirycznego i nieuchwytnego. Jednym słowem, bardziej ludzkim, zdawało się, że nic wielkiego się nie wydarzyło.
      — Agnes! — chciał krzyknąć, ale uspokojona krtań potrzebowała czasu, by przyzwyczaić się do podniesionego tonu. Chrząknął, zakrztusił się imieniem własnej siostry.
      — Co cię tak śmieszy? — spytała, przyczłapując się do jego pokoju. Powyginane ciało brata, przyozdobione w delikatny pomruk rozbawienia wysapany w poduszkę, zbiło ją z tropu.
      — Stanęłaś mi w gardle — odpowiedział już całkiem poważnie. — Zrób mi proszę kawę. Wezmę prysznic i pojadę na ranczo.
      Wychylił się z mieszkania pół godziny po tej rozmowie. Odczuwalna obojętność wobec ludzi, a i w sumie całego świata, pomagała mu na kompromis własnej osoby z niekonwencjonalnym zakończeniem nocnego spotkania. Był, jakby to powiedzieć, całkowicie neutralny na kolejne wydarzenia tego dnia. Jedynie zmęczenie wpływało na kondycję mężczyzny – stopy stawiały wolniej kroki, a wzrok nie nadążał nad tempem wszystkiego wokół. Kac?
      — Oh, Adam, zapomniałam! — siostra wychyliła się zza drzwi, nadmiernie gestykulując w jego stronę. — Miałam powiedzieć nowym sąsiadom, kiedy się obudzisz. Cholera wie po co...
      I pobiegła, w sandałach, szlafroku, pozostawiając go z kluczykiem w jednej dłoni, z bezradnością w drugiej. Cholera.

      Usuń
    2. [Dopiero teraz zauważyłam, że co akapit zmieniam czas. Wybacz, wybacz proszę, że jestem taki...]

      Usuń
  5. Kiedy nerwowe postukiwanie w klatce, serca nie serca, nie chciał znać źródła, przyozdobione zostało o mocno zaciśnięte zęby, wiedział już, że jego bolączki nigdy nie zostaną wypowiedziane. A jeszcze dziś rano miał w głowie zadziwiająco idiotyczny pomysł, aby nocne zdarzenie, obecnie postrzegane w ramach mary sennej, jako anegdotę przedstawić przy porannym śniadaniu. Rzadko kiedy mógł przecież, chociaż bardzo chciał, pochwalić się ciekawym, zaskakującym życiem. Szybko jednak irracjonalność całego przedsięwzięcia przygniotła jego niewyspane ciało, by w końcu przeobrazić się w panikę siejącą postrach w jego mózgu.
    Stopy małżeństwa szybko szurały w jego stronę, to zwalniając tempo, to poruszając się zbyt szybko jak na przeciętną mechanikę ruchu. A gdy już doszło do pierwszego kontaktu, do słów przypominających o złożonej obietnicy, chyba jedynie Agnes, której osoba pojawiła się znikąd, jakby wywołało ją wcześniejsze szuranie, podchwyciła rozmowę, zostawiając brata na marginesie zainteresowania. Bo gdyby jej logika rządziła się choć trochę empatią, pomyślałaby, że takie oderwanie Adama od monotonii jest idealnym zrządzeniem losu. Jednak czujność nie pozwoliła omijać jej drobnych szczegółów.
    — Oferta?
    — Oferta. Później, Agnes.
    Myślał teraz, zaaferowany nie tylko na wpół obcym mężczyzną, ale i kobietą zgrabnie unikającą jego dotyku, że mógłby wycofać się od niechcenia, bez słowa, lecz wtedy napotkałby butny wzrok siostry. Ta domagała się wyjaśnień, niedbale zginając prawą nogę, utrzymując lekko zgarbione plecy, cmoknęła.
    — Adam Ackerman.
    Wyciągnął dłoń w kierunku Nieznajomej, by ta z kwaśną miną ją uścisnęła. Zawahał się, cofając zauważalnie rękę, gdy przyszło mu przywitać się z mężczyzną. Znali się już? Czy to może jednak była marna kopia znajomości, które, jak powszechnie wiadomo, w niczym nie przypominają określonych, nazwanych już powiązań. Są mieszankami kumpelstwa, wrogości, podsycane od czasu do czasu widocznym zażenowaniem. Wypowiedział w końcu pełne dystansu hej, powracając do pierwotnego planu powitania.
    — W zasadzie muszę jechać na ranczo, ale możecie zabrać się ze mną.
