Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

14 grudnia 2016

'cause I need a man...



Vaverly Rochester
trochę nierównoważona, trochę obrazoburcza, trochę zamyślona
trochę też nie panuje nad językiem
mieszanina ziół, kadzideł i amuletów

7 komentarzy:

  1. Zima w roku 1934 zawitała do Stanów Zjednoczonych dosyć nieśmiało bowiem okryła dachy domów, ulice i parkowe trawniki jedynie cienkim białym kożuchem. Raz na jakiś czas zaświeciło słońce. Ludzie cieszyli się z nadchodzących świąt, miasta rozświetliły pasujące do okazji ozdoby, coraz częściej słychać było kolędy, a sami obywatele wydawali się być dla siebie milsi niż zazwyczaj. Taki stan trwał do tego jednego dnia, dnia w którym pewien człowiek ponownie wyjdzie naprzeciw nie tylko demonom przeszłości, ale również rzeczom kompletnie wyjętym z możliwości pojmowania przeciętnego śmiertelnika.

    Pan Logan Buckner był prawie idealnym lokatorem. Głównie dlatego, że rzadko bywał w swoim mieszkaniu. Przesypiał w nim kilka godzin i wymykał się na miasto. Jedyne co nie do końca grało to to, że zalegał z czynszem na miesiąc do tyłu.
    Na co dzień nie był rozrywkowym człowiekiem, prawdę mówiąc jego życiem była tylko praca, a bliskimi osobami jedynie współpracownicy. Kilka razy spróbował związku z kobietą, niestety wychodziło niezwykle tragicznie. Ale w ogólnym rozrachunku nawet się cieszył, że jest jak jest. A czym pan Buckner się zajmował? Otóż w godzinach pracy czyli praktycznie zawsze był przeciwieństwem siebie po fajrancie. Był detektywem do wynajęcia. Kiedy policja nie mogła nic zrobić w jakiejś sprawie to odzywano się do niego. Logana nie obejmowały procedury no i zawsze potrzebował pieniędzy. Dlatego pomagał każdemu, rozmawiając dodawał otuchy i składał obietnice których dotrzymywał. Mimo, że miał niezwykle nieprzyjemny charakter i świadomie odtrącał ludzi od siebie to dla nich i tak był światełkiem w tunelu, nie mogli powiedzieć o nim złego słowa. Cieszył się raczej dobrą reputacją, oczywiście w kręgach uczciwych obywateli. Gdyby kiedyś poszedł do więzienia to mógłby spotkać kilku starych znajomych chętnych do wyrównania rachunków. Przychodząc do Bucknera przychodziłeś tak naprawdę do specjalisty. Nigdy nie gwarantował, że sprawa skończy się szczęśliwie, ale dokładał wszelkich starań by dać z siebie wszystko i rozwiązać czyiś problem. Zdarzało się, że musiał przekazywać naprawdę przykre wieści swoim klientom, gdzieś tam w środku nawet im odrobinę współczuł, ale twarz pozostawała kamienna, zaś głos nawet nie zadrżał ze smutku. Przywykł do tego wszystkiego już dawno.

