Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

27 maja 2016

[KP] Ifei

ifei z creyden
WIEDŹMINKA // SZKOŁA KOTA

Mówią na nią Czarny Kot. Dlatego, iż przynosi pecha, a przy pasie nosi koci amulet. Kocie ma także ruchy, koci ma także charakter. W skrócie mówiąc - ciężki. Wszystko należy się jej, ona wie najlepiej, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę z tego, ile nauki jest jeszcze przed nią. Sarkazm jest jej obroną, a gardzi miłością bardziej, niżeli potworami. Rodziców pamięta jak zza mgły, której nawet nie chce rozrzedzać. Bo i po co, skoro obecny stan wyjątkowo przypadł jej do gustu. Jedyną wartą zaufania dla Ifei przyjaciółką była Ciri, z którą rozumiała się lepiej, niż z samą sobą. Obecnie rozdzielone z nie wiadomo jakiego powodu. Nie dogaduje się z czarodziejkami, a to za sprawą tej samej płci. Przystosowany do skradania, ciszy i śmierci - Czarny Kot z Creyden.





wątek z Nicole

35 komentarzy:

  1. Ostatni dzień roku wieńczył tenże w, co by nie mówić, naprawdę ładny sposób. Niech to i brzmi dziwnie, ale tak było. Mimo wczesnego popołudnia słońce już powoli zachodziło, oferując pokaźny widok na mieszankę purpury i pomarańczy. Właśnie przez nią Aiden wolał jechać niespiesznym kłusem niż przyspieszyć choć odrobinę, by przed zmrokiem dotrzeć do swojego zleceniodawcy. Niewielka jego część radziła mu zwolnić nawet do stępa albo i całkowicie się zatrzymać. To był naprawdę niezwykły zachód słońca.
    Jednak jego wiedźmińska część i cały zdrowy rozsądek kazał mu pospieszyć nieco siwego wałacha, Mglaka, z którym jeździł od niedawna. Wiedział, jak atrakcyjne jest to zlecenie, nawet mimo już teraz zapowiadających się komplikacji. Wiedział też, że jeśli się nie pospieszy, ktoś może przyjąć to zlecenie zamiast niego właśnie przed zmrokiem. Jego koledzy po fachu, delikatnie mówiąc, z rzadka patrzyli na niebo, jeśli nie spodziewali się tam ujrzeć harpii czy jakiegoś drakonoida. Jednak to było jedyne, co kojarzyło mu się z nim przed mutacją, sprzed Prób, i nie zamierzał o tym zapomnieć. I tak mu jakoś został ten cholerny romantyzm. Czyli cecha jakże wysoko pożądana wśród wiedźminów.
    Kolejnym, co nieco pchnęło go do przyspieszenia jego wałacha był prozaiczny, narastający głód. Oczywiście miał jeszcze trochę pieniędzy w sakiewce, aczkolwiek na razie musiał mieć gdzie te pieniądze wydać. Bo wiedział, że jeśli zrobi sobie teraz przerwę w podróży, nie dotrze do sołtysa wsi Plichty przed świtem. Że usiądzie na chwilę, a Mglak zbyt zainteresuje się czymkolwiek, niechby i to była trawa, a on już nie będzie odczuwał potrzeby go od tego odrywać. Aż do zmierzchu. A po zmierzchu warto by się przespać.
    Aiden wiedział, że cała ta opieszałość bierze mu się z tego, że jego ostatnie zlecenie było stanowczo zbyt lukratywne. Teraz nie spieszyło mu się więc aż tak jak z reguły. Górę brała ta jego część, którą pewien śmiały wieśniak, który pewnego razu zgodził się z nim nawet napić, określił mianem prawie emocjonalnej. Wyrażenie to wyjątkowo przypadło mężczyźnie do gustu. Nawet pasowało do wiedźmińskiego fachu, który przecież z miejsca nadawał nielichą reputację. W każdym razie nigdy wcześniej nie pomyślałby, że zdesperowany szlachcic aż tyle zapłacić może za pozbycie się dwóch upiorów z piwnicy.
    Purpura powoli przechodziła w granat, a wiedźminowi powoli ukazywały się światła wioskowych pochodni. Wiedział, że to właściwe miejsce. Nie pamiętał kiedy, ale miał zupełną pewność, że kiedyś już tu był. Zapewne jakieś jednorazowe krótkie zlecenie, których dostawał przecież pełno. Ta ścieżka, a nawet układ domów wydawał mu się jednak w jakiś sposób znajomy. Aczkolwiek domu sołtysa z pewnością nie byłby w stanie wskazać. Zwolnił Mglaka do stępa, gdy powoli zbliżał się do wioski, po czym spojrzał na zlecenie. Nie było tam na ten temat ani słowa. Wspaniale.
    Zszedł z wierzchowca i przeszedłszy przez bramę rozejrzał się. Jeden z domów był nieco większy, ale woląc się upewnić, Aiden podszedł do jakiegoś wieśniaka, który akurat przechodził obok. Tamten starał się go uniknąć, udawał, że go nie widzi, ale kiedy wiedźmin stanął bezpośrednio na jego drodze, zatrzymał się w ostatniej chwili.
    – Czego, panie wiedźmin – burknął, ni to pytając, ni stwierdzając.
    – Ponoć sołtys ma zlecenie. I to naglące – odpowiedział Aiden, z trudem kryjąc narastającą w nim irytację
    – Ano miał. Ale już kto przyszedł – rzucił pospiesznie i odsunął się.
    – Kto? Kiedy? – spytał wiedźmin szybko, zanim tamten zdążył odejść.
    – Chwilę temu na koniu taka dziewka przyjechała. I od razu do sołtysa poszła.
    – Czyli gdzie?
    – No do sołtysa, mówię przecie – odparł obronnym tonem i odszedł.
    – Który to dom? – spytał Aiden, ale wieśniak szybkim krokiem się oddalił i albo nie usłyszał, albo postarał się, żeby na to wyglądało.
    Wiedźmin podbiegł jednak do większego domu i faktycznie stał tam już koń. Mężczyzna energicznie zapukał do drzwi i po chwili otworzył mu sołtys.
    – Panienka poczeka chwilę – powiedział w głąb pomieszczenia i wychylił się, otwierając szerzej drzwi. – Dzień dobry. Pan wiedźmin w sprawie zlecenia…?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak się spóźnił. Jasna cholera, mógł się pospieszyć. Powinien był, ale teraz mógł być na siebie tylko wściekły. Ciekawiła go jednak jeszcze jedna rzecz. A raczej osoba. Spojrzał za sołtysa i zobaczył znajomą wiedźminkę. Ifei. Niesamowicie. Ten dzień stanowczo nie mógł być aż tak ładny jak się wydawał. Ona również patrzyła na niego swoimi kocimi oczami. Zanim jednak którekolwiek z nich zdążyło zareagować, sołtys entuzjastycznie rzucił:
      – Proszę, niech pan wejdzie! Jestem pewien, że was dwoje nada się nawet lepiej! A jak już wspomniałem, mamy nie lada problem, więc i o środki nie powinniście się martwić. Tak, to wręcz wspaniale! Proszę wejść, panie…?
      – Aiden – mruknął mężczyzna z subtelnym uśmieszkiem na ustach. Przyszedł spóźniony. A i tak dostał zlecenie. Patrzył na reakcję Ifei z zainteresowaniem.
      – Panie Aiden! Proszę wejść, zaraz podam więcej szczegółów.