    Spojrzał w kierunku starego Forda, który w pierwszym kontakcie przywoływał wspomnienia związane z niskobudżetowymi serialami z motywem detektywistycznym w tle. Poczekał chwilę, taplając się w silnie zarysowującej się niezręczności, by w końcu przejąć inicjatywę z widoczną niechęcią, być może nawet kującą osoby postronne awersją. Poczuła ją najwidoczniej Agnes, odrzucona przez brata, niezauważona przez sytuację i, jak zawsze stwierdzała, całkiem wyjęta z toku życia w ogóle, jakby ktoś nagle wyłączał jej egzystencjonalny tryb. Gdy dziewczyna szybkim krokiem wracała w stronę domu, spoglądając ukradkiem na mieszkanie sąsiadów, wiedział, że nuci pod nosem mniej lub bardziej ordynarną piosenkę miejscowej kapeli, której nazwy nigdy nie raczył zapamiętać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To jak, jedziemy?
      Nie spostrzegł, że odniósł się do wcześniejszych słów mężczyzny, jakby nieświadomie idąc wydeptanym przez niego szlakiem, jakby na wpół chcąc na wpół nie, błądzić za jego propozycją. Niecodzienne historie w zwykłej codzienności mają do siebie, że nigdy nie chcą być chwilowe. Zawsze trwają, przydeptywane, zatrzymywane przez nas, usilnie starając się podsycić z reguły nudny żywot.
      W samochodzie rozkręcił mocno lokalne radio, gdzie przedstawiony już w tej historii spiker, dla przypomnienia Mike, nucił wraz z wokalistką tę samą, nocną piosenkę. Centeiner nie zagłuszało wprawdzie warkotu silnika, ale skutecznie nadawało jeździe rytm, chcąc utrzymać panujące nastroje na tym samym, miał nadzieje, że neutralnym, poziomie. Najprawdopodobniej tylko dla Adama piosenka była wyznacznikiem dyskomfortu, który niósł ze sobą wspomnienia wcześniejszego spotkania z sąsiadem. Wtedy nie zdawał sobie sprawy, że mówi, mówi dużo, w miarę luźno, wyzbywając się lektorskiego tonu głosu.
      — Mamy w Montauk wiele atrakcji, być może nietypowych, ale istnieją, z tradycją. Popularna jest nauka jazdy konno, i nie mówię tego dla osobistego zysku. Choć być może trochę...

      Usuń
  6. Stary egzemplarz Forda Mustanga, prawdopodobnie z lat 60., niespiesznie sunął do wyznaczonego celu. Kierowca marzył o podrasowanych możliwościach samochodu, te jednak ograniczały się do cichego buczenia silnika i obdrapanej, różnokolorowej karoserii. Zazwyczaj mu to nie przeszkadzało, teraz jednak, kiedy dłonie pociły się w kontakcie z kierownicą, marzył o wydajniejszych głośnikach bądź tak buczącym samochodzie, by ten uniemożliwiał rozmowę. Tak się jednak nie stało, pomimo usilnego dążenia do nadwyrężenia auta. Adam mamrotał więc mało znaczące fakty o miejscowości, o pobliskim jeziorze i piosence, która napisana została w oparciu o Montauk. Próbował zwracać się do mężczyzny bezosobowo, zacinał się jednak w momentach, kiedy to zdanie powinno zostać uzupełnione imieniem. Nie chciał go wypowiadać, a tłumacząc własne zachowanie prawdopodobnie powołałby się na gniew i upór podpięte pod nocne spotkanie. W końcu jednak skupił się na kobiecie, bo jej nie widział, bo nie ograniczało go jej znużone spojrzenie, bo w ten sposób było mu wygodniej. Wierzył, chwilę temu uchwyciwszy się owej myśli, że łączy go z Jane niewypowiedziane porozumienie ogólnego podirytowania. Trudno było je zignorować, gdy to skutecznie wdzierało się w słabą, na siłę utrzymywaną rozmowę.
    — Nie prowadzę — odpowiedział sucho i na tym chciałby poprzestać, ale zrzucone na niego poczucie odpowiedzialności wzięło górę. — Uchodzę za zamiennik lepszej osoby na czas nieokreślony.
    A w zasadzie zajmował się jedynie klientami i ich mieszczańskimi zachciankami. Przejażdżki dla dzieci, idiotyczne uciechy z agroturystki, od czasu do czasu sprzedaż lepszych ogierów. Po śmierci narzeczonego dostał w spadku znaczącą rolę w prowadzeniu stadniny, którą przez dwa lata sukcesywnie niszczył. Z drugiej strony wiedział, że choćby podpalił cały dobytek swej rodziny, pracy nie straci. Całą winę przypiszą natomiast jego nadszarpniętej psychice.