    Tego dnia do drzwi jego mieszkania opatrzonymi tabliczką informującą, że lokum jednocześnie było także biurem detektywistycznym pana Bucknera rozległo się pukanie. Klientką okazała się być kobieta ubrana w odzież z wyższej półki. Po jej twarzy i sposobie bycia detektyw mógł wywnioskować iż ma do czynienia z kimś ważnym. I miał rację.
    Kobieta przyznała się, że jest żoną profesora Williama Hendersona, jednego z kilku uczonych jacy wybrali się na ekspedycję badawczą do samego serca Alaski. O ile nazwiska nie znał tak same wydarzenie już tak. Pisali o tym w gazetach. A w mieszkaniu zrobił sobie dla nich małe archiwum jako swoistą bazę danych, a dobra pamięć pozwalała przywołać większość artykułów bez zaglądania do konkretnych egzemplarzy. Takim artykułem był właśnie ten na temat ekspedycji.
    Miasteczko górnicze Northwich w XIX wieku bogata była w surowce kopalniane. Kilkanaście lat temu jednakże kopalnię zamknięto powołując się na opinię geologów o wyczerpaniu złóż. Profesor Peter Kayne z uniwersytetu Stanforda rozpoczął niezależne badania w tej sprawie, zebrał wokół siebie kilku innych uczonych z różnych części Stanów Zjednoczonych jak i Europy. Po wnikliwych analizach ekspedycja ruszyła na mroźne części Alaski. Minęło kilka miesięcy od ostatniej informacji od naukowców. I nagle pewnego dnia część naukowców wróciła do swych rodzimych stron odmawiając komentarza na temat całej wyprawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Henderson wyznała również, że jej mąż nie powrócił do domu. Kontakt z rodzinami pozostałych uczonych dał jej do myślenia, że stało się coś tragicznego ponieważ nawet Ci którzy dotarli szczęśliwie do swych rodzin nie zachowują się już jak przed wyjazdem. Mieli zwidy, niespokojny sen, napady duszności, a przede wszystkim amnezję obejmującą właśnie okres wyprawy. Kilku ostatecznie znalazło się w zakładach psychiatrycznych.
      Logan przyjął sprawę, musiał przyznać że wahał się nad ostateczną decyzją. Nawet już po jej zapadnięciu miał wątpliwości co do słuszności swego postępowania.

      Kilka dni później za pośrednictwem pani Henderson zdołał spotkać się z rodzinami części z uczonych, zarówno z tymi którzy zaginęli jak i aktualnymi pensjonariuszami zakładów dla umysłowo chorych. Po kilku wizytach u tych drugich potwierdził to co mówiła kobieta. Natomiast kiedy wymawiał nazwę miasteczka praktycznie każdy z nich wpadał w psychozę przez co lekarze zmuszeni byli uspokoić pacjenta za pomocą leków.
      Postanowił więc rozpytać się o owe miasteczko. Odszukał kilka publikacji geograficzno geologicznych, rodziny ofiar zdołały nawet zdobyć część materiałów z jakich korzystano podczas badań. Dzięki temu mógł określić dokładne położenie osady. Zdobył również informację, że w okolicach Northwich mieszkały rdzenne plemiona, Zostały zapewne wyrżnięte przez kolonistów carskich, potem amerykańskich pionierów wnioskując po małej ilości dostępnych szczegółów.
      Tak czy owak wiedział już wszystko czego mógłby się dowiedzieć bez długoterminowych poszukiwań. Ostatnie kilka dni po zabukowaniu biletu lotniczego przeznaczył na przygotowanie do podróży. W końcu Alaska to nie ciepła Kalifornia. Miłym gestem była również pomoc materialna I niematerialna ze strony poszkodowanych rodzin. Część wydatków pokryli z własnej kieszeni, zadbali o transport już po wylądowaniu, dostał również trochę pieniędzy na własne potrzeby oraz solidną zaliczkę. Poinformowali również, że na miejscu może napotkać kilku innych prywatnych śledczych, woleli nie stawiać wszystkiego na jedną kartę, sprytne. W końcu nadszedł czas wyjazdu.


      Jeśli kiedykolwiek narzekał na zimę w Nowym Jorku tak teraz powinien ciskać piorunami w każdą stronę. Zaśnieżone lotnisko było ledwo widoczne przez okno samolotu gdyby nie skromne oświetlenie oraz mała wieża kontroli lotów uzupełniona o kilka hangarów czy budynków przeznaczonych dla podróżujących. Przed lotniskiem czekał już czterodrzwiowy Ford A gotowy zawieźć go do Northwich. Małomówny kierowca nie przeszkadzał mu praktycznie wcale. Kilkugodzinna podróż minęła mu w zupełnej ciszy, więc miał czas podziwiać piękne górskie krajobrazy z ośnieżonymi drzewami iglastymi czy częściowo zamrożonymi zbiornikami wodnymi, wąskimi, ale wartkimi strumieniami. Po raz pierwszy od dłuższego czasu zrelaksował się, traktował to jak swego rodzaju urlop.
      Northwich okazało się zapomnianą przez Boga oraz czas dziurą. Żadnych samochodów, żadnej elektryki, żadnej cywilizacji. Raptem kilkanaście domków z murowaną dolną fasadą oraz drewnianym piętrem delikatnie wysuniętym do przodu w stronę ulicy. Zdarzały się też parterowe skonstruowane jedynie z drewna. Późnym popołudniem wysiadł na placu głównym, gdzie mieściły się wszystkie najważniejsze punkty urzędowe oraz życia społecznego. Dom rady miasteczka, hotel, biuro szeryfa, kilka sklepików czy kowal. Delikatnie ponad miastem górował mały kościółek katolicki zbudowany na niewielkim wzgórzu.