      Usuń
  2. [Właśnie, miałam spytać. Określamy jakoś jaśniej to zlecenie teraz czy idziemy na żywioł? Bo jeśli to drugie, to możemy się zamotać w sprawie. Albo jedno z nas musiałoby tym kierować. Chyba że żywioł bardzo i po prostu co nam z tego wyjdzie, to wyjdzie :D]
    Aiden generalnie nie znosił wiedźminów. Uważał ich za niesamowicie egocentrycznych i wiecznie pochłoniętych tylko i wyłącznie sobą i swoim zleceniem, nawet mimo faktu, że było to zupełnie naturalne i zrozumiałe. Mężczyzna miał świadomość, że on też nierzadko tak postępuje, ale wiedział też, że siebie raczej by nie polubił. W Ifei jednak te tak często utożsamiane przecież z wiedźminami cechy wydawały się niesamowicie nasilone. Kiedy by jej nie widział, miał wrażenie, że obchodzą ją jedynie potwory do wyrżnięcia. Oczywiście było to w dużej mierze powierzchowne wrażenie, bo przecież ledwo ją znał, nie zmieniało to jednak faktu, że sama jej obecność zawsze niezmiernie irytowała go i męczyła.
    Dlatego i teraz, gdy słuchał, w jaki sposób rozmawia z sołtysem, nie mógł znieść jej postawy. Słuchał sołtysa, jednak na razie niewiele mógł wywnioskować. Jego myśli nieustannie wracały do współpracy z Ifei. Wątpił, żeby dogadali się na jakimkolwiek polu i nie zamierzał nawet zbytnio próbować, jednak zależało mu na tym zleceniu. Zresztą, jakby oboje pracowali, ale każde sobie, mogliby się z tym względnie uporać. Tak przynajmniej myślał w tamtej chwili.
    Zanim wiedźminka opuściła pomieszczenie, Aiden spytał jeszcze sołtysa:
    – Co dzieje się z zaatakowanymi ludźmi? Wiemy, że giną, ale w jaki sposób?
    Sołtys cmoknął, lustrując uważnie wiedźmina, ale i oglądając się na Ifei z dezaprobatą.
    – Nie ma nikogo chętnego, żeby to sprawdzić. Ludzie po prostu znikają i brakuje śmiałków, którzy mogliby określić, co dokładnie się z nimi dzieje.
    Po krótkiej pauzie, gdy wiedźminka stała w progu drzwi, rzucił w jej stronę:
    – Proszę się szybko zdecydować. Pomocy, jak już mówiłem, potrzebuję jak najszybciej.
    Aiden popatrzył na Ifei raz jeszcze i szybkim krokiem ruszył w jej stronę.
    – Do widzenia – powiedział, przechodząc obok sołtysa.
    Gdy wyszli na zewnątrz, panowała tam już całkowita ciemność. Słabe światło dawały jedynie nieliczne pochodnie, ustawione przy domach, i światła docierające zza okiennic. Gdy tylko wiedźmin zamknął drzwi, prychnął cicho z rozbawieniem. Wiedział dobrze, że wiedźminka usłyszy go wyraźnie. Przecież dobrze wiedział, jak działały jej wyostrzone zmysły.
    – Zamierzasz pomóc biednemu sołtysowi w potrzebie? – spytał drwiącym tonem.
    Z jakiegoś niezrozumiałego powodu ta sytuacja bawiła go. W końcu jeśli, i tylko jeśli, oboje wspólnie zgodziliby się na to zlecenie, nie tylko ona musiałaby znosić jego. On ją również. A jednak na razie wolał poczerpać choć odrobinę przyjemności z drwin.
    – A jeśli nie, to gdzie zamierzasz spędzić noc? – dodał, lustrując ją uważnie wzrokiem.
    Jej kocie ruchy, trzeba przyznać, były niejako imponujący. Jej ponadprzeciętna zręczność była niesamowicie dostrzegalna w każdym kroku. Kocie oczy, powszechne u wiedźminów, teraz rozszerzone z uwagi na liche światło również miały w sobie coś dzikiego. A do tego białe włosy, okalające jej twarz, które przez rivijskiego wiedźmina niejako utożsamiane były z tą profesją. To wszystko w połączeniu dawało dziwny, niemal sztampowy obraz, który właściwie wzmacniał wrażenie Aidena na temat niezależności Ifei i jej niedbałości o kogokolwiek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Aiden natychmiast zwrócił uwagę na fakt, że kiedy Ifei wyszła z domu sołtysa, od razu podeszła do swojego konia i zaczęła otrzepywać go z kurzu. Zrobiła to niemal odruchowo i to w taki sposób, że oczywistym wydawało się jej przywiązanie do konia. Wiedźmin w głębi duszy nieco jej tego zazdrościł – jego pierwsza klacz niedawno została zabita przez ghula, a do Mglaka nie zdążył się jeszcze przywiązać.
    Ten patrzył teraz z zainteresowaniem na rumaka wiedźminki. Jedną cechą, którą Aiden zdążył polubić w nowym wierzchowcu była jego niesamowita ciekawość. Choć zapewne w jakimś stopniu można było to tłumaczyć jego młodym wiekiem, w Mglaku cecha ta nasilała się w wyjątkowym stopniu. Nieraz zdarzało się, że zwracał jego uwagę na drobne, acz istotne szczegóły, które mężczyzna w innym wypadku z pewnością by przeoczył. Aiden wątpił jednak, żeby taki właśnie wierzchowiec pasował wielu innym wiedźminom. Zapewne jego ciekawość w szczególności zostałaby wzgardzona.
    Jak najszybciej jednak przestał o tym myśleć. Nie chciał się tym niepotrzebnie przejmować. Miał teraz na głowie ważniejsze sprawy. Co gorsza Ifei miała rację. Aiden na umeblowanie w domu sołtysa nie zwrócił większej uwagi, ale teraz, kiedy kobieta o tym wspomniała, przypomniał sobie wnętrze chaty, w której spędził przecież tylko chwilę. Z całą pewnością było w nim coś nietypowego, bogatszego. Choć faktycznie pasowało to do jego mowy, nieco wykwintniejszej niż można by się spodziewać po nieco tylko ponadprzeciętnym wieśniaku.
    – Nie martw się, twoje miejsce noclegowe zastanawia mnie tylko gdy jest szansa, że będziesz je ze mną dzielić – odparł z rozbawieniem. Spodziewał się, prawdę mówiąc, znacznie więcej problemów ze strony Ifei, ale odpowiadał mu taki stan rzeczy. Były sprawy, o które wolał się nie wykłócać. I dni, w które wolał się nie wykłócać.
    Poprawił dbale siodło Mglaka, rozważając nad zleceniem, z którym miało im przyjść się zmierzyć. Bo brzmiało jakby to już ustalili. Wyglądało na to, że będą współpracować. Choć Aiden był pewien, że nie tylko on z ich dwojga jest zupełnie świadom faktu, iż są do siebie podobni jak ogień i woda. I zapewne równie dobrze będą się dogadywali.
    – Nie śmiałbym odmówić propozycji damy, bym spędził z nią noc – dodał drwiącym tonem. Wiedział, że nie powinien był tego mówić. Skoro wolał się nie kłócić, czemu miałby dodatkowo zaogniać ich konflikt? A wiedział przecież, że to zdanie było czystą prowokacją. Jednak cisnęło mu się na usta, a pokusa wypowiedzenia tych kilku słów była stanowczo zbyt silna.
    Zanim Ifei zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, poklepał ostrzegawczo Mglaka po boku i wskoczył na jego grzbiet. Chciał już odpocząć. Ciepłe łóżko z pewnością wydawało się znacznie lepszą alternatywą w porównaniu z zimną, twardą ziemią, którą miał na co dzień, tak jak i posiłek, którego nie musiałby sam upolować. Miał ochotę na porządne, ciepłe danie z odrobiną piwa. Ale wiedział, że nie zje go wcześniej niż na śniadanie. I że przedtem będzie musiał spędzić noc w jednym pokoju wraz z rozsierdzoną wiedźminką, co nie brzmiało zbyt przyjemnie. Może i zgoda na tę współpracę nie była najlepszym pomysłem, ale Aiden wiedział, że nie mógłby się teraz wycofać, choćby i z czystej złośliwości i z uwagi na swoją dumę.
    – Och, zamierzam zatrzymywać się tylko przy kwiatach najpiękniejszych, by dobrać je nie tylko do twej cery, ale i barwy twych oczu – powiedział i westchnął ostentacyjnie. Nie mógł powstrzymać cisnącego mu się na usta krzywego uśmiechu. Pogonił Mglaka, by wyrównać tempo z Ifei, i spojrzał na nią.

    OdpowiedzUsuń
  4. [Jak dla mnie brzmi świetnie ;) Tym bardziej, że obawiałabym się zagmatwania, gdybyśmy szły na żywioł. Ustalmy może tylko, co oni tam napotkają, żeby nieco ujednolicić ewentualne zeznania.
    I drobnostka czysto techniczna: z reguły nie ma mnie w soboty i wtorki, więc w te dni nie będzie prawdopodobnie odpisów.]

    OdpowiedzUsuń
  5. – Niestety obawiam się, że w takim razie kwestia kwiatów pozostanie jedynie twoim domysłem. Nie mogę wyraźnie określać swoich zamiarów, bo podróżowanie ze mną byłoby znacznie nudniejsze – powiedział i prychnął rozbawiony, urywając właściwie na końcówce wypowiedzi. Zauważył bowiem gospodę, która zapowiadała finalny odpoczynek. Nie skomentował tego, co powiedziała o damie, uśmiechnął się tylko, tym razem nieco szerzej i szczerzej, ale pozbył się tegoż uśmiechu zanim Ifei zdążyłaby go zauważyć.
    Podjeżdżając bliżej zszedł z Mglaka i z zaskoczeniem zauważył, że Ifei czeka na niego. Patrzyła, jak on przewiązywał wierzchowca, a z jakiegoś jemu nawet nieznanego powodu robił to znacznie szybciej niż z reguły. Pewnie to wizja ciepłego posiłku, pomyślał. Rozebrał konia naprędce, pogłaskał konia po pysku i skierował się do gospody, kilka kroków za wiedźminką, która wydawała się naprawdę potrzebować nie tylko odpoczynku, ale po prostu chwili dla siebie, chwili bez bycia wiedźminką. Choć oboje wiedzieli, że nie mają na to szans, myślał, że im obojgu w pewnym niemożliwym sensie na tym zależało.
    Może się doszukiwał. Może tylko szukał z Ifei jakiejś cechy wspólnej. Nawet jeśli tak było, wizja ocieplenia ich relacji przekonała go, że nie warto z tego rezygnować, niezależnie od tego, czy było to iluzją, czy nie. A energiczna, niemal wesoła reakcja wiedźminki tylko wzmocniła to wrażenie. Z rozbawieniem, ale nie drwiną, Aiden poszedł za nią do lady.
    Zerkał na boki. Bard nie przestał grać, a rozmowy nie ucichły, gdy przeszli przez próg, choć ci, obok których przechodzili, rzucali im przeróżne spojrzenia, od nieufnych i wystraszonych po te wyraźnie wrogie. Poszedł jednak za przykładem Ifei i szybko ruszył w kierunku lady. Usiadł przy niej i rzucił:
    – Dla mnie wina. Dobrego, o ile macie. I ciepły posiłek – dodał, kładąc kilka monet w zasięgu wzroku gospodarza.
    Gospodarz był mężczyzną grubym, ale poniekąd przystojnym. Miał głębokie, czarne oczy i dosyć równo przycięte, ciemne włosy. Podniósł wzrok w którym nie było zbyt wiele z oceny, był w nim jedynie niezmiernie wyraźny wzrok gospodarza. Czyli wzrok, który w ciągu chwili lustruje osobnika i jest w stanie niezwykle trafnie określić, czy ów osobnik może zagrozić jego przybytkowi bójką. Najwidoczniej zarówno Aiden, jak i Ifei przeszli te oględziny pomyślnie, bo na chwilę się odsunął, a gdy wrócił, postawił przed wiedźminem dosyć duży kielich wina. Spojrzał na kobietę i mruknął niemal przyjaznym tonem:
    – A pani co podać?
    Zanim zdążyła się odezwać, Aiden nachylił się nad nią nieco i powiedział:
    – Poszukam nam jakiegoś miejsca.
    Nie czekając na odpowiedź, zagłębił się w salę. Bynajmniej nie oczekiwał, że znajdzie wolne miejsce. O tym mógł pomarzyć. Albo mógłby pomarzyć, gdyby nie jego profesja. Przy małym, dwuosobowym stole przy ścianie siedział jeden wieśniak, który, jak zauważył mężczyzna, co i rusz przyglądał mu się z niepokojem, popijając swoje kończące się już piwo. Aiden stanął nad nim i spojrzał dosyć groźnie, ale to już wystarczyło, żeby tamten ukradkowym ruchem uprzejmie zsunął się z siedzenia i zwolnił wiedźminowi miejsce. Gdy już usiadł i postawił na stole kielich, popatrzył tylko na wiedźminkę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciepłe, niemal sympatyczne, tak niepodobne do wiedźminki wrażenie, jakie wywołała Ifei już wchodząc do gospody, powoli rozmywało się, zderzone z jej ostrym zachowaniem. Aiden obserwował ją z zainteresowaniem, które można by przyrównać do zainteresowania, z jakim przygląda się modliszce, która przed chwilą pożarła swojego partnera, a teraz wdzięcznie schodzi z liścia. Wciąż obserwował ją, gdy podchodziła do stolika i zauważył pewną drobnostkę. Mianowicie może nie była wyjątkowo urodziwa, ale z całą pewnością, w dużej mierze dzięki swej gracji, niezmiernie kobieca.
    Czasem.
    Niezbyt kobieco się upijała, ale tak właściwie, czy ktokolwiek upija się kobieco? Cóż, Aiden raczej nie potrafił przypomnieć sobie żadnej takiej sytuacji. Z krzywym uśmiechem odparł więc, ignorując jej stan:
    – Następnym razem, gwarantuję ci. Choć trudno mi będzie znaleźć dopasowane do nas obojga jednocześnie. Ale, oczywiście, dam z siebie wszystko. Bo kwiaty rzeczywiście mogłyby umilić nasze lokum, jakiekolwiek by ono nie było. I na pewno przyda się nam tam coś, co nie pachnie posoką potworów. O ile to, z czym będzie nam dane walczyć, będzie ową posokę w ogóle miało.
    Popił kolejny łyk z kieliszka. Nie zamierzał się dziś upijać, pod żadnym pozorem. Choć obawiał się przestawania z pijaną Ifei znacznie bardziej, niż z trzeźwą jej wersją. Powtarzał sobie jednak, że wiedźmina trudniej upić. Nadal zerkał tak na Ifei, jak i na ludzi w gospodzie, ale tak naprawdę wsłuchiwał się w skoczną piosnkę, śpiewaną jak na muzyka wiejskiego wyjątkowo czysto i bez fałszu. Jeśli, oczywiście, akurat udało się wyłowić głos samego śpiewaka, nie całego tłumu.
    Aiden wtedy właśnie uświadomił sobie, że niemal tak bardzo jak wygodnego łoża brakowało mu właśnie muzyki. Muzyki i towarzystwa, które nie patrzy na niego jak na wyrzutka, ale na to drugie wciąż nie mógł liczyć. A muzyka nie oceniała, co mężczyzna absolutnie doceniał w każdym wypadku. Nawet piosenki tak lekkie jak ta, której słuchali, potrafiła niezwykle skutecznie oderwać go od rzeczywistości. Dlatego na słowa Ifei wiedźmin zareagował dopiero kilka długich sekund po tym, jak je wypowiedziała.
    – Nie bądź taka znów pewna, że zrobisz to pierwsza.
    Prychnął z rozbawieniem i spojrzał na nią jeszcze raz. Nie widać było po niej, żeby była aż tak spita. Ale nie wydawała się też zupełnie trzeźwa, dlatego też Aiden postanowił podjąć temat bezpieczny dla, jak miał nadzieję, obu tych stanów. I taki, by zająć ją jakąś rozmową, by może nie postanowiła wypić następnego kieliszka.
    – Choć po prawdzie nie spieszyłbym się zbyt do pokoju. Niełatwo w zwykłej wsi o tak zdolnego śpiewaka, który w dodatku nie śpiewa o kobiecych… atutach – powiedział, ponownie patrząc na Ifei. Ponownie przyglądając się jej kobiecości. Był wiedźminem, to fakt, ale przecież wbrew powszechnej opinii wiele w nim zostało z człowieka i z mężczyzny. Stąd, z uwagi na to pierwsze, odwrócił wzrok od jej piersi i spojrzał w jej oczy z zawadiackim uśmiechem, popijając tylko kolejny łyk słodkiego wina.