    — Jeśli będziesz chciała, mogę poprosić brata, bliźniaka zresztą, aby przydzielił ci spokojniejszą klacz — zwrócił się do kobiety łagodnym, porozumiewawczym tonem. — Będzie szczęśliwy mogąc swobodnie z kimś pojeździć. Obecnie skupia się na nieudolnych galopach rozkapryszonych dzieciaków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedząc, w którym momencie zastopować rozmowę, wyłączył radio i niespiesznie zjechał z głównej, asfaltowej drogi. Deep Hollow Ranch zapraszało drewnianą, surową zabudową oraz pojedynczymi osobami poruszającymi się na terytorium stadniny. Każdy pracownik tego miejsca zobowiązany był do noszenia wysłużonej koszuli w kratę, dżinsowych spodni bądź ogrodniczek. Ktoś kiedyś palnął, że tym oto sposobem zbudują wiarygodną markę. Adam notorycznie naruszał ustalone zasady będąc przekonanym, że sfatygowane ciuchy wcale nie są oldschoolowe, więc najczęściej pojawiał się w bawełnianych koszulkach i uciętych tuż nad kolanami spodenkach. Podobnie było w dniu dzisiejszym. Podążając za standardowym harmonogramem, Ford Mustang przywitany został przez chłodne, a w tym badawcze spojrzenie Jasona, brata Adama. Mężczyzna zbliżył się do auta niczym zbyt górnolotny gangster, lecz z odległości niecałego metra dostrzec można było, że na jego twarzy zakwitł ciepły uśmiech.
      — Przywiozłem nowych sąsiadów — wytłumaczył się młodszy z bliźniaków jednocześnie otwierając drzwi samochodu. — Wynajmują dom Wade'ów.
      — Jason Ackerman. — Starszy bliźniak przywitał się kolejno z małżeństwem Pearsonów, nie zapominając o złożeniu kanciastego pocałunku na dłoni Pani Pearson. Adam, speszony impertynenckim zachowaniem brata, odwrócił wzrok w kierunku grupy przyjezdnych dzieciaków.
      — Dziś wieczorem organizujemy ognisko dla mieszkańców miasteczka i okolic. Jeśli mielibyście ochotę, zapraszam. — Jason wskazał rozradowanym spojrzeniem pobliską polankę. — Jesteśmy w trakcie przygotowań. Tutejsze dzieciaki mają zamiar przedstawiać historię Indian, taka edukacyjna zachcianka miejscowej szkoły — parsknął. — A obecnie zaproponuję konną przejażdżkę pobliskim wybrzeżem.
      Chcąc niepostrzeżenie oddalić się w stronę głównego budynku, Adam zamknął pośpiesznie samochód i oddając turystów w dłonie brata, podreptał wzdłuż drewnianego ogrodzenia.
      — A tobie co się do diaska stało? — zaciągnął niespodziewanie starszy z braci, szarpiąc młodszego za koszulę, a przez to bardziej odsłaniając siniejące zadrapanie na karku bliźniaka. — Znowu włóczyłeś się po szlakach Petersonów?
      Gdyby po drugiej stronie dialogu znalazła się zupełnie inna osoba, jego, niszowe bo niszowe, ale jednak, poczucie humoru nakazałoby parsknąć śmiechem. W tym momencie zestawiony został do bitwy na spojrzenia i niepisane żale z nikim innym jak własnym rodzeństwem, więc dla utrzymania odpowiedniej wstrzemięźliwości w rodzinnych kontaktach, zdał się na kwaśny uśmiech.
      — Puszczaj, do cholery. — Wyszarpnąwszy się z dłoni zaciśniętej na jego koszulce, oddalił się na krok od pozostałych bohaterów. — Twoje nieokrzesanie powala.
      — Już dobrze, okej, oporządź lepiej trzy konie. Przejedziemy się — zderzywszy ze sobą dłonie, Jason odwrócił się w stronę Pearsonów, a tym samym pozwolił bratu na stosowne i uzasadnione odejście w stronę stajni.
      Dopiero po paru metrach mieszanka niedowierzania i uchodzącego stresu, pozwoliła zlęknionym dłoniom sięgnąć w stronę karku. Dokuczliwe, powodujące miarowe ciarki kłucie rozeszło się od zadrapania po samą szczękę. Efektów uderzenia o drzwi nie zauważył wcześniej, a obolałe ciało tłumaczył małą dawką snu. Zajebiście.

      Usuń
  7. Po ranczo szlajał się z widocznie zblazowaną, choć nie przygnębioną, miną. Posłusznie przylgnął do grupki tutejszych emerytów, którzy co dwa tygodnie korzystali z uroków ichniejszej agroturystyki: prócz koni, po pobliskich terenach skakały kury, z wolnego wybiegu, dorodne i zdrowe, a i rodzina Ackermanów, jeszcze za życia matrony klanu, sfinansowała miasteczku rozrywkę w postaci głośnych osłów i niebezpiecznych byków. Kiedy Adam przyglądał się ich ciężkim czaszkom, stojąc nieopodal starszej pani o lichym ciałku, spostrzegł Skylera w towarzystwie młodej panny Dobrow. Niemal dwudziestoletnia gothka, buntująca się przeciwko konserwatywnemu Montauk, do obcych pałała nieopisaną miłością. Mężczyzna pozdrowił ją kiwnięciem głowy, w stronę Pearsona leniwie unosząc dłoń. Jeszcze dzisiejszego ranka minął go bezceremonialnie, wspominając, że basen znajduje się w posiadłości Hefnerów (dla jasności, żadnych konotacji z Hugh'em), którzy z niejasnych przyczyn spraszają tam większość miasteczka. Wiedział, że małżeństwo za pół godziny miało wyjeżdżać, pomocom zaoferował się sam brat bliźniak, więc pozostawił sprawę otwartą, z bólem karku wchodząc w przyjemną symbiozę.