      Usuń
    2. Co było najciekawsze jak na takie małe miasteczko było tu całkiem dużo ludzi. Większość jednak wyglądała na przyjezdnych, można to było ocenić po ubiorze. Czyżby wieść o nowych pokładach surowców dotarła tak szybko do wszystkich, a Ci niczym podczas gorączki złota postanowili spróbować szczęścia? Buckner uznał, że lepiej już zająć sobie pokój w hotelu. Na Alasce dni były krótsze więc zgodnie z prawami natury już teraz miasteczko pogrążyło się w dosyć dużym mroku jak na popołudnie. Obskurny hotel miał jedno piętro. Gdy podszedł do lady kierownika jakiś mężczyzna wykłócał się o okropne warunki jakie panują w przybytku. W końcu rzucił kluczem na blat i wyszedł trzaskając drzwiami. Logan nie wahając się zapytał ponurego pana w szarym, wełnianym swetrze, bujną czarną brodą i charakterystycznymi małymi oczkami. Logan zauważył, że mężczyzna uśmiechnął się lekko i zaproponował objęcie pokoju po tym, który przed chwilą się awanturował. Większość apartamentów i tak była zajęta, więc większego wyboru nie miał. Pokój okazał się być na końcu korytarza na piętrze. Był skromnie wyposażony, prócz łóżka, szafy, szafki nocnej, krzesła z prostym biurkiem, stolika z lusterkiem, miską z wodą oraz kawałkiem materiału robiącym za ręcznik w kącie pomieszczenia stała niewielka klasyczna koza z małym zapasem drewna. Przez jedyne, połowicznie zasypane śniegiem okno nie wpadało żadne światło prócz słabych płomyczków kilku latarni na naftę. Sam pokój był raczej zaniedbany. Drewniana podłoga była już mocno powycierana, mały dywan posiadał już kilka dziur w wyniku przypalenia lub zmęczenia materiału, a stara tapeta odchodziła miejscami ze ścian marszcząc się niczym skóra staruszka. Kierownik zapalił świeczkę stojącą przy łóżku za pomocą swojej własnej trzymanej w dłoni oraz skłonił się zobowiązując do dalszej pomocy po czym wyszedł.
      - Kto by pomyślał, że uda mi się kiedykolwiek wyrwać na taką wycieczkę… - rzekł Logan do siebie patrząc przez okno, ostatecznie zasłonił je szczelnie firanką. Walizkę włożył pod łóżko postanawiając jeszcze pozwiedzać miasteczko. Wyszedł więc na korytarz rzucając okiem na zamknięte drzwi od pokoju naprzeciw i odwrócił się do nich plecami by rozpocząć mocowanie się ze starym, nienasmarowanym zamkiem.