    OdpowiedzUsuń
  7. [Cieszę się niezmiernie! :) Zresztą wzajemnie, bo tak dużo w tak krótkim czasie stanowczo z nikim jeszcze nie napisałam. Choć przepraszam za nieco dłuższy teraz czas oczekiwania, ale święta... Dodatkowo wesołych świąt (choć już trochę za późno :D)!

    OdpowiedzUsuń
  8. Szacunek do fachu. Tak, to raczej Aiden miał. Ale do fachowców naprawdę niekoniecznie. Co prawda bynajmniej nie zamierzał ich obrażać w jakikolwiek sposób, ale to, jak działali, jak często kryli się za swoją neutralnością naprawdę trudno było mu ignorować. I niech ktokolwiek mówi, że obraca się przeciwko swoim, przeciwko jedynym, którzy mogliby go zrozumieć. I ten ktokolwiek będzie miał nie trochę, a dużo racji, ale inaczej mężczyzna nie potrafił.
    Męczyło go w wiedźminach wszystko, od lakoniczności po przesadne oddanie swojej pracy. Tego ludziom czasem brakowało. Chociażby tym, którzy teraz pląsali w rytm muzyki. Aiden ze szczerą przyjemnością by do nich dołączył, ale był wiedźminem. Nie tylko nikt by się tego nie spodziewał, ale i wszystko nagle stałoby się mniej naturalne. Bo póki wiedźmin był w okolicy, ale zostawał w zacienionym zakątku, ludziom to aż tak nie przeszkadzało. Ale gdyby chciał do nich dołączyć, mężczyzna obawiał się, że byłoby to bardziej problematyczne. Na razie postanowił tego jednak nie sprawdzać. Nie wspomniał też o tych myślach towarzyszce ani słowem. Może później, pomyślał tylko, uśmiechając się w duchu.
    Wiedźmin czuł się, jakby podpisał pewien dziwny rodzaj paktu z Ifei. Jakby żadne z nich nie chciało dogryzać sobie w znaczącym stopniu, jakby obiecywali sobie, że najważniejsze zacznie się jutro. Że wtedy będą się mogli popisać swoimi zdolnościami, narzekać na siebie nawzajem i przyjrzeć się bliżej zleceniu. Ale to jutro, a noc jeszcze trwała. Bo taki pakt niesamowicie mu pasował.
    Gdy ona zauważyła jego wzrok, przez chwilę poczuł jakby chłopięce rozbawienie. Dopiero później niemal się zawstydził, ale oczywiście nie dał tego po sobie poznać. Jednak dopiero jej słowa obudziły w nim stare wspomnienia.
    Pomyślał o pewnej ślicznej kobiecie. Wiecznie roześmianej kobiecie, której złote loki zawsze okrawały niemal dziewczęcą twarz. I wtedy przypomniał sobie, jak płakała. Jak błagała o litość, co Aiden usłyszał tylko dzięki wiedźmińskim zmysłom, choć stał blisko. O niedowierzaniu na jej twarzy, gdy mężczyzna jednym szybko wyprowadzonym Znakiem powalił tego, który stał nad kobietą i szybkim, zręcznym ruchem przebił go mieczem. Oczywiście, że nie musiał go zabijać. Mógł go tylko przegonić. Ale skomlenie kobiety obudziło w nim coś, czego dawno nie czuł. Zupełną odrazę, której nie potrafił przemóc.
    Te wszystkie myśli przeleciały przez jego głowę w ciągu ułamka sekundy. A jednak były niesamowicie żywe. Gdy Aiden przypomniał sobie, że jest w karczmie, z dala od całej tej sytuacji, drgnął lekko, aczkolwiek z pewnością dla Ifei zauważalnie i powiedział tylko:
    – Obawiam się, że tych najbardziej bezczelnych nie poznasz ze względu na swój fach.
    Uśmiechnął się, ale tylko kącikiem ust, jakby mniej pewnie. Również życzył towarzyszce smacznego, gdy wziął swój talerz i zaczął jeść. Usłyszał pomruk wiedźminki i nie mógł powstrzymać nieco szerszego uśmiechu.
    To się nie dzieje teraz, powtórzył sobie znowu, powoli gasząc obraz, jaki powstał w jego głowie.
    Wino wydawało się naprawdę porządne, ale może to tylko urok tego wieczora. W końcu wiedział, że powinien się nim napawać, bo następny raczej nie będzie taki udany. Po prawdzie spodziewał się, wręcz przeciwnie, że następny dzień będzie składał się głównie z wypominania sobie błędów. Dlatego też Aiden zanotował sobie w myślach, żeby niezależnie od wszystkiego jeszcze dziś zatańczyć. Innym razem może nie być w humorze. Ani kondycji fizycznej.
    – Zgadzam się całkowicie – przyznał Aiden, kiwając głową. – Jest coś, co chciałabyś jeszcze tego wieczoru zrobić?
    Na jego twarzy wykwitł kolejny zawadiacki uśmiech. Dobrze, wspomnienia nieco się wycofały.