    Ognisko osiągnęło spore, niemal dwumetrowe rozmiary. Dzielna drużyna umundurowanych skautów odprawiała nad nim swoje fantazyjne rytuały, to podpalając jedno drewienko, by zająć ogniem resztę, to śpiewając ciche pieśni. Jako były zastępowy drużyny Dzikie Łasice, tak, to miało miejsce, z przyjemnością poddał się dziecinnej dyscyplinie i podobnie jak większość, nazwijmy ich, dorosłych, wykonywał bezsensowne polecenia. W jednym z nich wszedł w kooperację z samą Jane Pearson, której stopy nie wiedzieć kiedy powróciły na teren Deep Hollow Ranch. Uśmiechnięta, co niebywałe, z niemal przyjaznymi świetlikami w oczach, rozkładała na drewnianym stole jednorazową zastawę.
    — Udało wam się zadomowić — zauważył, nieco wymuszenie zaczynając rozmowę.
    Kobieta uśmiechnęła się, w dłoń biorąc jeden z nielicznych, glinianych kubków i jedynie wzruszyła ramionami. Mimo to Adam zaśmiał się, krótko, delikatnie, ale nadal gest ten wpisywał się w montaukowską życzliwość. Porzucając konwersacje, sięgnął po niewielką miseczkę z sypką, ostrą przyprawą i zaniósł ją Carlosowi — rzeźnikowi, który w dniu dzisiejszym serwował grillowane połacie mięsa.
    Gdy całkiem świadomie zajmował miejsce tuż obok Skylera, zgarbionego i wpatrzonego w swoje złączone dłonie, mlasnął znacząco, pod nos mężczyzny podstawiając niewielką butelkę ciemnego piwa.
    — Lager.
    Zbliżała się dwudziesta, nadal było upalnie, choć zbliżająca się noc przyniosła ze sobą chłodny, przyjemny wiatr. Wokół z wolna pojawiali się mniej lub bardziej rozpoznawalni goście, głównie rodziny z dziećmi, których w Montauk i tak nie było zbyt wiele.
    — To jak, Skyler Pearson, komu dzisiaj wepchniesz język do gardła?
    Spojrzał na niego z ukosa, uśmiechając się krnąbrnie – jego humor widocznie wywrócony został na drugą stronę. Charakterowa podszewka Ackermana składała się z drobnych, uszczypliwych zdań i zdecydowanie bardziej rozluźnionego ciała. O dziwo, choć z reguły nie przepadał za lokalną społecznością, w tego typu spotkaniach stawał się dużo bardziej swobodny. Możliwość dowolnego dobierania rozmówców, zmieniania ich podług własnego widzimisię, dostateczne ilości alkoholu.

    OdpowiedzUsuń
  8. Cichy śmiech zniknął w puszce piwa, które nadzwyczaj szybko stawało się ciepłe i nieprzyjemne. Choć Montauk czyniło wszelkie starania by zdobyć miano browarnianej utopii, nieszczególnie mu to wychodziło. Tutejsza społeczność bazowała na lokalności, która w zasadzie nie charakteryzowała się niczym szczególnym. Monotonna agroturystyka, jedno historyczne muzeum, świeże ryby z codziennych połowów oraz mnóstwo czasu do popadania w coraz bardziej melancholijne stany. Nic dziwnego, że stary Roger, siedzący aktualnie naprzeciwko nich (włóczęga, choć z domem i odwiedzającym go synem) wydawał się być przesuwanym przez wiatr kłębkiem niewypowiedzianych wzruszeń; wpatrywał się on w gładko płonące języki ognia zapewne wizualizując, jak stapia się z nimi, przeistacza w dym i już nic go nie trzyma w tym miejscu, czasie, mieście.
    Adam poruszył się niespokojnie, jedną z dłoni opierając na wyszlifowanej, drewnianej ławce; nic dziwnego, że Aiden pozwolił pochłonąć się morzu. W spokojnych dreszczach choroby, z gorączką spływającą na jego ciało. Pamiętał, że tłumaczył je boskim wyzwoleniem, prawdopodobnie majaczył. Jeszcze długo po śmierci partnera, Ackerman dzierżył w dłoni niewielki, pozłacany krzyżyk. Pewien rodzaj bogobojności, tak charakterystyczny dla katolickiej strony Montauk, na długo utrzymywał się w jego głowie. Aktualnie przeistaczał się w chłodną obojętność, która zaowocowała szarym, zaniedbanym marmurem przy grobie Aidena. I kwiatami dość swobodnie rosnącymi wokół jego sponiewieranego przez wodę ciała.