      Usuń
  2. Również był obojętny co do sąsiada naprzeciwko dopóki nie usłyszał tego głosu. Momentalnie przestał obracać kluczem w zamku i spojrzał na Vaverly, a jego brwi były nienaturalnie opuszczone. Zmierzył kobietę pogardliwym spojrzeniem i odparł błyskawicznie na jej dogryzkę:
    - A mnie ostrzegano przed samymi profesjonalistami. Czuję się oszukany - pozwolił sobie nawet na krótki drwiący śmiech - Tutaj ludzie również potrzebują wróżenia? A może rozmowy ze zmarłym pradziadkiem? - w końcu udało mu się zamknąć te drzwi. Wkładając klucz do kieszeni grubego czarnego płaszcza sięgającego kolan podszedł bliżej Vaverly i skłonił się nieznacznie.
    - Panno Rochester, tak czy owak cóż za spotkanie! Niestety jednak śpieszę się. Muszę załatwić ważne sprawy - podniósł nieco lewe rękawy kilku warstw swojej odzieży by odsłonić odpowiednio ustawiony już zegarek naręczny. Wielu eleganckich mężczyzn w Stanach Zjednoczonych ciągle nimi gardziło, jednak Loganowi to nie przeszkadzało. Swój pierwszy zegarek na rękę dostał jako część wyposażenia podczas I wojny światowej i chwalił sobie to rozwiązanie.
    Zaś co do samej Vaverly to w sumie była mu już obojętna. Jej zachowanie względem jego osoby już nie wywoływało żadnej negatywnej reakcji. Ale nigdy nie przestał uważać jej za przyczynę swojego odcięcia się od sfery uczuciowej. Teraz gdy na nią patrzył czując bijącą od niej pogardę dla niego nawet cieszył się, że wszystko potoczyło się tak jak potoczyło.
    - Chyba, że pani również chce rozwikłać zagadkę tego całego skandalu? - Buckner w czasie oczekiwania na odpowiedź założył ciepłe rękawiczki pod pachą trzymając futrzaną czapkę uszatkę, którą polecono mu zakupić z racji skuteczności w takim mroźnym klimacie, a tak niedocenioną i praktycznie nieznaną w Stanach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mógł powiedzieć, że nie spodziewał się jakiś irracjonalnych zachowań Vaverly. Znał ją trochę, znał jej fach, znał styl bycia i charakter. Takie osoby po prostu są dziwne dla innych. Z resztą pod tym względem mogliby się dogadać.
    Jeśli chodzi o Bucknera to wielu klientów podziwiało i nienawidziło jednocześnie jego chłodnej logiki, stoicyzmu i zobojętnienia na wszystko. Jedni uważali, że jest typem nie do zdarcia, a inni że nikim innym jak zwyczajnym zimnym sukinsynem, który nie próbuje pokazać nawet krzty współczucia. Był po prostu dziwny.
    - Więc czekam na dole - rzucił do panny Rochester i spokojnym krokiem udał się do schodów. Jeśli obawiała się rozmowy z nim to była w błędzie. On akurat nie potrzebował rozmowy, mógłby praktycznie dzień w dzień siedzieć w ciszy. Ale gdyby tak się stało w towarzystwie wróżbitki to zapewne posądziłaby go o sianie niezręcznej ciszy i co chwilę zmuszała do wypowiadania się na trywialne tematy, które kompletnie go nie obchodzą. Jedyne co go obchodziło to samodoskonalenie się między innymi poprzez rozwiązywanie spraw. Jeśli nie miał zlecenia to czuł że zdycha i usycha od środka.
    Gospodarz motelu stojący za ladą powitał Logana tak jakby nieco wymuszonym uśmiechem. Co było najbardziej denerwujące? Logan czuł na sobie jego świdrujący wzrok. Tak jakby czegoś szukał w jego duszy. Fakt, Buckner miał w zwyczaju mówić do kogoś by mu nie przeszkadzał. A ten ktoś się dziwił bo przecież siedział w spokoju będąc cicho. Więc dostawał krótką odpowiedź: "Gapisz się na mnie, nienawidzę tego".
    Nie dał jednak po sobie poznać, że to zauważył. Dopiero po dłuższej chwili jego dłoń zanurkowała pod płaszcz w poszukiwaniu papierośnicy i paczki zapałek. Odruchowo włożył sobie jedną własnoręcznie skręconego wcześniej papierosa, już miał pocierać zapałkę o draskę kiedy w głowie mu zaświtało.
    - Można tu zapalić? - zapytał z fajką w ustach. Mistrz dobrego wychowania. Ale dostał odpowiedź twierdzącą, ba nawet na ladzie pojawiła się popielniczka, więc kiedy Vaverly w końcu łaskawie by zeszła to on miałby już z połowę papierosa.
    - O! Już zdążyłem się z panią stęsknić, panno... - pstryknął palcami dłoni, która spoczywała razem z całym przedramieniem i łokciem na ladzie ponieważ się o nią wygodnie opierał. Sprawiał wrażenie jakby w ogóle Vaverly nie znał - Rochester? Dobrze zapamiętałem? Przepraszam najmocniej! Mam strasznie krótką pamięć do nazwisk. Możemy iść? - wyrwał się nagle do drzwi i otworzył je wpuszczając do środka lodowaty powiew wiatru. Wskazał kobiecie gestem, że ma iść pierwsza. O ile jego mimika mówiła jedno to oczy mówiły co innego. Udawał? Może coś mu się w końcu poprzestawiało w głowie od nadużywania alkoholu i morfiny? W każdym razie mieli już obrany kierunek. Knajpa by zjeść coś ciepłego i pomyśleć.