    OdpowiedzUsuń
  9. [I wzajemnie!
    Swoją drogą, jakbyś chciała kiedyś przyłożyć Aidenowi, to nie miej oporów, nawet jeśli nie przez Ifei, to przez te piękne nawiasy :D
    Plus, gram sobie znów w Wiedźmina 3 i mam teraz dziwny problem z naszym wątkiem. Mianowicie mam silne wrażenie, że to, co piszemy, to część gry i od czasu do czasu chcę włączyć grę z powrotem, żeby posłuchać przekomarzanek Aidena i Ifei, a potem sobie uświadamiam, że coś jest nie tak D:]

    OdpowiedzUsuń
  10. Ifei zadała pytanie, którego przecież się spodziewał. Którego nie mógł się nie spodziewać, więc powinien być przygotowany, by jej odpowiedzieć. Ale było wręcz przeciwnie. Nagle zaczął zastanawiać się, ile właściwie chce i może jej powiedzieć. Na ile może sobie pozwoli przy współpracowniczce, ale i rywalce. Bo tych kilka wydarzeń, ta złotowłosa kobietka było jego najważniejszą tajemnicą. Przecież był wiedźminem. Był neutralny. Nie mógł mieć ich wiele. A teraz musiał jakoś ukryć ten jeden tak, by nie wzbudzić tym samym ciekawości Ifei.
    Wtedy stał się jednak mały cud. Wiedźminka odwróciła wzrok, ewidentnie nie oczekując odpowiedzi. Swoimi słowami sugerując wręcz, że Aiden nie musi odpowiadać. Całkowicie zignorował jej docinki, bo poczuł falę wdzięczności, jakiej z całą pewnością nie oczekiwał. Nie wobec tej akurat osoby. Chciał jej podziękować, ale jednocześnie nie chciał ryzykować, że to właśnie zainteresowałoby ją zbytnio. Bo jedno „dziękuję” wychodzące z jego ust i skierowane do niej zapewne byłoby nieco martwiące. I z całą pewnością stymulujące ciekawość.
    Za to jej odpowiedź na jego pytanie brzmiała niesamowicie dwuznacznie. Gdy Ifei mówiła na jego ustach wykwitł rozbawiony uśmiech. Przygryzł więc lekko wargę i powiedział:
    – Obawiam się, że nie do wszystkiego byłbym zupełnie odpowiedni. Ale ludzi jest dużo. – Gestem wskazał tłum bawiący się w karczmie. – I nieludzi zresztą także, jeślibyś takie towarzystwo wolała.
    Ludzi, oczywiście, było znacznie więcej. Ale przy jednym stole siedziała grupka niziołków grających w gwinta, gdzie indziej krasnoludy popijały piwo. Nawet sam muzyk był elfem, a towarzystwo zdawało się nie zwracać na to większej uwagi. Cóż, zapewne miało to coś wspólnego z faktem, że mężczyzna śpiewał dobrze.
    Wiedźmin nie zauważył nawet zbliżającego się do nich gospodarza, za co oczywiście pogratulował sobie w myślach. Jeśli tak miał badać miejsce zlecenia, gdzie do zbadania na pewno będzie niemało, to z całą pewnością nie będzie musiał się dziwić docinkom Ifei. Wtedy jeszcze raz przypomniał sobie jednak, że tej nocy nie powinien o tym myśleć, bo niewiele wymyśli. A może przynajmniej niezwykle miło spędzić czas.
    – Przez chwilę wydawał się nawet rozsądny – mruknął Aiden, patrząc za gospodarzem.
    Trochę żałował, że musi to mówić, bo tych, którzy nie traktowali go z pogardą już przy pierwszym spotkaniu, cenił jak nikogo innego. Miał na myśli tych, oczywiście, którzy nie uważają wiedźminów za krwiożercze, pozbawione uczuć kreatury, które chcą mordować. Niezależnie od tego czy chodzi o potwory, czy też ludzi. Aidenowi brakowało po prostu osoby w gospodzie, która zechciałby zagrać w gwinta o następną kolejkę. I zwykłej rozmowy, którą teraz zresztą zaoferowała mu Ifei – choć zupełnie się tego nie spodziewał. Zrzucał to jednak na karb tego, że wiedźminka zdawał się nie być tą sobą, którą mężczyzna pamiętał. Ona wydawała się chętna do żartów i rozmowy, alkoholu i ludzkiego zachowania.
    – Ale mnie też mógłby w takim razie obdarzyć odrobiną darmowego wina. Jak wspomniałaś, trudno nim pogardzić – dodał z krzywym uśmiechem, choć mówił całkowicie szczerze.
    Skoczna muzyka niemal hipnotyzowała. Choć Aiden nieraz był na przyjęciu, nieczęsto zdarzało mu się tańczyć. Nie wspominając już o karczmach i gospodach, a jednak muzyka była po prostu przyjemna, a on do tego miał kompanię, która przecież też dodawała niesamowicie wiele uroku. Coraz teraz rzadszego.
    – Czego ja bym chciał…?
    Tak właściwie nie spodziewał się tego pytania. Zadał je dosyć żartobliwie, ale na pewno nie spodziewał się, że teraz on będzie na nie odpowiadał.
    – Myślę, że trochę alkoholu i zabawy zda się idealnie – odparł z uśmiechem.
    Gdy Ifei powiedziała mu, czego od niego oczekuje, początkowo nie dowierzał. Patrzył na nią kilka długich chwil by ocenić, czy z niego nie żartuje, czy w jakiś sposób nie zauważyła, że ma na to ochotę. A potem uznał, że nawet jeśli tak było, niewiele go to obchodzi. Zanim by zdążyła zmienić zdanie, złapał ją za rękę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Z przyjemnością – powiedział niemal szarmancko, a w jego oku zabłysły jakieś dzikie iskierki.
      Gdy wstał pospiesznie i dosłownie pociągnął ją w stronę tłumu, czuł się jak chłopiec na zabawie. I czerpał z tego niesamowitą przyjemność. Gdy stanęli w środku sali, tancerze wydawali się nieco ich unikać – tak ruchami, jak i wzrokiem – i powstała przy nich niewielka wolna przestrzeń. Nie wiedział, jak nazwać impuls, który go do tego popchnął, ale nie żałował tego, co zrobił.
      – Zatańczymy? – powiedział, trzymając jej dłoń i patrząc prosto w jej oczy. Muzyka była skoczna, więc raczej nie mógł spodziewać się tańca towarzyskiego – i miał nadzieję, że elf nie zamierzał na razie zmieniać repertuaru.

      Usuń
  11. [Jej, wybacz, że tyle musiałaś czekać. Duże zaległości, a najprzyjemniejsze (no, i najdłuższe) postanowiłam zostawić na koniec. Spodziewałam się, że zaległości nadrobię jednak w dzień, nie trzy.
    I jeszcze wrzuciłam to pod kartę Aidena :D]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Ach, i jeszcze jedno: jeśli uważasz, że Ifei absolutnie nie dałaby się tak wciągnąć, prowadź akcję od momentu pociągnięcia jej za dłoń :D]

      Usuń
  12. Aiden był może nieco zdziwiony brakiem protestu ze strony Ifei, ale z pewnością nie dał tego po sobie poznać. Tańczył swobodnie, chłonąc dźwięki ballad. Chwilę zajęło mu zauważenie, że ludzie wokół nich się zacieśnili, zauważywszy, że wiedźmin też człowiek i bawić się lubi. I że nie używa przy tym swojego miecza, więc musieli uznać to za umiarkowanie bezpieczne. Gdy zdał sobie z tego sprawę, uśmiechnął się lekko. Popatrzył na Ifei, która również wydawała się czerpać z tego tańca wiele przyjemności. Z chłopięcym entuzjazmem stawiał nogę za nogą, zerkając co i rusz na ludzi dookoła. Znów czuł się jak ktoś, którego inni nie traktują inaczej. Jak najzwyklejszy człowiek. Cieszyło go, że zwinność w walce w swoisty sposób przekładała się na zwinny taniec – przynajmniej na tyle, żeby nie wpadał na innych i nie wyglądał cudacznie.
    W tamtej chwili nawet nie dziwiło go, że jego partnerką jest właśnie Ifei. Gdyby ktoś dzień wcześniej powiedział mu, że będzie dane mu tańczyć w karczmie z wiedźminką, zaśmiałby się tej osobie w twarz. Ale nie dlatego, że aż tak nie chciał jej towarzystwa; po prawdzie nigdy by nie pomyślał, że kobieta na coś takiego przystanie. Ba, że sama to zaproponuje. Wyglądało jednak na to, że pierwsze wrażenie i plotki robiły swoje. I że Ifei nie była znów taka zła. Przynajmniej takie właśnie myśli chodziły mu po głowie, gdy ta akurat wypuściła jego dłoń. Spojrzał za nią, nieco zaskoczony, i zauważył, że idzie w stronę stołu. Podążył za nią, a ludziom przy nim jakby nagle przypomniało się, obok kogo tańczyli, nie musiał więc nawet specjalnie nikogo unikać; miał dosyć dobrze utorowane przejście. Gdy tylko zobaczył, jak wypuściła nóż.
    Aiden cmoknął i gdy tylko to zrobił, nagle, ponad muzyką usłyszał dźwięk ostrza wbijającego się w ścianę. Oczywiście było to dosyć ciche, ale wiedźmińskie zmysły robiły swoje. Zresztą, większość osób w okolicy ich stołu również zwróciła na to uwagę. Niedoszły złodziej wydawał się zupełnie przerażony, ale zniknął w ułamek sekundy. Aiden uśmiechnął się krzywo do Ifei.
    – Nie ma spokoju na tym świecie – mruknął z rozbawieniem, gdy już do niej podszedł.
    Schował swoje miecze i zgarnął torbę z eliksirami. Spojrzał na swój medalion, który oczywiście nie drżał, zrobił to jednak odruchowo. Prychnął cicho z rozbawieniem, jakby sam do siebie, i ruszył za Ifei na górę. Obejrzał się jeszcze dwa, trzy razy na tańczących. Wiele z nich jakby trochę zwolniło, zerkając na oddalających się wiedźminów. Inni wydawali się nie zwracać na nich najmniejszej uwagi. Aiden dobrze wiedział, że jeszcze chwila minie, zanim znów będzie miał okazję spędzić czas w równie przyjemny sposób. Szczególnie wziąwszy pod uwagę, że od następnego dnia mieli przecież zabrać się za zlecenie, a wątpił raczej, żeby wtedy mieli jeszcze nastrój do zabawy. Zresztą, zapewne w trakcie wykonywania zlecenia pokłócą się kilkakrotnie. Już żałował, że ten dzień się kończy. W końcu jutro wraz z Ifei zapewne znów wkroczą na wojenną ścieżkę.
    Wszedł do pokoju i rozejrzał się. Dla jednej osoby był przeciętnie idealny – z pewnością nie za mały, choć bez specjalnych luksusów. Jak to jednak zwykle bywa, co doskonale starczyłoby jednej osobie, w wypadku dwóch prowadziło raczej do licznych niewygód. Spojrzał, jak kobieta opada na siennik i prawdę mówiąc ani myślał ją stamtąd wyganiać.
    – Dla jednej osoby w sam raz – powiedział Aiden zgodnie z prawdą. – A karczmarz, obawiam się, nie będzie specjalnie chętny, żeby nam drugiego łóżka użyczyć. Choć przydałoby się, to fakt. I zrobiłoby się tu jeszcze przytulniej – dodał z rozbawieniem, patrząc na niewielki skrawek wolnej przestrzeni, na którym mogłoby się zmieścić łóżko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedźmin pozbył się napierśnika, który wylądował zaraz obok jego torby z eliksirami. Z przyjemnością pozbył się też butów i rękawic. Spojrzał krytycznie na swoją nieco znoszoną przeszywanicę, ale nie zważając na to usiadł wygodnie pod ścianą i zajął się ostrzeniem srebrnego miecza.
      – Możemy się też po prostu wymieniać. Jednej nocy ty, kolejnej ja. A jeśli zlecenie zajmie nam mniej czasu, to cóż, moja strata – mówił, nie patrząc w stronę Ifei, a na swój srebrny miecz. – Zresztą nie wimy czy od następnej nocy któreś z nas nie będzie wolało wykosztować się na oddzielny pokój niż tu siedzieć – dodał, uśmiechając się krzywo pod nosem.
      O swój stalowy miecz nie dbał nawet w połowie tak bardzo – bo zmieniał się częściej i wykonany był znacznie gorzej. A do tego srebrny wykonany został specjalnie z myślą o nim, z inskrypcją skierowaną bezpośrednio do niego. „Thaesse, taedh”. Zamknij się, poeto. Cóż, nie sposób się dziwić, że ci, którzy nie znali Starszej Mowy rzadko od razu wierzyli w jego tłumaczenie.