    — Być może. Ostatni raz całowałem się rok temu, również podczas podobnych upałów. — Dłoń Ackermana powędrowała na kark, rozmasowując drażniące ugryzienie komara. — Miała na imię Marta, była Polką. Zapamiętałem głównie jej krzywy nos i rozbrajający, głośny śmiech. Myślałem, wtedy, podczas jej urlopu, że weźmie mnie ze sobą. Że powie, chodź Adam, pojedziemy do Polski, będziemy jeść pierogi i kraść samochody w Niemczech. Ale wyjechała całkiem łagodnie, wpierw spakowała jedną parę skarpetek, stopek, tylko takie nosiła, a skończyła na okularach wetkniętych na koniec krzywego nosa.
    Upił łyk piwa wpatrując się w małego chłopca, który podszedł niebezpiecznie blisko do wciąż pilnowanego przez skautów ogniska.
    — Najdziwniejsze jest to, że ja jej w zasadzie nie lubiłem. Była krnąbrna, pyskata, ale oczytana. Przywiozła do Montauk dużo świeżości, ale wyjeżdżała już całkiem swojska. Wtedy nią gardziłem.
    Dopiero zwracając się półprofilem do rozmówcy doszedł do wniosku, że zbyt duża frywolność słowa przyniosła znużenie w jego głosie oraz, nie wiedzieć kiedy, kolejne puszki piwa — podobnie ciepłego. Roger przeniósł spojrzenie z ognia na chłopca ochoczo bujającego się na krótkich, grubych nóżkach, a tym razem dzierżącego w dłoni długi, podgrzany przez ogień patyk. Malec zbliżył się do ich dwójki nieświadomie, nie za bardzo przejmując się obecnością dwójki obcych mężczyzn.
    — Nigdy nie byłem przekonany do istot, które chodzą i myślą, pierwotnie ale jednak, a nie potrafią sprecyzować swoich żądań w mowie.
    Adam rzucał dość nieistotne i mało ciekawe elementy wyrwane z własnych rozważań; skróty myślowe, których się chwytał, nie miały w zanadrzu ukrytych zaczątków dłuższych rozmów. Raczej bazowały na potrzebie powiedzenia czegokolwiek.
    — Montauk słynie z przyciągania do siebie nieszczęść. Samo w sobie jest wielkimi kuluarami dla powierzchownej życzliwości — kontynuował, unosząc wyżej podbródek, mówiąc nieprzemyślanie, ale z dziwnie wyuczonym spokojem. — A Was co tutaj sprowadziło? Nie uwierzę, że chęć dobrowolnego oddania się naturze i irytującym zabawom przy ognisku.

    OdpowiedzUsuń
  9. Pąsowiejące twarze zgromadzonych osób, dzieci splecione w chocholim tańcu, chwilowe miłostki i języki czule oplatające kęsy tłustych mięs. Scena z chwili na chwilę nabiera boshowskiego charakteru; opatulona w ciepłe, opadłe powietrze, jeszcze bardziej odczuwalne przez brak wiatru, pozwala na śmielsze ruchy i porywcze słowa. Ciepło ogniska rozlewa się na ciała, zazwyczaj pokryte jedną warstwą materiału – zwiewnymi, bawełnianymi koszulami, wzorzystymi sukienkami bądź własnoręcznie skracanymi dżinsami, by przez skwar i duszącą ciepłotę zmiękczać także myśli. Ze spierzchniętych ust kobiet padają wspominki dawniejszych wakacji, historii sprzed małżeństw i swawolnych tańców. Mężczyźni roztapiają dłonie w ich ciałach, wzrokiem sięgając poza sylwetki własnych dziewcząt, często ku dzieciom skupionym w mniejszych grupkach. Chichoty mieszają się z cichymi szlochami pierwszych rozstań nastolatków (chwilę temu panienka Dobrowna uroniła jedną łzę po telefonie od wypłowiałego, szpakowatego chłopca, który odwiedził Montauk tydzień temu).
    Jedynie te dwie sylwetki, na wpół zgięte, czasami wpatrzone w punkty przed sobą, czasami lustrujące wnętrza puszek, milczą podejrzanie, choć i ich ciałami wzmagają zimne, sekundowe dreszcze. Dłoń Adama wszczepia się w kant ławki z dużą natarczywością, jakby przyszło jej na dobre pozostać w tej pozycji. Choć jego kręgosłup zaczyna miarowo, boleśnie pulsować, to nie zmienia przyjętej pozycji. Słucha rozmówcy z wygiętą szyją, wolno poruszającą się grdyką i uciskiem w podbrzuszu. Ślinę przełyka głośniej niż zazwyczaj, napinając przy tym mięśnie wygiętych rąk.