    OdpowiedzUsuń
  4. I cały misterny plan w drzazgi. Ale nie śpieszył się z wyjaśnieniami po co odwalił taką szopkę. Gdy kobieta wyszła mruknął do właściciela motelu:
    - Pewnie ma wielu adoratorów - i pożegnał się uśmiechem. Właściciel uczynił to samo lecz jego uśmiech był dziwny, niby również szeroki i szczery, ale jak tak się dłużej przypatrzyło co coś w tym mężczyźnie nie grało.
    Szedł dwa kroki za Vaverly narzekając w duchu na śnieg. Już zapomniał jak to było na froncie, gdzie w okopie błoto po kostki, a w zimie zaspy. Rozleniwił się nieco. Nie skomentował jej potknięcia. W ogóle od wyjścia z motelu przestał okazywać emocje. Co zmieniło się oczywiście gdy dotarli pod zadaszenie nad wejściem do jakiegoś obskurnego lokalnego miejsca spotkań ludności. Znów pozwolił kobiecie tym razem wejść jako pierwsza podtrzymując drzwi. Chwilę później i on wszedł do środka czując ścianę ciepła jaka uderzyła go w twarz.
    Knajpka urządzona była raczej w stylu typowo wiejskim, zdobienia na drewnianych meblach, pstrokate obrusy, kilka obrazów i wyszytych na tkaninie wzorów odnoszących się do miejscowej kultury. Nic nadzwyczajnego. W środku było dosyć tłoczno, jak to wieczorami. Chociaż można było zauważyć, iż część bywalców nie była stąd. Głównie po stroju i rysach twarzy. Cała zagadka zniknięcia naukowców przywiodła tu różnych ludzi. Ale na szczęście znalazło się dla nich wolne miejsce. Przywitał się ciepło z parą staruszków za ladą, którzy najpewniej byli właścicielami gospody. W porównaniu z właścicielem motelu Ci wyglądali jak dobroduszne małżeństwo z doświadczeniem.
    Poprowadził więc swą towarzyszkę do wolnego stolika, pomógł zdjąć płaszcz i usiadł z brzegu, Vaverly miała do wyboru usiąść obok przy ścianie bądź na przeciwko niego. Chwilę później przybyła i owa staruszka. Miała na sobie osobliwy fartuszek gosposi, również bogato ozdobiony przeróżnymi haftami.
    - Co dla was, kochani? - zapytała i uśmiechnęła się do jednego i drugiego - Dzisiaj mamy przepyszną wątróbeczkę z cebulką - dodała od razu.
    Zaś Logan spojrzał na Vaverly, nie wiedział czy coś zmieniło się w jej gustach smakowych. Ale sam jest tak głodny, że jeśli nie ona to on zje i za nią - To poproszę dwa razy wątróbkę. A i może jakiś alkohol? Widziałem nalewkę, jedną butelkę poproszę - rzekł szykując swoje pieniądze jakie otrzymał od zleceniodawców. Musi się trochę rozluźnić po podróży.
    Staruszka jeszcze chwilę stała przy nich jakby rozmarzona - Przepięknie razem wyglądacie. Aż przypomniały mi się moje młode lata z Ludwikiem - wskazała na mężczyznę, który szykował już jakieś napitki dla innych klientów - No, ale idę już bo pewnie jesteście głodni - jak powiedziała tak zrobiła.
    Logan znów obdarzył Vaverly spojrzeniem i podparł głowę ręką jakby się nad czymś zastanawiając. W końcu rzucił cicho:
    - Nie kpiłem z Ciebie w motelu. Profilaktycznie dbam o to by nie było między nami widać jakiejś konkretnej relacji. Spowinowacenie czy cokolwiek innego potem może utrudnić śledztwo dla nas obojga. Bo podejrzewam, że nie masz zamiaru współpracować. To nawet i dobrze - znowu miał ten swój chłodny ton - Długo tu jesteś? Widziałaś już coś dziwnego?