      Usuń
    2. [W porządku! I tak bardzo się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam odpis. Zresztą zabawny fakt, ty przepraszasz za długość, a to i tak najdłuższy odpis jaki dostałam od twojego ostatniego odpisu :D]

      Usuń
  13. Aiden westchnął i wywrócił oczami.
    – Powiedziałbym coś o tym, że aż trudno uwierzyć, że jesteś wiedźminką, a nie ofirską księżniczką, wziąwszy pod uwagę twoją wybredność, ale przecież jestem dżentelmenem, a dżentelmeni nie mówią damom takich rzeczy. – Uśmiechnął się krzywo, patrząc na swoją towarzyszkę z kpiną. – Ale muszę przyznać, że twój pomysł brzmi słusznie – dodał nieco cieplej.
    Obserwował ją z fascynacją. Musiał przyznać, że nieczęsto widywał innych wiedźminów, a jeszcze rzadziej tych, którzy nie uczyli się w Szkole Gryfa. Bo, oczywiście, od czasu do czasu widywał się z tymi, z którymi kiedyś się uczył. A każdy, zarówno zwykły wieśniak, jak i wiedźmin, mógł bez wahania stwierdzić, że w przedstawicielach tego cechu było coś naprawdę nietypowego. Czegoś, czego Aiden w sobie nie potrafił zauważyć, ale co zawsze intrygowało go w innych wiedźminach.
    Mężczyzna odwrócił wzrok, zanim Ifei zdążyła zauważyć, że ją obserwuje.
    – Przykro mi to mówić, ale zajmujesz dużo miejsca – odparł z ostentacyjnym żalem w głosie.
    Jego miecz stanowił niejako odbicie swojego twórcy. Niepozorny dla kogoś, kto nie znał się na rzeczy – poza niezwykle dbałą inskrypcją pozbawiony był jakichkolwiek zdobień, przez co wyglądał na niemal bezwartościowy. Znawca rzemiosła bez trudu mógł zauważyć, jak świetnie jest wykonany. I jak bardzo jest zabójczy.
    Dokładnie jak jego twórca.
    Na ustach Aidena zabłąkał się uśmiech.
    Szybko i skutecznie zabity przez uwagę Ifei. Wiedźmin westchnął. Długo i głośno.
    – Technicznie rzecz biorąc, jest to srebro, pani – powiedział dworskim tonem. – Ale oczywiście rozumiem twoją niewiedzę. Na dworze zapewne rzadko masz do czynienia z wiedźminami.
    Uśmiechnął się szeroko, złośliwie, nie odwracając wzroku od miecza. Wręcz przeciwnie, oparł się wygodniej o ścianę, ani myśląc przestać ostrzyć broń, póki ta nie będzie w stanie niemal zbliżonym do nowego. Aiden miał wobec jej twórcy dług wdzięczności i był mu winny przynajmniej dbanie o niego.
    Choć tak naprawdę miecz nie uszkodził się ostatnio zbyt wiele – w końcu Aiden ostrzył go niemal przy każdym postoju – więc i szybko udało mu się skończyć. Odłożył go obok swojej torby wraz z mieczem stalowym i pospiesznie pozbył się reszty ekwipunku.
    Położył się obok Ifei, starając się jej niepotrzebnie nie dotykać i zamknął oczy.
    Słyszał tańczących – może było ich mniej, ale byli tam nadal. A wiedźmin żałował, że nie jest tam z nimi, że nie ma możliwości pobawić się przed pracą dłużej. A może bardziej żałował tego, że jego bezsłowny pakt z Ifei nie potrwał dłużej? Pewnie obu naraz. W atmosferze tej karczmy było coś przyjemnie magicznego. Czego Aiden szukał zawsze po mutacjach. W dużej mierze wiązało się to ludzkim traktowaniem.
    Słyszał też parę innych dźwięków – poza końmi definitywnie słyszał coś, czego nie potrzebował. Czasem żałował, że nie potrafił osłabić swoich zmysłów, ponieważ mimo ich oczywistych zalet miewały nierzadko swoje wady. Zresztą Ifei idealnie mu o tym przypomniała; rzadko kiedy słyszy się przecież, żeby ludzie narzekali na zbyt głośne ostrzenie miecza.
    Westchnął krótko. Miejsca może nie było dużo, ale łóżko było cokolwiek miękkie. Może wiedźmin miał już niskie standardy po częstym spaniu na ziemi; w końcu spali w niedużej przydrożnej karczmie. A może rzeczywiście była to po prostu karczma odmienna także i w ten sposób. Niemal nie przeszkadzała mu obecność drugiej osoby. Niemal.
    – Śpij dobrze, pani – mruknął cicho, kładąc oczywiście złośliwy nacisk na tytuł. – Jutro czeka nas dużo pracy.
    *

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najwyraźniej już od poranka innym naprawdę się spieszyło. Aiden stwierdził to głównie po tym, że obudził go – a raczej ich, bo wątpił, żeby Ifei mogła to zignorować – koń, który wycwałował ze stajni wraz ze świtem. Wiedźmin otworzył oczy ze zmęczeniem i popatrzył za okno. Było już widno.
      Mężczyzna chwilę walczył z przemożną chęcią zostania w łóżku jeszcze jakiegoś, najlepiej długiego, czasu. Głównie dlatego, że było to łóżko, a w przeciwieństwie do ziemi, leżenie na nim sprawiało przyjemność. Ale wstał, ponieważ powtarzał sobie, że ma zlecenie, które wydaje się być dosyć opłacalne. Oraz, choć w znacznie mniejszym stopniu, dlatego, że wiedział, że wiedźminka nie zmarnowałaby takiej okazji do zakpienia z niego. Choć, oczywiście miał świadomość, że jeśli nie to, to Ifei znajdzie coś innego.
      – Witam, pani – mruknął z krzywym uśmiechem. Cóż, w najgorszym wypadku ją obudzi. Co nie było takim znów najgorszym wypadkiem.
      Popatrzył na nią; wyglądała okropnie, z roztrzepanymi włosami w połączeniu z wiedźmińską aparycją. Aiden zgadywał, że on wygląda niewiele lepiej. Wstał więc, choć dosyć niechętnie, i nałożył zbroję i resztę ekwipunku, po czym zapanował trochę – jak miał nadzieję – trochę nad włosami.
      – Gotowa na nowe przygody? – spytał, nie patrząc w jej stronę, w razie gdyby się przebierała. Może spędzili razem noc, ale mężczyzna wolał nie wydawać się wścibski. Dość miał już zmartwień z jedną tylko wiedźminką.

      Usuń
    2. [Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci, że już ich położyłam? W razie czego pisz ;) Mmm, brakowało mi tej parki. Jak tam idzie zdawanie wszystkiego? :D]