    — Ano — mówi, potwierdzając wzmiankę o panującym upale.
    Sam nie wie dlaczego akurat z Pearsonem rozpoczął rozmowę. Być może, ale to tylko podejrzenia niepewnej duszy, znudzony był tymi samymi twarzami o pokornych uśmiechach i zmarszczkach kreślonych słonymi wodami Atlantyku. Być może miał na sobie ciężar wspomnianego miasteczka, nieudanych połowów i wciąż powracającego zapachu ranczo. W tym momencie miejsce to, zaznajomione przez niego już w latach dziecięcych, nabrało całkiem nowych odcieni – stało się wyznacznikiem nierozpoczętej znajomości, która w najbliższej przeszłości miała tę dwójkę zaprowadzić w meandry trudnej relacji.
    Adam przymyka pijane oczy słysząc, jak piana ze wstrząśniętego piwa wsiąka w suchy, chroboczący piasek. Przy kolejnej wypowiedzi rozmówcy zwraca się do niego półprofilem.
    — Brednie heteryków — komentuje ostro, marszcząc brwi i pozwalając, by stróżka alkoholu pociekła po jego brodzie; ocucony ociera ją fragmentem noszonej koszulki. — Męskość przez seksualność, totalne brednie.
    Nie argumentuje swojego zdania będąc zaskoczony własną śmiałością. Dopiero teraz peszy się, napełniając myśli mimowolną skruchą i wspomnieniem wcześniejszych, skrzyżowanych spojrzeń. Buzujące ciepło z podbrzusza, wbrew jego własnej woli, wpełza na całe ciało. Mieszając się z parnym powietrzem zmusza go do paru głębszych wdechów. Adam prostuje się na ławce wiedząc, że nie myśli całkiem trzeźwo. Gniecie kolejną, pustą puszkę rozglądając się po okolicznych twarzach; nie dostrzega w nich Jane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Skąd ta pewność, że to ty byś mnie pieprzył? — stwierdza szybko, jakby w obawie, że zbyt powolne zdanie może dotrzeć dalej, do uszu mogących ukrócić jego niefrasobliwość; natychmiastowo także się reflektuje, gulę chwilowego erotyzmu przełykając haustem kolejnego piwa. — Mam nadzieję, że wam się ułoży.
      Chowa się za fasadą wymaganej grzeczności, ucinając zbyt intymne, rodzinne tematy, z którymi nigdy nie przyszło mu się zmierzyć. Truchleje na myśl o pobliskim ciele, kuląc fizyczność w kontakcie z wciąż utrzymywaną pragmatycznością sytuacji. Postać Skylera wydaje mu się osobą obdartą z większych emocji – ewidentny choleryk, ale tylko powierzchowny, całość świata rozrysowujący na bazie wizualnej warstwy rzeczywistości. Dlatego bezproblemowo wyobraża sobie mężczyznę wijącego się w konwulsjach, jego erekcję i krótkie przekleństwo pod koniec stosunku. Seks pozbawiony głębszych emocji. Wizję tę niszczy usłyszane przed chwilą zwierzenie, na moment wykreślone z jego pamięci. Adam prostuje nogi, krzyżuje je na poziomie kostek i chrząka w pobielałą na opuszkach palców pięść.
      — Byliście już na plaży? — pyta spoglądając na Skylera z nieostrożną aluzją. — Mamy odpływ, część piasku jest nadal niesamowicie wilgotna. Cholera, a może nie. Może tylko wymyśliłem tę historię. A wydaje mi się, że siostra opowiadała. To ta, z rana. Wiesz, wysoka i pyskata. Z piegami.

      Usuń
  10. Zachwiane kroki i walące się mury wewnętrznej ogłady; Ackermanowi ciąży dłoń napastliwie wbijająca się w jego udo, pijacki oddech zawieszony na linii ucha oraz trzymana puszka (do połowy pełna, nadgryziona w niektórych miejscach i zagnieciona pod kciukiem). Wie, że gdy tylko wyprostuje nogi, podniesie ciało do względnego pionu i spojrzy gdzieś dalej, przed siebie, zachwieje się nagle i niekontrolowany podda się gęstniejącym myślom. Nie jest pijany, tak myśli. Częściowo ma rację. Procenty jedynie nieznacznie znaczą się gęsią skórką, drgającymi palcami i coraz to odważniejszymi zdaniami zatrzymywanymi pod drętwiejącym językiem. Wstaje.