    OdpowiedzUsuń
  5. Buckner oczywiście nijak zareagował na słowa gospodyni. Coś tam się uśmiechnął i machnął ręką z wymuszoną skromnością.
    - Więc dlatego to ja mówię, a Ty wyglądasz, droga Vaverly. Musimy się uzupełniać - odrzekł sucho bez cienia emocji na jej mały żarcik. Następnie aż oparł się wygodniej na krzesełku, a ręce założył na klatkę piersiową uśmiechając się pogardliwie do swej towarzyszki - W tej chwili rozmawiasz z pisarzem, który ma zamiar ukończyć swe opus magnum z gatunku kryminału i grozy. Dlatego wybrał się w daleką podróż na Alaskę, by tam w spokoju czerpać inwencję twórczą z tego wyizolowanego zakątka świata, gdzie zdawać by się mogło że oczy boskie nie sięgają, a czas stanął w miejscu. Owy pisarz znany jest ze swej dociekliwości, gdyż uwielbia pisać historie na faktach, a cała sytuacja z zaginięciem naukowców to strzał w dziesiątkę. No i jak każdy człowiek ma wady. Jego największą wadą jest alkohol i piękne kobiety, które uwielbia zdobywać. Może gustuje w rudowłosych? Kto wie. I gdzie moje maniery, zapomniałem się przedstawić! Charles Kingston - jego mina nie wskazywała, że jest dumny z własnego pomysłu, ale błysk w oku już tak. Ale tylko on znał powód dlaczego musiał posunąć się aż do zmiany tożsamości. W końcu są w zabitej dechami dziurze pośrodku niczego. Nikt z miejscowych nie miał prawa słyszeć o wielkim Loganie Bucknerze.
    Po odpowiedzi Vaverly na pytanie o miasteczko wlepił wzrok w jakąś małą dziurę w obrusie jakby ta go bardzo zainteresowała.
    - Wszystko? To znaczy co? To, że taka osada sobie jakoś egzystuje to jeszcze nic nie znaczy. Jakoś się spodziewałem takich warunków. Dopiero teraz miejscowi mogą mieć niezły orzech do zgryzienia, tyle kanalii tu najechało, że czekać aż zaczną się włamy i pobicia. Byłaś już przy tych wykopaliskach?
    W międzyczasie dwie porcje wątróbki okraszonej przysmażoną cebulką wylądowały na ich stole. Napitek dotarł nawet chwilę wcześniej, Logan nie wahał się i od razu polał sobie solidną dawkę procentów. Jego artystyczne alter ego nazwane Charlesem miało jedną wspólną z nim cechę. Miłość do alkoholu. Facet potrafi wypić dużo i jeszcze w jakiś sposób wrócić szczęśliwie do domu. Ale oczywiście odbiło się to na jego zdrowiu. Drżące dłonie, zaczynające się problemy z wątrobą i parę innych przypadłości.
    - Zastanawiam się czy jest sens iść w tamte okolice jeszcze dzisiaj - zapytał jakby sam siebie sącząc trunek. Typowy domowy bimber. Nijak miało się to do alkoholi jakie pijał do tej pory, ale ważne że jakoś mogło sponiewierać. Jak tak dalej będzie to nie tylko nie pójdzie do kopalni, a zostanie wręcz zawleczony, ale do motelu do łóżka z którego nie ruszy się do rana.

    OdpowiedzUsuń