      Usuń
  14. Gdy tylko Aiden usłyszał uwagę Ifei na temat kobiet, przewrócił oczami, nie odwracając się jednak w jej stronę.
    – Owszem, niejedną kobietę widziałem – zaczął niemal ze znudzeniem. – Powiem więcej, zauważyłem, że wszystkie łączyła pewna ciekawa cecha: raczej nie lubiły, gdy zerkało się na nie w bieliźnie, kiedy nie łączyły nas specjalnie zażyłe relacje.
    Poczekał, aż Ifei skończy z poranną toaletą i, przemywszy się nieco, założył swój pancerz. Cmoknął cicho, patrząc na miecze. Cóż, wiedźmin bez mieczy to nie wiedźmin, ale czasem miło było odpocząć od wiecznego noszenia ich na plecach. Założył je więc ostrożnie na plecy, wziął swoją torbę i ruszył za Ifei.
    Korzystając z tego, że ta jest do niego odwrócona plecami, Aiden uśmiechnął się ze szczerym rozbawieniem, gdy wspomniała o Sachsie. Musiał przyznać, że była to udana uwaga.
    – Musisz przyznać, że wspaniały ten nasz duet: ofirska księżniczka i badacz. Brzmi jak wymarzone połączenie – rzucił zgryźliwie, choć uśmiech nadal nie znikał z jego twarzy.
    Nie chciał zostawać za wiedźminką, ale żałował nieco, że nie zjedzą jakiegokolwiek posiłku. W końcu mogliby na nim jednak skorzystać. Ucieszył go widok Mglaka – to była jedna z nielicznych, a także jedyna w ciągu najbliższych tygodni istota, która cieszyła się na jego widok. Teraz oderwał wzrok od ziemi, w którą był uprzednio tak uparcie wpatrzony i prychnął, patrząc na Aidena uważnie. Wiedźmin oporządził pospiesznie wierzchowca i nakarmił go. Oni może zjedli poprzedniej nocy, ale ich konie już niekoniecznie. Wtedy dopiero wskoczył na konia i wygodnie usiadł w siodle. Na tyle wygodnie, na ile można siedzieć w siodle, o którym wie się, że będzie się w nim cały dzień.
    Aiden spojrzał przed siebie. Słońce dopiero wstawało, a brzoskwiniowy odcień chmur zlewał się z fioletem porannego nieba. Było w sumie dosyć ciepło, a z całą pewnością przyjemnie. Co prawda mężczyzna od zawsze wolał zachody, barwy im towarzyszące i powolne ściemnianie się zamiast rozjaśniania, ale tego dnia to wszystko wyglądało dosyć niesamowicie. Wiedźmin patrzył na to z sentymentem, czepiając się skrawków starych wspomnień.
    Dopiero po chwili przypomniał sobie, że tym razem nie jest sam i że jego towarzyszka raczej nie jest entuzjastką podziwiania wschodów słońca. Ani zachodów. Ani zresztą żadnych innych widoków. Cóż, może tym razem wyjdzie mu to na dobre.
    – Jak myślisz, co to może być? To, co atakuje tych wieśniaków? – spytał, starając się odwrócić własną uwagę od długich promieni słońca, okalających obydwoje wiedźminów i ich wierzchowce. – Pierwsze na myśl przychodziły mi archespory, ale tak naprawdę nie mamy żadnych informacji.
    Gdy Aiden wypowiedział całą tę myśl na głos, sam się sobie dziwił. Nie miało to w końcu zupełnie nic wspólnego z dogryzaniem Ifei, a jedynie omawianie spraw technicznych, związanych z pracą. Może to i lepszy pomysł? Może oboje powinni skupić się na zleceniu, żeby się niepotrzebnie nie denerwować, a po wykonaniu zadanej im roboty po prostu rozdzielić się bez zbędnych ceregieli? Nagle wydało mu się to znacznie lepszą opcją. Był jednak świadom faktu, że jest to także opcja całkowicie za jego zasięgiem. Czasem uwagi po prostu same cisnęły mu się na usta; w innych wypadkach Ifei dogryzała mu w taki sposób, że nie mógł się nie odezwać.
    – Tak właściwie wziąwszy pod uwagę to, co powiedział nam sołtys, to może być wszystko, od zjaw po archespory właśnie. Mam wrażenie, że nie spytaliśmy sołtysa o nic w związku z rezydencją. A sam sołtys też nie wydawał się aż taki znów chętny do pomocy przy rozwiązaniu tej sprawy – mruknął podirytowany.
    Bo przecież rzeczywiście nie wiedzieli, czy jest możliwość, że w domu kogoś zamordowano i teraz nawiedza posiadłość, czy zbudowano go na terenie, na którym archespory mogłyby się wylęgnąć albo nawet czy jest najmniejsza szansa na to, że z jakiegoś powodu są tam trupojady. Ba, nie wiedzieli nawet, jak dawno zalęgło się to, co się tam zalęgło – a to przecież również mogło być dosyć kluczową informacją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Myślę, że przed wyjazdem powinniśmy chociaż spróbować wyciągnąć z niego coś więcej. Bo nie wiem, czy to aby na pewno dobry pomysł, żeby iść, nie wiedząc, czego się nawet spodziewać – stwierdził Aiden, uznawszy, że zaryzykuje.
      W końcu głupotą jest nieprzygotowanie się odpowiednio, bo najgorsze, co może się stać, to żeby potwór zlecony wiedźminowi go zaskoczył, a nie na odwrót. Widział, że Ifei się spieszy, ale miał też nadzieję, że rozważy dopytanie sołtysa. I że podejdzie do tego fachowo, a nie ze zgryzotą. Tak, ten jeden raz wolał się z nią nie kłócić.

      Usuń
    2. *a nie ze zgryźliwością [zamiast zgryzotą]
      [Jejku, wybacz że tyle mi to zajęło, ale miałam straszny tydzień D: Najbliższy do czwartku też nie zapowiada się kolorowo, ale potem mam luz i będę odpisywała raz na jeden/dwa dni ;)]

      Usuń
  15. – W terenie czasem badacza stawia się wyżej od księżniczki – odgryzł się Aiden, siedząc już w siodle.
    Wiedział, o co chodzi Ifei, choć i tak zauważył, że ona zwróciła uwagę na znacznie więcej szczegółów. Mogło to mieć coś wspólnego z faktem, że mężczyzna napawał się wtedy faktem otrzymania zlecenia mimo późniejszego przybycia. A jednak nawet on zauważył, że w tym wszystkim coś nie grało; zauważalnie brakowało elementów. Właściwie jak to się stało, że sołtys nie powiedział im niczego o rezydencji? Pal licho, że oni nie spytali – o nawykach pracy Ifei nic nie wiedział, a siebie znał i nie pierwszy raz zdarzyłoby się, żeby zapomniał dopytać o jakiś szczegół. Bardziej zaskakujący był fakt, że mężczyzna unikał tego tematu, mówiąc jedynie o samych ogólnikach.
    – Jakby w tym zleceniu wcale nie chodziło o pozbycie się potworów z rezydencji? – mruknął wiedźmin, bardziej właściwie stwierdzając niż pytając. – Owszem, zauważyłem.
    Na jej uwagę o samodzielnym rozeznaniu zastanowił się chwilę. Bardzo, bardzo krótką chwilę, ale jednak. Bardziej zastanawiał się chyba nad tym, czy to, co robił, można było uznać za samodzielne rozeznanie, bo rzeczywiście miał w zwyczaju zabierać się za to od innej strony.
    – Oczywiście, że robiłem – mruknął w końcu zaskoczony. – Ale częściej wolę jednak dopytać zleceniodawcę. Ułatwia unikanie niepotrzebnych zadrapań. Z reguły. – A fakt, że teraz nie spytałem sołtysa to niedopatrzenie, których zresztą miewam pełno, pomyślał, ale oczywiście nie powiedział tego głośno. – No, czasem może wręcz przeciwnie, ale to zależy od współpracy ze zleceniodawcą.
    Gdy tylko Ifei wspomniała o tym, że to on ma prowadzić rozmowę, prychnął z rozbawieniem. Tak jakby jego kontakty z ludźmi były udane. Mógł tylko pomarzyć. Zresztą, jak sądził, tak jak każdy inny wiedźmin. Nie do tego ich stworzono, a ludzie raczej tego nie ułatwiali. Delikatnie rzecz ujmując. I choć Aiden od kiedy pamiętał szukał jako takiego kontaktu z innymi, szukał go tylko u tych, którzy – co by nie mówić – nie uważali go za potwora. A to z rzadka byli ludzie, a znacznie częściej właśnie nieludzie, którzy bardzo dobrze znali jego położenie. A sołtys w każdym calu wydawał się właśnie człowiekiem, i to człowiekiem budzącym raczej wątpliwe zaufanie.
    A jednak po chwilowym zastanowieniu uznał, że mimo to nadal może być w stanie przeprowadzić tą rozmowę nieco mniej problematycznie niż mogłaby to zrobić Ifei. A może to tylko odniesione przez niego wrażenie? Cóż, skoro nawet ona mu to zaproponowała uznał, że w tym względzie akurat się nie mylił. Skręcił więc konia i ruszył za wiedźminką w stronę domu sołtysa.
    Jak on zapatrywał się na ich współpracę? Miał już odpowiedź na końcu języka, już chciał jej odpowiedzieć i najlepiej spytać jeszcze o to samo, ale kobieta przerwała sama sobie. Aiden pokiwał głową i patrzył uważnie za odjeżdżającym pospiesznym cwałem jeźdźcem.
    – No, no. Albo z jakiegoś powodu ten Nilfgaardczyk akurat tędy przejeżdżał, albo nasz drogi sołtys może mieć z Nilfgaardem jakieś zatargi – mruknął wiedźmin z krzywym uśmiechem. – Wygląda na to, że rzeczywiście coś jest z nim nie tak. Po prawdzie jestem szczerze zainteresowany, jak zamierza nam to wyjaśnić. Chodź! – powiedział, pospieszając konia do kłusu.
    Podjechał znów pod duży dom i zsiadł z konia, raz jeszcze zerkając na Ifei. Podszedł do drzwi i zapukał. Drzwi otwarto mu niemal natychmiast.
    – Dzień dobry, panie Aiden – przywitał się sołtys z niemal przesadnym zdziwieniem. – Nie wyjechał pan jeszcze na szlak? – zapytał.
    – Nie. Chcieliśmy po prostu dopytać się o zlecenie – wyjaśnił z uśmiechem, w którym trudno było jednak szukać przyjazności. – Właściwie nic nam nie powiedziałeś. Co się działo z ciałami?
    – Po prostu znikały, proszę pana! Znikały, ale tak dawno, że nikt już się nie łudzi, że ci ludzie żyją.
    Aiden przewrócił oczami. Oczywiście.
    – A co właściwie mogło się tam w ogóle zaląc? Jest tam w okolicy może jakiś cmentarz albo bagna…?
    – Proszę pana wiedźmina, jesteśmy w Velen! Tu bagna są przecież wszędzie. Cmentarze, mniejsze lub większe, zresztą również.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aiden przygryzł policzek. Ten sołtys zaczynał mu działać na nerwy. Bardzo.
      – A chociaż wiesz, w jakiej okolicy od posiadłości atakuje to, co tam żeruje?
      – Nie, ludzie już nawet do lasu boją się wyjść, żeby ich nie zaatakowało! Ale znikali chyba tylko w murach. Choć nie jestem tego pewien.
      Niesamowicie. To już prawie jakiś konkret.
      – A czemu w ogóle posiadłość stoi opuszczona już dwadzieścia lat? – spytał w końcu.
      – Czy to w ogóle panu potrzebne? – spytał sołtys, znów ze sztucznym zaskoczeniem.
      – Owszem, tak długo, jak nie jestem w stanie wykluczyć zjaw, jak najbardziej – odparł Aiden, zerkając na Ifei. Robił się naprawdę podirytowany i liczył na to, że może ona przejmie inicjatywę. Albo chociaż zada jedno, dwa pytania.