    Krążą w bezładzie, między jedną grupką znajomych a drugą, a w końcu i nieświadomie się rozdzielają. Zaczepiani się osobno — Adam częściej i żwawiej, Kyle ze stosowną, ale i tak nadszarpniętą przez alkohol rezerwą. Wyznaczone granice pomiędzy lokalną społecznością a turystami bledną, stapiają się w mieszaninę kolorowych ciał. Jasnych z czerwonymi wypiekami od słońca, orzechowych z prześwitami kawy z mlekiem, rudawych od nadmiernej liczby piegów i znamion. Ackerman znajduje się gdzieś pomiędzy. Oliwkowa karnacja nabiera pełniejszego nasycenia przy ciepłej poświacie ogniska, ale blednie gdy mężczyzna oddala się w stronę rozgorączkowanego brata. Ten, upijający się od zawsze w inny, weselszy sposób, staje się centrum pomniejszej imprezy. Szczęśliwy wymachuje dłońmi, opowiada o ranczo, połowach i seksie z kutrem rybackim w tle. Śmieje się do Adama w prawdziwie ciepły sposób, przytula go spoconą od upału ręką i wraca do stęsknionych oczu blondynki z blizną na szyi. Ciało młodszego z braci wpada w inne dłonie. Usiane ciepłem palce siostry chwytają go za nadgarstek, ciągną ku Jane i dwójce dzieci. Agnes opowiada coś z bełkotem pomiędzy słowami; zapewne historię rodzinną, wyrwaną z jego pamięci, a w jej tak dobrze jeszcze prosperującą. Kobiety śmieją się. Jedna żwawiej, wygodniej moszcząc się w towarzyskim kręgu, druga z mdłym uśmiechem i kolanami uginającymi się od ciężaru wspomnień. Nie odbija rozmowy własnym zwierzeniem, myśli zatrzymuje na obecnej sytuacji.
    Mdli go. Kwaśna kula wymiocin to wznosi to opada w jego gardle. Opiera się więc o pobliską ścianę, zamyka nerwowo powieki i oddycha do momentu, w którym cielesne katusze przekształcają się w psychiczną niedogodność. Zdaje sobie sprawę, że to nie alkohol wprowadził go w niewygodny stan, a duże, ciekawskie oczy ładnej, ale zmęczonej turystki. (Kurwa, kiedy to było — kwadrans, pół godziny temu? Adam unosi powieki).
    Kurtuazję już dawno zaprzepaścił na rzecz żądnego spojrzenia zatrzymującego się na pojedynczych ramionach. Szuka tych jednych, nieco szerszych i gwałtownych w ruchach. Przy nagłych wygięciach nakreślających nierówne obojczyki. Pearson wydaje mu się przesypywać przez te wszystkie ciała, jak piasek rozsiany po ranczo. Dopiero gdy uspokaja spojrzenie, które nerwowo lustrowało nogawki od spodni, dłonie wsuwane na obce biodra i usta wszczepione w butelki i puszki od piwa, znajduje go. Stojącego — a jakże — przy wybebeszonych rybach (tych już leżących na grillu) oraz lokalnym browarniku — dostawcy domowych nalewek i słodkich, sklejających usta win. Podchodzi sięgając butelkę jasnej nalewki. (Tak jakby wcześniejsza zawierucha nie miała miejsca, jakby uściski rodzeństwa rozlały się i wsiąkły w jego skórę na tyle, by stać się jedynie zimnym dreszczem).
    — Tędy — mówi, przerywając browarnikowi tępy, pijacki monolog o własnych zamiłowaniach.
    W Adamie budzi się w nim chciwa dusza o ustach wygiętych w ignorancki uśmiech. Wyciąga z kieszeni zmiętą paczkę papierosów, a choć nie przerywa powolnej wędrówki, zwalnia nieco, by wsunąć między wargi lichą fajkę. Wydaje się być trzeźwy. Stopy układa równo przed sobą, gładko ześlizguje się po kamienistym wzniesieniu. Spogląda za siebie w krótkich momentach przytomności, z jedną dłonią zaciśniętą na butelce nalewki.
    — Jane to piękna kobieta — stwierdza, a po zaciągniętych sylabach słychać, że nie wyzbył się wypitych piw; nie wie, dlaczego kontynuuje ten temat. — Ale ma kurwiki w oczach.

    OdpowiedzUsuń
  11. Jego usta zbiegają się w wąską, wrogą linię, język przywiera do zębów, gładzi szkliwo, zostaje przygryziony na koniuszku. Alkohol niweluje drętwy ból, pozostawia cierpkie dreszcze, które mężczyzna przełyka wraz z plątaniną słów. Miałkich, nie wnoszących za wiele do prowadzonej rozmowy. Już nie ucieka od idei krótkiej wędrówki, piasku z wolna wsuwającego się pod ich stopy, tworzącego coś na wzór urokliwej scenerii z kacem w tle. Chciałby znaleźć się z Kylem po tej samej stronie barykady: piąć się po trupach drugoplanowych bohaterów, podawać mu dłoń, gdy ten traciłby równowagę na truchle swojej żony, jego siostry, ciałku rudego kocura. Z namaszczeniem gładzi homopoetycką wizję ich niedoszłej relacji, a tym samym wbija ostatnie gwoździe do trumny byłego partnera. Przeszłość nazywa majakami, wypluwa ją z nadmiarem śliny, mdłym posmakiem piwa i wzrokiem odwracającym się od twarzy rozmówcy. Nie komentuje jego słów.