      Usuń
    2. [Przyjęłam, że Velen, ale jeśli to problem, to zmiana tego raczej nie będzie grała jakiejś dużej roli w odpisie, więc po prostu to zmodyfikuję ;)]

      Usuń
  16. [Wybacz, że aż tyle musiałaś czekać, ostatnio mam jakiś problem z regularnymi odpisami. U Vibelle jutro będzie, słowo ;)]
    Owszem, Aiden był wybitnie zirytowany rozmową. Wybitnie miał sołtysa dość i wybitnie chciał mu przywalić. Ale miał też pewność, że tego nie zrobi, bo… bo po prostu nie.
    To tylko udowadniało, że wiedźminem był beznadziejnym.
    Szczęśliwie Ifei nadrabiała za nich oboje. Spróbował nie okazać jakoś zaskoczenia, które z pewnością wymalowało się na jego twarzy, gdy wiedźminka zaatakowała sołtysa, ale nie wątpił, że jego towarzyszka zdążyła je zarejestrować, zanim udało mu się je ukryć. Nie wystraszyła go; w końcu do takich metod był jakkolwiek przyzwyczajony. Ale kobieta zdziwiła go tak impulsywną reakcją, jak i faktem, że reakcja ta przyniosła zamierzony efekt. Przynajmniej w pewnym stopniu.
    Nawet nie zareagował, gdy Ifei groziła sołtysowi. Patrzył tylko, jak pracowała. Nieczęsto oglądał innego wiedźmina w działaniu i zawsze, kiedy miał okazję, uświadamiał sobie, jak bardzo odmienne mają sposoby działania. Może była to kwestia tego, że był on jeszcze naprawdę młody jak na wiedźmina. A może tego, że coś w jego mutacjach poszło wyjątkowo źle. Choć to drugie nie wydawało się takie znów prawdopodobne, wziąwszy pod uwagę, że w kwestiach fizycznych nic nie wydawało się być nieodpowiednie.
    Zamrugał; odpłynął trochę. Zauważył, że kobiety nie ma już w pomieszczeniu. Jakoś łatwo było mu się jednak domyślić, co się stało. Zerknął na sołtysa, który z całkowitym przerażeniem patrzył teraz to na niego, to na drzwi, w których, jak się domyślał, zniknęła Ifei, westchnął cicho pod nosem i obrócił się, wychodząc za towarzyszką i ignorując całkowicie mężczyznę. Szkoda. Lubił mieć dokładne informacje, zanim się gdzieś wybrał. A jednak nie wierzył, żeby z sołtysa dało się cokolwiek więcej wyciągnąć, toteż nie miał żadnych zastrzeżeń co do działań wiedźminki. Co było z pewnością cokolwiek zastanawiające.
    Wyszedł, a gdy usłyszał jej głos, miał ochotę zwolnić ruchy. Lubił ją irytować i jej dogryzać, było w tym coś przyjemnego, głównie dlatego, że ona się go nie bała. Traktowała go jak równego sobie – kto wie, czasem może postawionego niżej – ale na pewno nie jako potwora. Nie unikała go jak wieśniacy i nie uważała za podrzutka, jak niektórzy urzędnicy państwowi. A takich osób było niewiele, a Aiden miał w zwyczaju dogryzać znacznej większości z nich. Mimo to rzeczywiście pospieszył się nieco – wcale nie dlatego, żeby Ifei się na niego nie złościła. Miał po prostu świadomość, że im szybciej wsiądzie na konia, tym większa szansa, że dojadą na miejsce tej nocy, co za tym idzie, że uda im się szybciej dostać zapłatę i ruszyć swoimi ścieżkami.
    Wskoczył więc pospiesznie na Mglaka i nadgonił wiedźminkę, poganiając na moment konia. Gdy już się z nią zrównał, usadowił się w siodle wygodniej i spojrzał na nią. Zapowiadała się naprawdę długa podróż. Wspólna, długa podróż, na którą Aiden po prawdzie nie zapatrywał się zbyt optymistycznie. Cóż, ktoś mógłby powiedzieć, że niespełna jeden dzień w siodle powinno być dla wiedźmina fraszką. I może by było, gdyby mężczyzna jechał sam. Gdyby mógł pogawędzić sobie wdzięcznym monologiem z Mglakiem lub zamyślić się głęboko, zapominając, że powinien czasem konia pospieszyć. Bo ten doskonale wyczuwał, że Aiden odpływał i za każdym razem, gdy to się zdarzało, korzystał z okazji, zwalniając znacznie. Głównie przez to wiedźmin niejednokrotnie spał na gołej ziemi zamiast w ciepłym łóżku. I dlatego z reguły niemal mu to nie przeszkadzało. Z reguły i niemal, ale to już było coś.
    Dopiero gdy jechali tak w ciszy przez jakiś czas, uświadomił sobie, że albo rozmawiał ze swoim wierzchowcem częściej, niżby mu się wydawało, albo dopadało go uczucie, które zawsze go bawiło, czyli konieczność rozmowy z osobą, która z nim jechała, przerwania tej niezręcznej ciszy. Choć o ciszy, która między nimi panowała trudno było powiedzieć „niezręczna”. Aiden użyłby raczej określenia „panująca między profesjonałami”, gdyby aż tak nie lubił słów związanych z profesją. Wydawały mu się stanowczo nadużywane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Myślisz, że uda nam się tam dotrzeć przed zmierzchem? – spytał wiedźmin obojętnie, patrząc krótko na Ifei. Przynajmniej nie zadał takiego znów sztucznego pytania; naprawdę go to zastanawiało.

      Usuń
  17. Gdy Ifei odpowiedziała mu jednym słowem, przewrócił oczami. Oczywiście. Czego on się spodziewał? Uznał, że najwidoczniej oczekiwał stanowczo zbyt wiele po osobie jej pokroju. Jakże się zdziwił, kiedy powiedziała coś więcej, na tyle cicho, że wątpił, żeby był w stanie zrozumieć ją, gdyby nie jego wyostrzone zmysły. Popatrzył na nią ponownie, nieco zły na siebie i swój szybki osąd. Nie żeby osąd ten nie był zupełnie nieuzasadniony, ale…
    Westchnął krótko. Było to tak bliskie oddechu, że miał wrażenie, że tylko on nazwałby to w ogóle westchnieniem.
    Głos wiedźminki nieco go zdziwił. Niemal zmartwił. Nie wiedział, co wprawiło ją w przygnębiony nastrój, ale zaczął bardziej uważać na swoje słowa. Nie chciał jej zaalarmować – zawsze wydawała się trzymać gardę i unikać okazywania emocji, toteż wolał jej teraz nie prowokować. Gdy więc Ifei wspomniała o ghulach, przytaknął tylko, krzywiąc się niechętnie. Udręka Velen. Aiden nierzadko omijał je po prostu, nie licząc już na nagrodę. Wieśniacy byli zbyt biedni, a potwory stanowczo zbyt liczne, żeby to się opłacało. A nie czuł się zobowiązany do pozbywania się tych szkaradztw za darmo, bo i nie czuł się krzewicielem zła, bohaterem. Ba, wręcz przeciwnie – był wiedźminem i miał absolutne prawo być nieczułym na cudzą krzywdę, jeśli w grę nie wchodziły pieniądze. Jeśli tego od niego oczekiwano, jaki był sens zachowywać się inaczej? Ale jeśli Ifei chciała się ich pozbywać – trudno. Mógł na to też przystać. Nie chciał się kłócić, nie o to, bo wiedział, że akurat w tym wypadku wiedźminka sugeruje robić to, co on wewnętrznie chciał robić od dawna.
    Gdy zaś usłyszał zadane mu pytanie, cmoknął. Jej przypływ uczuć minął, więc i jego ostrożność natychmiast się ulotniła.
    – Faktycznie, ja również wolałem zobaczyć w domu tego sołtysa chyba dokładnie każdego – powiedział. – Patrzył przed siebie, starym nawykiem mnąc wodze. Gdy uświadomił to sobie, uśmiechnął się delikatnie pod nosem. – Ale jeśli nie znosisz mojego charakteru, to chyba nie znam lekarstwa – rzucił, zabarwiając głos dozą drwiny.
    Niech ktoś uważa, że zachowuje się jak dziecko. W końcu każdy ma prawo osądu. Ale Aiden raczej nie zamierzał tego zmienić. Przypomniały mu się słowa pewnej osoby, wypowiedziane do niego cokolwiek niedawno, mówiące, że jeśli przypadkiem poznałby kogoś, kogokolwiek interesującego, powinien spróbować go nie zniechęcić. Żeby nie oceniać po pierwszym wrażeniu, które, choć z pewnością niezmienne, bywa niesamowicie mylące. A jednak Ifei kojarzył. Nie znał może specjalnie, z plotek, zasłyszanych choćby od tych, z którymi zimował, ale te pokrywały się w zbyt wielu aspektach z tym, czego doświadczał teraz.
    Przybrał poważniejszy ton, gdy mówił:
    – Pytasz, jak się zapatruję na tę współpracę? Najchętniej bym się, zaraza, wcale nie zapatrywał. Ale skoro muszę, mam nadzieję zaczerpnąć z tego trochę przyjemności. Tyle, ile to możliwe. I mam też nadzieję, że przyjemność ta nie będzie wynikała jedynie z unikania kontaktu z drugą osobą. Jeśli cię męczę, to uwierz, przykro mi niezmiernie. Wiedz, że ty mnie z reguły męczysz również. I szczerze powątpiewam, żeby któreś z nas z tego względu zamierzało cokolwiek w swoim charakterze zmienić.
    To powiedziawszy, uśmiechnął się. Uśmiechem wiedźmińskim, ale właściwie niezupełnie paskudnym. Nie był to uśmiech, który mroził krew w żyłach. Trochę w nim było z satysfakcji, że właściwie wreszcie szczerze powiedział swoją opinię na ten temat. Nie żeby sądził, że Ifei jeszcze tego nie wiedziała. Chyba oboje nie lubili się z wzajemnością, i to z wzajemnością świadomą.
    – A ty? Co ty myślisz o całej tej współpracy? – spytał z zainteresowaniem.
    Zrobiło mu się, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, dosyć wesoło. To musiała być kwestia tej nagłej bezpośredniej szczerości. Powiedział, rzeczywiście, że wolałby nie współpracować z wiedźminką i taki był fakt. Ale faktem było też to, że nie widział powodu, żeby ciągle na siebie warczeć i prychać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zerknął na dłonie i zdał sobie sprawę z faktu, że znów miął wodze, rozcierał je bezwiednie. Mglak prychnął, jakby wyczuwając rozbawienie Aidena. Aczkolwiek mógł go równie dobrze ostrzegać. Wiedźmin poklepał go lekko po boku w odpowiedzi i wytężył słuch. Nie spodziewał się, żeby spotkali ghule aż tak blisko wioski, ale kto wie, może zalęgły się już tu. Słyszał wyraźnie oddech swój i Ifei, ciche, wyuczone kroki koni, ale poza tym z ich prawej strony rzeczywiście słychać było odległe powarkiwania. Spojrzał na wiedźminkę pytająco, mrucząc coś tylko pytająco. Dźwięk dochodził z nieco głębszej części lasu; musieliby zboczyć ze szlaku, a nic nie wskazywało raczej, żeby te akurat ghule miały przeszkadzać im w podróży.