    Z tym niedopowiedzeniem odwraca się w stronę pierwszego piasku, ciemnej linii wody i spokojnego, granatowego nieba. Na plaży jest przyjemniej, niż podczas minionego dnia, żaru bijącego od palącego się ogniska. Chłód Atlantyku owiewa jego ciepłe ciało, późnym wieczorem (nocą? która jest godzina?) zdające się być gładkim, przyjemnym punktem na tle jasnych kamyków. Adam nie docenia scenerii, choć chciałby, chciałby być literackim bohaterem odciętym od pijackiego spojrzenia i ciężkiego oddechu. Przede wszystkim też od nadziei na obce dłonie zszarpujące z niego koszulkę, wsuwające się w usta, włosy, całe ciało, pod nie i za nie i w ogóle w nie na chwilę, tylko na dzisiaj, bez druzgocących konsekwencji.
    Brodząc w ciepłych wodach oceanu nie pamięta, jak wsunął nalewkę w dłonie mężczyzny, jak zacisnął jego palce na szyjce butelki. Zrobiona z grubego, zielonego szkła ciążyła mu z obcym dotykiem. Rzucił coś w stylu „trzymaj” albo „masz”, choć zapewne wolałby „weź sobie”. Wolałby zostać nadszarpnięty, a nie zmuszony do dowolnego oddawania, komicznie dziewiczego umizgiwania się. Nieświadomie szuka w nim namiastek Aidena — pewnych ruchów, które już przyuważył, szorstkości w głosie, samobójczych wstawek, nienawistnych spojrzeń i całej artylerii sprzecznych zachowań. Nie wie, czy Kyle rzeczywiście jest do niego podobny, czy to tylko pobożne życzenia we wciąż trwającej żałobie.
    Odwraca się w jego stronę. Tamten drepcze w miejscu, coś mamrocze (albo to szum wody, sam nie wie), to schyla się ku ziemi, czegoś szuka; nie przypomina ideałów, którymi szczycą się ci, którzy go pociągają. A jednak. Jednak to ku niemu wraca, wysuwa stopy z wody, zanurza je w ciepłym piasku i podchodzi. Pociąga nosem, chowa dłonie w kieszeniach spodenek i staje. Nie wie po jaką cholerę, oddaje się obserwacji mężczyzny z bliskiej odległości, marszczy czoło. Dostrzega butelkę, na wpół pełną, pozostawioną pół metra za nimi.
    — Co ty do chuja robisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przełyka głośniej ślinę, słowa drażnią jego gardło. Nie oczekuje odpowiedzi na zadane pytanie, raczej zapomina je chwilę później. Dotarł do momentu, w którym nie znajduje dalszej drogi, kolejnych pomysłów. Może gdyby był trzeźwy. Wtedy, z emocjami zawoalowanymi w ambiwalencję, szukałby nieśmiałych sposobów kontaktu. Poprzetykany nienawistnym uczuciem do tego mężczyzny, do jego żony, a i w końcu do siebie, zmiękłby pod ciężarem postępowań tych słusznych i nie. Teraz trwa jedynie w momencie palców śmiało dotykających tych jego, obrzydliwie słodkiej nalewki bulgoczącej w gardle i klarownej potrzebie erotyzmu — już nawet nie intymności, czy tak powszechnie opisywanej bliskości.
      — Pearson.
      Uznaje, że rozpoczęcie zdania od nazwiska będzie surowsze, mniej naciągane i miękkie. Tak jak cała ich relacja, skłaniająca się przecież ku cynicznym zachciankom. Nie podejrzewałby, że z taką równowagą podejdzie do kolejnych słów. Niemal chirurgiczna precyzja, prosta propozycja. Jakby wpadł na nią dopiero w tym momencie, choć wie, że to nieprawda:
      — Chcesz mnie pieprzyć od tyłu?
      Pyta nawiązując do wcześniejszych rozmów. Sam jest zdziwiony, że je pamięta, że wryły się w dzisiejszy wieczór i nie opuszczały jego głowy do tego momentu. Czuje ulgę, że w końcu wypluł z siebie mdłą propozycję seksu. Zbyt analityczny i bezpośredni, by bawić się w podchody, by czuć przyjemność z nieśmiałych dotyków, które mogły być chwilowymi kłamstewkami rozmówcy. Nadzieją na nic, jedynie zabawą turysty, kolejną atrakcją oferowaną przez lokalsów.

      Usuń