      Usuń
  18. [Wybacz, chciałam napisać coś więcej, ale nie chciałam zbyt wiele dyktować, a że walka, to tak jakoś inaczej... D: Jeśli przeszkadza ci aż taki krótki to mów, coś dodam, coś poprawię, ogarnę generalnie.]
    Aiden słuchał Ifei uważnie, nie będąc jednak pewnym, czy mówi zupełnie poważnie. Dużo bardziej absurdalną zdawała mu się jednak myśl, że wiedźminka żartuje, więc postanowił po prostu słuchać jej bez słowa, nie oponując. Prawdę mówiąc nie, nie przepadał za współpracą, bo i do niej nie przywykł – jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się pracować z kimś na polu walki, a Aiden był pewien, że właśnie to Ifei miała na myśli. Jednak nie zamierzał działać sam tylko po to, żeby coś udowodnić któremuś z nich. Nie miał problemu z wykonywaniem cudzych poleceń o ile tylko wiedział, że te miały jakikolwiek sens.
    Teraz nie był tego taki pewien, ale miał przed sobą walką, nie mógł się więc kłócić. Ruszył zaraz za kobietą, ledwo unikając drzew. Mglak porwał się w szaleńczym pędzie, byle dogonić wierzchowca wiedźminki, ale mimo to został parę kroków za nim. Byli niemal bezdźwięczni, a do tego również Aiden nie przywykł. Z reguły jego towarzysze hałasowali znacznie bardziej niż on, tymczasem z ich dwojga to Ifei była cichsza. Zszedł z konia, obserwując uważnie ruchy tak kobiety, jak i trupojadów, które pogoniły za jej zwierzęciem. Aiden odstawił Mglaka, który oddalił się pospiesznie na coraz wyraźniejsze dźwięki potworów i, gdy Ifei kiwnęła głową, mężczyzna nie zawahał się, a poszedł powoli we wskazanym kierunku.
    Upewnił się, że jest odpowiednio daleko od swojej towarzyszki i rzucił Aardem wokół siebie. Wtedy dopiero szybkim ruchem dobył broni i ciął trupojada, który padł po Znaku. Kolejnego, który dopiero odzyskiwał równowagę, Aiden również przeciął w wiedźmińskim piruecie. Dopiero wtedy skierował się nieco w stronę Ifei i rzucił krótkie Igni na trupojady, które skoczyły na niego. Padały szybko, niemal bez oporu.
    W ostatniej chwili zauważył, że jeden z ghuli, zachęcony możliwością zdobycia prostszego posiłku, pogonił za Mglakiem. Aiden wystrzelił pospiesznie jeden bełt i już chciał ciąć, gdy najbliższy trupojad doskoczył do jego nogi i zaatakował ją wściekle. Mężczyzna syknął tylko z irytacją, ale przeszył cielsko potwora krótkim ruchem, ignorując delikatny, acz doskwierający ból w nodze.
    Spojrzał tylko krótko na Ifei, nie chcąc odrywać się nadmiernie od walki. Ot, zobaczyć, jak działa.

    OdpowiedzUsuń
  19. Aiden czuł może delikatnie doskwierający ból w nodze, ale zatonął już w krwawym tańcu – walka nie była w żaden sposób wyjątkowa, ale wpadał w swoisty trans za każdym razem, gdy tylko zaczynał używać miecza, gdy czuł przepływającą przez jego ciało magię, gdy składał dłonie do Znaków. Przez to wszystko był tylko trochę na siebie zły, że w ogóle dał się trafić. Dalej wirował z mieczem, co i rusz śląc w stronę trupojadów krótkie Znaki.
    Gdy walczył, zapominał o całym świecie. Liczyło się tylko kolejne trafienie, docierający do niego dźwięk przecinanej skóry – czy czegokolwiek, co akurat przecinał, bo z tym przecież różnie było. Liczyło się wgłębiające się wtedy we wnętrzności ostrze, które przebijało się przez nie jak przez masło, ciepła posoka spływająca na jego ubrania. Wtedy nie przejmował się tym, że później będzie je czyścił godzinami, na co rzeczywiście później wyklinał równolegle do samego czyszczenia. Wtedy było to wręcz pozytywne: satysfakcjonujące, rozgrzewające i motywujące. Zachęcało do szybkiego wyciągnięcia broni i cięcia znów, dalej, jeszcze raz. Żeby cały proces mógł się powtórzyć, żeby po raz kolejny poczuć słodycz rozlewu krwi.
    Oczywiście nie znaczyło to, że walczył w amoku, bezmyślnie. W całym procesie nadal było wiele z taktyki i komunikowania – dlatego gdy Ifei kiwnęła do niego głową, na jego ustach pojawił się delikatny, niemal niezauważalny uśmieszek. Nadal atakował, gdy ustawiła się tyłem do niego, szczerze usatysfakcjonowany. I zadowolony, ku swemu zaskoczeniu, z takiej współpracy. Kolejne cięcia były dziwnie przyjemne, gdy wiedział, że za plecami ma kogoś, kto go osłania – i kogo on osłania w tej samej chwili.
    Gdy pozbyli się ostatniego ghula, Aiden parę sekund stał w ciszy, rozglądając się po polu walki. Trupy, trupy, trupy. Tak to się dało streścić. Ale zwracały uwagę nawet niewprawnego oka. Były nie tylko poprzeżerane, ale i pocięte, jedne wielokrotnie, inne raz, ale ewidentnie skuteczniej. Wyglądało na to, że leżały tu tylko – a może i aż – dzień lub dwa, bo zaczynały śmierdzieć, ale jeszcze nie rzucały się aż tak bardzo w oczy z odpowiedniego dystansu. Gdy już nieco ochłonął, Aiden zwilżył nieco przesuszone już wargi i otarł broń szmatą, która była już brunatnoczerwona od zaschniętej krwi. Choć jeśli ktoś nie miał wyostrzonych zmysłów lub przynajmniej nie znał się na rzeczy, zdecydowanie mógł ową barwę uznać za kolor oryginalny – próżno było tam po prawdzie szukać jakichkolwiek plam początkowej bieli.
    Dopiero wtedy wiedźmin zainteresował się swoją nogą i zauważył, że Ifei zrobiła krok w jego stronę. Z jego uśmieszku zniknęła odrobina kpiny, by ustąpić miejsca szczerej wdzięczności i delikatnemu poruszeniu, choć tego drugiego szybko się pozbył. Po części obawiał się, że wiedźminka znów zwróci uwagę na jego cieplejsze jej względem odczucia, ale znacznie bardziej czuł, że nie byłaby specjalnie zadowolona faktem, że on jest jej zachowaniem w najmniejszym stopniu poruszony. O nie, tego zdecydowanie powinien był się wyzbyć, zanim ona w ogóle to zauważyła.
    – Nie omieszkam – zapewnił ją, zerkając przy tym na swoją ranę. Szczęśliwie była stosunkowo płytka, szczególnie jak na ranę kąsaną. Ewidentnie trupojad wgryzł się ledwo, odrywając raptem niewielki kawał mięsa. Aiden widział więc ranę może nieco paskudną, ale wybitnie powierzchowną. Otworzył swoją torbę i bez szukania wyjął świeżej produkcji – relatywnie przynajmniej względem większości jego mikstur – Jaskółkę. Dokładnie pamiętał, gdzie się znajdowała i w jaki sposób jak najszybciej ją wyciągnąć w razie gdyby okazała się niezbędna w trakcie walki. Wolał jednak tego nie stosować z uwagi na raczej oczywiste większe korzyści płynące z cięcia przeciwnika. Wypił mikstuę jednym haustem. Poczuł charakterystyczne uderzenie dziwnej energii, momentalne zaognienie wszystkich wrażeń wokół, mijające już po chwili. Do jego rany także napłynęła odrobina magii, Aiden mógł patrzeć więc, jak leniwie zasklepia się w znacznym stopniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygrzebał jeszcze bandaż i bez pośpiechu opatrzył swoją nogę. Przyjrzał się ciału, które leżało dosyć blisko niego. Choć przyjrzeć się to dużo powiedziane, wziąwszy pod uwagę, że miał na nie nie najlepszy widok. Zainteresowały go te cięcia. Niektóre zdawały się niezwykle wprawne i wyuczone, podczas gdy inne wyglądały na znacznie bardziej amatorskie, mniej pewne. Dwie osoby? Wydawało się, że broń miały podobną, żeby nie powiedzieć – tę samą. Standardowy miecz.
      Gwizdanie Ifei oderwało go od przemyśleń. Już chciał robić to samo, ale zauważył, że Mglak przyszedł razem z koniem wiedźminki. Przewrócił oczami, gdy na jego ustach zabłąkał się uśmieszek. Popisy przed obcymi, co, koniku? Rozprostował nogę i zaraz wstał. Już prawie nie czuł rany. Prawie.
      – I wzajemnie, moja droga – powiedział z kpiącym uśmiechem, zerkając to na konia, to na lekko podgniłe trupy. – Jak myślisz, kto ich zabił? Poza tym, że raczej nie potwór. No, odliczając oczywiście świadome humanoidy – dodał może nieco zbyt wesoło.

      Usuń
    2. [Witam, witam znów! ^^ Tak się stęskniłam <3 Niestety Basilem odpiszę dopiero jutro, bo muszę wcześnie wstać i nie chcę być jutro zombie. A, i o matko, mój poprzedni odpis mnie przeraził, strasznie za niego przepraszam!]

      Usuń